FILMOWISKO („Vicky Cristina Barcelona”, „Była sobie dziewczyna”, „Agora”, „Incepcja”)

festival.banner.wl

 

„VICKY CRISTINA BARCELONA” (reż. Woody Allen)
* * * * * *

Woody Allen z potworkiem Gaudiego

Wprawdzie film powinien obywać się sam – bez podpierania się reżyserskim ego – to jednak, odkąd Woody’ego Allena okrzyknięto geniuszem kina, cień tego jego (bez wątpienia wielkiego) EGO wisi nad każdym z obrazów, które dostarcza on rok w rok z regularnością nakręconej, produkującej filmy, maszynki.
No cóż… ani to dobrze, ani źle – tak po prostu już jest. I okazuje się być jedną z właściwości fenomenu, jakim jawi się ten amerykański reżyser z niewątpliwie europejskim zacięciem twórczego neurotyka i komika – intelektualisty.
Czy można wymienić inne?
Tak, wśród wielu np. to, że nie każde dotknięcie jego reżyserskiej ręki jest dotknięciem Midasa, jak również – zaskakująco duży rozstrzał tematyczny filmów.
To pierwsze puszcza się zwykle mimo uszu (a raczej oczu), drugie zaś bywa źródłem ciągłych niespodzianek, tak jak to ma np. miejsce w „Vicky Christina Bacelona” – współczesnej romantycznej (niemalże) psychodramie z udziałem bardziej lub mniej zdezorientowanych bohaterów nieustających w poszukiwaniu seksu, miłości, sensu, smaku życia i… samych siebie.

Scarlett Johansson na ulicach Barcelony

Początkowe (i najmocniejsze) wrażenie jakie wywiera na nas ten obrazek: kolory, egzotyka, nerwy, erotyzm, pasja, nuda, zagubienie, głód, konfuzja… a w tle tego wszystkiego – rozbrajająco seksowna i nieodparcie pociągająca Scarlett Johansson, tudzież inne postaci, które nie do końca wiedzą, co zrobić ze swoim seksualnym drive’em pakującym ich w sytuacje zgoła nieprzewidziane i konsternujące, tudzież (zwłaszcza kiedy na scenie pojawia się niezrównoważona emocjonalnie Penelope Cruz) bez wątpienia histeryczne.
No i słowa, słowa, słowa… (wszak to Woody Allen!), ogarnięte jednak atrakcyjną (choć cokolwiek oczywistą) malowniczością katalońskich zakątków (Barcelona, Oviedo, Costa Brava), owiane gorącem południa i naznaczone temperamentami latynoskich kochanków, (co uosabia sobą główny mężczyzna filmu, malarz Juan Antonio, wokół którego krąży erotyczny apetyt dwóch, wydawałoby się skrajnie różnych w swoim podejściu do seksu i miłości, młodych Amerykanek).

Film arcydziełem nie jest (ale przecież wcale być nie musi), jednakże przyjemności dostarcza sporej (a tak było przynajmniej w moim przypadku). Wystarczyło tylko przymknąć nieco oko na pewną scenariuszową sztuczność sytuacji i postaci wymyślonych przez Allena (ech, ten samolot unoszący dwie piękne kobiety na egzotyczną wyspę, pilotowany nieustraszenie przez namiętnego macho-artystę pośrodku szalejącej burzy; ech ten jego genialny ojciec-poeta, tworzący piękną poezję, której jednak nie wydaje bo uważa, że ludzie nie są tego godni; ech te artystyczne zdolności Cristiny-Johansson, której Woody wciska aparat fotograficzny cokolwiek na siłę, podobnie jak na siłę robi z niej poetkę; ech ta malarska ekspresja i szaleństwo barw Juanowych płócien; ech te palmy, słońce, Gaudi, Rambla i czerwone wino…) No i te dialogi jak z mokrego snu-fantazji erotomana. Oto Juan podchodzi do dwóch naszych bohaterek, nota bene nieznanych sobie kobiet i zaprasza ich na weekend do Oviedo mówiąc: „Będziemy dobrze jedli, będziemy pili dobre wino, będziemy się kochali”. „Kto się będzie kochał?” – pyta Vicky. „Mam nadzieję, że my, we trójkę”.

