TYBET – MIĘDZY WSPÓŁCZUCIEM A NICOŚCIĄ

Pielgrzym przy modlitewnych młynkach w klasztorze Samye

*

„Moi wrogowie będą niczym, moi przyjaciele będą niczym i ja będę niczym, tak jak wszystko stanie się niczym” – mówi duchowy przywódca Tybetańczyków w filmie Martina Scorsese Kundun, opartym na autobiografii Dalajlamy, zwanego Lamą Litościwym i Współczującym.

Czy jednak „nic” to to samo co „nicość”? A „nicość” to to samo co „pustka”?
I czy można to wszystko wiązać z nihilizmem?
Przypomnijmy sobie pojęcie horror vacui – „lęk” natury przed próżnią, która to „niekompatybilność” była dla człowieka Zachodu czymś tak oczywistym, że trudno mu było sobie wyobrazić coś takiego, jak istnienie próżni (z czym musiał się zmagać choćby jej „odkrywca” Pascal, sam przesiąknięty judeo-chrześcijaństwem, jak przystało na nieodrodne dziecko ówczesnej europejskiej umysłowości i jej ograniczeń).
Już same te kwestie mogą nam uświadomić sobie, jak trudno jest człowiekowi Zachodu zrozumieć istotę buddyzmu, a szerzej – psychikę, światopogląd i filozofię Dalekiego Wschodu. Bo nie jest to tylko kwestia słów i języka. Bardziej mentalności, z której te słowa i język wyrosły (choć słowa i język także mentalność kreują).

buddyjski mnich rozprasza mrok

Czesław Miłosz wyraził kiedyś opinię o buddyzmie, która i mnie jest bardzo bliska:  „Buddyzm jest dobroczynny, przynosząc sakralność wielu ludziom niezdolnym pogodzić się ze sprzecznościami religii biblijnych, czyli z Bogiem osobowym. Buddyzm, ani teistyczny, ani ateistyczny, po prostu nie wypowiada się o początku świata i pierwszej przyczynie, a tym samym nie musi zmagać się z pytaniem, w jaki sposób Stwórca może równocześnie być dobry i zły”.
Ale czy można przynieść jakąkolwiek sakralność do świata, skoro z drugiej strony głosi się, iż to co my nazywamy metafizyką, tak naprawdę jest (dla oświeconego buddysty) pustką?
I czy negując zdolność przeniknięcia istoty rzeczywistości przez ludzki umysł, nie pozbawiamy się jednocześnie możliwości poznania tego, co święte? I czy rzeczywiście to, co uznamy za święte staje się naprawdę święte?

Nie tylko Nietzsche, ale i wielu innych myślących ludzi Zachodu uznało, że buddyzm jest o wiele bardziej uczciwszy w swoim umiejscowieniu człowieka w świecie, niż chrześcijaństwo, nie mamiąc go np. żadną metafizyczną Opatrznością.
Ale zarówno buddyzm jak i chrześcijaństwo z emfazą podkreślają wszechobecność cierpienia w świecie. Zarówno buddyzm, jak i chrześcijaństwo starają się wskazać człowiekowi drogę zbawienia (czy też wyzwolenia). To świadczy o tym, że w zasadzie wszystkie religie wyrastają z poczucia jakiegoś niedopasowania człowieka do świata, w którym on żyje, w którym on cierpi i lęka się – drżąc z bojaźni przed siłami, które go przerastają, i na których pastwę (łaskę lub niełaskę) jest on wydany.
A także i o tym, że wszystkie wielkie religie muszą się oprzeć na ludzkiej instytucji, co wynika choćby tylko z tego, że człowiek jest istotą społeczną.

Pod Świątynią Jokhang w Lhasie

*  *  *
Wybierając się na tak krótki czas do Tybetu nie mogłem się łudzić, że oto nagle będę mógł tam przeniknąć jakieś Wielkie Tajemnice duchowe żyjącego tam ludu, że uda mi się zdecydowanie zbliżyć do lepszego poznania i zrozumienia tybetańskiego buddyzmu, że zdołam do głębi przejrzeć i ogarnąć to, co tak naprawdę się teraz w tym kraju dzieje… Nie. Miałem pragnienia dużo skromniejsze: dotknąć własną ręką żyjących tam ludzi, spojrzeć im z bliska w oczy, poczuć zapach i smak krainy, w której od tysiącleci żyją. I jeszcze zobaczyć na własne oczy okupujących ich sąsiadów, którzy 60 lat temu wtargnęli tu niczym do swojego własnego folwarku, „pokojowo” „wyzwalając” Tybet i włączając go ponownie do „Macierzy”.

