PODRÓŻE – słowo o książce

.

Ktoś nazwał tę książkę-album bardzo zgrabnie „kolorowym satelitą” trzech pozostałych tomów, które ukazały się w pierwszej kolejności (chodzi o ZAPISKI, ARTYKUŁY LEKTURY ROZMOWY oraz KINO TEATR SZTUKA). Jednakże, kiedy myślałem o spotkaniu autorskim, to obawiałem się nieco, że PODRÓŻE mogą niejako przysłonić tamte książki, a to ze względu na ich szatę graficzną (mnóstwo kolorowych zdjęć) i objętość (tomiszcze ma ponad 800 stron), więc skłonny byłem nawet prezentację PODRÓŻY na tymże spotkaniu pominąć, skupiając się na pierwszych trzech tomach, (które przecież zawierają solidną – i dla mnie ważną – dozę treści). Przygotowanie oraz edycja tej książki wymagała olbrzymiego wysiłku – chodzi o czas i pracę wielu osób (za co jestem im niezmiernie wdzięczny), o dwóch dekadach, jakie zajęło mi podróżowanie po świecie, robienie zdjęć i zapisywanie wrażeń z tych wojaży nie wspominając. No i – nieskromnie mówiąc – efekt jest znakomity, co musi przyznać (i przyznaje) każdy, kto bierze ten tom do ręki.

.

PODRÓŻE

 

Książka – album zawiera zapiski oraz relacje z licznych podróży do takich krajów i miejsc, jak np. Indie, Nepal, Chiny, Tybet, Birma, Tajlandia, Wietnam, Kambodża, Laos, Singapur, Brazylia, Peru, Meksyk, Hawaje, Kostaryka, Gwatemala, Jamajka, Wyspy Dziewicze, Kanada, Włochy, Hiszpania, Norwegia…
Sporo miejsca poświęcono również Ameryce Północnej, gdzie przez wiele lat autor organizował i prowadził wycieczki krajoznawczo-turystyczne. Całość ilustrowana jest setkami zdjęć ukazujących – a tym samym utrwalających – piękno odwiedzanych zakątków świata, z których wiele traci obecnie swój unikatowy charakter.

*  *  *

804 strony; oprawa twarda; 675 ilustracji barwnych
ISBN 978-83-62844-85-2

 

greydot

FRAGMENT KSIĄŻKI

 

Kiedy wyruszasz w podróż, żegnaj się uważnie z miejscem, w którym mieszkasz, tak jakbyś nigdy nie miał już do niego powrócić. Lecz nie dlatego, aby myśleć o tym, że może cię w tej podróży spotkać coś najgorszego, za co zwykle uważamy tragiczny wypadek i śmierć. Żegnaj się, aby przypieczętować twoje przywiązanie do czegoś trwałego w świecie, w którym wszystko jest ulotne i gdzie wszystko spływa z rzeką czasu albo dryfuje po bezkresnych wodach oceanu zdarzeń. Kiedy wypływasz na szerokie wody, podnosisz kotwicę, którą musisz za sobą dźwigać – ale nie jako brzemię, ale jako przypomnienie tego, że tylko wtedy, kiedy się zatrzymasz, możesz poczuć solidny grunt – że tylko jedno miejsce może być twoim prawdziwym domem, choćby wszędzie na świecie witano cię z otwartymi ramionami i oferowano serdeczną gościnę (a przecież nie wszędzie, nie zawsze i nie wszyscy tak cię witają).
Dlatego twoje powroty muszą być jeszcze bardziej uważne i świadome, niż wyruszania w podróż. Powroty mogą nas cieszyć albo smucić, są końcem, ale też i początkiem – jednakże nigdy nie są czymś obojętnym dla uświadomienia sobie naszego miejsca na ziemi. Nawet wtedy, kiedy pozostają pytaniem, nie dając nam żadnej odpowiedzi.

*

W swojej książce The Tao of Travel Paul Theroux podaje chętnym do wyruszenia w świat dziesięć zasad (porad):
1. Wyjedź z domu
2. Podróżuj samotnie
3. Podróżuj lekko
4. Weź ze sobą mapę
5. Podróżuj lądem
6. Przejdź pieszo przez granicę narodową
7. Prowadź dziennik
8. Czytaj powieść, która nie jest związana z miejscem, w którym przebywasz
9. Jeśli musisz mieć telefon komórkowy, staraj się go nie używać
10. Zaprzyjaźnij się

Ciekawe. Należy jednak pamiętać, że pan Theroux jest podróżnikiem „zawodowym” tudzież pisarzem profesjonalistą – a to po to, by się nie wpędzać w niepotrzebne kompleksy.
Poza tym zaczął on te swoje włóczęgi po świecie w czasach, kiedy podróżowało się zupełnie inaczej niż dzisiaj (i to nie tylko dlatego, że nie było jeszcze wówczas przewodników Lonely Planet).
Można by rady Theroux poddać szczegółowej i rozległej analizie, jednakże pozwolę sobie tutaj na rzucenie kilku dość luźnych uwag à propos każdego „przykazania”.

Ad 1.No tak, wyjazd z domu wydaje się warunkiem koniecznym do tego, by poznać świat indywidualnie, doświadczyć go na własnej skórze, poczuć wszystkimi zmysłami – przemieniając też to w doświadczenie duchowe. Wprawdzie można podróżować jedynie palcem po mapie i we własnej wyobraźni – ale czy to może nam zastąpić prawdziwą podróż? To jest dobre, jeśli jest impulsem do działania, jeśli stanowi preludium naszej przygody – mobilizując nas do poczynienia konkretnych planów podróży, które znajdą w końcu swoje spełnienie.
Ad 2. Dobrze jest podróżować samotnie. Dobrze jest podróżować w towarzystwie. Tak czy owak, dobrze jest podróżować w ogóle. Jeśli jednak podróżujemy z kimś, to oczywiście towarzystwo to jest bardzo ważne. Tak więc powinno być ono dobre – także wtedy, kiedy podróżujemy samotnie i jesteśmy skazani na towarzystwo samego siebie.
Coś jednak jest na rzeczy w tej radzie Theroux, by podróżować samemu. Bo wydaje się, że podróżnik kiedy jest sam, może się bardziej skoncentrować – i to nie tyle na sobie, co na własnych doświadczeniach. Ale przede wszystkim na świecie, który poznaje – wejść w bliższy kontakt ze spotkanymi ludźmi (chodzi zarówno o tubylców, jak i innych podróżnych) oraz z miejscami, które odwiedza.
Ad 3.Tak, dobrze jest mieć lekki bagaż – i nie czuć tego ciężaru posiadanych rzeczy na grzbiecie. Choć ciężar, jaki się ma w duszy, może jednak sprzyjać naszej podróży i ją pogłębić. Przydaje się też więc tzw. bagaż doświadczeń. Jednakże to prawda: czy widział ktoś prawdziwego podróżnika z wielkimi walizami wypełnionymi toną ubrań na zmianę? Większości wystarcza plecak. I nie mówi się wtedy zbyt dużo o higienie, która nie idzie raczej w parze z włóczęgowskim szlajaniem się po świecie.
Ad 4.Mapa jest ważna. Uwielbiam mapy! Wszystkie moje podróże rozpoczynają się od dokładnego studiowania mapy (co było ważne zwłaszcza wtedy, kiedy sam byłem pilotem grupy i ustalałem dla niej trasę podróży). Tak, była to swego rodzaju podróż palcem po mapie, ale już wtedy można było poczuć dreszcz zbliżającej się przygody. Podsycała się też tym sposobem ciekawość – pragnienie poznania nieznanych jeszcze miejsc.
Ad 5. „Podróżuj lądem”. Hm… dobrze mówić. Lecz jeśli chce się dotrzeć do Australii albo Nowej Zelandii? A pisząc poważniej: zasadniczo podróże odbywają się (wypełniają) na lądzie. Samolot jest bardzo dogodnym środkiem lokomocji, który pozwala nam w stosunkowo krótkim czasie dotrzeć do najbardziej odległych zakątków Ziemi. A po wylądowaniu – zaczyna się przecież nasza podróż po lądzie, która może trwać dowolnie długo (w miarę dysponowania czasem, chęcią i środkami, którymi możemy się w podróży wesprzeć). Zaś statek – podobnie jak jacht, żaglowiec czy łódź – to już zupełnie inna para kaloszy.
Ad 6. Pieszo przez granicę? Tak, to nie to samo, co przekraczanie tej granicy na wodzie czy w powietrzu. Lecz znowu – jak to zrobić, jeśli wybieramy się na inny kontynent i zamiast trzech tygodni wołami możemy przelecieć ten sam dystans w dwie godziny samolotem? Ale rzeczywiście – jednym z moich najmocniejszych (i niezapomnianych) wrażeń podróżniczych było (piesze) przekraczanie granicy Indii z Nepalem. (Dużo by pisać, dlaczego).
Ad 7.Nie zawsze jest czas na prowadzenie dziennika w czasie podróży. Ale warto to robić. Nigdy w domu nie napiszemy czegoś takiego, jak na gorąco, w trasie (bo jest to bardziej sprawa specyficznego stanu ducha niż wiedzy). W pisaniu o wrażeniach z miejsc, które odwiedzamy, preferuję szczerość. Lekkie podkolorowywanie jest dopuszczalne (można to uznać za pewną „literacką obróbkę”, wykorzystanie licentia poetica), ale kompletna konfabulacja, przeinaczanie lub ignorowanie faktów – już nie (no chyba, że piszemy powieść). Irytuje mnie czasem dość bezmyślny „zachwyt” nad „bajkowością” czy „magicznością” miejsca (tego typu frazesy), podczas gdy w rzeczywistości nic magicznego ani zachwycającego tam nie widzimy, wręcz przeciwnie – jesteśmy zawiedzeni, rozczarowani, niekiedy nawet zdegustowani tym, co zastajemy (a przecież to ostatnie także może być źródłem interesującego doświadczenia i opisu). Dla mnie bardzo ważny jest jednak autentyzm.
Ad 8. Czytać w trakcie podróży książkę niezwiązaną z krajem, w którym podróżujemy? No, trochę to przewrotne. Ja się nie dziwię panu Theroux, że podróżując kilka miesięcy po jakichś pustkowiach (zwłaszcza pociągiem), może już mieć czasami wszystkiego dość i chce się od tego oderwać. Ale my? Jeśli mamy na podróż najwyżej kilka tygodni i każda chwila jest dla nas cenna, by chłonąć dane miejsce, kraj, ludzi? Według mnie rada trochę kosmiczna. Jeśli już, to właśnie czytać książkę związaną z odwiedzanym krajem – o przewodnikach nie wspominając.
Ad 9. Precz z komórkami! (To już wolę lochy). Jeśli jednak mamy przy sobie komórkę (i zakładając, że jest tzw. zasięg – a w najciekawszych kątach Ziemi tego zasięgu najczęściej nie ma), to warto ją używać jedynie jako swoiste „narzędzie” pomocne nam w podróżowaniu. Nie jest dobrze, kiedy w podróż ciągniemy ze sobą cały nasz wirtualny świat – z Facebookiem na czele.
Ad 10.„Zaprzyjaźnij się”. O tak! To jest moim zdaniem najcenniejsza rada, jaką daje nam Paul Theroux. Jednakże przyjaźń to duże słowo. Przyjaźń wymaga sprawdzenia się, spełnienia, a na to potrzeba pewnych warunków, jak również czasu. Może więc mówmy o próbie zbliżenia się do ludzi, których w czasie naszej podróży spotykamy (chodzi mi zwłaszcza o tubylców, ale nie tylko). Bez tego nigdy nie będziemy w stanie poczuć smaku, istoty, ducha kraju, który odwiedzamy i który chcemy poznać. A czasami wystarczy jedna chwila, kilka zamienionych słów, jedno wymowne spojrzenie, jeden uśmiech…

I na koniec: fotografowanie w czasie podróży. Wprawdzie Theroux nie formułuje tego jako kolejnego „przykazania”, to jednak uważa, że robienie zdjęć jest przeszkodą dla pamięci, bo powoduje, że nie trzeba już danej rzeczy pamiętać. Ponadto, jego zdaniem, tworzy to dystans między rozmówcą a podróżującym. I dlatego nie zabiera ze sobą w podróż aparatu.
Mam zupełnie inne zdanie na ten temat. Nie chcę podróżować bez aparatu fotograficznego (choć oczywiście taką podróż jestem sobie w stanie wyobrazić, a nawet docenić pewne jej zalety). Bowiem zdjęcia nie tylko dokumentują moją podróż – one stają się jakby częścią kraju (i ludzi), który zwiedziłem, a który chcę zapamiętać. I dzięki tym zdjęciom ten kraj w pewnym sensie mogę zabrać ze sobą do domu. Tym sposobem niejako zostaje on ze mną na dłużej. I jednak fakt, że robię ludziom zdjęcia, zbliża mnie do nich – przynajmniej takie odnoszę wrażenie.

greydot.

.

SŁOWO O KSIĄŻCE

 

WIELKI BAZAR PODRÓŻNY

.

