CZYJA WINA? – o zderzeniu cywilizacji i samozachowawczym instynkcie

.

Islam - cywilizacja, która zagraża światu?

Islam – cywilizacja, która zagraża światu?

.

1.

CZYJA WINA?

Jak widać militaryzacja Bliskiego Wschodu (bojownicy Państwa Islamskiego walczą przecież “bronią”, jaką USA wyposażyła Irak, jak i islamskich rebeliantów w Syrii) i destabilizacja kolejnych państw rejonu przez Zachód (głównie przez Stany Zjednoczone) doprowadziła do sytuacji, w której rośnie siła skrajnie agresywnych islamistów, usiłujących opanować coraz to większe obszary świata arabskiego. I to właśnie – rozgrywanie własnych partykularnych interesów w rejonie, post-kolonialna arogancja, polityka mająca za nic kulturę arabską i zupełnie nielicząca się z realiami tamtego świata i mentalnością jego mieszkańców, a tym samym poddająca tych ludzi permanentnemu upokorzeniu – to właśnie, a nie pełne agresji i szowinizmu wersety z Koranu, są przyczyną zbrodni ludobójstwa popełnianych obecnie z niewyobrażalnym okrucieństwem przez dżihadystów w północnym Iraku.

Czy amerykańskie drony zabijające przypadkowych ludzi są bardziej humanitarne, niż muzułmańskie noże podcinające gardła chrześcijan i jazydów? Zło jakie wyrządzają jest dokładnie to samo – jedno i drugie jest zbrodnią, tylko nasze plemienne przywiązanie do zachodniej cywilizacji – i benefity, jakie czerpiemy mieszkając na Zachodzie – powoduje, iż łudzimy się, że postępujemy bardziej “humanitarnie”, że jesteśmy bardziej “cywilizowani” i w końcu – a jakże! – “lepsi” od muzułmanów.

A wystarczy tylko spojrzeć przez moment z perspektywy, z jakiej widzi hipokryzję i arogancję Zachodu świat arabski, by zrozumieć, dlaczego wśród muzułmanów tyle nienawiści do Zachodu i dlaczego niektórzy z nich zdecydowani są walczyć z “niewiernymi” z największą desperacją i stosując wszelkie dostępne im środki.

greydot

2.

Powyższa krótka impresja wywołana doniesieniami z Iraku, w którym dżihadyści dokonują obecnie czystek etnicznych, proklamując własne Państwo Islamskie (nota bene nieuznawane przez żadne państwo arabskie) sprowokowała dyskusję na mojej stronie Facebookowej, która rozwinęła się z czasem do słusznych rozmiarów, poruszając kilka istotnych kwestii. Nie jest to rozmowa „gładka”, ani grzeczna, nie jest łatwa ani przyjemna – wyczuć w niej można wzajemne poirytowanie i pewną uszczypliwą niechęć do adwersarza –  niemniej jednak myślę, że warto ją tu przytoczyć, bo dotyczy problemu, który ostatnimi czasy bardzo nabrzmiewa: zaogniające się zbrojne konflikty w kilku rejonach świata, które bynajmniej nie są powrotem do zimnej wojny, wręcz przeciwnie: grawitują w kierunku wojny jak najbardziej gorącej, w której po jednej stronie są Stany Zjednoczone i Zachód, po drugiej zaś kraje arabskie wraz z zimnowojennym reliktem, jakim okazała się Rosja dokonująca rewizji swoich post-sowieckich granic.

.

  • Marian Mario Ponanta: Czyja wina? A Koran czytał??
  • Stanisław Błaszczyna: Wpierw proszę sformułować swoje pytanie poprawnie, w języku polskim (ewentualnie angielskim), wtedy możemy podyskutować. (Rozumiem, że ty sam jesteś znawcą Koranu.)
  • MMP: Skrót myślowy rodem z Krakowa… brakuje słowa „pan”. Ale z wielu względów okazało się to trafne… a Koran przeczytałem, czego życzę każdemu, kto chce dyskutować sprawy dotyczące islamu. Czytając ten tekst nie sposób się nie roześmiać.
  • StB: „Czytając ten tekst nie sposób się nie roześmiać.” Chodzi Panu o mój tekst, czy o Koran? Powiem tak: może po tym, jak zapozna się pan np. z historią Iraku (począwszy np. od brytyjskiej inwazji na ten kraj, przez amerykańskie kłamstwo o broni chemicznej masowego rażenia, które była powodem wojny i trwającej po dzień dzisiejszy destabilizacji tego kraju, po zupełne zdominowanie i represjonowanie sunitów przez szyitów, gigantyczną korupcję i ruinę kraju…), to być może wtedy byłby sens dyskutowania z Panem. Lecz zamiast odniesienia się do kwestii poruszonej w moim wpisie, wyjeżdża mi Pan z tym Koranem. A dlaczego by w takim razie nie zacząć od Starego Testamentu? I przerzucania się na podstawie cytatów z tychże ksiąg, która to cywilizacja jest bardziej krwawa i agresywna? Ja staram się trzymać historycznych faktów, a nie świętych ksiąg w próbach zrozumienia tego, co się dzieje na świecie. Pan, widzę, woli trzymać się ideologii i literackiej fikcji.
  • MMP: Nie mam za bardzo czasu na prowadzenie dyskusji. Powiem więc krótko. To, co Pan raczył napisać, skomentuję szybko: nie życzę Panu mieszkać w środowisku zdominowanym przez muzułmanów. Tu, gdzie Pan jest, nikt nie utnie Panu głowy za te wypociny. Zabierz Pan Biblię w podróż do Arabii Saudyjskiej to pogadamy.
  • StB: To nie są żadne argumenty, proszę Pana. Pan na mój wpis o amerykańskiej polityce na Bliskim Wschodzie, wyciągnął Koran (w domyśle: żebym zapoznał się jaka to jest okropna i krwiożercza religia wyznawana przez tych dzikusów w turbanach), a w ogólne nie odniósł się do sytuacji wykreowanej przez tę politykę (o wcześniejszej – kolonialnej państw europejskich – nie wspominając). Co z tym wszystkim ma wspólnego wyższość, czy też niższość jednej cywilizacji – czy też religii – na drugą?
    Podejrzewam, że wśród muzułmanów w ich kraju czułbym się obco i nie chciałbym tam mieszkać dłużej. Moją kulturą jest kultura judeo-chrześcijańska – w Polsce, Europie czy w Stanach czuję się wiec jak u siebie, ale staram się nie wartościować narodów, kultur i ras (wtedy zawsze wychodzi z nas suprematyzm: my jesteśmy wyżej, cała reszta niżej). Jestem przeciwny militaryzmowi (choć nie uważam się za pacyfistę), zawłaszczaniu terytoriów innego kraju (tak jak zrobił to np. Izrael), ludobójstwu pod każdą formą… etc. Bez względu na to, czy robi to cywilizacja, z którą się identyfikuję, czy też cywilizacja mi obca. (Zresztą, bardziej mnie zawsze boli ten pierwszy przypadek, bo czuję, że w pewnym sensie hańbi to mnie samego; vide: amerykańskie zbrodnie wojenne w Indochinach w latach 60-tych i 70-tych, wspieranie krwawych dyktatur w Ameryce Centralnej i Południowej, korumpowanie rządów w Iraku czy Afganistanie, bezprawie Guantanamo, stosowanie tortur, Abu Ghraib… etc.) A Pan mi każe Koran czytać (nota bene wiem, jakie treści on zawiera). Pański „argument” jest rasistowskiej natury: na dzień dobry chce mi Pan udowodnić, że muzułmanie są gorsi od nas (podrzędni) – a żeby było śmieszniej, chce mi Pan to udowodnić podtykając mi pod nos książkę napisaną kilkanaście wieków temu.
  • MMP:Za Koran gotowe są zginąć miliony ludzi, za Biblię tysiące. Niestety, są wyższe i niższe cywilizacje. Polityka USA to zupełnie odrębna sprawa; z Islamem Pana kultura walczy praktycznie od jego powstania. Gdyby nie wygrała kilku ważnych bitew, wystawiał by Pan portki do słońca kilka razy dziennie. Obecnie w 95% światowych konfliktach zbrojnych jedna ze stron walczących są islamiści. Ma Pan prawo do swoich poglądów, ale niech Pan nie oczekuje, że jak wygaduje Pan bzdury w przestrzeni publicznej, to ludzie nie zostawią tych bredni bez komentarza.
  • StB:Rzeczywiście, nazywając moje poglądy „bzdurą” i „brednią”, używa Pan tym samym niepodważalnych argumentów. Niestety, jest to „argumentacja” prymitywna, a raczej żadna. Widzę, że jest Pan typowym przedstawicielem „cywilizacyjnego” szowinisty. Powodzenia zatem w dozgonnej walce z islamem. Zresztą, Pan jako przedstawiciel rasy wyższej, nie powinien się niczego obawiać – darwinizm zapewni Panu zwycięstwo i dominację nad gorszym umysłowo – podrzędnym cywilizacyjnie i rasowo – wrogiem. Poza tym: powtarzam, mój wpis dotyczył polityki Stanów Zjednoczonej na Bliskim Wschodzie i jej skutków w postaci destabilizacji tamtego rejonu i krwawych wojen jakie tam cały czas trwają. Moim zdaniem to właśnie ta polityka jest za to głównie odpowiedzialna, a nie Koran.
  • MMP:Proszę Pana… ta dyskusja przypomina już granie w szachy z gołębiem. Ma Pan swoją racje. A o moich poglądach – i o tym kim jestem – wie Pan tyle co o islamie. Powodzenia.
  • StB:Nie muszę wiedzieć kim Pan jest, ani też nie muszę znać wszystkich Pańskich poglądów. Dyskutuję tu tylko z tym, co Pan napisał pod moim wpisem. A napisał Pan już w pierwszym komentarzu: „Czyja wina? A Koran czytał?”. Rzeczywiście bardzo to rzeczowa riposta, bardzo inteligentne rozpoczęcie dyskusji. Rozumiem, że uważa się Pan za wytrawnego szachistę, zaś mnie uważa Pan za durnego gołębia. W porządku – na Pański argument: „Pan nie wiem, kto ja jestem” (wyrażony przed chwilą explicite przez Pana) wypada mi tylko przyjąć do wiadomości, że jest Pan wybitnym politykiem i wielkim znawcą islamu.
  • MMP:Przesada. Ale nie wygłaszam tez, których nie da się obronić. A islam radzę zostawić w spokoju, bo narazi się Pan na komentarze, przy których moje docinki będą brzmieć jak przyjemne dzwoneczki.
  • StB:Niestety, Pan jest nielogiczny: w pierwszym, komentarzu pisze Pan: „A Koran zna?„, a w ostatnim: „islam radzę zostawić w spokoju”. I ma Pan rację, nie znam Pana – bo prawdę mówiąc spodziewałem się, że można z Panem prowadzić inteligentniejszą rozmowę. Żadnych komentarzy się nie boję, na moim blogu jest już ich ponad 10 tysięcy i jakoś mnie nie zastraszyły i nie złamały.
  • MMP:Sprowadził mnie Pan do swojego poziomu dyskusji, za co przepraszam. A islamu bez Koranu Pan nie zrozumie. To tak jakby chciał Pan analizować działania Hitlera bez czytania Mein Kampf. A jeżeli chodzi o komentarze, to nie widzę tutaj burzy mózgów. Tylko ja poświęcam Panu swój czas, co z mojej strony nie jest zbyt mądre. A inteligencję rozmówcy poznaje się po tym, jak snuje przypuszczenia na temat braku inteligencji u innych. Jeszcze raz pozdrawiam. Powodzenia.
  • StB:Działania Hitlera powinno się analizować na podstawie jego działań, a nie na podstawie jego książki.
  • MMP:Polecam książki Oriany Fallaci na temat islamu. Po przeczytaniu nie będzie Pan może już wypisywać takich farmazonów.
  • StB:„Farmazony” – to jest właśnie Pański styl i poziom argumentacji. Książki Oriany Fallaci znam. Jej wizji islamu nie podzielam, miejscami wydaje mi się wręcz rasistowska. Znam też książki Terzaniego i bliskie jest mi to, co ten słynny dziennikarz, znawca wielu kultur, napisał o poglądach (zbytnio nawiedzonej i przewrażliwionej, moim zdaniem) Oriany Fallaci. Przypomina mi się również to, co na ten temat (poglądy Fallaci vs. poglądy Terzaniego) napisał Ryszard Kapuściński: „Każde z nich reprezentowało inny stosunek do świata. Ten świat wielokulturowy Orianę Fallaci przerażał. Nie wiedziała jak się odnaleźć w tym świecie, który znała, wielokulturowym. Ponieważ widziała jedyne wyjście z tego wszystkiego – rozdzielić. Tiziano Terzani był odwrotnego zdania. Uważał, że jedynym wyjściem z tej sytuacji jest zbliżyć się, zrozumieć, próbować się porozumieć.” Mógłbym tu zacytować fragment książki Terzaniego „Listy przeciw wojnie”, który przybliżyłby jego opinię, ale nie widzę w tym większego sensu, bo i tak jest Pan na mur beton przekonany co do swojej racji i nic już nie jest w stanie tego zmienić. A z zagrożeń jakie niesie islam – mam na myśli zwłaszcza tę jego fanatyczną i agresywną stronę – bardzo dobrze zdaję sobie sprawę.
  • MMP:Jeżeli chce Pan mówić o faktach, to proszę zwrócić uwagę, że za posiadanie Biblii w Arabii Saudyjskiej grozi kara śmierci. Do Mekki nie mogą wejść innowiercy, w Iraku za bycie chrześcijaninem obcinają nożem głowę. W Rzymie są meczety, a muzułmanie sikają na zabytkowe kościoły, a Pan i Panu podobni kajają się w pro-islamskiej, anty-Zachodniej retoryce. Wstyd.
  • StB:Czy to wszystko (np. sikanie muzułmanów na zabytkowe kościoły) ma być usprawiedliwieniem ludobójstwa Palestyńczyków, jakie odbywa się w Gazie, albo katastrofalnej polityki amerykańskiej w Iraku, (która doprowadziła do śmierci setek tysięcy ludzi, zrujnowała kraj i której konsekwencją jest teraz wojna między szyitami i sunitami), destabilizacji Libii… ? etc.. Nie jestem ani antyzachodni, ani antyamerykański, ani tym bardziej proislamski. Mam prawo krytykować np. politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych (i to, że mogę to robić jest właśnie jedną ze zdobyczy Zachodu). Byłbym głupcem, ślepcem i niewdzięcznikiem, gdybym nie doceniał naszych osiągnięć cywilizacyjnych i swego rodzaju przywileju życia na Zachodzie. Ale to nie znaczy, że mam położyć uszy po sobie, udawać, że Amerykanie i Zachód rozsiewają po świecie samo Dobro, i broń Boże nie krytykować naszych wspaniałych polityków i „przywódców” (jak np. ewidentnej głupoty G.W. Busha, czy niektórych posunięć Obamy, idącego na pasku tych, którzy posiadają Wielkie Pieniądze i często działają wbrew interesowi amerykańskiego społeczeństwa en masse).
  • MMP: Może Pan to nazwać, jak Panu wygodnie. Jeżeli ma Pan natomiast instynkt samozachowawczy, to powinien on kształtować Pana oceny tego, co się dzieje na Bliskim Wschodzie. Jak ocenia Pan to, co robią islamiści z chrześcijanami… ha? To nie ludobójstwo? I może Pan sobie dopowie, co islam by zrobił z nami, gdyby miał odpowiednie środki? Proponuje Panu, żeby nabrał Pan odwagi i wypowiedział się w sprawie tego, co islamiści już wyprawiają u nas. Ta dyskusja to jeszcze większy bezsens, niż to, co Pan wypisuje o ciemiężonych Irakijczykach.
  • StB: Zostawiam Pana z Pańską wizją dostrzegania samego Zła po stronie islamu i samego Dobra po stronie Zachodu. A mój instynkt samozachowawczy mówi mi, że gaszenie pożaru benzyną (a tym jest militarystyczna polityka Zachodu na Bliskim Wschodzie) jest nie tylko głupotą ale i śmiertelnym niebezpieczeństwem. A na początek edukacji: elementarz – coś w rodzaju „Iraqi policy for beginners” – proponuję zapoznanie się z artykułem pt. „The Rise of ISIS: US Invasion of Iraq, Foreign Backing of Syrian Rebels Helped Fuel Jihadis’ Advance” i przeczytanie go ze zrozumieniem. A zderzenie cywilizacji islamu z Zachodem (jeśli tak nazwiemy pewne współczesne konflikty na styku świata arabskiego i zachodniego) jest według mnie przede wszystkim zderzeniem politycznym, a dopiero później religijnym, czy kulturowym (świadczą o tym choćby walki miedzy samymi muzułmanami). Dlatego proszę mi tu Koranem nie wymachiwać, bo to byłoby na tym samym poziomie sensowności, co wymachiwanie również Starym Testamentem. Ja, żyjąc w Stanach, mam za sąsiadów Syryjczyków i jedyną niedogodnością tego sąsiedztwa jest to, że ich dzieciaki czasami trochę dokazują. Tak więc, nie wiem co też takiego strasznego wyprawiają islamiści u nas (do mnie przynajmniej to nie dociera, choć interesuję się sprawami amerykańskiego społeczeństwa). I jak to wszystko się ma do mojego instynktu samozachowawczego, to doprawdy trudno mi pojąć. A już zupełnie nie mam pojęcia, dlaczego mój instynkt samozachowawczy powinien kształtować ocenę tego, co się dzieje na Bliskim Wschodzie. Wolę, żeby tę ocenę wyznaczał mój system etyczny, sumienie, a nie jakieś podszyte rasizmem i poczuciem supremacji wyrachowanie.

    greydot

    3.

    Skoro zdecydowałem się na ten wpis, to jednak nawiążę także do wspomnianej książki Terzaniego „Listy przeciw wojnie”, w której przeciwstawia się on konfrontacyjnej i – co tu kryć – agresywnej, nie pozbawionej inwektyw („Pluję na was!”) retoryce Oriany Fallaci, która wkrótce po zamachu na WTC 11 września 2001 roku opublikowała w „Corriere della Sera” artykuł pod wymownym tytułem „Wściekłość i duma”. Tekst ten wywołał burzę i spolaryzował opinie wokół kwestii stosunku Zachodu do islamu i do muzułmańskich imigrantów.
    Aby przybliżyć (a niektórym przypomnieć) treść tego artykułu, jak również retorykę w jakiej był utrzymany, przytoczę tu jego mały fragment:

    „Ludzie, obudźcie się! Zahukani przez strach, nieskłonni płynąć pod prąd, czyli ściągnąć na siebie oskarżenie o rasizm (słowo zresztą niewłaściwe, ponieważ tu nie chodzi o rasę, lecz o religię), nie rozumiecie lub nie chcecie zrozumieć, że właśnie się toczy Krucjata, tyle że na odwrót. Przyzwyczajeni do podwójnej gry, zaślepieni krótkowzrocznością nie rozumiecie lub nie chcecie zrozumieć, że właśnie toczy się wojna religijna. Której chce i którą wypowiada być może tylko odłam tamtej religii, lecz i tak jest to wojna religijna. Wojna, którą oni nazywają dżihad. Święta Wojna. Wojna, której celem być może nie jest zdobycie naszych terytoriów, lecz której celem z pewnością jest podbój naszych dusz. Unicestwienie naszej wolności i naszej cywilizacji. Zniszczenie naszego sposobu życia i śmierci, naszego sposobu modlenia się lub niemodlenia, naszego sposobu jedzenia, picia, ubierania, rozrywki i przekazu informacji… Nie rozumiecie albo nie chcecie zrozumieć, że jeśli się nie przeciwstawimy, jeśli nie będziemy się bronić, walczyć, to dżihad zwycięży. I zniszczy świat, który lepiej lub gorzej udało się nam zbudować, zmienić, ulepszyć, uczynić nieco bardziej inteligentnym, czyli mniej bigoteryjnym lub całkowicie wolnym od bigoterii. I tym samym zniszczy naszą kulturę, naszą sztukę, naukę, moralność, nasze wartości, nasze przyjemności… Jezu! Czy nie zdajecie sobie sprawy, że ludzie tacy jak Osama ben Laden czują się uprawnieni do tego, żeby zabijać was i wasze dzieci tylko dlatego, że pijecie wino lub piwo, że nie nosicie długiej brody albo czarczafu, chodzicie do teatru i kina, słuchacie muzyki i śpiewacie piosenki, dlatego że tańczycie w dyskotekach albo we własnym domu, bo oglądacie telewizję, nosicie minispódniczki albo krótkie skarpetki, bo w morzu albo w basenie stoicie nago lub prawie, bo pieprzycie się, kiedy macie ochotę, gdzie macie ochotę i z kim macie ochotę? Nawet to was nie obchodzi, idioci?”

    Mogę zrozumieć emocje Fallaci, która, mieszkając na Manhattanie – będąc na dodatek terminalnie chora – odczuła grozę tego zamachu terrorystycznego bezpośrednio. Nie podzielam jednak jej argumentacji, która moim zdaniem bardziej przypomina nacechowaną szowinizmem tyradę nienawiści do obcej cywilizacji i w konsekwencji – do samych muzułmanów – niż stanowi zachętę do racjonalnego dyskursu.
    Nie chcę jednak sam krytykować tego co napisała Oriana Fallaci w swoim artykule. Oddaję więc głos Tiziano Terzaniemu, który, podobnie jak Fallaci, urodził się we Florencji i podobnie jak ona stał się jednym z najsłynniejszych i najbardziej respektowanych dziennikarzy świata. Oto fragment jednego z jego „listów przeciw wojnie”, skierowany właśnie do swojej krajanki i koleżanki po fachu:

    Tiziano Terzani - Listy przeciwko wojnieOriano, piszę do Ciebie – w dodatku publicznie – także po to, aby ci czytelnicy, którymi może, tak jak mną, Twoje inwektywy wstrząsnęły podobnie jak upadek Wież, nie czuli się zbyt samotni. Tam umierały tysiące ludzi, a wraz z nimi nasze poczucie bezpieczeństwa. W Twoich słowach zaczyna umierać najlepsza część ludzkiego umysłu – rozsądek – i najlepsza część ludzkiego serca – empatia. (…)
    Oriano, czy naprawdę sądzisz, że stając na samym czele krucjaty przeciwko wszystkim tym, którzy nie są tacy jak Ty albo wzbudzając Twoją niechęć, przynosisz nam zbawienie? Nie znajdziemy zbawienia ani w Twej wzburzonej złości, ani w wykalkulowanej wojskowej kampanii nazwanej Trwała Wolność („Enduring Freedom”), żeby było łatwiej nam ją zaakceptować. Czy na pewno myślisz, że przemoc jest najlepszym sposobem pokonania przemocy? Jak świat światem, nie było jeszcze takiej wojny, która położyłaby kres wszystkim wojnom. Ta też nią nie będzie. (…)
    Jeśli na ich przemoc w postaci ataku na Bliźniacze Wieże odpowiemy jeszcze bardziej przerażającą przemocą – najpierw w Afganistanie, potem w Iraku, a potem kto wie gdzie – nieuchronnie nastąpi odpowiedź z ich strony, jeszcze bardziej okrutna, potem znów nasza i tak dalej. (…)
    Dziś, niestety, na scenie świata my, luzie Zachodu, jesteśmy jedynymi bohaterami i jedynymi widzami, tak więc w naszych telewizorach i gazetach widzimy tylko nasze racje, czujemy jedynie nasz ból. Świat innych nigdy nie jest pokazywany. (…)

    Jestem przekonany, że problemu terroryzmu nie rozwiążemy eliminując terrorystów, (bo kiedy zabijemy jednych zaraz na ich miejsce pojawią się nowi) ale powody, które ich stwarzają. Każde zdarzenie, także w naszym życiu, jest wynikiem tysięcy czynników, tworzących obok tego zdarzenia tysiące innych rezultatów, które z kolei są powodem tysięcy innych wyników. Atak na Bliźniacze Wieże jest jednym z takich zdarzeń: rezultatem wielu złożonych wcześniej wypadków. Z pewnością nie jest aktem „wojny religijnej” prowadzonej przez muzułmańskich ekstremistów w walce o nasze dusze, krucjatą a rebours, jak Ty to nazywasz, Oriano. Nie jest też atakiem na „zachodnią wolność i demokrację”, jak wynikałoby to z płytkich formułek używanych dziś przez polityków. (…)

    „11 września samobójcy nie zaatakowali Ameryki – zaatakowali amerykańską politykę zagraniczną” – pisze w „The Nation” profesor z uniwersytetu Berkeley Chalmers Johnson, osoba, której z pewnością nie można podejrzewać o antyamerykanizm ani o sympatie lewicowe. Według niego mamy do czynienia właśnie z kolejnym „przeciwuderzeniem”, jako, że – mimo upadku związku Radzieckiego – Stany Zjednoczone utrzymały nietkniętą imperialistyczną sieć około ośmiuset baz wojskowych na całym świecie.
    W swojej analizie Johnson robi listę oszustw, spisków, zamachów stanu, prześladowań, zabójstw i interwencji na rzecz totalitarnych i skorumpowanych reżimów w Ameryce Łacińskiej, Afryce, Azji i na Bliskim Wschodzie, w które Stany Zjednoczone były otwarcie albo potajemnie zamieszane od końca drugiej wojny światowej po chwilę obecną.
    „Przeciwuderzenie”, którym był atak na Bliźniacze Wieże i Pentagon, byłoby więc powiązane z całą serią takich faktów, od inspirowanego przez CIA zamachu stanu na Mosaddegha w 1953 roku i następujące po nim osadzenie szacha w Iranie, po wojnę w Zatoce i wynikające z niej umieszczenie amerykańskich wojsk na Półwyspie Arabskim, zwłaszcza w Arabii Saudyjskiej, gdzie znajdują się święte miejsca islamu. Według Johnsona taka polityka amerykańska „przekonała wielu porządnych ludzi w całym muzułmańskim świecie, że Stany Zjednoczone są ich zatwardziałym, wrogiem”. W ten sposób można by wytłumaczyć rozpowszechniony w świecie muzułmańskim jadowity antyamerykanizm, który dziś tak bardzo zaskakuje Stany Zjednoczone i ich sprzymierzeńców.

