„POWRÓT” – rzecz nie tylko o hipokryzji

.

Obca wśród „swoich” (Kadr z filmu „Powrót” Magdaleny Łazarkiewicz)

.

Tekst ten piszę na gorąco, zaraz po obejrzeniu najnowszego filmu Magdaleny Łazarkiewicz na Festiwalu Filmu Polskiego w Chicago, co pewnie będzie miało swoje zarówno dobre, jak i złe strony.
Dobre, gdyż według mnie pierwsze wrażenie liczy się najbardziej – a to jest jeszcze ciepłe (może nawet gorące), jak również autentyczne tudzież nie zepsute jeszcze zbytnio racjonalną deliberacją.
Złe, ponieważ moje ewentualne pomyłki – i naturalny w takich sytuacjach subiektywizm – mogą wystawić ten tekst (będący bardziej zapiskiem tego, jak odebrałem pewne aspekty filmu i jak je zobaczyłem w kinie, niż recenzją) na krytykę jego powierzchowności (której jednak będę się starał uniknąć) czy też przyczynkarskiego pisania ad hoc (które mimo to będzie chciało dotknąć sedna filmu).

Na początek muszę wyznać, że „Powrót” Łazarkiewicz dotknął mnie bardziej niż „Kler” Smarzowskiego – w tym sensie, że przejąłem się bardziej problemami etycznymi, jakie oba te filmy podejmują, nawiązując poniekąd do podobnej tematyki, którą jest kwestia ludzkiego zachowania się – oraz dokonywania wyborów – w pewnej przestrzeni społecznej, gdzie obowiązują normy i zakazy moralne (tutaj, w obu przypadkach: autoryzowane i sankcjonowane przez kościół katolicki, jak również uznawane za chrześcijańskie).
Przy czym, nie stało się tak bynajmniej dlatego, że nieśpieszny, stonowany i subtelny styl zastosowany przez Magdę Łazarkiewicz odpowiada mi bardziej, niż zdecydowany, mocny, wyrazisty, „męski” i gwałtowny sposób reżyserowania Wojciecha Smarzowskiego, który – jak sam przyznał – lubi „trąbić siekierą”, bo przecież obok kina „powolnego” (slow) lubię również rozbuchane filmowe fajerwerki w stylu np. ostatniego „Mad Maxa” (do czego przekonało mnie kiedyś kino chociażby Felliniego). Nie, tym razem poszło o coś innego: uważam, że jeżeli chodzi o spójność stylistyczną, to dzieło Łazarkiewicz bije na głowę obraz Smarzowskiego – to po pierwsze; po drugie zaś (i to jest dla mnie chyba ważniejsze), „Powrót”, mimo swojej minimalistycznej formy, bardziej kompleksowo ujmuje ludzką naturę i głębiej w nią wnika, niż trącący karykaturą i pastiszem, zrobiony mimo wszystko „pod publikę” (to tłumaczy zresztą frekwencyjny szał, jakiego byliśmy świadkiem w polskich kinach) oraz koniunkturalny politycznie „Kler”, który moim zdaniem był pod pewnymi względami filmem nieuczciwym, co wynikało z wrogości Smarzowskiego do Kościoła oraz jego stosunku do religii, uznawanej przez niego za przesąd i zabobon. (To – wobec deklarowanego przez niego ateizmu – nie powinno chyba dziwić, choć przecież od inteligenta obeznajmionego ze znaczeniem religii w ludzkiej kulturze i psychice, jak również mającego świadomość, że kultura ta nie może obyć się bez mitu, wymagać można czegoś więcej).
Ale zostawmy „Kler” Smarzowskiego, któremu i tak poświęciłem zbyt dużo miejsca i zajmijmy się obrazem Magdy Łazarkiewicz, który był dla mnie znacznie ciekawszym doświadczeniem – i to nie tylko psychologicznym oraz poznawczym, ale również estetycznym.
Bo w moich oczach forma tego filmu była nieskazitelna. Dawno nie widziałem filmu, w którym by wszystko tak świetnie „zagrało” – począwszy od jego strony wizualnej (kadry, które w dużej mierze historię „Powrotu” opowiadały), muzycznej (dźwięki dozowane dokładnie w takiej mierze, jak tego wymagały obraz i narracja); przez dość ascetyczne dialogi i zaskakująco dojrzałe aktorstwo (świetny pomysł reżyserki, by zatrudnić aktorów „nieopatrzonych” i „nieogranych”); po wątek fabularny, który był bardziej uniwersalną opowieścią o ludzkiej naturze, niż anegdotą ograniczoną do jakichś polityczno-społecznych lokalizmów (co na dodatek mogłoby psuć krew widzowi).

