WYSPY DZIEWICZE

.

Czy istnieją jeszcze gdziekolwiek Wyspy Dziewicze? Nie tyle bezludne, co takie, gdzie można uciec przed zgiełkiem świata i cywilizacji, schronić się przez wieściami o rewolucjach, katastrofach, kryzysach, zamachach i wojnach? Czy też może przesiąkamy współczesnością do cna i dlatego taka ucieczka jest już niemożliwa – bo to tak, jakbyśmy uciekali przed samym sobą? Czy można żyć w izolacji – w tym świecie, gdzie coraz ludniej, tłoczniej, głośniej i bardziej krzykliwie? Czy możemy wyrzucić z naszej świadomości cały ten balast i osad wiedzy o tym, co dzieje się złego, strasznego i tragicznego na Ziemi? Zapomnieć o wszystkim, zanurzyć się we własnej błogości niemyślenia o niczym co przykre i co może popsuć nam humor, a może nawet wpędzić w rozpacz? Lecz gdyby nawet było to możliwe, to czy byłby to egoizm, bezmyślność, nieczułość, brak empatii, zimna obojętność? Czy też instynkt samozachowawczy – próba samoobrony, wyzwolenia i ratowania siebie samego – wybawienia od wiecznie dotkliwego pytania: unde malum?

i

Jakimże niesamowitym miejscem musiały być Karaiby w epoce prekolumbijskiej, kiedy oblane turkusowym oceanem wyspy porośnięte były pierwotną i nieskażoną niczym dżunglą, zamieszkałą przez setki gatunków ptaków, roślin i zwierząt, które od tysięcy lat żyły w doskonałej naturalnej równowadze. Wprawdzie jeszcze przed Europejczykami walczyły tu ze sobą tubylcze plemiona, ale nie miało to większego wpływu na stan rodzimej fauny i flory.
Ten, być może wyidealizowany nieco obraz, zaistniał w naszej świadomości również dzięki powieściom przygodowym typu „Wyspa skarbów” Roberta Luisa Stevensona, czy „Robinson Crusoe” Daniela Defoe.
Wszystko się zmieniło z nadejściem plantatorów – wraz z ich chęcią zysku. Cukier, rum, tytoń, melasa – Zachodnie Indie postrzegane były tylko jako źródło dóbr, które miały przynieść bogactwo. Prawie wszystkie wyspy ogołocono z lasów. Sprowadzono rośliny i zwierzęta, które powodowały ekologiczne katastrofy. Po dziewiczości wysp zostało jedynie wspomnienie i… nazwa, jaką określa się do dziś kilka skrawków ziemi na Małych Antylach (Virgin Islands).
Na kilkaset lat – po dotarciu tu Europejczyków – Karaiby stały się areną walk o wpływy między Anglikami, Francuzami, Holendrami, Duńczykami i Hiszpanami; miejscem gdzie grasowali osławieni piraci w rodzaju kapitana Morgana i spółki. Tysiące niewolników pracowało na bogactwo białych kolonizatorów.
Resentymenty pozostały do dzisiaj.
Dla kogoś, kto wszędzie oczekuje na Karaibach uroczych, rajskich i sielskich zakątków, rozczarowaniem może być zdewastowany krajobraz, wykopy i śmietniska, ogołocone z lasów wzgórza; szokiem bywa widok nędznych ludzkich osiedli i baraków godnych trzeciego świata.

greydot

Zmierzch nad Virgin Gorda

Zmierzch nad Virgin Gorda

A jednak te urocze zakątki istnieją, i to nie tylko w obrębie zamkniętych turystycznych enklaw. Trzeba je tylko odnaleźć i do nich dotrzeć. Wielkim walorem Karaibów jest klimat. Kiedy więc na amerykańskiej północy jest już szaro, panuje ziąb i pada śnieg, odległe zaledwie o parę godzin lotu wyspy kuszą ciepłem, słońcem, palmami, piaszczystymi plażami, bajecznymi rafami koralowymi i szmaragdową wodą.

greydot
Byłem już w tamtych rejonach wielokrotnie. Zawsze wybieram się tam z wielką przyjemnością. Podobnie jest teraz – cieszy mnie to, że zostawiam na jakiś czas to zimne, wietrzne i zasypane już śniegiem Wielkie Miasto.
Tam – pod palmami, nad ciepłą wodą, otoczona złotymi piaskami, czeka na mnie… Tłusta Dziewica.

greydot
Powyższy zapis powstał jeszcze w domu. Teraz jesteśmy już u celu – na Virgin Gorda, jednej z Brytyjskich Wysp Dziewiczych, która swoją dziwną nazwę (Tłusta Dziewica), zawdzięcza wyobraźni jednego z uczestników wyprawy Krzysztofa Kolumba.
Dotarliśmy tu z przygodami. Wczoraj wieczorem wylądowaliśmy na amerykańskiej Wyspie Dziewiczej – St. Thomas, która przywitała nas ciemnościami. Otóż okazało się, że w miejscowej elektrowni miał miejsce wybuch boilera, dzięki czemu niemal cała wyspa pozbawiona została prądu. Jakimś cudem udało się nam znaleźć nocleg w śródmieściu największego miasta wyspy Charlotte-Amalie, mimo, że – ze względu na awarię –  nie przyjmowano już tej nocy żadnych gości (życzliwość menadżerki oraz nasza siła perswazji zrobiły swoje.

Przyjęto nas życzliwie, obdarzono latarkami, a nawet udało się nam zjeść kolację w miejscowej restauracji.
Następnego ranka, czyli dzisiaj rano, promem przepłynęliśmy na Tortolę (Brytyjskie Wyspy Dziewicze), gdzie spędziliśmy cały dzień (przypomniałem sobie kilka interesujących zakątków, które odwiedziłem kilka lat temu: plaże Smugglers Cove i Long Beach, gdzie można było popływać i pobiegać po piasku – kilka godzin spędzonych w ciepłej oceanicznej wodzie, na złotym sypkim piaski i na słońcu, można odreagować wielkomiejskie stresy, tudzież zapomnieć o chicagowskim chłodzie).