Cieszę się, że tego wszystkiego udało mi się dokonać. Co nie oznacza, że nie opuszczałem Lhasę z uczuciem wielkiego niedosytu.

Co we mnie zostało? Wystarczy, by uznać Tybet i spotkanych tam ludzi częścią mojego życiowego doświadczenia, dopełnienia wiedzy i wyobrażenia o człowieku jako istocie nie ustającej w wysiłkach zadomowienia się – duchowego i cielesnego – w świecie i w Naturze, która może być mu zarówno sojusznikiem, jak i wrogiem.

*  *  *

Patrząc na pustynny tybetański krajobraz, na te nagie, niekończące się hałdy piachu, żwiru, pokruszonych i zwietrzałych skał; na smagane wiatrem i palone słońcem rośliny i zwierzęta, na wyschnięte skalne żleby, na majaczące w oddali ośnieżone szczyty niebotycznych gór… nie wydaje się dziwne, że buddyjskie przeświadczenie o wszechobecności cierpienia wśród wszystkich żyjących istot, właśnie tu – w tej najbardziej odizolowanej od reszty świata krainie – przyjęło się w ludzkich duszach, niektóre z nich przenikając do głębi. I tęsknota za tym, aby wyrwać się z błędnego koła powtórnych narodzin – by nie żyć już więcej, by rozpłynąć się w nirwanie, w tej kosmicznej pustocie, która dla wyznawców Buddy jest najwyższym stanem świadomości, spełnieniem się absolutu, (a którą  „profani” kojarzą z pragnieniem czegoś w rodzaju nihilistycznego orgazmu).
Tak więc życie jako przekleństwo? Życie jako kara za złe postępki? Życie jako coś, z czego należy się wyzwolić, bo jest ono tożsame z cierpieniem?

Rozmodlona Tybetanka

Jak w takim razie pogodzić to wszystko z dość powszechnym na Zachodzie wyobrażeniem Tybetu jako duchowego raju na świecie, gdzie wszyscy żyją szczęśliwie i w niczym niezmąconej harmonii z Naturą? Gdzie każdy każdemu jest bratem, siostrą i przyjacielem? Gdzie wreszcie szanuje się każdą żyjącą istotę i odrzuca przemoc, bo prowadzi ona donikąd, potęgując przy tym ból i cierpienie?
Otóż można to pogodzić tylko w jednym przypadku: kiedy na Tybet spojrzy się jak na krainę istniejącą tylko w sferze mitycznej. Także w naszych wyobrażeniach, które przecież nie muszą już mieć wiele wspólnego z tzw. realnością…

*  *  *
Kiedy tak patrzyłem na rozmodlonych Tybetańczyków, zastanawiałem się w jakim są oni teraz świecie. Czy kręcąc modlitewnym młynkiem rzeczywiście rozumieją słowa modlitwy, które ponoć uwalniają się wtedy i biegną w świat, by uczynić go lepszym? A może myślą o czymś zupełnie innym? Albo po prostu nie myślą o niczym i wprawiają kołowrotek w ruch bezmyślnie? A nam się wydaje, że oto właśnie zgłębiają jakąś Wielką Tajemnicę Wszechświata i Egzystencji?
Te tłumy obchodzące dookoła świątynię Jokhang. Przeważnie starzy ludzie, okutani w zgrzebne koce, pledy i płaszcze, z ogorzałymi od słońca, porytymi zmarszczkami twarzami, z wbitym przed siebie, nic nie widzącym wzrokiem… Albo inaczej – rozglądający się z ciekawością wokół siebie, rzucający okiem na stosy bardziej lub mniej tandetnych pamiątek piętrzących się na ciasno upakowanych wzdłuż drogi straganach; tudzież uciekający przed wzrokiem białego turysty, który chce przeniknąć do wnętrza ich duszy.
A wszystko to przy monotonnym skrzypieniu obracających się młynków i bazarowym gwarze