Przede wszystkim film znakomicie rozwijał się fabularnie – zrazu bardzo powściągliwie, nieśpiesznie, subtelnie – przygotowując grunt pod dramatyczną opowieść, która stopniowo do nas docierała i w końcu nami porządnie wstrząsnęła. To wielka sztuka stworzyć coś, w czym stonowanie i niuansowość kończy się takim szokiem.

Odrzucona (Sandra Drzymalska)

Historia dziewczyny, która po kilku latach nieobecności, wraca do domu, gdzie musi się mierzyć zarówno z niechęcią własnej rodziny, jak i z ostracyzmem małomiasteczkowej społeczności (wszyscy wiedzą, że na Zachodzie „zatrudniona” była jako prostytutka w burdelu), wydaje się prosta, może nawet banalna, jednak po jakimś czasie dociera do nas jej tragizm, a razem z nim wręcz epicki wymiar tego, co w rzeczywistości dzieje się w relacjach ludzi pojawiających się przed nami na ekranie. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że skala tego dramatu – mimo wątku zajmującego się z pozoru zwyczajnymi ludźmi i osadzonego w jakiejś pipidówie – w końcu zaczyna przypominać ciężar antycznej tragedii, gdzie człowiek dręczony jest przez siły wyższe i silniejsze od niego, jak również poddawany cierpieniu, które trudno znieść.

Tak więc, to nie tylko opowieść o ludzkich słabościach i hipokryzji, ale i o niemożności ucieczki przed naszą La Condition Humain, która jest taka sama na wszystkich kontynentach – we wszystkich religiach, narodach i społecznościach – bez względu na Opatrzność (czy też jej brak) różnych bóstw i bogów, jakich stworzył człowiek, i jacy, być może, stworzyli człowieka.
Mimo swego uniwersalizmu, film jest mocno osadzony w środowisku, gdzie dominuje religia katolicka. Wszystko co się w nim dzieje, dzieje się wśród ludzi, którzy są chrześcijanami – a to ustawia ich zachowanie i dokonywane przez nich wybory (tutaj zresztą pojawia się dylemat, na ile te wybory są suwerenne i świadome) w konkretnej perspektywie światopoglądowej i etycznej. Krzyż jaki pojawia się w wielu scenach (moim zdaniem zbyt często) służy właśnie wyraźnemu określeniu takiej, a nie innej kulturowej przestrzeni, w jakiej umieszczeni są ukazani na ekranie ludzie. Nie jestem jednak pewien czy ów zabieg stosowany jest bardziej po to, by zwiększyć dramaturgiczne napięcie, czy też po to, by denuncjować katolicką istotę hipokryzji i zakłamania, w jakich żyje nie tylko rodzina głównej bohaterki, ale i cała małomiasteczkowa społeczność, której owa rodzina jest częścią.
Jest jednak coś, co mi w filmie nieco przeszkadza, a co uświadomiłem sobie post factum mojego doświadczenia w kinie. Otóż pewne motywy filmu wydają mi się niezbyt realistyczne. (Tutaj ostrzegam przed spojlerami). Mimo świetnej kreacji Agnieszki Warchulskiej (która grała matkę dziewczyny) nie przekonywała mnie jej podwójna natura zakonnicy-kochanki, jak również matki, która z jednej strony nie pozbawiona jest macierzyńskiego instynktu, z drugiej zaś odrzuca swoją córkę i skazuje ją de facto na zatracenie i cierpienie. Jest to po prostu nieludzkie i nie mogę sobie wyobrazić tego, żeby takiego postępowania nie osądzić i nie potępić.
Pewnym nadużyciem wydało mi się również to, że akurat w momencie, kiedy (skądinąd dobry i niegłupi ksiądz) ma odprawić najważniejsze dla chrześcijan nabożeństwo w roku (tutaj związane z rytuałem Paschal Triduum), nachodzi go nie tylko ochota, żeby się w sztok upić, ale również to, żeby się z żoną swojego brata (excuse my French) pieprzyć. Teraz wydaje mi się to nie tylko mało realistyczne, ale i pretensjonalne, niemniej jednak w kinie ta sekwencja zrobiła na mnie odpowiednie wrażenie, podbite wspaniałą sceną wchodzenia ludzi do kościoła, wśród palących się kaganków i zniczy – i przy dźwiękach przejmującej do szpiku kości pieśni.