    Wyraźnie więc widać, że u podstaw wszystkich problemów, jakie mają Amerykanie i my na Bliskim Wschodzie, jest (pomijając kwestię izraelsko-palestyńską), obsesyjne zabieganie o to, aby rezerwy ropy naftowej regiony pozostawały w rękach rządów „przyjaznych”, niezależnie od tego, z kim mamy do czynienia. (…)
    Nawet w samej Ameryce niektórzy intelektualiści zaczynają się obawiać, że połączenie interesów przemysłu naftowego i wojennego – obecnie wyraźnie widoczne w ekipie trzymającej władzę w Waszyngtonie – wytyczy jedyny kierunek przyszłych politycznych wyborów Ameryki w polityce światowej, wewnątrz kraju zaś, powołując się na stan wyjątkowy z powodu zagrożenia terroryzmem, ograniczy prawa obywatelskie, które czynią ten kraj tak niezwykłym. (…)

    Podzielenie świata w sposób – moim zdaniem – „talibski” na tych, którzy są z nami”, i na tych „przeciwko nam”, tworzy klimat polowania na czarownice, panujący w Ameryce w latach pięćdziesiątych w czasach makkartyzmu. (…)
    Żeby się bronić, Oriano, często nie trzeba atakować (myślę o Twojej napastliwości). Dla własnej ochrony nie trzeba zabijać. Chociaż tutaj także bywają uzasadnione wyjątki. (…)

    Rozległe, niespójne przymierze, jakie buduje Waszyngton, przetasowując stare sojusze i przybliżając się do krajów i osób, które wcześniej odstawił do kąta, jedynie dlatego, że teraz mogą być przydatne, to tylko kolejny przykład cynizmu politycznego, którym obecnie karmi się terroryzm w niektórych częściach świata i który zniechęca wielu porządnych ludzi w naszych krajach.
    Amerykański interes państwowy stoi ponad jakimikolwiek innymi zasadami. Dlatego Waszyngton odkrywa teraz przydatność Pakistanu, trzymanego dotychczas z daleka ze względu na militarny reżim i karanego sankcjami ekonomicznymi za eksperymenty nuklearne. Dlatego CIA niedługo znów uzyska uprawnienia do najmowania mafii i gangsterów, którym będzie można zlecać „brudna robotę”, czyli likwidację osób z czarnej listy. Ale pewnego dnia – jeśli chcemy żyć w lepszym świecie: lepszym w Azji i w Afryce, w Timbuktu i we Florencji – polityka będzie musiała na nowo połączyć się z etyką. (…)

    Pozdrawiam Cię, Oriano, i z całego serca życzę odnalezienia pokoju. Bo jeśli nie będzie go w nas, to nie będzie go nigdzie indziej.

    greydot

    4.

    Świat to wielka wieża Babel. Jedna wieża, w której Bóg pomieszał nie tylko języki,
    ale także kulturę i obyczaje, namiętności i interesy, i której mieszkańcem uczynił ambiwalentną istotę
    łączącą w sobie Ja i nie-Ja, siebie i Innego, swojego i obcego.

    Ryszard Kapuściński, „Ten inny”

    .

    Jestem przekonany, że świat w jakim żyjemy będzie lepszy, jeśli nasze myśli uczucia bardziej zestroimy z tym, co o „Innym”, „Obcym” pisał Kapuściński, niż damy się ponieść wrogości, napastliwości i pogardzie, jakie dla obcego nam świata islamskiego żywiła Oriana Fallaci. I nie ma to moim zdaniem nic wspólnego z naiwnym idealizmem – jest natomiast jedyną postawą, która na dłuższą metę może doprowadzić do powszechnego pokoju na świecie. Jest to według mnie jedyna droga, by świat cywilizacji Zachodu mógł się pozbyć syndromu oblężonej twierdzy – poczucia (bardziej lub mniej uzasadnionego), że obce, sąsiadujące z nami cywilizacje, dążą do naszego unicestwienia.
    Na życie z „innymi”, jesteśmy w zasadzie skazani. Mam tu głównie na myśli kraje Zachodu, bo np. w Polsce – czyli w kraju bardziej homogenicznym kulturowo i etnicznie – ten problem nie rysuje się już tak ostro, mimo pewnych incydentów, jak np. awantura o budowę meczetu (bo chyba nawet nie chodziło o minaret) w Warszawie.

    Daleki jestem od bagatelizowania pewnych zjawisk, które świadczą o napięciu między ludźmi wywodzącymi się z różnych kręgów kulturowych, a „zmuszonych” do życia w swoim sąsiedztwie na terenie tego samego kraju. Mam tu na względzie przede wszystkim Europę, która od kilkudziesięciu lat mierzy się z falą napływową imigrantów z różnych kontynentów, starając się zasymilować „obcych”, którzy zarazem zawsze – przynajmniej na początku – są „innymi”. Nie jest to łatwe, niektórzy – można tu za przykład podać głośną wypowiedź Angeli Merkel – oświadczyli wprost, że polityka „wielokulturowości” poniosła w Europie fiasko. Jednak przykład Stanów Zjednoczonych – kraju należącego przecież to tego samego bloku cywilizacyjnego, co Europa – pokazuje, że pokojowe współistnienie obok siebie różnych grup etnicznych, wyznawców różnych religii – ludzi posiadających korzenie w różnych kulturach – jest możliwe bez większych społecznych perturbacji.

    Nie sądzę, że to co piszę jest uleganiem tzw. politycznej poprawności, albo jakąś naiwną wiarą w utopię powszechnej szczęśliwości, która wyniknie z harmonijnego współżycia między ludźmi odmiennymi rasowo, religijnie, kulturowo – jakie niewątpliwie nastąpi, kiedy wszyscy pokochamy bliźniego swego, staniemy się wyrozumiali i tolerancyjni, zamieniając się przy tym w łagodne gołąbki. Nie, jagnię i lew mogą leżeć obok siebie błogo w mitycznym raju – ewentualnie na filmiku, jaki przekazują sobie ludzie z nudów na Facebooku – lecz w rzeczywistości nigdy nie wyeliminuje się z życia instynktu rywalizacji, pędu do władzy i gromadzenia bogactw, prób zaspokajania swoich potrzeb cudzym kosztem… Chodzi jednak o to, by te wszystkie atawizmy, namiętności i dążenia, które odziedziczyliśmy po naszych przodkach, ująć w jakieś cywilizacyjne ramy, dzięki którym będziemy właśnie bardziej przypominać ludzi, a nie zwierzęta poddane darwinistycznej presji popędów i instynktów, nad którymi nie mają one przecież żadnej rozumnej kontroli.

    Przyznaję, iż jest coś w hipokryzji w tym, że reprezentując konkretną kulturę i przyjmując wartości osiągnięte przez cywilizację, z którą się utożsamiamy, deklarujemy przy tym  równość wszystkich kultur i uznajemy, że nie można wartościować cywilizacji mówiąc, że jedna jest lepsza od drugiej. Już bowiem to, że żyjemy w obrębie „naszej” cywilizacji, akceptujemy ją i nie chcemy tak naprawdę zamienić jej na żadną inną, świadczy o tym, że w praktyce uważamy ją za lepszą. Konsekwencją tego jest, że – przynajmniej w skrytości ducha, choć wielu z nas wyraża to nieskrępowanie i jawnie – uznajemy się za kogoś lepszego, niż Arab, Murzyn, Hindus, Wietnamczyk, Chińczyk… Oczywiście, obok próby racjonalnego usprawiedliwienia tego stanu rzeczy, dochodzi tu do głosu nasz plemienny atawizm – w rozwoju cywilizacyjnym gatunku Homo sapiens każde plemię (później: naród, a w szerszej perspektywie – ludzie należący do danej kultury czy cywilizacji) zawsze uważało się za lepsze, niż każde inne. 
    Jednakże, bardziej niż poczucie własnej wyższości (które jednak jest problematyczne, stwarzając ponadto niebezpieczeństwo suprematyzmu), powinno się liczyć wzajemne poszanowanie, próba zrozumienia innej kultury (co zwykle można osiągnąć poprzez jej poznanie) – przyjęcie faktu, że różnorodność kulturowa jest czymś zupełnie normalnym i że nie da się uniknąć dywersyfikacji świata, w którym żyjemy. I że lepiej jest dostrzegać w Innym jego lepsze strony (a przy tym je wzmacniać), niż te gorsze, ponieważ wszystkim (również i nam) wyjdzie to na dobre.

    Jednak problemu jaki Europa ma z muzułmanami, czy w ogóle z tzw. „ludnością napływową”, nie można bagatelizować. Faktem jest, że coraz powszechniej społeczności europejskie zaczynają postrzegać obecność „obcych” kulturowo imigrantów jako problem właśnie. I niewątpliwie dochodzi tu do głosu stary jak świat ludzkiej cywilizacji atawizm walki o dominację (w tym przypadku: jednej kultury nad drugą). Bądź co bądź jest to fakt historyczny: zawsze w przeszłości silniejsza kultura wypierała słabszą. Przy czym nie zawsze chodziło o podbój za pomocą siły zbrojnej, ale także przy pomocy pewnych wartości, które dana kultura reprezentowała i aplikowała innym (ustrój społeczny, technika, sztuka, obyczaje…). Niekiedy przyczyniała się do tego po prostu demografia. Jeśli więc cenimy kulturę i cywilizację, z której się wywodzimy i w której żyjemy, to należy ją chronić, bo jeśli my nie zadbamy o naszą kulturę, to – pisząc brutalnie – inna kultura „zadba” o nas, a my stracimy nie tylko naszą tożsamość, ale i to, czego dorobiliśmy się cywilizacyjnie. Nie wiem, może jest to konstatacja zbyt daleko posunięta, ale tak to rozumiem – istnieją pewne granice, których nie powinno się przekroczyć, a nasza postawa winna być logiczna i konsekwentna:  jeśli cenimy takie wartości, jak demokracja, tolerancja, wolność słowa, poszanowanie innych… etc. (a wartości te są produktami Zachodu), to powinniśmy się przeciwstawić tym, którzy owych wartości nie przestrzegają (i to bez względu na ich pochodzenie, kolor skóry, religię, narodowość…), a którzy zaczynają (chcą, zamierzają) wpływać na rzeczywistość (państwową, społeczną, kulturową) w jakiej żyjemy. Nasza tolerancja winna się więc kończyć tam, gdzie zderza się ona z czyjąś nietolerancją. Nie łudźmy się, że jesteśmy w stanie poszanować wartości, jakie wyznają inni, jeśli kłócą się one – albo wręcz zaprzeczają – wartościom, które przyjęliśmy my sami.

    Jak by na to nie patrzeć kraje zachodnie udzielają gościny tym, których przyjmują jako imigrantów. Nie tylko grzeczność, ale i uczciwość oraz sprawiedliwość wymagają tego, aby w domu, w którym jesteśmy gośćmi, zachowywać się tak, by nie burzyć jego spokoju, nie obrażać gospodarzy, nie lekceważyć wartości, które on ceni.* Zgadzam się, ten postulat trąci demagogią i może się wydawać trywialny, ale myślę, że dotyka on sedna imigracyjnego problemu.

    Oczywiście sprawa jest znacznie bardziej złożona, i nawet pisząc książkę nie można byłoby wyczerpać wszystkich wątków, jakie się z nią wiążą. Dość powiedzieć, że „Obcy” czy też „Inny” wcale nie musi być dla nas zagrożeniem, że warto się bronić przed ksenofobią, że trzeba zaakceptować obecność „innego”, a przede wszystkim: zawsze dostrzegać w nim człowieka.
    Nie bójmy się wpływu obcych kultur. W każdej z nich jest coś, co może nas wzbogacić. Niedobrze byłoby, gdybyśmy na imigrację zaczęli patrzeć jak na zło wcielone, a każdego imigranta traktowali jak wroga – w każdym Hindusie widzieli tylko brudasa, w każdym żydzie fałszywego kłamcę, w każdym „polaczku” złodzieja, w każdym czarnym „czarnucha”, w każdym muzułmaninie potencjalnego terrorystę… Myślę, że stać nas na coś więcej, niż mnożenie sobie bardziej lub mniej urojonych wrogów.

    Tak oto sprawa zbrodni dokonywanych przez dżihadystów w Iraku doprowadziła nas do dyskusji o zasadach naszego współżycia z „innymi”, którzy wcale nie muszą być wrogimi nam „obcymi”. To świadczy o tym, że świat w którym żyjemy przypomina system naczyń połączonych – wydarzenie w odległym zakątku globu, wzbudza w nas rezonans polemiczny, który warto zamienić w poznawczy. Bo warunkiem zrozumienia jest przecież poznanie. A im więcej wiemy, tym mniej ulegamy stereotypom i uprzedzeniom. Zwłaszcza jeśli powściągniemy przy tym nasze złe emocje i wrogość.

    I jeszcze jedno: nie zawsze winny jest „Inny”, a tym bardziej: nie zawsze „Inny” jest winny. Zwykle trudno się nam do tego przyznać, ale czasami większa wina leży po naszej stronie.

    greydot

    * Nasz lęk przed obcymi cywilizacyjnie i kulturowo „innymi” powinno temperować choćby to, że zobowiązani są oni do przestrzegania prawa i wartości konstytucyjnych (wliczając w to zasadę rozdziału religii od państwa), jakie obowiązują każdego w kraju, który ich przyjmuje. Tutaj nie ma zmiłuj, żadne tam zasłanianie się polityczną poprawnością, doraźne kalkulacje polityków czy umiłowanie „multi-kulti” nie powinno powstrzymywać nas od egzekwowania tej w sumie prostej reguły. W przeciwnym razie rzeczywiście może dojść do „rozsadzenia” naszej (zachodniej) cywilizacji od wewnątrz. A ta, które po niej nastanie, na pewno nie będzie bliższą naszemu ciału koszulą.

    .

Reklamy

O BOGACH WOJNY i nie tylko…

(rozmowa z Onibe)

Jedną z tych dobrych stron prowadzenia bloga jest to, że można czasami ciekawie z kimś porozmawiać. Pamiętam takie rozmowy prowadzone choćby z Kartką z podróży (TUTAJ), czy też z Telemachem (TUTAJ)… Jednym z najciekawszych rozmówców jest także Onibe, który zazwyczaj – jeśli już na to się zdecyduje – wnikliwie, inteligentnie i uważnie podchodzi do poruszonych we wpisach tematów, umieszczając pod nimi równie wnikliwe, inteligentne i ważne komentarze. Cenię je sobie szczególnie, bo inspirują mnie one do odpowiedzi, które same w sobie są próbą uporządkowania myśli, wyrobienia sobie jaśniejszej opinii, lepszego zrozumienia pewnych zagadnień – również przeze mnie samego. Uważam, że jako takie mogą one zaciekawić też innych Czytelników bloga, tym bardziej, że poruszają ważne sprawy dotyczące współczesnego świata i nas samych –  tak jak ta rozmowa poniżej, która odbyła się pod wpisem „Dalaj Lama i gwiazdy”. Zdecydowałem się ją tutaj przytoczyć, bo według mnie jest tego warta, a przecież mogła umknąć uwadze niektórym Czytelnikom – i zaginąć w przepastnych czeluściach internetu. Byłoby szkoda, gdyby tak się stało. Oto więc jej wskrzeszenie.

.

Zdzislaw Beksinski

.

ONIBE: Przyznam się, że kiedyś z pobłażaniem podchodziłem do hinduizmu, buddyzmu. Ktoś mnie zmotywował jednak do przemyślenia swojego stanowiska zadając kilka prostych pytań. Wyszło mi, że wyżej cenię religię chrześcijańską czy islam, bo są bardziej wojownicze, bardziej bezkompromisowe. Teraz już staram się nie mylić siły ze słabością. Wydaje mi się, że buddyzm i hinduizm mają w sobie wiele mocy – nigdy ich nie zaakceptowałem w pełni, nie odczuwam potrzeby zmiany religii, (która wszak jest tylko płaszczem bez większego znaczenia, jeśli człowiek opiera się na uniwersalnym rdzeniu etyki i moralności) lecz mam do nich wielki szacunek. I do Dalajlamy jako – jak to określiłeś – Bożego Szaleńca, człowieka, który może stanowić przykład i jest autorytetem. Zapewne nie tak kryształowym jak się może wydawać, ale mimo wszystko autorytetem.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Chodzi też o to, by nie mylić „wojowniczości” (czegoś, co uznajemy za wartość pozytywną) z ekspansywną i zaczepną agresją, która jest zazwyczaj pędem do destrukcji i dążeniem do podporządkowania sobie innych społeczeństw, celem osiągnięcia korzyści z ich eksploatacji. Myślę, że na tyle dojrzałem do tego, by poddać to ocenie etycznej, uznając to za zło (a pisząc językiem bardziej dosadnym: nikczemność).
Oczywiście, pamiętam czasy, kiedy będąc chłopcem, zauroczony byłem „wojowniczością” (Winnetou, Czterej Pancerni, Ivanhoe, John Wayne, Brudny Harry i inni), ale z czasem mi to przeszło. Wyrosłem z tego tak, jak się wyrasta z krótkich majteczek i zabaw „w wojnę”. I w końcu objawiła mi się cała paranoja krwiożerczych podbojów i wojennej destrukcji uosobiona choćby w megalomańskiej kreaturze Napoleona.

Dawno też przestałem utożsamiać (mylić) dobroć ze słabością. Wbrew moim młodzieńczym złudzeniom, uważam teraz, że to właśnie czynienie dobra wymaga częściej większej odwagi i siły, niż uleganie swojej „wojowniczości” i skłonności do agresji.
I właśnie na tym wyrósł buddyzm. Na tym też opiera się nauka jaką głosił Chrystus. Ty piszesz o wojowniczości Chrześcijaństwa, ale moim zdaniem, ta „wojowniczość” – podboje kolonialne, krucjaty, wojny religijne… etc. – to jest właśnie zaprzeczenie idei chrześcijaństwa i gwałtem na chrześcijańskim duchu – a tym samym z istotą prawdziwego chrześcijaństwa nie ma nic wspólnego. Podobnie jak zdegenerowane moralnie „występy” papiestwa na przestrzeni wieków – ci wszyscy kościelni nepoci i wielmoże byli tak naprawdę uzurpatorami Chrześcijaństwa, a nie jego wyznawcami i krzewicielami w duchu nauk Jezusa Chrystusa.
Ten tekst pisałem 17 lat temu. Do tego czasu zmieniła mi się nieco perspektywa z jakiej patrzę na pewne poruszone w nim kwestie, choć sam ich rdzeń pozostał chyba nienaruszony.
Nie sądzę teraz, że Dalajlama jest takim „Bożym Szaleńcem”. On w rzeczywistości jest człowiekiem silnym, o mocnej osobowości i mimo wszystko racjonalnym. I oczywiście – jest także człowiekiem, który popełnia błędy (takim błędem było np. zawierzenie Mao, ulegnięcie komunistycznej iluzji…), czasami wypowiada się niezbyt fortunnie, ulega czemuś, co kto inny mógłby nazwać idealizmem (choć w rzeczywistości jest realistą). Jednak generalnie Dalajlama zasługuje na to, by traktować go w pewnych sprawach jako autorytet. Innymi słowy – jest kimś, kogo warto słuchać.

O: Winnetou, podobnie jak inni bohaterowie Karola Maya, był pacyfistą. Nie lubił zabijać i nie zabijał, jeśli nie musiał. Może dlatego nie jest teraz zbyt popularny… Brudny Harry, choć był bardziej agresywny, to jednak też tępił zło i nikczemność. Brutalność rzadko kiedy podawana jest bez upiększeń i usprawiedliwień, to zresztą poważny problem naszej kultury. Zabawne co piszesz o Napoleonie – zawsze wydawało mi się, że jestem jedynym Polakiem, który ma negatywne zdanie o małym-wielkim kapralu. Co prawda, nasuwa się pytanie, kto był od niego lepszy? Król Prus? Car Rosji? No właśnie…

Zgodzę się, że akcje czynione pod sztandarem chrześcijaństwa nijak się mają do chrześcijańskiej ideologii. Ale gdybyś się przeszedł do kościoła to usłyszałbyś w nim długą listę nienawiści, co prawda nie pod kątem Turków czy Murzynów, ale określonych ludzi. Kościół zawsze udawał, że wierzy w coś innego niż czyni. Kto zatem gwałci kościół? On sam siebie, jak mniemam… i czyni to skutecznie od dwóch tysięcy lat. Pytanie: co jest obecnie prawdziwym chrześcijaństwem, skoro nie słowo niesione przez kościół? Czy prawdziwe chrześcijaństwo tkwi ukryte przed kościołem?
Zawsze warto słuchać kogoś, kto sugeruje nam byśmy byli lepsi, silniejsi, sprawiedliwsi.

StB: Konsekwentny (prawdziwy) pacyfista nie bierze udziału w walce i nie zabija. Ale to jest – jak na obecny stan naszej cywilizacji – idealizm. Ale czy utopia? Tego nie wiem. Choć czasami skłaniam się do niezbyt optymistycznego poglądu, że wojen (walki człowieka z człowiekiem) ludzkość nie pozbędzie się nigdy. Obym się mylił.
W sumie sądzę jednak, że cywilizacja bez wojen jest możliwa.
Napoleon o tyle był gorszy od innych władców, że swój pęd do podbojów i agresję najeźdźcy urzeczywistniał bardziej konsekwentnie – z pełną siłą i rozmachem, która do dzisiaj budzi podziw wielu ludzi. Dlaczego więc napisałem „gorszym”? Bo według mnie – zaznaczyłem to już wcześniej – podbój innych krajów w celu podporządkowania sobie zamieszkujących je społeczeństw i eksploatowania ich, jest złem. Tylko pokrętna etyka – albo zupełny brak etyki – może to usprawiedliwiać.
Oczywiście, że Napoleon robił też dobre rzeczy (ale to samo można powiedzieć o Hitlerze, czy Stalinie), ale jeśli tak bliżej przyjrzeć się epoce napoleońskiej – całemu temu ogromowi zniszczenia, cierpienia, nieszczęść i wzajemnego mordowania się uskutecznianego w niekończących się wojnach – z perspektywy zwykłych ludzi, obywateli ówczesnej Europy – to megalomańskie posunięcia małego kaprala z Korsyki, były szubrawstwem na ogromną skalę.

Ja już od dawna nie utożsamiam prawdziwego Chrześcijaństwa z Kościołem – który dla mnie jest tylko instytucją ludzką, a więc ułomną – ale oczywiście wierzę, że wśród „wiernych” Kościoła Katolickiego, jak również wśród samych księży, są ludzie, których można nazwać prawdziwymi Chrześcijanami.
W kierunku „prawdziwego” Chrześcijaństwa idzie według mnie papież Franciszek. Także wielu misjonarzy. Wielka szkoda, że w obrębie Kościoła Katolickiego dokonują się rzeczy, które dają pretekst wrogom tego Kościoła do walki z nim. Dzięki temu Zło w Kościele wydaje się przyćmiewać Dobro, a przecież – moim zdaniem – tak nie jest. Bowiem, mimo mojego dość luźnego związku z instytucją kościelną, jestem przekonany, że w naukach chrześcijańskich tkwią wielkie pokłady Dobra – coś, co może przynieść wszystkim ludziom wiele dobrego.

O: Chyba jednak Napoleon był lepszy od Stalina czy Hitlera. Ci dwaj smutni panowie byli jednak niemal wyłącznie mordercami, Napoleon mordował bo był dzieckiem swoich czasów – był synem Rewolucji. I epoka napoleońska, w przeciwieństwie do mrocznych czasów władztwa nazistowsko-komunistycznego pchnęła ludzkość do przodu. Zauważ, że to właśnie Napoleon wdrożył wiele rozwiązań umożliwiających powstanie nowoczesnego społeczeństwa obywatelskiego. To on był adwokatem równości obywateli wobec prawa (jego przepisy zniosły nierówną odpowiedzialność osób z różnych warstw społecznych za tą samą przewinę). I, mimo wszystko, zbudował fundament pod Europę bez królów i arystokratów. Za to go akurat cenię. Reszta, jak napisałem wcześniej, nie zasługuje na aż taki podziw. Był geniuszem wojskowości, ale jego taktyka bitewna to po prostu szafowanie ludzkim życiem.

W naukach chrześcijańskich oczywiście, że tkwią pokłady Dobra. Problem w tym, że ludzie którzy je głoszą, sami w nie nie wierzą lub nie chcą respektować tych założeń. Poza tym, o jakich naukach i prawdach mówimy? Nie zabijaj, nie kradnij, nie krzywdź, staraj się być sprawiedliwym… itd. itp. – do tego nie potrzeba żadnego kościoła, wszyscy to wiemy i akceptujemy, choć nie zawsze się do tego stosujemy. Decyzja o stosowaniu się lub nie, stanowi jednak indywidualną, suwerenną dziedzinę każdego człowieka. Kościół, z kolei, bardziej niż uniwersalnymi prawdami jest zainteresowany własną wizją moralności i etyki: chodź do kościoła, nie chodź w niedziele do sklepu, uprawiaj sex po ślubie i tylko w celach prokreacyjnych itd. Spojenie tych dwóch wątków w jedną, względnie spójną naukę kościoła powoduje, że nie akceptując pojedynczych punktów, przestajemy akceptować całość nauk.
Naukę Dalajlamy rozumiem prościej: uniwersalna moralność plus zgoda z własnym sumieniem. To mi odpowiada.

StB: Osoba Napoleona obrosła tak wieloma interpretacjami i mitami, że teraz trudno dotrzeć do sedna tego, kim w istocie był ten człowiek, czy zło przeważało w nim nad dobrem, czy też było odwrotnie? Ocena Napoleona zależy też od kryteriów, jakie przyjmiemy – od perspektywy z jakiej na niego spojrzymy.
Polacy zawsze gloryfikowali Napoleona, bo wydawało się, że sprzyja on aspiracjom wolnościowym Polski (choć oczywiście nie wynikało to z miłości do naszego kraju, tylko z planów strategicznych Napoleona wobec Rosji i Prus).
Jest on do tej pory oceniany krytycznie przez historyków z krajów, które były dawniej jego wrogami: Anglię, Niemcy, Rosję… (ze zrozumiałych raczej względów).
W samej Francji zrobiono z niego w końcu narodowe bożyszcze, mimo, że tak naprawdę, epoka napoleońska była dla tego kraju katastrofą (góry trupów i ludzi okaleczonych, utracone kolonie, obniżony status Francji na arenie międzynarodowej… etc.).
Naturalnie masz rację wskazując na to, że, koniec końców, epoka napoleońska pchnęła do przodu europejską cywilizację, choć są i tacy, którzy twierdzą, że wskutek zrujnowania przez wojny napoleońskie Europy, opóźnił się jej rozwój ekonomiczny, o pogłębionych antagonizmach między poszczególnymi państwami nie wspominając.
Ja to wszystko wiem, ale osobiście, oceniając Napoleona, stosuję wobec niego kryteria, że tak powiem, humanitarne. Ja mu jednak nie mogę zapomnieć tych sześciu milionów trupów, po których chciał się on wspiąć na szczyty władzy, realizując swoje megalomańskie, imperialne zapędy. Nie mogę też znieść tego jego EGO i za każdym razem, kiedy patrzę na ten jego napuszony, pawi portret (wykonany przez Ingresa – TUTAJ), to ogarnia mnie pusty śmiech.
Rzeczywiście, nie ma większego sensu zestawiać ze sobą takie postacie, jak Napoleon, Hitler i Stalin. Już choćby dlatego, że każdy z tych władców reprezentował inny system, a na dodatek Napoleon żył w zupełnie inne epoce. A jednak znaleźli się w XX wieku całkiem poważni historycy, którzy nie wahali się porównywać Napoleona z Hitlerem.
Tak, tak… Napoleon był pod pewnymi względami genialny, ale podziw dla jego geniuszu nie powinien wpływać na etyczną ocenę tej postaci. Nawiasem mówiąc, o „wielkości” Napoleona i jemu podobnych popełniłem kiedyś tekst („Wielkości urojone”). Pod wpisem tym odbyła się zresztą wtedy ciekawa dyskusja.

A wracając do spraw etycznych. Według mnie nie istnieje coś takiego, jak „uniwersalny rdzeń etyki i moralności”, a i do „uniwersalnych”, czyli absolutnych prawd nie mamy chyba dostępu (za pomocą nauki poznajemy tylko – czy też usiłujemy poznać – prawa rządzące postrzeganym przez nas światem).
System etyczny jest funkcją rozwijającej się (i zmiennej) cywilizacji – w każdych więc warunkach obowiązuje inna moralność, która jest niczym innym jak rodzajem umowy społecznej – czyli czymś zmiennym, a więc chyba jednak nie „uniwersalnym”.
Moim zdaniem Universum jest a-moralne – czyli nie ma w nim podziału na Dobro i Zło. To są bowiem wartości ludzkie (stworzone przez ludzi), czyli nie uniwersalne.

O: Nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że nie istnieje uniwersalna etyka. Pojęcia takie jak dbanie o życie (nie tylko swoje ale i cudze), uczciwość… itd., wpisują się właśnie w taką kategorię. Nie twierdzę, że wzięły się znikąd, wręcz przeciwnie: religie miały swój udział w ich kształtowaniu. Ale obecnie są to pojęcia ponad religijne. Oczywiście możemy wprowadzić utrudniacz w postaci teoretycznej społeczności wyznającej śmierć zamiast życia i wierzącej, że zabijanie jest dobre, życie jest złe. Aby nie wpaść w widełki absolutyzmu etnocentrycznego musielibyśmy zarezerwować na taką okoliczność jakieś wątpliwości. Z drugiej strony, może jest ze mnie prymitywny człowiek, ale niezabijanie jest dla mnie bardziej absolutne niż zabijanie. Choć, jak już zauważyłeś, nie wierzę w świat bez zabijania. Niestety.

Co do Kaprala. Panujący w Polsce mit napoleoński to właśnie mit. Bardzo, bardzo odrealniony. Tak naprawdę, choć Napoleona uwielbiamy (trafił nawet do naszego hymnu… rzecz niezwykła) to nie za to co trzeba. Nie za wpływ na rozwój cywilizacji, nie za postępy prawne i społeczne, ale za bardzo kuriozalne wsparcie dla sprawy polskiej. A przecież nawet umiarkowanie nie-naiwni ludzie zdają sobie sprawę z faktu, że Napoleon miał Polskę głęboko gdzieś. Dla niego Polska była peryferyjnym krajem (nawet nie krajem, ale kolonią Rosji), który dało się instrumentalnie wykorzystać i tyle. Ciekawie piszesz o postrzeganiu Napoleona przez Francuzów: w tym przypadku jednak nad zapaść ekonomiczną i ogromne straty społeczne Francuzi cenią chwilę dumy i chwały, bo przez kilkanaście lat mieli u stóp niemal cały świat. W dodatku Napoleon, w przeciwieństwie do Welleseya, określany bywa Bogiem Wojny i uchodzi za największego stratega od czasów Aleksandra Wielkiego. W jednym są sobie równi: ich osiągnięcia polityczne i zdobycze terytorialne okazały się bardzo nietrwałe, w przeciwieństwie do pozostawionych przez nich kultów własnej osoby.

StB: Nasze nieporozumienie z tzw. „uniwersalną” etyką bierze się stąd, że ja traktuję ją w sposób absolutny, czyli odnosząc się do Universum, w którym moim zdaniem nie ma ani Dobra, ani Zła w znaczeniu immanentnym; Ty zaś bardziej – że tak się wyrażę – lokalnie, antropocentrycznie. Bo rzeczywiście w różnych kulturach wydają się obowiązywać podobne zasady i wzorce moralne.
Czy w Naturze istnieje coś takiego, jak „uniwersalna” etyka? Moim zdaniem – nie. Możemy tylko mówić ewentualnie o tzw. prawie naturalnym, (które, nota bene, nie jest tożsame z prawem tworzonym przez człowieka, mało tego: człowiek dość często prawu naturalnemu się sprzeciwia, czy też raczej chce się sprzeciwić – i być może właśnie ta opozycyjność jest jednym z głównych źródeł ludzkiej kultury).
Jeśli się przyjrzeć Naturze, to wydaje się w niej obowiązywać jedna „uniwersalna” zasada: chroń swoje geny, staraj się utrzymać przy życiu, zabijaj wtedy, kiedy przyniesie ci to korzyść (zachowa twoje geny, umożliwi ci dalsze życie, przekazanie twoich genów dalej…) To dlatego w świecie przyrody panuje jeden wielki festiwal zabijania – wojna wszystkich ze wszystkimi, którą bardziej eufemistycznie nazywamy rywalizacją, czy też konkurencją.
No, ale przecież istnieje też coś tak jakiego jak kooperacja, symbioza, wzajemne wspieranie się (przedstawicieli tego samego gatunku, rodu, społeczności…)

A wracając do Napoleona: sam widzisz, jak wielką rolę w ocenie jego postaci odgrywa mit. A Bonaparte doskonale potrafił zadbać o – jak byśmy to dzisiaj powiedzieli – PR: był doskonałym propagandystą i kreatorem własnego image. Zaprzągł do tego najwybitniejszych artystów swojej epoki, kupując też swoich apologetów wśród ludzi pióra – a prasa była już wówczas całkiem dobrze rozwinięta.
Wybacz, ale jeśli osiągnięcia polityczne (a nawet zdobycze terytorialne) jakiegoś władcy okazują się nietrwałe w przeciwieństwie do kultu jego osoby, to jak to o nas – ludziach oceniających tego władcę z perspektywy czasu – świadczy? Niezbyt dobrze. Bo kult ten wyrasta tu z atawizmu, jakim jest nasze uwielbienie i respekt dla siły – i to bez względu na to, czy została ona użyta w sposób moralny, czy też nie. (Kto by się tam teraz przejmował sześcioma milionami trupów jakie zostawiły wojny napoleońskie, skoro Napoleon Wielkim Wodzem – i Bogiem Wojny – był? A ponadto chciał ponoć pomóc Polsce)
To nie znaczy, że ja jestem ślepy na to, co dobrego zostawił Napoleon Europie (kodeks, podwaliny nowoczesnego państwa obywatelskiego, ciosy zadane coraz bardziej zepsutemu systemowi monarchistycznemu) – bo i to jest faktem. Tyle że w moich oczach przyćmionym jego imperialną megalomanią i szafowaniem ludzkim życiem – tym wszystkim, co w końcu spowodowało jego klęskę.

O: Małe nieporozumienie. Ja nie o prawie naturalnym mówiłem. Zauważyłeś zapewne, że natura mnie fascynuje i chętnie ją podglądam – vide mój blog makro. Obserwując owady i ucząc się o nich dawno już uświadomiłem sobie, w stanie jak bardzo intensywnej wojny żyją miliony gatunków. Masz o tym pojęcie, tak jak każdy, ale zaufaj mi na słowo: wgryzając się w ten świat bardziej i tak byłbyś zaszokowany, bo ta wiedza – w gruncie rzeczy oczywista – przekracza po wielokroć wszystko to, do czego przywykliśmy…

Trupy nie przeszkadzają w gloryfikacji jednostek. Napoleon wszak walczył z monarchistycznym zepsuciem (szło mu tak dobrze, że sam stał się monarchą – jakże zadziwiająca ironia losu, prawda?). Lincoln jest w pewnym sensie odpowiedzialny za dewastację południa i ogromne ofiary cywilne i wojskowe. Z drugiej strony, taki Chamberlain zachował czyste ręce wygrywając pokój dla swoich czasów i przesuwając w rachunkach na późniejsze lata ponad 30 milionów trupów.
Napoleona lubię przeciwstawiać Wellingtonowi, który go ostatecznie pokonał. Geniusz kontra warsztat. Bonaparte znalazł godnego przeciwnika na polu walki, ale w jego czasach zabrakło odpowiednio wielkich przeciwników na scenie politycznej – zastanawiam się czy te 6 milionów zabitych to efekt takiej próżni (obraziliby się na mnie wielbiciele caratu) czy odwrotnie, gdyby przeciwko Napoleonowi stanął ktoś będący połączeniem Pitta i cara Aleksandra, to skończyłoby się na wyludnieniu Europy i regresie cywilizacyjnym? Zauważ, że Francja, mimo wszystko, podniosła się dość szybko.

StB: Musi być więc w nas jakiś stadny instynkt zatracenia, skoro tak łatwo dajemy się prowadzić na rzeź, i nawet miliony trupów (traktujemy się wtedy jak insekty) nie powstrzymują nas przed uwielbieniem dla tych, którzy nas na tę rzeź prowadzą. Jest w człowieku jakiś mechanizm, który w takich sytuacjach wyłącza mu mózg i powstrzymuje od racjonalnego myślenia (ogłupienie). Pęd do destrukcji, ukryta krwiożerczość, skrywający się w nas drapieżnik i zabójca? Oczywiście, my wolimy mówić o „męstwie”, wojowniczości, bohaterstwie… I kiedy pędzimy do walki, zalewa nas adrenalina, stajemy się zwierzęcym automatem, bez wyobraźni, posłusznym rozkazom, wypranym z wszelkiej etyki. Dochodzi do tego konformizm (bo w stadzie lepiej jest robić to, co robią inni), strach przed siłą, która ma nad nami władzę (bo lepiej nie ryzykować sprzeciwu), perspektywa łupów…
A potem, tym którzy przetrwali, też przydaje się brak wyobraźni (tak naprawdę nie możemy dziś sobie wyobrazić… nie dociera to do nas, czym było Borodino, Verdun, Stalingrad, Powstanie Warszawskie…) i amnezja (prawdziwe ofiary zamieniają się w statystykę, tragedie – w daty i historię). Więc po jakimś czasie znów jesteśmy gotowi na powtórkę z rozrywki.

O: Pięć śmierci to tragedia, milion to statystyka. Niestety, coś w tym jest. Nasz umysł nie potrafi ogarnąć takich skali, więc przetwarza je na informacje abstrakcyjne. Na suche dane, których nie potrafimy połączyć z rozumianą przez nas tragedią jednostek. Innymi słowy, nasz umysł nie pozwala na multiplikację rozumienia cierpienia. Poziom empatii zatrzymuje się w strefach dwucyfrowych, dalej nie idzie.
Dla mnie najlepszym przykładem zdrady ideałów jest pierwsza wojna światowa i zachodni front. Posyłanie hurtem setek tysięcy ludzi na karabiny bez nadziei, że to coś zmieni. Dowódcy, którzy to czynili powinni zawisnąć. Nota bene czytałem kiedyś – nie potrafię sobie przypomnieć gdzie, ale pracuję nad tym – że druga wojna światowa była w gruncie rzeczy zemstą weteranów. Była wymyślona przez ludzi w mundurach, którzy w pierwszej wojnie światowej byli rzucani tysiącami na stos, podczas kiedy cywile byli na ogół bezpieczni i nie uświadamiali sobie tego, co działo się nad Sommą, pod Verdun itd. Druga wojna światowa była bardziej egalitarna: dotknęła wszystkich bez wyjątku. I może dlatego, póki co, nie ma trzeciej…

StB: „…nasz umysł nie pozwala na multiplikację rozumienia cierpienia.” Innymi słowy: brakuje nam wyobraźni empatycznej. Zresztą, tu nie tyle chodzi o empatię, co o brak wyobraźni w ogóle.
Poza tym łudzimy się, że tragedia jaka spotkała miliony ludzi, nas akurat nie dosięgnie. Albo, że nas w ogóle nie dotyczy. To dlatego, gdy to wszystko staje się naszym udziałem, otwieramy szeroko zdziwione oczy i nie możemy uwierzyć, że oto i my jesteśmy w samym środku szamba (akurat tutaj mówimy o szambie wojennym).
Były różne próby ustalenia nieuświadomionych przyczyn II wojny światowej. Znaleźli się i tacy, którzy mówili o zbiorowym samobójstwie Europy. Jeśli tak, to można się zastanowić, co z kolei było przyczyną tego samobójstwa? Może zupełny rozpad porządku państwowego i społecznego, który do tej pory (a ściślej: do XVIII w.) był normalizowany z namaszczenia Boga – a tego przecież w XIX wieku uśmiercono? Nagle okazało się, że wolno wszystko, a ludzie takiej wolności nie mogą jednak znieść (unieść).

O: Myślę, że przyczyną główną drugiej wojny światowej był kolaps systemu politycznego, który wykreował dużą próżnię i nie był w stanie nią zarządzać. Konkurencyjny „koncert mocarstw” z lat wcześniejszych działał sprawniej, bo miał jasno określone cele i odpowiednie do ich realizacji środki. Europa międzywojenna sama nie wiedziała czego chce. Liga Narodów okazała się wydmuszką, która dała nadzieję słabszym państwom, ale w gruncie rzeczy nie miała czym tych nadziei pokryć. Anglia i Stany Zjednoczone jako jedyne państwa mogły spacyfikować sytuację w punkcie wyjścia, ale nie były tym zainteresowane, bo w owym czasie ich priorytety były inne.
Czy była to kwestia wolności? Raczej nie… bo tej wolności nie było zbyt wiele. III Rzesza demokracją nie grzeszyła, Polska też nie (choć była już ideałowi bliższa), Rosja… wiadomo. Stalin doszedł do władzy po trupach, nie w ramach procesów demokratycznych, czyli nie wolność go wniosła w mury Kremla. Hitler nieco lepiej wykorzystał mechanizmy demokratyczne, ale jego ultima ratio okazały się rozmaite koszule, w owym czasie głównie brunatne.

StB: Nie zrozumieliśmy się z tą „wolnością”. Ja uważam, że człowiek nadal pozostawał zniewolony tak jak zawsze, tylko mu się raptem WYDAŁO, że jest wolny i że może wszystko, począwszy od wypełniania historycznej misji, manipulowania ustrojem, po decydowanie o własnym przeznaczeniu. Zawierzenie ROZUMOWI, wbrew pozorom, zaczęło często sprowadzać człowieka na manowce (ot, choćby Rewolucja Francuska z jej morderczym chaosem; niepohamowana industrializacja i związany z nią imperializm…), bo jednak nie mógł on unieść nagle odsłoniętej przed nim omnipotencji, (która zresztą była złudna).
Przecież całe „masy” zaczęły się (na przełomie XIX i XX wieku) „buntować” (pisał o tym choćby Ortega y Gasset w swoim słynnym eseju „Bunt mas”) – z tych samych względów zapragnęły właśnie wolności, której później nie mogły udźwignąć, co wepchnęło je w totalitaryzmy: zarówno komunistyczny, jak i faszystowski. Innymi słowy: dążąc do wolności same się zniewoliły, bo aspiracje przerosły jej możliwości.
Pisząc o przyczynach „samobójstwa” Europy (I i II wojna światowa), nawiązałem do aspektów, że tak powiem, filozoficznych i psychoanalitycznych – do tego co było raczej mało uświadomione. Nie pisałem o przyczynach politycznych, bo te dość wyraźnie zostały zbadane, wyartykułowane i przedstawione – nawet jako oczywistość: upokorzenie Niemiec przez traktat wersalski, agresywna, imperialno-rasistowska polityka Hitlera, słabość i niezdecydowanie koalicji anty-hitlerowskiej, obawa przed komunizmem… etc. To wszyscy wiedzą i raczej nikt z tym nie polemizuje. Ale to jest powierzchnia, ewidentna naoczność – chodzi o to, by dotrzeć do przyczyn głębiej osadzonych w ludzkiej psychice, tych „podskórnych”, nieuświadomionych – bo to one najczęściej, jak mi się wydaje, powodują ludzkim działaniem.

O: Rozum i wolność to filary nieba i raju, ale zarazem autostrady do piekła. Wolność jest błogosławieństwem i przekleństwem. Rozum zaś daje człowiekowi siłę, będąc zarazem jego głównym wrogiem.
Oprócz rozumu i wolności, jako element układanki określił bym także wielkość populacji. Bo to ona w ostatecznym rozrachunku dała miliony trupów zamiast tysięcy. Plus technologia, niekoniecznie tylko ta wojenna.

StB: Doskonale to ująłeś. To są właśnie te paradoksy człowieka par excellence: to, co nas ratuje może też być powodem naszej zguby. Tutaj możemy stworzyć długą listę: biotechnologia, genetyka, automatyzacja, industrializacja, zbrojenia, globalizacja, internetyzacja… itd. Czasami mam wrażenie, że świat i warunki w jakich człowiek musi żyć (wliczając w to jego genetyczne zdeterminowanie i podległość Naturze) są dla niego pewnym rodzajem pułapki, z której nie sposób jest się uwolnić.
To prawda, wzrost ludzkiej populacji – jak również produkcja coraz bardziej zabójczych „broni” – walnie przyczyniły się do wzrostu liczby ofiar wojny. Podobno procentowo nie mordujemy się na większą skalę, niż (niektóre) społeczeństwa prymitywne (np. w dorzeczu Amazonki pewne plemiona, mimo, że nie prowadzą regularnych i zorganizowanych wojen – ponadto dysponując jedynie dzidami, łukami i kamieniami – potrafią wymordować się wzajemnie w 30 – 50 %). Ot, człowiek jest drapieżnikiem – wystarczy spojrzeć na nasze kły i pazury.

O: Niejedna wojna toczona przez naszych królów wiązała się ze stratami procentowo porównywalnymi ze współczesnymi bestialstwami. Mam wrażenie, że żyjemy jednak pod coraz większą presją – tak bardzo szukamy absolutu, postępu i szczęścia, że podnosimy wysokość kosztów uznawanych za warte poniesienia. Przeraża mnie  – u wszelkiej maści fundamentalistów – sposób w jaki traktują ludzi myślących inaczej: odbierają im właściwie ludzkość, traktują jak szkodniki, przedmioty, śmieci do usunięcia…

StB: Najgorsze w tym wszystkim jest to, że to co jeszcze nie tak dawno wydawało się nam pewną gwarancją stabilności i kursu świata w dobrą stronę – a więc wolny rynek, zdrowa ekonomiczna konkurencja wolna od dogmatycznych, ideologicznych nawisów i obciążeń, fundamentalistycznego religijnego fanatyzmu… – też przestało się sprawdzać, skompromitowane choćby przez przekręty i chciwość światowej finansjery w ostatniej dekadzie (powiedzenie „masz jak w banku” nabrało przez to diametralnie innego znaczenia) oraz przez kapitalizm bez ludzkiej twarzy, czyli traktujący ludzi przedmiotowo, niczym towar, który trzeba wszystkim „maluczkim” za wszelka cenę wcisnąć. Rozwarstwienie klas (przepaść między wąską grupą ludzi posiadających olbrzymie środki – a tym samym władzę – a tzw. „klasą średnią”, która cały czas się kurczy, podczas gdy zwiększa się zasięg biedy, a więc liczebność klas niższych) pogłębia się ostatnio w tempie zastraszającym, podobnie jak ilość ludzi „zbędnych” czyli takich, którzy nie mają co ze sobą zrobić (cała rzesza młodych ludzi bezrobotnych)… Nie, historia wcale się nie skończyła (na ustroju liberalno-demokratycznym, jako najlepszym z wszelkich możliwych, jak zbyt optymistycznie ogłosił to przed kilkunastoma laty Fukuyama) i zapewne ludzkość zafunduje sobie jeszcze niejedną bolesną niespodziankę… na drodze nie wiadomo dokąd.

O: Nie istnieje coś takiego jak wolny rynek. Nie twierdzę, że wolny rynek w czystej postaci uzdrowiłby świat, ale obecna forma układów rynkowych jest dość chora. Kapitalizm bez ludzkiej twarzy… cóż, niestety, to akurat występuje w nadmiarze. Oczywiście zależy co rozumiemy jako „bez ludzkiej twarzy”, bo wiadomo, że aby przetrwać na rynku trzeba najpierw pieniądze zarabiać, a dopiero później wydawać (na ogół, poprzez „ludzką twarz” rozumie się rozdawnictwo).
Przydałoby się więcej średniej klasy, to fakt, ale klasy świadomej, inteligentnej. A nie buców, którzy za pierwsze zarobione pieniądze kupują mercedesy i chodzą z głową w chmurach. Klasa średnia bardzo chce być klasą wyższą, a że nie może przeskoczyć realnej przepaści materialnej, nadrabia miną i chamstwem. Teoretycznie sam jestem przedstawicielem tej klasy, ale raczej nie jestem zadowolony z tego co widzę wokół siebie…
Historia się nie skończyła, sam Fukuyama to w końcu przyznał. Umarło także kilka nowszych modeli geopolitycznych, obecnie panuje chaos. Wszystkiego możemy się spodziewać i nic nie jest pewne…

StB: Nic nie jest pewne… I nic nie jest wolne – oprócz wolności absolutnej. No ale ta jest nam niedostępna.
Określenie „wolny rynek” miało jakiś sens na początku, ale później stało się tylko językową kalką, a i przykrywką do tego, by ci silniejsi na rynku (nieważne w jaki sposób swoją dominująca pozycję zdobyli) dyktowali swoje warunki słabszym, nie zawsze przecież fair. Dzięki temu umacniał się tylko społeczny darwinizm, ale to inna śpiewka.
Innymi słowy, wraz z rozwojem korporacyjnych gigantów, (jak również z idącą za tym globalizacją) „wolny rynek” przestaje funkcjonować, stając się swoistą dyktaturą.
Pisząc o „kapitalizmie z ludzka twarzą” nie miałem na myśli „rozdawnictwa”, tylko bardziej sprawiedliwy podział wypracowanych dóbr, a pisząc prościej: zapewnienie ludziom zatrudnionym przez „kapitalistów” godziwej wypłaty za ich pracę. Ponadto, zysk nie może być „bogiem”, czymś ważniejszym od samego człowieka – również i ekonomia powinna być podporządkowana jakiejś etyce, jak również uwzględniać potrzeby socjalne społeczeństwa. Chodzi mi z grubsza o wypracowanie czegoś w rodzaju złotego środka między kapitalizmem a socjalizmem (jeśli przyjmiemy, że pojęcia te jeszcze się nie zdewaluowały – i że coś takiego jest w ogóle możliwe).

Coś mi się wydaje, że piszesz o klasie średniej, tak jak ją widzisz w Polsce. A tam rzeczywiście trudno mówić o kulturze klasy średniej – raczej o jej braku. Bo nie można tej kultury wypracować, czy też stworzyć w pół pokolenia – zwłaszcza jeśli ma się za sobą obciążenia mentalnością peerelowską, a na sumieniu – wszystkie grzechy popełniane przez nuworyszostwo (życie ponad stan, pozerstwo, wpatrzenie we wzory o wątpliwej jakości, arogancja, zakompleksienie a jednocześnie zarozumiałość, zwykłe chamstwo…).
W Europie Zachodniej, jak również w Stanach klasa średnia jest jednak – en masse – inna. I osobiście ubolewam, że jeśli chodzi o tę amerykańską, to ona się teraz kurczy (bo jednak pozostaje prawdą to, że zamożność kraju/państwa mierzy się zamożnością klasy średniej). Ponadto, im klasa średnia jest bogatsze, tym większa stabilizacja danego kraju. To są rzeczy oczywiste. (Abstrahuję od tego, że każda klasa średnia jest obciążona – w mniejszym lub większym stopniu – pewnym filisterstwem.)
Nic nie jest pewne… to fakt (nic nie jest pewne – oprócz śmierci i podatków, jak mówił Benjamin Franklin). Ale tak naprawdę nigdy nic pewne nie było. W tym jednak zawarty jest zarówno fatalizm (paradoksalnie, bo przecież fatum oznacza pewną nieuniknioność), jak i nadzieja (wbrew fatalizmowi – żeby było śmieszniej).

O: W sprawie ludzkiej twarzy kapitalizmu – jako anonimowa osoba mogę napisać co mi ślina na język przyniesie, więc zdaję sobie sprawę z tego, że moje słowa nie muszą być traktowane jako święta prawda. Mimo to powiem Ci, że staram się u siebie, w swojej niewielkiej firmie, stosować w miarę możliwości zasady „ludzkiej twarzy”. Wątpię jednak, by któryś z moich pracowników był zadowolony i by któryś mnie chwalił, bo dla nich pensja jest zawsze za mała. Zresztą, ja to rozumiem i nie mam do nich żalu. Przykro mi jest, że nie mogę dać więcej, a moje zarobki są dopiero na czwartym miejscu w mojej własnej firmie (żaden mój pracownik nigdy w to nie uwierzy, nota bene).(…)

Wolny rynek to pic na wodę, ale i konkurencja ze strony gigantów korporacyjnych schodzi na drugie miejsce wobec tego, co robi państwo. W takim układzie nigdy nie nastąpi polepszenie sytuacji.
Dodam jeszcze jedną rzecz: ludzie zapominają, że aby lepiej zarabiać, trzeba trochę inaczej wydawać pieniądze. Przemysł całej Europy ledwo zipie, bo przeciętny Kowalski – ten sam, który chciałby dostać jakąś podwyżkę w pracy – zamiast kupić produkt polski, niemiecki czy angielski skusi się na chiński. Mały handel pada, wzrasta ilość marketów… Nie można nikomu nic zabronić, ale odrobina zdrowego rozsądku podpowiedziałaby ludziom, że nie żyją w próżni, ich wybory kształtują rzeczywistość. Tymczasem dominuje „chcizm”: ja chcę podwyżkę, ja chcę tego, ja chcę owego. Ja nie chcę za to płacić. Niech płaci „ono” – państwo i „oni” – źli kapitaliści. Dramat.

Złoty środek pomiędzy kapitalizmem a socjalizmem? Musielibyśmy doczekać się rynku, w którym jest równowaga pomiędzy producentem, handlowcem a konsumentem. Rynek konsumenta zawsze i wszędzie doprowadzi do konkurencji cenowej, która w ostatecznym rozdaniu zepchnie pracowników do roli niewolników, którym zwyczajnie nie będzie z czego płacić.
Masz rację pisząc, że średnia klasa zapewnia stabilność. Choćby z tego powodu, że średniacy rekrutują się z dołów. Im więcej klasy średniej, tym mniej dołów, a zatem mniejsze prawdopodobieństwo rewolty. Brak klasy średniej to też brak nadziei: bo kto może mieć nadzieję, że z pucybuta awansuje na milionera? Łatwiej już otworzyć małą firmę, zatrudnić kilku innych pucybutów i wczołgać się do klasy średniej, prawda?
Gospodarka… głęboki temat. To co napisałem powyżej to właściwie westchnienia i okrzyki żalu. Problematyka współczesnych gospodarek jest tak szalenie skomplikowana, że nawet nie wiadomo od czego zacząć analizę…

StB: No tak, ale Ty piszesz o małych firmach (czyli o skali mikro), ja miałem na myśli wielkie korporacje, które dysponują ogromnymi możliwościami finansowanymi i które de facto dyktują warunki produkcji, zatrudnienia, dystrybucji, sprzedaży… – mają decydujący wpływ na rynek konsumencki, kreując np. popyt (reklama), styl konsumpcji, trendy…
Pisząc to miałem ponadto na uwadze sytuację w Stanach Zjednoczonych, gdzie ma miejsce coraz bardziej pogłębiająca się i szalona już teraz dysproporcja między zarobkami tych, którzy są na topie zarządzania (właściciele, CEOs) a szeregowymi pracownikami, których pensje są groszowe i nie wystarczają na godziwe życie, czyli na zaspokojenie podstawowych potrzeb – do tego stopnia, że ci ludzie zmuszeniu są korzystać z tzw. food stamps, czyli z kuponów żywnościowych, nota bene fundowanych przez rząd z naszych podatków (dość głośna ostatnio sprawa pracowników Walmartu – korporacji, która jest największym pracodawcą na amerykańskim rynku – ale tu chodzi nie tylko o Walmart, w takiej samej sytuacji są miliony innych pracowników zatrudnianych prze wielkie firmy i korporacje).
Być może w Europie państwo się bardziej szarogęsi, ale jeśli chodzi o globalną skalę, to coraz bardziej wielki kapitał korporacyjny zaczyna wpływać na politykę państw, dyktując warunki i ustalając reguły gry. Tak jest już w Sanach Zjednoczonych, bądź co bądź nadal największej potędze gospodarczej świata, gdzie korporacje mają w swoich kieszeniach większość polityków, wpływając przemożnie na politykę państwa.
A Chiny? Może się nam wydawać, że tam państwo ma decydujący głos, ale to jest złudzenie, bo owo chińskie „państwo” bardziej jest teraz (robiącą interesy) jedną gigantyczną korporacją, niż państwem.

O: Masz niestety rację. To proces globalny, nie uzasadniony ani dobrem społeczeństw, ani poprawą kondycji gospodarek. Zresztą, o współczesnej gospodarce coraz pewniej można mówić, że ma charakter syndykalny, choć jest to syndykalizm ukryty, pozornie wręcz niezgodny z prawem, które jednak jest fasadowe.
Różnice pomiędzy zarobkami są większe w USA niż Europie. Pamiętam jeszcze ze studiów, kiedy zajmowaliśmy się kulturami kapitalizmu, że w USA różnica pomiędzy zarobkami CEO a szeregowca jest wyrażona w liczbie trzycyfrowej (częściej będzie to zapewne okolica stukrotności niż większa). W Europie różnice są o jeden rząd mniejsze. Ale i tak są duże, często nieuzasadnione.
Duży może więcej, niestety. Bolączką demokracji jest to, że w ostatecznym rachunku nie broni przed agresorami: ci mają po swojej stronie tłum, który kupują sobie na miliony sposobów, de facto na koszt tego tłumu. Kiedy korporacja buduje nową fabrykę dostaje zwolnienie z podatku, miasto lub gmina na swój koszt budują drogę wysokiej klasy, podciągają media i otaczają ochroną przed własnymi instytucjami. Kiedy buduje się mała firma, to drenuje się ją jak mleczną krowę. Ale tłum popiera taką politykę, bo w ten sposób za marnych parędziesiąt milionów euro powstaje kilka miejsc pracy…

StB: Właśnie, nauczono się doskonale manipulować tłumem (społeczeństwem, „masami”) – wykorzystując zarówno indywidualne skłonności człowieka, jak i jego zachowanie stadne.
W sumie – w skali cywilizacyjnej – zawsze mamy to, na co sobie zasłużyliśmy.

O: Niestety, niestety…

greydot

Ilustracja: Zdzisław Beksiński (bez tytułu).

IMPERIUM DOBRA, IMPERIUM ZŁA… i inne bajki

(co się plecie w kajecie – z wypowiedzi rozproszonych, XIV)

.

zapiski notatki kajet notes.

 

Co poniektórzy twierdzą już dzisiaj, że międzynarodowa bajka o demokracji się skończyła.
Tylko czy ta bajka była kiedykolwiek prawdziwa?
Niestety, wszystko wskazuje na to, że marzenia o demokracji i sprawiedliwości społecznej, tudzież o poszanowaniu międzynarodowego prawa, okazują się rojeniami typu wishful thinking.
To jest ciekawe, bo dzieje się to w dobie ogólnego dostępu do informacji i bez widocznego ograniczania swobód obywatelskich (przynajmniej jeśli chodzi o państwa zachodnie).
Jak widać obecne struktury władzy tworzącej polityczno-finansowy układ, niewiele sobie z tego wszystkiego robią – ale tak będzie tylko do czasu, kiedy beneficjenci tych układów (np. szerokie rzesze urzędników zarówno UE, jak i poszczególnych państw członkowskich) będą mieli zapewnione swoje benefity. To samo można powiedzieć o tych, którzy korzystają z prosperity wielkiego biznesu, korporacji i systemów bankowych. To może jeszcze działać przez dziesiątki lat, ale w końcu musi się wyczerpać, bo wiele z tych operacji przeprowadzanych jest w przestrzeni wirtualnej (przecież zdecydowana większość środków finansowych/pieniędzy nie ma pokrycia w rzeczywistej wartości) – to wszystko zwekslowane jest niejako w próżni.

Mnie też martwi to, że obecnie świat wydaje się opanowywać pazerna wataha skorumpowanych cyników, którzy tylko drą to sukno, które wpadnie im w łapę, pod siebie, dbając tylko o własny interes. (Casus Janukowycza i spółki grabiącej Ukrainę jest tego jaskrawym, niemal karykaturalnym przykładem.)
Ale czy tak nie było zawsze?
Było.
Lecz nawet w tych czasach ciemności, barbarzyństwa i zarazy byli też ludzie, którzy byli depozytariuszami jakiejś szlachetności, przyzwoitości, klasy, wyższych wartości… Teraz takich ze świecą szukać.
Pochowali się? Wymarli? Wycofali się? Zostali zagłuszeni?
Zamiast tego nastąpił wysyp różnych takich internetowych czy medialnych mądrali – którzy znają całą prawdę i tylko prawdę, którzy mają słuszność (nikt inny jej nie ma), nieomylni, wszechwiedzący, kategoryczni, radykalni… ale skrywający swojego mola za skórą, oddający się jakiejś ekshibicjonistycznej psychoterapii… by tylko przetrwać do następnej awantury i zamieszania, które znowu utopi się w morzu słów.

greydot

Zawsze istniało pasożytnictwo. Tyle, że w ciągu ostatnich stuleci, żywiciele coś jakby bardziej się poruszyli – chcąc się wyemancypować, wyzwolić, ochronić przed wysysaniem ich życia przez pasożytów.
Pasożyt więc – a raczej kolonia pasożytów – musiał się przeobrazić, przeformować (przy okazji część żywicieli wyewoluowała i sama stała się pasożytnicza) – w najlepszym wypadku była to (pozorna zazwyczaj) symbioza.
Zresztą, wydaje mi się, że najgorszym rodzajem pasożytnictwa (bo najbardziej zdradliwym) jest to, które wygląda właśnie na symbiozę – a w rzeczywistości jest kolejną formą niewolenia ludzi.

greydot

To fakt, że Polacy są w awangardzie tych bijących się we własne piersi za grzechy swoich ojców i dziadów. Albo zmuszanych do bicia się w nie przez innych. Z drugiej strony zaś mamy do czynienia ze skłonnością do totalnego wypierania się własnych grzechów, uznania siebie za naród jedynie sprawiedliwy (i najbardziej pokrzywdzony) spośród narodów świata. A pomiędzy tymi skrajnościami miota się nasza narodowa świadomość i tożsamość.
Oczywiście, że nie można zapominać o polskich grzechach i przewinach czasów wojny i okupacji, ale nie można jednak zaburzać proporcji. A przede wszystkim: należy zawsze brać pod uwagę kontekst historyczny i zawsze mieć świadomość tego, że faktycznymi sprawcami tych zbrodni (nawet dokonywanych rękami Polaków czy samych Żydów) byli ci, którzy wojnę wywołali, czyli Niemcy. Okupacja, i to zarówno niemiecka, jak i sowiecka, stworzyła takie a nie inne warunki, w których katalizowały się różne okropieństwa, a w ludziach uaktywniała się ta ciemna strona (jasna zresztą też – bo w sytuacjach ekstremalnych następuje przecież polaryzacja dobra i zła).
„Pokłosie” Pasikowskiego wzbudziło kontrowersje (de facto wywołało burzę), bo dotknęło wrażliwego nerwu – naszego narodowego poczucia winy pomieszanego z zaszłością polskiego anty-semityzmu. Przypomniało o krwi naszych braci i sąsiadów na niektórych polskich rękach. Ale moim zdaniem film ten zrobił to w sposób trącący (niezamierzoną niewątpliwie) groteską, odwołując się do najgorszych stereotypów, wzniecając same negatywne emocje… Zresztą, wg mnie, obraz Pasikowskiego – jako dzieło filmowe per se – też nie jest jednak udany. A zakończenie jest wręcz absurdalne.

Niemcy rzeczywiście używali macew do brukowania ulic i rynków miast. Tak było np. w moim rodzinnym Leżajsku – do którego, nota bene, rokrocznie przyjeżdża dziś tysiące Żydów, nie niepokojonych raczej przez nikogo – przynajmniej mnie nic nie jest wiadomo o jakichś widocznych, znaczących przejawach antysemityzmu wśród moich krajan.
Warto wspomnieć, iż rzeczywiście w woj. lubelskim znalazł się niedawno młody człowiek, który zainteresował się kulturą żydowską, historią Żydów na swoim terenie, zaopiekował się żydowskimi mogiłami i macewami… Ale… był on przez społeczność polską szanowany a nie szykanowany (został chyba nawet starostą czy też wójtem) i raczej nikt nie chciał go ukrzyżować na wrotach stodoły. (Choćby w tym kontekście widać jednak ewidentną niedorzeczność scenariuszowego konceptu w „Pokłosiu”).

 greydot

Akurat w momencie, kiedy wojska rosyjskie opanowywały Krym, Daniel Passent na swoim blogu napisał tekst pt. „Rusofobia jest toksyczna”, którego przewodnim wątkiem było to, co wyraził on w pierwszym zdaniu swojego wpisu: „Widmo krąży po Polsce – widmo rusofobii”.
Zaś w odpowiedzi tym, którzy wyrazili opinię o niestosowności tego rodzaju uwag w takim momencie historycznym, napisał później w komentarzach, parafrazując Stalina: „Putinowie przychodzą i odchodzą, a naród rosyjski pozostaje.”

No tak, ale co z tego (nota bene trywialnego) spostrzeżenia wynika?
To, że – mimo stopniowego zmniejszania się populacji – jakaś tam liczba Rosjan przetrwa?
To, że po jednym „putinie” przyjdzie następny?
To, że wraz z przetrwaniem tego narodu, przetrwają jego cechy i mentalność, która – przez ostatnie stulecia – tak dawała się we znaki swoim sąsiadom (w tym również nam, Polakom)?

Czym się różni „rusofobia” od „putinofobii”?
Jeśli „putinizm” jest utożsamiany z mentalnością, którą charakteryzuje się obecnie większość Rosjan, to właściwie niczym (tak będzie dopóty, dopóki Rosjanie w swojej przeważającej większości, będą popierać rządy autorytarne i ich imperialne zapędy – zauroczeni i poddani polityce siły – akceptujący łamanie praw człowieka, brak wolności słowa – dający się ograbiać wąskiej „elicie” oligarchów, którzy przejęli kontrolę nad lwią częścią rosyjskiej ekonomii i niekoniecznie działają w interesie samego społeczeństwa).
Jeśli zaś myślimy o tych Rosjanach, wśród których przetrwały dobre cechy tego narodu, którzy chcą żyć w społeczeństwie (państwie) otwartym, którzy opowiadają się za wolnością słowa i swobodami obywatelskimi… to przecież o jakiejkolwiek „fobii” nie może być mowy – bo takich ludzi nikt z nas, związanych cywilizacyjnie z Zachodem, nie musi się przecież obawiać.
Tak więc, to są kolejne argumenty przemawiające za tym, że wmawianie nam „rusofobii” (i to w takim momencie, kiedy Rosja narusza europejskie granice) jest swoistym szantażem moralnym i emocjonalnym. I poniekąd antyintelektualnym.

greydot
Aleksandr Dugin, główny ideolog Euroazjatyckiego Związku Młodzieży, w jednej ze swoich uczonych książek stwierdził:

„Europa atlantycka nie jest nam potrzebna w żadnej formie. Dlatego Rosja, w walce o sprawiedliwe granice, żywotnie zainteresowana jest europejską kontynentalną rewolucją. Tak więc uwolnieniem Niemiec od amerykańskiego dyktatu (na miejsce naszych wycofanych żołnierzy, pojawili się jednak amerykańscy) i uwolnieniem od amerykańskiego dyktatu innych, okupowanych przez Atlantystów europejskich terytoriów. Konieczne są, z naszego punktu widzenia, narodowe rewolucje w Niemczech, we Francji, we Włoszech, w Hiszpanii, w Holandii, w Szwecji, w Norwegii, w Danii, w Portugalii. Dopóki ich nie ma, dopóty zbyt wiele zagraża naszemu bezpieczeństwu. Dlatego Rosja zmuszona jest stać się bastionem rewolucji europejskiej. Dlatego Rosja nie zatrzyma się w swoim wyzwoleńczym marszozrywie na terytorium Krymu, ani na Dnieprze, ani nawet na zachodnich granicach eks-Ukrainy. Naszym celem jest wyzwolenie Europy od atlantyckich okupantów.”

Nierozsądne z naszej strony byłoby puszczanie takich rojeń – które mogą wszak mieć fatalne realne skutki – płazem. Ale problem polega też na tym, że są one odporne na jakąkolwiek rozsądną, racjonalną argumentację.

greydot

Ukraińcy wspierali Niemców w likwidacji Żydów na wschodnich terenach, które przed wojną należały do Polski, a później znalazły się pod okupacją niemiecką i sowiecką – to wszystko prawda. Ale Ukraińcy też walczyli przeciwko Niemcom – chociaż przede wszystkim zależało im na utworzeniu własnego państwa. I pod tym kątem działali. Wprawdzie Ukraińcy podjęli współpracę z Niemcami, ale bili się już głównie na własny rachunek – głównie z Polakami.
Jeden z dowódców UPA ogłosił wtedy:

“Z dniem 1 marca 1943 r. przystępujemy do powstania zbrojnego. Jest to działanie wojskowe i jako takie skierowane jest przeciwko okupantowi. Obecny jednak okupant jest przejściowym, nie należy więc tracić sił w walce z nim. Właściwy okupant to ten, który nadchodzi [ZSRR]. Jeśli chodzi o sprawę polską, to nie jest to zagadnienie wojskowe, tylko mniejszościowe. Rozwiążemy je tak, jak Hitler sprawę żydowską. Chyba że usuną się sami.”

Mówiąc o rzezi Polaków na Wołyniu dokonanej przez UPA (wspomaganej oczywiście przez cywilną ludność ukraińską), należy pamiętać o kontekście historycznym, a przede wszystkim o setkach tysięcy Żydów wymordowanych na początku lat 40-tych na tamtych terenach – to kreowało “atmosferę” – niejako “standardy” – tamtej epoki. Ukraińcy zobaczyli, że to działa i postanowili w ten sam sposób pozbyć się Polaków z terenów, na których chcieli zorganizować swoje państwo.

To były straszne czasy – i zagmatwane. Nie można oczywiście o tych wszystkich zbrodniach zapominać, ale głupotą byłoby w naszych czasach się na nie powoływać, obwiniać za nie współczesne pokolenia, pałać jakąś nacjonalną zemstą, propagować rewanżyzm, a tym samym szerzyć nienawiść.

Naturalnie, należy sobie zdawać sprawę z istnienia na Ukrainie sił skrajnych nacjonalistów. Lecz to, istniejące realnie zagrożenie z ich strony należy rozpatrywać w kontekście polityki współczesnej, a nie czystek etnicznych, które miały miejsce podczas II wojny światowej. To jest właśnie rozsądne. Bo przecież wiadomo, że gdy rozum śpi, to budzą się upiory.

greydot

Wszystko wskazuje na to, że aneksja Krymu przyniesie korzyści tylko samej Rosji (ale i to wcale nie jest takie pewne).
Na razie fakt ten namieszał wyraźnie w ogólnoświatowej polityce międzynarodowej – obnażając jeszcze bardziej coraz mniejszą skuteczność polityki wobec innych powiązań (głównie ekonomicznych).
Co może być zarówno dobrym, jak i złym sygnałem – bo wszystko zależy od tego, jak się będzie rozwijać światowa gospodarka (niestety, jak na razie, więcej faktów wskazuje na to, że rozwój ekonomiczny świata – rozkład siły i bogactwa – nie idzie w dobrym kierunku).

Zawsze, wszyscy i wszędzie, jesteśmy pod czyimś wpływem, Cały świat to teraz taki układ naczyń połączonych. Chodzi jednak o to, by kraje zachowywały – w głównym zrębie – swoją niezależność, nie ulegały cwaniakom, którzy dbają tylko o własny (bynajmniej nie narodowy czy państwowy) interes (i dotyczy to zarówno urzędasów z UE, jak i gangsteryzmu Putina).

greydot

To niesłychanie, jak dalece imponuje nam nadal siła i machiaweliczna przebiegłość (ale czy to są standardy, według których chcielibyśmy uprawiać politykę w XXI wieku?). Świadczy o tym podziw dla Putina nawet wśród tych, którzy nie identyfikują się z jego obozem i interesami. Moim zdaniem jest w tym coś z atawistycznego zauroczenia samcem alfa – a tym samym respekt – i de facto akceptacja – dla uznania „racji” i skuteczności nagiej siły.
Zdumiewa mnie to, że ulegają temu nawet ludzie uważani za intelektualistów (vide: ostatnia gafa Bartoszewskiego, zachwyconego „mądrością i przewidywalnością” Putina), przywiązanych ponoć do idei wolnościowych, demokratycznych i do legalizmu.

I jeszcze jedno: niektórzy wołają i biją na alarm, że oto „barbarzyńcy u bram”!
Według mnie, w równym stopniu należy się obawiać barbarzyńców, którzy zagrażają nam z zewnątrz, co tych, którzy są w nas samych.

greydot

Ameryka jako Imperium Dobra?
To zależy od perspektywy z jakiej patrzymy.
Mimo Oceanu Dobra, jaki ponoć Ameryka rozlewa zarówno na swoim terytorium, jak i w Europie czy w innych rejonach świata, krzewiąc np. niezmordowanie – i wszelkimi sposobami, z destabilizacją i ludobójstwem włącznie – demokrację i idee wolnościowe (tak widzą to bezkrytyczni stronnicy USA, którzy ważą procentowo korzyści amerykańskiego „porządku” implantowanego światu i chcą się – np. w Polsce – chować się za pazuchę amerykańskiej siły ekonomicznej i militarnej, bo to leży w naszym interesie) – tak więc, nawet ci, którzy będą stawać na głowie, nie będą mogli zmienić faktu, że po II wojnie światowej to właśnie Stany Zjednoczone były największym agresorem, wysyłając w zmasowanej ilości wojska w najbardziej odległe rejony świata, powodując największą ilość ofiar śmiertelnych wśród ludności cywilnej (używając przy tym tak barbarzyńskich środków, jak np. napalm czy agent orange, paląc, zabijając i kalecząc setki tysięcy ludzi).
(Wyobraźmy sobie tylko, co by to się działo, gdyby tak postępowała Rosja!?)
To są fakty, których żadna ekwilibrystyka eksplanacyjna zmienić nie jest w stanie.
I piszę to jako obywatel Stanów Zjednoczonych, korzystający z wszelkich dóbr, jakie oferuje ten – wspaniały pod wieloma względami – kraj.

Lecz zdaję sobie sobie sprawę z tego, że niektórym nie mieści się to w głowie, że można w takiej sytuacji – i ten sposób – krytykować Amerykę. I że mogą nazwać to np. anty-amerykanizmem. Ale, jeśli ktoś tak myśli, to tak naprawdę nie jest w stanie wniknąć w ideę „amerykańskości”.
Do takich osób powinno dotrzeć to, że ja nie krytykuję „Ameryki” tylko pewne poczynania (militaryzm) i polityką zagraniczną amerykańskiego rządu. I dopóty mogę robić to otwarcie – i bez konsekwencji zastosowania wobec mnie represji – na terenie kraju, w którym mieszkam, dopóty wg mnie Ameryka nie jest jeszcze do końca stracona. A ja nie muszę z tego kraju uciekać, (tak jak np. Snowden – by the way: chwała gościowi!)

Chciałem napisać, abyśmy karmili tylko dobrego wilka, ale w przyrodzie nie ma dobrych ani złych wilków.

greydot
Czy Amerykanie też biją się w piersi i posypują swoje głowy popiołem wobec swoich przewin z przeszłości – jeśli chodzi o własną kinematografię?
Otóż w kinie amerykańskim filmy tzw. „rozliczeniowe” oczywiście są, ale przytłoczone są przez obrazy, które bazują jednak na historycznej propagandzie i patriotycznym, narodowym stereotypie. Warto zwrócić uwagę, że niemal wszystkie westerny przez dziesięciolecia (aż do czasów anty-westernów Penna, Peckinpaha czy Altmana) ukazywały np. Indian jako „dzikusów”, a samych pionierów jako postacie heroiczne. Zaś Frontier to była w nich zona, w której zawsze wygrywało dobro, szlachetność i sprawiedliwość (wbrew krzyczącym wręcz faktom i stanowi rzeczywistemu).

Także w większości amerykańskich filmów akcji pobrzmiewa też głośny ton nacjonalistyczno-propagandowo-szowinistyczny (exemplum: Rambo et consortes…). Takie „Zielone berety” Wayne’a to przecież czysta „patriotyczna” nacjonalistyczna propaganda. Jeśli chodzi o Wietnam, to dopiero po zakończeniu wojny w Indochinach, pokazały się filmy ukazujące jej absurd i nikczemność – wśród nich wyróżniały się obrazy Olivera Stone’a („Urodzony 4 Lipca”, a przede wszystkim pamiętny „Pluton”) także „Full Metal Jacket” Kubricka. „Czas apokalipsy” Coppoli to raczej jedna wielka metafora wojennego szaleństwa (odnosząca się do Conradowskiego „Jądra ciemności”), a nie rozliczenie się z własną niechlubną, a niekiedy i haniebną, historią. Podobnie było z filmem Altmana „M*A*S*H*” – to ukazany uniwersalizm idiotyzmu i absurdu każdej wojny – nie tylko tej w Indochinach.
Filmy tzw. gangsterskie też nie były właściwie rozliczaniem się z własnej skorumpowanej przeszłości, a wręcz przeciwnie – tworzyły nowe mity (jak np. słynny „Ojciec Chrzestny” Coppoli, czy wiele filmów Scorsesego) dość przewrotnie gloryfikując i „uromantyczniając” w pewnym sensie gwałt, przemoc i bandytyzm. W tym kierunku poszło też kino (bardzo ostatnio popularnego) Tarantino.

greydot

Inspirowało mnie kino amerykańskie lat 70-tych, bo – wbrew temu, że ukazywało opresyjną i ciemniejszą stronę amerykańskiej rzeczywistości – miało właśnie w sobie ów kontestacyjny powiew buntu i tęsknoty za wolnością, której nam jednak wówczas w zapyziałym, nudnym i szarawym PRL-u brakowało. Wystarczyło choćby spojrzeć na te bezkresne amerykańskie przestrzenie w filmach drogi, by poczuć ów zew przygody – to był dla nas synonim wolności: wiatr rozwiewający włosy i serce, które rosło w piersiach na myśl, że coś takiego można przeżyć samemu. Nawet ruch hipisowski – cały ten zgiełk Woodstock, naiwność i kolorowość dzieci kwiatów – flower power przeciwstawiona kretyńskiej, nikczemnej i morderczej wojnie w Wietnamie – wszystko to znajdowało w niektórych z nas pozytywny oddźwięk.
Oczywiście wiele z tych młodzieńczych fermentów opierało się na micie – dopiero kiedy człowiek dorastał, stawał się bardziej krytyczny wobec swoich dawnych zauroczeń.
Ale to był jednak paradoks: zauroczenie Ameryką, która kontestuje sama siebie.

Jednakże były jeszcze inne, bardziej realne aspekty tego, co oferowała ludziom Ameryka – i w tej ofercie było wiele dobrego. Były to choćby swobody obywatelskie (abstrahując od problemu istniejącego do lat 60-tych zinstytucjonalizowanego i mentalnego rasizmu), wolność słowa, jak również – last but not the least – względy ekonomiczne (nota bene: ja bym jednak nie wyśmiewał się z tego, że miliony ludzi mogło mieszkać w swoich własnych domkach, jeździć własnymi samochodami, realizować swoje hobby – mogło zaspokajać swoje potrzeby życiowe na dość wysokim (w pewnym momencie – najwyższym w świecie) poziomie. W tym „Hi, honey” męża wracającego z pracy do domu i witającego żonę, była jednak pewna solidność spełniającego się pragmatycznie American Dream.

Nie można jednak skwitować Ameryki w kilku zdaniach.

greydot

To, co piszę o militaryzmie amerykańskim, nie jest pisane z pozycji pacyfizmu ani nawet idealizmu. (Powtarzam już chyba do znudzenia, że nie jestem pacyfistą.) Jest pisane z pozycji pragmatycznej i racjonalnej. Uważam po prostu, że angażowanie się USA we wszystkie bez wyjątku wojny (chodzi mi o okres po II wojnie światowej) odbywały się nie tylko ze szkodą dla świata (miliony zabitych i okaleczonych ludzi, nota bene w przeważającej części cywili, zrujnowanie krajów, w których toczyły się te wojny) ale i dla społeczeństwa amerykańskiego. Także – co widać doskonale z perspektywy czasu – dla Stanów Zjednoczonych, jako państwa, które sukcesywnie traciło swój prestiż i nimb wszechmocnego mocarstwa. (Zaś 9/11 uznać można – zresztą nie tylko symbolicznie – za początek końca amerykańskiego mitu.) Zaangażowanie się militarne (nawiasem mówiąc, termin „zaangażowanie” jest eufemizmem, winno się właściwie nazywać rzecz po imieniu jako zbrojną agresję) USA w Wietnamie, Iraku i Afganistanie przyniosły same straty. Nie tylko humanitarne. Również polityczne.

greydot

Ktoś niedawno dość przytomnie zauważył: „Taka już ta Ameryka jest, że nawet najlepszą krytykę USA robią właśnie Amerykanie.”
No właśnie. Skoro jeszcze do tej pory Chomsky’ego nie zamknęli w więzieniu, ani mu nie wysiadły hamulce w Lexusie, to ani mi w głowie ucieczka z tego kraju, zwłaszcza do RFSRR.
Mimo wszystko – gdybym już był zmuszony wybierać – to wolałbym porządek zaprowadzony na świecie przez Amerykanów, niż przez Talibów, Chińczyków czy nawet Rosjan. (Co nie znaczy, że jestem za polityką imperialną i zapominam o zbrodniach popełnianych przez Amerykanów w Laosie, Kambodży, Wietnamie, Iraku, Afganistanie…)
I jeszcze jedna ważna rzecz: przenoszenie niechęci (wrogości) do rządu amerykańskiego (jego polityki zagranicznej) na całe amerykańskie społeczeństwo jest nie tylko nie fair, ale i niemądre. (Podobnie zresztą jak utożsamianie tego z anty-amerykańskością.)

greydot

Tiziano Terzani, jeden z najsłynniejszych dziennikarzy XX wieku, autor wielu książek, długoletni korespondent „Spiegla”: „Dla mnie spotkanie z prezydentem, ministrem, generałem z ich pompatycznymi minami, kłamstwami, które na siłę wciskają rozmówcy, zawsze napawało mnie wstrętem. Instynktownie trzymałem się od nich z daleka. Właśnie, trzeba trzymać się z daleka.”

Czy zajmując się światem polityki możemy dociec tego, czym jest świat, społeczeństwo, wreszcie sam człowiek? Bynajmniej. Widzimy tylko niektóre z jego aspektów – stąd choćby poczucie tego, że jest to świat darwinowski, domena hien, rekinów i szakali. A kto w tym świecie predatorów nie kieruje się atawistyczną, amoralną zasadą „po trupach do celu” – ten jest nieskuteczny, nie odnosi sukcesów, (więc jest polityczną niezdarą).

Tak więc, kiedy wpatrujemy się jedynie w świat polityki, wypaczone staje się nie tylko nasze widzenie świata – a zwłaszcza tego, co winno stanowić o naszym człowieczeństwie, tworzyć jakieś wyższe rejestry ludzkiej kultury – ale i nas samych. Stąd przestroga Terzaniego, by trzymać się z dala od polityków. Bo korupcja jest zaraźliwa. A w zepsutym świecie psujemy się także i my sami – wystarczy samo wdychanie zepsutego powietrza, karmienie się zepsutą strawą.
Tak dzieje się również wtedy, kiedy świat polityki staje się naszą rozrywką – ucieczką przed nudą i własnym molem.
Kiepski to więc rodzaj autoterapii.

greydot

Pytanie: czy umiejętność samodzielnego myślenia jest w ogóle możliwa?
Nota bene wiąże się to z kwestią bardziej uniwersalną: czy istnieje wolna wola?
Niestety, im bardziej się w to wgłębiamy, tym mocniej się skłaniamy (czujemy się „skłaniani”?) do odpowiedzi: NIE. Lecz jednak nie odpowiadamy jednoznacznie NIE, bo to pozbawiłoby nas podmiotowości, ergo: nie tyle zakwestionowałoby nasze EGO, co pozbawiłoby go (nas) suwerennego sensu.
Natomiast skłanianie się do odpowiedzi TAK, jest przemieszczaniem się w sferę metafizyczną (jeśli wolna wola istnieje, to musi mieć ona w sobie coś z „boskości”).

Do odpowiedzi NIE skłania nas rozum (bo tylko za pomocą rozumu możemy poddawać coś analizie), do odpowiedzi TAK – intuicja (choć pozornie wydaje się nam, że jest na odwrót – ale to dlatego, że racjonalizm i irracjonalizm miesza się w nas samych: to, co chcemy, by było racjonalne, jest często irracjonalne i vice versa).
Tak więc, czy nasze nowoczesne przeświadczenie o tym, że ludzki Rozum jest kompatybilny tylko z materią (bo tylko wobec materii możemy użyć czegoś takiego, jak ratio) nie jest aby naszym kolejnym przesądem?

Niestety, im więcej wiemy, tym większa wydaje się nasza niewiedza.

greydot

Człowiek mówi, wiatr słowa nosi…

greydot

WOJNA I RÓŻE

(zapiski XI)

Paradoksy można nie tylko polubić – one fascynują. Mogą mieć nawet czasem moc małego objawienia, po którym rzeczywistość – pozostająca przecież tą samą – wydaje się być jaskrawsza, wyrazistsza, świeższa… bardziej naga wreszcie. Mimo, że w logice za paradoks uważa się rozumowanie, które dzięki ukrytym błędom logicznym, nieprecyzyjności, dwuznaczności i niejasności sformułowań, prowadzi do jawnie sprzecznych ze sobą wniosków, to bardziej odpowiada mi ten rodzaj paradoksu, który określa się jako twierdzenie uderzające trafnością, lecz stawiane niejako „pod włos” utartym, obiegowym opiniom, zdecydowanie z nimi sprzeczne –  przekorne wobec oczywistości, która też bywa przecież pozorna i złudna.

.

Siła i delikatność - czy mogą być po tej samej stronie?

Siła i delikatność – czy mogą być po tej samej stronie?

Dzięki zestawieniu ze sobą tych dwóch definicji, można odnieść wrażenie, jakoby logika była po stronie vox populi… I oto mamy kolejny paradoks, gdyż głos ludu nazbyt często kłóci się z logiką, również wtedy – a może nawet zwłaszcza wtedy – kiedy wydaje się być głosem Boga.
Jestem po stronie Dürrenmatta, który uważał, że właśnie człowiek konfrontujący się z paradoksem, bardziej wystawiony jest na działanie rzeczywistości – nagle znajdując się bliżej niej samej, doświadcza jej ponad swoimi uprzedzeniami, dotyka jej sedna.

greydot

Choć wojny nie znam z autopsji – los jak do tej pory oszczędził mi tego doświadczenia – to zawsze była ona w mojej świadomości czymś niezwykle ważnym w ponawianych przeze mnie próbach rozumienia świata i człowieka. Dość szybko odseparowałem sztuczną wizję wojny  –  jaką serwowano nam, dzieciom PRL-u, w postaci rozrywkowych filmów typu „Stawka większa niż życie” czy „Czterej pancerni i pies” – od prawdziwego jej obrazu utrwalonego w dokumentach, wspomnieniach, faktach – przedstawieniach nie zdeformowanych popularną fikcją ani oficjalną propagandą. Takim momentem przełomowym dla mnie była konkretna chwila podczas oglądania jednej z filmowych kronik wojennych, kiedy to zobaczyłem upadającego, trafionego kulą, żołnierza. Od tamtego momentu na ową kronikę przestałem patrzeć jak na film. Ogarnęło mnie wówczas wszechmocne poczucie realności. Wojna przestała być dla mnie zbiorem dat, suchą statystyką ofiar, papierową planszą frontów, ruchów abstrakcyjnych wojsk, podręcznikowym zbiorem bitew. Czymś szokującym niemal było dla mnie uświadomienie sobie, że przecież to wszystko działo się NAPRAWDĘ, i to zaledwie kilkanaście lat przed moim  urodzeniem się.

Nazajutrz poszedłem na miejsce, gdzie Niemcy rozstrzelali podczas okupacji kilkudziesięciu zakładników, mieszkańców mojego miasteczka. Dotknąłem zachowanego w murze wgłębienia po kuli i poczułem się jak Tomasz wkładający palec do rany w boku Chrystusa. Czy można to nazwać obsesją?
Starałem się poznać mechanizmy rządzące wojnami. Ich irracjonalność, morze głupoty, zaślepienia i nienawiści, jakie rozlewało się wraz z krwią w każdej wojnie, spowodowały, że skłoniłem się zrazu ku pacyfizmowi. Jednak tego idealizmu (i może jednak utopii – jak to sobie później uświadomiłem) nie dawało się utrzymać dłużej. Wydaje się bowiem, że wojna jest zrośnięta z człowiekiem jak pazury z drapieżnikiem. Ciągle też pamiętałem to podniecające męskie poczucie siły, kiedy sam trzymałem karabin w rękach.

greydot

Moja pierwsza wizyta w Arizonie. Zatrzymaliśmy się u pewnej rodziny w Paradise Valley, koło Phoenix, w niezwykłym architektonicznie domu zaprojektowanym w pracowni Franka Lloyda Wrighta. Nasza gospodyni zaproponowała nam następnego dnia wzięcie udziału w wyprawie jeepem za miasto, na pustynię Sonora, po tzw. Szlaku Apaczów – a więc Geronimo, Koczis, Winnetou… czyli pełen romantyczny wypas. Naszym przewodnikiem miał być rasowy cowboy w skórzanym kapeluszu, w butach z cholewami  (choć bez ostróg), no i oczywiście z imponującymi coltami po bokach. Towarzyszyła nam również Barbara, starsza przyjaciółka naszej gospodyni. Przejażdżka była szalona: pustynnym traktem, wśród olbrzymich kaktusów saguaro, po żwirze i kamieniach, korytem wyschniętej rzeki… jednak jej końca nikt nie przewidział.
Cowboy na finał chciał nam zafundować frajdę, zrobić „wystrzałową” przyjemność. Wyciągnął więc pistolety i zaczął strzelać do kaktusów. Wreszcie jedną z tych zabawek wcisnął do ręki Barbary. I dopiero wtedy zauważyliśmy, że dzieje się z nią coś niedobrego. Nagle zaczęła się trząść, wypuściła broń z ręki i zaniosła się płaczem. Wróciliśmy do domu, nikt z nikim nie zamienił ani słowa. Później dowiedziałem się, że rodzice Barbary zginęli zastrzeleni z pistoletu na ulicy warszawskiego getta.

greydot
Rzecz uderzająca: niezwykła zdolność człowieka do wyłączenia się z dominującej aktualnie rzeczywistości, by na przekór istniejących wokół warunków tworzyć lepszy świat, niekoniecznie idealny – świat będący często pozytywnym odbiciem koszmarnego negatywu. W celi śmierci powstaje poemat o słońcu, radości życia, błękitnym niebie i ptakach; w obozie koncentracyjnym orkiestra gra Schuberta i Mozarta; w okopie strzeleckim maluje ktoś akwarelkę…
Podobne przykłady można mnożyć, lecz błędem byłoby traktować to li tylko jako ucieczkę. Nie jest też owa zdolność jakimś artystowskim żałowaniem kwiatów, kiedy płoną lasy. Ani to więc eskapizm, ani kwietyzm, ani nawet sentymentalizm. Bardziej sprawiedliwie byłoby nazwać tę wspaniałą ludzką przekorę heroiczną niezgodą człowieka na narzucony mu przez los, czy tzw. „siły wyższe” (Boga, Fortunę, Przypadek…?) rozpaczliwy dryl.

Czy przejmująca liryka Baczyńskiego miałaby tę pełnię, czystość i głębię, gdyby nie otaczające ją piekło wojny, dławiącej okupacji i krwi powstańców? Strącony płatek róży na gruzach zabitego miasta. Dziś już tych ruin, zgliszczy i popiołów nie ma, ale siła poezji Kamila przetrwała.
Kiedy poznałem sztukę Karola Wojtyły „Brat naszego Boga” (za pierwszym razem był to spektakl w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie, ostatnio film Krzysztofa Zanussiego), byłem wielce zaskoczony, że nie można spotkać w nim ani śladu wojny, która dopiero co przewaliła się morderczo przez świat. A przecież dwudziestoparoletni Wojtyła pisał ją właśnie na pobojowisku Europy. Etyczno-filozoficzna rozprawa o różnych powołaniach człowieka, wiele słów o malarstwie i sztuce, o konieczności dokonywania moralnych wyborów – a wszystko odbywa się na tak wysokich i wysublimowanych poziomach, że aż trąci abstrakcją. My już dzisiaj wiemy, że właśnie to bliskie szaleństwu roztrząsanie owych – wydawałoby się: oderwanych od życia – konfliktów i problemów było wyrazem procesu kształtowania się osobowości i umysłu jednej z najwybitniejszych postaci współczesnego świata.

greydot
„Małego księcia”, jedną z najmądrzejszych, najbardziej uroczych, tęskno-melancholijnych baśni dla dorosłych (choć nie tylko dla nich) napisał Antoine de Saint-Exupéry, francuski lotnik, który zginął zestrzelony podczas zwiadowczego lotu nad Morzem Śródziemnym w 1944 roku.
Artysta i wojownik, na wojnę i wyzywające niebezpieczeństwo patrzył oczami marzyciela i poety. To dzięki niemu Mały Książę wrócił na swoją planetę, do tej jedynej ukochanej róży, mimo że na Ziemi były ich miliony i to piękniejszych od tamtej. Sentymentalizm, który tutaj nie śmieszy, ani nie niecierpliwi. Rzadkość, za którą kryje się często głębokie cierpienie i tęsknota.

greydot

Proust na „nieludzkiej ziemi”. W poszukiwaniu straconego czasu, subtelności i arystokratyzmu ducha wśród baraków Starobielska i Griazowca. Utrwalić kruchy artyzm i ulotną kulturę na katordze, wśród tumanów komunizmu; gdzie zimno, szarość, głód i nędza stały się normą, wypełniły świat.
Józef Czapski, pisarz, malarz, współredaktor paryskiej „Kultury”, zesłany został w 1940 roku przez Sowietów na Wschód. Najpierw do obozu w Starobielsku, później w Griazowcu, gdzie ulokowano około 330 Polaków, głównie oficerów. (Na marginesie: to właśnie z Czapskim, który nie żył już od kilku lat, chciał się niedawno umówić na spotkanie były minister kultury w Polsce.)
I tam, na głuchym zesłaniu, zaczął Czapski swoje odczyty o francuskiej literaturze, mówiąc głównie o Prouście. W „niskiej i czerniawej izbie starej chaty” zbierało się zwykle 40 osób: „przychodzili o zmierzchu w fufajkach, mokrych butach, nieraz po długiej pracy w śniegu w dotkliwy mróz” – pisał Czapski.

Proust, mistrz intelektualnego i estetycznego wyrafinowania, kot salonowy, przenikliwy znawca paryskiej arystokracji, nadczuły i nadwrażliwy artystowski dandys, geniusz przenikający na wskroś ludzkie dusze i rzeczywistość, stał się w Rosji pocieszycielem zgnębionych, wdeptanych w błoto i rzuconych na mróz niewolników. „Zawdzięczaliśmy Proustowi – wspominał Czapski – godziny czyste radości i myśli.”
Co za ironiczny paradoks: człowiek, który stopniowo odsuwał się od świata, a w końcu całkiem się od niego odizolował i to w sposób dosłowny, obijając swój pokój dźwiękochłonnym korkiem – otóż ten właśnie odludek został przez jeńców obozu uznany za przyjaciela w tym strasznym miejscu odosobnienia.
Ulotność, subtelność, wyrafinowanie, nadwrażliwość, wysublimowana w sposób najwyższy kultura… Baraki, prycze, smród, wszy i pluskwy, mróz, tępota i bezduszność stalinowskiej machiny i obsługujących ją chamów… Kontrast to niesamowity i niewiarygodny tak, że aż wydaje się sztuczny.
Wykłady, które Czapski robił oczywiście z pamięci, zostały spisane w obozie przez jego przyjaciół i do dziś stanowią jedną z najbardziej wnikliwych analiz Prousta w Polsce.

greydot
Nie można się oprzeć wrażeniu, że człowieka na największą wzniosłość, głębię, szlachetność, stać tylko w obliczu sytuacji ekstremalnych. Tutaj paradoksem jest z kolei to, że w tych samych warunkach wyłazi też z niego to, co najgorsze: największa podłość, prymitywizm, agresja, bydlęctwo…
Czy istnieje tu jeden uniwersalny probierz dla wszystkich ludzi? Czy zawsze wiadomo, że konkretny człowiek zachowa się w danych okolicznościach tak, a nie inaczej? Jedno jest pewne: w warunkach nieludzkich bardziej prawdopodobne jest to, że człowiek zachowa się nieludzko.
Czy jednak można wyciągać z tego wnioski ogólne rozciągając je na cały gatunek Homo sapiens – głosząc, że człowiek to najgorsze bydle jakie kiedykolwiek pojawiło się pod słońcem?

greydot
Wreszcie paradoks bodaj największy: wartości tradycyjne i szlachetne, takie jak honor, lojalność, patriotyzm, poświęcenie, śmiałość, szczerość, prostolinijność, wierność własnym przekonaniom, postępowanie zgodnie z przyjętym przez siebie kodem etycznym były wśród pewnych ludzi wartościami praktykowanymi i żywymi w czasach światowej katastrofy wojennej, która z drugiej strony przyniosła przecież największe upodlenie ludzi, jak również pogardę (bo jednak nie kompromitację i nie bankructwo – jak to się mylnie sądzi) wspomnianych przeze mnie wartości.

Dzisiaj, kiedy nowe pokolenia nie doświadczyły żadnej globalnej śmiercionośnej zawieruchy, wszystkie te wartości wydają się przeżywać kryzys. Jednak ściślej byłoby stwierdzić, że kryzys, tak naprawdę, przeżywają ludzie, którzy przestali owe wartości respektować – nieważne: z pogardy dla nich, czy wskutek uświadomienia sobie ich nieskuteczności wobec nagiej bezwzględnej siły, agresji i barbarzyństwa. Wrażenie to utrzymuje się wbrew temu, że właśnie po szaleństwach zachodniej cywilizacji w XX wieku, obwieszczono totalny kryzys kultury i wręcz bankructwo bądź co bądź „chrześcijańskiej” Europy. Tak, jak pisał w 1945 roku późniejszy laureat Nagrody Nobla, Elias Canetti: „Naszemu pokoleniu przypadło w udziale doświadczenie, że wszelkie szlachetne usiłowania ludzkości są daremne.”
A jednak właściwymi zwycięzcami byli według mnie ci, którzy nie dali w sobie zabić swojej ludzkiej duszy i przekonania, czy też wiary w jej szlachetny potencjał.

greydot

Post-wojenna kultura człowieka Zachodu postawiła na rozwój techniczny, gospodarczy i społeczny, budując większą lub mniejszą stabilizację, mnożąc dobra konsumpcyjne. Te ostatnie uznano za podstawę dobrobytu, jaki utożsamiano z dobrym samopoczuciem człowieka, który powinien być według tej doktryny przede wszystkim konsumentem. Wytwarzanie, wydajność i konsumpcja – wraz z ekonomiczną konkurencją i wyścigiem technologii – stały się swoistą religią, za którą trudno było dostrzec jakąkolwiek metafizykę, nadającą temu wszystkiemu jakiś wyższy sens. W związku z tym kultura, a i sama egzystencja ludzi uległa w tych warunkach  spłyceniu, spłaszczeniu i wyjałowieniu. Na domiar złego, rozwój mediów, zwiększanie się zasięgu, ilości i szybkości wymiany informacji, spowodowało dalszą relatywizację kulturową, przenikanie się zgoła obcych sobie kręgów cywilizacyjnych, dotychczas dość szczelnie od siebie odizolowanych. Lecz zamiast wzbogacenia i wzajemnej komplementacji, powodowało to w ludzkich głowach większy zamęt, dość chaotyczne przerzucanie się z jednych wartości na drugie, jak również ich stopniową dewaluację. Innymi słowy: ludzie przestawali wierzyć w to, co wierzyli dotychczas, zaczynali natomiast wierzyć w byle co i cokolwiek. Doszło do tego, że metafizykę najpoważniej traktuje się dzisiaj w dziwacznych eklektycznych sektach, a to oznacza zwykle tej metafizyki degradację.

Nowoczesny człowiek zachwycił się możliwościami techniki, z nauki uczynił coś w rodzaju obowiązującej wszystkich religii; kultem otacza tzw. „samodoskonalenie się” rozumiane jako ciągłe podnoszenie własnych kwalifikacji profesjonalnych i coraz większą dyspozycyjność, tudzież „multitaskową” gotowość wobec głównych trendów korporacyjnego zarządzania. Shopping mall stał się centrum konsumerskiej religii, w której własne ciało traktowane jest jak świątynia hedonizmu, gdzie obowiązuje kult nieprzemijającej urody i wiecznej młodości. To co dawniej nazywano „duchowością” przeszło do lamusa – zresztą większość ludzi jest teraz przeświadczona, że coś takiego jak „duchowość” w ogóle nie istnieje, będąc wymysłem naiwnych idealistów.
Nowoczesny człowiek stara się oczywiście bawić, żyć na tzw. „luzie”, stale wymyślając coraz to nowe zabawki. Wie, że rekreacja i rozrywka są niezbędne, więc dzielnie wyjeżdża na wakacje, choć zaawansowany pracoholizm nie pozwala mu zwykle na odprężenie i relaks. Nie dopuszcza jednak, by z twarzy – przynajmniej publicznie – schodził mu wyraz zadowolenia z samego siebie i z życia („keep smiling!„). Innymi słowy: robi dobrą minę do niepewnej gry. Pytanie tylko, jak długo zdoła on utrzymać tę sztuczną fasadę – kiedy mu się znudzą te wszystkie nowe zabawki i ogarnie go dojmujące poczucie pustki?
Napisałem o człowieku nowoczesnym, mając na myśli takiego, który odniósł sukces. A co z tymi, którzy ponieśli klęskę?

greydot

Szaleństwem i głupotą, a może nawet nikczemnością byłby nostalgia za czasami pożogi tylko dlatego, że prawem kontrastu wyłoniły one wyższe wartości, reprezentowane niemal wyłącznie przez tych, którzy (w czasie rozprzestrzeniania się agresywnej zarazy) byli najczęściej po stronie ofiar. Nie można przy tym zapomnieć, że to uszlachetnienie pewnych ludzi brało się w dużej mierze z cierpienia jakie odczuwali patrząc jak wszystko przytłacza lawina zła. Było też często rozpaczliwą walką o nadzieję w obliczu upadku moralnego ludzkości – tragedii, za którą odsłaniała się już tylko czarna otchłań nihilizmu.
A jednak mnie samego nawiedzało czasem poczucie, iż przez fakt, że nie przeżyłem tamtego okrutnego czasu na własnej skórze, moja egzystencja jest płytsza. Poczucie nie tylko dziwne, ale zgoła absurdalne, gdyż to, że naszemu pokoleniu oszczędzone zostało piekło wojny, można poczytać tylko za szczęście. Niemniej, kryje się w tym jakiś mój głód i niedosyt doświadczenia – coś w rodzaju poczucia niższości wobec ludzi, którzy mierzyli się z tamtą rzeczywistością o własnych siłach. Ale jest to zagadnienie znacznie szersze.
Żyjąc w Ameryce, zaliczając się w dodatki do tzw. Polonii amerykańskiej, bez przerwy mam wrażenie, że jakikolwiek świat bardziej szlachetny nie ma tu większej racji bytu. Rzeczywistość bowiem zdominowana jest przez pośledniość, tandetę, tymczasowość, pozory, bezideowość, plebejskość, płyciznę, kicz… Nie wiem, czy przebywając w Polsce odczuwałbym to samo. Niestety, obawiam się, że tak. Wskazywać to może tylko na uniwersalizm i powszechność zjawiska – że jest to po prostu signum temporis, czyli znak naszego miałkiego czasu.
Jak się przed tym bronić? Jak postępować i myśleć, by mimo wszystko nie przysłoniło to nam urody świata, ani nie zgasiło powabu życia, które skądinąd jest (może być) fascynujące i piękne?

Zapewne nie byłoby dobrze, gdybyśmy w poszukiwaniu tego „lepszego” świata, zwracali się tylko ku przeszłości. Czy tylko z tego, co było, mamy czerpać wiedzę i wiarę w szlachetność i lepszą przyszłość człowieka? Byłaby w tym jakaś dziwna i gorzka przewrotność. Lepiej więc nie narzekać tak, jak kiedyś to zrobił Gogol: „Dzisiaj w Rosji nie ma już miejsca dla pięknych dusz. Na powierzchni utrzymują się tylko świnie.”

Niemal każdy człowiek, który nie jest zadowolony ze stanu otaczającej go rzeczywistości, szuka dla siebie azylu. Dla jednych jest „chodzenie” na ryby, dla drugich sport, dla innych jeszcze uczestnictwo w kulturze w różnych jej odmianach; także religia. Kiedy próg niezadowolenia zostaje przekroczony i zaczyna się cierpienie, ucieka się jeszcze dalej – w alkohol, seks i narkotyki… Ten rodzaj eskapizmu najczęściej okazuje się być destrukcyjny. Natomiast ucieczka „w sztukę” może być twórcza. Religia pozwala przetrwać, jak również łagodzi umieranie.

greydot

Fascynuje mnie świat moich ojców i dziadków. Nie tylko dlatego, że widzę w nim zarówno to, co w ludzkiej naturze jest najlepsze, jak i to co najgorsze – i to często w ekstremalnym wydaniu. Wydaje mi się, że życie było wówczas jakby bliżej krwi i kości człowieka. Z jednej strony odarte z pozorów, z drugiej jednak – pogłębione egzystencjalnie. Wiem, że osią tego świata była dla nich wojna, a więc zarówno faszyzm, jak i komunizm – straszne doświadczenie totalitaryzmów. Dla tych, którzy te zawirowania przeżyli, nadal świat wydaje się kręcić wokół tej samej osi. Co charakterystyczne, młode pokolenia nie są wcale tym zniecierpliwione – one są wobec tego… doskonale obojętne. Myślę jednak, że mimo owych fiksacji i zapatrzeniu w przeszłość, wiele się od starszych pokoleń możemy nauczyć.

Nigdzie indziej nie mogę znaleźć tej specyficznej aury chroniącej pewne wartości, jak wokół ludzi pamiętających niepodległą Polskę, powstanie, czasy stalinowskie… czy wreszcie miejsca i strony, w których dorastali. Wydaje się, jakby przywiązanie do tych miejsc nadawało im dodatkowo pewnych szlachetnych rysów: Wilno, Kraków, Lwów… cała ta nostalgia związana ze wspomnieniem stron rodzinnych, czy choćby tylko czasu swego dorastania. Tradycja, która już zatarła się w widocznej dziś rzeczywistości, a która jeszcze ciągle z nimi – i w nich – żyje.

greydot

Pisarstwo Herlinga-Grudzińskiego, Alberta Camusa… nawet Miłosza, mimo jego filozoficzno-politycznych perypetii i amerykańskich uwikłań. Towarzystwo od kultury polskiej, którego frakcję zdołała pod swoimi skrzydłami zgromadzić w Paryżu instytucja Jerzego Giedroycia. Tam odnalazłem próby odpowiedzi na pytania i problemy, które zawsze były – i nadal są – dla mnie ważne. Zwłaszcza „Dziennik pisany nocą” Herlinga okazał się dla mnie lekturą wręcz katarktyczną – sferą, gdzie mogłem się przenieść w poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące mnie kwestie, także w poszukiwaniu humanistycznych wartości, intelektualnej klasy i szlachetności – większej niż ta, którą oferuje nam na co dzień społeczeństwo konsumpcyjne, zadowalające się bylejakością płytkiej egzystencji. Choć przecież „Dziennik pisany nocą” nie mógł być jasny. Wprost przeciwnie – w jego mrokach czuje się często bojaźń i drżenie – lęk przed tą ciemną stroną naszej natury. I może właśnie dlatego mocniej akcentuje się tam ludzki heroizm, bardziej afirmuje wiarę w możliwość wielkości człowieka – silniej pragnie się nadziei na moralny ład świata, na przekór chłodnej obojętności niebios.

greydot

Widziałem gdzieś niedawno takie piękne zdjęcie, na którym postawny żołnierz odbiera z rąk małej dziewczynki hełm przybrany kwiatami. Czy potrzebne nam lepsze przedstawienie paradoksu „wojny i róż”, jak ten ukwiecony hełm wręczany ufnie wojownikowi przez bezbronne dziecko?

greydot.

* Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 28 listopada, 1997 r. (Na zdjęciu: Lee Marvin, kadr z filmu „The Big Red One”)

  Powiązane wpisy: „CZAS PRZEMOCY”, „WOJENNA SCHIZOFRENIA”, „SZKLANE KLOSZE”

.

UCZTA BOGÓW

(zapiski VIII)

 

*

Cézanne powiedział pewnego razu o Monecie: „Monet to tylko oko. Ale, mój Boże, co za oko!”
Mam wielki szacunek do Moneta (to jedyny naprawdę „czysty”, esencjonalny wręcz impresjonista par excellence: w końcu to od jego obrazu „Impresja: wschód słońca” zaczęło się – i to nie tylko nominalnie – całe to zamieszanie wokół nowego kierunku w malarstwie) lecz, paradoksalnie, to co stanowi o jego wielkości – czyli własna wizja malarstwa doprowadzona konsekwentnie do samego końca – mnie od niego oddala (by nie napisać „odpycha”).
Dlatego bardziej podoba mi się Monet z pierwszych okresów swojej twórczości, niż z tego ostatniego, gdzie doszedł on moim zdaniem do takiego przedstawiania widzialnego świata, które było dostrzegalne już tylko dla jego oka, ale nie dla oka innych (nie zapominajmy, że cierpiał on na chorobę oczów, co nie jest w tym wszystkim bez znaczenia).
Dlatego, kiedy ktoś zachwyca się np. tymi ledwie czytelnymi panoramami stawów z nenufarami, które umieszczono w paryskiej Oranżerii (gdzie zgromadzono największe formatowo dzieła mistrza) to ja podejrzewam w tym niestety odruch gremialny, autosugestię, percepcyjną nadinterpretację, automatyczne powielanie zachwytów, a może nawet – po prostu – snobizm i nieszczerość… A już nazwanie tego „Kaplicą Sykstyńską Impresjonizmu” to według mnie egzaltacja i tak charakterystyczna dla fanatyków (no dobrze… fanów) sztuki współczesnej przesada.

Moja niechęć do późnego Moneta wynika pewnie także z mojego przywiązania do formy, którą Monet – programowo zresztą – odrzucił, na rzecz rejestracji wrażenia jakie daje kolor, czyli światło. Abstrakcyjna gra kolorów może sprawiać frajdę w oglądaniu, ale jeśli przywiązana zostaje ona do realnego przedmiotu (tak jak to robił swoim pędzlem Monet usiłujący uchwycić, oddać i utrwalić na malarskim płótnie Naturę) to traci ona swoją wolność i spontaniczność na rzecz pewnej kalkulacji i ograniczenia, które udaje tylko swobodę kreacji, a tak naprawdę staje się pewnym rodzajem obsesji. Na dodatek, to co inni mogliby nazwać absolutnym wtopieniem się malarza w refleksy i grę światła na przedmiotach realnych, mnie zaczyna przypominać… no cóż… plamę.
Mam nadzieję, że wytłumaczyłem się nieco z mojej rezerwy wobec fenomenu moneto-manii.

greydot
Rozmawiając kiedyś o Rubensie, usłyszałem od mojej interlokutorki taką oto opinię: „Z ta kreską Rubensa nie zrozumiałeś mnie. Ja nie użyłam zwrotu delikatna, a łagodna. Łagodna, mimo że zdecydowana i zamaszysta. Chciałam powiedzieć, że lubię linię o niekanciastych konturach, ciągłą, a nie przerywaną i ostrą. Linia Rubensa jest również łagodna z tego względu, że rozmywa ją gra światła.”

Jestem gotów zgodzić się z tym, że kreska Rubensa jest miejscami łagodna, choć może jednak lepiej byłoby ją nazwać… miękką. Poza tym kreska kojarzy się raczej z linią prostą, lub zbliżoną do prostej. Natomiast Rubens nie używa prawie w ogóle form kanciastych, prostolinijnych – tylko zaokrąglonych, obłych (i nie dotyczy to jedynie owych słynnych “rubensowskich kształtów”), często nawet dość fantazyjnie “zakręconych”.
Dawniej Rubens wydawał mi się przesadnie wybujały, trochę taki gruboskórny, może nawet lekko “prostacki” i “dosłowny”, nacechowany barwnym przesytem i nadużywający przerośniętej nieco formy. Ale kiedy przyjrzałem się mu bliżej – właśnie “na żywo”, w wielu galeriach – to tę jego obfitość zaakceptowałem a nawet polubiłem i obecnie jest on jednym z moich najbardziej ulubionych malarzy. To był zresztą człowiek, którego rozsadzała energia życiowa (nie znam wśród malarzy kogoś, kto by mu w tym dorównywał – aby się o tym przekonać wystarczy, choć z grubsza, zapoznać się z jego biografią). I to wszystko przekładało się na jego malarstwo – cały ten bujny witalizm.
I jeszcze jedno. Dla mnie jest on przykładem malarza, którego obrazy zdecydowanie zyskują, kiedy się je widzi bezpośrednio. A nie ze wszystkimi artystami pędzla tak bywa. Np. płótnami Velazqueza, którego zawsze bardzo lubiłem (znając go jedynie z reprodukcji), kiedy zobaczyłem je z bliska w madryckim Prado (galeria ta posiada największy zbiór “velazquezów” na świecie, podobnie zresztą jak obrazów Goi), poczułem się lekko rozczarowany. Tak, jakby w bliskim kontakcie, straciły w moich oczach swoją doskonałość. Być może dlatego, że zostały one skonfrontowane z moimi – idealizującymi je – wyobrażeniami?

greydot

Czy rzeczywiście świat idzie zawsze w dobrym kierunku? A może rzadko się tak dzieje i mimo postępu (np. technologicznego, czy organizacyjnego) cofamy się w naszym wymiarze psychologicznym, duchowym, rozmijając się często z metafizycznym ładem i z jakąś harmonijną emanacją Boga, Kosmosu? Hegel twierdził, że Historia niejako przymusza ludzkość do ciągłego postępu. Tym, jak wiadomo, przejęli się nie tylko marksiści, ale i faszyści – no i czym to się skończyło, to wiemy: „dobrodziejstwem” europejskich totalitaryzmów.
Być może to wrażenie, iż świat rzadko idzie w dobrym kierunku wynika z tego, że każda dobra epoka ma swój koniec, a po niej następują złe czasy – kryzysy, upadki imperiów, katastrofy, wieki „ciemne”…? Czyli po 7 latach tłustych zawsze musi być 7 lat chudych.
A może rzeczywiście nasze czasy są specyficzne, choćby ze względu na demograficzną eksplozję połączoną z gwałtownym rozwojem technologii i super-szybkim przepływem informacji, (której nikt nie jest w stanie przyswoić i „przerobić”, czyli do końca zrozumieć)?

greydot

Dlaczego przemy ku wojnie?
Czyżby odpowiedzią było to, co kiedyś powiedział Brecht?: „Wojna, tak samo jak miłość, zawsze znajdzie swoją drogę”.
To by oznaczało, że nie możemy się uwolnić od wojennego fatalizmu.
Jednak nie sądzę, że jesteśmy na to skazani – że wojen nie da się uniknąć, że wynikają one z jakiejś naszej genetycznej skazy. Myślę, że z tego błędnego koła wzajemnego zabijania się jesteśmy w stanie się uwolnić – a to dzięki naszej kulturze.
Ale do tego, niestety, droga jeszcze bardzo daleka – nic takiego na horyzoncie się nie pojawia. Wręcz przeciwnie, widać nowe potęgi, które na pewno z siły militarnej nie zrezygnują (np. Chiny), i które najprawdopodobniej wykorzystają wojskową przemoc do podboju nowych terytoriów (np. Syberia). Nadal mocarstwa to państwa kogucie – ze Stanami Zjednoczonymi, które nadal pozują na globalnego policjanta, na czele.

Dlaczego stale popełniamy te same błędy i co rusz pakujemy się w wojenne piekło? Ze słabości, braku wyobraźni, głupoty? Z chciwości, żądzy podboju – z chęci panowania nad innymi i czerpania z tego korzyści? Bo tak jesteśmy zaprogramowani? Ponieważ poddani jesteśmy prawom Natury? Bo wojna i przemoc są w nas – i zawsze będą?

Ludzie, tak naprawdę, nie mają pojęcia o wojnie (oprócz tych, którzy przeszli przez jej gehennę – choć i tak niektórzy z nich wydają się o swoich wojennych doświadczeniach zapominać). Tych zaś, którzy zdają sobie sprawę z mechanizmów jej działania, z jej podstępności, jest niewielu. Ich głos ginie w medialnym jazgocie, konsumpcyjnym zgarnianiu i przerabianiu dóbr, w rozrywkowych hecach, w skupianiu się na bzdurkach i bzdetach… Ci, którzy chcą mieć święty spokój (uprawiając własny ogródek), zamykają oczy. Ponadto, zdecydowana większość społeczeństwa, zwłaszcza młode pokolenia, uważają wojnę za jakąś abstrakcję, za coś co się działo kiedyś, ale co się już nie może wydarzyć teraz. Więc po co sobie głowę tym zawracać?
Lecz kiedy budzimy się z ręką w nocniku, to jest już za późno.

greydot

Ktoś – po tym, jak wyraziłem wątpliwość, czy ludzie, ogólnie, na pokój – zapytał mnie, czy sam zasługuje na pokój.
Nie, nie zasługuję.
Na pokój zasługują tylko Ci, którzy radykalnie odrzucają przemoc (sprzeciwiając się tym samym zabijaniu) jako sposób rozwiązania konfliktów między państwami (ludźmi).
Ja uważam, że w pewnych sytuacjach należy walczyć (tak było zwłaszcza w czasie II wojny światowej, kiedy trzeba się było przeciwstawić zbrojnie hitleryzmowi). Dlatego nie mogę się uważać za pacyfistę, choć przecież wojny nienawidzę.
Jezus, Gandhi, Dalaj Lama… – tylko tego pokroju ludzie (wraz z tymi, którzy wyznają doktrynę bezwarunkowego odrzucenia przemocy) zasługują na pokój.

greydot

Najbardziej szokującym dla mnie odkryciem związanym z Holocaustem było to, że za zbrodnie „hitlerowskie” nie byli odpowiedzialni żadni psychopaci, „urodzeni mordercy”, sadyści, ani nawet nawiedzeni ideologicznie fanatycy, ale zwykli, „normalni” ludzie. Dotarło to do mnie jeszcze na długo przed zapoznaniem się z książką Hanny Arendt o banalności zła.
Zresztą, w tym wyobrażeniu (jakie nota bene pokutuje w nas do dzisiaj), że faszysta, nazista… a i sam Hitler, byli nieludzkimi potworami, jakimiś szakalami z piekła rodem, szatańskimi kreaturami, wariatami… etc. – w całej tej demonizacji Niemców widzę największe zagrożenie dla zrozumienia rzeczywistych przyczyn zbrodni masowego ludobójstwa. Ta właśnie nieświadomość (być może) sprawi, że historia się powtórzy i ponownie wymorduje się miliony „zbędnych” ludzi, stosując się do całkiem „racjonalnych” przesłanek i wykorzystując całą sprawność i technologiczną skuteczność nowoczesnego państwa.

W swojej książce „Nowoczesność i zagłada”, Zygmunt Bauman niezwykle sugestywnie pisze o… racjonalnych i nowoczesnych przesłankach Holocaustu. Cytuje on tam m.in. Herberta C. Kelmana („Violence without Moral Restraint”), który wyróżnił trzy warunki, dzięki spełnieniu których zdołano zamienić zwyczajnych Niemców w sprawców masowej zbrodni:

– autoryzacja przemocy (poprzez oficjalne rozkazy i zarządzenia władz)
– rutynizacja działań (poprzez sformalizowanie procedur i  dokładny podział ról)
– odczłowieczanie ofiar przemocy (poprzez zideologizowane definicje i indoktrynację).

Profesor zwraca uwagę, że są to warunki, które znalazły swój wyraz ni mniej, ni więcej tylko w… zasadach racjonalnego działania zastosowanych powszechnie w najbardziej reprezentatywnych instytucjach nowoczesnego społeczeństwa. Pisze on także: „Wiadomo dziś powszechnie, że początkowe próby interpretacji Zagłady jako gwałtu dokonanego przez kryminalistów, sadystów, szaleńców, szumowiny społeczne lub w inny sposób upośledzone moralnie jednostki, nie znalazły żadnego potwierdzenia w faktach. (…) Instytucje odpowiedzialne za dokonanie Zagłady, nawet jeśli zostały uznane za przestępcze, z socjologicznego punktu widzenia nie były ani patologiczne, ani nienormalne. (…) Także ludzie, których działania instytucjonalizowały,  nie odbiegali wcale od przyjętych standardów normalności.”

Wnioski z tego wszystkiego doprawdy nie są optymistyczne. Potwierdzają bowiem to, że rdzeń ludzkiej natury jest sam w sobie amoralny (nie mylić z niemoralnością). Innymi słowy: sugerują, że same czyny człowieka nie są (same w sobie) moralne czy też niemoralne, a takie stają się dopiero w kontekście społeczno-historycznym. (To zresztą potwierdza moje podejrzenie – a może nawet i przekonanie? – że coś takiego jak Dobro czy Zło nie istnieje poza światem ludzkiej kultury.)
Czyli: gdyby hitlerowcy wygrali wojnę, to Hitler byłby uznany za Największego Przywódcę (Człowieka) w historii ludzkości, a to co działo się np. w obozach zagłady nie wzbudzałoby zbytnich emocji (i zgoła żadnego oburzenia – nie mówiąc o szoku), ani też moralnego potępienia… Ot, jeszcze jeden epizod w historii dochodzenia do Nowego Ładu (określonego przez filozofię przywódców III Rzeszy i przyjętego przez ludzi w nim żyjących – i, co jest bardzo prawdopodobne, tak uważalibyśmy również i my sami, jeśli udałoby się nam pojawić na tym świecie i żyć w takiej rzeczywistości).

greydot
To prawda: z tego co czytamy i słyszymy, zostaje w nas tylko to, co nas uderzy – te kilka słów, które zapadają nam głęboko w serca i umysły – sadowiąc się tam na dłużej (czasem nawet i na zawsze), wpływając na perspektywę z jakiej postrzegamy świat i innych ludzi.
Dlatego ważna jest zwięzłość, trafna metafora, wydarty z serca i umysłu wers…

greydot

Patrzę na kolekcją obrazów ukazujących bachanalie. Wbrew pozorom zdecydowana większość obrazów zajmujących się erotyką, a zwłaszcza bachanaliami, nie ma za temat rozpusty, choć zachowanie ukazanych na nich ludzi wydaje się rozpustne.
Mówiąc o “jądrze” bachanalii, nie można tego fenomenu redukować tylko li do pofolgowania własnej chuci, lubieżności, napadu jakiegoś sprośnego szału… To coś więcej jak zwierzęcy seks, dekadencka orgia, a nawet więcej jak ludzka erotyka – to zagłębienie się w przestrzeni mitycznej. Nie bez kozery głównym bohaterem i prowodyrem jest tu postać mityczna Bachusa, który uosabia archetypiczny obraz odwiecznej siły popędowej i (pro)kreacyjnej, wypełnionej energią, potencją, animuszem, spontanicznością, nieskrępowaniem i żywotnością.

greydot

Nie zdziwiło mnie to, że bachanaliami zajął się także sam Mantegna (vide jego „Bachanalie z Sylenem”), mimo że jego najsłynniejszym obrazem jest przejmujące w swojej via dolorosa „Opłakiwanie Chrystusa”. Jednakże malarz ten dosyć często sięgał po tematy mityczne, a jednocześnie dość osobliwe, by nie napisać dziwaczne (kłania się tu jego „Bitwa morskich bogów”, o której pisał nawet w swoich „Żywotach” Vasari).
Przypomina mi się teraz jedna z bardziej znanych wykonanych przez Mantegnę wersji bachanalii – Baccanale col tino”. Dość kuriozalna, zresztą. Ukazuje ona bowiem to bardziej drętwe, wręcz smętne oblicze bachanalii. Jak możemy zauważyć, w tym „święcie”-„orgii” nie ma żadnych kobiet, a zamiast tego są sami zblazowani mężczyźni, czy też raczej… postaci męsko-podobne. Na domiar złego, po bruku walają się jakieś spite amorki, a całość sprawia wrażenie mocno depresyjne i dekadenckie.

Tak więc Mantegna mnie raczej nie zdziwił jako bachanalista, natomiast bardzo zdziwił mnie w tej roli Giovanni Bellini, którego do tej pory znałem jako malarza zajmującego się tematami nader świątobliwymi.
A oto, podczas jednej z moich wizyt w waszyngtońskiej Galerii Narodowej, nagle pojawiło się przede mną olbrzymie płótno pt. Uczta bogów, które okazało się być właśnie dziełem (głównie) Belliniego.
I muszę przyznać, że raczej nie powaliło mnie na kolana, mimo, że Belliniego lubię (posiadam nawet kopię jego obrazu „Madonna z dzieciątkiem i żołnierzami”, wykonaną nie przez byle kogo, bo samego Władysława Czachórskiego w Wenecji w 1873 r.)
Bellini był znakomitym portrecistą, tutaj jednak, moim zdaniem, „zawalił” na całej linii, przynajmniej jeśli chodzi o oddanie „ducha” bachanalii, jak również samą, zbytnio według mnie wystudiowaną kompozycję. Ponadto, bardziej przypomina mi to stypę, niż święto pełne witalnej energii i rozkoszowanie się zmysłami. (Może Belliniego tłumaczy tu wiek: bowiem malował on ten obraz mając już ponad 80 lat, czyli jako… mocno już starszawy pan, by nie napisać – starzec?)
Ciekawostką jest (i to wyjaśnia owo tajemnicze „głównie”, którego użyłem pisząc o autorstwie „Uczty bogów”), że krajobraz na tym płótnie przemalował całkowicie sam Tycjan (aby lepiej współgrał on z jego własnymi płótnami, które zawisły obok dzieła Belliniego w zamku księcia Ferrary). Nie jestem jednak pewien czy aby cały obraz na tym zyskał. Chyba nie.

greydot

Znaleźć się w Rio de Janeiro w czasie karnawału to tak, jakby przenieść się w inny wymiar rzeczywistości.
Dionizje, czy też bachanalia to ledwie mityczne preludia do tego frenetycznego szaleństwa, jakie ogarnia każdego roku brazylijskie Rio de Janeiro – bez wątpienia jedno z najbardziej ekscytujących, kolorowych i chyba jednak najpiękniej położone miasto na świecie.
Wprawdzie nie jest to moja estetyka, ani też atelier z mojego romansu; na co dzień raczej nie przejawiam jakichś szczególnie orgiastycznych skłonności – lecz jednak dałem się na ten czas uwieść tamtej atmosferze.
Kilka z rzędu nieprzespanych nocy potrafi wciągnąć w rodzaj transu. Nie odczuwa się wtedy zmęczenia. Zmysły wyostrzają apetyt na nowe doznania, rozsądek gdzieś się chowa, rozum zawiesza, a odprawiające się wokół dionizyjskie drama wprawiają człowieka w pewien rodzaj narkotycznego odurzenia.
Nigdy nie zapomnę spaceru plażą Copacabana po powrocie z Sambodromo. Za chwilę miało świtać, lecz noc nie gasła jeszcze wśród rozedrganych kolorowych świateł, przepełniona szumem Oceanu, ciepłym pożądaniem i zmysłowymi spojrzeniami rozbudzonych kochanków.
Tych wybranych i tych przypadkowych…

greydot

Nawet jeśli ktoś w naszych czasach decyduje się na stworzenie jakiejś definicji sztuki, to zawsze będzie ta definicja jeśli nie osobista, to zawężona do określonego kręgu „wyznawców” jakiegoś „izmu”, czyli względna i subiektywna. I jako taka spotka się ze sprzeciwem tych, którzy patrzą na wszystko z innej perspektywy.

greydot
Nie za bardzo wierzę, że istnieje coś takiego jak „chaos”. Moim zdaniem nazywamy chaosem to, czego (jeszcze?) nie możemy pojąć, zrozumieć, ogarnąć.
Właściwie każdy obraz, rzeźba, fresk… każde dzieło sztuki zamyka w sobie – jak ktoś napisał – „wieczny ruch, coś na kształt równowagi dynamicznej”: jest to ciągły ruch cząsteczek materii (kwantów energii), które tworzą owo dzieło sztuki. W tym sensie, w każdym dziele sztuki „kotłuje się” energia. Ale ona się tam kotłuje także metaforycznie – zawarta tam treść potrafi nas przecież mocno poruszyć, czasem nawet potrząsnąć.

greydot

W Średniowieczu wyróżniano tzw. sztuki wyzwolone, a było ich siedem: geometria, astronomia, arytmetyka, logika, retoryka i muzyka. Malarstwo i rzeźba traktowane były jako rzemiosło, na równi np. z układaniem płytek w baptysterium, czy… garncarstwem.
Nie zapominajmy więc tym, że kult (sława) artysty zaczął(a) się w Europie kształtować wyraziściej dopiero w dobie Renesansu, i dopiero wtedy malarze i rzeźbiarze dorobili się wysokiego statusu w społeczeństwie… co pociągnęło za sobą wzrost prestiżu (czy też nawet wyodrębnienie) samego malarstwa czy rzeźby, jako sztuk uznanych i niejako autonomicznych.

greydot

Odwieczny problem dotyczący percepcji sztuki: czy jeśli ktoś powie np. o jakimś filmie (obrazie, książce, utworze muzycznym), że jest nudny, a ktoś inny, że pasjonujący, to kto ma rację? Bo przecież (zakładamy że chodzi tu o szczere wyrażenie opinii) jeśli ktoś mówi, że film go wynudził, to rzeczywiście ten film jest (dla niego) nudny, a jeśli ktoś mówi, że (ten sam) film go pasjonował, to rzeczywiście ten film jest (dla niego) pasjonujący.
Czyli, wynika z tego, że film jest zarówno nudny, jak i pasjonujący, a my się możemy zapytać: czy to rzeczywiście jest możliwe, żeby coś było jednocześnie nudne i pasjonujące?
Naturalnie jest to możliwe, ale pod warunkiem, że weźmiemy pod uwagę owe magiczne słowa „dla niego”. I tu dochodzimy do oczywistego skądinąd wniosku, że jeśli chodzi o ocenę sztuki, to wszystko zależy od wyboru punktu odniesienia, od przyjęcia takich a nie innych kryteriów, od tego, kto dokonuje tej oceny… czyli jest to jak najbardziej WZGLĘDNE. (Wniosek niby oczywisty i wręcz trywialny, ale można odnieść wrażenie, ze wszyscy jakby o tym zapominają. Dlaczego? Bo – i tu znów dochodzi do głosu nasza ludzka pycha i skupianie się na czubku naszego nosa – wszyscy jesteśmy skłonni uważać, że moja racja jest jednak lepsza – bo „mojsza” – od racji twojej, która jest gorsza, bo przecież tylko „twojsza”.)

Czy jest jakieś wyjście z tej sytuacji?
Może takie, że dobrze byłoby spróbować zdać się na ocenę (opinię) ludzi, którzy wiedzą więcej i lepiej od nas, którzy są mądrzejsi i bardziej doświadczeni, którzy cieszą się w danej dziedzinie autorytetem…?
No tak, ale tu się zaczyna inny problem: jacy konkretnie to mają być ludzie? Kto ma ich wybrać i uznać? Bowiem dla kogoś ta sama osoba może być mędrcem, dla kogoś innego głupcem; ktoś uzna danego człowieka za autorytet, ktoś inny zaś powie, że to dla niego żaden autorytet, tylko zero… etc. Jednym słowem: kolejna kwadratura koła.
Tak więc, tak czy owak, zostajemy – summa summarum – przy własnej opinii.
Może jednak warto poczynić tu pewną uwagę: lepiej jest jednak pamiętać o względności i subiektywności naszych ocen, zachować większą skromność i pokorę, zdawać sobie sprawę z naszych ograniczeń i niewiedzy – z tego, że jesteśmy omylni… Także mieć świadomość, że gdzieś tam są ludzie od nas mądrzejsi, że wiedzą więcej od nas – więc z ich zdaniem warto się liczyć, i nad tym co mówią warto się zastanowić, a przynajmniej to uszanować.
To zresztą też nie jest taka prosta sprawa, bo nawet jeśli nasz „autorytet” uznał, że film jest wspaniały, to przecież nie może to zmienić faktu, że my wynudziliśmy się na nim jak te mopsy i że przez to wydał się on nam okropny. I znów wracamy do punktu wyjścia.

greydot
To ciekawe zagadnienie: na ile intymne jest nasze doświadczenie sztuki w sytuacji, kiedy przeżywamy coś w grupie, czy też nawet w tłumie (kino, teatr, opera, koncert…)
Wydaje mi się, że również w takim momencie odbiór sztuki zachowuje swoją jednostkowość i subiektywizm – pozostając czymś bardzo osobistym, czasem wręcz intymnym. Choćby tylko z tego względu, że wszystko w końcu i tak przechodzi przez nasze zmysły i umysły.
A jednak wpływu grupy nie można przecenić – kłania się tu psychologia tłumu, nasze „stadne” odruchy, euforie, szaleństwa, amoki… takie tam.

greydot

Cała nasza „rzeczywistość” jest właściwie tylko pewnego rodzaju interpretacją rzeczywistości, w której jesteśmy zanurzeni, (a która istnieje niezależnie od nas) – czyli tworzeniem naszej własnej rzeczywistości?
Z kolei, jak się wydaj, każda kultura jest tylko jedną z wersji tej „naszej” rzeczywistości.
Stąd konfrontacje, spory, starcia i walka.
Zaprzęgamy do tego naszą wolę, bo tylko ona jest w stanie wpłynąć na tę rzeczywistość (w zanadrzu mając nasze o niej wyobrażenia).
Wszystko płynie, ale kłopot z nowożytnością polega na tym, że wszystko się w niej teraz rozpłynęło (vide: postmodernizm). Stąd amorfizm naszych czasów… Stąd nasze taplanie się w rozmytej sztuce, niemożność uchwycenia jej istoty.

greydot

O naszych gustach decydują nie tylko nasze zmysły, ale i umysł (a tam przecież lęgnie się nasza osobowość, charakter, jestestwo). Dlatego dyskusja o gustach ma jednak sens, bo dotyczy nie tylko naszych zmysłów – te są bowiem niezmienne – ale i umysłu: gdyż ten podlega już zmianom i można nań wpływać, kształtować…

Konformizm i mimikra to jedne z najpotężniejszych sił, jakie konstytuują całe społeczeństwa a nawet kultury.
Być może właśnie dlatego tak strasznie mało jest ludzi, którzy potrafią myśleć samodzielnie!

greydot
Kontekst: „Fontanna” Marcela Duchampa (przypominam: zwykły, znaleziony w jednym ze sklepowych magazynów kibel) uznana została przez  grono wybitnych europejskich krytyków za najważniejsze „dzieło” sztuki XX wieku.

Warto przypomnieć, że kiedy w czasach Duchampa pojawiały się te wszystkie modernistyczne ruchy artystyczne i prądy w sztuce, miały one w sobie świeżość, spontaniczność – nie pozbawione były autentyczności. Dopiero po II Wojnie Światowej zaczęły się nagminnie te wszystkie kombinacje i szachrajstwa – żerowanie na ludzkiej głupocie, braku dobrego smaku i pazerności.

Warto przy tym wszystkim pamiętać jaki był zamysł i cel Duchampa: kiedy przyniósł on swój pisuar na wystawę sztuki (wówczas: 1917 r.) nowoczesnej, to bynajmniej nie dlatego, że chciał zakpić z gustów publiczności, która przełyka wszystko, ale po to, by wypróbować słowność samych organizatorów tamtej wystawy, którzy deklarowali absolutną tolerancję wobec twórczości innych artystów. Jego nie tolerowali – kibel wyrzucono.
Nota bene pisuar, jaki można zobaczyć w paryskim Centrum Pompidou (uznawany powszechnie za „oryginał”), nie jest wcale (gotowym) siuśkaczem, który wywlókł skądś Duchamp (tamten już dawno gdzieś przepadł), a pisuarem z początku lat 60-tych, specjalnie wykonanym na jedną z włoskich wystaw sztuki współczesnej.
Todopiero wtedy zaczęło się przypisywanie mu wielkich teorii przez genialnych i popisujących się swoim niesłychanym intelektem, krytyków.

greydot

Często mówiło się o odtwarzaniu przez artystów (malarzy) tzw. rzeczywistości. Otóż oni właściwie nigdy nie odtwarzali tej rzeczywistości (choć czasem naśladowali naturę), gdyż… jest to po prostu niemożliwe.
Naprawdę wiernym odtworzeniem rzeczywistości byłoby skopiowanie jej atom po atomie. A to jest science-fiction.
Nawet jeśli widzimy na obrazie coś , co wydaje się nam łudząco podobne do jakiegoś obiektu w rzeczywistości, to jest to właśnie – tylko i wyłącznie – złudzenie: naprawdę genialni malarze byli przede wszystkim mistrzami iluzji (jaką tworzyli za pomocą pędzla na swoich obrazach).

greydot

Lekceważenie w naszym systemie edukacji kształcenia plastycznego i wiedzy o sztuce.
Ma to swoje konsekwencje, m.in. i w tym, że ludzie nie tylko nie „rozumieją” sztuki, ale i nie umieją na nią patrzeć, o samej dyskusji na jej temat nie wspominając (stąd m. in. brak porozumienia między twórcami współczesnymi a ich ewentualnymi odbiorcami).
Ludzie nie zdają sobie jednak sprawy, jakie to jest (edukacja plastyczna, wychowanie przez sztukę) ważne w naszym życiu i istotne. Przecież każdy z nas urządza sobie mieszkanie, wybiera samochód, ubiera się; otoczony jest architekturą, styka się ze sztuką serwowaną zewsząd: od reklam począwszy na wszelkiej maści dekoracjach skończywszy. Oprócz tego korzystamy z telewizji, kina teatru, tłumnie odwiedzamy muzea…
Jeśli nie jesteśmy świadomi tego, czym jest sztuka, jak ona oddziałuje, to (bezwiednie) pozwalamy wpływać na siebie lub decydować o sobie innym, albo wręcz poddajemy się czyjejś manipulacji.

greydot

Magia jest już w samym rytuale (procesie) tworzenia. I ma ona zawsze jakiś cel. Ten cel jest nieodłącznie związany z ukończonym już dziełem, które ma oddziaływać na odbiorcę.
Prawdziwe dzieło sztuki pozwala zadziałać wspomnianej tu magii właśnie na tym styku: dzieło – odbiorca.
A co jest ową „magią”?
Coś, czego nie możemy określić, pojąć, nazwać, zakodować…

greydot

Picasso: „Sztuki, której nie ma teraz, nie będzie nigdy. Sztuka Greków czy Egipcjan nie należy do przeszłości. Są oni bardziej żywi niż kiedykolwiek.”
Genialne jest to stwierdzenie Picassa. Sugeruje, iż sztuka nie tyle podlega ewolucji, co przetworzeniu (transformacji, transgresji). Dzięki temu możemy patrzeć na tzw. tradycję jak na część naszej teraźniejszości – postrzegać sztukę jako całość, której elementy przenikają się wzajemnie.
Wydaje mi się, że nawet ci, którzy chcieli burzyć zastane, nie zdawali sobie sprawy z tego, jak bardzo są z tym, co sami usiłowali zniszczyć, związani. (Choćby tylko na zasadzie negacji.)
Dopiero, kiedy wgłębimy się w dzieła twórców, którzy wydają się nam absolutnymi nowatorami (wręcz rebeliantami), to uderza nas ich przywiązanie do tradycji, (którego przecież, przynajmniej ci bardziej uczciwi z nich, się nie wypierają). Mam tu oczywiście na myśli twórców naprawdę wybitnych, nie koniunkturalnych.
Skoro mowa o Picassie: on przecież nie zanegował dziedzictwa malarstwa europejskiego, lecz dokonał jego swoistej transformacji, przenosząc je w naszą epokę i nadając mu inne znaczenie.
(Warto w tym kontekście przypomnieć, że spod ręki Picassa wyszło np. 58 różnych wersji „Dworek” Velazqueza, także ponad 50 wariacji na temat „Śniadania na trawie” Maneta!).
Picasso nie odrzucił sztuki swoich mistrzów ale się z nią zmierzył. W efekcie udowodnił, że jest im co najmniej równy. On ich na swój sposób uszanował, nawet jeśli ich wizję zastąpił (w sposób „rewolucyjny” i radykalny) swoją własną.

greydot

Arcybiskup Życiński trafnie (a nawet pięknie) punktuje charakter i genezę tragicznych – ale i pełnych witalności – nut w twórczości Nietzschego, ale niestety robi to, by zaraz potem raptownie skarcić „współczesnych sympatyków dionizyjskiej wizji życia” (sugerując, że taki właśnie jest wpływ Nietzschego).
A autor „Zmierzchu bożyszcz” – przynajmniej mnie – nie kojarzy się raczej ani z hedonizmem ani z jakimś życiowym rozpasaniem, czy choćby tylko z „używaniem” życia. Już bardziej sprawia on na mnie wrażenie jakiejś hybrydy męczennika z eremitą (na przekór tego, że jest również autorem czegoś, co nazwał „Wiedzą radosną”).

No właśnie: był Nietzsche hedonistą czy ascetą?
Arcybiskup Życiński sugeruje, że Nietzsche jest wśród ludzi młodych rozsadnikiem hedonizmu, natomiast profesor Szyszkowska pisze, że Nietzsche wymaga od nas ascetyzmu.
Czy jest to sprzeczność? Czy też raczej kolejny dowód na niezwykłą złożoność nietzscheańskiej myśli?
Osobiście skłaniałbym się ku tej ostatniej odpowiedzi.
Nietzsche badał zarówno jeden stan (wyrzeczenie, asceza, czystość, uczuciowość, apollińskość, duchowość…), jak i drugi (hedonizm, dążność do przyjemności, zmysłowość, cielesność, epikureizm, dionizyjskość…).
To prawda, może się wydawać, że on sam skłonił się w końcu ku afirmacji tego ostatniego (przynajmniej jeśli chodzi o ewolucję myślenia filozoficznego), to jednak nadal był powiązany (czy tego chciał, czy nie) z ideałami ascetycznymi (o czym świadczył choćby styl jego życia).
W „Genealogii Moralności” pisał np: „Ascetyzm należy do warunków sprzyjających najwyższej duchowości”. Oraz: „Przekleństwem, ciążącym dotąd nad ludzkością, była bezsensowność istnienia, nie (samo) cierpienie – a ideał ascetyczny nadał mu sens.”

Ale błędem byłoby dokonywać jakiejś ekstrakcji i wyciągać z Nietzschego (osobno) a to hedonizm, a to ascetyzm i separować jedno od drugiego, bo to właśnie prowadziłoby do uproszczenia jego filozofii, do pozbawiania jej całej tej – wspomnianej już przeze mnie – kompleksowości.
On sam pisał: „… bo między czystością a zmysłowością niekoniecznie musi istnieć przeciwieństwo (każda prawdziwa miłość stoi ponad tym przeciwieństwem).”

Cały czas jestem świadomy tej komplementującej się dwoistości w podejściu Nietzschego do elementów apollińskich i dionizyjskich w kulturze człowieka (i w sobie samym).
Choć, przyznam, czymś bardziej dramatycznym i barwnym wydaje mi się skłonność ku tym drugim. Bo czyż nie ma w sobie jakiegoś podskórnego drżenia i powabu takie oświadczenie Nietzschego?: „Za czarem dionizyjskości kryje się natura – którą uczyniliśmy wyalienowaną, wrogą, podporządkowaną – natura celebrująca w ten sposób swoje pojednanie z własnym, utraconym synem – człowiekiem.”

greydot

Radość tańca, cielesnej ekspresji…
Uczucie bliskie ekstazy, kiedy człowiek rozprasza nagromadzoną w nim energię i ma poczucie totalnej kontroli nad swoim ciałem.
Wszelkim egzystencjalnym lękom, melancholii i ciemnym filozofiom można przeciwstawić coś tak banalnego jak rockandrollowy szał, zwykły brake-dance czy też frenetyczną uciechę twista – ów moment, który znosi konieczność refleksji i pozwala nam przeżywać zachłannie chwilę. Jest tylko spazm radości, witalna werwa. Ale to dreszcz i wesele nieznane chyba żadnym Heglom, Kantom, Marksom, Heideggerom i Sartre’om.

Tam gdzie tryska życie, wystarczy pić go duszkiem.
Melancholia podsuwa nam tylko naparstek.

Zdania te napisałem jakiś czas temu i prawie o nich zapomniałem, kiedy oto nagle, sięgnąwszy po Nietzschego, natrafiłem na fragment, który mi je przypomniał: „Stracony niech będzie dla nas każdy dzień, w którym się bodaj raz nie zatańczyło”.

Te słowa z „Tako rzecze Zaratustra” mnie uderzyły, ale nie zdziwiły, bo przecież wiedziałem o gloryfikacji przez Nietzschego dionizyjskiego upojenia życiem.
Taniec boga świata Śiwy wykonuje sam Zaratustra, kiedy udaje mu się – jak pisze Rudiger Safranski w „Biografii myśli”  filozofa – „przeniknąć tajemnicę gry jako podstawy bytu”.

Na krótko przed załamaniem, które przerwało (znane nam, dyskursywne) myślenie Nietzschego na zawsze (mimo że żył on jeszcze później przez 10 lat), kobieta, która wynajmowała mu pokój, słysząc śpiew profesora, tudzież inne dziwne dźwięki dobiegające zza ściany, zajrzała przez dziurkę od klucza i ujrzała, jak na środku pokoju… tańczy nagi Nietzsche.

greydot

*

ŚMIERCIONOŚNY GEST

*

Ruiny Aleppo (Photo: Syrian Arab News Agency, McClatchy - Tribune)

Ruiny Aleppo (Photo: Syrian Arab News Agency, McClatchy – Tribune)

*

Kiedy wreszcie zrozumiemy to, że w świecie po II wojnie światowej, wojna niczego nie rozwiązuje? Że „rozwiązanie” siłowe jest doraźne i że zwykle jest to demonstracja siły, mocarstwowego „autorytetu” – że konflikt zbrojny to woda na młyn wszelkiej maści militarystów, handlarzy bronią i przemysłów zbrojeniowych, wszystkich tych, którzy obsługują wojenny biznes. Po Korei, Wietnamie, Kambodży, Iraku, Iranie, Afganistanie… kolej na klęskę w Syrii (piszę klęskę, bo przecież żadna z tych wojen nie została przez Amerykanów wygrana). Irak? No tak: Irak po naszym „zwycięstwie” przecież kwitnie – ludzie żyją w spokoju i coraz większym dobrobycie, jest pełna demokracja (tyrania została wreszcie przez nas zlikwidowana), nie ma już żadnych etnicznych podziałów generujących walkę na śmierć i życie. I wszyscy są nam wdzięczni, stali się naszymi przyjaciółmi, kochając nas za to nasze altruistyczne poświęcenie – za wszystkie te dobrodziejstwa, które żeśmy z tak wielkim wysiłkiem i poświęceniem im uczynili… etc
Podobnie jest w Afganistanie, podobnie będzie w Syrii.
Jeżeli rzeczywiście Ameryce (piszę „Ameryka” mając na myśli amerykańskich polityków, prezydenta i innych decydentów) zależałoby na opinii państwa, które działa na rzecz pokoju i demokracji na świecie, na rzecz sprawiedliwości i praw człowieka, to zaczęłaby stosowanie tych ideałów i wartości przez siebie samą. A dzieje się wręcz odwrotnie: nadal lobby zbrojeniowe ma ogromny wpływ na decyzje polityczne, nadal militaryzuje się Bliski Wschód i wskazuje na konieczność użycia siły i agresji, nadal przeprowadza się haniebne moim zdaniem (bo zabijające w większości przypadkowych ludzi), ataki dronów w Jemenie czy Pakistanie; nadal więzi się, urągając wszelkiemu prawu i sprawiedliwości, niewinnych ludzi w Guantanamo… etc. Czy tak postępuje ktoś, kto chce się mienić Sprawiedliwym Wśród Narodów Świata?
To co się stało niedawno w Syrii, gdzie zagazowano na śmierć blisko półtora tysiąca ludzi, jest potworną zbrodnią – to nie ulega wątpliwości. Ale skąd nagle to oburzenie i współczucie dla tych ofiar ze strony polityków? Czy do tej pory nie widziano jak masowo giną ludzie w tym kraju? Przecież od początku wybuchu wojny domowej w Syrii zginęło już ponad sto tysięcy ludzi!
A że użyto „broni” chemicznej? (nota bene, nazywanie śmiercionośnych narzędzi „bronią” wygląda na jakąś ponurą ironię). Tu kolejny dowód na naszą hipokryzję: to znaczy, że można komuś wyrywać wnętrzności bombardując jego dom (bo jest to zgodne z prawem narodowym), ale już nie należy wypalać mu tych wnętrzności chemią (bo to jest z prawem narodowym niezgodne). Co za absurd!
Już nie będę wracał do zbrodni jaką popełnił rząd Stanów Zjednoczonych podczas wojny w Indochinach, mordując i kalecząc ludzi „bronią” chemiczną, jaką był tzw. Agent Orange. Nigdy w dotychczasowej historii ludzkości nie użyto „broni” chemicznej wobec cywilów na taką skalę, jak wówczas, zabijając i okaleczając setki tysięcy ludzi – a skutki tego widoczne są do dzisiaj, bo nadal w Wietnamie rodzą się dzieci ze strasznymi defektami, wywołanymi zatruciem tym środkiem chemicznym ich rodziców a nawet dziadków.
Ktoś może powiedzieć, że to było dawno i dzisiejsi politycy nie mają z tym nic wspólnego. Czyżby? Istnieje coś takiego jak ciągłość historyczna, odpowiedzialność państwa za to co się działo w przeszłości – za czyny polityków, którzy w imię tego państwa działali. Tym bardziej, że – jak mówił kilka dni temu prezydent Obama – Ameryka chce podtrzymywać swoje tradycje wolności i sprawiedliwości jako „najdłużej istniejąca demokracja na świecie”. (To, czy naprawdę działa jeszcze w tym kraju demokracja – i czy w kraju tym mają jeszcze miejsce „rządy narodu, przez naród i dla narodu” – staje się kwestią coraz bardziej wątpliwą.)
Ameryka szykuje się do kolejnej wojny, a właściwie do uderzenia karzącego reżim Assada za użycie broni chemicznej i zabicie za jej pomocą półtora tysiąca swoich ludzi. Co jest jeszcze bardziej absurdalne, niż wysłanie na ziemie syryjską wojska: bo to przecież gest wojenny, który niczego nie rozwiąże a sprowadzi się do zabicia jeszcze większej ilości ludzi, destrukcji syryjskich dróg i budynków, zaostrzając tylko sytuację… grożąc nawet rozprzestrzenieniem się walk na kraje ościenne. Czy aby na pewno gotując się do kolejnej wojny, zyskamy pokój? Nie sądzę. Po raz kolejny pod płaszczykiem humanitaryzmu skrywa się ordynarne zagranie polityczne. Chęć udowodnienia światu (i sobie), że to my, ludzie Zachodu, jesteśmy tymi „good guys”, którzy bronią wolności, sprawiedliwości i stoją po stronie Dobra. Jak długo można tak się łudzić i okłamywać – siebie i innych?

greydot*

Jako konkluzję pozwolę sobie tutaj przytoczyć to, co napisałem w jednym z komentarzy:

Atak na Syrię, jeśli dojdzie do skutku, będzie po prostu nieracjonalny – w tym sensie, że najprawdopodobniej doprowadzi do eskalacji walk, nie wyeliminuje użycia broni chemicznej (wręcz przeciwnie: istnieje wielkie niebezpieczeństwo, że sprowokuje do jej ponownego użycia), wzmocni wrogość państw regionu wobec Stanów Zjednoczonych, nie usunie reżimu Assada, zmobilizuje jeszcze bardziej Al Kaidę i inne skrajne ugrupowania dżihadystyczne (przysparzając im jeszcze więcej zwolenników), uwikła Amerykę w nowy konflikt (może nastąpić efekt domina – jeden ruch pociągnie za sobą konieczność poczynienia kolejnego)… itd. Już nie wspomnę o takim “drobiazgu” jak jeszcze liczniejsze ofiary w ludziach, także wśród ludności cywilnej (uderzenie “chirurgiczne” to moim zdaniem bzdurny wymysł militarystycznych pasjonatów i teoretyków, którzy usiłują wmówić nam, że wojna może być “czysta”, kliniczna i precyzyjna i że wszystkie działania w jej ramach mogą być pod kontrolą). Wobec takiego stanu rzeczy – biorąc pod uwagę te wszystkie niebezpieczeństwa – decyzja amerykańskich polityków by zaatakować Syrię, jest nie tylko irracjonalna, ale wygląda też na zwykłą głupotę – i jest chyba jednak także nikczemnością pomieszaną z cynizmem (bo nie wierzę w humanitarny aspekt tego posunięcia, wbrew oficjalnym deklaracjom, które czynione są “pod publikę”). Chodzi po prostu o gest polityczny, ambicjonalny, “prestiżowy”, bez liczenia się z opinią większej części amerykańskiego społeczeństwa i samych Syryjczyków, którzy – nawet ci zwalczający reżim Assada – także są przeciwni temu „dobroczynnemu” aktowi obcego państwa. Niestety, nie można też wykluczyć tutaj rozdętego EGO amerykańskich decydentów, zachłyśniętych swoją władzą – poczuciem własnej wagi i omnipotencji). A aspekt ekonomiczny tego wszystkiego to jeszcze inna historia i dużo by o tym pisać (jest oczywiste, że na ostatnich amerykańskich wojnach zarabiają tylko wybrani – państwo jako całość traci: zwiększa się zadłużenie, następuje zubożenie społeczeństwa, pogłębia się kryzys, tnie się wydatki na edukację i programy socjalne… etc. – o dziesiątkach tysięcy zabitych, okaleczonych i zdewastowanych psychicznie żołnierzach nie wspominając.)
No i – last but not least – owo wskrzeszanie i karmienie ducha militaryzmu oddziałuje przecież na wszystkich ludzi globalnie, w dalszą przyszłość odsuwając czas, kiedy wreszcie ludzkość zmądrzeje i przestanie rozpętywać kolejne wojny, które są niczym innym jak orgiami destrukcji, pozostawiającymi za sobą zgliszcza, cierpienie i śmierć.

greydot*

Więcej o mechanizmach psychologicznych i propagandowych wojen: „CZAS PRZEMOCY

*

TRAGEDIA W BOSTONIE – DEMONSTRACJA SIŁY CZY DOWÓD SŁABOŚCI?

*

Można stanąć obok tego wszystkiego obok, ale w końcu, w taki czy inny sposób, będzie to dotyczyć nas wszystkich. Chodzi o słabość państwa, w którym żyjemy. I nie chodzi mi teraz o kryzys finansowy i ekonomiczny, ani nawet o powódź, która nawiedziła w ostatnich godzinach nasze miasto (bo to wszystko jest do przezwyciężenia). Chodzi mi o to, co dzieje się teraz w Bostonie, a co oczywiście można zdiagnozować w szerszym kontekście – np. narodowego bezpieczeństwa.
Oto dwójka młodych chłopaków, zupełnie zwyczajnych, sympatycznych, przez wszystkich lubianych (jedni z najlepszych uczniów w swoich szkołach, uprawiający sport) paraliżuje na kilkadziesiąt godzin wielomilionowe miasto: niemal wszystkie ulice zamknięte, nie działa komunikacja miejska, zamknięto nawet lotniska (sic!) – zaangażowane w to wszystko dziesiątki tysięcy policjantów, agentów FBI a nawet wojsko.
Wbrew pozorom nie świadczy to o sile, ale wręcz przeciwnie – o słabości naszego systemu obrony, ale przede wszystkim o zupełnym nieprzygotowaniu do tego rodzaju sytuacji. Wydaje się to paradoksalne, ale tak właśnie jest: dowodzi tego wspomniany przeze mnie paraliż kilkumilionowej metropolii oraz zupełna dezorientacja społeczeństwa, nie mającego pojęcia, skąd takie akty terroru się biorą. A dopóki Amerykanie nie będę wiedzieli dlaczego niektórzy ludzie chcą ich zabić – a przynajmniej sterroryzować – skąd się bierze nienawiść do Ameryki w świecie – dopóty ten proces będzie postępował, stwarzając sytuacje znacznie groźniejsze, niż ta w Bostonie.

Czy Amerykanie zdają sobie np. sprawę z tego, że atak na WTC był właściwie zemstą ludzi, którzy odreagowywali fatalną politykę Stanów Zjednoczonych w świecie (zwłaszcza arabskim), forsującą bezwzględnie własne interesy, destabilizującą całe regiony, stosującą wszelkie możliwe środki – które ze sprawiedliwością i etyką zwykle nie miały niczego wspólnego? Czy wiedzą o tym, że oprócz 4,5 tysiąca zabitych żołnierzy amerykańskich zginęły także setki tysięcy Irakijczyków – głównie cywili; że wycofując się z Iraku zostawiliśmy ten kraj w znacznie gorszym stanie, niż przed jego inwazją (którą nota bene oparto na kłamstwie), a ponadto w stanie permanentnej wojny domowej? Czy rozlicza się administrację Obamy – i samego prezydenta – z nielegalnego, gwałcącego prawo międzynarodowe, używania dronów do ataku na terytoria obcych państw, w których zginęło już kilka tysięcy ludzi – w zdecydowanej większości cywilów (kobiet i dzieci – określanych eufemistycznie jako collateral damage?) Czy zdają sobie sprawę z tego, że każdy taki atak produkuje nowych zaprzysięgłych, dozgonnych i zdecydowanych na wszystko wrogów Ameryki? A może na tego rodzaju atak, w którym giną niewinne kobiety i dzieci w czasie wykonywania zupełnie prozaicznych, powszednich zajęć, nie związanych w żaden sposób z działaniami na szkodę Ameryki, spojrzeć z takiej perspektywy, jak na zamach w Bostonie, w którym także zginęły zupełnie przypadkowe i niewinne ofiary? Przecież pod względem etycznym i humanitarnym jest to właściwie to samo. Więc, kiedy dron zabija jednorazowo dziesiątki niewinnych ludzi w Jemenie, Pakistanie czy Afganistanie to cisza, morda w kubeł i wszystko jest OK, a kiedy u nas ginie kilka osób w Bostonie, to wielkie larum na całą Amerykę – i świat!
Nie chcę tu być źle zrozumiany: współczuję rodzinom ofiar zamachu w Bostonie, jak i ludziom, jacy zostali zranieni w zupełnie absurdalnych okolicznościach tego zbrodniczego czynu, którego w żaden sposób nie można usprawiedliwić. Leży mi także na sercu dobro kraju, w którym żyję i któremu wiele zawdzięczam. Ale to właśnie z tych względów wszystko to piszę. Chodzi o to, byśmy to, co się dzieje – a co jednak dotyczy bardziej lub mniej bezpośrednio nas samych – lepiej zrozumieli i poznali mechanizmy, które do takich sytuacji prowadzą – byśmy lepiej zdawali sobie sprawę z ich przyczyn i skutków.

Nie bez kozery wspomniałem z tej strasznej okazji tragicznych zajść w Bostonie o wojnach w Iraku i Afganistanie, o ludziach, którzy giną zabijani przez amerykańskie wojsko i służby specjalne w odległych krajach, bo – jak słyszę w podawanych wiadomościach – właśnie to motywowało braci Carnajew w przygotowaniu tej ohydnej zbrodni. Co najgorsze, jej źródłem nie była jakaś choroba psychiczna, czy kliniczne szaleństwo. Motywy, niestety, były racjonalne – choć, oczywiście, sam akt terroru był absurdalnym gwałtem na przypadkowych ludziach. Ale to gwałt zrodził gwałt: kto sieje wiatr, ten zbiera burzę.
Mieszane uczucia mną targały, gdy patrzyłem na te tysiące policjantów, wszystkie te pojazdy opancerzone, uzbrojonych po zęby żołnierzy – na ulicach sparaliżowanego Bostonu (non stop transmitują to teraz wszystkie telewizyjne stacje). Ktoś mógłby odebrać to jako demonstrację siły. Niestety, ja – jak już pisałem – widziałem w tym dowód słabości. Po raz kolejny ktoś pokazał, jak łatwo jest Amerykę zranić – mimo jej domniemanej siły, całych gór pieniędzy wydawanych na tzw. „obronę”, najnowocześniejszych rodzajów broni, sprzętu i technologii… Na nic to się w takich sytuacjach zdaje. Nie tędy droga. Jeśli chcemy coś zmienić, to raczej nie pomogą nam w tym bagnety, rekiety, czołgi i lotniskowce. Te zmiany muszą się dokonać w ludzkich głowach – musi za tym iść zmiana mentalności i podejścia do innych ludzi, zwłaszcza tych, których uważamy za „innych”, „obcych” – gorszych dlatego, że żyją w biedniejszym kraju, i dlatego, że zostali wychowaniu w innej kulturze.
A dwójka chłopaków z Bostonu dopięła jednak swego: zburzyli spokój setek milionów Amerykanów, sparaliżowali całą olbrzymią metropolię, zwrócili na siebie uwagę wszystkich… (w czym, niestety, pomogło im zachowanie władz, służb bezpieczeństwa i amerykańskie media).
Tylko gdzie leżą tego prawdziwe przyczyny?

*

MAŁE POST SCRIPTUM

THAT’S WHAT ALSO WRONG WITH AMERICA

„The New Yorker”: „The decision to shut down Boston, though doubtless made in good faith and from honest anxiety, seemed like an undue surrender to the power of the terrorist act—as did, indeed, the readiness to turn over the entire attention of the nation to a violent, scary, tragic, lurid but, in the larger scheme of things, ultimately small threat to the public peace.
The toxic combination of round-the-clock cable television—does anyone now recall the killer of Gianni Versace, who claimed exactly the same kind of attention then as Dzhokhar Tsarnaev did today?—and an already exaggerated sense of the risk of terrorism turned a horrible story of maiming and death and cruelty into a national epic of fear. What terrorists want is to terrify people; Americans always oblige.”

And our President said: „They failed because the people of Boston refused to be intimidated. They failed because as Americans we refuse to be terrorized.”

„They failed”?
(Przecież ten atak terrorystyczny udał się im jak najbardziej.)

„the people of Boston refused to be intimidated”
(Przez cały dzień miasto i żyjący w nim ludzie byli sterroryzowani, ubezwłasnowolnieni, musieli siedzieć zamknięci w domu, ulice były opustoszałe, zamknięto komunikację miejską, ustalono „no flying zone”… etc.)

„They failed because as Americans we refuse to be terrorized.”
(Patrz powyżej)

A na dodatek, drugiego podejrzanego schwytano zupełnie przez przypadek – już po cofnięciu blokady miasta. Na co więc zdała się ta cała armia uzbrojonej policji, agentów i wojska?

W jakiej rzeczywistości (a raczej iluzji) żyje nasz prezydent, a wraz z nim większość naszego społeczeństwa? A może jednak ktoś chce nam wcisnąć iluzję jako rzeczywistość?

*