MIŁOŚĆ, POLITYKA I MIT – rozmowa o „Zimnej Wojnie”

.

.

Na „Zimną wojnę” sypią się nagrody, niedawno dostała ona trzy nominacje do Oscara, obecnie można go obejrzeć w amerykańskich kinach… Nic dziwnego, że postanowiliśmy ze Zbyszkiem Banasiem porozmawiać o tym filmie. Planowaliśmy nagrać rozmowę także o innych filmach, ale w ostatniej chwili postanowiliśmy skupić się na „Zimnej wojnie”, bo rzeczywiście było o czym gadać.

Zbigniew Banaś to najbardziej znany wśród amerykańskiej Polonii krytyk filmowy, jest on również tłumaczem, wykładowcą i znakomitym konferansjerem… Znamy się od wielu lat, dzielimy pasję do kina – on sam twierdzi, że ja (jeśli chodzi o publicystykę w tematyce filmowej) opanowałem pole „pisane”, on natomiast „mówione”. To chyba słychać w naszej rozmowie, bo Zbyszek przed mikrofonem czuje się niezwykle swobodnie, ja natomiast muszę przełamywać własną tremę, gdyż nie mam w tych występach radiowych większego doświadczenia. Mimo to, mam nadzieję, że nasza rozmowa może kogoś zainteresować i wciągnąć.

*

Nagrania można wysłuchać na SoundCloud lub YouTube:

.

.

.

.

Moją recenzję „Zimnej wojny” można przeczytać TUTAJ.

.

ZIMNA WOJNA – dramat bez dramaturgii, miłość bez miłości…

Pawlikowski jest znacznie lepszym konstruktorem kadru niż narracji, lepiej mu wychodzi budowanie wizualnego piękna niż opowiadanie historii.

.

Love on the rocks (Joanna Kulig i Tomasz Kot w „Zimnej wojnie”)

.

Lubię kino i kiedy decyduję się na obejrzenie jakiegoś filmu, to bardzo chcę, aby mi się on spodobał. Tak więc, kiedy wybierałem się na „Zimną wojnę”, to nastawiony byłem na wykwintną ucztę kinomana, który na dodatek złakniony jest tego, by wreszcie doceniono na świecie wielkość naszych rodzimych twórców kina – by doznali oni sławy i chwały umożliwiającej im choćby to, by pławić się w glorii oscarowej celebry. Chociaż na dnie mojej duszy czaiła się obawa, że moje oczekiwania stają się zbyt wygórowane i apetyt za bardzo wyostrzony, a to w związku z entuzjastycznym przyjęciem tego filmu w kraju i za granicą (szał palm w Cannes) – a zwłaszcza w obliczu nieprawdopodobnej wręcz fali zachwytu podsycanego wiadomością o wielkich szansach „Zimnej wojny” na Oscara (nie tylko dla samego filmu, ale i jego reżysera Pawła Pawlikowskiego oraz grającej jedną z głównych ról Joanny Kulig)., również tego „europejskiego” (tutaj zostali już nominowani wszyscy za wszystko). Tak więc, nieco się obawiałem, bo jednak nieraz w przeszłości się zdarzało, że balon jaki nadymała zbiorowa afektacja, w moim osobistym doświadczeniu – kiedy już sam z przedmiotem gremialnego zachwytu się stykałem – zostawał przekłuty, a przynajmniej nieco wiotczał.

Siedząc już przed ekranem – oglądając te oszałamiająco piękne czarno-białe obrazy, słuchając muzyki (która momentami wprawiała mnie w ekstatyczne wręcz uniesienie) czy wreszcie zapoznając się z postaciami tej historii – nastawiony byłem na przyjęcie olśniewającego mnie arcydzieła. Lecz niestety, gdzieś tak po dwóch kwadransach, zacząłem w to kino-filskie spełnienie wątpić, coraz bardziej zawiedziony pojawiającymi się w filmie opustkami – które zrazu dość dyskretnie, a po jakimś czasie zupełnie już jawnie, zaczęły mi burzyć ołtarzyk jaki zacząłem stawiać twórcom tego filmu wcześniej. Zdarzyła mi się więc rzecz fatalna: nie dość, że film mnie nie wciągnął i nie porwał, to na dodatek zaczęło mnie to, co wyczyniała dwójka zakochanych ponoć w sobie głównych bohaterów, irytować. A już finał (którzy zeloci filmu uznali wręcz za metafizyczny) wprowadził mnie w zupełne osłupienie.
Nie, ja wcale nie uważam, że jeżeli bohaterowie filmu zachowują się idiotycznie, to film nie może być dobry. Wręcz przeciwnie – takie zachowanie dla dobrego reżysera to może być mięso filmowe krwiste i kościste, to po pierwsze, a po drugie: przecież wiadomo, że miłość nie zawsze sprzyja mądrości i racjonalności postępowania kochanków. Problem „Zimnej wojny” polegał jednak na tym, że nieobliczalność w zachowaniu Zuli i Wiktora, choć dla nas widoczna, stawała się jednocześnie zupełnie niezrozumiała w kontekście tego, co twórcy filmu postanowili zaserwować nam na ekranie.