Pielgrzymi zdążający ku Lhasie

*

Na nowoczesnej, asfaltowej, doskonale utrzymanej, chińskiej drodze do Lhasy, także spotykamy grupki pielgrzymów. Najczęściej idą parami, choć nie brakuje również tych samotnych. Do Potali, byłej siedziby Dalajlamy, pozostało im już zaledwie kilka godzin drogi. A za sobą mają  kilka… dni, tygodni lub miesięcy takiej wędrówki. Niektórzy – ci z najdalszych zakątków Tybetu – są już w tej podróży od dwóch lat. Co kilka kroków klękają, kładą się na ziemi, odmierzając przebytą drogę długością własnego ciała.
Ich życie jest teraz drogą dosłownie. Mają przed sobą cel, który jest dla nich tymczasowym sensem. Idą z nadzieją, że u kresu czeka na nich coś, co jest święte, jak również coś, co może im potwierdzić obietnicę wyzwolenia.
Wyzwolenia… także od jakiegokolwiek celu i sensu.

*  *  *

Tony złota w Pałacu Potala.
Potala to byłe centrum religijne i państwowe Tybetu – miejsce skąd rządzili krajem dalajlamowie uznani za kolejne wcielenia samego Buddy i gdzie znajdują się ich groby. Przez setki lat władze religijne i świeckie były tu jednym – rozdział kościoła i państwa dokonywał się w odległych a egzotycznych krainach.

Jeden z wielkich nauczycieli-mnichów na złotym tronie – buddyjskie ołtarze lśnią od drogocennych kruszców i klejnotów

Tak więc władca, który dysponował państwowym aparatem przemocy i represji (a każdy ustrój państwowy posiadać takowy musi), jest jednocześnie duchowym przywódcą odrzucającym wojnę, gwałt i przemoc? Wyczuwamy pewną ironię, fałsz, może nawet absurd? Słyszymy jakiś zgrzyt w bajecznej krainie Shangri-La?
Uświadamiamy sobie sprzeczność, może nawet coś w rodzaju społeczno – kulturowej schizofrenii?

Prawdą jest, że przed „pokojowym wyzwoleniem Tybetu” przez Chiny, w kraju tym panował ustrój feudalny, ze ścisłym podziałem na kasty, gdzie istniało niewolnictwo, a każdy zwykły obywatel był sługą możnowładców. Tych ostatnich była garstka, ale posiadali wszystko, co w Tybecie można było posiadać. (Lecz zostawmy ten temat na później.)

Złoto! W Potali, w stolicy jednego z najbardziej ubogich krajów świata, znajdują się równocześnie największe na świecie grobowce ze złota. Najcięższy z nich jest grobem największego dalajlamy, którym uznaje się Dalajlamę Piątego (ale pierwszego, nazwanego przez wnuków Dżingis Khana „Dalai Lamą”, czyli „Oceanem Mądrości”). Złoto, które użyto do jego budowy dekoracji, waży prawie cztery tony. Myślę, że podobnie jak ubogi Jezus nie mógłby sobie znaleźć miejsca w kapiącym od złota Watykanie, tak i sam Budda Siakjamuni, czyli książę Siddhartha, który odrzucił precz całe swoje materialne bogactwo stając się ascetą, czułby się na tych wszystkich złotych tronach i obłożonych setkami tysięcy drogocennych klejnotów stupach, jak na jakiejś obcej planecie.

Jeszcze jedna analogia: pyszny, otaczający się bogactwem Kościół, którego słudzy głoszą, że „prochem jesteś i w proch się obrócisz” oraz kolejne wcielenia Buddy Litościwego spoczywające na górach ze złota, wśród mnichów głoszących ideał ubóstwa i konieczność nieprzywiązywania się do tego (doczesnego a przemijającego) świata bogactwa i glorii. Ludzka przewrotność, czy tylko niekonsekwencja?
Czyżbyśmy więc aż tak bardzo różnili się od naszych azjatyckich braci, umiejscawiając religię w społeczno-politycznym systemie,  tworząc instytucję o charakterze sakralnym, ale w praktyce i działaniu świecką?