Magdalena Łazarkiewicz po projekcji swojego filmu na Festiwalu w Chicago (nota bene przyjętego oklaskami, jak chyba żaden film tego przeglądu), zaznaczyła, że nie chciała w nim nikogo osądzać. Muszę się przyznać, że za każdym razem, kiedy słyszę coś takiego z ust twórcy (literata, scenarzysty czy reżysera), nie za bardzo temu dowierzam, bo trąci mi to mimo wszystko pewną hipokryzją. Otóż wydaje mi się, że to właśnie moralna wrażliwość powoduje, że kręci się taki a nie inny film, pisze się taką a nie inną książkę – i te utwory, tak naprawdę, są bardziej lub mniej ukrytym moralitetem. I takim moralitetem jest bez wątpienia „Powrót”, którego rdzeniem jest właśnie niemożność sprostania etycznemu kodeksowi, jaki obowiązuje w środowisku ukazanych w tym filmie ludzi – czy to przez wygórowane wymogi tegoż kodeksu, czy też przez zwykłą ludzką słabość, moralną niechlujność, pożądliwość, bylejakość, zaniechanie, wyparcie, fasadowość, zakłamanie… W takim przypadku hipokryzja, będąca przecież dramatycznym jądrem filmu Łazarkiewicz, wynika bardziej z ludzkiej ułomności niż nikczemności – i ogólnie: jest przywarą uniwersalną osobników Homo sapiens, a nie tylko specjalnością katolików (mam nadzieję, że tego ostatniego nie sugerowali twórcy filmu).
Lecz ja rozumiem tę deklarację reżyserki, która starała się zachować pewną neutralność w ukazywaniu swoich bohaterów, nie osądzając ich wprost i co ważniejsze: nie sugerując żadnego osądu widzowi, (który i tak – nie czarujmy się – osądzi bohaterów po swojemu, bo widz – a ogólnie człowiek – już tak ma, że jest chodzącym sędzią innych ludzi). Myślę, że Łazarkiewicz się to udało, bo w jej filmie nie ma cienia „reżyserskiego” moralizatorstwa, które by wskazywało palcem (czy też raczej kamerą) winnego.

„Powrót” to chyba najlepszy film w dorobku Magdaleny Łazarkiewicz. A jest ona przecież twórczynią doświadczoną, która zdolności reżyserskie zaprezentowała już w swoim pamiętnym debiucie fabularnym, jakim był „Ostatni dzwonek” z 1989 roku. Jest to również – w moich oczach – jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem ostatnimi laty.
Nie dzieje się dobrze w świecie kina, kiedy tak znakomite obrazy przemykają się gdzieś jego obrzeżami, tylko dlatego, że nie mają dostatecznie rozkręconej promocji (czego najczęstszą przyczyną jest prozaiczny brak pieniędzy), w przeciwieństwie do innych filmów, za którymi stoi już wielka mamona, dzięki czemu trafiają one do świadomości bez porównania większej liczby widzów – czy na to zasługują, czy nie – czasami wywołując wręcz frekwencyjną biegunkę, a nawet wzmożone zachwyty krytyków (jak to było ostatnio w przypadku choćby „Kleru” czy „Zimnej wojny”).