Późnym wieczorem, kolejnym promem dobiliśmy do Virgin Gorda i wylądowaliśmy w resorcie Mango Bay. Mimo późnej pory zostaliśmy serdecznie przywitani przez właścicielkę, która oprowadziła nas po ośrodku.
Spodobało nam się tutaj tym bardziej, że zamiast zwykłego pokoju dostaliśmy dwusypialniowy apartament z olbrzymim „livingroomem”, dwoma łazienkami i tarasem z widokiem na plażę i Ocean.
Żyć, nie umierać!

greydot

Zupełnie niepotrzebnie podkusiło mnie, aby włączyć tej nocy telewizor – kanał z wiadomościami CNN. Nagle tory moich myśli gwałtem zostały skierowane na obrazy przejmujące i szokujące.
Wpierw zobaczyłem płonący, słynny hotel Taj Mahal w Bombaju, a zaraz potem inne dantejskie sceny z zaatakowanych przez terrorystów Indii.
Co za okrutna ironia: zaledwie kilka dni temu umieściłem na mojej stronie zdjęcia ukazujące ludzi z Indii – wraz z ich pięknymi uśmiechami, a oto teraz widzę trupy –  zakrwawione hinduskie ciała i twarze.

Tak się dziwnie składa, że niemal zawsze, gdy wybiorę się w jakąś podróż, zaraz na początku dopada mnie katastroficzna wiadomość.
Kiedy znalazłem się w Meksyku, tego samego dnia dowiedziałem się o morderczym tsunami, które nawiedziło wybrzeża Oceanu Indyjskiego; kiedy wracaliśmy z jakże spektakularnego wschodu słońca nad Wielkim Kanionem, w radiu usłyszeliśmy o walących się wieżowcach na Manhattanie; kiedy przylecieliśmy do Delhi – dotarła do nas wiadomość o bombach zamachowców, które wybuchły właśnie w Kalkucie… itd.
O czym to świadczy? O moim pechu? Czy też po prostu o przypadku, który wskazuje na to, jak bardzo ten nasz świat jest niespokojny, pełen przemocy i koszmarnych zdarzeń.

Czy mam się poddać owym nieszczęsnym wieściom i pozwolić by zrujnowały moje wakacje? (Bo przecież trudno obok nich przejść obojętnie.)
Takie jednak są realia świata, w którym żyjemy. Według mnie nie jest czymś dobrym chowanie głowy w piasek. Ale z drugiej strony – cóż można zrobić?
Chyba tylko odłożyć uporanie się z tymi faktami na później. Póki co, zająć się zwiedzaniem Wysp Dziewiczych, oddać się pływaniu, zażywaniu słonecznych witamin, poznawaniu nowych ludzi, fotografowaniu… Ukoić się szumem fal, śpiewem ptaków, odgłosami dżungli…
Czy przez to spotkam się z zarzutami, iż jest to podejście na wskroś egoistyczne?

greydot

PS. Powyższe zapiski pochodzą z 2008 roku i ukazały się na moim poprzednim blogu „Brain Graffiti”. Ciekawe są komentarze, jakie się wówczas pod tym wpisem ukazały:

Jula: „No cóż,  ja raczej powiedziałabym o wielkim szczęściu, bo zamachy terrorystów, czy inne kataklizmy jakby Ciebie omijały, jakbyś się z nimi rozmijał. Takie jest niestety życie ludzi na ziemi i zawsze tak było. Myślę, że wcześniej nie było tak szybkich środków przekazów, mediów itd… Bo ta walka o wpływy, o władze i pieniądze od zawsze była  jest i będzie. I nic na to nie poradzimy, bo nieba nie da się stworzyć na ziemi, no może na chwilę… Pokaz nam jakieś ładne zdjęcia z tego raju na ziemi.”

Sarna: „Dziś nazwa ‚Wyspy Dziewicze’ brzmi jak ironia. Zdewaluowała się jak prawie wszystko. Zbrukane dziewictwo, co z niego pozostało? Twierdzisz, że można się w tym krajobrazie dopatrzeć jakichś niewinnych i pięknych miejsc. Tylko trzeba chcieć. A my tak coraz mniej zadajemy sobie trudu, by chcieć. Lubimy gotowe rady, recepty, programy biur podróży, wygodne życiowe fast foody.
Nie narzekaj, Jula ma rację, twierdząc że opacznie tłumaczysz własne szczęście. Narzekać może twoja żona, bo cieszysz się, że dostałeś dwusypialniowy apartament z dwoma łazienkami. Dla mnie to byłby afront :)
W ogóle jesteś nieznośny. U mnie szaro i dżdżyście, w niedzielę kolejny egzamin, a Ty wylegujesz się na plaży, pełzasz po cudnej wyspie, spijasz wytrawne winko i śmiesz twierdzić, że jesteś pechowcem. Miałam się uczyć, chyba się upiję, a może jedno i drugie.”
Miłego urlopu i podobnie jak Jula czekam na zdjęcia.”

Geograf: „Enjoy your holidays! Co do samych wysp – pewnie obyłyby się zarówno bez plantacji jak i bez turystów; wystarczy im największy tonaż floty handlowej na świecie na mieszkańca. No i sama nazwa – grunt to dobry PR .”

I moje odpowiedzi: „Jula, chociaż raju na ziemi rzeczywiście nigdzie nie ma, to są jednak miejsca, które nam ten raj przypominają. Karaiby np. to raj dla lubiących ciepłe wody, słońce, kąpiel, nurkowanie, no i oczywiście żeglowanie… I nie ma w tym przesady. A jednak bardzo chciałbym zobaczyć Wyspy Dziewicze w czasie, kiedy rzeczywiście były jeszcze dziewicze… nie tylko z nazwy.”