Czyli jednak wadliwy scenariusz.
Pierwszym mankamentem filmu, jaki rzucił mi się w oczy, był brak ekspozycji miłości Wiktora i Zuli, czyli czegoś, co by ich uczucie (a tym bardziej rodzącą się miłość) – w moich oczach i sercu widza – uwiarygodniło. Zamiast tego mamy gwałtowny przeskok z jednej sytuacji, gdzie uprawiają oni seks, do momentu, gdzie już są zakochani na śmierć i życie. Na ekranie nie ma nic, co by zbudowało tę miłość. Stąd pewnie bierze się wrażenie (a spotkałem się z kilkoma takimi skargami), że między Kotem a Kulig nie ma większej chemii (jedna z bardziej złośliwych recenzentek filmu napisała, że tej chemii jest już więcej w chińskich zupkach).
Ale ten brak wiary w miłość prawdziwą między Wiktorem a Zulą wynika według mnie jeszcze z czegoś innego – właśnie z ich niezrozumiałego zachowania w poszczególnych scenach, które dzielą przeskoki czasowe, pomijające w ich życiu to, co ewentualnie pozwoliłoby nam ich reakcje i postępowanie zrozumieć – o empatii nie wspominając.
Jak się dowiedziałem później, był to celowy zabieg reżysera, w którego mniemaniu i intencji, tę lukę widz miał wypełnić sobie sam. Przy czym Pawlikowski zastosował tu wobec nas mały szantaż, mówiąc, że wierzy on w inteligencję widza, który powinien się wszystkiego sam domyśleć. Czyli: jeżeli widz tego nie jest w stanie zrobić, to po prostu winny jest jego brak inteligencji. Tak więc, nasze przyznanie się do tego, byłoby niczym innym, jak przyznaniem się do własnej głupoty, a co najmniej do nierozgarnięcia.
Moim zdaniem, Pawlikowski wymyślił sobie to usprawiedliwienie ad hoc – z narracyjnych usterek scenariusza czyniąc cnotę.

Doskonale zdaję sobie z tego, że to co w tej chwili piszę, może być nie do przyjęcia dla tych, którzy się filmem zachwycili, miłością Zuli i Wiktora przejęli, maestrię Pawlikowskiego docenili, wielkość kreacji Kota i Kulig uznali… Jeśli tak, to ich wygrana, a moja strata (i piszę to całkiem poważnie). Bo ja jestem w stanie taki odbiór „Zimnej wojny” zrozumieć.
W jakim jednak stopniu taka reakcja jest czymś w rodzaju zbiorowej sugestii? Bo czyż nie bywa tak, że im bardziej i im więcej widzów (a ogólnie: odbiorców sztuki) się czymś zachwyca, to tym bardziej zachwycamy się tym i my sami? I muszę podkreślić, że nie jest ta jakiś mój wymysł kosmiczny domorosłego psychologa (ani nawet aluzja do Gombrowicza), a zjawisko potwierdzone w poważnych badaniach psychologicznych. A jeśli jeszcze dochodzi do tego lokalny patriotyzm i plemienne podniecanie się wielkością „naszych”, to możemy mieć ów efekt jeszcze bardziej wzmocniony. Lecz w jakim stopniu działa to w przypadku fenomenu filmu „Zimna wojna”? Tego oczywiście nie jestem w stanie stwierdzić.

Sądząc po tym, co tu piszę może ktoś odnieść wrażenie, że ja film Pawlikowskiego uważam za niezbyt udany, a może nawet i za bubel jakiś. Otóż tak nie jest, bo zdaję sobie sprawę z wielkości jego ciężaru gatunkowego, jak również z tego, że pod pewnymi względami jest to obraz wybitny, a nawet mający miejscami cechy arcydzieła. Jak już pisałem na początku, były momenty filmu, które bardzo mną poruszyły, ale związane to było bardziej z estetyczną formą, niż z fabularną treścią. Czyli: przede wszystkim muzyka, która chwilami – abstrahując od tego w jaki sposób komunistyczne władze zawłaszczyły polską „ludowość” – rzuca niemal na kolana. Następnie: wymuskany do granic doskonałości obraz – kadry dopracowane przez reżysera i operatora w każdym szczególe, niewątpliwie piękne, i to uderzająco piękne (choć niektóre ujęcia wydawały mi się pretensjonalne i trącące manieryzmem).