Wśród filmów, jakie udało mi się obejrzeć na ostatnim Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, zaskoczyły mnie zwłaszcza dwa – właśnie „Powrót” Magdy Łazarkiewicz oraz najnowszy film Agnieszki Smoczyńskiej „Fuga”. Tak się złożyło, że mają one ze sobą wiele wspólnego: oba są znakomite, prowadzone w podobnie powściągliwym, subtelnym i zniuansowanym stylu – oszczędne w środki wyrazu a zarazem mocne, no i – last but not the least – opowiadają bardzo podobne historie kobiet (w jakiś sposób zmaltretowanych, lecz mimo to zachowujących nie tylko swoją kobiecość, ale i godność), które pojawiają się nagle w swoim środowisku „znikąd” i muszą walczyć o własną pozycję i tożsamość. Warto zaznaczyć, że są to filmy zrobione przez kobiety (w szerszym, nie tylko reżyserskim sensie), ale nie tylko dla kobiet – i wcale nie w feministycznym tonie. Tym, co je łączy jest więc nie tylko kobieca wrażliwość i solidarność, ale i wyczulenie na los człowieka w jego relacji z innymi ludźmi – i to bez względu na płeć czy seksualność.

*  *  *

Co się kryje za fasadą życia rodzinnego?

NA DNIE – nędzni i ludzcy

Bezdomny z Marais (Paryż)

Było coś nierzeczywistego a może i niestosownego w seansie jaki odbył się w siedzibie Towarzystwa Sztuki przy 1112 N. Milwaukee. Oglądać obrazy polskiej mizerii siedząc w głębokim lotniczym fotelu i popijając różowe deserowe wino.
Pijane ludzkie „strzępy” grzebiące w śmietnikach i wegetujące w warszawskich kanałach; wiejskie „niedobitki” PGR-ów odurzające się winem marki Arizona w jakiejś zapadłej mazurskiej dziurze; „zwierzęca” gromadka wiecznie głodnych dzieci wypalających szczurom oczy i obdzierających ze skóry królika…
„Oni”, „Arizona”  i „Trzynastka”, trzy dokumentalne filmy Ewy Borzęckiej, które dorzucają parę kamyczków do ogródka, jaki my – Polacy rozproszeni poza krajem – uprawiamy, układając sobie w wyobraźni mozaikę pt. „A to Polska właśnie”.

NĘDZA MADE IN POLAND

Tułający się po ulicach, dworcach i rynsztokach bezdomni byli (są) jednym z nieodłącznych elementów rzeczywistości III Rzeczypospolitej. Cęsto zadawałem sobie pytanie jak polskie społeczeństwo – nieodrodne ponoć dziecko chrześcijańskiej Europy – daje sobie radę z wciskającym mu się na codzień obrazem ludzkiego poniżenia, mającego swoje źródło w niemałych przecież obszarach polskiego ubóstwa. Odpowiedź jest pewnie taka, jak wszędzie indziej na świecie: w sukurs przychodzi tu znana nam wszystkim obojętność, znieczulenie, przyzwyczejenie. Owszem, większość z nas stać na moment refleksji, chwilowy odruch współczucia, tym bardziej, że pozwala to nam utwierdzić się w przekonaniu o naszym humanitaryzmie i posiadaniu ludzkiego, wrażliwego serca. Tylko nieliczni, właściwie wyjątki, tę empatię zamieniają w czyn; jedynie święci – jak Matka Teresa z Kalkuty – miłosierdzie czynią treścią całego swojego życia (dość by stać się światowym symbolem poświęcenia dla cierpiących).
Profesor Antoni Kępiński, jedna z najwspanialszych postaci polskiej psychiatrii, a zarazem wielki humanista, stwierdził kiedyś, że stosunek jaki mamy do ludzi chorych psychicznie jest miarą naszego człowieczeństwa. Tę sentencję można rozszerzyć: ową miarą jest również stosunek jaki mamy do ludzi rzuconych na samo dno, sponiewieranych przez życie i los.