Ponoć w każdym ziarnku piasku odbija się, a może i przejawia cały wszechświat. Tak jest powiedziane i myślę, że tak samo jest w przypadku tekstów Stanisława Blaszczyny. To co łączy wszystkie opisy krajów – w ich dogłębności i historyczno-literaturoznawczych kontekstach – to osoba autora przesiąkniętego ideą humanizmu XX wieku, który w każdym napotkanym, a zwłaszcza sfotografowanym człowieku widzi (chce zobaczyć) jego głębię i uniwersum. W każdym opisie mijanego kraju, w dowolnym obrazie przemijającego oblicza (zwłaszcza w twarzach hinduskich starców czy kambodżańskich dzieci) przebija się swego rodzaju troska o kondycję człowieka, którą można chyba nazwać „humanitaryzmem” – czyli wiarą w człowieka zanurzonego w swoim środowisku naturalnym, w jego tu i teraz…
Czytając kolejne rozdziały z tomu Podróże każdy czytelnik (bez względu na to, czy był w danym miejscu, czy nie był) nawiązuje specyficzny dialog z autorem. Czyta te rozdziały, bo chciałby się czegoś dowiedzieć przed wyjazdem i własnym doświadczeniem danego kraju, ewentualnie porównuje z tym, czego sam doświadczył. Uczy się i przewiduje, co się może zdarzyć w podróży – każda jego myśl i refleksja jest zwykle odnośnikiem do przeszłych lub przyszłych wojaży. A książka ta jest jak ogólny i szczegółowy „przewodnik” napisany przez kogoś, kto sam przez wiele lat był przewodnikiem – jest jak najbardziej szerokie vademecum.
Lektura tego tomu to wielodniowa wyprawa niemalże „dookoła świata”, bo każda strona jest wędrówką po innym zakątku naszego globu. Warto delektować się obecnymi tam słowami i obrazami dłużej – zanurzyć się w jakimś miejscu i być… A sprzyja temu nie tylko zawarta tam ilość refleksji filozoficznych czy literackich metafor, znakomitych fotografii, ale i odniesień praktycznych. Wszystko to sprawia, że ta książka-album jest jak dobry kompan do podróży w dowolnym jej czasie…
Wędrując po świecie z Herodotem, czy też raczej ciceronem – którego miejsce zajmuje tu Stanisław Błaszczyna – odwiedzamy pół świata… w tym wiele miejsc Azji, obu Ameryk, Europy… Każdy opisany kraj ma swoją specyfikę – niepowtarzalne miejsca, atrakcje i klimaty. Klimaty meteo, ale i stany duchowe – będące spuścizną minionych stuleci. Ma swoich mieszkańców, z którymi – twarzą w twarz (czasem bardzo konkretną twarzą kobiety, starca, dziecka) spotykamy się, dzięki bystremu oku i sprawnej ręce autora, który jest zarazem fotografem. Te opisy wraz z wiedzą i pogłębioną refleksją, jak również świetne ilustracje, przenoszą nas w inne miejsca i inny (miniony czas). Barwność i różnorodność malują bardzo szczegółowy obraz mijanego i przemijającego na naszych oczach świata. Świadectwo pisarza (a przy tym felietonisty, dziennikarza, myśliciela wreszcie) oraz fotografa (mistrza portretu, krajobrazu, fotoreportażu…) śmiało mogłoby być włożone do kapsuły czasu, którą po latach można by otworzyć i czerpać ze znajdującej się tam zawartości, odtwarzając świat, którego już nie ma.
Łatwo się w tej książce-albumie zanurzyć w opisach miejsc dokonywanych na bieżąco przez bystrego obserwatora, podbudowanych jego wiedzą historyczną, geograficzną, przyrodnicza… wielostronną i wieloaspektową. A zarazem pełną pokory do wielkości opisywanego materiału, jak np. w tym fragmencie zapisków z Azji: „Indie przypominają grubą księgę (…) Jesteśmy zdolni przerzucić ledwie kilka kartek… Czy możemy więc opisać całą księgę?”
Na początku książki spotykamy się z komentarzem autora do rad, jakie swego czasu dał podróżującym słynny pisarz i podróżnik Paul Theroux. Każda wynikała oczywiście z bagażu jaki on posiadał. Z wieloma radami Theroux można się dość łatwo zgodzić. A jednak autor z niektórymi z nich polemizuje, bo przecież zawsze warto mieć na uwadze, że każdy z nas jest inny – ma inny bagaż doświadczeń, inną percepcję, inne zainteresowania… Dlatego na nic zdadzą się rady kogoś kto podróżował zwykle tylko pociągiem (jak to miał właśnie w zwyczaju autor Wielkiego Bazaru Kolejowego) dla tego, kto przemierza świat jadąc rowerem, jeepem po całkowitych bezdrożach albo żeglując po oceanach. Zwykle rad oczekujemy od kogoś, kto był dokładnie tam, dokąd się wybieramy. Jednak każdy, kto z różnych względów podróżował kilka razy do tego samego miejsca (w różnych porach roku, o innej porze dnia, dysponując inną ilością czasu…) wie, że nie ma jednej rady!
I dlatego w tym „doradzaniu” podróżującym bliższe mi są poglądy Stanisława B. niż Paula T. (z całym szacunkiem dla ich dorobku piśmienniczego). Zwłaszcza odnośnie mapy, telefonu, lektury czy aparatu fotograficznego (wszystkie te rzeczy można zmieścić dziś w jednym urządzeniu!) A podróżowanie pociągiem (nomen omen piszę ten fragment właśnie w pociągu na trasie Kraków-Warszawa przed wylotem [prawda – nie da się jeszcze tam dojechać w 100% lądem] na mój „koniec świata” do Nowej Zelandii. W pociągu, z którego w ogóle nie widzę świata (małe okna w proporcji do widoków z auta, ciemno na zewnątrz, a światła wewnątrz, prędkość składu znacznie przewyższająca średnią prędkość na drodze asfaltowej, itp). Nie mówiąc o współpasażerach, którzy w tej podróży są najmniej zainteresowani oglądaniem świata za oknem… choć w zasięgu ucha mówią co najmniej w 3 – 4 językach… i najprawdopodobniej przyjechali poznać nasz kraj.
A świat można poznać tylko wtedy, kiedy się podróżuje uważnie. Tak jak autor tej książki. I chyba większość z tych, którzy zechcą ją przeczytać.

Bogdan Kwiatek

greydot

GARŚĆ KARTEK

.

.

greydot.

Na spotkaniu autorskim – z naręczem tomów PODRÓŻE

.

DEKALOG PODRÓŻNY

.

Na Czarnej Plaży - Hawaje

Na Czarnej Plaży – Hawaje

.

W swojej książce „The Tao of Travel” Paul Theroux podaje chętnym do wyruszenia w świat dziesięć zasad (porad):

.
1. Wyjedź z domu
2. Podróżuj samotnie
3. Podróżuj lekko.
4. Weź ze sobą mapę
5. Podróżuj lądem
6. Przejdź pieszo przez granicę narodową.
7. Prowadź dziennik
8. Czytaj powieść, która nie jest związana z miejscem, w którym przebywasz
9. Jeśli musisz mieć telefon komórkowy, staraj się go nie używać.
10. Zaprzyjaźnij się

.

Ciekawe. Jednak należy pamiętać, że pan Theroux jest podróżnikiem „zawodowym”, tudzież pisarzem profesjonalistą – a to po to, by się nie wpędzać w niepotrzebne kompleksy.
Poza tym, zaczął on to swoje włóczęgi po świecie w czasach kiedy podróżowało się zupełnie inaczej niż dzisiaj (i to nie tylko dlatego, że nie było jeszcze wówczas przewodników Lonely Planet).

Można by rady Theroux poddać szczegółowej i rozległej analizie, jednakże pozwolę sobie tutaj na rzucenie kilku dość luźnych uwag à propos każdego „przykazania”.

Ad 1. No tak, wyjazd z domu wydaje się warunkiem koniecznym do tego, by poznać świat indywidualnie, doświadczyć go na własnej skórze, poczuć wszystkimi zmysłami – przemieniając też to wszystko w doświadczenie duchowe. Wprawdzie można podróżować jedynie palcem po mapie i we własnej wyobraźni – ale czy to może zastąpić prawdziwą podróż? To jest dobre jeśli jest impulsem do działania, jeśli stanowi preludium naszej przygody – mobilizując nas do poczynienie konkretnych planów podróży, które znajdą w końcu swoje spełnienie.

Ad 2. Dobrze jest podróżować samotnie. Dobrze jest podróżować w towarzystwie. Tak czy siak… dobrze jest podróżować w ogóle. Jeśli jednak podróżujemy z kimś, to oczywiście towarzystwo to jest bardzo ważne. Tak więc powinno być ono dobre – także wtedy, kiedy podróżujemy samotnie i jesteśmy skazani na towarzystwo samego siebie.
Coś jednak jest na rzeczy w tej radzie Theroux, by podróżować samemu. Bo wydaje się, że podróżnik, kiedy jest sam, może się bardziej skoncentrować – i to nie tyle na sobie, co na własnych doświadczeniach. Ale przede wszystkim na świecie, który poznaje – wejść w bliższy kontakt ze spotkanymi ludźmi (chodzi zarówno o tubylców, jak i innych podróżnych) oraz z miejscami, które odwiedza.

rejs po Brahmaputrze - Tybet

Rejs po Brahmaputrze – Tybet

Ad 3. Tak, dobrze jest mieć lekki bagaż – i nie czuć tego ciężaru posiadanych rzeczy na grzbiecie. Choć ciężar, jaki się ma w duszy, może jednak sprzyjać naszej podróży i ją pogłębić. Przydaje się też więc tzw. „bagaż” doświadczeń. Lecz to prawda: czy widział ktoś prawdziwego podróżnika z wielkimi walizami wypełnionymi toną ubrań na zmianę? Większości wystarcza plecak. I nie mówi się wtedy zbyt dużo o higienie, która nie idzie raczej w parze z włóczęgowskim szlajaniem się po świecie

Ad 4. Mapa jest ważna. Uwielbiam mapy! Wszystkie moje podróże rozpoczynają się od dokładnego studiowania mapy (co było ważne zwłaszcza wtedy, kiedy sam byłem pilotem grupy i ustalałem dla niej trasę podróży). Tak, była to swego rodzaju podróż palcem po mapie, ale już wtedy można buło poczuć dreszcz zbliżającej się przygody. Podsycała się też tym sposobem ciekawość – pragnienie poznania nieznanych jeszcze miejsc.

Ad 5. „Podróżuj lądem.” Hm… dobrze mówić. Ale jeśli chce się dotrzeć do Australii albo Nowej Zelandii? A pisząc poważniej: zasadniczo podróże odbywają się (wypełniają) na lądzie. Samolot jest bardzo dogodnym środkiem lokomocji, który pozwala nam w stosunkowo krótkim czasie dotrzeć do najbardziej odległych zakątków Ziemi. A po wylądowaniu – zaczyna się przecież nasza podróż po lądzie, która może trwać dowolnie długo (w miarę dysponowania czasem, chęcią i środkami, którymi możemy się w podróży wesprzeć). Zaś statek – podobnie jak jacht, żaglowiec, czy łódź – to już zupełnie inna para kaloszy.

Ad 6. Pieszo przez granicę? Tak, to nie to samo, co przekraczanie tej granicy na wodzie czy w powietrzu. Lecz znowu – jak to zrobić, jeśli wybieramy się na inny kontynent i zamiast trzech tygodni wołami musimy przelecieć ten sam dystans w dwie godziny samolotem? Ale rzeczywiście – jednym z moich najmocniejszych (i niezapomnianych) wrażeń podróżniczych było (piesze) przekraczanie granicy Indii z Nepalem. (Dużo by pisać dlaczego.)

Ad 7. Nie zawsze jest czas na prowadzenie dziennika w czasie podróży. Ale warto to robić. Nigdy w domu nie napiszemy czegoś takiego, jak na gorąco, w trasie (bo jest to bardziej sprawa specyficznego stanu ducha, niż wiedzy). W pisaniu o wrażeniach z miejsc, które odwiedzamy, preferuję szczerość. Lekkie podkolorowywanie jest dopuszczalne (można to uznać za pewną „literacką obróbkę”), ale kompletna konfabulacja, przeinaczanie lub ignorowanie faktów – już nie. Irytuje mnie czasem dość bezmyślny „zachwyt” nad „bajkowością” czy „magicznością” miejsca (tego typu frazesy), podczas gdy w rzeczywistości nic magicznego ani zachwycającego tam nie widzimy, wręcz przeciwnie – jesteśmy zawiedzeni, rozczarowani – niekiedy nawet zdegustowani tym co zastajemy (a przecież to ostatnie także może być źródłem interesującego doświadczenia i opisu). Dla mnie bardzo ważny jest jednak autentyzm.

Ad 8. Czytać w trakcie podróży książkę nie związaną z krajem, w którym podróżujemy? No, trochę to przewrotne. Ja się nie dziwię panu Theroux, że podróżując kilka miesięcy po jakichś pustkowiach (zwłaszcza pociągiem), może już mieć czasami wszystkiego dość i chce się od tego oderwać. Ale my? Jeśli mamy na podróż najwyżej kilka tygodni i każda chwila jest dla nas cenna, by chłonąć dane miejsce, kraj, ludzi? Według mnie rada trochę kosmiczna. Jeśli już, to właśnie czytać książkę związaną z odwiedzanym krajem – o przewodnikach nie wspominając.

Ad 9. Precz z komórkami! (To już wolę lochy.)
Jeśli jednak mamy przy sobie komórkę (i zakładając, że jest tzw. „zasięg” – a w najciekawszych kątach Ziemi tego zasięgu najczęściej nie ma), to warto ją używać jedynie jako swoiste „narzędzie” pomocne nam w podróżowaniu. Nie jest dobrze, kiedy w podróż ciągniemy ze sobą cały nasz wirtualny świat – z Facebookiem na czele.