Wszystko wskazuje jednak na to, że Woody tym filmem nieźle się (w Barcelonie i nie tylko) bawił, a przy okazji do zabawy tej zaprosił także i nas samych.
Good for him! And… good for us!

W poszukiwaniu seksu, miłości, sztuki i smaku życia. Penelope Cruz, Scarlett Johansson, Javier Bardem i Woody Allen na planie „Vicky Cristina Barcelona”.

„BYŁA SOBIE DZIEWCZYNA” („An Education”, reż. Lone Scherfig)
* * * * * *

Gdybym napisał, że film ten jest klejnotem, to bym przesadził. Napiszę więc, że jest to klejnocik – co chyba lepiej oddaje format i klasę tego angielskiego filmu, nakręconego zresztą przez Dunkę (Lone Scherfig)
Dlaczego to zdrobnienie bardziej pasuje do „Edukacji”?  (Pozwolę sobie jednak pozostać przy tym tytule.)
Może dlatego, iż twórcy filmu nie mierzyli w to, by nakręcić jakiś wielki pokoleniowy epos o dojrzewaniu i budzeniu się kobiecości, a po prostu zajęli się postacią 16-letniej dziewczyny, która wchodzi w życie z wszystkimi dylematami swojego wieku, czyli: jak pogodzić głos serca i rozsądku; jak, kiedy i z kim ma być ten „pierwszy raz”, jacy tak naprawdę są mężczyźni; co jest lepsze dla poczucia pełni życia – wykształcenie, wyrzeczenia, poświęcenie, czy też czerpanie z tego życia pełną garścią, wykorzystywanie każdej nadarzającej się okazji, by dać się porwać przyjemnościom, jakie oferuje nam świat.

Na progu dorosłości. Carey Mulligan i Peter Sarsgaard w „Edukacji”.

I muszę napisać, że na nic by się zdały wszystkie te twórcze zapędy i ambicje, gdyby nie odtwórczyni głównej roli, czyli Carey Mulligan, która zagrała nastoletnią Jenny z taką lekkością, swobodą i błyskotliwością że możemy wręcz mówić o narodzinach… jeśli nie gwiazdy to prawdziwie wybitnej aktorki.
To właśnie jej kreacja, na równi ze swobodą prowadzenia akcji i komponowania filmu przez Lone Scherfig sprawia, że w przypadku „Edukacji” mamy do czynienia z małym arcydziełem, które już tak szybko nie wywieje nam z głowy, jak to się zwykle dzieje z większością filmowej konfekcji.

Tłem dla akcji jest Londyn początku lat 60-tych, co oczywiście ma swoje znaczenie: cokolwiek sztywna angielskość nie uległa jeszcze rozluźnieniu, jakie wkrótce miało dotrzeć na Wyspy (wpierw z Paryża, a wkrótce i z Ameryki); mieszczańska solidność ciągle brała górę wśród aspirujących do osiągnięcia pewnego życiowego statusu młodych Brytyjczyków. Jenny na swoim gramofonie słucha płyt Jacquesa Brela i Juliette Greco (zafascynowana najwyżej francuską czernią) – o Beatlesach nie ma jeszcze ani widu ani słychu, a tym bardziej o Stonesach (długa, dłuuuuga jeszcze była wówczas droga do „Trainspotting” i „Sex Pistols” .)