Ławkowa drzemka

Zastanówmy się przez chwilę: jaka jest właściwie różnica, jeśli chodzi o dobro bezdomnego, między tymi, którzy ze współczuciem patrzą na niego, uznając go za biedna ludzką istotę i dalej idą swoją drogą, a tymi, co z pogardą i obrzydzeniem rzucą okiem na ten „ludzki śmieć” i … również pójdą dalej swoją drogą?
Trudno jest się jednak pogodzić z faktem, że ten nasz ludzki odruch współczucia nic nie jest wart, jeśli nie pójdzie za nim czyn. Chciałoby się wszak wierzyć, że te odruchy dobroci mogą z człowieka emanować i w pewien sposób oddziaływać na otaczający nasz świat, w jakimś stopniu go zmieniając.
Nie bojąc się patosu mogę stwierdzić, iż szanując i uznając godność ludzką w każdym, nawet najnędzniejszym z żebraków, chronimy tę samą godność w nas samych. Jest to prosta i elementarna prawda, której nie mogli pojąć – lub którą odrzucali – tworzący obozy zagłady faszyści, czy też unicestwiający miliony ludzi komuniści. A przecież czynili to wszystko w imię świetlanej przyszłości Człowieka. Tyle tylko, że oba totalitarne reżimy chciały oddzielić ludzką „miazgę” i „odpady” od tych wybranych: Niemcy mieli na względzie dobro czystego Aryjczyka i ambicje, by stworzyć Nadczłowieka; komuniści zaś – jakieś abstrakcyjne społeczeństwo wypełniające historyczną misję na drodze ludzkości do doskonałego ustroju.

UBÓSTWO – GRZECH, CNOTA, KARA CZY ZBRODNIA?

Zwolnieni z życia?

Trzeźwo rozumując, niekiedy to co nazywamy obojętnością jest chyba niczym innym jak naszym zwykłym psychologicznym mechanizmem obronnym. Życie wymaga od nas siły i optymizmu. Znana jest nam – zwłaszcza w Ameryce – filozofia „pozytywnego myślenia”. A obraz upadłego nędzarza żadną miarą nie może nikogo nastrajać optymistycznie. Jest w zasadzie toksyczny i jak trucizna usuwany jest zwykle z naszej świadomości.
To jedno z naszych usprawiedliwień. Jest jeszcze wiele innych, a wszystkie są czymś w rodzaju anestetyka, środka znieczulającego.
Generalnie rzecz biorąc, odwracamy się od biedoty. W jednej z prezbiteriańskich modlitw można usłyszeć: „Wybacz nam Boże, iż udajemy, że opiekujemy się ubogimi, bowiem nie lubimy biednych ludzi, ani nie chcemy ich w naszych domach”.
Niechęć do biedaków w kulturze Zachodu ma silne korzenie z racji wielkiego wpływu tradycji protestanckiej, w której bieda traktowana była jako grzech. Uznawano ją również za karę boską. Na pewno nie była cnotą, jak np. we franciszkańskim kulcie ubóstwa. Poza tym kapitalistyczne stosunki, pochwała przedsiębiorczości i ekonomicznego sukcesu utrwalały w społeczeństwie pogląd, że każdy jest kowalem swojego losu, a tym samym jest także odpowiedzialny za swoją biedę. Dyktatura optymizmu nie dopuszczała do jakichkolwiek usprawiedliwień dla ubóstwa. Nawet w Biblii możemy znaleźć takie zdanie: „gardzi się mądrością biedaka i nie słyszy się jego słów” , a George Farquhar napisał w początkach XVIII wieku: „Nie ma większego skandalu nad łachamany, ani zbrodni bardziej hańbiącej nad ubóstwo”.

Polskie dzieje stosunku do biednych są inne. Niektórzy pamiętają jeszcze o wielkiej biedzie międzywojnia. We wczesnym PRL-u prywatne bogactwo równe było zdradzie stanu, inicjatywa i zamożność kułaków tępiona, zamiast tego celem stało się „dostatnie życie mas”, co było niczym innym, jak kolejną abstrakcyjną utopią systemu, sprowadzającą się do „sprawiedliwej” dystrybucji biedy. Oczywiście do czasu, kiedy nowa partyjna elita nie zasmakowała w rozkoszach przywilejów, dostatku i bogactwa. A jednak w socjalistycznej Polsce nie spotykało się biedy na taką skalę i o takiej intensywności jak to wystąpiło w dobie tzw. wolnorynkowej transformacji. Argument ten jest wygrywany przez tych, którzy ancien regime wspominają jako „stare dobre czasy”, tęskniąc za tzw. „opiekuńczością” ludowego państwa. Zaryzykuję tu stwierdzeniem, że trudno jest tych ludzi winić. Byli częścią a właściwie narzędziem (bo przecież nie twórcami) systemu, który splajtował. A wraz z nim zbankrutowały całe grupy społeczne.