Ad 10. „Zaprzyjaźnij się.” O tak! To jest moim zdaniem najcenniejsza rada jaką daje nam Paul Theroux. Jednakże przyjaźń to duże słowo. Przyjaźń wymaga sprawdzenia się, spełnienia, a na to potrzeba pewnych warunków, jak również czasu. Może więc mówmy o próbie zbliżenia się do ludzi, których w czasie naszej podróży spotykamy (chodzi mi zwłaszcza o tubylców, ale nie tylko). Bez tego nigdy nie będziemy w stanie poczuć smaku, istoty, ducha kraju, który odwiedzamy i który chcemy poznać. A czasami wystarczy jedna chwila, kilka zamienionych słów, jedno wymowne spojrzenie, jeden uśmiech…

I na koniec: fotografowanie w czasie podróży. Wprawdzie Theroux nie formułuje tego jako kolejnego „przykazania” to jednak uważa, że robienie zdjęć jest przeszkodą dla pamięci, bo powoduje, że nie trzeba już danej rzeczy pamiętać. Ponadto, jego zdaniem, tworzy to dystans między rozmówcą a podróżującym. I dlatego nie zabiera ze sobą w podróż aparatu.
Mam zupełnie inne zdanie na ten temat, niż Theroux. Nie chcę podróżować bez aparatu fotograficznego (choć oczywiście taką podróż jestem sobie w stanie wyobrazić, a nawet docenić pewne jej zalety). Bowiem zdjęcia nie tylko dokumentują moją podróż – one stają się jakby częścią kraju (i ludzi), który zwiedziłem, a który chcę zapamiętać. I dzięki tym zdjęciom ten kraj w pewnym sensie mogę zabrać ze sobą do domu. W ten sposób niejako zostaje on ze mną na dłużej. I jednak fakt, że robię ludziom zdjęcia, zbliża mnie do nich – przynajmniej takie mam wrażenie.
Myślę, że na miejscu będzie jeśli przytoczę tu kilka słów, jakie na temat fotografowania (i tej jego ujemnej strony) napisałem podczas mojej podróży po Indii (teraz zauważyłem, że pobrzmiewa w nich zastrzeżenie jakie wysnuł Theroux): „Wyjazd do Indii z traktowanym poważnie aparatem fotograficznym ma swoje dość istotne konsekwencje. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo nadmiernej estetyzacji tego kraju. Również wizualizacji, która zajmuje się powierzchnią, przez co można mieć problem z dotarciem do wnętrza i poznania głębi. Ograniczenie się do patrzenia na obcy kraj przez wizjer aparatu zwiększa zwykle dystans do jego prawdziwej esencji.
Z drugiej jednak strony czuję (być może wikłam się tu w sprzeczności), że w jakiś sposób o wiele uboższe byłyby moje wspomnienia i doświadczenie Indii, gdybym teraz, po powrocie, nie mógł się wesprzeć tymi wszystkimi zdjęciami, gdzie utrwaliłem napływające do mnie zewsząd obrazy, odwiedzane miejsca, a przede wszystkim setki ludzkich twarzy spotkanych osób, w których oczach mogę dziś oglądać ich dusze, dopowiadać sobie historię ich życia.”

*  *  *

Mozaika zdjęć z moich podróży: Świat w obrazach.

.

Nie, żebym przeszedł na buddyzm - to mnisi zaprosili mnie do wspólnego zdjęcia w jednej ze świątyń w Mandalay (Birma)

Nie, żebym przeszedł na buddyzm – to mnisi zaprosili mnie do wspólnego zdjęcia w jednej ze świątyń w Mandalay (Birma)

.

BALLADA O PUSTYNI I GÓRACH, czyli tam gdzie jest bliżej nieba i piekła

ZAPISKI Z PODRÓŻY DO NOWEGO MEKSYKU I TEKSASU

(cz. I)

EL PASO

Pustynia jako miejsce opuszczone – ale czy opustoszałe? (Miasto-widmo gdzieś na pograniczu Nowego Meksyku i Teksasu.)

Jeszcze kilka godzin temu czułem chłodne chicagowskie powietrze, a oto teraz smaga mi twarz gorący pustynny wiatr wiejący gdzieś znad doliny Rio Grande. Jestem w El Paso, mieście pogranicza. Na sąsiednich wzgórzach, tuż za rzeką, która stanowi granicę, hiszpańskie napisy obwieszczają meksykański patriotyzm mieszkańców Ciudad Juarez. Lecz Meksyk czuje się wszędzie już w samym El Paso, gdzie twarze białe gubią się wśród smagłych, gdzie częściej na ulicy słyszy się język hiszpański niż angielski, gdzie zewsząd dochodzą zapachy meksykańskiej kuchni. A wokół wieżowce, dość eleganckie, dobrze utrzymane budynki… Tak pewnie wyglądałby Meksyk gdyby poszedł amerykańską drogą.
Na przejściu granicznym znowu była dziś strzelanina. Zginęli ludzie. Sytuacja się powtarza. Pamiętam, kiedy zawitałem tu po raz pierwszy 10 lat temu, zastrzelono nad Rio Grande kilku przemytników kokainy.

Rio Grande… Wielka Rzeka. Tutaj jest taka tylko z nazwy. W rzeczywistości wygląda bowiem jak mały potok, który można by przeskoczyć jednym susem. Wąski ściek rudawej wody obwiedziony zielonkawym paskiem drzew i krzewów. Aż dziw bierze, że to granica między dwoma wielkimi państwami, które dzieli ekonomiczna i kulturalna przepaść.
El Paso nie jest jednak miastem – bohaterem mojego romansu. Zatrzymujemy się tu tylko na chwilę, by – po zdobyciu jakiegoś środka lokomocji – uderzyć w prawdziwe pustynie Nowego Meksyku i Teksasu.  Zatopić się w krajobraz, który uśmierzyłby chicagowskie, cywilizacyjne stresy.

WSTĘP DO PUSTYNI

Zawsze fascynowały mnie pustynie, a na ziemi amerykańskiej zetknąłem się z nimi po raz pierwszy. Utah, Nevada, Arizona, południowa Kalifornia… obszary rozległych pustyń o zdumiewających obrazach, nie znanych nam w Europie, tym bardziej więc dla nas egzotycznych.

Pustynia jest naturalnym fenomenem, który zawsze splatał się z pewnymi aspektami kultury człowieka. Co ciekawe, często największy ferment cywilizacyjny miał miejsce na jakimś stosunkowo niewielkim a życiodajnym obszarze otoczonym rozległymi, niezbyt gościnnymi obszarami pustynnymi lub półpustynnymi. Przykładami mogą tu służyć choćby Egipt, Bliski Wschód, dorzecze Tygrysu i Eufratu, Dolina Indusu, czy nawet sama Grecja.
Pustynia jest jak archetypiczny pejzaż, stanowiąc scenę, na której zawrzeć można z bogami przymierze, albo z nimi się wadzić – lub nawet boga ukrzyżować. Nagi i ascetyczny krajobraz to także arena, na której bardziej wyraźnie i ostro widać walkę człowieka o przetrwanie – zwłaszcza wtedy, gdy człowiek ten jest samotny, zdany tylko na siebie, pozbawiony rzeczywistego oparcia w świecie, w którym nie ma już ludzkiej, ani nawet boskiej sprawiedliwości.

Znikomość ludzkiej drobiny (na Białych Piaskach)

Czym była – i jest – dla ludzi pustynia?
Żywiołem, z którym trzeba było się zmierzyć, udowodnić własną wytrzymałość? Odpowiednikiem Kosmosu, w którym człowiek czuł się zagubiony i przytłoczony? Odzwierciedleniem niszczycielskich sił natury? Przejawem boskiej władzy nad człowiekiem?
Tak, ale nie tylko. Pustynia stała się metaforą, miejscem gdzie ścierały się w człowieku różne tendencje, skłonności, dążenia… gdzie rodził się pewien kulturowy kanon. To na pustynie uciekali eremici, by odnaleźć drogę do Boga i samego siebie.
A więc pustynia jako sztafaż ascetyczny – swego rodzaju czyściec. To na pustyni Św. Hieronim tłumaczył Biblię. To na pustyni miały miejsce kuszenia Jezusa i Św. Antoniego. To na pustyni przemówił do Mojżesza krzak gorejący. A więc pustynia jako arena zmagania się tego co ludzkie, z tym co boskie czy też nawet diabelskie.

Pustynia w literaturze, w kinie…
Dla wielu z nas zaczęło się od przygód Stasia i Nel opisanych przez Sienkiewicza w nieśmiertelnej, pełnej afrykańskiej egzotyki powieści „W pustyni i w puszczy”. Później był Saint-Exupéry ze swoją przerażającą przygodą w „Ziemi, planecie ludzi”; dalej: fantastyczna „Diuna” Franka (przeniesiona na ekran przez Davida Lyncha), „Kobieta z wydm” Abe Kobo, Coelho… Nasze wyobrażenie pustyni kształtowały też filmy: „Lawrence z Arabii”, „Pożegnanie z Afryką”, „Faraon”, westerny… można by tak wymieniać długo.
Specyficzną rolę zaczęła odgrywać amerykańska pustynia w kinie hollywoodzkim ostatnich dekad. Często miała ona obraz pustyń właśnie zachodniego Teksasu, obszaru Trans Pecos. Przypomnijmy sobie „Ostatni seans filmowy” Bogdanovicha, „Paris, Teksas” Wendersa, „Bonnie and Clyde” Peckinpaha, „Badlands” Malicka….
A ostatnio? Choćby „No Country For Old Men” braci Cohen, czy „There Will Be Blood” ze wstrząsającą kreacją Daniela Day Lewisa, wyciskającego bezlitośnie z pustyni płynne „czarne złoto”.
Tutaj pustynia była miejscem, gdzie kwitły egzystencjalne lęki bohaterów, gdzie wreszcie rodził się i nękał ich obłęd. Ale była również „ziemią obiecaną”, którą człowiek czynił sobie poddaną, jak robili to choćby Mormoni w Utah.

Jednym zdaniem – pustynia zagościła na dobre w naszej indywidualnej i masowej wyobraźni…. przy czym niekoniecznie tu mam na myśli pustynię kulturalną.

BIAŁE PIASKI NOWEGO MEKSYKU

Białe Piaski Nowego Meksyku. Największa gipsowa pustynia na świecie. Nieogarniony wzrokiem obszar wydm białych jak śnieg, sypkich jak mąka. Można dostać zawrotu głowy, stając na szczycie jednej z tysięcy gipsowych gór i rozglądając się wokół na rozlewające się aż po horyzont morze falujących hałd, kopców, stożków, kopuł… zwałów gipsowych ziaren, które od tysięcy lat przemieszcza z miejsca na miejsce niespokojny wiatr.
Ta biała pustynia jest tu w ciągłym ruchu, ale schwytana w pułapce kotliny Tularosa, niczym gigantyczna klepsydra pełna miliardów ton białego piasku, odmierza czas mijający od ostatniego zlodowacenia, kiedy nieckę tę wypełniało olbrzymie jezioro. Jednak te przesypujące się drobiny pamiętają czasy jeszcze dawniejsze. Są one właściwie pozostałością po organicznych depozytach, jakie odłożyły się na dnie morza, które znajdowało się tutaj 250 mln. lat temu.

Cóż nam jednak mówią owe czasowe interwały? Miliard lat nie robi na nas większego wrażenia jak milion, ponieważ nasza wyobraźnia jest pod tym względem mocno ograniczona czasem, jaki przebywamy na ziemi i trudno jest jej sięgnąć poza czubek nosa własnego krótkiego żywota. Bowiem w skali Wszechświata jest on niczym mgnienie oka jakiegoś kapryśnego bóstwa.

Dyskretne i delikatne piękno niemiłosiernej (skądinąd) pustyni

To nieprawda że pustynia jest pusta. Lepiej chyba i bardziej adekwatnie określa ją nazwa angielska a desert, bo sugeruje ona bardziej opuszczenie, niż pustkę. Opuszczenie przez człowieka, ale nie przez życie w innych formach, które w zadziwiający sposób radzi sobie w tych ekstremalnych warunkach. I odnosi się to zarówno do roślin, jak i do zwierząt.
Zdolności adaptacyjne organizmów żywych są wprost niewiarygodne, chciałoby się napisać – wielce „pomysłowe”, ale przecież mówimy tu o ewolucji, która ponoć jest ślepa i bezrozumna, zdana na przypadek i dyktaturę środowiska, podległa jednak ściśle prawom przyrody. Co byśmy jednak nie sądzili o planie stworzenia i matrycy bytów ożywionych na naszej planecie – siły witalne istnień ją zamieszkujących wydają się być niewyczerpane. Trudno mi jest uwierzyć, że jest to jedynie dziełem przypadku. No ale pisać o Bogu… nie czuję się wszak być do tego powołany.

Wróćmy jednak do Białych Piasków. Jest to bez wątpienia jedno z najbardziej niezwykłych miejsc, do jakich udało mi się w moim życiu dotrzeć. Wiedziałem o nim już od dawna, i mimo że do tej pory kilkakrotnie znalazłem się w jego pobliżu, to jednak nigdy nie zdołałem tutaj trafić.
Wiedziałem, że ponad pół wieku temu wybuchła tu pierwsza bomba atomowa, wymyślona przez Oppenheimera i spółkę w ramach tajnego projektu „Manhattan”, realizowanego w laboratoriach położonego nieopodal urokliwego miasteczka Santa Fe. Wiedziałem również, że Białe Piaski otacza jeden z największych poligonów doświadczalnych na świecie (należące do US Army 4000 mil kwadratowych ziemi), gdzie testuje się najnowszą amerykańską Wunderwaffe. Nie wiedziałem jednak tego, że jest to miejsce tak spektakularne. Trzeba było dopiero samemu to wszystko zobaczyć na własne (zdumione) oczy.

JASKINIE KARLSBADZKIE

Czy zdajemy sobie sprawę z tego, że pędzimy wszyscy w Kosmosie z zawrotną prędkością? Czy uświadamiamy sobie to, że żyjemy na wulkanie, a pod nami kipi gigantyczny kocioł pełen roztopionej, rozgrzanej do białości skały? Oczywiście większość z nas o tym wie, ale sobie raczej tego nie wyobraża, więc nie robi to w sumie na nas większego wrażenia…
Może jednak jest tak lepiej, że nasze zmysły ślizgają się zaledwie po powierzchni zjawisk, bo tym sposobem możemy zachować pewną równowagę?

Czy jednak ci, którzy wymyślili piekło, wiedzieli o płonących, pełnych żaru czeluściach kryjących się w głębi ziemi. Być może coś takiego przeczuwali i dlatego właśnie tam je umieścili? Otóż byli by mocno zdumieni, gdyby zobaczyli Jaskinie Karlsbadzkie. Gdyż w niczym nie przypominają one piekła, a wręcz przeciwnie – wyglądają bardziej jak bajeczna kraina pełna niewyobrażalnych cudów i dziwów.

Z wielu jaskiń jakie do tej pory widziałem, żadna nie dorównuje tej karlsbadzkiej pod względem różnorodności występujących tam tworów; żadna nie jest tak piękna i osobliwie dekoracyjna. Nie jest to właściwie jedna jaskinia, a cały system olbrzymich komnat, pełnych stalaktytów, stalagmitów, kolumn, draperii, heliocytów i kryształów, które tworzą zdumiewający obraz podziemnego świata o cudownej kompozycji, nieprzebranym bogactwie form i kształtów.
Koronkowa robota natury?