Jenny nie jest tuzinkową dziewczyną. Wśród swoich rówieśniczek wyróżnia się nie tylko inteligencją, ale i urodą (nie z darma racji w pewnym momencie filmu przypomina do złudzenia Audrey Hepburn). I bez wątpienia to właśnie jej aparycja sprawiła, że zaczyna się nią interesować starszy o 20 lat mężczyzna, który – jak wszystko na to wskazuje – odniósł w życiu sukces, nie tylko finansowy ale i, nazwijmy to – kulturalny (to właśnie on zaczyna wprowadzać Jenny w arkana hedonizmu, zarówno zmysłowego – drogi alkohol, dobre papierosy, modne stroje, sportowy samochód… jak i estetycznego – koncerty muzyki klasycznej i jazzu, kolekcje dzieł sztuki, literatura… co znajduje swój finał w samym – jakże by inaczej! – Paryżu, dyżurnej stolicy kochanków). Całkiem niezły i rozległy repertuar jak na inicjatora dorosłości i high life’ u w rozbudzonej (rozbudzanej) nastolatce (oczywiście dochodzi do tego również inicjacja seksualna).

Inicjacja w seks i kobiecą dojrzałość: kim tak naprawdę są mężczyźni? („Edukacja”)

Gdyby, wobec takiego szerokiego, ale i wrażliwego spektrum obyczajowego, (które dla wielu widzów jest jednocześnie drażliwe) film poszedł na skróty łatwych odpowiedzi i społeczno-obyczajowych gotowców, to niewątpliwie jego ranga spadłaby do poziomu stereotypowego moralitetu. Ale na szczęście tak się nie stało. Co nie znaczy, że „Edukacja” moralitetem nie jest. Otóż jest (o czym świadczy chocby zakończenie). Tyle, że nie stereotypowym a dość przekonującym. I dostarczającym tak cholernie dużo satysfakcji.

„AGORA” (reż. Alejandro Amenábar)
* * * * * *

Hypatia – mądra, piękna, uczona i w końcu tragiczna (Rachel Weisz w „Agorze”)

Jeśli starożytność rzeczywiście wyglądała tak, jak to sobie wyobrażają scenografowie kina – począwszy od pompatycznych dekoracji z klasycznej „Nietolerancji” Cecila B. DeMille’a, poprzez gipsowe teatrum „Spartakusa” po malowniczość i fotogeniczność „Gladiatora” , to równie dobrze świeża, młoda, piękna i naładowana sex-appealem Rachel Weisz może przypominać historyczną, działającą w Aleksandrii Hypatię, największą filozofkę antycznego świata, która swą mądrością, uczonością i rozwagą podbiła intelektualną i decydencką elitę basenu Morza Śródziemnego w IV wieku naszej ery.
Niestety, mam uzasadnione podejrzenia, że jednak starożytność tak nie wyglądała. A tym bardziej nie wyglądały tak: ani prawdziwa Hypatia, ani jej rzeczywiste relacje ze współczesnymi jej prominentami Aleksandrii, które chilijski reżyser Alejandro Amenábar zaserwował nam w swojej spektakularnej filmowo „Agorze”.

Napisawszy to, pozwolę sobie na mały apel: zapomnijmy o tzw. historycznej prawdziwości tego wszystkiego co widzimy na ekranie, (czyli, poniekąd, dajmy sobie spokój z weryfikacją faktów). Zamiast tego skupmy się na tym, co chce nam przekazać film jako dramat, spektakl, przypowieść i rozrywka. A z tym „Agora” daje sobie – i to całkiem nieźle – radę. Przy czym atuty widowiskowe, dramatyczne i właśnie rozrywkowe górują jednak nad tymi, które odnieść można do „Agory” jako przypowieści i moralitetu z pewnym intelektualnym, a nawet filozoficznym przesłaniem.
To ostatnie jest dość (może nawet aż nazbyt) oczywiste, by nie napisać nachalne (a przez to banalne): religia jest zła (fanatyzm, fanatyzm i jeszcze raz fanatyzm!), natomiast nauka, racjonalizm, liberalizm – dobre. Stając na takich pozycjach, film Amenábara traci moim zdaniem wielowymiarowość, nabierając cech zbyt płaskiej, jednostronnej propagandy.
Co mam na myśli?
Otóż głownie przedstawienie występujących w filmie, antagonistycznych wobec siebie pogan, żydów i chrześcijan, jako (bez wyjątku) żądnych krwi, zaślepionych, agresywnych i morderczych fanatyków – w przeciwieństwie do tej jednej jedynej i jedynie sprawiedliwej, szlachetnej Hypatii, mędrczyni, która z gracją i godnością patrzy w niebo, chcąc przeniknąć matematyczną doskonałość Wszechświata, jego harmonię i reguły rządzące obrotami sfer niebieskich.