„Sarno, tutaj naprawdę jest ładnie i ciekawie, mimo pewnego cywilizacyjnego ‚zbrukania’ wysp. Całe mnóstwo uroczych zakątków. Zwłaszcza na wyspie, na której jesteśmy, czyli na Virgin Gorda znaleźć można plaże, na których prawie nikogo nie ma – jest dziko i spokojnie zarazem. Ja nie znoszę leżenia plackiem na piasku i prażeniu się w słońcu. Staram się ruszać: biegam, pływam, nurkuję… Dzisiaj wypłynąłem kajakiem na Ocean i trafiłem na bajeczną rafę koralową. Wystarczyło założyć wodne okulary, rurkę do oddychania (snorkel) i płetwy, zanurzyć głowę pod wodę, a przed moimi oczyma roztoczył się niewiarygodny, kolorowy świat rafy koralowej, o istnieniu którego wielu ludzi na brzegu nie ma pojecia – bo nic go na lądzie nie zapowiada. Rafa ginie na całym świecie w zastraszającym tempie, ale jeszcze zachowały się jej fragmenty – między innym Rafa Barierowa na Karaibach.”

„Geografie: no nie wiem, czy ten imponujący tonaż by im tutaj wystarczył. Bez turystyki rdzenna ludność Karaibow raczej by nie przetrwała, choć same Wyspy z pewnością tak.”

(zapiski z podróży na Wyspy Dziewicze, 2008 r.)

greydot

Karaibska klasyka - Tortola (Brytyjskie Wyspy Dziewicze)

Karaibska klasyka – Tortola (Brytyjskie Wyspy Dziewicze)

.

ii

Wieczorem, w przeddzień planowanego wyjazdu z Chicago rozpętała się burza śnieżna. Wiele lotów odwołano, pod wielkim znakiem zapytania stanął nasz jutrzejszy wylot. Ruch na drogach został sparaliżowany, ledwie dotarłem z pracy do domu – droga, którą zwykle pokonuję w pół godziny, tym razem zajęła mi blisko dwie godziny. Samochód tańczył na lodzie, a z góry spadały wielkie i mokre płaty śniegu. Miasto zaczęło wyglądać dość nierealnie, a jeszcze bardziej nierealnym wydawało się to, byśmy już za kilkanaście godzin znaleźli się w słonecznym i zielonym tropiku.
A jednak udało się.
Mimo zasypanych ulic taksówka przyjechała punktualnie jeszcze przed świtem, wylot nastąpił planowo, za trzy godziny wylądowaliśmy w Ft. Lauderdale na Florydzie. Tutaj przesiadka na inny samolot, kilka następnych godzin lotu i oto lądujemy w stolicy Kostaryki, San Jose.
(…)
Wypożyczanie samochodu na lotnisku. Rezerwację zrobiłem dobrych kilka tygodni temu, sprawdzałem ją jeszcze przed tygodniem, ale oczywiście teraz, samochodu, takiego jakiego chciałem, nie było. Zgrzyt. Na szczęście, po kilku telefonach, w sąsiedniej kompanii znaleźliśmy nowiutkiego SUVa z napędem na cztery koła (samochód osobowy odpadał ze względu na wertepy jakie czekały nas na kilku odcinkach naszej trasy).
Wyjazd z San Jose okazał się nie taki prosty. Brak oznakowań, mylące napisy, jakieś ślepe uliczki… lecz w końcu znaleźliśmy się na drodze prowadzącej na drogę do Cartago, skąd zamierzałem zrobić wypad na szczyt Irazu, najwyższego czynnego wulkanu w Kostaryce. Pogoda była pod psem, jednak miałem nadzieję, że się poprawi. Było pochmurno i mgliście, siąpił deszcz… Jednakże, jak się dowiedziałem, często wyjeżdżając w takiej aurze na Irazu – ze względu na to, że znajduje się on na wysokości 3,5 km. n.p.m. – złą pogodę, deszcz i chmury zostawia się pod sobą i wyjechawszy na szczyt, krater zastaje się oświetlony słońcem. Nic z tego. Robię dwa podjazdy w przeciągu kilku godzin (w międzyczasie rozgrzewamy się herbatą w przydrożnej gospodzie), ale niestety mgła spowija wszystko wokół, widoczność jest więc żadna.
Myślałem o noclegu w Cartago (małym, niezbyt ciekawym miasteczku, które ongiś było stolicą Kostaryki), przypomniałem sobie jednak to, czego dowiedzieliśmy się wcześniej od naszego znajomego Kostarykańczyka, który wspomniał o położonym w pobliskich górach miejscu, gdzie spotkać można quetzale, bajecznie upierzone rajskie ptaki. Później wyczytałem w jednym z przewodników, że można tam również przenocować. Nie namyślając się zbyt wiele, postanowiłem tam dotrzeć jeszcze tego samego dnia.
Trafiliśmy do cudownego miejsca. Właśnie taką atmosferę uwielbiam: ukryte w lesie górskie schronisko, z dala od turystycznych tłumów, rozrzucone po wzgórzu bungalowy, zbieranina ludzi z całego świata (lecz bez frekwencyjnego szaleństwa). Przy kominkowym ogniu suszy się para z Teksasu, obok grupa Niemców studiuje książki i albumy, próbując zidentyfikować ptaki, które widzieli dziś na szlaku. Mirador de Quetzales jest bowiem miejscem znanym dobrze ornitologom. Tutaj mamy największe szanse by zobaczyć na własne oczy quetzala. Jutro o świcie wyruszamy z przewodnikiem w las, w poszukiwaniu tego mitycznego ptaka.
(…)
Wcześnie rano jesteśmy już na szlaku. Mgły opadły, chmury zaczęły się rozwiewać, przez gęste korony drzew przebijały się promienie słońca. Szlak prowadził zboczem, co jakiś czas mijaliśmy jakieś kaskady, wodospady, strumienie… Wreszcie nasz przewodnik, który cały czas zdawał się nawoływać ptaki, wskazał nam drzewo w oddali… I rzeczywiście, na jednej z jego gałęzi, można było dostrzec charakterystyczną sylwetkę quetzala. Podeszliśmy ostrożnie nieco bliżej i wówczas ptak ukazał się nam w całej swojej rajskiej krasie – przepiękne kolorowe upierzenie, fantazyjny czub na łebku, imponujący ogon… Za chwilę dostrzegliśmy także inne quetzale, i tak, zachwycając się nimi, wędrowaliśmy po baśniowym lesie, gubiąc zupełnie poczucie czasu.
(…)
Tego dnia żegnamy się ze słynną – biegnącą tutaj grzbietem górskiego pasma Cordillera de Talamanca – drogą Interamericana i docieramy do położonej już nad Pacyfikiem miejscowości Dominical, gdzie planujemy zatrzymać się na kilka dni i nocy.
Docieramy na miejsce. Noclegownia zwie się Alberque Alma de Hatillo i… ma niespodziewany a mocny polski akcent.
(…)