Wegetacja w rynsztoku (kadr z filmu E. Borzęckiej „Oni”)

Jaki stosunek do najbiedniejszych rodaków mają bogaci Polacy?
Czyż z obojętnością nie konkuruje tu pogarda dla „przegranych”, podszyta być może strachem i obawą o nietrwałość własnej pozycji? Niedostatek  innych odbierany jest jako zagrożenie własnego bezpieczeństwa. Nic w tym dziwnego: już sam Arystoteles zwracał uwagę, że bieda jest matką rewolucji. Z drugiej strony, zamożni Polacy swój status podkreślają często typowo nuworyszowską przesadą w eksponowaniu własnego bogactwa. W tym kontekście, mowa o empatii, wyższych odruchach czy też subtelne dywagacje na temat „doli człowieczej” zabrzmiałaby, być może, jak niewczesny żart lub naiwność oderwanego od realiów pięknoducha. Przypomina się tu opinia Victora Hugo, który w swoich „Nędznikach” uznał, że zawsze jest więcej biedy w niższych warstwach, niż humanizmu w wyższych.

CIEPŁO I GROZA

Film Ewy Borzęckiej „Oni” – jeden  z trzech, jakie można było obejrzeć w Towarzystwie Sztuki  –  nie traktował o biedzie w wymiarze społecznym (bardziej już tak jest w przypadku „Arizony” ) a raczej jednostkowym. Zajmuje się on grupą warszawskich żebraków i bezdomnych, ukazując obraz skrajnych przejawów biedy spotykanej na obrzeżach społeczeństwa: nędzy śmietniskowej i rynsztokowej. Dlatego też wymowa tego filmu bardziej jest uniwersalna niż stricte socjologiczna. Nie znajdziemyw nim bowiem zbyt wielu społecznych kontekstów.
Nie wiem jakim cudem udało się to młodej reżyserce uzyskać, ale z filmu tego emanuje jednocześnie… ciepło i groza. Jest to zestawienie nisamowite, którego żadna trzeźwa dusza nie może w zasadzie strawić. Wyczuwamy więc jakiś fałsz: albo ciepło jest sztuczne, albo groza doklejona. Jednak „fałsz” to chyba niesprawiedliwe, obrażające autorkę słowo. Zawiniło tu chyba bardziej przesunięcie akcentów – z intencją ukazania bohaterów w budzącycm sympatię świetle. Sama Ewa Borzęcka na spotkaniu z publicznością powiedziała, że ceni (i szanuje) tych ludzi za to, że w tak „nieludzkich” warunkach potrafili zachować jakże ludzkie cechy… Cechy, jak dodała, które zatracili ludzie żyjący w dostatku czy bogactwie.
Brzmi to pięknie i rzeczywiście w filmie „Oni” jest widoczne. A jednak rodzi się podejrzenie, czy aby nie jest to nasz kolejny środek znieczulający.
Powiedzmy sobie wprost (i szczerze): nieszczęście tych ludzi jest przejmujące, warunki w jakich żyją – szokujące. Wydaje się, że w ludzkiej mizerii nie można już upaść niżej. Dorabianie podobnym stanom jakichkolwiek pozytywnych wartości, to nic innego jak manipulacja, a co najmniej wyrażanie pobożnych życzeń.