Spektakl czy moralitet? Historia czy fikcja? W „Agorze” reżyser Amenábar staje po stronie racjonalizmu przeciwko religijnemu fanatyzmowi.

To prawda, że twarde historyczne fakty świadczą bardziej na rzecz tej uproszczonej wizji rzeczywistości, która pozbawiona jest niuansów i względności (tak, rzezie na tle religijnym miały miejsce; tak, spalono bibliotekę w Aleksandrii; tak, rozszarpano w końcu na strzępy Hypatię… sorry za spoiler, ale to przecież historia, która powinna być nam znana), ale to, co do tego prowadziło, było znacznie bardziej złożone, skomplikowane i niejednoznaczne, niż każe nam w to wierzyć film.
Ale właściwie czemu ja się tak dziwię? Czy popularne, obiegowe i powszechne spojrzenie na historię (we wszystkich bez wyjątku narodach) nie jest właśnie takie – tendencyjne, życzeniowe, powierzchowne i przeraźliwie wybiórcze?

Mimo wszystko poczuwam się do solidarności z duchem „Agory” . Staje on bowiem po stronie czegoś, co jest na tym naszym zagubionym w kosmosie pyłku Ziemi ogromną rzadkością. Chodzi oczywiście o mądrość.
Tylko czy zawsze jest ona skuteczna w konfrontacji z nagą i pierwotną agresją? Kto w końcu weźmie w człowieku górę: mędrzec czy barbarzyńca? Co pozostanie nam w ręce: książka czy miecz?
Okażemy się zepsutymi bachorami kosmicznego chaosu czy też cudownymi dziećmi Wszechświata?

„INCEPCJA”  („Inception”, reż. Christopher Nolan)

 * * * * * * 

   (trzecia, dodatkowa gwiazdka – za wysiłek techniczny i rzetelne podejście do roli Leonarda DiCaprio)

Leonardo DiCaprio w „Incepcji”

Nie pierwszy to raz kinematyczne cuda technicznych możliwości kina epoki cyfrowej i komputerowej symulacji pożerają własne dziecko. Pisząc „dziecko” mam na myśli to, co leży u podstawy wszelkiej (wizualnej lub słownej) dobrej (przekonywującej i skutecznej) beletrystyki: zajmująca opowieść oraz postaci, których losami zaczynamy się przejmować (czyli bohaterowie, którzy stają się nam bliscy, wiarygodni emocjonalnie, wywołujący w nas odruch sympatii lub antypatii).

W mojej opinii „Incepcja” w reżyserii Christophera Nolana zawodzi właśnie na tych dwóch fundamentalnych poziomach: narracyjnym i psychologiczno-emocjonalnym. Zawodzi też intelektualnie – a jest to zawód, którego się skądinąd najmniej spodziewałem po filmie, który obwołano jako błyskotliwy, głęboki, intrygujący, kompleksowy, oryginalny, odkrywczy… Chociaż to, że obwieszczono go również pierwszym prawdziwym letnim hitem kina, powinno wzbudzić we mnie nieco większą czujność. Czytając wcześniej (tak, czasem nieopatrznie to robię) wszystkie te entuzjastyczne recenzje – i to zarówno zawodowych krytyków kina, jak i szeregowych widzów-amatorów – pomyślałem sobie, że również i ja z wielką przyjemności będę mógł napisać po projekcji, że oto obejrzałem film, który w swoim gatunku (science-fiction thriller) jest arcydziełem. Niestety, czegoś takiego napisać nie mogę, bo „Incepcja” wg mnie żadnym arcydziełem nie jest. Nie jest nawet filmem, który można byłoby umieścić w jednej klasie z „Matrix” – o Kubrickowej „Odysei kosmicznej 2001” (która już arcydziełem par excellence jest bez wątpienia) nie wspominając.