z Sabiną w Alberque Alma de Hatillo

z Sabiną w jej posiadłości Alberque Alma de Hatillo

Sabina przybyła tutaj z Kanady 10 lat temu. Pochodzi z Wrocławia. Wyemigrowała z kraju w 1974 roku. Polskę odwiedza co parę lat, ciągle czuje się tam jak u siebie, jednak okolicę pacyficznego wybrzeża Dominical uznała za miejsce gdzie chce żyć i… umrzeć.
Piszę te słowa siedząc w cieniu na obszernym, otoczonym bujną tropikalną roślinnością patio i czytam to, co pisze o miejscu, do którego miałem szczęście dotrzeć, przewodnik Lonely Planet: „One of the most loved B&Bs on the entire Pacific Coast, this hidden gem is run by Sabina, a charming Polish lady who has legions of dedicated fans the world over.” Rzeczywiście, wszystko się zgadza.
(…)
Wpierw pomyślałem sobie, że Sabina uciekła od cywilizacji, lecz po kilku rozmowach z nią, swój pogląd musiałem zweryfikować: ona wcale nie uciekła od cywilizacji, ona przede wszystkim uciekła… do ludzi. I prawdziwszego chyba jednak, bardziej naturalnego życia. Sabina nie czyta gazet, nie ogląda telewizji, mówi że nie obchodzi ją za bardzo to, kto jest – czy też będzie – prezydentem Stanów Zjednoczonych… Nie chce się przejmować światowym tyglem, sytuacjami i wydarzeniami gdzieś daleko, bo przecież i tak nie ma na nie żadnego wpływu.
Weszła w to egzotyczne miejsce, zżyła się z tutejszymi ludźmi, z którymi łączą ja teraz silne więzy. Uważa, że życie jest tutaj prostsze i dlatego bardziej autentyczne.
A ja przez to wszystko uświadamiam sobie mój ciągle nierozwiązany dylemat: kim jestem? Nieodrodnym tworem współczesnej cywilizacji, czy wygnanym z naturalnego środowiska banitą bez ziemi, tęskniącym do powrotu do natury?
Taki i inne myśli przyszły mi dzisiaj do głowy, kiedy obudziłem się rano w jednym z domków Sabiny. Za oknem budziło się życie – intensywne, bujne życie dżungli, przepełnione odgłosami insektów i śpiewem egzotycznych ptaków. Z dala, z okolicznego rancza, dochodziło beczenie krów, pianie kogutów, gdakanie kur, rżenie koni… Cofnąłem się do lat mego dzieciństwa spędzonego u dziadków na wsi. Zaraz potem przypomniałem sobie dźwięki budzące mnie w Chicago – odgłos startujących i lądujących samolotów na O’Hare, hałasujące na ulicach samochody, syreny i gongi w oddali…
Gdzie chciałbym żyć?
W takim momencie jak ten, odpowiedź jest dla mnie jasna, prosta i oczywista.
(…)
Nie spodziewałem się, że kwestia ta dopadnie mnie nad rzeką Pacuare w Kostaryce  – w niewątpliwie jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Co prawda, podczas podróży po Ameryce Środkowej, przypadkowo, co jakiś czas, docierały do mnie słowa i obrazy tego, co dzieje się teraz na Bliskim Wschodzie, to jednak zaraz absorbowały mnie bieżące sprawy związane z naszą włóczęgą – również dotkliwy ból, jaki towarzyszył mi przez kilka dni po mojej motocyklowej kraksie (dwa pęknięte żebra i mocno potłuczona stopa) na wyspie Ometepe w Nikaragui.
Doszło do tego silne trzęsienie ziemi, jakie przeżyliśmy wczoraj. Pacuare Lodge oddalona jest od wulkanu Poas – czyli od miejsca, gdzie było epicentrum – o dobre sto kilometrów, więc nie wydarzyło się tu nic tragicznego ani dewastującego, niemniej jednak naszym bungalowem zatrzęsło mocno, a ja zrazu myślałem, że po dachu biegnie stado małp.
(…)
Oto siedzę teraz na bajecznym tarasie Pacuare Lodge i zamiast kontemplować naturalne piękno przyrody, tudzież ożywczą dzikość otaczającej mnie puszczy, rozpamiętuję wieści, jakie dotarły do mnie ostatnio z ogarniętej płomieniami Gazy, przeglądam internetowe strony…
Nie chcę tutaj silić się na tanią dramatyzację, ale wszystko to wtrąciło mnie dosłownie w inny stan świadomości – przeniosło w pewien wymiar, który znajduje się gdzieś w moim mózgu – w sąsiedztwie “Jądra ciemności”, “Czasu Apokalipsy” – obrazów skąpanej w ogniowym napalmie dżungli…
Mimo to, wydaje mi się, że mój ogląd tego, co dzieje się teraz w Gazie jest dość jasny, ostry i racjonalny. Daleki od jakichś mitologicznych, literacko-metaforycznych, czy też technikolorowych wizji wojennego piekła, tudzież quasi-religijnego doświadczenia Dies Irae – gniewu bogów, który bezpośrednio uderza w ludzi. Wydaje mi się, że jak na dłoni widzę ludzką manipulację faktami, przyginanie ich do własnych wyobrażeń, kreowanie własnej wersji rzeczywistości – bezwiednie i wiednie – w aktach bardziej lub mniej świadomych, wynikających z cynizmu lub ignorancji.
(…)
Coraz lepiej rozumiem Sabinę. I wiem, że gdybym pomieszkał tam gdzie ona kilka dobrych lat, to życie zaczęłoby mnie zmieniać. Mógłbym zapomnieć o „szerokim” a może nawet  i „całym” świecie.
Odsuwałbym docierające do mnie z tego świata złe (najczęściej) wieści. Nie wiedziałbym o ludzkiej doli i niedoli w wielu zakątkach globu.
Jak widać, na razie jeszcze mnie na to nie stać. I do końca jednak nie jestem pewny, czy bym tego chciał.