Maleńkie ludzkie postacie giną w nieziemskim otoczeniu ogromnej pieczary (Jaskinie Karlsbadzkie)

Jednakże obawiam się, że i tak nie ma większego sensu o tym pisać, gdyż mało kto uwierzy mi tu na słowo, być może posądzając na dodatek o pewna egzaltację. Podobnie nie chciano wierzyć młodemu „chłopakowi od krów” Jimowi White, który odkrył i eksplorował te jaskinie ponad sto lat temu. Dopiero fotografie, które trafiły do Waszyngtonu, a konkretnie na biurko prezydenta Coolidge’a, przekonały decydentów o konieczności nadania tym terenom specjalnego statusu – wpierw pomnika przyrody, a kilka lat później (w 1930 r.) – parku narodowego. Na swoją listę chronionych miejsc Światowego Dziedzictwa Ludzkości wpisało również jaskinie UNESCO.

Czy owe fakty czynią moją opinie bardziej wiarygodną? Być może, ale i tak w niczym nie pomogą wyobrazić sobie tego fenomenu przyrody. Podobnie jest jeśli chodzi o fotografie: żadna nie jest w stanie przekazać prawdziwego obrazu bajecznie udekorowanych jaskiń; żadna nie zrobi takiego wrażenia, jakiego się doświadcza patrząc na nie własnymi oczami. Darujmy więc sobie tu dalsze opisy.

Zamiast tego chciałbym się tu podzielić pewną kwestią, która czasami zaprzątała mi głowę, kiedy spotykałem się z niezwykłymi tworami przyrody i obserwowałem przeróżne nań reakcje – i to zarówno własne, jak i innych ludzi. W jaki sposób estetyka natury koresponduje z estetyką, którą stworzył człowiek? Co było na początku – harmonia, którą dostrzegliśmy w przyrodzie i której elementy zaadoptowaliśmy dla potrzeb naszej sztuki, czy też kanon estetyczny stworzony przez nas, a który zaczęliśmy niejako rzutować w otaczający nas świat?
Problem ten można sprowadzić do jednego pytania istotnego: co powoduje, że w naturze dostrzegamy piękno? Pomijam kwestie indywidualne, a więc rodzaj wrażliwości, zdolność do estetycznej sublimacji, inne w każdym człowieku wyczulenie na grę światła, faktury, kształtów i barw… etc. Byłem np. świadkiem setek przeróżnych ludzkich reakcji na widok Wielkiego Kanionu rzeki Kolorado. Mieściły się one w przedziale od totalnej obojętności (ktoś ledwie rzucał na Kanion okiem, i pędził do świecidełek i tandetnych suwenirów, które oferowano tuż obok), po autentyczne łzy zachwytu, mniejszy lub większy estetyczno-emocjonalny szok.
Objawy to skrajne ale charakterystyczne i stanowiące jakby estetyczną i emocjonalną skalę reakcji na ten niezwykły twór przyrody, który niektórzy gotowi są uznać za cud Natury.

To prawda, zdarzają się ludzie estetycznie indyferentni, jednakże większość z nas zdolna jest dostrzec istniejące (czy tylko dla nas?) w naturze piękno. I nazywamy to pięknem – obcowanie z tym jest dla nas przyjemnością. I uznajemy, że jest to dla nas czymś dobrym. Dlaczego? Wydaje mi się, że właśnie dlatego, iż piękno w naturze widzimy w tym, co jest dla nas jednocześnie dobrem i przyjemnością. Zwykle łączy się to z ładem i harmonią, ale niekoniecznie, bo pozytywnie estetyczne wrażenie robią na nas także żywioły… ale pod warunkiem, że nie stanowią dla nas bezpośredniego zagrożenia.

Jednak dobrze się chyba stało, że nie zaprzątałem sobie tym wszystkim głowy, kiedy podziwiałem karlsbadzkie jaskinie. (Jest czas na doświadczenie, wrażenia i czas na refleksję). Oglądałem ten fantastyczny świat dla samej radości poznawania go i eksploracji, spacerując po ciągnących się kilometrami bajecznych komnatach, które z każdego miejsca wyglądały inaczej, ale równie pięknie i zadziwiająco.
Kto by przypuszczał, że to pogranicze Nowego Meksyku i Teksasu, które tworzy monotonna równina rozciągająca się u stóp gór Guadalupe, kryje pod swoją powierzchnią takie cuda? Nic bowiem tego nie zapowiada, kiedy jedziemy po tej rozległej pustyni, a jedynym urozmaiceniem są naftowe szyby i olejowe pompy zwane obrazowo końskimi łbami. no i może jeszcze czasami czmychający nam spod kół struś pędziwiatr, który wprawdzie pędzi gdzieś na złamanie karku, ale któremu chyba już za bardzo nie chce się latać.

.

Część II zapisków z podróży do Nowego Meksyku i Teksasu przeczytać można TUTAJ.

.

Widok pustynnej równiny teksaskiej z Guadalupe Peak – najwyższej góry stanu Teksas (2667 m. n.p.m.)

© ZDJĘCIA WŁASNE

Więcej zdjęć pustyni Białych Piasków w Nowym Meksyku obejrzeć można TUTAJ, jak również w Brulionie Podróżnym (ilustrowanym) – TUTAJ. (Zapiski pochodzą z podróży, która miała miejsce w maju 2008 roku.)

Ponadto, niezwykłe pustynne krajobrazy (położone na terenie Kalifornii i Arizony pustynie Sonora i Mohawe) zobaczyć można TUTAJ oraz (inny zestaw) TUTAJ (Światowid).

TYBET – KLASZTOR SAMJE

Mnisi modlą się w klasztorze Samje

*

1.

Tybet bez klasztorów nie byłby Tybetem. Dlatego też Chińczycy, okupując ten kraj od ponad pół wieku, zrównali z ziemią kilka tysięcy klasztorów i miejsc kultu. Religia, według słów Wielkiego Sternika Mao, była trucizną i nie mieściła się w komunistycznej wizji społecznego porządku opartego na materialistycznym dialektyzmie Marksa i Engelsa, w którym nie było miejsca dla tego „opium dla mas”.
Nie zauważono nawet, że jedno „opium” zamieniono na inne – tym razem utopijnej fantasmagorii powszechnej równości i dyktatury proletariatu, która stała się niczym innym, jak dyktaturą jednej partii, a konkretnie – dość małej grupy samozwańczych, opętanych ideologią, uzurpatorów. Ale to temat do innych rozważań. Wróćmy więc do klasztoru.

2.

Klasztor… Wobec klasztoru moje uczucia zawsze były ambiwalentne.
Z jednej strony bowiem pociągał mnie mistycyzm jaki emanuje z monastycznych cel i krużganków, pewna ekskluzywność związana z rozkwitającym niekiedy wśród klasztornych murów arystokratyzmem ducha; z drugiej zaś odstręczał swoją klaustrofobiczną atmosferą rezygnacji z prawdziwego, poddanego zmysłom i spontanicznego życia – zamknięciem się, odsunięciem i separacją od świeckiego świata zwykłych śmiertelników.
To właśnie w klasztornej celi rodzą się intrygujące skądinąd paradoksy: zamknięcie, o którym mówi się że jest zyskaniem wolności;  skrajny egotyzm, o którym mówi się, że jest ostatecznym zerwaniem z własnym ego (bo odrzuceniem samego siebie).
Lecz do klasztoru i mnichów dwoisty stosunek ma większość z nas. Bo przecież klękamy przed świętym Franciszkiem, szanujemy benedyktyńską cierpliwość, z uwagą potrafimy czytać Mertona, delektujemy się dobrociami wymyślonymi przez rozmyślnych braciszków, ale i naśmiewamy z karykaturalnego świata próżniactwa, opilstwa i obżarstwa (Monachomachia), a kiedy słyszymy, jak Ofelii mówi się, by szła do klasztoru, to potrafimy jej współczuć, bo wiemy jaki straszny jest to dla niej wyrok (choć dzięki niemu nie będzie musiała „płodzić grzeszników” – zamiast cielesnemu kochankowi, oddając się bezkrwistemu Bogu).

Wnętrze Samje: czy klasztorne mury stanowią granicę między sacrum a profanum? (Kliknij raz i kliknij ponownie by zobaczyć zdjęcie w pełnym rozmiarze)

3.

Jak by nie patrzeć na klasztor, zawsze jest to dla nas miejsce niezwykłe a przekraczając jego mury odnosimy wrażenie przekraczania jakiejś niewidocznej granicy sacrum i profanum, odgradzającej zwyczajny świat wypełniony prozą od świata mistycznego i pełnego tajemnic.
Na ile jednak jest to doświadczenie powierzchowne, a na ile głębokie – pozostaje sprawą indywidualną, zależną od konkretnego człowieka.
Wydaje się, że decydujące znaczenie ma w tym wszystkim nasze zaplecze kulturowe i stopień „uduchowienia” – religia w jakiej się wychowaliśmy, zdobyta przez nas wiedza i wyrobiony światopogląd, stosunek do poszczególnych kultur i religii, wiara w Boga, agnostycyzm lub ateizm…
Klasztor jest więc pewną wydzieloną z naszego (widzialnego i niewidzialnego) świata przestrzenią, w której szuka się  metafizycznego klucza, gdzie spełnia się rytuał ludzkiej tęsknoty za wyzwoleniem i transgresją – za obcowaniem i połączeniem się z czymś Wyższym, Absolutnym i Doskonałym.

4.

Nie ukrywam, że kiedy wyłoniła się przed nami możliwość zwiedzenia klasztoru Samje, ogarnęło mnie uczucie podekscytowania. To przecież jedno z najświętszych miejsc Tybetu – najstarszy buddyjski klasztor tej ziemi, będący jednym z najważniejszych ośrodków buddyzmu tybetańskiego od ponad tysiąca lat.
Wyjechaliśmy z Pemą – naszym tybetańskim przewodnikiem i tłumaczem – wcześnie rano z Tsetang. Czekała nas ponad godzinna przeprawa promem przez rozlewiska Tsangpo (Brahmaputry), a później jeszcze kilka kwadransów „tłuczenia się” mocno zużytym vanem po pełnej dołów i wertepów piaszczystej drodze, którą po bokach znaczyły liczne, ozdobione kolorowymi chorągiewkami, czorteny. Wreszcie poczułem się jak w „prawdziwym” Tybecie, wolnym od chińskiego, równego i gładkiego asfaltu lhasańskiej drogi, tudzież chińskich szyldów oraz miejskiego – komercyjnego i prozaicznego – zgiełku Tsetang. W głowie ciągle czułem lekki ucisk spowodowany niedoborem tlenu, myśli biegnące ku celowi naszej podróży, kurz drapiący w gardle, ale także znacznie przy tym wyostrzoną uwagę, która sprawiała, że otaczający nas górsko-pustynny pejzaż wydał mi się jeszcze bardziej odrealniony i nierzeczywisty…
Wkrótce z daleka wyłonił się wysoki mur otaczający klasztorny kompleks. Stanęliśmy pod ogromną bramą, nad którą powiewały ozdobione symbolem wieczności jurtowe płachty. Na złoconych gzymsach klasztornej pagody tańczyło tybetańskie słońce…
Byliśmy w miejscu, gdzie wielki Guru Rinpocze (Padmasambhava) pokonał przed wiekami lokalne demony i nakazał im służyć nowej mądrości przyniesionej przez wtajemniczonych z drugiej strony Himalajów. A była to oczywiście mądrość i droga samego Buddy Śakjamuniego.

Sacrum i decorum klasztoru Samje - estetyka i malowniczy wystrój w służbie mistyki i ezoteryki (kliknij raz a potem jeszcze raz by zobaczyć zdjęcie w pełnym rozmiarze)

5.

Mój pierwszy tybetański klasztor. Co czeka na mnie w jego wnętrzu?
Przy wejściu siedzą dwie kobiety z dziećmi. Z ciemności wychodzi mnich z kanką pełną herbaty – zapewne słonej i tłustej – ten smak jest mi już znany z drogi do Tsetang. Nalewa ją do naczyń, które podsuwają mu kobiety. Płyn może wydawać się wstrętny w smaku, ale jest za to pożywny, idealnie przystosowany do panujących tu warunków.
Wchodzimy na skąpany w słońcu klasztorny dziedziniec. W zacienionych krużgankach obracają się modlitewne bębny poruszane rękami przechodzących obok pielgrzymów. Widać, że ludzie ci przybyli z daleka – i  raczej z biednych rejonów kraju. Twarze pobrużdżone zmarszczkami, skóra spalona słońcem, brudne, splamione, wyświechtane ubranie… Jedni wydają się być nieobecni duchem, inni ciekawie wpatrują się w nasze białe (jeszcze) twarze. Przypomina to zderzenie się dwóch różnych światów, których punktem stycznym stają się na moment oczy – spojrzenie szukające w drugim człowieku kogoś podobnego do siebie samego, mimo że na pozór zupełnie innego.

Roztopione masło z jaka podtrzymuje wieczny ogień

Pema mówi, że mamy szczęście, bo właśnie dzisiaj wszyscy mnisi zbierają się w Utse, czyli w centralnej świątyni, by wspólnie odprawić modły – a zdarza się to (ponoć) tylko cztery razy w miesiącu. Rzeczywiście – z głębi klasztoru zaczynają dobiegać jakieś dziwne dźwięki. Coś jakby chóralne mruczenie, pohukiwanie i łkania wydawane bardzo niskimi męskimi głosami. Wychylam głowę zza ciężkiej kotary a przede mną wyłania się jeden z najbardziej niezwykłych widoków jaki dane mi było zobaczyć w życiu: dziesiątki ubranych w czerwone szaty mnichów, siedzących w pozycji lotosu i recytujących sutry z rozłożonych przed każdym z nich ksiąg. Co jakiś czas kilku z nich chwyta za przypominające surmy trąby i dmie w nie wydobywając z ich wnętrza jeden przejmujący ton; to znów w ruch idą pałeczki, gongi, oboje, dzwonki, talerze i bębny; chór wydobywa z siebie coraz donośniejsze głosy, a cały klasztor wydaje się wibrować od rozedrganych w powietrzu cząstek pobudzonych przez całą tę rozmodloną, rozśpiewaną i rozegraną gromadę ludzkich stworzeń, chcących przeniknąć tajemnicę sansary, bytu i wszechświata. Przypomniały mi się słowa lamy Govindy:  „Dźwięki [muzyki tybetańskiej] wydają się wyłaniać z otchłani ziemi czy głębi przestrzeni, a podobne dudnieniu grzmotu mantryczne głosy natury, swymi twórczymi drganiami symbolizują uniwersalne źródło wszechrzeczy”.