Tak oto kręci się… hotelowy korytarz.

Trudno jest mi się zgodzić z tymi wszystkimi pochwałami, jakich nie szczędzono filmowi Nolana. Nawet wizualnie (a właśnie jednym z najpowszechniej wyrażanych zachwytów była fascynacja widowiskowością obrazu) film ten (z wyjątkiem paru scen) nie sprostał moim oczekiwaniom. Akcja „Incepcji” rozgrywa się głównie we śnie bohaterów, ale niestety, ja tego oniryzmu zupełnie tam nie widziałem – zamiast tego czułem pewną… wręcz dziwaczność, dezorientację, przeładowanie i dyskomfort. Zamiast wielkiej inwencji spotkałem raczej zgrabne sztuczki; zamiast intelektualnego wyzwania – dość karkołomną łamigłówkę. Przy tym, zastosowana w filmie estetyka wydała mi się stylistycznie niespójna, podobnie jak niezborna była dla mnie sama akcja, przeskakująca z jednego poziomu snu na inny – niwecząc przy tym to, co w thrillerze jest najbardziej istotne: suspens.

I jeszcze jeden, koronny moim zdaniem zarzut: niemiłosiernie przegadany scenariusz, potoki słów, które na przemian z ogranymi w filmach akcji scenami pogoni, strzelanin i ucieczek, wylewają się nam nieustannie z ekranu na głowę. W tym filmie po prostu za dużo się mówi – najczęściej objaśniając to, co dzieje się przed naszymi oczami, tudzież to, co widz powinien wiedzieć, aby się w całym tym galimatiasie i pseudo-sennym labiryncie nie pogubić.

Szkoda mi również Leonarda DiCaprio. Wprawdzie jest on jedyną postacią w „Incepcji” , której próbowano nadać jakąś psychologiczną głębię (co też aktor sumiennie i – trzeba przyznać – świetnie starał się tym razem wypełnić), to niestety gubi się to w całym tym zgiełku przekonceptualizowanej akcji – wśród wybuchów, strzelaniny, technicznych gadżetów i efektów specjalnych, ale także wśród innych, zgoła papierowych protagonistów, jakimi usiłuje się zaludnić zimny, dziwny i katastroficzny świat serwowany nam przez dwie i pół godziny z kinowego projektora, który niestety w tym przypadku żadną latarnią magiczną nie jest. Bardziej już przypomina efektowną (i – jak się okazuje – efektywną) maszynkę do robienia pieniędzy.

Leonardo DiCaprio sprawdza czy jest aby jeszcze w dobrym wymiarze. Jeden z niewielu spokojnych i stonowanych kadrów gorączkowo-wyczynowo-delirycznej „Incepcji”.

*

WIZYTA

 

Jest czwarta nad ranem, Wielkie Miasto śpi jeszcze, czarne niebo zawisło nad zimnym jeziorem, lampy uliczne wyłaniają z ciemności zarysy domów, ciszę lekko zaburza odległy szum przelatujących co jakiś czas samolotów oraz sącząca się z półmroku muzyka… Minęło już kilka dni od mojego powrotu z kraju, a ja ciągle budzę się w środku nocy – moje skołowane ciało nadal działa wedle polskiego zegarka. Piję kawę, w mieszkaniu jest ciepło, wokół panuje spokój, choć z głośników wydostają się dość nerwowe i niepokojące dźwięki „Filles de Kilimanjaro” Milesa Davisa. Wszystko to sprawia, że odczuwam pewne odrealnienie, bardziej lub mniej świadomie zanurzając się w oniryzmie wspomnień tego, co wydarzyło się – we mnie i wokół mnie – podczas ostatnich kilku tygodni spędzonych w Polsce.

 

Nie chcę się tutaj bawić w żadne epickie opisy, w których mogłaby się rozmyć esencja wrażeń, roztrwonić ładunek doznań… Może więc tylko ograniczę się do zarysowania kilku mocniejszych impresji – stworzenia czegoś w rodzaju konspektu istotniejszych tematów, które dotknęły mnie w kraju.