(fragmenty zapisków z podróży do Kostaryki, 2008 r.)

greydot

Pacuare Lodge otoczona dżunglą

Pacuare Lodge otoczona dżunglą

© ZDJĘCIA WŁASNE

Zdjęcia z podróży na Wyspy Dziewicze obejrzeć można tutaj, zaś na Kostarykę tutaj („Fauna i flora”) oraz tutaj („Pstryki z Kostaryki”) – na moim blogu fotograficznym ŚWIAT W OBRAZACH.

.

ŻAŁOBA I TEATR

*
*
*  *  *
Czy gdybym mieszkał w kraju i oglądałbym za oknem to wszystko, co dzieje się obecnie na placach i ulicach Polski, to myślałbym tak samo jak teraz, kiedy od fizyczności tego wszystkiego dzieli mnie Ocean?
Nie wiem.
Lecz, tak sobie myślę, że pewnie nie poddałbym się jednak całej tej zbiorowej histerii, która ludzki gest solidarności i współczucia zamieniła w jedno wielkie narodowe żałobne teatrum.
(Zastanawiałem się nad słowem „histeria”… czy aby nie jest ono jakąś obrazą ludzkiego odruchu, pochopną diagnozą społecznego zachowania Polaków. Ale nie… po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że jednak – w kontekście tego, co się wydarzyło/dzieje – mogę takiego słowa użyć, bo jest ono do tego wszystkiego adekwatne.)
*

REZERWA

*
Mimo niemal programowego założenia, iż na moim blogu nie będę zajmował się polityką ani komentował aktualnych wydarzeń; i mimo pierwszego odruchu, by tę tragedię przeżyć prywatnie – sam ze sobą na sam i z najbliższymi mi ludźmi – nie mogłem się jednak oprzeć wewnętrznej potrzebie, aby w jakiś sposób bardziej „zewnętrzny” wyrazić to, co się działo z moimi uczuciami i myślami (a co wcale nie musi być od razu jakimś ekshibicjonizmem).
Zrazu sądziłem, że najlepiej – i w pewnym sensie najdyskretniej – odda to poezja i muzyka (stąd Czesław Miłosz i „Symfonia Pieśni Żałosnych” Henryka Góreckiego).
To jednak okazało się za mało, więc w następnym wpisie zawarłem kilka ogólniejszych myśli, które stanowiły niejako odbicie dominujących wątków – refleksji, jakie zajęły moją uwagę po tej tragedii.
Cały czas wszak starałem się powstrzymywać od wyrażania swoich komentarzy wprost – odnosząc je do tego konkretnego wydarzenia. Nie chciałem się poddać tej presji określania własnego stanowiska, ustawiania się po tej, a nie innej stronie, przybierania takiej a nie innej pozy… co było jednak odruchem gremialnym.
Jednakże teraz, kiedy już opadł nieco żałobny pył, trumny większości ofiar katastrofy zniknęły w kryptach i grobowcach, odczuwam pewną potrzebę wyrażenia (i uporządkowania) myśli, które – bardziej lub mniej gwałtownie – kołatały się ostatnio w mojej głowie.
*

MARTYROLOGICZNY SKANDAL

*
Nie jest to żadnym urojeniem, iż rzeczywiście przez setki lat, my, Polacy, dostawaliśmy cięgi z każdej możliwej strony – i to od prawie wszystkich naszych sąsiadów. Tym oto sposobem Historia wtłoczyła w nas syndrom ofiary. To właśnie dlatego w XIX wieku ogłosiliśmy się – na mocno wzburzonej romantycznej fali (tudzież bardzo nośnej paranoi towiańszczyzny) – „Chrystusem narodów”, umęczoną ofiarą Europy, Mesjaszem, którego cierpienie ma przynieść zbawienie nie tylko narodowi polskiemu, ale i innym uciemiężonym nacjom.
W paradygmat ten wpisywały się kolejne, następujące po sobie, tragiczne dla Polski wydarzenia: powstańcze klęski, zsyłki na Sybir, hitlerowska okupacja, Katyń, obozy masowej zagłady (zarówno nazistowskie, jak i komunistyczne), a zwłaszcza Powstanie Warszawskie, które stało się źródłem największych chyba kontrowersji – polem, gdzie kultywowano i eksploatowano martyrologiczny mit (którego, moim zdaniem, najbardziej skandalicznym i bezmyślnym aspektem była gloryfikacja ofiary, jaką stały się w tym powstaniu walczące dzieci).
Ów cierpiętniczy rys jest oczywiście blisko spokrewniony z podobnym rysem chakterystycznym dla samego Chrześcijaństwa (a może nawet od niego w prostej linii się wywodzi), w którym męczeńska śmierć Chrystusa stanowi jeden z centralnych motywów religijnej wiary. Istotną rolę w tym kontekście odgrywa również obecny w Kościele katolickim kult świętych – męczenników, jak również sama symbolika krzyża . Nic dziwnego, że w takiej aurze, również i ten, spowodowany najprawdopodobniej przez warunki atmosferyczne wypadek we mgle, podciąga się pod ofiarno-cierpiętniczy mistycyzm – znak niebios, kolejny symbol męczeństwa i narodowej ofiary złożonej przez Polaków na „nieludzkiej” ziemi.
A z tym trzeba się raczej obchodzić ostrożnie.
Myślę, że warto przytoczyć tutaj słowa Wojciecha Eichelbergera, który przestrzegał, że „nie należy interpretować tego, co się stało w magiczny sposób, że to po to się stało byśmy zmądrzeli. Stało się coś bardzo złego i coś bardzo głupiego, a przez to jeszcze bardziej tragicznego. Nasza zbiorowa polska świadomość próbuje uciec w to, że wydarzyło się coś nadzwyczajnego o randze dziejowej, religijnej, historycznej. To nieodpowiedzialne, emocjonalne odruchy ludzi, którzy powinni bardziej uważać na słowa, bo takie słowa potem wpadają w taką zbiorową świadomość i żyją w niej bardzo długo, dając potem owoce zupełnie niezamierzone (…)”
Widząc te morza żałobne i ogarnięte smutkiem twarze nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że jest w tym również jakaś domieszka… narodowego (ale i osobniczego) narcyzmu. W tej powszechnej solidarności rekoncyliacyjnej tłumy ludzi znajdowały pociechę i komfort, co zbliżało niektórych do stanu, w którym był pewien odcień… przyjemności.
Wiem, że podobne stwierdzenie wydać się może obrazoburcze i zabrzmieć w tych okolicznościach jak dysonans, ale zwróćmy uwagę, że jeśli chodzi o chrześcijańską ikonografię i rytuał, to w gorzkich żalach dość często możemy wyczuć jakąś szczyptę słodyczy (nie bez przyczyny, na wielu religijnych obrazach, trudno jest na obliczu męczennika odróżnić grymas bólu od spazmu rozkoszy).
Może właśnie dlatego, tak – w rzeczy samej, choć przewrotnie – lubimy ten nasz żałobny ceremoniał? A samą śmierć zaczynamy (dość bezwiednie) uznawać za coś „pięknego”? (Proszę się nie oburzać, takie stwierdzenia, że w śmierci tych ofiar jest coś „pięknego” również do mnie dotarły.)
Mimo, iż mam świadomość tych psychologicznych mechanizmów, to jednak w zdumienie wprowadziły mnie także słowa, które przeczytałem na stronie mojej dawnej szkolnej koleżanki (posiadającej nota bene wykształcenie filologiczne): „Kogo Bóg darzy wielką miłością, w kim pokłada wielkie nadzieje, na tego zsyła wielkie cierpienie, doświadcza go nieszczęściem. Dziś Polska cierpi….”
Można z tego wnioskować, że Boża miłość do człowieka jest tym większa, im większe ten Bóg zsyła na człowieka cierpienie, ból i nieszczęście.
Niepojęte… (przynajmniej dla mnie).
*

TO CO NAJWAŻNIEJSZE…

*
Naprawdę nie chcę tu być źle zrozumiany. Ani tym bardziej posądzony o jakąś…. nieczułość, oschłą analizę, brak empatii, czy też przemądrzałość …
Nie, to nie tak.
Ten wypadek przeżyłem chyba najmocniej z wszystkich katastrof, jakich byłem świadkiem w swoim życiu (no… może na równi z atakiem na nowojorskie wieże WTC, który dla większości ludzi zamieszkujących Stany Zjednoczone był wielkim wstrząsem).
Tyle że, zamiast poddać się zbiorowemu amokowi ekshibicjonistycznej żałoby, starałem się dać sobie z tym radę w inny sposób: poddając właśnie racjonalnej analizie zarówno to, co się stało, jak i same ludzkie reakcje (a zwłaszcza reakcje moich rodaków).
Najbardziej bolało mnie wtedy, kiedy uświadamiałem sobie, jak wielkie cierpienie spowodowały te nagłe śmierci wśród rodzin ludzi, którzy zginęli (dotyczy to również przyjaciół i osób im najbliższych). Ich ból jest najgłębszy i najbardziej prawdziwy. Ta rozpacz nie zna hierarchii, politycznych rankingów, partyjnej czy też narodowej przynależności – jest dogłębnie ludzka, bezwarunkowa…
Reszta z nas powinna zachować się (także w swojej żałobie) godnie – tak, jak przystało ludziom dojrzałym, ale i… powściągliwym. To wydawało mi się najważniejsze, to należało uszanować. Zamiast żałobnej pompy, stosowniej byłoby we wszystkim zachować bardziej rekolekcyjny, stonowany charakter.
Niestety, tak się nie stało. I to co widziałem zbyt często wpędzało mnie w zażenowanie.
*

DLACZEGO LAMENT?