Summa summarum estetyka „Zimnej wojny” jest olśniewająca, ale wobec pewnej fabularnej niewydolności filmu, styl Pawlikowskiego okazuje się przeestetyzowany, a jego reżyserska ręka (paradoksalnie) zbyt ciężka. Świadczą o tym choćby powtarzane w nieskończoność duble tej samej sceny, których średnia liczba – jak przyznali sami twórcy filmu na konferencji prasowej w Gdyni – wynosiła około 30 (Pawlikowski w jednym z wywiadów: „To jest paradoks kreować życie zabijając je – torturując [przy tym] ludzi”).
Ów męczący perfekcjonizm – swoista reżyserska dyktatura – sprawdza się w przypadku wielkich nazwisk kina (jak np. Bergman, Tarkowski, Iñárritu, Farhadi…), gdzie w produkcie finalnym wszystko gra i szwy nie są widoczne, a film sprawia wrażenie spójnej całości i narracyjnej maestrii. Niestety, moim zdaniem, sztuka ta nie do końca udaje się Pawlikowskiemu, który nota bene niekiedy sam z utęsknieniem czeka, aż w tych jego perfekcyjnych ujęciach ukaże się jakiś przypadkowy element, który zniwelowałby efekt sztuczności jaki pojawia się w przeestetyzowanych kadrach (chcę tu podkreślić, że ja sobie tego z palca nie wyssałem, tylko usłyszałem z ust samego reżysera).
Tak więc, Pawlikowski jest znacznie lepszym konstruktorem kadru niż narracji. Innymi słowy: lepiej mu wychodzi budowanie wizualnego piękna niż opowiadanie historii. Nie wiem, czy jest to mankament trwale zakorzeniony w jego sposobie reżyserowania. Może nie – bo np. „Ida” moim zdaniem była już lepiej opowiedziana niż „Zimna wojna”, a tym samym bardziej zajmująca i jak dla mnie skuteczniejsza emocjonalnie. Może tak – bo w tym ostatnim filmie widać wyraźnie, że Pawlikowski jeszcze dalej idzie w dość apodyktyczną estetyzację swojego produktu, a przy tym w tłamszenie fabuły, co powoduje jakże banalny już w sztuce współczesnej przerost formy nad treścią (a jest nim skażony prawie cały postmodernizm, gdzie mniej ważne stało się to CO się mówi, od tego, JAK się mówi).

Powiedzmy sobie szczerze, że historyczne tło dla tego „romansu” zarysowane jest dość schematycznie, zaś postacie drugoplanowe – mimo doskonałych wystąpień Kuleszy i Szyca – zbyt szybko giną nam z oczu, pozostawiając za sobą nimb stereotypu. Problematyka „zimno-wojenna” zupełnie nie występuje, co nijak się ma do tytułu filmu (niektórzy widzowie kombinowali, że to może chodziło o zimną wojnę między bohaterami, co ponownie implikowałoby chłód między Wiktorem a Zulą – mimo ich nerwowych wyskoków tudzież erotycznych zrywów, które niemal wszyscy urzeczeni filmem odbierali jako wielką miłość).
Muszę przyznać, że piszę to wszystko nie dlatego, by wykazać jaka to „Zimna wojna” jest nieudana (wychodząc przy tym na malkontenta i outsidera), ale chyba głównie po to, by wytłumaczyć (przede wszystkim sobie) dlaczego mój odbiór filmu tak bardzo nie współgra z owym gremialnym – i niemal już globalnym – nad nim zachwytem. Spotkałem się jednak z głosami widzów, którzy obraz ten odebrali podobnie – i podobnie jak ja zastanawiali się, czy to rzeczywiście wina „Zimnej wojny”, czy też może z nimi samymi jest coś nie tak; albo w ogóle siedzieli cicho, żeby właśnie nie wyjść na kogoś czepialskiego, kto na dodatek nie zna się na kinie.
Koniec końców, w moich oczach, film Pawlikowskiego bardziej przypomina komiks niż prawdziwą opowieść o ludziach z krwi i kości. Fakt: komiks estetycznie niezwykle wysublimowany – dzięki czemu rzeczywiście przypomina on album z fotografiami – lecz będący tylko kalką życia, a nie jego domeną.

*  *  *

.