Zima w moim ogrodzie

 

STRONY RODZINNE

Jakiż to atawizm sprawia, że chcemy raz po raz wracać na ziemie, gdzie wyciągnięto nas za uszy z nicości? Bez względu na to, czy cierpimy, czy też oddajemy się wszelakim przyjemnościom życia, ciągnie nas do miejsca, gdzie zaczęliśmy się oswajać ze światem, którego przecież nigdy nie uda się nam oswoić. Że rodzina, znajomi, przyjaciele… że swojskie kąty, dom pierwszy (zły albo dobry) – że nasze ogrody, lasy, rzeki, niebo i klimat…? Tak, tak… i jeszcze to, że w naszej świadomości jest to epicentrum naszego roztrzęsionego bytu, taki metafizyczny pępek – punkt centralny otaczającego nas Wszechświata;  początek, który chce nas zawlec do samego końca – do dołu gdzie wrzucą nasze kości, do momentu, gdzie dusza będzie się mogła przekonać o tym, czy w ogóle istnieje.

CZAS I LUDZIE

Czas biegnie w zawrotnym tempie (choć ponoć, tak naprawdę, to go nie ma), kolejne lata lądują w śmietniku naszej przeszłości a my się zachowujemy tak, jakby nic się takiego szczególnego nie działo – ot, zwykła kolej rzeczy, egzystencjalna normalka. Nie ma powodu by rozdzierać szaty, bo przecież na nic się to nie zda, a zdarzy się to, co ma się zdarzyć. To nic, że w gardzieli zachłannego przemijania giną na zawsze chwile naszego życia, że ciało wiotczeje, serce bije wolniej, krew bardziej gęsta, włos się już tak nie jeży na głowie; to nic, że w stawach coraz głośniej nam trzeszczy, ręce zaczynają drżeć, nogi uginać, plecy przygarbiać, a wzrok przysłania coraz gęstsza mgła… Na znajomych i bliskich nam ludzi chcemy patrzeć tak, jakby dla nich (i dla nas) czas się zatrzymał, jakby mieli oni pozostać wiecznie młodzi – tak jak na zdjęciach z naszego dzieciństwa, które trzymamy w szufladzie biurka (i tylko dziwiąc się czasem, że tak pożółkły i że tak jakoś same się pomięły).

Czas trzyma nas wszystkich na uwięzi – na łańcuchu, z którego nie sposób się zerwać. I, naturalnie, chcemy usilnie tego, żeby tak trzymał nas jak najdłużej, choć czasem ujadamy, czy też skomlimy, nie zawsze czując się szczęśliwymi jak ten merdający radośnie psi ogon.

* * *

Krakowskie planty zimą (widok z hotelowego okna na ulicę Św. Tomasza)

 

KRAKÓW

Miasto to niemal zawsze jest wśród miejsc, które odwiedzam na trasie moich wędrówek po Polsce i niemal za każdym razem jest to przynajmniej pobyt kilkudniowy. Tak było również i tym razem. Mimo wielce niesprzyjającej aury, osiem krakowskich dni upłynęło mi dość intensywnie. I choć o długodystansowych spacerach musiałem tym razem zapomnieć, to spotkania ze znajomymi, bliższą rodziną i przyjaciółmi szczelnie wypełniły mój czas. Poza tym był teatr, kino, muzyka, wystawy, galerie, kawiarenki, antykwariaty, księgarnie, restauracje… no i trzymające mnie w cieple i aktywności psycho-fizycznej grzańce, nie wspominając o wytrawnym czerwonym winie z Chile, którego – jak się okazało – w Krakowie pod dostatkiem.

To tyle gwoli (mocno rzeczowego) wstępu do teatralnej trylogii, o której chciałem teraz napisać.