Pomieszczenie, w którym modlą się mnisi jest bardzo wysokie. Panuje w nim lekki mrok, lecz przez położone w górze wąskie okna wpada światło, które natrafiając na swojej drodze na dym z kadzidlanych mis, tworzy niesamowite smugi, wypełniające całą świątynię nieziemską zupełnie aurą. Migocze to tysiącami kolorów, bo ściany i ołtarze pokryte są gęstą plątaniną różnobarwnych tkanin, chust, szarf, chorągiewek, proporców…
Przyznam się, że nie spodziewałem się zastać w klasztorze takiej rozbuchanej orgii światła i dźwięków.
Nastawiam swojego Nikona na najwyższą czułość i robię zdjęcia z nadzieją, że utrwali się na nich choć odrobina tej niezwykłości.

Modły w Utse - głównej świątyni klasztoru Samje, miejscu modłów i zgromadzeń wszystkich mnichów.

6.

W klasztorze są tylko mnisi, pielgrzymi i my. Wszędzie czuć zapach palonego tłuszczu – ale nie jest to nieprzyjemna woń spalenizny, być może dlatego, że miesza się ze słodkawą wonią kadzidlanego dymu. W wielkich kadziach wypełnionych po brzegi stopionym masłem z jaka pływają małe, palące się znicze. Pomarańczowo-żółte płomyki rozświetlają twarze kobiet i mężczyzn dolewających łoju ze specjalnych, przypominających czajniki, naczyń. Przed jednym z ołtarzy stoi, niczym na straży wiecznego ognia, przystrojony w wielką, żółtą – przypominającą pióropusz-  czapą mnich, trzymając dzban pełen stopionego tłuszczu.

Pema szeptem mówi nam o tym, czego jesteśmy świadkami, pokazuje i nazywa spowite w kolorowe szaty złote posążki upamiętniające znaczące postacie z historii klasztoru (w ustronnej części świątyni zauważam posążki w akcie kopulacji – część religijnej tradycji buddyzmu tybetańskiego miała orgiastyczny charakter); w głównej świątyni Utse napotykamy olbrzymie posągi bóstw i demonów o budzących grozę obliczach, otoczone jednak całymi stosami kwiatów, (zapewne w podzięce za sprawowaną przez nich opiekę nad klasztorem i jego mieszkańcami). Wiele ścian pokrywają freski z wymalowanymi nań scenami ukazującymi dzieje tybetańskich joginów, wielkich myślicieli i władców – ikonografia przyprawiająca niewtajemniczonego profana i dyletanta o lekki zawrót głowy. Podobnie jak relikwie, których pełne są gabloty i szuflady jednej z komnat, bodajże sypialni Dalaj Lamy.

Młody buddyjski mnich z zakonu Żółtych Czapek dolewa roztopionego masła jaka do wiecznie płonących zniczy.

Klasztor pochodzi z drugiej połowy VIII wieku. Wiem, że w ciągu tego czasu kilkakrotnie był palony lub burzony – ostatnio, nie tak dawno, bo podczas chińskiego szaleństwa rewolucji tzw. „kulturalnej”, jakieś 40 lat temu. I za każdym razem go odbudowywano. Trudno mi jednak odróżnić starodawne autentyczne elementy, przedmioty i rekwizyty antyczne od tych nowych i zrekonstruowanych – wszystko wydaje się być pokryte wiekową patyną czasu, tkwić w tym miejscu „od zawsze”. Rzeczywiście jestem skłonny uwierzyć, że to właśnie te dziedzińce i krużganki, te pokoje i ich ściany, te a nie inne posągi Buddy i lamów były świadkami słynnej Wielkiej Dysputy jaka miała miejsce właśnie tutaj, w Samje, między wybitnym uczonym indyjskim Kamalasilem a wielce uczonym Chińczykiem He Szangiem wkrótce po założeniu klasztoru przez króla Trisonga Detsena. Był to pojedynek, który przyniósł zwycięstwo indyjskiej koncepcji buddyjskiej nad naukami buddyzmu w wydaniu chińskim, dzięki czemu praktyki tantryczne (zwane wadżrajaną) – zaszczepione tu przez nauczycieli z Indii i Kaszmiru – stały się z czasem esencją buddyzmu wyznawanego przez Tybetańczyków.

Główna budowla klasztorna ma trzy piętra, a każde wybudowane jest w innym architektonicznym stylu: wygląd pierwszego jest charakterystyczny dla Tybetu, drugie dla świątyni hinduskiej, natomiast trzecie to odwołanie się do wzorów architektury chińskiej. Niby przesyt i przesada ale cały ten eklektyczny kompleks tworzy jednak dość harmonijną całość.

Z najwyższego tarasu świątyni rozglądam się po okolicy. Stąd widać już doskonale cały klasztorny mur, który jest niczym innym jak obrzeżem gigantycznej mandali, na planie której zbudowane jest Samje (pierwowzorem był klasztor Odantapuri w indyjskim Bikharze); cztery bramy, odpowiadające czterem kardynalnym stronom świata oraz cztery olbrzymie stupy, psujące jednak swoimi odpustowymi kolorami spójny autentyzm całości. Za murem widzę ulice i domy przyklasztornej osady, w kilku miejscach dają się zauważyć chińskie dźwigi – nie jestem jednak pewien czy te place budowy to rekonstrukcja zabytków po ich barbarzyńskim zniszczeniu, czy też konstrukcja bardziej nowoczesnej infrastruktury, będąca niczym innym jak umacnianiem chińskiego porządku i administracji.
Jednak największą moją uwagę skupia majaczące w oddali wzgórze. W pierwszej chwili myślałem, że na jego zbocze wylał ktoś hektolitry różnokolorowej farby, jednak już za moment zrozumiałem co jest powodem owej tęczowej aparycji: oczywiście tysiące modlitewnych chorągiewek, które zanieśli tam i złożyli pobożni tybetańscy pielgrzymi, by wiatr rozesłał ich modlitwy nie tylko nad Doliną Jarlungu, ale i dalej – na całą Tybetańską Wyżynę i poza najwyższe góry świata, jako znak jedności i współczucia dla wszystkich żyjących istot.
Patrzyłem na Hepori – jedną ze świętych gór Tybetu.

7.

Rezygnując z posiłku w przyklasztornej stołówce, postanowiłem dotrzeć na szczyt Hepori. Pema, słysząc o moim pomyśle, odparł, że ma nadzieję, iż wiem co robię, bo tak wielki fizyczny wysiłek przed końcem wysokościowej aklimatyzacji, może się zakończyć… (tu się lekko żachnął)… wypluciem własnych płuc (tak jakby można było wypluć płuca cudze ;) )
Powiedziałem, żeby się nie martwił i żeby zachował dla mnie kawałek steka z jaka, który właśnie zaczęto nam przyrządzać w mnisiej garkuchni.
Chcąc dotrzeć w pobliże wzgórza musiałem przejść przez całą wioskę i odnaleźć drogę do początku ścieżki prowadzącej na szczyt. Nie było to trudne, bo osada miała właściwie jedną, liczącą niespełna pół kilometra ulicę, a na jej końcu zauważyłem coś, co instynktownie odebrałem jako drogowskaz. Był to dym unoszący się nad przypominającym mały czorten paleniskiem. Doglądała go ubrana w czerń kobieta, która na mój widok uśmiechnęła się i pokazała miejsce, gdzie zaczynał się szlak.
Byłem gotowy do wyplucia płuc.
Wybrałem jedną z wielu ścieżek. Biegła ona łagodnym grzbietem, obok wielkiej śnieżnobiałej stupy ze złotym szpicem, do której doczepiono całe mnóstwo kolorowych chorągiewek modlitewnych. Te zresztą były wszędzie i musiałem uważać, by po nich nie deptać, co, jak mi się wydawało, byłoby czymś niestosownym.

Mnich strażnik na szczycie Hepori - jednej ze świętych gór Tybetu (kliknij dwukrotnie by zobaczyć zdjęcie w pełnym wymiarze)

Niestety, łagodny grzbiet szybko się skończył a jego miejsce zajęło strome podejście, które uznałem za pierwsze poważniejsze wyzwanie na moim szlaku prowadzącym na szczyt Świętej Góry. I w tym momencie poczułem nagły przypływ mocy (no, no… proszę się nie śmiać – chodzi o siłę, którą często można poczuć w górach na dużej wysokości, kiedy nagle organizm przestawia się na inny poziom przemiany materii, doprodukowując sobie czerwone ciałka krwi, zdolne transportować większą ilość tlenowych drobin do spalania w mitochondriach i wyzwalania tym samym większej ilości energii… ekhm…)

Mantra Om Mani Pe Me Hum na głazach wzgórza Hepori

Szybko wychodziłem coraz wyżej i wyżej. Im bliżej było szczytu, tym więcej otaczało mnie głazów z wypisanymi na nich sylabami kanonicznej dla wszystkich buddystów mantry Om Mani Pe Me Hum („Pozdrowiony niech będzie klejnot w lotosie”). Góra wydawała się tonąć w morzu kolorowych szmatek – w prześwitach między zwisającymi chorągiewkami dostrzegłem wybudowaną na szczycie Hepori kapliczkę, a obok niej maleńką z tej odległości, ludzką sylwetkę. Kiedy podszedłem bliżej, zobaczyłem siedzącego na skale, ubranego w czerwone szaty człowieka. Czytał książkę, lecz jego twarzy nie mogłem dojrzeć – skrywała się za tanim chińskim (a ściślej: wyprodukowanym w Chinach) kapeluszem. Powiedziałem coś do niego na przywitanie – już nie pamiętam w jakim języku, bo wydało mi się to wówczas zupełnie obojętne. Na co on podniósł znad książki wzrok i wtedy mogłem zobaczyć jego piękne oczy. Do dzisiaj nie wiem, czy była to kobieta, czy też mężczyzna… ale jakież to może mieć teraz znaczenie – skoro żadnego znaczenia nie miało już wówczas?

Muszę się przyznać, że kiedy stanąłem na szczycie Hepori, odczułem coś w rodzaju euforii. Z jednej strony roztaczał się przede mną widok na całą Dolinę Jarlungu zwieńczoną w oddali ośnieżonymi górami; z drugiej zaś, w dole, widziałem jak na dłoni mandalę klasztoru Samje, skąd nie tak dawno wyruszyłem na zdobycie Świętej Góry. Czułem ją teraz mocno pod swoimi stopami a myśli zdawały się ulatywać z mojej głowy i szybować na wietrze wraz ze słowami zaklęcia i pozdrowienia dla wszystkich ludzi i całego świata: Om Mani Pe Me Hum, Om Mani Pe Me Hum…

*  *  *

Klasztor Samje widziany ze szczytu świętego wzgórza Hepori

*

PS. Tak sobie czytam teraz te zapiski z mojej wizyty w klasztorze Samje, (których zarys powstał jeszcze podczas mojej azjatyckiej podróży do Chin i Tybetu) i dopada mnie pewne zwątpienie: przecież nie oddają one nawet małej części tego, co przeżywałem odwiedzając to miejsce (dotyczy to również innych miejsc, które widziałem w Tybecie, o Chinach nie wspominając). Każda bowiem minuta na obcej i nieznanej ziemi dostarcza taką moc przeróżnych bodźców, wrażeń, impulsów, myśli, informacji i odczuć, że nie sposób ogarnąć ich wszystkich, a same słowa ukazują ledwie czubek lodowej góry, mogąc sprawdić wrażenie jakiegoś wybiórczego (z konieczności) i powierzchownego szkicu. Mam jednak nadzieję, że udało mi się przekazać choćby i to – mały wybór impresji, dotknięcie prawdy, niewielką lecz istotną cząstkę krainy, która na dobre rozgościła się ostatnio w mojej świadomości i pamięci.

*  *  *

 Zdjęcia z klasztoru Samje obejrzeć można TUTAJ – na stronie ŚWIATOWIDA.

Kolorowe i mistyczne wnętrze Samje - najstarszego buddyjskiego klasztoru w Tybecie

© ZDJĘCIA WŁASNE 

ZAPISKI TYBETAŃSKIE (lot nad Dachem Świata, droga przez Dolinę Jarlung, miasto Tsetang, jaka jest prawda?)

Szukając klucza do mistycznej krainy - na dziedzińcu buddyjskiego klasztoru w Tybecie

*

1.

Kraina Śniegów

Lot z Xi’an, do Lhasy. Pod nami, jak okiem sięgnąć, bezkresne łańcuchy gór – brązowo-sino-niebieskie doliny z wyrżniętymi na zboczach żlebami, przypominającymi, z wyschniętymi koryta rzek i strumieni. Górskie szczyty pokryte białym puchem. Właśnie spadł świeży śnieg. Po jakimś czasie pojawiają się – otulające cały ten groźny splendor – mgły i chmury, ponad którymi, niczym srebrno-szare wyspy, wynurzają się ostre szczyty Trans-Himalajów. Gdzieniegdzie widać długie, pomarszczone jęzory lodowców. W pewnym momencie, ktoś siedzący po lewej stronie samolotu, wskazuje ręką za okno. Od Himalajów dzieli nas kilkaset kilometrów, ale na horyzoncie można dostrzec majaczące pasmo najwyższych gór świata.