Francuski kloszard pod drzwiami katedry Notre Dame

W KRZYWYM ZWIERCIADLE

Czym różnią się od siebie bezdomni poszczególnych krajów?
Napisać, że każdy kraj ma takich bezdomnych na jakich zasługuje, to sklecanie efekciarskiego sofizmatu. A jednak można wskazać na pewne cechy narodowe, które odbijają się w bezdomnych danego kraju jak w krzywym zwierciadle. Społeczność kloszardów jest w pewnym sensie karykaturą „normalnego” społeczeństwa. Niektóre jego wady i zalety są przejaskrawione, podniesione do kwadratu. W filmie „Oni” wyczytać można np. solidarność, uczuciowość, sentymentalizm, romantyzm, a nawet… szarmanckość!. Wprawdzie wszystko to jest groteskowe, ale jednak dość wyraziste i oczywiste.
Amerykańskich „homelesów” przedstawił kiedyś w swojej sztuce „Antygona w Nowym Jorku” Janusz Głowacki. Jej inscenizację można było zobaczyć w wielu teatrach zarówno polskich, jak i amerykańskich.
Podobnie jak inni bohaterowie współczesnej dramaturgii, również postaci z tamtej sztuki czekały na swego „Godota”. Duch Becketta i Ionesco kołacze się bowiem do dziś w każdym niemal teatrze. Pomysłowość Głowackiego polegała na tym, że bohaterami uczynił on właśnie bezdomnych, dla których „czekanie na Godota” staje się czynnością, (czy też właściwością) – jak by to rzec – organiczną. Wyrzuceni poza nawias społeczeństwa, różnią się od niego tym, że w owym „czekaniu” są już zatopieni „tu i teraz” – wolni od zwykłej ludzkiej krzątaniny i zapobiegliwości powszedniej, pozbawieni społecznych więzów i balastu. Ich życie zostało zredukowane do nagiej (choć łachmaniarskiej) egzystencji. Wybieg autora polega na tym, że u niego ta ławkowa wegetacja pulsuje życiem wprost szalonym – ma w sobie dynamikę ataku epilepsji. A przecież wiemy, że większość bezdomnych podobnych jest do snującego się cienia, nieruchomego łacha rzuconego na bruk, do zaklętego w stuporze i katatonii posągu, który kiedyś był człowiekiem. Tacy „byli-ludzie” wystawieni przez los do wiatru; „muzułmanie” współczesnej urbanistycznej cywilizacji – niemyte wyrzuty społecznego sumienia.
Bohaterów Głowackiego trudno jest wszak uznać za typowych reprezentantów amerykańskich „homeless”. Są to bowiem imigranci z Porto Rico, Rosji i Polski. Również fikcyjna parabola sztuki (będącej nota bene tragikomedią) z założenia rezygnuje z realizmu, nie przejawiając żadnych pretensji do bycia dokumentem.

Amerykańscy bezdomni – jak przystało na… wprawdzie marnotrawnych ale przecież nieodrodnych synów amerykańskiego społeczeństwa – są bardziej zorganizowani, praktyczni, interesowni. W Chicago często ma się sposobność zetknięcia z energicznym „homelesem”, który wciska nam wydawaną tu przez bezdomnych gazetę „Street Wise” (czyli „Mądrość Ulicy”). Nie wiem, czy bezdomni redaktorzy znają powiedzenie Brechta, który w „Operze za trzy grosze” napisał, że bieda czyni czowieka smutnym, ale też i mądrym. Słowa te mogłyby być dla nich niezłym mottem. Inna sprawa, że nieprawdziwym.
Zazwyczaj kolportujący ową gazetę jest człowiekiem nieźle odzianym, potwierdzając niejako opinię, że Ameryka posiada najlepiej ubraną biedotę, jaką kiedykolwiek znał świat.