BAGATELE, GROTESKI, KOMEDIE, DRAMATY…

Podczas mojej bytności w Krakowie trwał tam akurat „festiwal dramatyczny Bagateli”, więc pomyślałem, że jeśli się nań wybiorę, to może być dosyć lekko, łatwo a może nawet i przyjemnie – choć teatru „ogromnego” raczej się nie spodziewałem. Tak się jednak złożyło, iż trafiłem na (mocno) odgrzewaną klasykę, która – jak się okazało – w dobie silnej komercjalizacji i walki artystów sceny o przetrwanie, różne może mieć oblicze, (czy też raczej różne maski przywdziewać.)

Na pierwszy ogień poszedł „Tramwaj zwany pożądaniem” w małej, zimnej i niewygodnej jak plastikowe krzesło salce na Sarego… za cholerę nie chcącej przypominać gorącego, parnego i dusznego amerykańskiego Południa, którego erotyzm tak skutecznie rozpalali ongiś w sobie i na wielkim ekranie Liz Taylor i Marlon Brando. Tutaj Stanley Kowalski z ciepłej i kolorowej Luizjany był tylko Stanleyem Kowalskim z chłodnej i szarej krakowskiej ulicy, i nawet grająca z emfazą (lecz jakże wdzięczna miejscami, jakże pięknie się poruszająca) Magda Walach nie zdołała wykrzesać z niego owej samczej iskry pożądania, które przecież musi drzemać w tekście Tennessee’go Williamsa. Jeśli zaś chodzi o moje kameralne doznania, to wyraźnie zmiękłem tudzież poczułem słabość do z lekka upadłej Blanche Dubois, kiedy ta zstąpiła ze scenicznych wyżyn ku nam (czyli widzom), zmuszając nas niejako do fizycznego wejścia w ten jej mocno poplątany świat (a ja do dzisiaj czuję na mojej dłoni jej dotyk).

I do dzisiaj też stoi mi przed oczami postać mocno roztrzęsionego oraz silnie histeryzującego Raskolnikowa, tego dyżurnego mordercę wieku uśmiercenia Boga i nihilistycznej otchłani, nad którą zawisł absurdalny świat, i gdzie wszystko jest dozwolone, nawet zabójstwo. Podczas gdy na scenie przy Krupniczej rozgrywała się intensywna psychodrama „Zbrodni i kary”, ja siedziałem wśród szczelnie wypełniającej salę widowni i zadawałem sobie pytanie, jak też nasza współczesność znosi teraz kogoś tak mocno zaangażowanego etycznie i metafizycznie, jak Dostojewski oraz w jaki sposób mogą dziś trafić do nas ci jego – porozdzierani tak strasznie, i tak straszliwie na serio traktujący swą marną egzystencję – bohaterowie, wypełnieni po brzegi cierpienia chorą rosyjską duszą?

Myślałem że bliższa mi jednak będzie, może nie tyle chora, co równie neurotyczna amerykańska dusza Woody’ego Allena, którego także na swoich deskach postanowiła zaadaptować Bagatela, biorąc się za jego „Seks nocy letniej”. Co z tego wyszło, lepiej jest zbyć milczeniem. Gdybym nie znał allenowskiej wersji filmowej (inspirowanej zresztą Bergmanem, który z kolei zainspirował się Szekspirem) czyli „Midsummer Night’s Sex Comedy” , to raczej nigdy bym nie wpadł na to, że mam do czynienia z tekstem błyskotliwego i genialnego skądinąd Jajogłowego Króla Neurotyków Allena. Rozciągnięta do granic wytrzymałości (a konkretnie aż do trzech godzin) sztuka, która w zamierzeniu miała być lekką a zabawną, kostiumową i erotyczną komedią, okazała się miernie zagraną, chybioną inscenizacyjnie i scenograficznie farsą, w której erotyzmu było tyle co kot napłakał a bohaterowie miotali się między sobą udając, że napędzają ich same demony seksu. Moim zdaniem było to jedno wielkie nieporozumienie, choć prawdopodobnie publiczność była innego zdania niż moje.

* * *

Krakowski tryptyk teatralny (od lewej: „Tramwaj zwany pożądaniem”, „Zbrodnia i kara”, „Seks nocy letniej”. Fot. Piotr Kubic)

* * *