*
Zadajmy sobie to pytanie: skąd tak naprawdę się wzięły te lamenty Polaków nad trumnami ludzi praktycznie im obcych, znanych im co najwyżej z telewizji, doniesień prasowych, widzianych zazwyczaj z oddali… ?
Nie mówię oczywiście o rodzinach i ludziach bliskich tym, którzy zginęli.
Zauważmy (a to jest bardzo wymowne i symptomatyczne), że nikt z rodzin zmarłych nie wziął właściwie udziału w tych najbardziej spektakularnych narodowych żalach, które miały miejsce praktycznie w każdym większym polskim mieście. (Mam tu na uwadze to, co działo się przez cały tydzień w kraju przed właściwymi ceremoniami pogrzebowymi w sobotę (Warszawa) i w niedzielę (Kraków).
Dlaczego?
Bo po prostu nie byli oni do tego zdolni. W swej prawdziwej żałobie wycofali się w swoją prywatność, wgłąb swojego bólu. Na pewno nie chcieliby tego swojego autentycznego cierpienia demonstrować na zewnątrz (tak jak robili to masowo inni, obcy im ludzie).
Dlaczego?
Być może dlatego, że miałoby to w sobie coś z… profanacji głębi i prawdziwości tego, co przeżywali; być może stanowiłoby pewien gwałt na ich intymności (bo prawdziwe cierpienie jest na wskroś intymne).
A cała reszta?
A cała reszta miała w tych demonstracjach jakiś „interes”: religijny, światopoglądowy, psychologiczny, państwowy, oficjalny, partyjny, historyczny, medialny, symboliczny, kościelny, socjologiczny… etc.
(Zanim się na to stwierdzenie oburzymy, zastanówmy się, czy aby jednak nie jest to prawdą?)
*

PODDANI

*
Moim zdaniem to, jak zareagowało polskie społeczeństwo na tę katastrofę, wcale nie świadczy o jego jedności. Bardziej o podporządkowaniu własnej mentalności instytucjom (państwowym i religijnym) – uleganiu presji tego, co zwierzchnie. Także o podatności na swego rodzaju emocjonalną infekcję. Również o bezwiednym poddawaniu się medialnemu „nakręcaniu”. Wbrew temu co Polacy sądzą sami o swojej niezależności i tzw. „umiłowaniu” wolności, wykazali się tutaj (po raz kolejny zresztą) mentalnością poddanego.
To poddaństwo przejawia się na kilka różnych sposobów.
Nie bez znaczenia w tym wszystkim jest to, że większość polskiego społeczeństwa to katolicy, których, jakby nie było, przynależność do Kościoła obliguje do uznania jego zwierzchnictwa… przynajmniej w kwestiach wiary, czy też „duchowości” (a ta, w podobnych przypadkach jak ten, ma przecież kluczowe znaczenie, bo dotyka sedna egzystencji, sensu życia, śmierci i cierpienia).
Ponadto, sama wiara katolicka funkcjonuje w przestrzeni mocno zhierarchizowanej, spaternalizowanej. (Nie tylko Bóg jest „ojcem”, ale także i księża zakonnicy, nie wspominając o tzw. kościelnych „hierarchach”. Również sam Jezus uznawany jest za „pasterza”, który wskazuje drogę swojej trzodzie złożonej z wymagających ciągłej opieki owieczek.)
Lecz Polacy okazują się również „z ducha” poddanymi świeckimi, co potwierdza tworzące się in statu nascendi (wprost na naszych oczach) mit i legenda prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
I raczej nie są świadomi tego, że to, co czynią (ewokują), jest jeszcze jedną odmianą kultu jednostki, przemieszanym na dodatek z kultem ofiary.
*

WAWEL

*
Legitymizacją (i mitem założycielskim) tej nowo powstającej legendy ma być umieszczenie zwłok Prezydenta w najbardziej sakralnej dla narodu polskiego nekropolis, jaką jest Katedra na Wawelu.
Pochopna, i jak się okazało nieopatrzna decyzja władz kościelnych (na którą wyraziła zgodę rodzina zmarłej pary prezydenckiej) zburzyła nawet to kruche przekonanie o tym, że naród polski potrafi się jednoczyć dopiero nad trumnami. Okazało się, że jest wręcz przeciwnie – trupy dzielą Polaków równie skutecznie, jak i żywi.
Walka o Wawel jest symptomatyczna dla społecznego konfliktu jaki istnieje między Polską liberalną, świecką i laicką (bardziej zwróconą ku przyszłości), a wyznaniową, konserwatywną, „tradycyjną”, (dla której niezwykle ważna jest przeszłość).
Jednak zagorzali przeciwnicy obecności sarkofagu Kaczyńskich na Wawelu nie zdają sobie chyba sprawy z tego, że, paradoksalnie, podobnie jak i ich katoliccy adwersarze, poddają się irracjonalnemu w swojej istocie myśleniu „magicznemu”, dla którego bardzo ważna jest symbolika, relikwie i sakralizacja (czemu właśnie dają wyraz swoim protestem). Obie więc strony są jakby siebie warte i – zamiast zachować nad trumnami spokój i ciszę – nad owymi trumnami nieprzystojnie hałasują.
Kościół, zawłaszczając niejako ciało zmarłego Prezydenta, chce również zawłaszczyć nie tylko „przestrzeń duchową” i symboliczną Polaków (jest to więc element walki światopoglądowej), ale i – w pewnym sensie – „narodową pamięć”, która jednak w równym stopniu polega na pamiętaniu, jak i na zapominaniu (traktując przeszłość życzeniowo i instrumentalnie, segregując i wybierając to, co akurat wzmacnia taką a nie inną historyczną wizję).
Nota bene, to właśnie batalia o monopol „moralnego prawa” do Katynia, a także obrany przez poszczególne partie odmienne kursy polityki „historycznej”, przyczyniły się pośrednio do katastrofy samolotowej pod Smoleńskiem (ponieważ, gdyby nie było tego podziału, zaplanowano by jedną uroczystość upamiętniającą ofiary zbrodni katyńskiej, a nie uroczystości dwie – z których ta druga, tak nieoczekiwanie, zamieniła się w jeszcze jedną tragedię i hołd dla następnej setki ludzi, jaka zginęła w tym „przeklętym” miejscu).
*

ROZCHWIANIE, czyli jak Kaczyński stał się człowiekiem (świętym?)