*  *  *
Z pałacu pełnego złota nad wodę pełną głodnych ryb.
Z Pemą, który urodził się wśród jednego z nomadzkich plemion na północy Tybetu, jedziemy doliną rzeki Yargun (zwaną z hinduska Brahmaputrą). Pema chce nam pokazać miejsce, gdzie „chowa” się zmarłych. Po drodze opowiada nam o 5 sposobach radzenia sobie Tybetańczyków ze zmarłymi, a konkretnie – z ciałami zmarłych, których już nie łączy się z człowiekiem, jaki okupował ciało przed śmiercią. To rozróżnienie jest tu jednak istotne, bo zwykle łagodzi szok, jakiego może doznać ktoś, kto pochodzi z kręgu kultury, w której obowiązuje rewerencja dla zmarłych, w tym także dla ludzkich zwłok. Dla takiego człowieka funeralne praktyki tybetańskie mogą sprawiać wrażenie barbarzyńskiego bezczeszczenia zwłok.

Miejsce pochówku wodnego nad Brahmaputrą

Jednak Tybetańczyk widzi to inaczej: dla niego martwe ciało to tylko materia, którą należy zwrócić ziemi. Nie ma już w niej duszy – ta bowiem jest już w czymś co nazywa on „Między”, wędrując tam w poszukiwaniu kolejnego wcielenia. Wprawdzie dla nas zwłoki także są już martwą materią, jednak podchodzimy do nich zupełnie inaczej, nadal wiążąc je (symbolicznie) ze zmarłym człowiekiem.

Najpowszechniejszy w Tybecie jest pochówek „niebiański”, zwany także przez niektórych „powietrznym” lub „podniebnym” (w j. ang. – „sky burial„). Polega on na oddzieleniu od kości ludzkiego mięsa, pocięciu go na drobne kawałki, połamaniu i skruszeniu na miał wszystkich kości, dodaniu mąki z jęczmienia i rzuceniu tego wszystkiego na pożarcie sępom.
W pochówku „wodnym” dzieje się mniej więcej to samo, tyle że zamiast sępów żer mają ryby.
Pochówek „ziemny” podobny jest do naszego, tyle że sposób ten uważany jest przez Tybetańczyków za najmniej godny.
Na kremację mogą sobie pozwolić nieliczni (w Tybecie brakuje drewna, więc opał – wraz z obsługą krematoryjnego pieca – jest bardzo drogi); natomiast zaszczytu mumifikacji i balsamowania zwłok doznają jedynie lamowie i najbardziej znaczący mnisi.

Pema mówi, że niestety pochówku „podniebnego” nie możemy zobaczyć (chociaż zdradził nam przy okazji, że zabrał kiedyś ze sobą grupę polskich buddystów, z którymi po kilku dniach wędrówki po górach dotarł na miejsce, gdzie odbywał się „sky burial” – co było dla Polaków totalnym szokiem). Widok ten chroni się przed wzrokiem postronnych, ale Pema obiecuje, że pokaże nam miejsce, gdzie odprawiane są pochówki „wodne” i – jeśli  będziemy mieć trochę szczęścia – to możemy tam znaleźć nóż, którym kroi się zwłoki na nadrzecznych kamieniach, albo przynajmniej ślady krwi.
Lecz niestety, czy też raczej na szczęście, kiedy dotarliśmy już nad brzeg Brahmaputry, żadnych noży, ani nawet ciemnych plam po krwi na kamieniach nie było, a tylko na wietrze powiewały różnokolorowe chorągiewki, trzepocząc i szepcząc modlitwę, która przecież nie mogła być czymś barbarzyńskim. Ta modlitwa zdawała się też być skierowana ku niebu. Ku niebu, które w Tybecie wydaje się jednak zionąć wielką pustką.

*  *  *

Znicze w Tybecie palą się wiecznie – podsycane stopionym masłem z jaka

*

Zdjęcia z mojej ostatniej podróży do Tybetu obejrzeć można TUTAJ – na stronie brulionu podróżnego (ilustrowanego). Na początek pozwalam sobie zaprezentować tam panoramy.

*

Misterium światła i cienia w świątyni Jokhang (Lhasa)

*

Podsycanie ognia

( © ZDJĘCIA WŁASNE )

Reklamy