Odnoszę wrażenie, że lecimy nad jakimś geologicznym monstrum: niewiarygodna górska pustynia – niedostępne, dzikie, surowe, kamienne, lodowato-zimne pustkowie… Tym większe zdumienie, kiedy – gdzieniegdzie, na dnie którejś z wielu dolin – ukazują się regularne, geometryczne kształty, wskazujące na ludzką obecność. Tybetańskie osady.
Patrząc na to wszystko z łatwością uzmysłowić sobie można przyczynę, dla której Tybet – ten Dach Świata – zawsze był jedną z najtrudniej dostępnych krain na naszej planecie. A przez to jedną z najbardziej tajemniczych i obrosłą mitami. Rozpalającą wyobraźnię, intrygującą i kuszącą. Odkąd sięgam pamięcią, właśnie taką krainą Tybet był dla mnie. Trudno więc dziwić się tej wzbierającej radości jaką odczuwałem na myśl, że już niedługo dotknę jej własną ręką.

Od końca lotu dzieli nas jeszcze dobrych kilkadziesiąt minut, kiedy górskie szczyty się rozstępują, robiąc miejsce rozległej dolinie rzeki Yarlung Tsangpo, (bardziej chyba znanej ze swojej sanskryckiej nazwy Brahmaputra). Zbitki zabudowań stają się coraz większe, a rzeka rozwidla się, tworząc niezwykły deseń  wijących się, zjadliwie szmaragdowych rozlewisk, kontrastujących z szaro-żółtą jasnością piaszczystych wydm.
Lądujemy. Uderza mnie łatwość z jaką można tu teraz dotrzeć. Stała się ona wg mnie wręcz nieprzyzwoita. Iw pewien sposób jest to dla mnie deprymujące, bo wolałbym poświęcić na drogę do Lhasy nie kilka godzin, a kilka miesięcy – niczym dawni eksploratorzy i poszukiwacze przygód, którzy ryzykując życiem, przybywali tu po pełnej znoju i niebezpieczeństw długotrwałej podróży. Lecz, po pierwsze – zawodu zmieniać nie zamierzam, a po drugie – mamy już XXI wiek, zdecydowanie mniej czasu i chińskie lotniska do dyspozycji… Na szczęście – a może jednak… niestety?

Lecąc nad Dachem Świata - zbliżając się do Lhasy. W dolinie - wijące się rozlewiska Brahmaputry.

*

2.

Na lotnisku w Lhasie

Lotnisko oddalone jest o dobrą godzinę jazdy od Lhasy. Rozmawiamy przez telefon z Pemą, który będzie w Tybecie naszym tłumaczem i przewodnikiem. Jest już w drodze, ale niestety utknął przed tunelem, w którym zdarzył się wypadek, więc zatrzymano cały ruch. Na razie nie wiadomo na jak długo.
Lotnisko jest małe, ale widać, że nowe, wybudowane niedawno przez Chińczyków. W środku wielkiej hali kręci się karuzela z walizkami. Czekają przy niej na swoje torby i tobołki tybetańskie kobiety, odziane w kolorowe etniczne stroje. Na głowach mają purpurowe chustki, w ręku różańce, u jednej z nich dostrzegam nawet srebrny modlitewny młynek. Jej sąsiadka rozmawia przez telefon komórkowy, gdy tymczasem uwieszone u jej boku, umorusane dziecko, tarmosi ją za spódnicę. Pierwsze moje spotkanie z żywymi, prawdziwymi Tybetańczykami.

Na Pemę czekamy blisko godzinę, ale wreszcie zjawia się, bardzo przepraszając za spóźnienie. Lecz przecież nikt go za nic nie obwinia, wprost przeciwnie – cieszymy się, że wreszcie możemy opuścić lotnisko, bo – prawdę mówiąc – chińskich lotnisk mamy już serdecznie dosyć.

Nie jedziemy do Lhasy, tylko  w przeciwną stronę, w dół Brahmaputry (Tsangpo) – w kierunku miasta Tsetang, które ma być naszym punktem wypadowym do położonego w jego pobliżu, najstarszego klasztoru tybetańskiego Samje. Okolice Tsetang, a konkretnie Dolina Jarlung uznawane są za Kolebkę Tybetu – to właśnie w pieczarze jednej z gór nieopodal Tsetang doszło do spłodzenia pierwszych Tybetańczyków, a dokonała tego Czerwona Małpa, (będąca inkarnacją bodhisattwy Czenreziga, strażnika i opiekuna Tybetu) wraz z Olbrzymką Kanibalką, (która z kolei była wcieleniem żeńskiej bothisattwy Dolmy, uosobienia Macierzyńskiej Miłości i Współczucia). To oczywiście wersja mityczna, natomiast według uczonych historyków, Dolina Jarlung była obszarem gdzie już dwa tysiące lat temu zaczęło prosperować królestwo, z którego następnie rozwinęło się państwo i kultura dzisiejszego Tybetu. Kilka kilometrów od Tsetang znajduje się słynny – położony na szczycie skalistej góry niczym orle gniazdo – zamek Jumbu Lhakang. Wedle tradycji był on siedzibą aż 33 królów Jarlungu, w tym ostatniego, wielkiego Songtsena Gampo, który w VII wieku zjednoczył Tybet, uczynił buddyzm religią państwową i przeniósł stolicę królestwa do Lhasy (czyli „Miasta Bogów”), gdzie wybudował Potalę – zamek, który przez następne tysiąc trzysta lat był siedzibą wszystkich władców Tybetu.

Pema przedstawia się nam bliżej. Ma dwadzieścia kilka lat, urodził się w jednym z górskich plemion nomadów, mówi doskonale po angielsku… Momentalnie ujmuje mnie swoim spokojem, brakiem pretensjonalności, bezpośredniością, szczerością i młodzieńczą świeżością. Z uwagą, może nawet z pewnym zafascynowaniem, wpatruję się w jego twarz, kiedy mówi: błyszczące, lekko wilgotne oczy, wyraźnie zarysowane usta… Jest w nim, hm… coś kobiecego (a spostrzeżenie to znajdzie wkrótce swoje dopełnienie ;) )

Kiedy Pema przestaje mówić, z wielką ciekawością obserwuję każdy szczegół przesuwającego się za samochodowymi oknami krajobrazu. To niemalże tybetańska „klasyka”: nagie zbocza gór z pojawiającymi się tu i ówdzie czortenami, szczyty pokryte śniegiem, trapezowate domy z ozdobnymi drzwiami, kadzidlanym kominkiem na szczycie i powiewającymi na wietrze modlitewnymi chorągiewkami. Zatrzymujemy się przed jednym z domów, wchodzimy do środka, gdzie częstują nas tradycyjną tybetańską herbatą z dodatkiem masła z jaka i soli. Cóż, przebywając dłużej w Tybecie, wypadało by się do niej przyzwyczaić (podobnie zresztą jak do jęczmiennego piwa). Tymczasem jednak nadrabiamy miną, przełykając gorący, tłusty i słonawy płyn o dziwnym, nieznanym nam zupełnie, smaku.

Podjeżdżamy pod nasz hotel. Podobno jeden z lepszych w mieście. Rzeczywiście – na pierwszy rzut oka, sprawia wrażenie lokum o dość nowoczesnym standardzie. Ale przecież nie przyjechaliśmy do Tybetu dla wygód, ani tym bardziej dla tandetnie zainscenizowanego powitania z pracownikami hotelu przywdzianymi w skóry z jaka i z dziwacznym porożem na głowie – jakie zaserwowano nam, kiedy wychodziliśmy z samochodu. Dyskretnie więc przemknąłem się bocznym wejściem do hotelowego lobby, gdzie zastałem rozpływającą się w grzecznościach młodą obsługę. Cóż, musiałem znosić te obustronne chyba jednak (i na szczęście niezbyt dotkliwe) upokorzenia, traktując je jak haracz płacony na rzecz stereotypu, jakim raczą nas chińscy organizatorzy tybetańskiej turystyki, dla których każdy przybywający do Tybetu podróżny musi być kimś w rodzaju infantylnego, powierzchownego i przyzwyczajonego do wygód oraz disneyowskiej estetyki, Amerykanina, czy równie barbarzyńskiego Europejczyka.

W drodze do Tsetang. Pema przed ozdobną bramą - wejściem do jednej tybetańskich zagród.

*

3.

Na ulicy w Tsetang

Pema radzi byśmy odpoczęli po podróży, zaaklimatyzowali się do wysokości, rzadkiego powietrza i nie szaleli jeszcze zbytnio ze zwiedzaniem. Ale jeśli ktoś bardzo chce – dodaje – to może się wybrać do miasta na własną rękę. Mówi też, aby niczego się nie obawiać, bo jest tu bezpiecznie.
Ja chcę bardzo, tym bardziej że perspektywa zamknięcia się w hotelowym pokoju lekko mnie deprymuje, więc po krótkim czasie wyruszam na peregrynację Tsetang. W końcu – ileż to razy w życiu będę w tym mieście?

Miasto jest spore, lecz zatrzymaliśmy się w jego centralnej części, więc – jak mi się wydaje – do najciekawszych jego zakątków można dotrzeć na piechotę. Tylko gdzie są te najciekawsze zakątki? I kiedy tak zastanawiam się, w którym kierunku się udać, tuż obok mnie zatrzymuje się młody Tybetańczyk, prowadzący jakiś dziwny trójkołowy pojazd. Proponuje mi podwiezienie bliżej centrum (czego jedynie mogę się domyślać, bo nie rozumiem  ani słowa z tego, co mówi). Przyszło mi do głowy, że właściwie to dobrze się składa, więc mimo, że nie lubię takich usług, to wchodzę do wehikułu wyraźnie zadowolonego z tego faktu Tybetańczyka. Bo jednak zależy mi na tym, aby nie tracić czasu i trafić do tej części miasta, która najlepiej ukaże mi jego charakter.

Dość szybko zorientowałem się w tym, że jestem w okolicy jedyną osobą o białym kolorze skóry – podczas tej mojej eskapady w Tsetang nie spotkałem ani jednego zachodniego turysty (być może przeoczyłem „turystów” ze wschodu?) Mogłem więc być pewny, że nie trafię nigdzie do typowej „tourist trap”, i że nie będę oglądał  żadnej turystycznej fasadowości, w jakiej – jak zdążyłem się już o tym przekonać na terenie Chin „właściwych” – specjalizują się Chińczycy.
Dziwne to było dla mnie miasto. Wszędzie jakieś rozgrzebane budowy, gdzieniegdzie gotowe już budynki w stylu naśladującym tybetański lub w typowo chińskim makietowym eklektyzmie, który wydał mi się szczytowym osiągnięciem architektonicznej nieokreśloności. Widać było, że miasto zostało wybudowane na pustkowiu – brak roślinności, wszechobecny piasek, żwir a także błoto – szerokie przestrzenie, które ktoś raptownie i na siłę chciał zagospodarować, dzięki czemu nic tu nie przystawało do naturalnego charakteru tybetańskiego krajobrazu, godząc w niego pseudo-cywilizacyjną inwazyjną pretensjonalnością, sztucznym oderwaniem od kulturowej esencji, która tworzyła się tu przez tysiące lat.

Po jakimś kwadransie wjechaliśmy na ulicę, która wyglądała na Tsetangową „main street”. Po obu stronach pełno chińskich „biznesów” obwieszczanych przez krzykliwe szyldy wypełnione wielkimi sinogramami i pomalowane na jaskrawe kolory, wśród których dominowała oczywiście żółć i czerwień. Pobocza drogi – a właściwie chodnika od strony jezdni – obsadzone były młodymi drzewkami, gdzieniegdzie widoczne były klomby z kwiatów, przy których pracowali ludzie ubrani w jakieś łachmany (wyglądali mi na Tybetańczyków), lub w dziwne niebieskie kombinezony (to byli z pewnością Chińczycy). Wystarczyło jednak wyjrzeć jedną z bocznych ulic, by dostrzec przypominające zrujnowane ziemianki, domy tubylców – ze ścianami zbudowanymi z rozsypujących się starych cegieł, z kamieni i gliny, między którymi biegła piaszczysta lub betonowa droga. Czy tam – na uboczu egzotycznej mitologii – mógł skrywać się ten Tybet „bardziej” prawdziwy?
Podziękowałem mojemu kierowcy i w dalszą drogę udałem się na piechotę.

Tybetańczycy pod chińskimi szyldami w Tsetang

*

Ulica żyła, wszędzie było pełno ludzi. Po jakimś czasie nowe chińskie sklepy i zakłady usługowe ustąpiły miejsca bliżej nieokreślonym tybetańskim sklepom i warsztatom z piętrzącymi się w ich pobliżu towarami chińskiej tendety, stosami zużytych opon, desek, pojemników i narzędzi, traktorów, rowerów, tudzież innych pojazdów i przedmiotów niewiadomego zastosowania. Tu i ówdzie ktoś tam stukał, coś naprawiał i czymś kręcił; to znowu grupka mężczyzn oddana była namiętnej grze w karty; w kilku zaułkach i witrynach zauważyłem śpiących (oddających się tybetańskiej sieście?) mężczyzn; gdzieniegdzie na chodniku  dokazywały dzieciaki… I tylko czasami, przechodząca przez ulicę postać kręcąca blaszanym modlitewnym młynkiem przypominała mi, że jestem w Tybecie. Podobnie jak wznoszące się nad miastem, ośnieżone szczyty gór.

Nie zauważyłem aby moja obecność zakłócała tym ludziom ich codzienny tok zajęć, choć niektórzy spoglądali w moim kierunku z zaciekawieniem i uśmiechali się, przełamując swoją wrodzoną chyba wstydliwość i skromność. Jednak mogliśmy się porozumieć tylko za pomocą spojrzeń i gestów. Jeśli znaleźliśmy się bliżej siebie, zaczynaliśmy czasem rozmowę, nie rozumiejąc jednak ani jednego z wypowaidanych do siebie słów.

