NIEWOLNOŚĆ, NIEMYŚL I UPOKORZENIE

.

.

       Wszystko wskazuje na to, że nie ma powrotu do świata, w którym żyliśmy przed wirusową pandemią.

       Jaki będzie ten „nowy” świat? Nikt tego nie wie, ale wszyscy możemy się zgodzić z tym, że nie będzie on jednak „wspaniały”.

       To, co się dzieje obecnie, można będzie ewentualnie zrozumieć dopiero z perspektywy czasu. Nikt nie posiada dostatecznej wiedzy – a zwłaszcza dystansu – by umieścić naszą teraźniejszość w kontekście historycznym, opisać wszystkie jej fasety, poznać sens, objaśnić i wytłumaczyć zachodzące teraz zjawiska i pojawiające się fakty.

       Jeśli przyznaję się do własnej niewiedzy, to nie jest to żadną kokieterią. Od dawna twierdzę i mam świadomość tego, że każdy człowiek (oczywiście łącznie ze mną) jest dyletantem. Wobec ogromu tego wszystkiego, co nas otacza (nie tylko w sferze fizycznej, ale i mentalnej) – wobec morza informacji, które do nas docierają – wobec wyobrażeniowej mgławicy mitów i fikcji, w jakiej jesteśmy zanurzeni; wreszcie wobec niezwykłych trudności w docieraniu do prawdy – jesteśmy niczym te pijane dzieci we mgle, sieroty Wszechświata zabłąkane we własnych fantazmatach i złudzeniach, które często mylą się nam z nadzieją.
Mimo tych ograniczeń staram się w miarę racjonalnie podchodzić do tego, co się dzieje z nami – i wokół nas – w tych jakże dziwnych czasach zarazy, które mogą się okazać dla człowieka przełomowe. I przynajmniej spróbować coś z tego zrozumieć, pojąć sens tych przemian, wyciągnąć jakieś wnioski… choćby tylko na własny użytek, by uporządkować nieco kłębiące się w głowie myśli.

       Tak więc – nie roszcząc pretensji do mądrości, a tym bardziej nieomylności – postaram się ująć w kilku zdaniach zręby pewnych ogólnych zjawisk, które coraz bardziej wydają mi się definiować zmiany, jakie w tej chwili zachodzą na świecie. Moim zdaniem zmiany te przewartościowują tak ważne dla ludzi pojęcie, jak np. wolność, zmieniając myślenie i zachowanie ludzi na całym globie. (Bo zainfekowane zostały nie tylko ludzkie ciała, ale i umysły.)

NIEWOLNOŚĆ

       „Niewolność” może się wydawać takim trochę dziwnym neologizmem, ale według mnie słowo to lepiej określa pewne zaobserwowane teraz przeze mnie zjawisko niż np. „niewola” czy „zniewolenie”.
Przede wszystkim „niewolność” (w odróżnieniu od niewoli i zniewolenia) jest stanem, który niejako zaakceptowała (czy też raczej: któremu poddała się) dobrowolnie ogromna większość społeczeństwa w państwach dotkniętych (w mniejszym lub większym stopniu) pandemią. (Protestowała zaledwie garstka ludzi.)
Mnie uderzyło to najbardziej w związku z zachowaniem się całych ludzkich rzesz w kręgu cywilizacji zachodniej – tak szczycącej się przecież liberalnym (wolnościowym) podejściem do człowieka, deklarującej przywiązanie i respekt dla takich wartości, jak np. swoboda obywatelska czy nietykalność osobista, traktując je niemal jako świętości – i gdzie jak mantrę powtarza się słynne powiedzenie Franklina, że „ludzie, którzy dla tymczasowego bezpieczeństwa rezygnują z podstawowej wolności, nie zasługują ani na bezpieczeństwo, ani na wolność”.

       Oczywiście wiem, że taki stan „niewolności” został spowodowany przez wirusa (choć tak naprawdę, bardziej do tego przyczynił się nie tyle sam wirus, co strach przed nim, a w konsekwencji – i w rzeczywistości – takie a nie inne obostrzenia i restrykcje wprowadzone przez władze). I że niemal wszyscy uważają, że jest to stan przejściowy – więc łatwiej jest go znieść.
Ale (abstrahując od tego, czy drakońskie posunięcia władz były zasadne czy też nie) fakt pozostaje faktem: ograniczono wolność setek milionów ludzi – pozbawiono ich prawa do pracy, swobodnego poruszania się; decydowania zarówno o ochronie własnego zdrowia, jak i o wyborze sposobu leczenia w przypadku choroby. Przymusowo odizolowano od siebie nie tylko znajomych i przyjaciół, ale i najbliższych krewnych (przez co dziesiątki tysięcy ludzi umierały w cierpieniu i zupełnej samotności – a był to dla nich horror, którego my, pozostający przy życiu, nie chcemy sobie nawet uświadomić).
Nie wspominając o konsekwencjach ekonomicznych: rujnujących gospodarkę i przemysł, stawiających na głowie politykę fiskalną państwa, niszczących małe i wielkie przedsiębiorstwa, pozbawiających dziesiątki – jeżeli nie setki – milionów ludzi pracy… etc. Skutki tego mogą być w przyszłości katastrofalne, dodatkowo ograniczając ludzką wolność – być może do granicy (praktycznego) niewolnictwa.

       Niewykluczone, że w ostatecznym rozrachunku, liczba ofiar spowodowanych globalnym „lockdownem” świata, przewyższy liczbę ludzi, którym ten „lockdown” uratował życie (wpędzenie milionów ludzi w skrajną nędzę, głód i choroby z tym związane…). Czyli jednak lekarstwo może się okazać groźniejsze od choroby.
(Nie jest to tylko moje zdanie. Prof. Michael Levitt, biolog, zdobywca Nagrody Nobla w 2013 r. w dziedzinie chemii stwierdził: “There is no doubt in my mind that when we come to look back on this, the damage done by lockdown will exceed any saving of lives by a huge factor.”)

       „Niewolność” to takie zawieszenie pomiędzy wolnością a niewolą; stan, w którym łudzimy się, że mimo wszystko (w tej niewoli) zachowujemy wolność, bo nie jesteśmy w stanie zaakceptować tego, że jednak ta wolność została nam odebrana i nawet jeśli zniesiona zostanie większość restrykcji, to część tego zniewolenia pozostanie – i to nie tylko w formie traumy w nas samych, ale i w bardziej represyjnych przepisach i prawie, które wskutek pandemii zostanie zmienione. Także w jeszcze większej kontroli całego społeczeństwa i jego inwigilacji.

       Niestety, już dawno temu (w czasach, kiedy jeszcze nie śniło mi się o żadnej pandemii) nabrałem przekonania, że brak wolności jest jednak nieodzowną cechą ludzkiej kondycji.
Każdemu z nas się wydaje, że dokonuje wyborów niezależnie (a ogólnie: że dysponuje wolną wolą). Jednakże moim zdaniem – w głębi i w istocie działania pewnego mechanizmu społeczno-psychologicznego – zazwyczaj tak nie jest, bo zawsze „podpinamy się” (lub jesteśmy „podpięci”) pod pewną strukturę (partyjną, frakcyjną, stanowiącą grupę interesów…) poddani sugestii, indoktrynacji, propagandzie, manipulacji… także łatwowierności i złudzeniom. To wszystko powoduje, że nasze opinie i poglądy (wliczając w to światopogląd) są niejako zdeterminowane – uzależnione od czegoś, co jest od nas większe. Ergo: nie do końca są suwerenne.

       Ogólnie rzecz ujmując, nasza wolność w życiu jest mocno ograniczona, zarówno przez czynniki zewnętrzne, jak i wewnętrzne. Bowiem zawsze, w każdych okolicznościach, jesteśmy częścią pewnej struktury – organizmu społecznego, grupy – która nas kształtuje, narzuca normy zachowania – i wobec której określa się nasza tożsamość (bo przecież tylko w relacji z innymi ludźmi możemy się spełnić i stać się człowiekiem).
Niestety – życie to jednak zniewolenie jest. (Pomijam już tutaj nasze uwarunkowania genetyczne, a na które nie mamy żadnego wpływu, jak również Frommowski fenomen ucieczki człowieka od wolności).
Z tych to względów można stwierdzić, żę wolność jest chyba jednym z największych złudzeń człowieka, który mimo to na paradygmacie wolnej woli (możliwości dokonywania wyboru) opiera wszystkie swoje systemy etyczne, (które są niezbędne dla funkcjonowania każdego społeczeństwa).

       To, co się dzieje ostatnio jeszcze bardziej pole naszej wolności zawęża. Perfidia całej sytuacji polega na tym, że w zasadzie godzimy się z tym, że ktoś nam tę wolność ogranicza, a niektórzy z nas przyjmują to nawet ochoczo (bo są przekonani, że ratuje im to zdrowie i życie).
Z drugiej jednak strony odczuwamy tę naszą nową „niewolność” dotkliwie. Stąd pewna schizofrenia: chcemy tej naszej izolacji, a zarazem nie chcemy; boimy się innych ludzi, a zarazem do nich lgniemy; chcemy być chronieni przez władzę, a zarazem nienawidzimy jej kagańca…

       Żeby jednak nie kończyć tak pesymistycznie: warto pamiętać o tym, byśmy przy tych wszystkich ograniczeniach i determinantach, starali się wywalczyć jak największą wolność dla siebie, poczynając od wolności wewnętrznej, bo chyba tam – właśnie wewnątrz siebie, w sferze duchowej – możemy mieć największe pole manewru i poczuć się naprawdę człowiekiem wolnym. Co łatwe nie jest, bo czy poczucie wolności jest rzeczywistą wolnością?

NIEMYŚL

      Paradoks, który w dobie Internetu i platform społecznościowych jest uderzający: zaglądając tam odnosimy wrażenie, że oto doświadczamy burzy mózgów, a tak naprawdę mamy do czynienia z wyjałowioną myślowo pustynią.
Stąd mój kolejny neologizm: „niemyśl”.

       Czym się on różni od niemyślenia (bezmyślności)?
Otóż złudzeniem, że myślimy, podczas gdy w rzeczywistości bezrefleksyjnie przyjmujemy myśli innych. I chodzi nie tylko o memy, stereotypy, banały… Niekiedy natrafiamy na cale elaboraty mające pozory samodzielnej intelektualnej analizy, które tak naprawdę są pseudointelektualnym bełkotem kompilującym pomysły i koncepcje innych, krążące zwykle w internetowej sieci.
Królują wszak memy tudzież aforyzmy, sentencje i życiowe „mądrości”, (o których zwykle zapomina się po 15 sekundach).

      Wraz z rewolucją informatyczną i szalonym rozwojem Internetu, zaszło wielce osobliwe zjawisko: zalew informacji nie zwiększył wiedzy podpiętych do sieci ludzi – a tym bardziej nie spowodował, że zmądrzeliśmy. Wręcz przeciwnie: wzniecił informacyjny chaos – jeszcze bardziej przy tym nas ogłupiając i dezorientując.

      Tutaj chciałbym pewną rzecz uściślić: tak, można się zgodzić, że dzięki Internetowi ilość wiedzy wśród ludzi wzrosła, ale absolutnie nie przekłada się to na jakość tej wiedzy. Generalnie ludzie nie są w stanie przyswoić bardziej kompleksowej, eksperckiej wiedzy, której najczęściej nie potrafią zrozumieć, skupiają się więc na tym, co (jak się im wydaje) rozumieją. A są to rzeczy proste, nieskomplikowane, stereotypowe, powierzchowne, oklepane, trywialne, zwykłe… jak również myśli, które są już im znane, które przejęli, i z którymi się już oswoili. Tym sposobem błędne koło (nie)poznania i niemyśli się zamyka, tworząc owe osławione już bańki, gdzie przebywają zainfekowane jakimiś – zwykle „jedynie słusznymi” poglądami – ludzkie indywidua. A kiedy się już w takiej bańce jest, to odrzuca się wszystko, co do panującej w niej koncepcji nie pasuje – łącznie z przeczącymi jej faktami i argumentami, których po prostu nie przyjmuje się do wiadomości i ignoruje. (To dlatego naszych przekonań nie zmieniają nawet fakty.)
Tak więc mamy to co mamy: niski lot miernot koszący wszystko co wystaje ponad przeciętność – gubienie w śmieciach większości tego, co ma jakąś wyższą intelektualną czy mentalną wartość – tudzież zbijanie się jednakowo (nie)myślących osobników w gromady i stada – najczęściej pod przewodem naczelnych, wyróżniających się w jakiś sposób, baranów.
Wszystko to jest związane z niesamodzielnością myślenia (tych, którzy myślą samodzielnie, jest garstka) i co ciekawe (i na swój sposób ironiczne): najwięcej o konieczności samodzielnego myślenia krzyczą ci, którzy memom i stereotypom poddają się najbardziej.

      Wspomniane tu zjawiska stały się jeszcze bardziej widoczne w czasie panującej nam zarazy. Wirus obnażył wszystkie ludzkie słabości – i to nie tylko w wymiarze indywidualnym, ale i cywilizacyjnym.
W całym tym zgiełku i chaosie (dez)informacji, która na nas spadła, doszło do jeszcze większego kryzysu autorytetów; do niemal zupełnego wyrugowania bardziej krytycznego i mądrzejszego sposobu myślenia; wreszcie do wysypu przeróżnych – nieraz kosmicznie bzdurnych i wręcz absurdalnych – teorii spiskowych, jako żywo przypominających zbiorową paranoję.

      Ale jak się temu ludzkiemu błądzeniu i zagubieniu dziwić, skoro nawet ci, po których można się było spodziewać, że dostarczą nam w miarę pewnej i rzetelnej wiedzy, przeczyli sobie nawzajem. Władze nadrabiały miną, ale tak naprawdę to działały „w ciemno” – podejmujący decyzje politycy nie mieli pojęcia jakie będą skutki ich decyzji. Wszelkie modele i prognozy brały w łeb, każde państwo zdane było na siebie (biurokratyczną WHO i nadętą EU o kant stołu można było potłuc) i co ciekawe (i jeszcze bardziej dezorientujące), ci którzy poszli drogą mniejszych restrykcji, jak się wydaje lepiej na tym wychodzą, niż ci, którzy pozamykali wszystko i wszystkich. (Nadal nie wiadomo skąd się biorą tak ogromne różnice statystyczne w liczbie zarażeń, zachorowań i zgonów w poszczególnych krajach – i jak one zależą od wprowadzonej tam polityki walki z epidemią. Bo to chyba nie jest tylko skutek manipulacji danymi, z którą bez wątpienia mamy często do czynienia).
Innymi słowy: okazało się – zwłaszcza w tym przypadku globalnej pandemii – że niepewność i niewiedza jest dla człowieka bardziej naturalnym stanem, niż pewność i wiedza.
W tym wszystkim ludzie mogli też dojść do wniosku, że skoro nawet naukowcom i ekspertom nie można ufać, to trzeba się udać do guru i szamanów; że skoro trudno jest myśleć racjonalnie, to jakimś wyjściem jest jednak „niemyśl”, czyli substytut myślenia.

UPOKORZENIE

      Kto z nas nie czuje się upokorzony przez tego prymitywa w koronie?
A mówiąc poważniej: czy to, że pozbawiono nas wolności; że jacyś politycy (którzy do tej pory nie mieli bladego pojęcia o wirusologii) nakazują nam, co mamy robić (a my się temu poddajemy); że zamącono nam w głowie tak, że sami już nie wiemy co jest prawdą, a co blagą, fałszem i manipulacją, co jest mądre, a co jest głupie; że zmuszono nas do żebrania o pomoc finansową państwa i władz, którymi często pogardzamy… czy to wszystko nie jest upokarzające?

    Ale przecież ludzkość została też upokorzona w wymiarze cywilizacyjnym, bo skoro nie taki znów groźny biologicznie wirus zdołał sparaliżować świat (głównie strachem), to czy nie może to budzić w nas podejrzenia, że nasza wielka cywilizacja jest jednak kolosem na glinianych nogach, który w każdej chwili może po prostu runąć?

      To upokorzenie, o którym piszę, może też wyrastać z uświadomienia sobie pewnych konsekwencji związanych z obaleniem (podważeniem) pewnych cywilizacyjnych i kulturowych mitów.
O pierwszym – i chyba najważniejszym – już wspomniałem: krytycznie nadwyrężony zostaje mit cywilizacyjnej wielkości człowieka.
Poza tym można chyba zaobserwować:

– Upadek mitu o wyższości cywilizacji zachodniej nad wszystkimi innymi.
– Upadek mitu wolnościowego funkcjonującego zwłaszcza w społeczeństwach państw opartych na ustroju liberalno-demokratycznym.
– Upadek mitu materialnego dobrobytu (rozwiązującego wszelkie problemy i zapewniającego szczęście).
– Upadek mitu o potędze współczesnej medycyny i naukowej wszechwiedzy.
– Upadek autorytetów organizacji globalnych (np. WHO) i kontynentalnych (np. EU) oraz jeszcze większe rozczarowanie politykami. (Pogłębił się też kryzys autorytetów indywidualnych utopionych w brei pseudo-autorytetów.)

      Tę listę można ciągnąć dalej.

       Warto dodać, że nawet jeśli te mity całkowicie się nie rozwieją (bo człowiek jednak bez mitów nie może funkcjonować) to zostaną mocno nadszarpnięte, co może mieć ogromny wpływ na kierunek, jaki obierze ludzkość po pandemii.

       Pandemia mogła nam uświadomić, że prawdziwą przyczyną kryzysu zdrowotnego (pociągającego za sobą śmierć setek tysięcy ludzi) nie był w istocie sam wirus (który wcale nie należy do najbardziej groźnych biologicznie) ale brak odporności organizmów ludzi żyjących w warunkach, które powodują coraz większe osłabienie ich (naszych) układów odpornościowych. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że najbardziej śmiercionośne żniwo nie zebrał koronawirus, a takie choroby („cywilizacyjne”), jak nadciśnienie, cukrzyca, nowotwory, nałogi, otyłość… do których z kolei najbardziej przyczynił się stres, nieodpowiednie odżywianie, życie w zatrutym środowisku naturalnym – wszystko to, co niesie ze sobą nasza (coraz bardziej wspaniała cywilizacyjnie) rzeczywistość.
No i oczywiście, nie można zapominać o starości, ale ta jest czymś zupełnie normalnym i nieuniknionym.

       Warto też zwrócić uwagę na to, że – jak się okazało – najmniejszą odporność immunologiczną posiadają ludzie żyjący na najbardziej ponoć rozwiniętym cywilizacyjnie Zachodzie (a generalnie: rasa biała, choć wyjątkiem są tutaj Afro-Amerykanie i Latynosi żyjący w Stanach).

       Wiadomo, że wszelkie odniesienia rasowe są teraz niepoprawne politycznie, ale jak inaczej wytłumaczyć fenomen niemal całkowitej odporności na koronawirusa w krajach, gdzie zdecydowaną większość stanowi rasa żółta (np. liczący blisko 100 mln. mieszkańców Wietnam, w którym zanotowano 325 zarażeń i gdzie nie ma żadnego zgonu z powodu Covid-19; czy w liczącym 7.5 mln. mieszkańców, niezwykle zagęszczonym ludnościowo Hong Kongu, gdzie wystąpiło 1000 zakażeń i 4 zgony; podobnie jest w Korei Południowej, Tajlandii, Japonii… także – jak do tej pory – w Indiach czy w krajach afrykańskich), jak nie większą odpornością ras „kolorowych”, które nota bene nadal przez sporą część ludzi białych stawiane są (bardziej lub mniej świadomie i otwarcie) niżej od własnej rasy?

      Co tu kryć: to wszystko co się działo na świecie – z nami i wokół nas – przez ostatnie miesiące, spowodowało szok, z którego jeszcze nie wszyscy z nas zdają sobie sprawę. Spadło to na nas jak grom z jasnego nieba, i jeszcze długo (może nawet już nigdy) nie będziemy mogli się z tego otrząsnąć. Było też uderzeniem, nie tylko w naszą wolność, zdrowie i szczęście, ale i w naszą godność.
A odebranie nam godności jest chyba największym upokorzeniem, jakie może nas spotkać.

       Czy wobec tego wszystkiego założenie, iż po tym doświadczeniu „większość z nas przejrzy na oczy i sprawy potoczą się w kierunku integracji, współpracy i szacunku dla osoby ludzkiej, dla jej autonomii i wolności” (Eichelberger) nie jest zbyt optymistyczne?
Obawiam się, że tak.

* * *

Ilustracja: Alexander Milov, Love; fot. Dust To Ashes (źródło)

WŁADZA

.

.

        Władza nie istnieje bez posłuszeństwa. Innymi słowy, zakres władzy jest określony naszym posłuszeństwem: czyli im bardziej jesteśmy posłuszni swoim władcom, tym bardziej oni nami rządzą.

*

       Najbardziej skutecznie – i radykalnie – może działać władza wśród ludzi ogarniętych strachem.Z kolei najbardziej skutecznym narzędziem władzy jest przekupstwo.

*

       Każda władza twierdzi, że działa dla dobra ludzi, którymi rządzi. Zwłaszcza wtedy, kiedy dąży do poszerzenia swojej władzy. A to staje się dla niej (z czasem lub od samego początku) najważniejsze.

*

       Ludzie wielkość swojego władcy nie oceniają na podstawie tego, czy jest on dobry, czy zły, okrutny czy litościwy, mądry czy głupi – tylko czy jest skuteczny w osiągnięciu jakiegoś celu, który oni wiążą ze swoją korzyścią (co często jest iluzją podsycaną przez władze).

*

       Dla większości społeczeństw władza jest substytutem Boga. (Opozycja to po prostu innowiercy).

*

       Rządzący nie mogą się obejść bez wiedzy, zaś rządzeni – bez wiary.

*

       Każda władza jest fikcją.

Co ciekawe, jest fikcją, którą uwiarygadniamy zarówno wtedy, kiedy się tej władzy podporządkowujemy, jak i wtedy, kiedy się jej sprzeciwiamy.

*

       Każda władza opiera się na fikcji, dlatego potrzebuje ceremoniału, czyli teatru, który ma na celu uwierzytelnienie tej fikcji.

*

       Niestety, nawet jeśli coś jest fikcją, to może być też źródłem tego, co jest nas w stanie zniewolić, a nawet zabić.

*

       Cechą każdej władzy – i to nie tylko autorytarnej – jest przekonanie, że zawsze ma rację.

*

       Zasada „dziel i rządź” ma swoją granicę. Za tą granicą jest albo anarchia (nierządność), albo rewolucja – czyli koniec tych, co rządzili do tej pory.

*

       Partie polityczne (zwłaszcza w ostatnich czasach) bardziej społeczeństwa dzielą, niż solidaryzują. Do tego stopnia, że ich walka o władzę przybiera cechy walk plemiennych – często w obrębie tego samego plemienia.

*

       Każda władza ustala swój porządek. Ale zawsze jest on pojmowany inaczej przez rządzących, a inaczej przez rządzonych. (Innymi słowy: porządek rządzących nie jest porządkiem rządzonych).

*

       W porządku ustalanym przez władze zawsze jest element opresji. Im ktoś jest niżej w hierarchii społecznej, tym bardziej jest wobec władzy bezbronny.

*

       Nie ma nic bardziej słodszego i afirmującego dla władzy, jak dobrowolna rezygnacja z własnej wolności przez ludzi, którzy są przekonani (albo których przekonano), że dzieje się tak dla ich bezpieczeństwa i dobra.

*

       Żadna władza nie odda (dobrowolnie) żadnego przyczółka, który już zdobyła.

*

       Im większym restrykcjom podporządkowuje się społeczeństwo, tym większe przekonanie władzy o swojej sile.

*

       Żadna władza nie jest godna zaufania.

.

* * *

Ilustracja: Alexander Mosaic (c. 100 BC), ancient Roman floor mosaic from the House of the Faun in Pompeii showing Alexander fighting king Darius III of Persia in the Battle of Issus
Źródło: tutaj

.

TYBET – MIĘDZY WSPÓŁCZUCIEM A NICOŚCIĄ

Pielgrzym przy modlitewnych młynkach w klasztorze Samye

*

„Moi wrogowie będą niczym, moi przyjaciele będą niczym i ja będę niczym, tak jak wszystko stanie się niczym” – mówi duchowy przywódca Tybetańczyków w filmie Martina Scorsese Kundun, opartym na autobiografii Dalajlamy, zwanego Lamą Litościwym i Współczującym.

Czy jednak „nic” to to samo co „nicość”? A „nicość” to to samo co „pustka”?
I czy można to wszystko wiązać z nihilizmem?
Przypomnijmy sobie pojęcie horror vacui – „lęk” natury przed próżnią, która to „niekompatybilność” była dla człowieka Zachodu czymś tak oczywistym, że trudno mu było sobie wyobrazić coś takiego, jak istnienie próżni (z czym musiał się zmagać choćby jej „odkrywca” Pascal, sam przesiąknięty judeo-chrześcijaństwem, jak przystało na nieodrodne dziecko ówczesnej europejskiej umysłowości i jej ograniczeń).
Już same te kwestie mogą nam uświadomić sobie, jak trudno jest człowiekowi Zachodu zrozumieć istotę buddyzmu, a szerzej – psychikę, światopogląd i filozofię Dalekiego Wschodu. Bo nie jest to tylko kwestia słów i języka. Bardziej mentalności, z której te słowa i język wyrosły (choć słowa i język także mentalność kreują).

buddyjski mnich rozprasza mrok

Czesław Miłosz wyraził kiedyś opinię o buddyzmie, która i mnie jest bardzo bliska:  „Buddyzm jest dobroczynny, przynosząc sakralność wielu ludziom niezdolnym pogodzić się ze sprzecznościami religii biblijnych, czyli z Bogiem osobowym. Buddyzm, ani teistyczny, ani ateistyczny, po prostu nie wypowiada się o początku świata i pierwszej przyczynie, a tym samym nie musi zmagać się z pytaniem, w jaki sposób Stwórca może równocześnie być dobry i zły”.
Ale czy można przynieść jakąkolwiek sakralność do świata, skoro z drugiej strony głosi się, iż to co my nazywamy metafizyką, tak naprawdę jest (dla oświeconego buddysty) pustką?
I czy negując zdolność przeniknięcia istoty rzeczywistości przez ludzki umysł, nie pozbawiamy się jednocześnie możliwości poznania tego, co święte? I czy rzeczywiście to, co uznamy za święte staje się naprawdę święte?

Nie tylko Nietzsche, ale i wielu innych myślących ludzi Zachodu uznało, że buddyzm jest o wiele bardziej uczciwszy w swoim umiejscowieniu człowieka w świecie, niż chrześcijaństwo, nie mamiąc go np. żadną metafizyczną Opatrznością.
Ale zarówno buddyzm jak i chrześcijaństwo z emfazą podkreślają wszechobecność cierpienia w świecie. Zarówno buddyzm, jak i chrześcijaństwo starają się wskazać człowiekowi drogę zbawienia (czy też wyzwolenia). To świadczy o tym, że w zasadzie wszystkie religie wyrastają z poczucia jakiegoś niedopasowania człowieka do świata, w którym on żyje, w którym on cierpi i lęka się – drżąc z bojaźni przed siłami, które go przerastają, i na których pastwę (łaskę lub niełaskę) jest on wydany.
A także i o tym, że wszystkie wielkie religie muszą się oprzeć na ludzkiej instytucji, co wynika choćby tylko z tego, że człowiek jest istotą społeczną.

Pod Świątynią Jokhang w Lhasie

*  *  *
Wybierając się na tak krótki czas do Tybetu nie mogłem się łudzić, że oto nagle będę mógł tam przeniknąć jakieś Wielkie Tajemnice duchowe żyjącego tam ludu, że uda mi się zdecydowanie zbliżyć do lepszego poznania i zrozumienia tybetańskiego buddyzmu, że zdołam do głębi przejrzeć i ogarnąć to, co tak naprawdę się teraz w tym kraju dzieje… Nie. Miałem pragnienia dużo skromniejsze: dotknąć własną ręką żyjących tam ludzi, spojrzeć im z bliska w oczy, poczuć zapach i smak krainy, w której od tysiącleci żyją. I jeszcze zobaczyć na własne oczy okupujących ich sąsiadów, którzy 60 lat temu wtargnęli tu niczym do swojego własnego folwarku, „pokojowo” „wyzwalając” Tybet i włączając go ponownie do „Macierzy”.

Cieszę się, że tego wszystkiego udało mi się dokonać. Co nie oznacza, że nie opuszczałem Lhasę z uczuciem wielkiego niedosytu.

Co we mnie zostało? Wystarczy, by uznać Tybet i spotkanych tam ludzi częścią mojego życiowego doświadczenia, dopełnienia wiedzy i wyobrażenia o człowieku jako istocie nie ustającej w wysiłkach zadomowienia się – duchowego i cielesnego – w świecie i w Naturze, która może być mu zarówno sojusznikiem, jak i wrogiem.

*  *  *

Patrząc na pustynny tybetański krajobraz, na te nagie, niekończące się hałdy piachu, żwiru, pokruszonych i zwietrzałych skał; na smagane wiatrem i palone słońcem rośliny i zwierzęta, na wyschnięte skalne żleby, na majaczące w oddali ośnieżone szczyty niebotycznych gór… nie wydaje się dziwne, że buddyjskie przeświadczenie o wszechobecności cierpienia wśród wszystkich żyjących istot, właśnie tu – w tej najbardziej odizolowanej od reszty świata krainie – przyjęło się w ludzkich duszach, niektóre z nich przenikając do głębi. I tęsknota za tym, aby wyrwać się z błędnego koła powtórnych narodzin – by nie żyć już więcej, by rozpłynąć się w nirwanie, w tej kosmicznej pustocie, która dla wyznawców Buddy jest najwyższym stanem świadomości, spełnieniem się absolutu, (a którą  „profani” kojarzą z pragnieniem czegoś w rodzaju nihilistycznego orgazmu).
Tak więc życie jako przekleństwo? Życie jako kara za złe postępki? Życie jako coś, z czego należy się wyzwolić, bo jest ono tożsame z cierpieniem?

Rozmodlona Tybetanka

Jak w takim razie pogodzić to wszystko z dość powszechnym na Zachodzie wyobrażeniem Tybetu jako duchowego raju na świecie, gdzie wszyscy żyją szczęśliwie i w niczym niezmąconej harmonii z Naturą? Gdzie każdy każdemu jest bratem, siostrą i przyjacielem? Gdzie wreszcie szanuje się każdą żyjącą istotę i odrzuca przemoc, bo prowadzi ona donikąd, potęgując przy tym ból i cierpienie?
Otóż można to pogodzić tylko w jednym przypadku: kiedy na Tybet spojrzy się jak na krainę istniejącą tylko w sferze mitycznej. Także w naszych wyobrażeniach, które przecież nie muszą już mieć wiele wspólnego z tzw. realnością…

*  *  *
Kiedy tak patrzyłem na rozmodlonych Tybetańczyków, zastanawiałem się w jakim są oni teraz świecie. Czy kręcąc modlitewnym młynkiem rzeczywiście rozumieją słowa modlitwy, które ponoć uwalniają się wtedy i biegną w świat, by uczynić go lepszym? A może myślą o czymś zupełnie innym? Albo po prostu nie myślą o niczym i wprawiają kołowrotek w ruch bezmyślnie? A nam się wydaje, że oto właśnie zgłębiają jakąś Wielką Tajemnicę Wszechświata i Egzystencji?
Te tłumy obchodzące dookoła świątynię Jokhang. Przeważnie starzy ludzie, okutani w zgrzebne koce, pledy i płaszcze, z ogorzałymi od słońca, porytymi zmarszczkami twarzami, z wbitym przed siebie, nic nie widzącym wzrokiem… Albo inaczej – rozglądający się z ciekawością wokół siebie, rzucający okiem na stosy bardziej lub mniej tandetnych pamiątek piętrzących się na ciasno upakowanych wzdłuż drogi straganach; tudzież uciekający przed wzrokiem białego turysty, który chce przeniknąć do wnętrza ich duszy.
A wszystko to przy monotonnym skrzypieniu obracających się młynków i bazarowym gwarze

Pielgrzymi zdążający ku Lhasie

*

Na nowoczesnej, asfaltowej, doskonale utrzymanej, chińskiej drodze do Lhasy, także spotykamy grupki pielgrzymów. Najczęściej idą parami, choć nie brakuje również tych samotnych. Do Potali, byłej siedziby Dalajlamy, pozostało im już zaledwie kilka godzin drogi. A za sobą mają  kilka… dni, tygodni lub miesięcy takiej wędrówki. Niektórzy – ci z najdalszych zakątków Tybetu – są już w tej podróży od dwóch lat. Co kilka kroków klękają, kładą się na ziemi, odmierzając przebytą drogę długością własnego ciała.
Ich życie jest teraz drogą dosłownie. Mają przed sobą cel, który jest dla nich tymczasowym sensem. Idą z nadzieją, że u kresu czeka na nich coś, co jest święte, jak również coś, co może im potwierdzić obietnicę wyzwolenia.
Wyzwolenia… także od jakiegokolwiek celu i sensu.

*  *  *

Tony złota w Pałacu Potala.
Potala to byłe centrum religijne i państwowe Tybetu – miejsce skąd rządzili krajem dalajlamowie uznani za kolejne wcielenia samego Buddy i gdzie znajdują się ich groby. Przez setki lat władze religijne i świeckie były tu jednym – rozdział kościoła i państwa dokonywał się w odległych a egzotycznych krainach.

Jeden z wielkich nauczycieli-mnichów na złotym tronie – buddyjskie ołtarze lśnią od drogocennych kruszców i klejnotów

Tak więc władca, który dysponował państwowym aparatem przemocy i represji (a każdy ustrój państwowy posiadać takowy musi), jest jednocześnie duchowym przywódcą odrzucającym wojnę, gwałt i przemoc? Wyczuwamy pewną ironię, fałsz, może nawet absurd? Słyszymy jakiś zgrzyt w bajecznej krainie Shangri-La?
Uświadamiamy sobie sprzeczność, może nawet coś w rodzaju społeczno – kulturowej schizofrenii?

Prawdą jest, że przed „pokojowym wyzwoleniem Tybetu” przez Chiny, w kraju tym panował ustrój feudalny, ze ścisłym podziałem na kasty, gdzie istniało niewolnictwo, a każdy zwykły obywatel był sługą możnowładców. Tych ostatnich była garstka, ale posiadali wszystko, co w Tybecie można było posiadać. (Lecz zostawmy ten temat na później.)

Złoto! W Potali, w stolicy jednego z najbardziej ubogich krajów świata, znajdują się równocześnie największe na świecie grobowce ze złota. Najcięższy z nich jest grobem największego dalajlamy, którym uznaje się Dalajlamę Piątego (ale pierwszego, nazwanego przez wnuków Dżingis Khana „Dalai Lamą”, czyli „Oceanem Mądrości”). Złoto, które użyto do jego budowy dekoracji, waży prawie cztery tony. Myślę, że podobnie jak ubogi Jezus nie mógłby sobie znaleźć miejsca w kapiącym od złota Watykanie, tak i sam Budda Siakjamuni, czyli książę Siddhartha, który odrzucił precz całe swoje materialne bogactwo stając się ascetą, czułby się na tych wszystkich złotych tronach i obłożonych setkami tysięcy drogocennych klejnotów stupach, jak na jakiejś obcej planecie.

Jeszcze jedna analogia: pyszny, otaczający się bogactwem Kościół, którego słudzy głoszą, że „prochem jesteś i w proch się obrócisz” oraz kolejne wcielenia Buddy Litościwego spoczywające na górach ze złota, wśród mnichów głoszących ideał ubóstwa i konieczność nieprzywiązywania się do tego (doczesnego a przemijającego) świata bogactwa i glorii. Ludzka przewrotność, czy tylko niekonsekwencja?
Czyżbyśmy więc aż tak bardzo różnili się od naszych azjatyckich braci, umiejscawiając religię w społeczno-politycznym systemie,  tworząc instytucję o charakterze sakralnym, ale w praktyce i działaniu świecką?

*  *  *
Z pałacu pełnego złota nad wodę pełną głodnych ryb.
Z Pemą, który urodził się wśród jednego z nomadzkich plemion na północy Tybetu, jedziemy doliną rzeki Yargun (zwaną z hinduska Brahmaputrą). Pema chce nam pokazać miejsce, gdzie „chowa” się zmarłych. Po drodze opowiada nam o 5 sposobach radzenia sobie Tybetańczyków ze zmarłymi, a konkretnie – z ciałami zmarłych, których już nie łączy się z człowiekiem, jaki okupował ciało przed śmiercią. To rozróżnienie jest tu jednak istotne, bo zwykle łagodzi szok, jakiego może doznać ktoś, kto pochodzi z kręgu kultury, w której obowiązuje rewerencja dla zmarłych, w tym także dla ludzkich zwłok. Dla takiego człowieka funeralne praktyki tybetańskie mogą sprawiać wrażenie barbarzyńskiego bezczeszczenia zwłok.

Miejsce pochówku wodnego nad Brahmaputrą

Jednak Tybetańczyk widzi to inaczej: dla niego martwe ciało to tylko materia, którą należy zwrócić ziemi. Nie ma już w niej duszy – ta bowiem jest już w czymś co nazywa on „Między”, wędrując tam w poszukiwaniu kolejnego wcielenia. Wprawdzie dla nas zwłoki także są już martwą materią, jednak podchodzimy do nich zupełnie inaczej, nadal wiążąc je (symbolicznie) ze zmarłym człowiekiem.

Najpowszechniejszy w Tybecie jest pochówek „niebiański”, zwany także przez niektórych „powietrznym” lub „podniebnym” (w j. ang. – „sky burial„). Polega on na oddzieleniu od kości ludzkiego mięsa, pocięciu go na drobne kawałki, połamaniu i skruszeniu na miał wszystkich kości, dodaniu mąki z jęczmienia i rzuceniu tego wszystkiego na pożarcie sępom.
W pochówku „wodnym” dzieje się mniej więcej to samo, tyle że zamiast sępów żer mają ryby.
Pochówek „ziemny” podobny jest do naszego, tyle że sposób ten uważany jest przez Tybetańczyków za najmniej godny.
Na kremację mogą sobie pozwolić nieliczni (w Tybecie brakuje drewna, więc opał – wraz z obsługą krematoryjnego pieca – jest bardzo drogi); natomiast zaszczytu mumifikacji i balsamowania zwłok doznają jedynie lamowie i najbardziej znaczący mnisi.

Pema mówi, że niestety pochówku „podniebnego” nie możemy zobaczyć (chociaż zdradził nam przy okazji, że zabrał kiedyś ze sobą grupę polskich buddystów, z którymi po kilku dniach wędrówki po górach dotarł na miejsce, gdzie odbywał się „sky burial” – co było dla Polaków totalnym szokiem). Widok ten chroni się przed wzrokiem postronnych, ale Pema obiecuje, że pokaże nam miejsce, gdzie odprawiane są pochówki „wodne” i – jeśli  będziemy mieć trochę szczęścia – to możemy tam znaleźć nóż, którym kroi się zwłoki na nadrzecznych kamieniach, albo przynajmniej ślady krwi.
Lecz niestety, czy też raczej na szczęście, kiedy dotarliśmy już nad brzeg Brahmaputry, żadnych noży, ani nawet ciemnych plam po krwi na kamieniach nie było, a tylko na wietrze powiewały różnokolorowe chorągiewki, trzepocząc i szepcząc modlitwę, która przecież nie mogła być czymś barbarzyńskim. Ta modlitwa zdawała się też być skierowana ku niebu. Ku niebu, które w Tybecie wydaje się jednak zionąć wielką pustką.

*  *  *

Znicze w Tybecie palą się wiecznie – podsycane stopionym masłem z jaka

*

Zdjęcia z mojej ostatniej podróży do Tybetu obejrzeć można TUTAJ – na stronie brulionu podróżnego (ilustrowanego). Na początek pozwalam sobie zaprezentować tam panoramy.

*

Misterium światła i cienia w świątyni Jokhang (Lhasa)

*

Podsycanie ognia

( © ZDJĘCIA WŁASNE )

RODZINA I KREW (Więcej niż kino: „Ojciec chrzestny”)

Warto czasem wrócić do klasyki. Zwłaszcza do takiej, która i dzisiaj potrafi nas zaintrygować, zainteresować, zafascynować… bo nadal pozostaje żywa. O „Ojcu chrzestnym” pamiętają nie tylko zagorzali miłośnicy kina. Ten film był także pewnym fenomenem społecznym, kulturowym. Poniższy tekst o filmie Coppoli inauguruje nowy cykl pt. „Więcej niż kino”, w którym chciałbym przypomnieć filmy wykraczające swoim znaczeniem poza czystą sferę rozrywki poruszając sprawy ważne – historycznie, filozoficznie, socjologicznie… Powstał on przed wieloma laty, kiedy moja przygoda z pisaniem o filmie dopiero się zaczynała (stąd trudno mi dzisiaj brać za to wszystko co przeczytacie odpowiedzialność ;) ).

Mafia - brutalność, bezwzględność, okrucieństwo oraz "wartości" rodzinne - szacunek, lojalność, posłuszeństwo (Marlon Brando i Robert Duvall w "Ojcu chrzestnym" F. F. