W IMIENIU BOGA… CZY DIABŁA? („Za wzgórzami”, reż. Cristian Mungiu)

*

Kilka dni temu rozpoczął się w Chicago 48. Międzynarodowy Festiwal Filmowy. Obraz „Za wzgórzami” znanego rumuńskiego reżysera Cristiana Mungiu jest pierwszym z obejrzanych przeze mnie filmów, o których chciałbym tutaj słów kilka napisać.

*

Życie w klasztorze – ucieczka od życia czy poszukiwanie zbawienia?

*

Co jest bardziej uczciwe (i skuteczne) artystycznie: wziąć za punkt wyjścia rzeczywiste fakty i przedstawić je w sposób symboliczny, a przez to uniwersalizujący nasze postrzeganie rzeczywistości i pogłębiający nasze doświadczenie życia? Czy też, wychodząc od (wykalkulowanych i wymyślonych w istocie) symboli czy metafor, przedstawić je jako faktyczną rzeczywistość i konkret? Innymi słowy: czy lepiej jest kiedy sztuka naśladuje życie, czy też kiedy życie naśladuje sztukę? I czy można podobne zabiegi rozpatrywać w kategoriach prawdy i fałszu, uczciwości i zwodniczości? (Bo przecież, jak głosi wyświechtany już nieco truizm: sztuka to kłamstwo, które ukazuje prawdę.) I wreszcie: czy skuteczność sztuki (czyli siła jej oddziaływania) musi mieć cokolwiek wspólnego z tzw. „przystawaniem” do rzeczywistości?

Podobne pytania przyszły mi do głowy, kiedy przeczytałem zdanie jakie wygłosił reżyser filmu „Za wzgórzami” Cristian Mungiu, podczas jednego z wywiadów: „Moim pierwszym scenariuszem byłem mocno rozczarowany – był zbyt blisko rzeczywistych wydarzeń i odsłaniał brak głębszego znaczenia realnego incydentu – był niczym innym jak tragiczną opowieścią o niekompetencji, fatalnym zbiegu okoliczności i braku odpowiedzialności.”  (Należy przy tym wyjaśnić, że „Za wzgórzami” odwołuje się do szeroko znanej, nie tylko w Rumunii, sprawie śmierci młodej kobiety, która zmarła podczas egzorcyzmów odprawianych nad nią w jednym z prawosławnych klasztorów.)

Film Mungiu wywołał w Rumunii wielką dyskusję i zażarty spór dotyczący roli religii, wiary, państwa, sytuacji politycznej i społecznej… A trzeba pamiętać o tym, że miało to miejsce w kraju, który wskutek historycznych obciążeń ma spore kłopoty ze znalezieniem swojego miejsca w tzw. „nowoczesnej” Europie – z określeniem własnej tożsamości w świecie, gdzie tradycyjny system wartości ulega szybkiej erozji, nie dając właściwie nic w zamian, oprócz frustracji wynikającej z niemożności (vide: bieda) wzięcia udziału w globalnym rytuale konsumpcji, jaki jest udziałem krajów rozwiniętych i zamożnych.  Tak więc to, czy film opisuje prawdziwe zdarzenia i fakty wydaje się w takim kontekście istotne. Chyba że zgodzimy się jednak uznać go jedynie za pretekst i punkt wyjścia do ogólniejszych, bardziej uniwersalnych rozważań dotyczących religii, wiary, wolności, społeczeństwa… sztuki wreszcie. Ale wówczas sam film (i jego faktograficzna wiarygodność), mimo znamion realnej prowokacji, usuwany jest niejako w cień – staje się sprawą drugorzędną, inicjacją, zarzewiem…
Ja jednak chciałbym zająć się obrazem Mungiu jako czymś pierwszorzędnym.

I niestety, w moim odczuciu film „Za wzgórzami” filmem pierwszorzędnym nie jest. Ale jest za to dobrym filmem drugorzędnym, a przez to wartym obejrzenia i uwagi – nawet gdy jego czas trwania (dwie i pół godziny) może być dla widza pewnym wyzwaniem, podobnie jak wyzwaniem dla niektórych była jego repetywność i monotonia, przerywana jednakowoż konwulsjami jednej z dwóch głównych bohaterek.

Sam mam z tym filmem pewien problem (choć chyba jeszcze większy miałem z banalnością „4 miesięcy, 3 tygodni, 2 dni” –  filmu mocno według mnie przecenionego, który przyniósł Mungiu’emu światowe uznanie i Złotą Palmę w Cannes przed kilkoma laty), gdyż do końca nie wiem, czy dość ostentacyjna postawa jego twórcy, by nie oceniać żadnej ze stron, nie sądzić żadnego z bohaterów, nie zajmować żadnego określonego stanowiska – jak również zdystansowanie się do kwestii metafizycznej, która jednak pełni istotną rolę w zachowaniu się mieszkańców klasztoru – jest tego filmu zaletą, czy też wadą. Mogę zrozumieć intencje reżysera: zbyt łatwo można byłoby postawę księdza i mniszek potępić (w rzeczywistości ekskomunikowani zostali oni za swój czyn przez swojego zwierzchnika – biskupa), wykazać ich głupotę, ciemnotę, bezmyślność, okrucieństwo, fanatyzm i zniewolenie zabobonem. Ale Mungiu chciał inaczej: ukazał ich ludzką twarz, dobre intencje, miłosierdzie, zwyczajność… przedstawił ich wysiłek dostosowania się do wymogów życia w miejscu, które narzuca im pewną ścisłą klauzulę, ograniczenia – nie tylko fizyczne, ale i (może nawet przede wszystkim?) psychiczne. Tylko czy taka postawa twórcy nie ma w sobie czegoś z wyrachowania, manipulowania i sztucznej kalkulacji, która nie objaśnia rzeczywistości, ale wprost przeciwnie:  zaciemnia ją, a co gorsza – pozbawia przy tym tajemniczości?

Lecz z drugiej strony podejście Mungiu do filmowej materii mi odpowiadało, ponieważ nie chciałem (tym razem) uczestniczyć w kolejnej opętańczej wersji pseudo-metafizycznych szatańskich harców z ludzką psychiką, jaką zaserwowali nam choćby Iwaszkiewicz i Kawalerowicz w „Matce Joannie od Aniołów”; nie miałem żadnej ochoty świadczenia negującym wszelkie prawa fizyki konwulsjom, którymi raczyło nas nawet kino mainstreamowe typu słynnego „Egzorcysty” (choć, po prawdzie, wicia się w spazmach, jęków i wrzasków w „Za wzgórzami” jednak nie brakuje). Miałem też dość skupiania się na seksualnych wynaturzeniach ludzi zakonnych – jak to nam zaprezentowała nie tak dawno mp. pani Barbara Sas w swoim dziele „W imieniu diabła”, czy wiele innych filmów pastwiących się nad zrepresjonowaną, często pokręconą i sfiksowaną seksualnością tych, którzy zmuszani są do życia w celibacie. A tu Mungiu taki wyważony, równo rozkładający wszelkie „za” i „przeciw”, nie sądzący, tolerancyjny i powściągliwy (ale czy przez to bardziej sprawiedliwy?)

Jednakże, czy ta ostrożność reżysera nie spowodowała tego, że w oczach wielu widzów film zaczął grzeszyć wspomnianą już monotonią i brakiem konkretnego przesłania (czyli – jakby nie było – brakiem celu i sensu)? Mimo więc realistycznej konwencji, sam obraz prezentował się mało wyraziście: na ekranie było tak, jak było, ale my odnosiliśmy wrażenie, że mogło być jednak zupełnie inaczej. Przy czym, nie ma to nic wspólnego z plastyczną urodą Mungiu’owego obrazu, która jest dla mnie niewątpliwa i która sprawiła mi w kinie wiele przyjemności.

Boska władza w rękach mężczyzny?

*

Głównym dylematem jaki podnosi „Za wzgórzami” jest kwestia wolności człowieka w konfrontacji z jego wiarą i okolicznościami, w jakie wepchnęło go życie. Na ile wiara człowieka jest determinowana przez warunki w jakich przyszło mu żyć? Czy miłość do Boga musi konkurować z miłością do człowieka – a nawet ją wykluczać? Czy dobro, jakie daje człowiekowi wiara (i religia), zbyt łatwo nie zamienia się w zło, które zniewala i niszczy – zarówno jego samego, jak i innych ludzi? Jakie są źródła władzy i czym jest władza w kontekście religii? Gdzie kończy się wiara a zaczyna przesąd – i czy istnieją między nimi jakieś wyraźne granice. Czy warunki egzystencji i sama ludzka kondycja nie wymuszają na człowieku irracjonalnych zachowań? Czym jest Zło, kim jest Diabeł? Czy nieświadomość czynienia zła może zwolnić kogoś od winy, a tym samym i kary?
To nie są błahe pytania.
Ale czy film Mungiu jest w stanie je unieść? Czy bez odwoływania się do pewnych fenomenów, wartości, aspektów i znaczeń pozafilmowych możemy z nim prowadzić pozbawiony redundancji, rzeczowy dyskurs? Albo inaczej: czy wnosi on coś istotnego (nowego) do naszego pojmowania świata i ludzkich zachowań?
Stawiając te pytania na gorąco, tuż po projekcji, trudno mi jest na nie jednoznacznie odpowiedzieć, bo film mnie jednak zaabsorbował i czuję jeszcze w sobie jego rezonans i wibrację, nadal rozsupłuję w głowie siatkę jego znaczeń, choć z drugiej strony, w pewnych momentach, odczuwałem wobec niego pewien dystans. Tak więc zastanawiam się, czy ukazał mi on coś, czego wcześniej nie widziałem i nie wiedziałem? Chyba jednak nie – i piszę to bynajmniej nie dlatego, że uważam swoją wiedzę i doświadczenia za szczególnie bogate i rozległe. Piszę to z racji pewnego niedosytu z jakim mnie film „Za wzgórzami” pozostawił. Lecz mimo to będę go wspominał dobrze.

7.5/10

greydot

ZAKAZYWAĆ CZY FOLGOWAĆ? (co się plecie w kajecie – zapiski IV)

*

*

Liberalizm – tchnienie wolności czy podszept szatana?
Samo pojęcie „liberalizmu” ma wiele znaczeń. Ci, którzy kojarzą go z pobłażliwością wobec cudzych czynów, poglądów – z tolerancją dla ludzkiej różnorodności – mówią często o permisywiźmie (to odpowiednik naszego swojskiego „róbta co chceta”),  którym według nich skażona jest współczesna kultura i całe społeczeństwo Zachodu. Bardziej przejęci moraliści biją przy tej okazji na alarm i krzyczą o rozkładzie moralnym, obyczajowej degrengoladzie i ogólnym rozprzężeniu wszelkich hamulców etycznych. Przypomina to katastrofizm, dla którego braki w obyczajowym rygoryźmie, większa swoboda i przyzwolenie oznaczają niechybne osunięcie się do piekła libertynizmu.
Warto się tu jednak zastanowić nad tym, jakie były rzeczywiste przyczyny, które w przeszłości niejednokrotnie wtrącały nas do piekła już jak najbardziej prawdziwego – do piekła wojen i masowego ludobójstwa. Czy miały one cokolwiek wspólnego z obyczajowo-kulturowym liberalizmem?

greydot

Istnieje jeszcze liberalizm przynależny do rozległego systemu idei wolnościowych, które Amerykanie tak bardzo chcą widzieć u fundamentów własnej konstytucji i państwowości. Nie można przecież zapominać, że Stany Zjednoczone kształtował także żywioł Dzikiego Zachodu i bezwzględna obrona własnych interesów. Również działania owiane hipokryzją purytańskiej podwójnej moralności.

Bohaterowie narodowi? To także alternatywa dla Waszyngtona czy Lincolna: awanturnicy – rewolwerowcy, w rodzaju Billy’ego the Kida, Wild Billa Hicocka, Calamity Jane, Sundance Kida… i wielu innych wybitnych bandytów.  Nota bene te dwuznaczne legendy eksploatuje się dziś na Zachodzie (nie tylko w turystyce)  w sposób niewiarygodny, najczęściej komercyjno-tandetny.
Dalej: eksterminatorzy Indian w rodzaju generała Custera, Kita Carsona; czy też gangsterzy, wśród których prym wiedzie Al Capone (do dzisiaj w Chicago wystawia się show zauroczony epoką gangsteryzmu) lub ewidentnie już mitologiczny i uromantyczniony po dziurki w nosie Ojciec Chrzestny Don Vito Corleone.

greydot

W Stanach Zjednoczonych często deklarowano i przejawiano dążność do ograniczenia roli rządu i państwa do minimum. Propagowano więc nic innego, jak liberalizm ekonomiczno – polityczny mający swe źródło w XVIII-wiecznej doktrynie ekonomicznej głoszącej swobodę walki konkurencyjnej, wolnej od ingerencji państwa. A to przecież zasada wolnego rynku (z grubsza biorąc). Jednak w praktyce różnie się to sprawdzało, z czego konsekwencjami trzeba się było co jakiś czas liczyć (np. z ogromnym rozrostem machiny biurokratycznej).
Niejednokrotnie administracja amerykańska zapędzała się przez to w ślepy zaułek. Mianowicie zdarzały się w historii tego kraju momenty, kiedy wydawało się, iż bez silnego rządu i konsekwentnego egzekwowania ustaw nie ma szans na wyjście z kryzysu i uporanie się z najbardziej palącymi problemami socjalnymi i gospodarczymi. A to oznaczało przyjęcie państwowego interwencjonizmu, w samej swej istocie sprzecznego z liberalnym instynktem.
Tak było po wojnie secesyjnej, kiedy rekonstrukcja kraju potrzebowała zdecydowanej postawy silnego rządu.

Podobna sytuacja zaistniała też na początku XX wieku, gdy budowa amerykańskiego imperium wymagała kompromisu między poszanowaniem siły roboczej (czyli masy społeczeństwa) a budową kapitału i rozwojem wielkich korporacji. Republikanin Theodor Roosevelt wypowiedział wojnę trustom (niektórym), zagroził prywatyzacją kopalń, powołał do życia Ministerstwo Pracy i Handlu, mające za zadanie regulację i kontrolę przedsiębiorstw o zasięgu krajowym (co jednak bez poparcia finansjery z Wall Street nie byłoby możliwe). Za jego to prezydentury umocniły się też związki zawodowe, które „Teddy Bear” uznał za przeciwwagę dla hegemonistycznych skłonności wielkiego kapitału i niebezpieczeństw związanych z jego nadmierną koncentracją.

Jak wiemy, z największym kryzysem w dziejach kraju musiał się porać Franklin Dylano Roosevelt (demokrata), co wiązało się z koniecznością gruntownej reformy systemu bankowego oraz silnej ingerencji w gospodarkę rynkową. Skutkiem tego była regulacja poziomu produkcji i cen, tworzenie kodeksu pracy, systemu zabezpieczeń społecznych… etc. To właśnie w latach 30. Stany Zjednoczone nabyły najwięcej cech państwa socjalnego (było to oczywiście głównie konsekwencją Wielkiego Kryzysu), co do dzisiaj jest jednym z rysów w charakterze tego kraju (vide: social security i tzw. welfare – czyli system opieki społecznej).
Owe tendencje do ograniczania roli państwa z jednej strony i rozszerzania z drugiej, przejawiają się zresztą stale w rywalizacji dwóch amerykańskich partii: demokratycznej i republikańskiej. Tej pierwszej tradycyjnie przypisuje się skłonność do wzmacniania roli egzekutywy (co podbudowuje państwo socjalne); drugiej – redukcję rządu i umniejszanie roli państwa w sterowaniu życiem gospodarczym kraju (wiąże się to oczywiście z ograniczeniem kontroli nad Ameryką korporacyjną, co jest, moim zdaniem, jednym z głównych motywów takiej postawy politycznej).
Co ciekawe i paradoksalne (jednakże tylko z pozoru), demokraci uznawani są za bardziej liberalnych w swych postawach obyczajowych, republikanie zaś – za bardziej konserwatywnych. Choć kto tu jest bardziej moralny i uczciwy? – jeden Pan Bóg raczy wiedzieć.

greydot

Również i w Polsce toczy się od jakiegoś czasu debata na temat liberalizmu zarówno ekonomicznego, jak i kulturowego, która jednak przypomina niestety rozwieszanie gruszek na wierzbie. Naszym rodakom w kraju – jak na razie – liberalizm gospodarczy kojarzy się w większości z powiązaniami mafijnymi, grabieżą i ekonomicznym rozbojem, zaś kulturowy – po prostu z odrzuceniem jakichkolwiek zasad moralnych i lekceważeniem wszelkich kanonów estetycznych.
Batalia o kulturę Polaków idzie więc dość topornie. I to zarówno jeśli chodzi o obyczajowość, robienie interesów, jak i kulturę i sztukę. Doszło do polaryzacji społeczeństwa w stopniu, który niesamowicie utrudnia – jeśli wręcz nie uniemożliwia – wzajemne zrozumienie. Mam wrażenie, iż Polacy żyją w wielu różnych światach, a solidarność społeczna, która ongiś doprowadziła do upadku PRL-u,  jest już śpiewką z innej bajki. Nawet jeśli rodacy dyskutują, to tak, jakby siebie wzajem nie słyszeli, co sprawia, że z obu stron płynie monolog, a wszystko ginie w ogólnym swarze i zgiełku. Głosy mądre i rozsądne gdzieś w tej wrzawie giną, pozostając bez odzewu i konsekwencji. Jak w takich warunkach mówić o problemie liberalizacji czy konserwatyzmu? Wydaje się, że aby podobne dylematy rozstrzygać, społeczeństwo musi być dojrzałe, a co najmniej dorosłe.

Przykładem krajowych nieporozumień w walce o dobre obyczaje może być choćby wybuchający co jakiś czas w Polsce spór o goliznę.  Nawet takie szacowne wydawałoby się pismo jak „Tygodnik Powszechny”, nie ustrzega się przed dziecinną polemiką. Przypomina mi się tu pewien epizod sprzed wielu lat, kiedy jeszcze jednym z felietonistów „TP” był Stanisław Lem. Otóż w jednym z numerów Tygodnika znalazł się jego tekst, któremu chyba trudno byłoby nie przyznać słuszności. Lem wskazał na istniejące wtedy (a były to czasy większego wpływu chadecji i partii deklarujących przywiązanie do tzw. „wartości chrześcijańskich”) zagrożenie wspierania cnoty przymusem, twierdząc a propos odbywającej się wówczas walki z golizną, że on w Krakowie żadnej pornografii nie widział, ponieważ nigdy jej nie szukał. Możemy też przeczytać rozsądne słowa: „Siła cnoty jest to siła płynąca z sumienia, a nie siła strachu przed pikietami, policją albo sądem. W dziedzinie obyczajowości nie może demokracja tworzyć ani zakazów wymuszanych strachem przed karą lub jakimś podpaleniem, ani przed możliwością grzechu bronić siłą. Cnota wymuszona siłą nie jest żadną cnotą, jest jedynie efektem strachu”.

Następnie Lem wyraził przypuszczenie, że pewnie mu się przyjdzie z „Tygodnikiem Powszechnym” pożegnać. (Moim zdaniem ta obawa miała chyba jednak inne przesłanki, jak chociażby zadeklarowany ateizm autora współpracującego z pismem, jakby nie było, katolickim).
Tydzień później na tych samych łamach znalazłem tekst Józefy Hennelowej, która pisze, że owszem, cnota nie może być wymuszona ani zadekretowana, ale zaraz potem dodaje, że podoba się jej, „iż ludzie zaczynają mówić: ‘nie zgadzam się, by mnie i moim dzieciom narzucano okazję oglądania świństw, tak jak nie zgadzam się by pijak klął w tramwaju, cham pluł na posadzkę publicznego urzędu, barbarzyńska grupa wyrostków hałasowała nocą pod oknami osiedla’. Ba, w Singapurze np. płaci się mandat za zapalenie papierosa na ulicy albo publiczne całowanie ukochanej – ale jakoś nie jest to kraj terroru”.

Zupełnie mi to nie przystaje do wypowiedzi Lema, tak jakby pani Hennelowa w ogóle nie zrozumiała (lub nie chciała zrozumieć) tego, co miał Lem na myśli. O czym innym pisał Lem, o czym innym Hennelowa i trudno jej odpowiedź uznać za polemikę. (Nawiasem mówiąc, kraj w którym za publiczne całowanie ukochanej grozi mandat, jest dla mnie krajem terroru.)

W jednym wszak miejscu trudno mi się ze Stanisławem Lemem zgodzić. Kiedy pisze, że „szantażowanie lub siłowe powstrzymywanie od aktów rozwiązłych jest pierwszym krokiem na drodze do fundamentalizmu, do dyktatury, do cenzury, do kolejnego obcinania indywidualnych swobód”, to brzmi to tak złowieszczo, że trudno nam oponować; lecz kiedy zaraz potem dodaje: „… aż przychodzi czas czadorów, kamienowania i podkładania ognia, ponieważ, jak zostało powiedziane, tam gdzie pierwej palą książki, potem palą ludzi” – to mamy wrażenie, że jest to jednak pewna przesada. Czadory, stosy i kamienowanie w Polsce?
Rozumując w ten sposób, można dojść do wniosku, że zakaz publicznego obnażania się po pewnym czasie doprowadzi do rzezi niewiniątek w saunach i klubach zdrowia. Mimo wszystko, nikt z nas nie życzy sobie, by jakiś osobnik rozwierając poły płaszcza wymachiwał przed nami swym przyrodzeniem . Jest to „akt rozwiązły” i wszyscy raczej jednomyślnie zgadzamy się, żeby podobna obscena była zabroniona prawem.
Przykład to dość toporny, ale wykazuje, że jednak są jakieś granice tzw. przyzwoitości, które prawo winno regulować, więc i powstrzymywać kogoś przed ich przekraczaniem siłowo. Warto się tu jednak oprzeć na zdrowym rozsądku.

Swego czasu wybuchł w Polsce skandal po transmisji jednego z odcinków tzw. reality show, jakim jest „Wielki Brat”, w którym pokazano kopulację, choć bynajmniej nie był to program pornograficzny, a raczej oglądany przez wszystkie grupy wiekowe. Moim zdaniem skandalem był już sam pomysł „Big Brothera”, by z ludzi robić doświadczalne myszki, które głupieją od podniesionego do n-tej potęgi ekshibicjonizmu. Innym przejawem durnoty i chamstwa było rozwieszenie w owym czasie w Krakowie obscenicznych plakatów, przedstawiających w sodomicznej pozie dwóch kandydatów do władz miejskich. Za jeden i drugi wybryk przyszło ich sprawcom słono zapłacić i raczej wszyscy musimy przyznać, że nie miało to zgoła nic wspólnego z brakiem tolerancji i zamachem na wolność, a po prostu z obroną dobrych obyczajów i elementarnej przyzwoitości.

greydot

Radykałowie jednej epoki zamieniają się w konserwatystów następnej – co zauważył już Mark Twain. A liberałowie mają dość ich spraw i wrzasków: chcą mieć święty spokój i wychodzą z sali, w której rozgorzała bójka różnych stronnictw.
Czy jest to potwierdzenie słabości? Czy też gest mądry, wyniesienie się ponad zapiekły rozgardiasz?
Liberałowie to słabeusze – stwierdził kiedyś generał Jaruzelski. Choć oczywiście tolerancja niekoniecznie oznaczać może słabość, to prawdą jest również, że ludzie o mocno ugruntowanych i wyraźnych poglądach nie są skorzy do pobłażliwości. Niektórzy uważają, że nie po to wykuwali swe „cnoty”, by tolerować „miękkość i rozchwianie” (w ich mniemaniu) innych. A jeśli decydują się na pewną wyrozumiałość, to głównie po to, by utwierdzić się we własnej moralnej wyższości. Najgorzej jest jednak wtedy, gdy za konserwatystę uzna się ktoś ograniczony, własny prymitywizm poglądowy biorąc za twardość przekonań. Często w ten właśnie sposób ukrywa się własne wewnętrzne rozmamłanie i rozchwianie, nadrabiając miną nieprzejednanego pewniaka. Nic bardziej irytującego.

Wydaje mi się, że wszystkie te dylematy powstające dzisiaj na styku „przyzwolenie i zakaz” doprowadziły do powstania pewnej specyficznej grupy kunktatorów – ludzi, którzy są „za a nawet przeciw”: kurioza typu „liberalny konserwatysta” (ewentualnie „konserwatywny liberał”).

greydot

To prawda, że pobłażając innym, często podświadomie spodziewamy się pobłażliwości dla nas samych. To rodzaj asekuracji. Pewien człowiek, nie cechujący się raczej wielkim rygoryzmem moralnym (wobec siebie), upodobał sobie cytat z Flauberta (przytaczany przez Camusa w jego notatnikach): „Zdechłbym ze śmiechu na widok człowieka, który sądzi innego człowieka, gdyby nie budził we mnie litości”.
A co na to sędziowie i prokuratorzy?

greydot

Rzadko się spotyka tak podniosłą pochwałę liberalizmu, jaką wygłosił kiedyś Jose Ortega y Gasset: „Liberalizm jest najwyższą formą hojności i wspaniałomyślności. To prawo jakie większość przyznaje mniejszości. Dlatego uznać go należy najbardziej szlachetnym hasłem, jakie kiedykolwiek zabrzmiało na tej planecie”.
Brzmi owo zawołanie pięknie, ale tak naprawdę jest tylko dowodem na to, że trzeba studzić gorączkę przy natchnieniu.

greydot

Zaskakujące jest, że łatwiej nam chyba wyobrazić sobie państwo skrajnie totalitarne, niż absolutnie liberalne. Nie bez wpływu na to jest dziejowe doświadczenie i nasza znajomość XX-wiecznej historii. Terror faszystowskiego czy komunistycznego totalizmu był przez wiele lat jak najbardziej twardą i okrutną rzeczywistością – czyli funkcjonował! – zaś na totalnym przyzwoleniu nigdy żadnego państwa nie zbudowano, mimo rojeń anarchistów i dość groteskowych pseudo-filozoficznych libertyńskich szaleństw.
Nie zbudowano – gdyż jest to niemożliwe.

greydot

LITERACKIE ROJENIA I PRAWDZIWE TRUPY (o książce Stefana Chwina „Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni”)

*

*

Śmierć jest nie tylko nieunikniona, ona jest przede wszystkim możliwa: każdy z nas może się zabić. Chwin w swoim obszernym eseju o samobójstwie posuwa się do stwierdzenia wręcz radykalnego. Oto wyznaje, że przekonany jest o tym, iż istnieją sytuacje, w których samobójstwo popełniłby każdy: „jeśli nie popełniamy go, to tylko dlatego, że jeszcze nie znaleźliśmy się w takiej sytuacji”. W pierwszym momencie, ulegając zapewne sugestii pomyślałem, że to może być prawda, ale po pewnym namyśle uznałem, że mogę na to odpowiedzieć słowami samego Chwina: „Tymczasem nie jest to takie pewne”, (który w ten sposób wyraził wątpliwość w to, że „zdrowa” większość ludzi „z definicji” popełnić samobójstwa raczej nie może).
Drugi ważny motyw, który niejako wyznacza moje podejście do książki Chwina (przy okazji ją definiując), zawiera się natomiast w takim oto fragmencie: „Powiedzmy od razu: świat wewnętrzny samobójców artystów i bohaterów literackich, którzy do samobójstwa się zbliżyli bądź je popełnili, tylko w pewnym stopniu pokrywa się ze światem wewnętrznym ‚zwykłego samobójcy’, którego życiem duchowym zajmuje się psychologia i psychiatria. (…) W świetle standardowej wiedzy psychologicznej filozoficzni samobójcy (np. z powieści Dostojewskiego) mogą się wydać całkowicie ‚wymyślonymi’ istotami nie z tej ziemi. Dla literatury jednak psychologiczne prawdopodobieństwo obrazu samobójstwa zwykle nie jest sprawą najważniejszą.”

Tak więc autor „Samobójstwa jako doświadczenia wyobraźni” sam przyznaje (stwierdzając to explicite), że przypadki samobójstw „artystów i bohaterów literackich”, które rozważa on w swojej książce, z tzw. rzeczywistością nie muszą mieć wiele wspólnego i że psychologia tych postaci jest cokolwiek naciągana, (czyli, jednym słowem: niewiarygodna). A my możemy z tego wyciągnąć wniosek, że w takim razie motywacje suicydalne tychże „bohaterów” są właściwie tylko literackimi rojeniami, (co zresztą można już wyczytać z samego tytułu książki). Innymi słowy: są to ledwie fantasmagorie zrodzone z ludzkiej imaginacji i jako takie mogą budzić nasze wątpliwości i podejrzliwość, jak również sceptycyzm co do ich życiowej wiarygodności, a tym samym realnej wagi.

Jeszcze dobitniej ów rozdźwięk między wyimaginowaną fikcją a praktyczną rzeczywistością zaznacza Chwin na samym początku swojej pracy: „Dodam też, że samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni artystycznej jest zwykle niepodobne do samobójstw w życiu i warto o tym pamiętać. Samobójstwo w życiu jest zawsze odpychające i bardzo bolesne. W sztuce jest ono zawsze ‚piękną śmiercią’, nawet jeśli budzi odrazę, lęk i przerażenie, bo sztuka wszystko zamienia w sztukę.”
Jednakże – i jest to moim zdaniem rzecz godna uwagi – na ponad 500 stronach książki, te dwa małe fragmenty są w zasadzie jedynym rzeczowym i bezpośrednim odwołaniem się do rozsądku w Chwinowych rozważaniach o samobójstwie. Reszta tekstu przebiega tak, jakby autor o tym na dobre (czy też raczej „na złe”) zapomniał, brodząc w chorobliwych fantazmatach zabijania samego siebie (to prawda: piszę „chorobliwych” stosując perspektywę medycznej suicydalnej prewencji).
Mało tego. W ostatnim, podsumowującym rozdziale książki Chwin zaznacza: „Nasza pewność, że ‚my na pewno czegoś takiego nie zrobimy’, oparta jest na krzepiących złudzeniach. Żyjemy tylko dlatego, że los nas jeszcze nie wrzucił w takie ‚miejsce’. O takich ‚miejscach’ sporo potrafią powiedzieć sztuka i literatura, i niektóre z takich miejsc, poprzez literaturę i sztukę rozpoznawanych, próbowałem w tej książce opisać.”

Ja widzę w tym spory dysonans i ambiwalencję: z jednej strony bowiem Chwin pisze, że motywacje i argumentacja samobójców-artystów z prawdziwym życiem nie mają wiele wspólnego (będąc przede wszystkim produktem wyobraźni czyli de facto urojeniem), z drugiej jednak oświadcza, że mogą nam one sporo o tych suicydo-gennych „miejscach” powiedzieć. Czy to ostatnie stwierdzenie nie jest przypadkiem mimowolnym wyznaniem credo przez pisarza, który literaturę i sztukę traktuje jako bardziej realną, niż samą rzeczywistość (czyli tę, w której żyją zwykli, a używając sartre’owskiego określenia – „banalni”, przeciętni ludzi, wliczając w to psychologów i psychiatrów)? Jeszcze mocniej potwierdza to jeden z ostatnich akapitów książki, wspomnianą ambiwalencję bardziej nawet zapętlając: „Większość teorii samobójstwa zakłada, że samobójstwo jest skutkiem poznawczego błędu i emocjonalnej nierównowagi samobójcy. Że samobójca myli się w rozpoznaniach swojej realnej sytuacji i właśnie dlatego się zabija. Że ma fałszywy, zdeformowany  obraz rzeczywistości i ten fałszywy, zdeformowany obraz popycha go w śmierć. Że nie widzi świata takim, jaki jest naprawdę, to znaczy nie widzi go tak, jak my – ‚zdrowi’ – go widzimy. Tymczasem bywa i tak, że samobójca wcale się nie myli w swoich rozpoznaniach. Więcej: że zabija się właśnie dlatego, że wcale się nie myli. Po prostu w jakiejś chwili spostrzega to, co w ludzkim losie jest naprawdę nie do zniesienia, a czego my wolimy nie dostrzegać. Właśnie wtedy staje się samobójcą ‚egzystencjalnym’. Odrzuca życie dlatego, że uznaje kondycję ludzką na Ziemi za ‚nieuleczalną’.”

Należy zwrócić uwagę, że to co pisze Chwin jest równoznaczne z przyznaniem rację temu, kto kondycję ludzką uznaje za coś, co jest „nieuleczalne”. A jest to nic innego jak uznanie samego życia człowieka za pewnego rodzaju chorobę. Wygląda więc na to, że taki jest również pogląd samego Chwina (skoro pisze on, że jeśli ktoś w ten sposób postrzega życie, to „wcale się nie myli” i że w ludzkim losie jest coś „naprawdę nie do zniesienia”). A jest to pogląd – mimo że skrywany – na wskroś pesymistyczny, którego ja osobiście nie podzielam. Dlatego mam pretensje do Chwina, że pod pozorem obiektywnego studium „samobójstwa jako doświadczenia wyobraźni”, zatruwa on czytelnika kulturowym depresantem, budując wokół niego świat z obrazów nie do zniesienie, wsączając mu w duszę autodestrukcyjne jady i – napawając się ich walorem literacko-artystycznym – wciąga go w urojone światy samobójczych fantasmagorii, babrając się w przeróżnych samobójczych miazmatach.

Choć rzeczywiście jest to wina nie tyle samego Chwina, co literacko-artystycznej wyobraźni, którą nam on w swojej książce przedstawia i analizuje. Trudno mi tu zresztą mówić o winie, gdyż odczuwam jednak pewien opór przed przystawianiem do literatury i sztuki etycznej miarki, bo pisarz wcale nie musi być moralizatorem (choć zwykle bywa moralizatorem ukrytym.) Czy jednak mam się wzbraniać w tym kontekście przed określeniem własnego stosunku do samobójstwa oraz jego „nadbudowy kulturowej” jaką się ten radykalny aktu ludzkiej woli (?) obwarowuje i otacza, szukając powodów, argumentów i motywów (usprawiedliwień?) tego, że człowiek decyduje się zabić samego siebie?

Nie będę ukrywał, że mój stosunek do samobójstwa wpływał na odbiór tego, co zawarł w swojej książce Chwin. Czy mogło być jednak inaczej? Czy to, jak odbieramy literaturę, nie zależy od tego, jakie są nasze poglądy, system etyczny, który przyjęliśmy (wyznajemy), od naszej konstrukcji psychicznej wreszcie? Po co udawać, że tak nie jest? Obwieszczanie wszem i wobec tego, że jesteśmy obiektywni i że nikogo i niczego nie oceniamy, jest zmyłką… zmyłką innych, a często i samego siebie.

Tak, każdy człowiek może się zabić. A czy ma do tego prawo? Nie wiem. To zależy od tego, przez kogo to prawo jest ustalane. Jeśli w naturze istnieją samobójstwa, to świadczy o tym, że natura na to „przyzwala” (czyli istnieje w niej takie prawo – bo przecież nic nie może się stać w naszym świecie wbrew prawom przyrody).
Jeśli zależałoby to ode mnie, to takie prawo do zabicia się człowiekowi bym przyznał (czy też – jeśli już takie prawo człowiek ma – to bym mu go nie odbierał). Wprawdzie nie wiem, czy samobójstwo jest (może być?) aktem wolnej woli, ale wiem, że istnieją sytuacje, kiedy śmierć staje się dla człowieka wybawieniem i ulgą, wydaje się jedyną drogą „wyjścia”, czy też raczej ucieczki. I choć samobójstwo zawsze jest wyrazem skrajnego egoizmu, to według mnie te sytuacje człowieka (decydującego się na przerwanie swojego życia) usprawiedliwiają.

Stefan Chwin na karty swojej książki przywołuje cały szereg samobójców, ale skupia się na przypadkach niejako „klasycznych”, mocno zakorzenionych w literaturze, sztuce i mitologii. Są to m. inn. Kiryłłow z „Biesów” Dostojewskiego, Józef K. z „Procesu” Kafki, Lukrecja, Ofelia… Także sami pisarze (stanowiąc zresztą w eseju tym pewną nad-reprezentację): Jerzy Kosiński, Aleksander Wat, Stanisław Ignacy Witkiewicz, Rafał Wojaczek, Sylwia Plath, Mishima… Nawiązuje też do motywu samobójstwa w malarstwie (choć dość wyrywkowo i wybiórczo). Na samym początku mamy zaś ikonę wisielca – Judasza, która w całej judeo-chrześcijańskiej kulturze europejskiej odcisnęła piętno penalizacji samobójstwa, jako czynu nikczemnego, tchórzliwego, złego… (w opozycji choćby do kultury antyku, gdzie samounicestwienie się było niekiedy aktem chwalebnym, heroicznym i godnym, czasem nawet wzniosłym i pożądanym, co w końcu przejął w Europie etos romantyczny w postaci tzw. samobójstwa altruistycznego, które zresztą zawsze kołatało się pod skórą chrześcijańskiej mitologii kreującej kult poświęcających się dla społeczności męczenników).

Samobójca samobójcy nierówny, metafory życia – jego podtrzymywania, afirmacji albo unicestwiania – są niewyczerpane. Zawsze samobójstwo wpisane jest w swój kontekst kulturowy – nie jest więc żadnym niezmiennym toposem. I jednak każde samobójstwo jest inne i (nomen omen) niepowtarzalne – tak jak inny i niepowtarzalny jest każdy człowiek.
Zdawałem sobie z tego sprawę czytając traktat Chwina i pewnie dlatego nie dziwiłem się, kiedy do pewnego rodzaju samobójców czułem coś w rodzaju idiosynkrazji (choć raczej nigdy nie było w tym potępienia), innych zaś obdarzałem współczuciem. Jedni irytowali mnie swą dziwaczną pozą i rojeniami, wydumaną pseudo-filozofią, snuciem bzdurnych sofizmatów, które przybierały formę zwykłej… no cóż… głupoty. Natomiast u innych wyczuwałem ból prawdziwy i przejmujące na wskroś cierpienie, widziałem rozpacz, na którą zostali skazani przez sytuację i okoliczności, wtrąceni do piekła niewyobrażalnych mąk i czarnej beznadziei.
Teraz spostrzegam, że te pierwsze – budzące moją rezerwę i niechęć samobójstwa – należą do samobójstw „egzystencjalnych” (tu odwołuję się do klasyfikacji zastosowanej przez samego Chwina), natomiast te drugie – do tzw. „interakcyjnych”. Pierwsze odnoszą się do postawy jaką przyjmuje wobec świata i życia sam samobójca (odbierając życie jako „obrzydliwy” przymus bezzasadnego istnienia, a świat za coś immanentnie dla człowieka wrogiego – miejsce, w którym istota ludzka czuje się kimś obcym, wyalienowanym, więc jej samounicestwienie się jest wyrazem radykalnej niezgody na istnienie). Drugie są skutkiem dramatycznej, niefortunnej i tragicznej sytuacji życiowej, w jakiej znalazł się człowiek; rezultatem okoliczności wynikających z tzw. „zrządzeń” losu, na które nie mamy w zasadzie żadnego wpływu. Pierwsze wynikają z pobudek filozoficznych i światopoglądowych, mając bardziej charakter konceptualny, intelektualny i mentalny, czyli właśnie „wyobrażony” (by nie rzec „urojony”). Drugie odwołują się do praktyki i realiów życia, są więc czymś utylitarnym i empirycznym, naocznym i namacalnym – konkretnym i „niewymyślonym” (a przez to może bardziej dla nas rzeczywistym i zrozumiałym?)
To dlatego, kiedy czytałem o sposobie w jaki postrzega wszystko Roquentin, bohater sartre’owskich „Mdłości”, (dla którego każdy byt, a zwłaszcza człowiek, jest właśnie „obrzydliwością”, czymś w rodzaju samo powielającego się nowotworu), albo zaznajamiałem się z nader pokrętną i fantasmagoryczną filozofią Kiryłłowa, (który zabija się, bo uważa to za najwyższą manifestację własnej woli, za jedyny sposób na wyrwanie się z matni natury, jaka nim zawładnęła; za ucieczkę od życia będącego niczym innym jak swego rodzaju „szatańską farsą” wyreżyserowaną przez złego/złośliwego demiurga – i zabijając się chce osiągnąć tylko ten jeden orgazmistyczny moment absolutnej wolności, w którym jego ciało ulec ma swoistemu „przebóstwieniu”), to mnie to nużyło a nawet zniesmaczało, jeśli nie śmieszyło, to zadziwiało, tudzież niebezpiecznie prowadziło w pobliże konstatacji, że oto mam do czynienia z jakimś humbugiem i bzdurą (i nie powstrzymał mnie przed tym fakt, że firmowane to było takimi tuzami intelektu i literatury, jak Dostojewski i Sartre – choć oczywiście niekoniecznie oni sami się z taką postawą utożsamiali czy też ją aprobowali).
Z kolei, kiedy Chwin przypominał mękę chorego Wata, albo całą tę – obnażoną do nagiego nerwu – jaskrawość bolesną Stachury, czy też ból udręczonego nadwrażliwością Van Gogha, to ogarniało mnie dogłębne współczucie. Byłem pewien, że jedynym skutecznym ukojeniem dla tych nieszczęśników jest jednak śmierć.
Podobnie było z Sylvią Plath, Virginią Woolf… może także z Rafałem Wojaczkiem, choć ten ostatni nie uwolnił się jednak moim zdaniem od pozy. Większą rezerwę czułem do Mishimy (zawsze drażnił mnie ten jego patos i narcystyczna megalomania), także do Witkacego, którego wybitność – błyskotliwa inteligencja i rozliczne talenty – przytłoczona chyba jednak została przez eksces, wygłup i – co tu kryć – dziwactwo. Ujął mnie natomiast Gombrowicz, który wychodząc od mało (dla mnie) przekonujących dywagacji egzystencjalnych motywujących samobójstwo (dość kuriozalna metafora „człowieka-samobójcy-skorpiona”), doszedł do „ludzkiego” argumentu, że horror fizycznego doświadczenia, jakim jest ból nieznośny i nieprzemijający doznawany przez ciało, może tylko przerwać tego ciała unicestwienie, czyli śmierć.

Tak więc, nawet jeśli skutek samobójstwa zawsze jest taki sam (śmierć człowieka), to same samobójstwa mają nieskończenie wiele faset – tak jak nieprzebrana w swoim zróżnicowaniu i bogactwie jest rzeczywistość egzystencjalna i kulturowa, którą człowiek jest otoczony i… jaką sam poniekąd stwarza. I ta ostatnia możliwość jest według mnie bardzo (zwłaszcza w rozważaniach o samobójstwie) istotna.

Jak już zwróciłem uwagę, Stefan Chwin, zajmując się samobójstwem jako „doświadczeniem wyobraźni”, pisze w jednym miejscu, że z prawdziwym życiem nie ma ono wiele wspólnego, by zaraz potem zaznaczyć, że literatura i sztuka rozpoznają jednak te „miejsca” i sytuacje, które powodują, że człowiek się zabija. (Problem w tym, że częściej te „miejsca” i sytuacje kreują, niż rozpoznają – o czym świadczy w zasadzie cała rozprawa Chwina.)
Co to jest? Niekonsekwencja? Sprzeczność pozorna czy prawdziwa? A może wynika to po prostu z paradoksu całej ludzkiej kultury: sami tworzymy wokół nas rzeczywistość, która – mimo, że fikcyjna (fałszywa?) – oddziałowuje na nas całkiem realnie? Skoro tak, to mamy jednak władzę, by wpływać na nasz los, wybierać takie a nie inne wartości, decydować o tym co dobre a co złe, budować świat, w którym lepiej i pełniej nam się żyje… – a przynajmniej tak się zachowywać, jak byśmy taką władzę mieli. I choć jesteśmy w tym wszystkim ograniczeni czymś co nas przerasta i czego ani na jotę zmienić nie możemy (to ta olbrzymia czapa Wszechświata z jego żelaznymi prawami, które cały czas nad nami wiszą i którym w żaden sposób nie możemy się wymknąć), to jednak mamy wpływ na to, co stanowi naszą kulturę, czyli na naszą wyobraźnię – a tę można przecież formować, nadawać jej kształt i kierunek, wypełniać ją sensem. Dlaczego więc pchać się używając tej wyobraźni w destrukcję, albo (zwłaszcza) w autodestrukcję? Dlaczego wyobrażać sobie – a tym samym kreować – coś, co nas w końcu może zabić? Możliwe, iż życie samo w sobie nie jest dobrem absolutnym, ale przecież zawsze lepiej jest dla nas stanąć po jego stronie, zostać sojusznikiem vis vitalis – wybrać raczej jasność, a nie ciemność, sens a nie bezsens, cel a nie absurd, coś a nie nicość – nazwać złem to, co nas zabija, a dobrem to, co pozwala nam żyć. Bo to nieprawda, że nie mamy wyboru. Jeśli nie spadnie na nas miecz Damoklesa, jeśli nie przebije nas „pocisk zawistnego losu” – to cała reszta leży jednak w gestii naszej wyobraźni, czyli tam, gdzie ten wybór mamy.

Nie muszę się pytać Chwina, dlaczego do swoich szerokich rozważań, które ujął w dość opasłym tomie, wybrał temat samobójstwa. A nawet jeśli Chwin by takie pytanie usłyszał, to wcale nie miałby obowiązku na nie odpowiadać. Jednakże trudno byłoby czytając tę książkę nie uświadomić sobie tego, że dla autora samobójstwo jest czymś fascynującym. Że zanurza się on w tych wszystkich literacko-artystycznych obrazach „przygotowujących” śmierć (takiego określenia używa autor, choć moim zdaniem nie jest to „przygotowywanie” śmierci a raczej przygotowywanie zadania tej śmierci samemu sobie – co stanowi jednak dość istotną różnicę) i że robi to z pasją nie wolną chyba od pewnej masochistycznej przyjemności, mimo pozornego analitycznego chłodu i dystansu referenta, (któremu na szczęście udaje się zazwyczaj uniknąć akademickiej sztywności). Zapoznając się z traktatem Chwina, ciągle jednak odnosiłem wrażenie, że pisarz niejako bardziej jest po stronie śmiercionośnej przecież argumentacji samobójczej, niż tej, która wybiera życie. Że gotów jest się zgodzić z tym, że życie nie ma w sobie żadnego majestatu i że tego majestatu pozbawiona jest także każda śmierć. Tylko w jednym jedynym zdaniu, bardzo zresztą dwuznacznie brzmiącym, zdobywa się on na pewną deklarację sugerującą sprzeciw i mającą w sobie jakieś ziarno oceny: „Nie interesuje mnie podporządkowywanie mojego wywodu intencji ‚zapobiegania samobójstwom’, którą zresztą jak najgłębiej pochwalam.” Mnie osobiście to oświadczenie nie bardzo przekonywuje – wydaje mi się być ono cokolwiek wymuszone i wyrażone tylko gwoli dydaktycznej poprawności. Bo skoro Chwin zapobieganie samobójstwu „jak najgłębiej pochwala”, to dlaczego nie czuć tego zupełnie w tym, co o samobójczej wyobraźni pisze? (A wręcz czuć jest coś wprost przeciwnego?) I nie chodzi mi tu o to, by Chwin uraczył nas moralitetem, by wykazał się jakimś wyrażonym wprost i jednoznacznie stosunkiem taksującym (ani tym bardziej kondemnującym) samobójców, a o pewną „podskórną”, wyczuwaną intuicyjnie przez czytelnika, po(d)stawę etyczną pisarza, (do zasygnowania której wcale się nie musi wchodzić w skórę moralizatora).

Czcze „filozofowanie” na temat samobójstwa, rojenie sobie suicydalnych fantazmatów, okupowanie własnej wyobraźni chorobliwymi a podniecającymi tanatycznie obrazami zabijania siebie samego, wydaje mi się mieć w sobie coś „nieludzkiego”, z gruntu niedobrego (zwłaszcza w konfrontacji z pragnieniem trzymania się życia za wszelką cenę, które często spotyka się u ludzi cierpiących, „skazanych” na śmierć przez chorobę, dotkniętym jakimś prawdziwym nieszczęściem, wypadkiem czy kalectwem – rzeczywistym już a nie urojonym). To zaś, czym zajmuje się Chwin, przypomina mi coś w rodzaju pornografii autodestrukcji. I moim zdaniem lepiej by było, gdyby to poza literaturę i sztukę nie wychodziło. Ale jednak wychodzi. Bo nawet jeśli w literaturze uchodzi bawienie się w „być albo nie być”, „zabójcze” rojenie sobie tego i owego, to przenoszenie owych fikcji do życia, może już niestety zapachnieć prawdziwym trupem.

Ktoś, kto kocha i jest kochany, kto czuje się lub może się czuć szczęśliwy – samobójstwa nie popełni nigdy.  Ktoś, kto jest „zakorzeniony” w życiu – w świecie będącym dla niego nieustannym źródłem zaciekawienia i fascynacji – ten nie będzie dążył do unicestwienia samego siebie. Ktoś, kto potrafi zbliżyć się do ludzi, czuje się w ich otoczeniu dobrze, robi coś, co jest pożyteczne dla wszystkich, (czyli ktoś, kto identyfikuje się z ludzką wspólnotą i jest z nią związany) wcale nie będzie chciał się zabijać. Czy nie warto więc się starać, by taki pożądany stan osiągnąć, odrzucając tym samym wszelkie fantasmagorie, które wabią nas w pułapkę, gdzie jedynym wyjściem wydaje się zaciśnięcie pętli sznura na szyi, podcięcie sobie żył czy rzucenie się w przepaść? To nieprawda, że zabicie się jest przejawem naszej wolności. I choć wydaje się czasem aktem wielkiej odwagi, to najczęściej podszyte jest jednak strachem (nie bez kozery uważane jest wtedy za tchórzostwo). Wykorzystując naszą wyobraźnię, powinniśmy dążyć do afirmacji życia, a unikać tego co nas ciągnie ku śmierci. Jeśli to tylko od nas zależy – pozostańmy żywymi.

A kiedy by już od nas zależeć nie mogło… to od takiej sytuacji (bez wyjścia) uchowaj nas Boże.

* * *

KOSMOPOLAK – ZAWIEDZIONY KOCHANEK EUROPY (Andrzej Bobkowski, „Szkice piórkiem”)

Bobkowski od dłuższego czasu leżał na moim biurku. Wracałem do niego raz po raz. Aż pewnego razu porwała mnie jego szalona i pełna życia jazda rowerem po południowej Francji, Lazurowym Wybrzeżu i alpejskich górach, która miała miejsce dokładnie w czasie, kiedy na całej Europie kładł się cień hitleryzmu i ludzi zaczęło ogarniać szaleństwo – ale raczej nie będące już afirmacją życia, a wręcz przeciwnie: siejące śmierć i zniszczenie.
Kiedy jednak Bobkowski dotarł do Paryża, miałem wrażenie, że z tych jego notatek uleciała para, finezja, ruch i bravado jazdy niemalże bez trzymanki. Lecz nie trwało to długo. Kiedy wyjechałem poza moje Wielkie Miasto (nota bene w miejsce niezbyt odległe od tego, w którym Bobkowski dokonał żywota), tam w ukropie tropiku i blisko dżungli chowałem się przed słońcem właśnie ze „Szkicami piórkiem” Bobkowskiego, który stał mi się towarzyszem na kilka długich dni. I wówczas jego zapiski znów nabrały tempa… może nie tyle karkołomnego, co… łamiącego głowę, a już na pewno pobudzającego mózg do ogarnięcia myśli oryginalnej, jeśli nie skrajnie indywidualistycznej.

A teraz próbuję od tego wszystkiego ochłonąć i uporządkować sobie w rozpalonej głowie to, czym obdarzył mnie i zainfekował ten „chuligan wolności”, jakim był bez wątpienia Andrzej Bobkowski – wielki nieobecny polskiej literatury.

Andrzej Bobkowski: „od Europy mnie odrzuciło”

*

CUDOWNE DZIECKO ROWERU (I PIÓRKA)

Pomysł, aby wielotygodniową rowerową eskapadę po Francji urządzić sobie akurat w czasie, gdy Niemcy zajmowały ten kraj i zaczęły praktycznie zagrażać nie tylko Europie, ale i całemu światu, wydawał się wariacki, ale w wykonaniu Bobkowskiego okazał się być genialny. Bowiem, dzięki temu, Bobkowski nie tylko przeżył najpiękniejsze dni swojego życia, ale zdołał stworzyć świetną literaturę, która mogłaby nigdy nie wydobyć się na powierzchnię, gdyby nie owe napięcia, doping i sprzężenia, jakie dostarczył pisarzowi ten właśnie czas, kiedy to kultura europejska stawała dęba.

Bobkowski, pisząc swoje „Szkice piórkiem” nie miał jeszcze trzydziestki (choć niejednokrotnie dał wyraz swojemu poczuciu dojrzałości, traktując np. dwudziestolatków jak „dzieciaki”), gdy więc pędził rowerem po francuskich drogach rozpierała go młodość, buzowały w nim hormony ale i nawiedzały myśli inteligenta – człowieka świadomego tego, iż oto rozwala się stary porządek, dziedzictwo kulturowe staje się śmiechu warte i wraz z jurnymi wojownikami germańskimi nadchodzi jedna wielka cywilizacyjna niewiadoma. To wszystko jednak nie mieściło mu się głowie (a komuż się wówczas mieściło?), szlag go trafiał na widok poddającej się bez walki Francji, więc pewnie dlatego kręcąc zawzięcie pedałami, zjeżdżając na „łeb na szyję” po stromych i wijących się górskich drogach, łapał w płuca powietrze oddychając swoją wolnością i upajając się chwilą, która pozwalała mu smakować życie w stanie czystym i niewyrafinowanym.

I jak to dobrze, że ten młody człowiek naczytał się wcześniej książek, a teraz wykorzystywał swoją wrażliwość na słowo pisane, tworząc np. coś takiego: „Obudziło mnie słońce. Weszło przez szpary w deskach i przekroiło mój pokoik na kilkanaście części. Wstałem, narąbałem drzewa i zagotowałem kawy. Potem wypakowałem swoje skarby i  umeblowałem się. Cieszę się każdym głupstwem, każdym rondelkiem, puszką, nożykiem. Układam starannie, a na widok aluminiowego talerzyka z cytryną, pomidorami i jajkami na tle kraciastej serwetki popadłem w zachwyt. Położyłem na to nożyk – nabrało życia i sensu. A gdy postawiłem obok tego małą solniczkę z zielonym czubkiem i kromkę chleba, stwierdziłem, że to już prawie przeżycie. Miałem ochotę malować. I to koniecznie tak, jak Cézanne.”

Andrzej Bobkowski – chuligan wolności na rowerze

Zastanawiam się teraz nad fenomenem prozy Bobkowskiego, zwłaszcza tej opisującej jazdę rowerem po południowej Francji i Alpach. Młodość – to raz. Kultura literacka, oczytanie – to dwa. Atletyzm i wigor – to trzy. Cézannowskie wyczucie rzeczywistości (to kubistyczne wręcz, twarde i substancjalne uchwycenie przedmiotów, zmysłowe „lepienie się” się do rzeczy, hiper-wyczulenie zwłaszcza na smak) – to cztery. Spostrzegawczość i gonitwa myśli – to pięć. Można tak chyba dalej, bo pisanie Bobkowskiego ma w sobie anarchistyczne bogactwo i niczym nieskrępowaną ekspresję. I oprócz hedonistycznej wrażliwości na zmysły – wielką umysłową sprawność.

Lecz tym co najbardziej porywa w tych zapiskach, jest zaraźliwy zew przygody – któż z nas nie chciałby, napędzany tylko wiatrem i własną energią, przeżyć takiej jazdy przez kraj pełen słońca, fig, oliwek, konfitur i wina… ; przez krainy i miejscowości o takich nazwach, jak Lazurowe Wybrzeże, Cannes, Monte Carlo, Nicea, Alpy… czy wreszcie po samym Paryżu? Mieć wszystko to, co do (prze)życia potrzebne w plecaku, rozbijać namiot na plaży, pod skałą lub na polance w lesie, spotykać życzliwych ludzi, zajadać się pysznościami z konserw i słoików, pływać do upojnego zmęczenia w morzu, patrzeć na gwiazdy i księżyc… – jednym słowem, doświadczyć w sobie prawdziwej radości życia, tej nagiej egzystencji nie zmąconej żadnym kulturowym smętkiem (choć tego ostatniego Bobkowski nigdy nie zdoła się pozbyć – i może dlatego życie krwiste i kościste, dotykalne i zmysłowe, staje się dzięki temu kontrastowi i zestawieniu pełne, choć nieco drapieżne?)

Szukam fragmentu, który mógłby oddać ów kinetyczno-duchowy „szwung” Bobkowskiego, który napędzał go w jeździe na rowerze oraz przy pisaniu kolejnych kartek z dziennika; jak również samą jazdę, kiedy Bobkowski ze swoim towarzyszem podróży Tadziem kładli się na swoich „wyścigowych kierownicach” wygodnie, „rozparci szeroko i pewnie”; oraz picie i smakowanie życia, nie tylko w drodze, ale i podczas postojów – po podróżnym wysiłku jazdy. Jest tego sporo. Może więc takie, pierwsze lepsze, z brzegu:
„Potem zjazd w dół – cudowny zjazd serpentynami wśród lasu. Przy dużej ilości serpentyn jest to po prostu tańcem na rozpędzonej maszynie. (…) Dojeżdżamy tak prawie aż nad wodę, na sam koniec cypla skalnego i zawracamy w lewo. Wpadamy znów w półmrok leśny. (…) Po chwili wylatujemy z lasu jak dwa pociski z lufy i wjeżdżamy na prosty kawałek drogi. Z lewej strony niewielka zatoka, z prawej jakaś wyspa z zameczkiem i cyprysami. Böcklin w świetle słońca. Koloryt wody jest zupełnie bajkowy: szafir, plamy seledynowe i jasnoniebieskie pasma posypane białymi grzywkami fal. Rozpętanie barw, zupełny obłęd.”(…)
„Tak przyjemnie być młodym i móc bezkarnie męczyć się dla przyjemności, męczyć się bez celu, dla radości życia.”
I jeszcze:
„W południe zatrzymujemy się nad rzeką, kąpiemy się i jemy. Słońce grzeje, wzrok gubi się w szczytach. Ogarnia mnie to typowe górskie lenistwo. Można leżeć godzinami, patrzeć, gryźć czekoladę z rodzynkami, palić. Można przestać być człowiekiem i stać się jakąś tak istotą jednokomórkową, amebą lub planktonem.” (…)
„Zapadła noc, na niebo wyszedł jasny księżyc. Jest zupełnie widno, cisza, lekki plusk morza. Rozkładamy koc na piasku, z małej walizeczki Tadzia robimy stół i jemy. Tej kolacji chyba nigdy nie zapomnę. Noc ciepła i jasna, srebrzysto-popielaty piasek i staniolowe morze. Apetyt. Nieopisana rozkosz, bezmyślna i zdrowa. Piękno nie porusza tu żadnych wspomnień, nie kojarzy się z niczym – ani z muzyką, ani z poezją. Jest pięknem, które się je tak samo, jak te sadzone jajka ze szpinakiem z puszki i zapija szklanką czerwonego wina. (…) Tutaj piękno jest; jest na talerzu, jest tak uchwytne, że jem jajka, szpinak, księżyc, morze, sałatkę z pomidorów, fasolę i oblizuję się.(…) Objedliśmy się nieludzko. potem papieros na leżąco, błądzenie wzrokiem po rozgwieżdżonym niebie i chwile nieopisanego szczęścia. Jakieś zwierzęce zadowolenia z życia. Dziś tu, jutro gdzie indziej, słoneczne dni i gwiaździste noce.”

FRANCJA JAK PIĘKNA DZIWKA

Bobkowski Francję kochał, później ją nienawidził, potem znów wyznawał jej miłość, by następnie wyzwać ją od dziwek… I tak z tą miłością było już przez cały czas okupacji. Podobna zmienność zawsze jest udziałem kochanków namiętnych, ale i przenikliwych, których zauroczenie obiektem miłości nie pozbawia wobec niego krytycyzmu. Co może wyglądać na niezrównoważenie, ale przede wszystkim świadczy o temperamencie, inteligencji i braku letniości.

Bobkowski w Paryżu

Bobkowski Francję analizował, rozbierał na czynniki pierwsze, odkrywał wszystkie jej powaby, dawał nura w jej ciepłe i nęcące wnętrze… A kiedy nie spełniła jego oczekiwań i nie sprostała jego wyobrażeniom, potrafił się na nią wściekać i być wobec niej wprost okrutny. Coś zaczęło się psuć, kiedy jeszcze w Paryżu zobaczył jej uległość wobec nachodzących ją Germanów. A do wybuchu doszło w Tulonie, gdzie Bobkowski zobaczył francuskie łodzie podwodne i marynarzy z czerwonymi pomponami czekających w bistrach na przejęcie tego wszystkiego przez Niemców („…przecież oni tutaj poddali się na pewno korespondencyjnie, listownie, albo telegraficznie. Ci marynarze nie mają nerwów, serca  i nawet rozumu.”). Młody i mimo wszystko nadal zakochany Bobkowski tego nie zdzierżył: „Tu widzę Francję nagą, leżącą w Tulonie, jak dziwka. Czeka i uśmiecha się z rezygnacją, rozchyla nogi… Zdradza mnie. Pot cieknie mi po policzkach, szepczę jakieś słowa.” Wtóruje mu jego kumpel Tadziu: „… widzisz jak się poustawiali? A na co oni czekają? Na opakowanie. Żeby Niemcom w zębach przynieść. Tu się ucz, że Westerplatte i Warszawa to dobre, ale do fotografii. A oni tymczasem raz flaczki, raz ziemniaczki, raz kuperek  z kaczki… Szkoda każdego słowa.”

Bobkowski cały czas zastanawia się, dlaczego tak się stało? Wydawać by się mogło, że trywializuje, porównując kraj o tak bogatej kulturze i tradycji – który był dla świata wzorem, stanowiąc jego duchową, rewolucyjną, humanistyczną, intelektualną awangardę – do jakiejś sprzedajnej dziewki, która się rozkłada przed byle osiłkiem. Ale nie. Bobkowski widzi wielkość dawnej Francji, (ale też dostrzega przy tym jej słabości i marność), nadal mu ona imponuje, ale zaczyna nią pogardzać… i te kontradykcje tylko z czasem się potęgują. Innymi słowy, jego spojrzenie ogarnia całą złożoność sytuacji w jakiej znalazła się zmurszała już mocno kultura europejska, (której niejako sztandarową forpocztą była od paru wieków Francja) skonfrontowana z prężnym, witalnym, silnym i zaborczym faszyzmem.
Co ciekawe, to co wydaje się być teraz słabością Francji – przywiązanie do konwenansu i formy, nieprzemakalność na biurokrację, akrobatyczna zdolność omijania prawa, nonszalancja w traktowaniu „obcego”, uprawa swojego ogródka bez względu na to co się dzieje wokół; „świętość” i świetność wina, erosa, bagietki i sera; obwinianie wszystkich tylko nie siebie, uległość przed agresorem, operetkowość kolaborantów i groteska rządu Vichy (Pétain to „taki piernikowaty Stalinek a la française) … – paradoksalnie, to wszystko i wiele innych specyficznych cech tego kraju, staje się siłą, dzięki której Francuzi będą mogli przetrwać ten upokarzający ich czas, i to w miarę nienaruszonym stanie.

Oddajmy jednak głos Bobkowskiemu: „Francja jest przede wszystkim krajem złudzeń optycznych. (…) Ona ślepnie, k… się, jeszcze pełna uroków i subtelności. Jak starsza dama pachnąca paczulą, strojna, dowcipna, i wolteriańska, roztacza swe uroku spoglądając spoglądając z pobłażliwością na szaleństwa młodych. Może ma rację?”
„Francja łudzi, odmawia mechanicznie jakiś różaniec, jakiejś wolności i jakichś sloganów przeżartych przez mole, odnawia antyki i ślepnie.”
„Francuz jest jak ślimak. Urażony w najczulszy koniec swego rożka posłannictwa, chowa go, kurczy  się i zamyka w skorupie d’une indifférence aimable (grzecznej obojętności). Ale na pierwszy odgłos Vive la France!, gotów jest wyskoczyć nie tylko ze skorupki, ale i z własnej skóry.”
„Paryż i francuska myśl mają w sobie coś z szampana, brzoskwiń, burgunda, sardynek, serów. Soczyste, podniecające, łatwostrawne, pikantne, pełne smaki, lekkie. I życiowe. Nie lubią nadludzi i nadmyśli. (…) Może ich postępowanie w tej wojnie jest tylko ludzkie, życiowe i praktyczne? Praktyczne na pewno. Najlepszy dowód, że idę teraz spokojnie z teatru i że mogę myśleć o tych rzeczach. Są bez honoru! To teraz. Bo może w końcu wyjdą z honorem, a jeżeli nie – to i tak świat gotów im to wybaczyć i zapomnieć. Czegóż nie przebacza się pięknej kobiecie?”

PŁONĄCY BURDEL W CZASIE POWODZI

Prawdę mówiąc, Bobkowski czuł się zawiedzionym kochankiem nie tylko Francji, ale i całej Europy, która mimo całej swej „wspaniałości” kulturowej puściła kantem człowieka „z krwi i kości”, wynosząc ponad niego ideologię – czyli w gruncie rzeczy idąc w abstrakcję niewolącą ludzi, odbierającą im podstawowe prawa, zaprzęgającą w jarzmo służby nowo zrodzonej bestii, jaką było państwo totalitarne, posyłające miliony istnień ludzkich na przemiał historii. To co pisze Bobkowski o faszyzmie, komunizmie i ogólnie – o totalitaryzmie, który pożarł europejską wolność, jest niesłychanie przenikliwe i aż wierzyć się nie chce, że pisane było w czasie, kiedy giganci intelektu i wielcy mędrcy Zachodu nadal uważali komunizm za awangardę ludzkości, ukąszeni – jak pisał Miłosz – przez Hegla z tą jego wizją człowieka muszącego podporządkować się Historii i POSTĘPOWI w dążeniu do coraz doskonalszego systemu. Co ciekawe, już wtedy Bobkowski zwraca uwagę, że państwo hitlerowskie jest państwem na wskroś nowoczesnym, mimo odwoływania się do pierwotnych sił Narodu i germańskich mitów.

Bobkowski: „Polska usiadła nam na mózgu i paraliżuje myślenie. Zamiast być ‚homo sapiens’, należymy do rasy ‚homo polacus”, do rasy ogłupionej ojczyzną, do kretynów chorobliwego patriotyzmu i nacjonalizmu.”

Bobkowski Rosji nie znosił (do czego otwarcie się w „Szkicach” przyznaje), ale naprawdę przerażało go to, co stało się z kulturą niemiecką – do czego w końcu dotarł ten kraj poetów, filozofów, artystów i muzyków, podporządkowując już wówczas sobie pół Europy, która wprawdzie ich nienawidzi, ale patrzy na nich jak na panów i przyszłych władców, którzy dyscyplinę, twardość i porządek przeciwstawili „zgniliźnie, zdezorganizowaniu i niedołężności” wolnego, liberalnego świata (jaki reprezentowała choćby Francja). To w sumie niesłychane, że dokonali tego ci, którzy praktycznie wolności się wyrzekli: „Widzę dziś zupełnie jasno, że świat nie mógł pobić Niemców, bo po prostu był tym innym, starym światem WOLNOŚCI. Świat wolności, praw wolności nie mógł się oprzeć dobrze zorganizowanemu niewolnikowi.” Bobkowski, myśląc o tym, kuli się w sobie, bo nagle „z przerażającą jasnością” dostrzega, że Niemcy „wywracają wszystkie pojęcia, wszystkie wartości” niszcząc ludzi bardziej nawet wewnątrz niż na zewnątrz. I przypomina sobie swoją korepetytorkę Niemieckiego Dorę Vogel, która karmiła go tą kulturą z „całą nieszczęśliwą miłością Żydówki do Niemców”. I czuje się teraz jak zatruty niemiecką myślą, jej podstępną „histerią”, nadwartościami, walką klas, heglizmem: „Niemcy stworzyli ten język, mętny, okropny, w którym nigdy nie wiadomo, co naprawdę oznacza słowo ‚Kultur’. Czy chodzi im o mieszkanie z łazienką, o Goethego, czy może w końcu o ‚Marsch’, marsch'”.

„Szkice piórkiem” pełne są ambiwalencji. Wygląda na to, że ma ona kilka przyczyn. Główną jest chyba temperament Bobkowskiego, który czuje się nie tylko zdradzony przez kulturę europejską, ale i sfrustrowany własną niemożnością znalezienia sobie w tym wszystkim miejsca. Znajduje się więc on jakby między młotem a kowadłem, chciałby się uwolnić od tego całego balastu kulturalnej „nadbudowy”, która jak by nie było go uformowała, więc jednocześnie jest w niej zanurzony po same uszy. Nadal jest przywiązany do czegoś, co budzi w nim nie tylko niechęć, ale i wstręt. Tu się zastanawiam, czy można mówić tu o wstręcie, czy może tylko o chwilowej, gwałtownej niechęci Bobkowskiego do… własnego kraju? Jak bowiem nazwać uczucie dyktujące mu napisanie takich (być może szokujących dla niektórych) słów?:
„Nam się zawsze wydaje, że w polityce popłaca lojalność. Bzdura. Teraz widzę, że gdybyśmy poszli od początku razem z Niemcami, mielibyśmy dziś o wiele silniejszą pozycję niż jako lojalni sprzymierzeńcy. Nawet wobec Rosjan. Gdyby dziś przyszedł do mnie ktoś z propozycją wstąpienia do jakiejś organizacji podziemnej, posłałbym go do wszystkich diabłów. Bo o co na ten przykład? O Polskę? O Polskę, o której nie my będziemy stanowić? Mamy skłonność do przykładania do wszystkiego miarki ‚przyzwoitości’, lojalności itp., a nie zwykłych miarek handlowych. Gdy myślę o tym, dochodzę nieraz do bluźnierczych zupełnie konkluzji. Polska usiadła nam na mózgu i paraliżuje myślenie. Zamiast być ‚homo sapiens’, należymy do rasy ‚homo polacus”, do rasy ogłupionej ojczyzną, do kretynów chorobliwego patriotyzmu i nacjonalizmu”.
Dziś podobne słowa niewiele kosztują, słyszy się je na porządku dziennym, ale zwróćmy uwagę, że wypowiedziane one zostały w czasach, kiedy otwarte głoszenie takich poglądów spowodowałoby automatyczną anatemę nałożoną na ich autora i jego wykluczenie z wszelkich liczących się polskich środowisk z ich zadeklarowanym wówczas patriotyzmem.
Takie i podobne wypowiedzi mogą też świadczyć o zupełnym momentami skołowaceniu głowy Bobkowskiego, o czym zresztą on sam pisze: „Zatraciłem zupełnie rozsądek. To dlatego, że ilekroć otworzę radio i słucham gadania zza kanału (chodzi o Anglię – przyp. LA), to zamiast ordynarnego i gruboskórnego kłamstwa z tej strony, słyszę stamtąd bujanie. I jakie szlachetne, i jakie piękne i pełne PRAWDY… Porzygać się można. I ci, i tamci robią to samo. Dążą do zabicia myśli. Bo tylko z bandą baranów można zrobić, co się chce.”

Najgorsze dla Bobkowskiego jest to, iż oto cała Europa stała się – jak sam to określa – „płonącym burdelem” i to „w czasie powodzi”. Znikąd nie widać ratunku. I nie można nawet ogarnąć myślą tego, co się stało. Człowiek oniemiał i nic nie rozumie – jest bezbronny i bezsilny: „Jak straszliwie wszyscy stępieliśmy. (…) włosy stają dęba na głowie. Przecież nigdy, w całej historii świata, nie doszło do takiego podeptania elementarnych zasad prawa, do takiego zabicia wszystkiego, co ma jakikolwiek związek ze sprawiedliwością i z humanitaryzmem, z człowiekiem i jego duchem. Czym stał się świat? (…) ‚Do czego doszliśmy’ – w tym pytaniu zawiera się właściwie cała nasza epoka, a w tych trzech słowach kryje się cały ogrom tragizmu naszych czasów. Ci, co nie potrafią myśleć czują, że stało się coś dziwnego, niezrozumiałego i potwornego. Odczuwa się to, co odczuwa więzień, któremu obiecano wolność, a którego sprowadza się do coraz niższych i ciemniejszych cel: gorycz rozczarowania, zdziwienie, strach i w końcu tępa rezygnację. (…) Ustroje polityczne i ekonomiczne zrobiły z całego świata jeden wielki kryminał. (…) Czymże są te wszystkie nowoczesne ustroje, nowoczesne myśli i założenia, współczesne poglądy na życie człowieka i jego zadania? Są po prostu jednym wielkim i powszechnym zaprzeczeniem człowieka. (…) Nowoczesne państwo stało się molochem zżerającym ludzi milionami, tworem żądającym nieustannych ofiar i niewolnictwa, w którym człowiek jako jednostka reprezentująca pewną myśl i ducha jest przekreślona, zdeptana, zniweczona. (…) Na polach walk giną ludzie, na całym świecie ginie człowiek zamieniając się w bydlę wyprane z wszystkiego i myślące coraz bardziej o tym czym zapchać żołądek, i co zrobić aby przeżyć o dzień dłużej niż inny okaz z tego stada pędzonego batem i szturchanego w plecy lufą karabinu. To pozostawi ślad, spodli na lata. Bo na to, by z bydlęcia, jakim jest człowiek, zrobić człowieka – trzeba lat. By zrobić z niego jeszcze większe bydle, wystarczy chwila. (…) Z zadowoleniem i największą rozkoszą mówi się o śmierci tysięcy ludzi i nikomu nie przychodzi na myśl, że to też są ludzie. Nawet mnie… Cała Europa okupowana siedzi w cyrku i patrzy z zimną krwią na tę straszliwą areną. I nie zdaje sobie sprawy, że jakimś szatańskim zrządzeniem losu, piekielnym paradoksem jest fakt, że jednocześnie ogląda jakby swój pogrzeb. (…) „Jest to jakiś ocean gnoju, zraszany perfumami, w którym kąpie się wielki dom obłąkanych, jakim jest tzw. ludzkość.”

Jest to więc nie tylko cywilizacyjne bankructwo Europy. Jest to jej zejście na psy, upodobnienie do burdelu, do oceanu gnoju i obłędu. Czy może więc dziwić to, że Bobkowski, uświadomiwszy sobie to wszystko, będzie chciał uciekać od Europy jak najdalej – najlepiej tam, gdzie pieprz rośnie?
Cywilizacja europejska zabrnęła w ślepy zaułek, z którego nie było widać drogi wyjścia. Najbardziej otępiali i zadziwieni byli ci, którzy najbardziej tą cywilizacją przesiąkli; ci, którym wszczepiła ona swoje „tabu” i nowe dogmaty – w tym sceptycyzm wobec wszystkiego, co budziło dotychczas w ludziach wiarę, a który zamiast wyzwolenia przyniósł ludziom nowe zniewolenie w postaci fanatycznego zawierzenia w „dogmat” nauki, postępu, „liczby i materii”.

*

Andrzej Bobkowski w Europie „oglądającej swój pogrzeb”

*

TONĄCY OKRĘT, WYZWOLENIE  CZY FARSA?

Bobkowski przerywa swoje zapiski w lutym 1944 roku (wkrótce po wyjściu ze szpitala), i ponawia pisanie w czerwcu tego roku: „Znowu nie pisałem przez kilka miesięcy. Bo po co? Teraz już piszę tylko z obowiązku kronikarskiego, jak do końca się pisze dziennik na tonącym okręcie.”
Czy to nie dziwne stwierdzenie? Wojna zbliża się ku końcowi, alianci u bram, Paryż i cała Francja wkrótce zostaną wyzwolone, Niemcy przepędzeni, a Bobkowski bąka coś o „tonącym okręcie”? Więc kiedy Niemcy panoszyli się w Europie to okręt pływał, a teraz, gdy nadciągają Anglicy i Amerykanie to Tytanik idzie na dno? (Bo przecież nie chodzi tu chyba o Sowietów, którzy pewnie wezmą sobie tylko jakiś mały kawałek europejskiego ciastka.)
Jeszcze bardziej niewyraźnie robi się człowiekowi, gdy czyta taki oto fragment: „… następną tajną bronią Niemców ma być również bomba latająca, a raczej rakieta o znacznie zwiększonym zasięgu. Aż do Waszyngtonu. Przydałoby się, ale niestety, to chyba nieprawda.”

Jak to rozumieć? Czy Bobkowski czuje, jak zamyka się jakiś (mimo wszystko szczęśliwy) okres w jego życiu, a zaczyna jedna wielka niewiadoma, która może być wręcz katastrofą? Jeśli tak, to jaką: cywilizacyjną czy też raczej osobistą, czyli jego własną? Może to antycypacja jego ucieczki z Europy, która jednak – mimo niewątpliwej przegranej Niemców – w jego odczuciu zatonęła?

Póki co obserwuje zachowanie się Francuzów wobec zbliżającego się liberation i drwi sobie z ich nagłej zmiany frontu i wojowniczej pozy, z wybuchającego na tę okazję  patriotyzmu; szydzi z ich skłonności do bagatelizowania własnej kolaboracji z Niemcami: „Wspaniałe. Gdy dzisiaj w rozmowie z jednym Francuzem, mówiąc o obecnym okresie, wyraziłem nieśmiałą obawę, że cały ten okres może okazać się jednak plamą na historii Francji, odpowiedział mi zupełnie serio: ‚To nigdy nie będzie stanowić historii Francji – to będzie liczyć się do historii okupacji’. To, to, to, właśnie TO, a nie co innego, ich zgubi. Ślepną na grandę.”

Bobkowski jest wobec postawy Francuzów nie tylko sarkastyczny („Boże, jakże bezczelnie idzie im karta w tej grze. Od samego początku.”), ale i wręcz okrutny: „Po południu odgłosy strzelaniny ulicznej. Samochody niemieckie jadące ulicami strzelają na wszelki wypadek. Już nikt nie wychodzi na ulicę. (…) są „walki”. Paryż stara się naśladować Warszawę. (…) Wszystko to (wybory mera, radnych miejskich, organizacja „oporu”…) jest podniosłe, jak co najmniej jakiś wodewil Labiche’a. Mam ochotę ciągle się śmiać. Przychodzą inni młodzi – jeden na czterech ma jakiś damski pistolecik nie większy od puderniczki. Ale to nie szkodzi. Robili Rrrrewolucję, obalamy mera, aresztujemy kolaboracjonistów.” (…) „W mieście operetkowa strzelanina.” (…) „Dzięki obietnicy Niemców nieatakowania gmachów publicznych zajętych przez tymczasowe władze i obietnicy wycofania się z Paryża, pomiędzy ‚Résistance’ i Niemcami zostało zawarte zawieszenie broni. Wspaniałe. Postrzelali, nadmuchali Niemcom pająków do tyłka i po jednym dniu ugoda. I Niemcy i oni przestają pukać, ludzie wychodzą sobie na spacer i po herbacie. Spokojnie czeka się na łaskaw wkroczenie Amerykanów. Jak w bajce dla grzecznych dzieci. A kiedyś, kiedyś wszystko razem nazywać się będzie ‚bohaterskim zrzuceniem jarzma okupanta przez patriotów francuskich i lud Paryża’. Wygląda na to, że całe wydarzenie zaczęło się za wcześnie, że źle obliczyli czas myśląc, że Amerykanie wejdą już dzisiaj. Więc prędko zrobili zawieszenie broni.” (…) W gazetach wielkie tytuły: ‚Paris qunquiert sa liberté par les armes. Paris se libéré lui-même’ (‚Z bronią w ręku Paryż zdobywa wolność. Paryż sam się wyzwala.’) i w ogóle cała Francja uwalnia się sama przy skromnej zaledwie pomocy Aliantów. Za tydzień zupełnie przestanie się mówić o Amerykanach i Anglikach. Kogut – trudno o lepszy symbol tego narodu. Całe to bractwo rajcujące po bramach i w bistrach trzepie skrzydłami i pieje, potrząsa grzebieniem – i czeka na amerykańską czekoladę i konserwy. A gdy z daleka nadjeżdża motocykl niemiecki, w przeciągu trzech sekund ulica jest pusta, bramy zamykają się i przy dziurkach od klucza walka wręcz, by zobaczyć: Paryż ‚walczy’.”

Może ta zgryźliwość Bobkowskiego, natrząsającego się z „bohaterskich” wyzwalających się „samodzielnie” Paryżan, brała się także ze świadomości tego, co działo się w tym samym czasie (sierpień 1944 roku) w dalekiej  Warszawie? Tu właściwie operetka, tam prawdziwa tragedia; tu wkraczają alianci, tam zaraz za Wisłą czekają Sowieci, aż powstańcy się wykrwawią. Naturalnie, że Bobkowski się cieszy słysząc jankeskie czołgi, widząc zielone mundury, słysząc angielską mową… Łapie się nawet na tym, że sam do siebie krzyczy po polsku z „dzikim entuzjazmem”: „Oni żują gumę!'” I dodaje: „ta guma rozczuliła mnie zupełnie.”
Lecz te jego łzy radości mieszają się ze łzami smutku i rozpaczy: „Oni tu mogą być szczęśliwi, nam jeszcze nie wolno” – mówi do amerykańskiej dziewczyny, siedzącej za kierownicą ambulansu. Gorzka to radość.

*

Andrzej Bobkowski: „O ileż byłoby lepiej, gdyby ludzkość zachowała całą swą żarliwość dla kobiety i Boga” (na zdjęciu z żoną)

*

WOJNA I SPOKÓJ

W jednym ze swoich listów Bobkowski wspomniał, że myślał o nadaniu swoim zapiskom tytułu „Wojna i spokój”. Wydawać by się mogło, że stoi to w rażącej sprzeczności z tym, co przed chwilą napisałem o wściekłości diarysty patrzącego na Europę zamienioną w burdel, zalaną oceanem krwi i gnoju.  Jest to jednak sprzeczność pozorna,  przynajmniej w przypadku Bobkowskiego, który w sposób jedynie dla siebie właściwy potrafił niejako rozdzielić tę – nazwijmy ją – refleksję kulturalną, od swojego młodzieńczego witalizmu i atletycznej krzepy. Kiedy czytałem „Szkice piórkiem” niejednokrotnie odnosiłem wrażenie, że „intelektualizm” Bobkowskiego jest w jego osobowości jakimś obcym niemal wtrętem, dodatkiem, swoistym „kwiatkiem do kożucha” – że więcej prawdziwej esencji tego charakteru znaleźć można w jego mięśniach, hormonach, „sercu” i jądrach, niż w jego szarych komórkach i poskręcanych mózgowych zwojach. To już objawiło się z całą mocą w trakcie jego rowerowej eskapady po drogach południowej Francji, ale pozostało widoczne niemal na wszystkich kartach jego zapisków opisujących życie w okupowanym Paryżu. Wiele jest tam ustępów, w których Bobkowski wprost pisze o swoim poczuciu szczęścia, i trudno jest mu nie wierzyć.

Postarałem się odnaleźć niektóre z nich:
„Druga rocznica wybuchu tej wojny. Nie chce mi się uwierzyć. Udało się, jak dotąd, udało się przetrwać. Miałem dotąd szczęście. Wstyd mi, ale pomimo wszystko co nas do tej pory spotkało, jeszcze nigdy w życiu nie czułem się tak szczęśliwy jak przez te lata. Jeszcze nigdy w życiu nie czułem się tak dobrze. (…) Pochłania mnie życie, to wspaniałe soczyste życie, ten Paryż czasu wojny, każdy dzień.” (…) Przeżyłem tutaj okres jakiejś ultramłodości, rozświeconej słońcem, winno-winogronowej, skąpanej w szafirowym morzu; bawiłem się złotem piasku, srebrem wody księżycowej, gorącym wiatrem. Nie będę miał nigdy wyrzutów sumienia, że nie doceniłem młodych lat i – braku logiki.” (…) Nie wiem, czy gdzie indziej i gdziekolwiek przeżyję podobny okres, jak teraz i tutaj. tak dobrze, spokojnie, równo, bez wewnętrznego skręcania się i rozkręcania, z tą wspaniałą sytością i tym czymś nieokreślonym, co wypełnia każdy najpowszedniejszy dzień.” (…) Patrzę w niebo i myślę jakimi słowami można by wyrazić uczucie absolutnego szczęścia, soczystego jak wielka gruszka. Słońce jest białe, płynne, rozlewa się i grzeje.”

Wojna, okupacja i szczęście (z Basią)

Nieporozumieniem jednak byłoby sprowadzić takie wyznania Bobkowskiego do hedonizmu, który w przypadku intelektualistów jest najczęściej pewnym wyborem, wykalkulowaną pozą przybraną przez nich wobec życia i jego powabów. Nie, w przypadku Boba ten hedonizm wypływa z niego organicznie. Nie jest żadną pozą. On po prostu jest. I na dodatek – jest czymś autentycznym.
To wiąże się także z inną cechą Bobkowskiego, która jest tak atrakcyjna dla niektórych jego czytelników: brak akademickiego zadęcia, unikanie wzniosłości, niechęć do absolutu, czy też – jak to już ktoś zauważył – jego „anty-metafizyczność”. To jest ciekawa sprawa, bo przecież Bobkowski JEST erudytą, człowiekiem wściekle oczytanym, z umysłem zanurzonym po czubek głowy w kulturze… a mimo to sprawia wrażenie, jakby nie był „jednym z nich” – tych jajogłowych mędrców, którzy poza swoimi myślowymi wykwitami, zwykłego (więc chyba jednak „prawdziwego”) świata nie chcą (nie mogą?) dostrzec.
Wydaje mi się, że można ten paradoks Bobkowskiego dość łatwo wytłumaczyć: raz – jego wspomnianą już fizyczną krzepą i rozpierającą go życiową energią; dwa – też już wspomnianym rozczarowaniem kulturą, która go intelektualnie i duchowo uformowała.

I jeszcze jedna sprawa. Czytając owe „raporty z oblężonego miasta” – pisane jednak zupełnie inaczej niż te Herbertowe – możemy sobie po raz kolejny uświadomić to, że ludzie żyjący w Europie ogarniętej II wojną światową, postrzegali rzeczywistość w zupełnie inny sposób, niż zwykle wyobrażamy to sobie my – pokolenia, które nie doświadczyły wojny i okupacji na własnej skórze. Tak, to był koszmar, ale na powierzchni tego koszmaru kwitło życie, ludzie mogli się czuć – i czuli – szczęśliwi. To dlatego Bobkowski nieraz pisze o Paryżu, który „dopiero teraz jest naprawdę ładny” i na dodatek pełen rozkwitających dziewcząt („Na ulicy furkają rowery. Kobiety w szerokich spódniczkach pokazują apetycznie wymalowane nogi. Wszystkie są zgrabne i w każdej można by się zakochać choć na parę godzin”).

Wygląda na to, że Bobkowski w okupowanym Paryżu świetnie sobie radził, prowadził jakieś – jeśli nie „ciemne” – to zakonspirowane i na pewno „nielegalne” wówczas interesy, które pozwalały mu na życie, jak na tamte warunki, w miarę dostatnie. Chodził do kina, do teatru, kupował książki… Stać go nawet było na wakacyjne wyjazdy na francuską prowincję.
Choć zanim się tak „ustawił” – to i on nie miał łatwo. Oto przypomina mi się pewna przygoda Boba, którą zaliczam  jednocześnie do jednych z najbardziej pamiętnych dla mnie fragmentów dziennika:
„Śmietnik, przy którym kręci się pies, może zawierać coś ciekawego, coś z kości lub mięsa. Jest – naciskam hamulce. ‚Won’ mówię grzecznie kundlowi i odpycham go kołem. Warczy swołocz, musi być coś lepszego. Patrzę i oczom nie wierzę. Cała głowa barania.. Wyciągam z torby papier, owijam głowę i chowam. Trochę już ‚czujna’, ale za to ile jedzenia. I pędzę znowu nad Sekwaną. Zapatrzyłem się na jakiś afisz i z całym rozpędem walę czubkiem buta opancerzonym w ‚klipsę’ pedałową – w błotnik niemieckiej limuzyny. Błotnik zgina się w okropny sposób. Sabotaż – na szczęście nikt nie widział. Uciekam uszczęśliwiony. Jednak czymś przysłużyłem się ojczyźnie. Wpadam do domu i gwiżdżąc one-stepa ‚Salome’ wnoszę głowę. Narada wojenna z Basią. Czuć? Barana zawsze czuć. Robimy prosektorium. Przepiłowuję czaszkę piłką do żelaza – jest móżdżek. Poza tym ozór i mięso z policzków. Objem się.”

Kapitalne!

„Chuligan” z piórkiem w ręku

CHULIGAN WOLNOŚCI

Tym, co najbardziej wydaje się definiować postawę Bobkowskiego wobec świata, jest jego głód wolności. Punktem wyjścia do zrozumienia tego może być choćby taki oto fragment, jaki można znaleźć na samym początku „Szkiców piórkiem”:
„Chrzęszczą zasłony z koralików, jakby odmawiały cicho różaniec spokoju nawleczone na swoje długie sznurki. Czasem, gdy ten pierwszy koralik na dole zerwie węzełek, sypią się wszystkie na chodnik, skaczą wesoło i przekornie, jak dzieci wybiegające ze szkoły, pędzą i potrącają się. Są wolne i cieszą się z tego. Mam ich kilka w kieszeni na pamiątkę. Może ja sam jestem takim koralikiem, co urwał się ze sznurka?”

Tutaj możemy się nieco zdziwić: taki wielki chłop koralikiem!? Niewątpliwy liryzm i niewinność tego fragmentu stoi bowiem w sprzeczności nie tylko ze zwalistą cielesnością Bobkowskiego, ale przede wszystkim – ze śmiałością, siłą, i bezceremonialnością jego sposobu wyrażania się, którego dezynwoltura rzeczywiście przypomina niesubordynację i łamiące wszelkie konwenanse zachowanie chuligana (tak Bobkowski nazwał sam siebie w jednym ze swoich listów, dodając jeszcze do tego słowo „wolności”).
Raz Bobkowski okazuje delikatność i subtelność, to znów wybucha: „Anarchizm posunięty do histerii, niemal do szaleństwa. Byłbym zdolny mordować z wyrafinowaniem.” Używa języka bogatego, plastycznego, wysmakowanego…, który sąsiaduje z kolokwializmami, bliskim nawet prostactwa, czy wulgarności (choć tej granicy nigdy w zasadzie nie przekracza).

„Szkice” pełne są takich antynomii.
A największą z nich jest chyba antynomia człowieka kulturalnego (tzn. świadomego znaczenia kultury w kształtowaniu i określeniu „człowieczeństwa”) a jednocześnie anarchisty tęskniącego za wolnością totalną (czyli odrzucającego wszelkie kulturowe „więzy”, ograniczenia i „pęta”). Bobkowski szamocze się w tym wszystkim, i nic dziwnego – bowiem wyjścia z tej antynomii nie ma. Tak jak nie można być radykalnym indywidualistą, który chce się uwolnić od społeczeństwa – to okazuje się niemożliwe, bo wiąże go z nim jego kultura, która przecież poza społeczeństwem nie istnieje, a i jego samego czyni człowiekiem.
Chcąc przerwać ten węzeł gordyjski Bobkowski decyduje się na posunięcie radykalne: ucieczkę z kontynentu, który go w to piekło antynomii wpędził. I nie jest to ucieczka od Polski, ani nawet od Francji – jest to ucieczka przed kulturą przywiązaną do dogmatów, które doprowadziły ją do katastrofy, choć miały jej przynieść świetlaną przyszłość. A nie przyniosły jej nawet jakiegokolwiek moralnego ładu.

Bobkowski stwierdził, że został od Europy „odrzucony” – ale tak jak „odrzuca” człowieka od czegoś, co stało się dla niego wstrętne. Symptomy tej alergii znajdujemy na kartkach dziennika raz po raz: „Już po dwudziestu sześciu latach, w tak młodym wieku Europa wyłazi człowiekowi bokiem i gardłem.” (…) „… nagle ogarnęła mnie taka tęsknota za jakimś krajem, w którym kwitną orchidee, że miałem ochotę płakać. Czasem czułem ból tęsknoty.” (…) „Mam dość tej całej kolebki kultury i obozów koncentracyjnych zwanej Europą, mam dość poszukiwania absolutu – ja chcę żyć, po prostu żyć. Czym jest absolut w porównaniu z piersią dziewczyny i jej pocałunkiem? Bzdurą. (…) chcę nauczyć się żyć wolny, WOLNY, bez pragnienia uwierzenia w cokolwiek. Chcę być dobry nie dlatego, że katecheta lub Engels tak każe, ale dlatego, że każdego człowieka trzeba kochać, skoro się jest tym bydlęciem – człowiekiem.”

Wyjeżdża więc do Gwatemali.
Ale czy w ten sposób Bobkowski nie zamienia jednego mitu na drugi? Czy nie daje nura w odmęty nowej utopii, wygramoliwszy się z błota i stęchlizny starej?  Czy mógł przypuszczać, że w nowym egzotycznym kraju też będzie musiał czuwać ze strzelbą we własnym domu, by obronić się przed barbarzyństwem „cywilizacyjnych” przemian i  rzucania się ludzi sobie do gardeł?
Czy modele samolotów, które tam sklejał, uchroniły go przed gorączkami Nowego Świata i przyniosły mu spokój, który zawsze tak bardzo sobie cenił?

Aaa… to już jest zupełnie inna historia.

*  *  *

Raj tuż za rogiem? Pisarz w Gwatemali.

*

11 WRZEŚNIA 2001 – POCZĄTEK KOŃCA?

Cios w Amerykę – początek końca Imperium?

Na swoim blogu staram się nie pisać o tym, o czym piszą wszyscy i czego pełno jest w prasie i innych mediach. Dlatego prawie w ogóle nie ma w nim tzw. „aktualiów” – zwłaszcza jeśli chodzi o wydarzenia polityczne czy społeczne. Dobierając tematy kolejnych wpisów kieruję się własnym rytmem i tym, co mnie interesuje w danej chwili. Co nie oznacza, że nie śledzę tego, co dzieje się we współczesnym świecie i że jest mi to obojętne. Wręcz przeciwnie. Oto dzisiaj, podczas zwyczajowej weekendowej lektury polskich i amerykańskich periodyków, natrafiłem w „Polityce” (Nr 37 ’11) na wywiad z amerykańskim politologiem, wykładowcą uniwersyteckim i pisarzem Benjaminem Barberem. Skończyłem go czytać dosłownie przed chwilą i – choć tego w ogóle nie planowałem – postanowiłem podzielić się tutaj fragmentem, który niezwykle mnie poruszył, uderzając w czułe punkty moich własnych sądów i wrażeń, jakich doświadczam obserwując dzisiejszy świat i Amerykę

Benjamin Barber: – Terroryzm jest strategią bezsilnych. Gdyby mieli armię, zaatakowaliby nas przy pomocy armii. Gdyby mieli miliardy, zaatakowaliby nas system finansowy. Gdyby mieli potężną kulturę albo ideologię, konkurowaliby z nami książkami i wizjami świata. Niczego takiego nie mają. Nie mogą nas zniszczyć. Więc próbują sprawić, żebyśmy zniszczyli się sami. I to im się częściowo udało.

Jacek Żakowski: – W jakim sensie?

– Sam w sobie 9/11 był dla Ameryki tym, czym ugryzienie komara może być dla niedźwiedzia. Dla ofiar i ich rodzin to była tragedia. Dal osób takich jak ja (związanych z Nowym Jorkiem), to było straszne przeżycie. Ale cynicznie licząc, 2 tys. ludzi i dwa duże biurowce to nie jest nawet promil amerykańskiej potęgi. Gigantyczne szkody, jakie Ameryka poniosła, nie były skutkiem samego ataku. Były skutkiem strachu jaki nas ogarnął. Przy naszej potędze Al-Kaida była bezsilna. Ale wygrała używając naszego własnego strachu. Sparaliżowała nas. Skłoniła do zmiany priorytetów. Sprawiła, że zamiast pomagać innym i korzystać ze współpracy ze światem, zaczęliśmy „wojnę z terroryzmem”, czyli walkę z dużą częścią świata.
Wyrzekliśmy się największej siły Ameryki, jaką była otwartość, przyciąganie innych, różnorodność, wielokulturowość. Popsuliśmy nasze relacje z innymi. W Ameryce wszyscy jesteśmy obcy poza Indianami. A nagle zaczęliśmy się bać obcych. Przestaliśmy obcym ufać. Sami się ukaraliśmy na życzenie Osamy ibn Ladena. Na jego życzenie zaatakowaliśmy Afganistan i Irak, tracąc biliony dolarów i tysiące żołnierzy. Ameryce te wojny nie były do niczego potrzebne. Powinniśmy Afgańczykom i Irakijczykom pomagać, wspierać ewolucję tych krajów w kierunku demokracji. A zamiast tego zabiliśmy 100 tys. Irakijczyków i stworzyliśmy w Iraku tysiące terrorystów, których tam nigdy wcześniej nie było.

A Afganistanie byli?

– Afganistan nie był naszym problemem. I teraz nim jest. I gdzie Osama ibn Laden spędził te wszystkie lata? W Afganistanie? Nie. Pod bokiem naszych sojuszników: w Pakistanie.
Zmarnowaliśmy tę dekadę pod wieloma względami, straciliśmy masę energii i wydaliśmy biliony dolarów, wpędzając się w długi. Ale na dłuższą metę najgorsze jest to, że popsuliśmy demokratyczne instytucje Ameryki. Popsuliśmy amerykańską demokrację.

Co się stało z waszą demokracją?

– Fundamentem Ameryki była wolność i prawa obywatelskie. Z nich czerpaliśmy siłę. Moralną, polityczną i ekonomiczną. Wiedzieliśmy to. Zawsze strzegliśmy ich jak źrenicy oka. Po 11 września wolność przestała być najważniejsza. Uwierzyliśmy, że najważniejsze jest bezpieczeństwo. Zgodziliśmy się na inwigilację. Na łamanie praw człowieka w imię wojny z terroryzmem. Do dziś działa więzienie w Guantanamo. Nawet tortury zaczęliśmy akceptować. pozwoliliśmy by strach zmienił fundamenty naszego społeczeństwa, na których wyrosła potęga Ameryki.

Pana zdaniem słabnięcie tej potęgi ma związek z 11 września?

– Z naszą reakcją na zamach. Tyle uwagi, energii, zasobów poświęciliśmy na wojnę a terroryzmem i na zabezpieczanie się przed terrorystami, że przestaliśmy się zajmować większością realnych wyzwań stojących przed Ameryką i światem. Obsesja bezpieczeństwa sprawiła, że nie zwracaliśmy uwagi na  narastająca w świcie nierównowagę – nędze, ekscesy rynków, nieodpowiedzialność sektora finansowego, zadłużanie się państw, słabnięcie innowacji, degradację infrastruktury, chaos w ochronie zdrowia, problemy edukacji, erozję naszego autorytetu na świecie.
Świat stracił wiarę, że Ameryka chce sprawiedliwości dla wszystkich. To sprawiło, że dziś jest nam dużo trudniej pracować z innymi krajami nad uregulowaniem światowej gospodarki. Nie mamy dość siły, żeby wprowadzić regulację rynków, jakich wymaga interes w Ameryce i wszędzie indziej na świecie. Zużyliśmy tę energię na obsesyjną wojnę z terroryzmem, która nikomu nie była potrzebna. Chcieliśmy uczynić świat bezpieczniejszym, a sprawiliśmy, że stał się jeszcze mniej bezpieczny.

(…)

CO WOLNO ARTYŚCIE?

*

Andres Serrano, „Piss Christ” (fotografia plastikowego krucyfiksu zanurzonego w urynie artysty uszkodzona przez oburzoną publiczność we Francji na początku tego roku)

*

W jednym ze swoich komentarzy na moim blogu, Defendo nawiązała do tematu wolności artysty, co pozwalam sobie przedstawić jako punkt wyjścia do niniejszego tekstu: Wielokrotnie stawałam w obronie prawa artystów do naruszania norm, przekraczania granic. Papież przygnieciony kamieniem, który spadł z nieba, ukrzyżowana żaba, powieszenie krzyża, obok umieszczenie gwoździ, młotka, figurki Jezusa i napisu „Zrób to sam” – to prowokacje artystyczne, a sztuka powinna prowokować, artysta jest twórcą, ale i wytworem kultury, funkcjonuje tu i teraz, w określonej sytuacji społeczno-historycznej; a że z założenia jest wrażliwszy od innych ludzi, więc widzi więcej. Ma prawo o tym mówić poprzez swoje dzieła. Kiedy jedna z awangardowych grup austriackich zaczęła „używać” w swoich działaniach wydzielin ciała (krwi, potu, spermy) otrząsnęłam się ze wstrętem. Potem przyszła refleksja, zaczęłam uważniej się przyglądać, pokonując odrazę. Oni po prostu o wiele wcześniej, niż socjolodzy czy etnolodzy, odkryli (może raczej przeczuli), że ciało człowieka stało się towarem, że tak je dzisiaj traktujemy. Zaprotestowali – po swojemu. To ja okazałam się mniej wyczulona, mniej wrażliwa, widziałam obsceniczność tylko, a powinnam spojrzeć uważniej. Uderzyli mocno – fakt, ale celnie. Artystom wolno.

*  *  *

WOLNOŚĆ CZY ROZWOLNIENIE?

Wiek XX-ty przewrócił nie tylko sztukę, ale i całą kulturę Zachodu do góry nogami. Zaczęto kwestionować wszelkie autorytety, rozbito w drebiezgi wszystkie kanony, zaprzeczono powszechnie przyjętym dotychczas wartościom, złamano obowiązujące reguły, przekroczono normy…
Próbowano odrzucić paradygmaty, często myląc je z dogmatami.
Oczywiście robiono to najczęściej w imię tzw. indywidualnej wolności, niczym nieskrępowanej ekspresji – także w imię nowej wyzwolonej sztuki. Rozbito tym samym dotychczasowy porządek, często jednak nie mając do zaoferowania niczego (konstruktywnego) w zamian.
Burzono skwapliwie i ochoczo, ale z budowaniem czegoś było już gorzej. Analiza wychodziła wszystkim dość łatwo, ale syntezy dokonywano już topornie.
Dlatego, moim zdaniem, wiek XX można nazwać wiekiem dezintegracji.

Skupmy się jednak na sztuce. To, co miało być porywem wolności, często kończyło się jakimś rozwolnieniem, albo – nazywając rzecz mniej elegancko – artystyczną „sraczką” (vide: „Merda d’artisa” Manzoniego i inne skatologiczne wybryki). Skutkiem czego, do dzisiaj tzw. “salony” sztuki współczesnej, galerie i muzea są wypełnione tego rodzaju twórczością.

Wolność “totalna” pozbawiona jakichkolwiek norm, reguł, dyscypliny, zamienia się w chaos. Stąd wynika dezorientacja nie tylko twórców, ale – przede wszystkim – publiczności.

DNO I MALINY

Nie jest dobrze, jeśli do opisania wystawionego “dzieła” w postaci np. gwoździa, nożyczek, dętki czy kibla, trzeba spisywać pięć tomów objaśnień, które często przypominają jakiś pseudo-intelektualny bełkot. Każda bzdura może się w takich warunkach doczekać swojej teorii. Tym sposobem sztuka zostaje wyprowadzona w aksjologiczne maliny.

Nie ma wolności absolutnej i w naszym (ludzkim) świecie jej być nie może. Wolność absolutna to mrzonka idealistycznego umysłu.
Kiedy ktoś (w swoim mniemaniu) funduje sobie “wolność” totalną, staje się niewolnikiem dowolności. Świat pozbawiony paradygmatów staje się miejscem, gdzie nie ma żadnego punktu odniesienia i wszystko wydaje się zawisać w próżni.
Nie ma nawet czegoś takiego jak dno, które przecież też ma swoją wartość i znaczenie (a przydaje się choćby tylko dla orientacji, albo do tego, aby się można było od niego odbić).

NA POCZĄTKU BYŁ ZAKAZ

Z czasem naruszono w sztuce wszelkie możliwe tabu. Już od dawna nie funkcjonują w nieje żadne kryteria moralne, a odrzucenie wszelkich względów estetycznych spowodowało powszechny wysyp śmieci, złomu, obrzydlistwa i szkaradnej tandety, na które często „wpadamy”, odwiedzając najbardziej nawet „prestiżowe” muzea i galerie.
Dobry smak i zdrowy rozsądek to dla większości arbitrów sztuki nowoczesnej pojęcia naiwnej i ograniczonej ramoty, i jako takie w ogóle nie są przez nich brane pod uwagę. Nadużywa się przy tym oskarżeń pod adresem „kołtunerii”, „kruchty” i „zaścianka”, dyskredytując jakikolwiek głos sprzeciwu.

Wszyscy zapominają, że źródłem całej ludzkiej kultury był zakaz. Na początku człowiek powiedział sobie (a może nawet tylko pomyślał) „nie wolno” i tak oto zaczął odchodzić od swojej zwierzęcości, tworząc i rozwijając swoją kulturę, która przecież bez systemu etycznego nie może istnieć. Odrzucenie wszelkich zakazów cofa nas więc do tamtego „dzikiego” punktu wyjścia.

Wolność człowieka, tak naprawdę, nie polega na tym, że może on robić to, co mu się żywnie podoba, ale na tym, że ma on swobodę dokonywania wyboru spośród różnych opcji zachowania, w tym – co jest tu chyba najistotniejsze – swoich własnych ograniczeń, (bo dopiero te ostatnie czynią z niego istotę ludzką, umożliwiając mu przy tym tworzenie kultury i życie wśród innych ludzi).

CZY JESTEŚ FASZYSTĄ?

Ale przecież faszyści…
Oni też naznaczyli to, co jest sztuką „zdegenerowaną”, używając podobnych argumentów o „zdrowiu”, estetycznej „czystości” czy „dobrym smaku”.
A jednak, wobec tych paralel i pozornych (jednak) konotacji, zarzucanie komuś dzisiaj, że krytykując pewne zjawiska we współczesnej sztuce staje się podobny do faszystów, jest nie tylko zniewagą, ale i absurdem. Nie można przecież zapominać o czymś tak oczywistym jak to, że żyjemy obecnie w innym (mimo wszystko) świecie, w innym momencie historycznym, w innych warunkach i układach: i że ani w Polsce, ani w Europie, ani w Ameryce nie istnieje de facto żaden doktrynalny totalitaryzm. Z innej więc pozycji krytykowali sztukę nazistowscy prominenci, z innej pozycji protestują wobec niej dzisiejsi jej krytycy, choć ich argumenty mogą brzmieć – i brzmią – podobnie. Przytaczanie tych podobieństw jest więc swoistym szantażem. To niedopuszczalne, aby stawiać tutaj jakikolwiek znak równości.

Oto jeden z przykładów.
Na otwarciu monachijskiej wystawy „Entartete Kunst” („sztuki zdegenerowanej”), Adolf Ziegler, przewodniczący rady artystycznej Trzeciej Rzeszy powiedział: „Tu, co widzimy tu dookoła, jest monstrualnym wytworem obłędu, bezczelności, niedorzeczności i oczywistej degeneracji. To horror. Po oglądnięciu tego wszystkiego pozostaje w nas jedynie niesmak”.
Dokładnie to samo mogłoby wyrazić wielu z nas po zetknięciu się z niektórymi prezentacjami współczesnego sado-kiczu, obsceny i trafiającej do galerii skatologii.
Czy uczyniłoby to z nas faszystów?
Pan Ziegler, jako osoba prywatna, człowiek o pewnych ustalonych gustach estetycznych i artystycznych preferencjach (o ile takie w ogóle posiadał) miał jak najbardziej prawo do wyrażenia swojej opinii na temat tego rodzaju sztuki, lecz jako człowiek prywatny, a nie z pozycji decydenta i kierownika państwowej instytucji, bo to oznaczało nic innego, jak prawną, oficjalną dyskryminację i ograniczenie swobody artystycznej wypowiedzi przez państwo. Do czego to doprowadziło to wiemy. Wiemy również to, kim się okazali prawdziwi degeneraci.

CENZURA I SŁUSZNOŚĆ

Po strasznych doświadczeniach z XX-wiecznym totalitaryzmem, zdecydowana większość z nas ma awersję do jakiejkolwiek  cenzury. Bowiem, jak pamiętamy, to właśnie za pomocą m.in. cenzury wymuszano na całych społeczeństwach podporządkowanie się „jedynie słusznej” ideologii. Podobnie niebezpiecznie byłoby przyjąć, że istnieje „jedynie słuszna” moralność czy religia, a już katastrofę oznaczałoby prawne tego sankcjonowanie i konstytuowanie. W krajach demokratycznych (zwłaszcza Zachodu) skończyłoby się to niezłym tumultem. Fundamentalizm w społeczeństwach otwartych jest absolutną niemożliwością, choćby już z tego względu, że jest takiego społeczeństwa zaprzeczeniem, wręcz antonimem (akurat tutaj mamy do czynienia z sytuacją albo-albo).

Podobnie jest z kanonami w kulturze i sztuce. Nie są one – i nie mogą być, aby sztuka mogła się rozwijać – sztywne. Przemianę konwencji wymusza tutaj zmieniający się świat, i działają chyba przy tym siły od woli pojedynczych ludzi niezależne.

MAŁA I WIELKA APOKALIPSA

Jednak, trudno tego nie przyznać, że muszą istnieć jakieś granice estetyczne, a tym bardziej etyczne, aby człowiek w ogóle był zdolny do funkcjonowania w społeczeństwie. Każdy z nas musi się godzić na pewnego rodzaju cenzurę, każdy z nas nosi też pewną autocenzurę w sobie. Zaprzeczanie temu byłoby hipokryzją, choć o hipokryzję najczęściej oskarża się tych, co stoją na przeciwnych do liberałów pozycjach (czyli tzw. „obrońców moralności”).

Swoista cenzura istnieje więc wszędzie, nawet jeśli nie jest zinstytucjonalizowana.
Człowiek podlega pewnym normom, (które nota bene są przez niego samego ustalane) – każdy system etyczny jest więc czymś w rodzaju umowy społecznej, bez której społeczeństwo nie mogłoby funkcjonować. Mówiąc wprost: bez norm, nakazów i zakazów nie da się w społeczeństwie żyć. Jest to oczywistością, z którą muszą się zgodzić nawet najbardziej liberalnie nastawieni obrońcy wszelkich swobód (o anarchistach nie wspominam, bo nie zajmujemy się tu utopiami ani skłonnościami do totalnej rozpierduchy państwa, ani społeczeństwa.)

Można więc powtórzyć jeszcze raz: w życiu, a tym samym i w kulturze, wolność totalna nie istnieje (bo istnieć nie może). Przyzwolenie absolutne oznaczałoby nasz cywilizacyjny koniec – a ta nasza mała apokalipsa zamieniła by się rychło w apokalipsę wielką, w eschatologiczny finał o wymiarze zgoła biblijnym.

A może niektórym o to chodzi?

BEZ DEKRETÓW

Napisawszy to wszystko (o konieczności istnienia pewnych etycznych norm i reguł społecznego zachowania), muszę wyraźnie podkreślić to, że jestem przeciwny urzędowej cenzurze, a zwłaszcza stosowaniu policyjnych metod w „porządkowaniu” tego, co dzieje się w kulturze. Artysta sam powinien mieć w sobie tyle uczciwości i zwykłej ludzkiej przyzwoitości, by cenzurować się sam. Także mądrość tutaj byłaby nie do pogardzenia.
Wolność słowa uznaję za wartość bardzo wysoką, doceniam również swobodę artystycznej wypowiedzi. I pocieszam się, że być może ten ekstremalny margines kultury nie stanie się jej głównym nurtem, a sztuka – nie tylko ta tradycyjna, ale i współczesna, poszukująca – pozostanie odkrywcza, mądra i naprawdę ciekawa.

Może więc, gwoli jasności, powtórzę raz jeszcze: nie jestem zwolennikiem stosowania w muzeach czy galeriach metod policyjnych – takich jak np. usuwanie siłą eksponatów, które obrażają (lub mogą obrazić) „uczucia religijne” pewnych osób; tych, które szokują, albo też budzą wstręt i odrazę (jedynymi restrykcjami, jakie powinny obowiązywać to te, które biorą pod uwagę ochronę dzieci).

Moja niechęć do pewnych aspektów sztuki współczesnej oparta jest bardziej na przesłankach estetycznych, niż etycznych, to raczej sprawa gustu, niż moralności – pewne wytwory tej sztuki bardziej mnie zniesmaczają, niż gorszą; bardziej widzę ich pustkę i jałowość, niż czuję zatrute treści… etc.

Nie w głowie mi żądanie wydawania jakichś państwowych dekretów, wielkich cenzorskich regulacji, protesty pełne świętego oburzenia (z powodu domniemanego „szargania świętości”); tudzież odwalanie głazów (z kukły przedstawiającej papieża), albo też rzucanie się z szablą na obrazki (bo akurat komuś się uroiło, że są jego obrazą).
Po co miałbym się wygłupiać bardziej, niż sami twórcy, którzy się wygłupili kreując swoje „dzieło”?

O ŚWIĘTYCH KROWACH, BŁAZNACH I DEMONACH

No i na koniec chciałbym jeszcze nawiązać bezpośrednio do tego, co napisała Defendo (szkoda, że już nie może mi ona odpowiedzieć… w żadnym ze znanych mi języków).
A Defendo stwierdziła: „Artyście wolno”.
Ale co wolno? I czy jednak artyście wolno wszystko?
Mam nadzieję, że powyższa rozprawka rzuca choć odrobinę światła na tę zawiłą przecież kwestię.

Kiedy Defendo zamieściła swój komentarz (pod wpisem „Ukrzyżowana żaba” na blogu „Brain Graffiti”), odpisałem jej mniej więcej tak: „według mnie, fakt przyznania artyście prawa do swobody ekspresji wcale nie musi oznaczać, że takiego artysty nie można krytykować. Nie należy z niego robić „świętej krowy”.
Zresztą, kogo możemy nazwać artystą a kogo nie? To nie jest takie oczywiste. Moim zdaniem, muszą istnieć jakieś kryteria, aby można było uznać kogoś za artystę. (…) Jeśli jednak mówimy już o wolności wypowiedzi, to także musimy przyznać innym ludziom prawo do wygłoszenia własnej opinii na temat sztuki, z którą się stykają, albo którą im się wpycha… niekiedy na siłę.”

To wymaga jednak uzupełnienia.
Artysta (nie wdając się tu w skomplikowane dywagację, kogo można nazwać „artystą”), bywa jednak często takim „rzadkim ptakiem”, a tym samym warto mu chyba przyznać coś w rodzaju statusu „świętej krowy”, której „wolno więcej” (ale na którą można się np. wkurzać, kiedy stoi na skrzyżowaniu). Zwykle jest to człowiek o dużej wrażliwości i oryginalnym spojrzeniu na świat – dostrzegający (i zwracający nam uwagę) na rzeczy, których nie dostrzegają „zwykli śmiertelnicy”.

Krytykując sztukę współczesną, czy też pewne zachowania artystów, dobrze jest też widzieć wszystko we właściwych proporcjach. I zdawać sobie sprawę, kto tak naprawdę stanowi dla nas – i dla naszej kultury – zagrożenie. Myślę, że na rzeczy będzie, jeśli przytoczę tutaj fragment mojego wpisu pt. „Błazny i demony”:

„Jedno wydaje się być pewne: do społecznych katastrof nie prowadzą występki bohemy, dziwactwa artystów, wybryki odmieńców, wygłupy błaznów, sztuczki kuglarzy, rozwiązłość erotomanów, wrzaskliwość rockmanów, eksperymenty pacykarzy, dziwaczne instalacje pseudo-artystów, ani jakieś tam świntuszenia. Nie ta osobliwa i w sumie niegroźna w skali społecznej menażeria będzie odpowiedzialna za następne holocausty, (do których oby nie doszło).

Cała demoniczność tego niebezpieczeństwa polega na tym, że kryje się ono w gabinetach skądinąd ułożonych, ustawionych, zasadniczych i z pozoru nawet przyzwoitych gości w czystych koszulach, pod krawatem i w garniturach, ewentualnie w mundurach. Politycy z chorymi ambicjami, zakadzeni ideologią, pozbawieni skrupułów, przedkładający własny, albo zgoła abstrakcyjny interes ponad dobro indywidualnego człowieka z krwi i kości; święcie przekonani, że jedynie machiawelizm może zapewnić im skuteczność.
Pod tym względem bardziej groźny jest amoralizm polityczny niż obyczajowy.
Przy współczesnych zagrożeniach globalnych, stary dobry dekalog zaczyna przypominać jakiś przykurzony eksponat z lamusa. Kto dziś zagląda do wytartych kamiennych tablic, mając przed sobą lśniący ekran nowoczesnego komputera z wykazem giełdowych drgań, skaczących kursów walut, krzywych wzrostu i perspektyw zysku  – całą tę domenę globalnych korporacji, megalomańskich imperiów, szemranych konsorcjów, aroganckich bankierów i wirtualnych a nieludzkich sił?”

*  *  *

Tracy Emin, „Moje łóżko” (Galeria Saatchie)

„FREE TIBET” – DWUGŁOS O WYZWALANIU TYBETU

*

Powiedzmy sobie otwarcie: nie będzie wolnego, niezależnego od Chin, Tybetu. Przynajmniej tak długo, jak Chiny będą potęgą. A zanosi się na to, że Państwo Środka będzie potęgą długo, a już wkrótce – największą potęgą świata.
„Free Tibet!” – to zawołanie stało się synonimem walki o niepodległość dla zniewolonego kraju, ale też rodzajem hasła i mantry, nie mającej tak naprawdę wpływu na rzeczywistość. Gest, który ginie w powodzi medialnych ciekawostek i newsów mających żywot jednodniowej jętki.
A jednak dla tych, którzy chcą w dylemat ten wniknąć głębiej, „Free Tibet” przestaje być sloganem a staje się poważnym problemem natury nie tylko politycznej i społecznej, ale i etycznej.

Chcąc napisać prawdę o Tybecie nie sposób jest ominąć ten niewygodny dla wielu temat relacji chińsko-tybetańskich. Niby można spojrzeć na tę krainę od strony „turystycznej”, potraktować ją jako podróżną „atrakcję” – zachwycić się kolorowym i egzotycznym ludem, niezwykle malowniczymi krajobrazami, tajemniczym mistycyzmem klasztorów i świątyń, nawiązać do legendy Tybetu jako krainy ongiś szczęśliwej, zamieszkałej przez łagodny, miłujący pokój i stroniący od przemocy naród, którego życie przebiegało w niczym nie zmąconej harmonii.
Ale jak by to przystawało do rzeczywistości? Czy mogłoby oddać jej pełny obraz?

*  *  *

Koncept tego artykułu był na samym początku zupełnie inny. Otóż podczas kolacji w jednej z tybetańskich restauracji w Lhasie ,uwagę moją przykuło kilka półek wypełnionych książkami. Podszedłem do nich i sięgnąłem po pierwszą lepszą pozycję. Okazała się nią wydana przez China International Press książka Zhanga Xiaominga „China’s Tibet”. Otworzyłem ją i pierwszym obrazem jaki rzucił mi się w oczy było archiwalne zdjęcie z 1951 roku przedstawiające korowód Tybetańczyków tańczących radośnie (?) wokół niesionego niczym na religijnej procesji wielkiego portretu Mao. I podpis: „Sługi i niewolnicy świętują wyzwolenie”. Na innej zaś stronie ujrzałem starą Tybetankę modlącą się przed domowym ołtarzykiem Wielkiego Sternika i Syna Niebios oraz podpis: „tybetańska kobieta przez 40 lat była wierna swemu ukochanemu Przewodniczącemu Mao”.
Zapomniawszy o jedzeniu zacząłem czytać i oczywiście poniosły mnie emocje, bo odnalazłem w tej książce całą przewrotną, kłamliwą i obłudną propagandę, która stosowana była przez „komunistów” także w naszym kraju. Chiński autor opisywał jakim dobrodziejstwem było dla Tybetańczyków „pokojowe wyzwolenie Tybetu” i powrót tego kraju do „Macierzy”. Czytając to przypomniałem sobie jak ten czas opisywał w swojej książce Dalajlama. Czy muszę dodawać, że jego wersja tamtych wydarzeń różniła się od chińskiego spojrzenia diametralnie? Wówczas wpadł mi właśnie do głowy ów pomysł, o którym wspomniałem wcześniej: by zestawić obok siebie te dwie antagonistyczne wersje (czyli oficjalną, chińską oraz tę tybetańską, Dalajalmy) i pozostawić to wszystko bez słowa komentarza, który wydawał mi się wówczas zbędny.


Spostrzegłem, że na półce stało jeszcze kilka egzemplarzy tej książki, więc pomyślałem, że jest ona na sprzedaż i postanowiłem ją kupić. Zdradziłem się z moją chęcią przed młodą kelnerką, ta pobiegła na zaplecze, na którym zauważyłem wkrótce mały popłoch. Sprawa trafiła do menadżera restauracji i nastąpiły negocjacje – można mi tę książkę sprzedać, czy też nie można? Z jednej strony czegoś się obawiano i na pomysł sprzedaży książki zareagowano niechętnie, z drugiej zaś – gościnność wobec obcego skłaniała ku przychylności i zadośćuczynienia jego prośbie. Nie będąc pewnym, jak się zachować, menadżer oświadczył mi że tej książki to chyba jednak nie będę chciał kupić, bo jest ona dwa razy droższa, niż pokazuje cena na okładce. Odpowiedziałem, że to nie jest problem i wręczyłem mu stu-yuanowy banknot. (Nawiasem mówiąc, na tę samą książkę natrafiłem tydzień później w Czengdu na terenie Chin „właściwych”, gdzie można już było kupić ją po normalnej cenie.)

„China’s Tibet” opisuje Tybet od strony geograficznej, etnicznej, administracyjnej, przemysłowej, rolniczej… etc. Mówi też o historii, oczywiście widzianej z perspektywy chińskiej: wynika z niej, że Tybet od stuleci był częścią Chin, czerpiąc z tej przynależności same korzyści. Skoro jednak było tak dobrze, to dlaczego było tak źle? I dlaczego w takim razie trzeba było „pokojowo” wyzwalać Tybet w 1951 roku, jak zrobiła to Chińska Armia Ludowa? Takie tam naiwne pytania.
Książka pisana jest stylem i językiem znanym doskonale tym, którzy pamiętają „jedynie słuszną linię” partii komunistycznych w europejskich krajach tzw. „demokracji ludowej”. Może więc oszczędzę sobie tutaj cytowania jakichś rozległych fragmentów, ograniczając się jedynie do małej próbki, która właściwie mówi wszystko: „Po pokojowym wyzwoleniu Tybetu w 1951 roku, instytucje na wielu szczeblach prowadziły szczerą i pełną dobrej woli politykę wolności wierzeń religijnych, za co były powszechnie chwalone. Obecnie, pod protekcją Konstytucji i prawa, ludzie Tybetu w pełni cieszą się swobodą uprawiania normalnej aktywności religijnej”. *

Natomiast w książce pt. „My land & My People – Memoirs of His Holiness the Dalai Lama” można przeczytać:
„Zabito dziesiątki tysięcy ludzi, nie tylko podczas starć zbrojnych, ale i indywidualnie i z zimną krwią. Byli zabijani bez udowodnienia winy na podstawie podejrzeń o sprzeciwianie się komunizmowi, ukrywanie pieniędzy, zajmowanie wysokiego stanowiska albo bez żadnego powodu. Byli zabijani przede wszystkim dlatego, że nie chcieli wyrzec się swojej religii. Nie tylko strzelano do nich z broni palnej. Byli bici na śmierć, wieszani na krzyżach, paleni żywcem, topieni, poddawani wiwisekcji, głodzeni na śmierć, duszeni, wieszani, oblewani wrzątkiem, grzebani żywcem, wypruwano im wnętrzności i obcinano głowy. Zabójstwa te były przeprowadzane publicznie. (…) Kobiety i mężczyźni byli doprowadzani do powolnej śmierci podczas gdy członkowie ich rodzin byli zmuszani do przyglądania się ich agonii. Małym dzieciom kazano strzelać do własnych rodziców.
Najbardziej prześladowani byli mnisi. Chińczycy usiłowali ich upokorzyć, szczególnie tych najstarszych i najbardziej szanowanych, a potem poddawano ich torturom, zaprzęgając ich do pługów, jeżdżąc na nich jak na koniach, chłoszcząc ich batem i bijąc kijem, i stosując inne metody zbyt okrutne, żeby je tutaj opisywać. A kiedy doprowadzano ich w taki sposób do wycieńczenia, wyśmiewano się z ich religii, nawołując żeby czynili cuda, by uwolnić się od bólu i śmierci. (…)
Poza tym Chińczycy zniszczyli setki klasztorów, albo fizycznie zamieniając je w ruiny, albo zabijając mnichów lub wysyłając ich do obozów pracy. Tam pod groźbą kary śmierci zmuszano ich do zerwania ślubów czystości. W opuszczonych klasztorach urządzano stajnie i baraki wojskowe.” **

*  *  *

Miało więc obyć się bez komentarza, jednak z czasem coraz więcej myśli przychodziło mi do głowy. I z niektórymi z nich postanowiłem się tu jednak podzielić.
Problem tybetański z jednej strony wydaje się być czymś prostym i jednoznacznym, z drugiej jednak – czymś nader skomplikowanym. Wszystko zależy od tego z jakiej perspektywy będziemy nań patrzeć, jakie kryteria stosować, ku jakim wartościom się skłaniać.

Chińscy żołnierze na murach Potali w Lhasie

Nie miałem jednak żadnych wątpliwości po której jestem stronie, kiedy chodziłem ulicami Lhasy i na każdym kroku – dosłownie za każdym zaułkiem, przed każdą ważniejszą bramą, na każdym placu – widziałem setki chińskich policjantów, żołnierzy i tajniaków. Jeśli ktoś wątpi, że jest to okupacja  obcego terytorium kraju przez państwo policyjne, to ten widok powinien go z owych wątpliwości uleczyć.
Z początku starałem się to ignorować, oswoić się z nieprzyjemną koniecznością obcowania z tymi siłami, ale doprawdy było z tym trudno. Zacząłem więc stosować podwójną taktykę: traktować ich jak powietrze, skupiając się na tym co chciałem w Lhasie poznać albo też wręcz przeciwnie: śmiało patrzeć umundurowanym prosto w oczy, dając im do zrozumienia, że nie wszyscy godzą się z ich obecnością tutaj i że mogą mieć władzę nad czyjąś fizycznością, ale już nie nad czyimś sercem i umysłem (Młodzi żołnierze reagowali różnie: albo niemal wstydliwie spuszczając wzrok, ale też i wytrzymując moje spojrzenie, czasem nawet z ironicznym i bezczelnym  błyskiem w oku).
Tak czy owak, przebywanie na placach i ulicach w towarzystwie tych paradujących krokiem defiladowym (a sprawiało to nieco surrealistyczne wrażenie) lub stojących na baczność na warcie sołdatów (cóż, w tym też był jakiś surrealizm), nie było niczym przyjemnym. Przypominało też o czasach, kiedy w Lhasie wybuchały bunty i zamieszki.

Żołnierze byli wszędzie. Kilkakrotnie przestrzegano mnie przed ich fotografowaniem, bo – mówiono – może to się źle skończyć, nie tylko konfiskatą aparatu, ale i poważnymi konsekwencjami z aresztowaniem, karą pieniężną i odebraniem zezwolenia na pobyt w Tybecie włącznie. Lecz kiedy wychodząc już z Potali spostrzegłem w oddali grupę chińskich żołnierzy, którzy malowniczo rozmieścili się na olbrzymim murze obronnym Pałacu, mając w tle położoną u stóp Potali Lhasę – nie mogłem się oprzeć. Dzieliło mnie od nich dobre sto jardów, więc mimo, że patrzyli w moim kierunku, teleobiektyw raczej ich nie mógł zaniepokoić. Zacząłem schodzić w dół i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie moment, kiedy znalazłem się na schodach pod nimi i jeszcze raz wymierzyłem w nich obiektyw. W jednej chwili wszyscy zniknęli za murem a ja z duszą na ramieniu szykowałem się już do rewizji przy wyjściowej bramie. Na wszelki wypadek wyciągnąłem z aparatu kartę pamięci, która była pełna zdjęć i zamieniłem ją na pustą – bardziej bowiem szkoda byłoby mi zarekwirowanych zdjęć, niż samego aparatu. Ale na szczęście przy wyjściu nikt na mnie nie czekał. No cóż – pomyślałem, wypłoszyłem tylko wygrzewających się na słońcu chłopaków.

Odział żołnierzy defilujący na placu Barkhor. W oddali - górujący nad Lhasą Pałac Potala.

*  *  *

Czy chińska okupacja Tybetu ma swoje dobre strony?
Ależ oczywiście!
I to właśnie one przyczyniają się do tego, że sprawy związane z niepodległością Tybetu nieco się komplikują i wyglądają niejednoznacznie, nawet dla tych, którzy z Tybetańczykami sympatyzują.
Przede wszystkim, wydaje się że wszyscy zyskują na chińskich inwestycjach w tybetańską infrastrukturę, choć niektórzy twierdzą, że prawdziwymi beneficjentami tego są Chińczycy Han, natomiast Tybetańczykom zostają tylko jakieś ochłapy i w rzeczywistości są obywatelami drugiej kategorii w swoim własnym (?) kraju. Zresztą Chińczycy, inwestując wielkie pieniądze w Tybecie, nie robią tego bynajmniej z miłości do swoich tybetańskich braci, a po prostu umacniają swoją (kolonialną) pozycję w tamtym rejonie. Liczący 1 miliard 300 milionów mieszkańców kraj, potrzebuje przestrzeni życiowej jak wody i powietrza, nie wspominając o bogactwach naturalnych jakie znajdują się na Wyżynie Tybetańskiej. Już teraz w Tybecie żyje kilkakrotnie więcej Chińczyków, niż rdzennych mieszkańców tej ziemi.

Już z samolotu dostrzegłem rozłożone w dolinie Yarlung (Brahmaputry) rozległe bloki chińskich zabudowań, a kiedy dotarłem do Lhasy, to przeżyłem mały szok, gdyż czekało tam na mnie nie tyle nowoczesne, co nowe miasto, zupełnie nie przypominające znajdującego się po drugiej stronie Himalajów Kathmandu (na co po cichu liczyłem). Nie, nic z tego. Powiew starej Lhasy wyczuwało się jedynie w pobliżu historycznych budowli, których jednak nie ostało się wiele. Właściwie można je policzyć na palcach jednej ręki: Pałac Potala, klasztor Jokhang i okolice bazaru Barkhor. Cała reszta to pozbawione charakteru, nijakie miasto – betonowo-blaszane, szaro-bure pudła i klocki, które ktoś nie bez złośliwości nazwał „chińskim badziewiem”.

*  *  *
Tym, czego najbardziej obawiają się Tybetańczycy chcący utrzymać własną tożsamość, jest rozmycie się, a w końcu zanik ich rdzennej kultury, która wchłonięta zostanie przez to, co przynoszą ze sobą Chińczycy. Tym większe dostrzegają niebezpieczeństwo, ponieważ naród tybetański nie jest wcale tak liczny. Na całym świecie żyje tylko około 6 milionów Tybetańczyków, z czego połowa w samym Tybecie.

Tybetanki

To jest największy problem i troska nie wychodząca z głowy znajdującego się już od pół wieku na emigracji Dalajlamy i popierających go rodaków: zagrożenie narodowego bytu Tybetańczyków. Nota bene Dalajlama już od dawna nie domaga się niepodległości Tybetu (bo wie, że w obecnych warunkach jest to niemożliwe), tylko prawdziwej autonomii dla tego regionu. Na razie jednak jego zabiegi nie przynoszą żadnych wymiernych skutków i choć na świecie istnieje spora grupa ludzi popierających wolnościowe dążenia Tybetańczyków, to ich wysiłki także mają niewielki wpływ zmianę chińskiej polityki wobec Tybetu.

Ja jednak wierzę w Tybetańczyków.

To była druga moja noc spędzona w Lhasie. Obudziłem się przed świtem, czułem jak organizm broni się przed niedoborem tlenu, w głowie ciągle czułem lekki ucisk, co wskazywało na to, że jeszcze niezupełnie przystosowałem się do gwałtownej zmiany wysokości (Lhasa jest położona 3600 metrów nad poziomem morza). Było zimno (wyglądało na to, że hotel oszczędza na opale), za oknem panował jeszcze zmrok – tym wyraźniej można było dostrzec za rzeką w oddali rozżarzony fioletowo-czerwonymi neonami wieżowiec, przypominający mi jako żywo kasyno Rio. Czyżby Las Vegas w Lhasie?
Wziąłem prysznic, ubrałem się i zszedłem na dół do hotelowego lobby z nadzieją znalezienia czegoś ciepłego do picia. Było  pusto, ale w jadalni siedział już Pema, mój nowy Tybetański znajomy, który był naszym tłumaczem i przewodnikiem. Zaczęliśmy rozmowę od jakiejś błahostki, ale postanowiłem wykorzystać to, że byliśmy sami i zadałem mu pytanie: „Co czujesz jak słyszysz, że Tybet jest chiński”?
Pema – młody, inteligentny i delikatny człowiek wywodzący się z plemienia górskich nomadów – spuścił oczy i na dłuższą chwilę zamilkł. Po jakimś czasie usłyszałem jednak: „Nie chcę o tym mówić. Może tylko powiem, że Twój kraj też nie był wolny, więc powinieneś wiedzieć jak to jest.”

Tak, nagle uświadomiłem sobie jak bardzo sytuacja Tybetu przypomina tę, w jakiej przez długi przecież była Polska. My także mieliśmy nad sobą kuratele sąsiedniej potęgi (w naszym przypadku był to rosyjski niedźwiedź, Tybetańczycy mają na karku chińskiego smoka); także i nas „zdradziły” i opuściły w potrzebie miłujące ponoć demokrację potęgi Zachodu; również i u nas wiara religijna (oraz utożsamiająca ją instytucja kościelna) wspomagała ludzi w trudnych chwilach, solidaryzując społeczeństwo i przechowując pewne narodowe tradycje i symbole…
Ciekawa sprawa: kiedy po kilkudziesięciu latach okupacji Chińczycy nabrali pewności, że zmienili sposób myślenia Tybetańczyków (i że przecież nie mogą już oni tęsknić za starym, opresyjnym porządkiem, w którym byli sługami i niewolnikami), i zezwolili na wizytę w Tybecie kilku przebywającym na emigracji, wyższym duchownym buddyjskim, to nie mogli wyjść ze zdumienia, z jakim uwielbieniem i rewerencją spotkali się oni u swoich rodaków, (którym – a to jeszcze ciekawsze – w obawie przed skandalem, zakazali wcześniej opluwać ich i obrzucać błotem i kamieniami). Jako żywo stanęła mi przed oczami pielgrzymka Jana Pawła II do swego rodzinnego kraju rządzonego jeszcze wówczas przez wasalską wobec Sowietów PZPR.

Pielgrzymujący Tybetańczycy pod Świątynią Jokhang

*

Już po powrocie z Tybetu oglądałem film, potajemnie nakręcony przez Tybetankę („What Remains of Us”), której po kilkudziesięciu latach udało się wjechać do rodzinnego kraju. Przywiozła ze sobą nagrane na laptopie przesłanie, jakie Dalajlama chciał przekazać mieszkającym w kraju rodakom. I kiedy obserwowałem reakcję Tybetańczyków, którym twórczyni tego dokumentu prezentowała (oczywiście w wielkiej konspiracji) słowa Dalajlamy, to doprawdy serce mi pękało. Wpatrzeni, wbici wzrokiem w ekran, przejęci, chłonący każde słowo, płaczący… Wówczas uświadomiłem sobie, jak głęboko wryta jest w tych ludzi wiara i tęsknota za czymś, co wyrasta poza świat, w jakim chcą umieścić ich Chińczycy ze swoim „postępem”, „ucywilizowaniem” i obietnicami lepszego życia – w rzeczywistości, której nie będzie już zatruwać żadna religia (tu warto przypomnieć słynne powiedzenie Mao, który w jednej z rozmów z Dalajlamą stwierdził, że „religion is poison”).

*  *  *

Wszyscy ci, którzy popierają Tybetańczyków w ich dążeniach do uzyskania pełnej autonomii (czy też bardziej radykalnie – niepodległości) czują się bezradni. Bowiem świat wielkiej polityki i globalnych interesów wybiera pragmatyzm, podkreślając przy tym, i niejako usprawiedliwiając, że kieruje się realizmem. Kwestia łamania praw człowieka schodzi na dalszy plan i staje się domeną grupki idealistycznie nastawionych zapaleńców, którymi wielkie potęgi niezbyt się przejmują. Po raz kolejny zwycięża pieniądz – bo business is business. Obecnego Przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej Hu Jintao przyjmuje się na całym świecie z wielkimi honorami, a w Ameryce nawet niczym króla – bo przecież będzie się potrzebowało jego pieniędzy, (które Stany Zjednoczone pożyczają ostatnio od Chin na potęgę). To wszystko są siły, które wydają się nie do przezwyciężenia.
Ja sam także zastanawiałem się nad tym, czy wobec takiego stanu rzeczy jest sens deklarować swoje poparcie dla „Wolnego Tybetu”. I co to da? Czy, zważywszy na wszelkie okoliczności i warunki zewnętrzne, podobna deklaracja nie staje się tylko jakimś pustym słowem, hasłem i gestem, który jedynie polepsza nasze samopoczucie, umożliwiając nam przy tym identyfikację z wartościami humanistycznymi, demokratycznymi, liberalnymi.
I próbowałem nawet te swoje wątpliwości i zniechęcenie racjonalizować: bo rzeczywiście dzięki Chińczykom Tybet przestaje być krajem „zacofanym”, bo rzeczywiście został tam zniesiony system feudalny, który dopuszczał nawet niewolnictwo; bo rzeczywiście nie można obecnych warunków życia w Tybecie porównywać z tymi, jakie istniały w tym kraju przed chińskim „wyzwoleniem”; bo rzeczywiście wydaje się, że Chińczykom bardzo zależy na unormowaniu sytuacji w tamtym rejonie i nie dopuszczeniu do kolejnych rozruchów; bo rzeczywiście po jakimś czasie może dojść do kulturowej konwergencji, która zniesie napięcia istniejące między różnymi grupami etnicznymi…
Ale… nie, nie! Uświadomiłem sobie, że wszystkie te argumenty nie powinny jednak zmienić mojego stosunku do tybetańskiej wolności i samostanowienia. Jestem więc za Wolnym Tybetem. Nawet nie dla zasady, a po prostu dla zachowania zwykłej ludzkiej przyzwoitości, która mówi, że także inni ludzie mają prawo do decydowania o własnym losie, do mówienia tego, co myślą, do wyboru indywidualnych i cywilizacyjnych wartości, do swobodnego wyrażania samego siebie… Jednym słowem: prawo do życia w wolności.

*  *  *

*  Zhang Xiaoming, „China’s Tibet” (tłum. własne); ** Dalai Lama, „My Land & My People” (tłum. Beata Pawlikowska)

Chińska flaga nad Potalą i żołnierska warta

 © ZDJĘCIA WŁASNE)

Nową wystawę zdjęć z Tybetu można obejrzeć TUTAJ. Na stronie brulionu podróżnego znalazły się już także tybetańskie panoramy.

*