DROGA I HORYZONT

polna droga w zimie

*

Za horyzontem, który sami kreślimy
(bo przestrzeń nieskończona nie mieści się nam w głowie)
jest kraj nieznany pełen wszystkich pór roku
gdzie pogodnym latem nie myśli się jeszcze o zimie
ale chmurną jesienią pamięta się już tylko wiosnę,
która była i której już nigdy chyba nie będzie

*

Kres mrozi wszystko a może wszystko spala?
Może wszystko pozostaje takie samo
i nic nie może zamienić się w nic?
Być może nie będzie już wtedy niczego
i wszystko znajdzie się tam gdzie było
na początku, który zarazem był końcem
tego, co miało się stać i powstało
ostatecznie z niczego – by trwać i zginąć
by zginąć i trwać

*

Tu naszą miarą odmierza się czas
(bo niekończąca się wieczność mąci nasze myśli)
pracują dla nas zegary i biją nam dzwony
na radość lub na trwogę – a nie ma to znaczenia
dla kogoś kto już jest po drugiej stronie – tam

dokąd prowadzi każda z naszych dróg

*

* * *

Zdjęcie własne (polna droga zimą na Podkarpaciu)

KONIEC ŚWIATA (nad Jeziorem Michigan)

czyli zawierucha śnieżna co się zowie – Chicago, 2 luty, AD 2011

*

White stuff, waving flag & whinny smile!

*

Zasypało nas. Przywiało to gdzieś z głębi kontynentu i szalało nad brzegami Jeziora Michigan przez kilkanaście godzin.

Świat się zmienił, nie powiem, także kolorystyczne – zrobił się taki biały. I ta cisza po burzy. Niesamowita. Jakby nagle spadła na nas z nieba jakaś zimno-puchowa apokalipsa. Ale taka… bezgłośna, cicha, miękka, choć zrazu groźna, przeraźliwie dująca, rozbuchana i zacięcie sypiąca.

Wiadomo było, że nadciąga. Każdy żył w pewnym napięciu, podnieceniu i oczekiwaniu. Gdybym był w wieku szkolnym to bym się cieszył, że nie muszę iść do szkoły. Ale jako że jestem w wieku pracującym, to… też się cieszyłem, ale z tego, że nie muszę jechać do pracy.

To nie jest aż taka tragedia, jak się siedzi w ciepłym mieszkaniu i wygląda na szalejąca za oknem śnieżną zawieruchę. Ma się zapas wody, chleba, wina, łososia i kawy. I wiadomo, że tak naprawdę to nic ten żywioł człowiekowi nie może tu groźnego zrobić. Bestia się wścieka a ty się gapisz zaciekawiony, lekko podekscytowany – bo to się zdarza nie częściej, jak raz na dwadzieścia lat, ale ty i tak widzisz coś takiego po raz pierwszy w życiu.

Jeszcze cieplej robiło się człowiekowi, kiedy widział, jak ten biały, dmący smok solidaryzuje  ludzi. I przemienia ich w dzieci. Dzieci podniecone i rozpaplane (co najbardziej było widoczne w telewizji) – że oto dzieje  się coś, co przewraca do góry nogami ich codzienną rutynę, że nie muszą już udawać dorosłych i że nagle mogą się oddać lekkiemu zdumieniu. Bo tak naprawdę, to była zabawa z tą małą białą dętą (pseudo)apokalipsą. (Z wyjątkiem tych dwóch tysięcy samochodów, które utknęły na całą noc gdzieś nieopodal downtown przy Lake Shore Drive nad jeziorem.)

Ale najlepszy był spacer wokół mojego domu, już po przejściu zimowej wichury. Ulice całe w zaspach – śnieg leży jak na szczerym polu, czarnego asfaltu można się tylko domyślać, żaden samochód nie zakłóca tej idylli brnięcia po kolana w białej masie ze śnieżnego puchu – ach, chwilo jesteś piękna, trwaj… jeszcze tak ze dwa dni dłużej! Sceneria jak z filmu katastroficznego – The Day After – albo The Road – ale bez tej grozy, nieludzkiej pustki i totalnej demolki Armagedonu. Za to z wielką ulgą, że oto cywilizacja wielko-miejska poszła sobie na urlop, że się wycofała, pozwoliła swoim metropolitarnym szczurkom zostać w swoich ciepłych i przytulnych norkach – taka mała, chwilowa, urbanistyczna prostracja. Podobali mi się ci spotkani podczas tego spaceru Amerykanie. Uśmiechnięci, solidarni, pogodzeni… a co  mi tam! Zapieprzam szuflą, dmucham odśnieżaczem, pcham zaboksowany samochód… Z tym wszystkim można sobie dać radę. Gorzej z tymi san’of’biczami, co przez swoją absurdalną chciwość i głupią pazerność zrujnowali amerykańskie marzenie, rozwiali ten mityczny, ale dość konkretny, American Dream – but… forget it, enjoy yourself, have a nice day – good bye and good luck!

*

Winter siege

*


Snowy X-ing (Jewel wall, Commons & Leland)

(zdjęcia własne)

Więcej obrazków zasypanego przez śnieżycę Chicago, zobaczyć można TUTAJ. Zrobiłem je wczesnym popołudniem, w środę, 2 lutego, podczas godzinnego spaceru po zasypanych śniegiem, nieprzejezdnych – i ledwo dających się przejść – ulicach mojego sąsiedztwa.

*

OGNISKO W ZIMIE

Jacob van Ruisdael („Scena zimowa z młynem”)

 

*  *  *

Dobra ta zima, która rodzi nadzieję na nadejście wiosny. Pod lodem, który skuł rzekę płynie woda pełna uśpionego życia. W oddali, na horyzoncie jaśnieje złotawa poświata – promienie słońca kładą się na sino-niebieskich, ołowianych chmurach. Ludzie, okutani w ciepłe kożuchy, oddają się nieśpiesznej krzątaninie wokół własnych spraw; zwierzęta czekają, nawet dzieci z większym spokojem przyglądają się zamrożonemu światu… Co też to będzie dalej? Trudno o odpowiedź – w zimnym powietrzu zawieszona jest tylko niepewność. A ciepło? Czy poczuć go można tylko przy domowym ognisku? Skrzące się światło, emanujący gorącem żar! To te trzaskające i sypiące iskrami płonące polana – hipnotyzujący nasze oczy ogień; płomień, który rozgrzewa nie tylko naszą skórę, ale i serca. Jakże łatwo przy nim o senną melancholię. Młyn zastygł także. Skrzydła wiatraka znieruchomiały. Ziarna zmielone na mąkę i ziarna zachowane na wiosenny posiew – coś umiera, coś żyje dalej, coś się narodzi. Przetrwanie i przemiana. Stagnacja i przesilenie. Bezruch i porusznie. Oczekujemy, że coś – lub ktoś – nas wyzwoli, że zostaniemy oczyszczeni i wkrótce zacznie się nowe życie, nawet dla takich starych worków na kości, jak my.

 

WESOŁYCH ŚWIĄT!

 

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!

*

*