Dłuższy czas spędziłem wśród kobiet zatrudnionych przy budowie drogi. Akurat zrobiły sobie przerwę na posiłek i wyjadały coś ze śmiechem z plastikowych i blaszanych misek przypominających jakieś polowe menażki. Ubrane w ciemne długie spódnice, zupełnie nieodpowiednie do wykonywania tego rodzaju robót. Tybetanki były brudne, umorusane, o twarzach spalonych słońcem i z rękami zniszczonymi ciężką fizyczną pracę, ale przy tym wszystkim zachowujące jakąś uderzającą subtelność, delikatność i dziewczęcą wprost lekkość. Nie były skrępowane moją obecnością, mówiły do mnie tym swoim melodyjnym, przyjemnie brzmiącym, szczebiotliwym językiem, śmiejąc się wdzięcznie śmiechem niemalże dziecięcym, ufne i otwarte… Takie przynajmniej odniosłem wrażenie.

Wracałem do hotelu późną już porą, mając w głowie cały ten kalejdoskop nowego dla mnie świata. Wszystko to pulsowało w mojej wyobraźni. I nie byłem pewien, czy stopniowo zwiększający się ucisk, jaki czułem pod czaszką, jest spowodowany owym natłokiem obrazów, czy też jest jednym z symptomów wysokościowej choroby, która wydaje się bronić Tybetu przed wygodnictwem obcych przybyszów – tych, którzy zjawiają się na Dachu Świata i chcą go potraktować jako kolejną, pierwszą lepszą, turystyczną atrakcję.

Nieoczekiwane spotkanie - chwila wytchnienia. Tybetańskie kobiety zatrudnione przy robotach drogowych w Tsetang.

*

4.

Chłopaki z Tsetang

Gdzie szukać prawdy o kraju, który chce się zwiedzić?
Czy zwiedzanie to zawsze to samo co poznanie?
I jak się ma folderowy obraz kraju do jego obrazu rzeczywistego? Jest pewnym zakłamaniem, reklamową „zmyłką”, czy też prezentacją tego, co w danym kraju najlepsze, najpiękniejsze, najbardziej godne uwagi?
Te pytania zadawałem sobie nie raz. I muszę się przyznać, że nie na wszystkie mam już gotowe – czy też jednoznaczne – odpowiedzi.
Bo chyba jednak jednoznacznych odpowiedzi nie ma.
Lecz przyjrzyjmy się temu bliżej: czy już sama arbitralna wybiórczość w postrzeganiu poszczególnych elementów rzeczywistości krajów, które zwiedzamy, nie jest aby pewnym zniekształcaniem i zamazywaniem całościowego obrazu tych krajów?
I czy przypadkiem kwestia ta nie jest tożsama z problemem naszej (mocno przecież ograniczonej, wybiórczej i nader subiektywnej) percepcji świata w ogólności?

Weźmy np. te moje tybetańskie zapiski.
Wiem, że mógłbym przygotować całą serię wpisów utrzymaną np. w stylistyce National Geographic, gdzie pokazałbym Tybet od tej strony spektakularnie pięknej, kolorowej, umacniającej legendę Tybetu jako kraju tajemniczego i niezwykle barwnego – z całą tą jego etniczno-pejzażową egzotyką, mistycznym splendorem świątyń i klasztorów, duchowością penetrującą najgłębsze zakątki ludzkiej duszy i umysłu…*

Ale mógłbym także przedstawić Tybet jako kraj brzydki i ubogi, zacofany i zaściankowy, zepsuty chińską okupacją i „postępem”, pełen paskudnych kątów, brudu, bałaganu i badziewia…
I obie prezentacje byłyby na swój sposób prawdziwe.
Czy więc, poszukując ogólnej prawdy o Tybecie, należy jej szukać gdzieś pośrodku? Bynajmniej. Moim zdaniem, dopiero ułożenie mozaiki z WSZYSTKICH tych elementów oddałoby sprawiedliwość temu, czym Tybet jest w rzeczywistości.

Tybet z dala od "ubitego" turystycznego traktu. Jedna z bocznych uliczek w Tsetang.

*

To właśnie należy wziąć pod uwagę, czytając te notatki.
Siłą rzeczy są one niczym innym, jak subiektywnym sprawozdaniem z krótkiej wizyty w Tybecie – chęcią podzielenia się swoimi wrażeniami z fizycznego (także psychicznego) zetknięcia się z krajem utworzonym z ogromniej, niezliczonej wręcz ilości elementów jakie tworzą trudną do ogarnięcia i przejrzenia całość.
Będąc niejako skazanymi na nasze własne doświadczenia i doznania tego, z czym w odwiedzanym kraju się spotykamy – i co w tym kraju spotyka nas (nota bene w dużej mierze rządzi tym również tzw. „przypadek”) – powinniśmy, opowiadając o tym kraju, zachować pewnego rodzaju uczciwość i szczerość przekazu tego, co sami przeżyliśmy.

Stąd m. in. te moje wspomnienia z Tsetang, tybetańskiego miasta, którym w zasadzie nikt z zachodnich turystów się nie interesuje, traktując je tylko jako noclegownię przed wypadem do pobliskich buddyjskich klasztorów. Stąd lament nad utraconą przez ten kraj wolnością. Stąd ten mój dość pesymistyczny i melancholijny wpis o tybetańskim smutku – o pustym niebie nad Tybetem, dwuznaczności złota Potali i „barbarzyńskich” sposobach chowania zmarłych – którego już sam tytuł („Między współczuciem a nicością”) mógł kogoś wpędzić w jakiś nihilistyczny spleen
Stąd moja nadzieja, że czytając te słowa, dowiecie się o Tybecie czegoś prawdziwego – dotkniecie jego prawdy. Choćby miała to być tylko tej prawdy cząstka.

Tybet mistyczny, głęboki i kolorowy. Mnisi modlący się w klasztorze Samje.

*

Wrota Dżokhangu - najświętszej świątyni buddyzmu tybetańskiego

© ZDJĘCIA WŁASNE

Nową wystawę zdjęć ukazującą Tsetang obejrzeć można TUTAJ. Na stronie brulionu podróżnego znalazły się już także tybetańskie panoramy , ludzie Tybetu oraz Tybet w obrazach.

*

TOSKANIA – W DRODZE DO KRAIN Z MITÓW I SNÓW

Toskania… z pieskiego punktu widzenia

Nasze mity podróżne mogą sie potykać o przydrożne kamienie, ale nigdy nie zostają porzucone. Nigdy też nie opuszczają prawdziwego pielgrzyma. Realna twardość miejsc, do których docieramy nie jest w stanie odebrać im mglistej aury czegoś nieokreślonego – czegoś, co pojawiło się w śnionych przez nas na jawie obrazach, w marzeniach o przygodzie, o odzyskaniu utraconego raju, w tęsknocie za doświadczeniem Niezwykłego.
Lecz próżna byłaby nasza pogoń za duchem miejsca, za magią jaką emanują lokalni bogowie, za poezją prozy życia tubylców, gdybyśmy tej cudownej aury nie mogli dostrzec na co dzień – nawet w tej przyciasnej klatce naszych przyzwyczajeń, w monotonii karmienia się chwilą powszednią, w rutynie marnotrawienia czasu przeciekającego nam przez palce – zaprzepaszczaniu godzin, dni i lat naszego życia.
Cudowność świata zabieramy do torby podróżnej, walizki lub plecaka z nami. To bagaż, który nie jest ciężarem a ciągłym zadziwieniem.
Cudowności świata się nie szuka, nie wygląda… ona nigdzie na nas nie czeka. Ona jest tu i teraz albo… nie ma jej – dla nas – wcale.

greydot

Czy każda podróż musi mieć swój cel? Czy na pewno sens jest w tym co znajdujemy? A może więcej sensu jest już w samym szukaniu? Może sama droga ważniejsza od dotarcia na miejsce, które przecież zawsze wydaje się nam jakimś kresem?
Prawdziwy podróżnik (możemy go równie dobrze nazwać pielgrzymem) bardziej przypomina żyda-tułacza lub latającego Holendra, czyli kogoś, kto nigdy nie dotrze do celu, bo ten cel jest ruchomy. Nieznane staje się dla niego znanym ale za tym poznanym ciągle jest coś nieznanego. Stąd to permanentne rozdarcie od początku drogi po koniec… koniec, którego zresztą wyraźnie nie widać – bo jest to punkt, który przemieszcza się wraz z linią horyzontu, nigdy nie znikając.

Ile jest w tej tułaczce z wyboru, a ile z przeznaczenia?
Czy nawet stojąc na rozstaju dróg ten dylemat wędrowca – gdzie iść? – i jego wybór może mieć jakiekolwiek znaczenie? Ciekawość świata kusi, moc możliwości rzuca wyzwanie. Więc znów wędrowiec rusza przed siebie. Boczna ścieżka staje się głównym traktem, a main street przypadkowym szlakiem (albo też na odwrót). Kierunki biegną we wszystkie strony świata, by w jakimś miejscu ponownie się spotkać – przeciąć, minąć, a może przejść obok?
Cały nasz świat pokrywa pajęczyna dróg.
Na ile jednak tkamy tę pajęczynę sami, a na ile jesteśmy ofiarą, jaka w tę sieć wpada?

greydot

Ludzie i pejzaż.
Czy kultura może mieć jakikolwiek związek z krajobrazem, z rzeźbą ziemi zaludnionej przez tych, którzy ową kulturę tworzą? Jeśli dodamy do tego klimat, to odpowiedź na pewno będzie twierdząca.
Bogowie zawsze zamieszkiwali miejsca trudno dostępne dla ludzi. Spoglądali na nas z góry, z nieba, chowali się pod ziemię, kryli w głębinach, także w księgach; byli krzakiem gorejącym na pustyni, bezpostaciowym głosem, tajemnym znakiem, promieniem światła, powiewem wiatru…
I zazwyczaj byli bardziej okrutni tam, gdzie okrutniejsze były warunki życia. Łagodnieli, gdy wszystkiego było w bród, zwykle stając się wtedy bardziej ludzkimi.

Toskański pejzaż ma w sobie coś, co niekoniecznie domaga się wznoszenia oczu ku niebu, by odszukać tam Boga. Może dlatego, że boską harmonię i złote światło można odnaleźć na falujących niczym łagodne morze winno-oliwno-cyprysowych wzgórzach? I w ten sposób zwrócić większą uwagę na człowieka, na piękno i doskonałość, którą można osiągnąć – po ludzku – samemu, bez odwoływania się do Tego, co na wysokościach, bez proszenia o to wszystko niedostępnego skądinąd Boga? Może właśnie dlatego człowiek w Toskanii mógł się odrodzić? To przecież tu, nigdzie indziej, ma swój początek Renesans, epoka-zalążek współczesnej cywilizacji Zachodu.

greydot

Rzadko która fotografia przedstawiająca dzieło sztuki sama jest dziełem sztuki. Zwykle jest ledwie rejestratorką, która dokumentuje (i prezentuje) czyjś artystyczny wysiłek. I jest tym lepsza, im więcej zdoła owej artystycznej wartości dzieła nam przekazać.
Paradoksalnie, sama staje się dziełem sztuki dopiero wtedy, kiedy odbiera przedmiotowi swojego zainteresowania część jego artyzmu, zawłaszczając go niejako dla siebie i transformując.

Przebywanie z aktywnym aparatem fotograficznym w tak przepełnionym sztuką (i krajobrazowym walorem) miejscu jak Toskania, niesie ze sobą pewne niebezpieczeństwo. Człowiek zamiast tworzyć, zaczyna konsumować – staje się do pewnego stopnia (nie tylko kulinarnym, ale i estetycznym) żarłokiem, którego z czasem ogarnia nawet coś w rodzaju słodkiego lenistwa. Lecz to dolce far niente nie ma nic wspólnego z próżniactwem – bardziej jest uległością wobec przyjemności jaka sączy się niczym nektar z wszechobecnej dookoła toskańskiej sztuki, z sielskiej łagodności toskańskiego pejzażu, z owoców tej ziemi i z tego co pozostawili po sobie toskańscy artyści.
A jednak nie pociąga to za sobą mdłości – dobre wino nie może być słodkie, w oliwce jest sporo goryczy, czerwone mięso ma w sobie krwistą dzikość, a mgły i deszcze otulają czasem wzgórza, szczędząc im słonecznego przegrzania, uwiądu, suszy i przejaskrawienia.

greydot
Uległem oczywistości toskańskiego piękna – dałem się uczynić niewolnikiem rozbrajającej malowniczości toskańskiego pejzażu, estetycznej harmonii i mistrzostwa sztuki (nie tylko renesansowej, ale i romańskiej); zagubiłem się chętnie wśród ochry, żółci i palonej sieny średniowiecznych uliczek i murów; chłonąłem oliwkową zieleń wzgórz, próbowałem dojrzewającej czerwieni winogron…
Warto było – dla tej błogiej i bezwstydnej sielskości, która działając na wszystkie nasze zmysły czyni z nas bezczelnego hedonistę. Lecz nawet jeśli poddajemy się tam hedonizmowi, to ten toskański hedonizm jest pełny, łagodny i dojrzały niczym stare dobre chianti.
Pod słońcem Toskanii zawsze było łatwiej sycić zmysły i doznawać rozkoszy, ale raczej nie zamieniało to człowieka w sybarytę. Zapobiegał temu pewien rodzaj wyrafinowania, o którym przypominały choćby kreski i sztychy mistrzów malarstwa, śmiałe projekty architektów, dążenie do doskonałości, harmonii, proporcji i piękna; wreszcie: ciekawość tego wszystkiego, co ludzkie.

greydot

A jednak zdarzały się rebelie – także ten humanistyczny paradygmat miał swoich dysydentów.
Czyżby w końcu Bóg katolików zaczął być o to wszystko zazdrosny? Tak, jakby rozkosz nie zbliżała nas do nieba, ale prowadziła na manowce? Tak, jakby cierpienie przestawało stanowić centrum chrześcijańskiego świata? Tak, jakby renesansowe piękno pociągało za sobą amnezję zadżumionej Europy?
Savonarola zaczął grzmieć na italskich ambonach, oskarżając pańskość wielmożów o próżność i ucieczkę od chrześcijańskiej ascezy. Zebrał nawet obrazy, klejnoty, bogate stroje, „nieobyczajne księgi”… i spalił to wszystko na Piazza della Signoria – głównym placu Florencji. Lecz Medyceusze tak łatwo nie oddali pola. A była to nie tylko walka o zachowanie politycznej potęgi, ale i o władzę, zarówno nad wzniosłą duszą, jak i zmysłowym ciałem – więc w tym samym miejscu spłonął też w końcu sam zbuntowany mnich.
Mimo to ziarno strachu przed dies irea zostało posiane. Ludzie w dolinie Arno przestali dowierzać ludzkiej doskonałości wzmacnianej dotychczas geniuszem swoich jakże licznych mistrzów. Ponownie zwrócili oczy ku niebu, swoje miasta oddając – symbolicznie i dosłownie (co zobaczyć można do dzisiaj na wielu obrazach i freskach) – w ręce świętych i patronów.