 
SIOSTRĄ BIEDY JEST CIERPIENIE

Można się spotkać z opinią, że poziom szczęścia (lub cierpienia) w życiu rozkłada się u większości ludzi podobnie, bez względu na ich położenie, status, majątek, rozumność, urodę… etc. Do pewnego stopnia tak właśnie jest, jednakże traktowanie tego zbyt aksjomatycznie, może być mylące.
Wydaje się jednak, że poczucie szczęścia jest bardziej sprawą charakteru człowieka, niż kolei jego losu. Są ludzie, którzy niemal w każdych warunkach będą szczęśliwi; są też tacy, którzy zawsze czuć się będą nieszczęśliwi.
Choć istnieje też pewna równomierność. George Orwell pisał: „Większości ludziom dana jest spora doza radości w ich życiu. Lecz tak naprawdę życie w stanie równowagi jest cierpieniem i tylko bardzo młodzi lub głupcy wyobrażają sobie, że jest inaczej”.
Cierpienie ma nawet swoich adwokatów. Obiegowe opinie głoszą, że uszlachetnia ono człowieka. Oscar Wilde oświadczył np. że serce żyje tym bardziej, im mocniej jest ranione, a z kolei Dostojewski uznał, że to właśnie cierpienie jest głównym źródłem naszej świadomości. W chrześcijaństwie cierpienie wyniesione zostało do rangi siły zbawiającej i odkupiającej.
Bez wątpienia jednak, nadmiar cierpienia pustoszy wnętrze człowieka, może go nawet zabić. Już Sofokles ogłosił przed tysiącami lat w swej „Antygonie” : „Kiedy ktoś utracił całe swoje szczęście, nie jest już żywym człowiekiem a można go nazwać oddychającym trupem”.

Na bruku

 

FOTOGRAFOWANIE BEZDOMNYCH

Tekst ilustrują zdjęcia bezdomnych, które zrobiłem w różnych rejonach świata, lecz najwięcej – i tu sam jestem tym zaskoczony – pochodzi z mojej wizyty w Paryżu.
Czy stało się tak dlatego, iż spotkałem tam największą ilość bezdomnych? A może dlatego, że właśnie tam rzucają się oni najbardziej w oczy?
Przyznam, iż wahałem się, czy umieścić tutaj ich zdjęcia. Zastanawiłem się, czy aby oni by sobie tego życzyli? W końcu jednak pomyślałem: skoro np. ten człowiek z niebieskim śpiworem robi sobie koczowisko pod drzwiami katedry Notre Dame (bo ta fotografia pochodzi właśnie stamtąd), gdzie w każdej godzinie on sam wystawia się  na widok (dosłownie) tysięcy par oczu, to znaczy, że nie zależy mu na prywatności, nie ma poczucia wstydu czy zażenowania z tego powodu, więc robi z siebie osobę w pewnym sensie publiczną.
Lecz ma to swoje granice.
Kiedy w dzielnicy Marais, przed kościołem Św. Pawła, pokazano mi trzech śpiących (leżących) na bruku, brudnych, obszarpanych (najwidocznie pijanych) mężczyzn, coś się we mnie zbuntowało i nie zrobiłem im żadnego zdjęcia, choć pewnie pod względem fotograficznym byłyby one całkiem niezłe, a jeśli chodzi o wymowę – może nawet szokujące. Poczułem dojmujący smutek i współczucie, które nie pozwoliło mi zachować się jak rasowy fotograf (choć, jeśli ktoś by im robił zdjęcie, to nie uważałbym tego za coś złego).

Menele o gołębim sercu (krakowskie Planty)

Zastanowiło mnie również to, że w moich fotograficznych zbiorach nie mam wogóle zdjęć bezdomnych chicagowskich, ani polskich (wyjątkiem jest raczej sympatyczna para meneli, sfotografowana przeze mnie na krakowskich Plantach).

Dlaczego?

Może dlatego, że podświadomie uznaję ich za moich… sąsiadów, którym należy się pewna dyskrecja? Może ci bezdomni są właśnie czymś bardziej „moim”? Kimś, kogo nie chciałbym przed nikim obcym demaskować, zdradzać – wystawiać na widok publiczny?

No tak, ale co wtedy z bezdomnymi z innych krajów? Czy oni już na takie specjalne traktowanie nie zasługują – tylko dlatego, że są „obcy”?
Nie wiem. Wiem tylko to, że mój stosunek do bezdomnych jest do pewnego stopnia ambiwalentny. Wiem, że w gruncie rzeczy – w głębi swojego człowieczeństwa – są to tacy sami ludzie, jak my wszyscy, a mimo to jednak… inni.

Wiem – nie wiem. A może się po prostu mylę?

*  *  *

Zaczytany bezdomny (na jednej z ulic Barcelony)

 

( © ZDJĘCIA WŁASNE

*