*
Uderzyło mnie to, jak często ludzie powtarzali, że nagle, po tym wypadku, Prezydent (jak również inni, którzy zginęli) stał się dla nich kimś „niezwykle bliskim”.
Czy to nie dziwne?
Kiedy Lech Kaczyński był żywym człowiekiem, to tego jego człowieczeństwa nie dostrzegali? Przypomnijmy sobie, jak często zamiast tego nazywany był „kaczorem” a nawet „kartoflem” (nie wykluczone, że również przez nas samych, albo przez nasze rodziny).
Czyli co? Nagle stał się człowiekiem?! Dopiero teraz, kiedy go już właściwie nie ma? (Bo chyba jednak nieporozumieniem byłoby, gdybyśmy te zmasakrowane kawałki ludzkiego ciała jakie zamknięto w trumnie i wożono na tych absurdalnych armatnich lawetach ciągnionych przez jakieś koszmarne hammery, utożsamiali z osobą Lecha Kaczyńskiego).
Ale Lech Kaczyński po swojej śmierci stał się nie tylko człowiekiem… On stał się już niemal kimś świętym – uosobieniem Dobra i wszelkich możliwych cnót, (wśród których, jak mantrę, powtarza się zwłaszcza słowo „patriotyzm”).
Czy to jest hipokryzja? (A to słowo również słyszałem bardzo często.)
Niekiedy tak, ale jeśli chodzi o zdecydowaną większość przypadków, to jednak nie. Moim zdaniem, bardziej adekwatnym określeniem niż hipokryzja, byłoby tu słowo niezrównoważenie.
No właśnie… Wszyscy zachwycają się tą nagłą „jednością” społeczeństwa polskiego. Ja niestety widzę to bardziej jako… rozchwianie (bo mam na uwadze również to, jak się to społeczeństwo polskie zachowywało tuż przed tą żałobą, a także i podejrzenie tego, jak się będzie ono zachowywać, kiedy już nad naszym krajem rozwieją się te wszystkie czarne chmury i kir nieco wyblaknie.)
Uważam, że sposób w jaki zareagowała spora część Polaków na to wydarzenie, świadczy jednak o słabej odporności psychicznej, i – co tu kryć – pewnej emocjonalnej i psychicznej niedojrzałości.
Powtarzam – reakcja rodzin jest dla mnie czymś niezwykle przejmującym, godnym szacunku, empatii i zrozumienia. Lecz jeśli ktoś spoza bliskiego kręgu rodziny i przyjaciół ofiar reaguje w ten sam sposób, albo nawet – co przecież zdarzało się w skali niemal masowej – jeszcze bardziej dramatycznie (manifestując to na dodatek urbi et orbi), to jest to wg mnie nie tylko przesada, ale i przejaw jakiejś społecznej neurozy (by nie napisać psychozy).
*

PRZYSZŁOŚĆ POLSKI

*
Byłbym głupcem, gdybym nie dostrzegał rzeczywistej skali tego – bezprecedensowego jednak – wypadku (tak, jak dostrzeżono to na całym świecie). Lecz nie przesadzajmy. Jeśli chodzi o demokratyczne struktury państwa, to nie zostały one naruszone. Polsce nie grozi żadna zagłada, czy kolejna niewola, ani nawet zamieszki (nie wspominając już o spełnieniu się złowieszczych przepowiedni Nostradamusa).
Naturalnie, żywego człowieka – jego unikalności i wyjątkowości – nie jesteśmy w stanie niczym zastąpić. Natomiast jego funkcję – tak. Czyli państwo będzie funkcjonować zupełnie podobnie, jak do tej pory.
Jak najbardziej rozumiem potrzebę poczucia bliskości drugiego człowieka, to dążenie do przebywania w podobnie odczuwającym tłumie wtedy, kiedy dzieje się coś, co sprawia nam ból, kiedy się czegoś boimy…
Ale żeby od razu skupiać się w takie żałobne masy?
Moim zdaniem nie można porównywać śmierci Prezydenta Kaczyńskiego ze śmiercią Jana Pawła II. To nie jest jednak ten sam wymiar. Dla mnie przeżycie śmierci Papieża miało w sobie coś z mistycyzmu. Teraz odczuwałem to inaczej – w proporcjach bardziej ludzkich i przyziemnych.
Dawne solidaryzowanie się Polaków wokół tragicznych wydarzeń w naszej historii jest zrozumiałe (w kontekście historycznym właśnie). Wzmacniało bowiem – w czasach utraconej suwerenności – poczucie narodowej tożsamości, dzięki czemu plemienne przetrwanie pod polskim sztandarem zwiększało swoje szanse. Teraz jednak sytuacja jest inna. Polska powinna się stać państwem nowoczesnym, otwartym na przyszłość i nie dyskryminującym nikogo, ze względu na jego poglądy i opinie. Krajem, w którym nie można deklarować „jedynie słusznego” światopoglądu.
*

KATHARSIS?

*
Każdy sobie zadaje pytanie: co będzie dalej? Czy cokolwiek w naszym kraju się zmieni? Czy przestaniemy obrzucać się obelgami, błotem, wyzwiskami?
Czy naród polski przeżył właśnie oczyszczające go katharsis?
Wątpię, choć naprawdę bardzo chciałbym się mylić.
Obawiam się, że trauma ta jeszcze bardziej wzmocni polskie kompleksy i jeszcze wyraźniej zarysują się podziały, jakie istnieją już od dawna w polskim społeczeństwie. Jeszcze usilniej będzie się przekonywać o własnej nieomylności – o tym że racja leży właśnie po tej, a nie po innej stronie; jeszcze mocniej będą chciały się utwierdzić monopole na prawdę.
Ale są to tylko obawy. Jak będzie naprawdę?… Już wkrótce powinniśmy się o tym przekonać.
*  *  *
*