A Machiavelli? Czy to możliwe, by w tym raju ziemskich rozkoszy wyrosła taka bestia jak on? Jego „Książę” świadczy o tym, że tak. Ale czy machiawelizm był bardziej produktem toskańskiego hedonizmu, czy też może praktyczności (i skuteczności) uniwersalnych w ludzkim świecie reguł trzymania wszystkich poddanych za twarz? Jak pamiętamy, na nic się jednak zdało Machiavellemu to jego przemądrzałe lizusostwo, bo również i jego samego Medyceusze wrzucili bezpardonowo do lochu, gdzie gnił już do końca żywota, mając tam sporo czasu, by zrewidować swoje kategoryczne poglądy na ludzką naturę (a może jednak… by się w nich jeszcze bardziej utwierdzić?)

Tak… okazuje się, że kiedy pogrzebiemy nieco głębiej w historii – nawet tak archetypicznie sielskiej krainy jak Toskania – to zawsze można wywlec na wierzch jakaś stęchliznę faktów już nie tak chwalebnych, pięknych i radosnych.
Więc po co grzebać? Może lepiej jest – mając w końcu na cieszenie się Toskanią tak mało czasu – po prostu zadowolić się jej przyjemną i łagodną powierzchownością? Diabeł leży szczegółach, więc może lepiej jest nie podsłuchiwać tych jego szatańskich podszeptów?

greydot

Nie wszędzie motoryzacja wydaje się być obcym wtrętem – czymś agresywnym i nie na miejscu. Trudno sobie bez niej wyobrazić np. Manhattan – a jeśli już takie wyobrażenie przywołamy do wyobraźni, to będzie ono przypominało obraz apokalipsy.
Także amerykańska pustynia dała sobie świetnie radę z tym highway’owy wtrętem. Ciągnąca się pod horyzont nitka asfaltu podkreśla tylko jej organiczny charakter; oddaje sprawiedliwość owej niezmiernej przestrzeni. Autostrada nie tyle nas z pustynią oswaja, co od niej izoluje, choć nadal pozostaje dla nas ta pustynia spektaklem.

Rzucona przez Toskanię autostrada jest jak cięcie noża. To blizna, zranienie, coś, co jest bolesne i jakby nie na (swoim) miejscu. Obca intruzja, zanieczyszczenie – zaburzenie oliwkowo-winnej harmonii wzgórz.
Wyjeżdżając z Pizy, pogubiłem drogę szukając wjazdu na autostradę prowadzącą do niezbyt odległej przecież Florencji. Cały czar Toskanii w tym momencie prysł, genius locci się ulotnił – znalazłem się oto w amorficznym i pozbawionym charakteru świecie współczesnej cywilizacyjnej infrastruktury (już samo to określenie brzmi okropnie), która równie dobrze mogłaby znajdować się w jakimś innym zdeprawowanym przez motoryzację miejscu.
Na szczęście tych superszybkich autostrad w Toskanii jest mało. Jest za to mnóstwo lokalnych dróżek, wąskich i krętych, które zwykle podążają śladami odwiecznych traktów jakie dawniej łączyły ze sobą wszystkie te miasta-państwa-królestwa, które choć miniaturowe, to były jednak wówczas osobnymi światami. Jadąc dziś po takich drogach nie odczuwamy już tego zawłaszczenia nas przez pęd i tłok dróg szybkiego ruchu. Bardziej jako współczesną dogodność podróży, nie niweczącą wszak doświadczenia tego, co jest tej ziemi topograficzną esencją: pofałdowanego łagodnie krajobrazu, następujących po sobie obrazów nawiedzanych krain, pełnych niespodziewanych, a jednak niezmiennie malowniczych zakątków.

greydot
Zamienione w banały truizmy: życie jest podróżą, każda prawdziwa podróż jest podróżą wgłąb siebie, (czyli poszukiwaniem samego siebie). I wynikający stąd (równie banalny) wniosek: gdziekolwiek nie dotrzemy, dokądkolwiek byśmy nie uciekli – tam zawsze spotkamy siebie samych… (co zresztą może być zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem).
I jeszcze przypomnienie jak najbardziej a propos: podróże kształcą, ale raczej tylko ludzi… wykształconych.

Co to znaczy?
Otóż nie mniej, nie więcej jak to, że to my za wszystko jesteśmy odpowiedzialni – że to właśnie nasza osobowość, charakter, oczekiwania, ciekawość, wrażliwość, otwartość, głód przygody, bogactwo wnętrza; ale i nasza ignorancja, lenistwo, nieprzychylność dla świata czy wrogość, sarkazm, kpina i zła wola kształtują naszą relację z miejscem, które odwiedzamy. I do pewnego stopnia – choć w sposób względny – wszystko to kształtuje zarazem samo miejsce. Jeśli ktoś znajdzie smutek w zamglonej dolinie – to ten smutek rzeczywiście tam jest. Jeśli na kogoś spłynie radosne ciepło toskańskiego słońca – to ta radość w tym słońcu jest.
Nasza spostrzegawczość czyni miejsce i obraz ciekawym i bogatym w szczegóły, podobnie jak nasza ślepota pozbawia obraz piękna i koloru.
To tak, jak stwarzać coś, powołać do życia samym nazwaniem; to tak, jak unicestwić coś tylko tym, że nie potrafimy tego dostrzec, a tym samym – nazwać.
Światy, w których żyjemy, powstają w nas samych. Nasze piekła i nieba trwają tuż obok siebie, często znajdując się nawet w tym samym miejscu.

greydot

Spotkania z Toskanią: Virginia Wolf, Twain, Dostojewski, Stendhal…
czytając ich relacje, odnoszę wrażenie jakby każdy z nich spotykał się z inną krainą.
Mark Twain sobie kpi, stając nad przepływającą przez Florencję Arno: „To takie popularne podziwiać Arno. To wielki historyczny potok, kanalik szeroki gdzieś na cztery stopy, z całą tą pływającą w nim szumowiną. To byłaby bardzo przyjemna rzeka, gdyby tylko wpompowali w nią trochę więcej wody. Oni wszyscy nazywają to rzeką. Naprawdę ubzdurali sobie, że jest to rzeka – te cholerne ciemniaki z Florencji. A żeby jakoś usprawiedliwić tę bzdurę, to wybudowali tu nawet kilka mostów – jakby nie mogli po prostu przechodzić tego rowu w bród”. (tłum. własne)
Ha, ja Twaina lubię, więc mu tę zgryźliwość wybaczam. W końcu to nic innego, jak żart z Florentyńczyków.
Współczuję zaś Dostojewskiemu, który trafił we Florencji na mordercze upały: „Kiedy zobaczyłem na ulicach dobrze ubrane Angielki, a nawet Francuzki, to nie mogłem pojąć dlaczego ci ludzie, mając pieniądze na to żeby stąd uciec, godzą się dobrowolnie, by pozostawać w takim piekle.”
Mroczny skądinąd Dickens zachwyca się Sieną, a zwłaszcza Pizą, nazywając sakralne budowle Campo dei Miracoli „najbardziej niezwykłymi, najpiękniejszymi na świecie”, (nota bene, samo „Pole Cudów” zawdzięcza swoje miano włoskiemu poecie Gabrielowi d’Annunzio).
Virginia Wolf pojawia się natomiast w Toskanii z całą tą swoja chodzącą mieszanką melancholii, nadwrażliwości i drobiazgowej spostrzegawczości, zwracając głównie uwagę na ludzi, ale i pisząc o toskańskiej country side, o tym „morzu cieni z rdzawo-czerwonymi wyspami farm otoczonych czarnym obramowaniem z cyprysów. Nieskończona pustka, samotność, cisza – nigdzie żadnej budowli, ani wioski, tylko winnice i drzewka oliwne, które były tu od zawsze. Wzgórza robią się blado-niebieskie, ich ostre kontury miękną na tle nieba; wzgórze za wzgórzem.” (tłum. własne)

greydot

Syndrom Stendhala. Zachwyt i entuzjazm kogoś, kto oto znalazł się w miejscu gdzie żyli i tworzyli jego artystyczni idole, w otoczeniu dzieł sztuki i arcydzieł, które, jak dotąd, obecne były zaledwie w jego wyobraźni, pamięci – w świadomości oderwanej od fizycznej styczności.
Czegoś takiego doświadcza właśnie Stendhal, wjeżdżając do Florencji (przypominam: miasta Giotta, Dantego, Michała Anioła, Leonarda da Vinci, Petrarki, Boccaccia…). Oto co przydarzyło się mu w podczas wizyty w pełnym grobowców (m.in. Galileusza, Michała Anioła, Machiavellego) kościele Santa Croce: „Co za fantastyczne zgromadzenie! Przypływ emocji, które wypełniły mnie tak dogłębnie, że trudno je było odróżnić od religijnego uniesienia i zachwytu. Moja dusza, na samo tylko uświadomienie sobie tego, że jestem we Florencji, w pobliżu tych wielkich ludzi, wpadała w trans. Zatopiony w kontemplacji wysublimowanego piękna, mogłem przenikać samą jego esencję, która stała się bliska jak na wyciągnięcie ręki; czułem jego treść pod opuszkami palców. Dosięgłem owego najwyższego stopnia wrażliwości, gdzie obecna w sztuce świętość łączy się z pełną pasji zmysłowością emocji. Kiedy wychodziłem z Santa Croce, dopadły mnie gwałtowne palpitacje serca; szedłem w ciągłej obawie, aby nie upaść na ziemię”. (tłum. własne)

Cóż… literacka ranga autora „Czerwone i czarne” nie pozwala nam na skwitowanie całego tego zamieszania wzruszeniem ramion i stwierdzenie: „ot, jeszcze jedna przesadna egzaltacja”.
Dlaczego jednak przesadna? Czy bezmyślne, bezrefleksyjne i całkowicie obojętne (choćby na sztukę) reakcje tłumów wylewających się (nie tylko we Florencji) z uprawiających masową turystykę autobusów są już w normie, bo nie przesadzone?

Warto żyć uważnie.
A tym bardziej warto uważnie podróżować.

greydot

Dzisiaj rano otrzymałem od mojego znajomego wiadomość. Dowiedział się, że wkrótce wybieram się w podróż do miejsca, gdzie byliśmy razem prawie 10 lat temu. W swoim liście pisał: „W ostatnim czasie wiele razy przywoływałem w pamięci tamte obrazy. Zazdroszczę Ci. Jeśli będziesz na tej plaży gdzie biegaliśmy, to nie zapomnij o paru dużych muszelkach. Właśnie m. in. dla tych muszelek chcę tam jeszcze kiedyś pojechać”.
Tak, można tęsknić za podróżą do miejsca odległego o parę tysięcy mil tylko dlatego, że można tam znaleźć muszle, które pragnie się dotknąć; można planować wyprawę wgłąb dżungli, tylko po to, by zobaczyć rzadkiego ptaka, albo na czubek niebosiężnej góry, by dotknąć jaj szczytu i rzucić jedno spojrzenie na leżącą u naszych stóp dolinę. Jeśli tak, to tym bardziej można przebyć morza, rzeki i oceany, by znaleźć się na wyciągnięcie ręki od namalowanego przez Goyę psa, albo zobaczyć z bliska Venus Botticellego; by odszukać pewien fresk Giotta, dotknąć marmuru, którego dotykał również Michelangelo, stąpać po bruku, po którym chodził też Dante…
Bo w tym wszystkim nie chodzi o przedmiot. Materia jest ledwie pretekstem dla naszej duszy tułającej się w poszukiwaniu czegoś ulotnego i mglistego, czegoś nieokreślonego, ale wydającego się nam tym czymś… najważniejszym; tym, co naprawdę liczy się dla nas w życiu.

greydot

Co jest pod podszewką rzeczywistości?
Chyba następna podszewka.
Warstwy świata odsłaniają się przed nami – jeden wymiar przechodzi w drugi – i znów się coś zasłania, ginie nam z oczu.
Rzeczywistość pulsuje, wszystko ma swój rytm – pojawiania się i znikania.
Tak, jak po każdej fali przychodzi kolejna fala, czas kurczy się i rozszerza przypominając nam o nieskończoności.
Czy jednak Ocean jest wieczny?

Czy toskański raj nie kończy się za ostatnim wzgórzem? Czy nie staje się coraz bardziej wyblakły jak malowany krajobraz na freskach Giotta albo na płótnach Leonarda, Rafaela, Botticellego?
Czy naprawdę istnieje?

greydot

**

Tuż przed winobraniem: dojrzałe, soczyste, brzemienne kiście winogron

*

Terakotowe psy zapatrzone w toskański krajobraz (z tarasu Villi Vignamaggio w Chianti, domu urodzenia Mony Lizy)

*

*

Zmierzch nad rzeką Arno i mosty Florencji

*

*

Tryumf artysty nad materią: „Perseusz z głową meduzy” Celliniego i „Porwanie Sabinek” Boulonge’a – rzeźby wystawione od wieków na widok publiczny na Piazza della Signoria, głownym placu Florencji

*

(zdjęcia własne)

Zapraszam do obejrzenia nowej wystawy zdjęć z Toskanii pt. „W KRAINIE SŁOŃCA, WINA I SZTUKI” , która ukazała się właśnie na blogu fotograficznym „ŚWIATOWID”, jak również na stronę „brulionu podróżnego (ilustrowanego)”, gdzie można obejrzeć TOSKAŃSKIE PANORAMY.

*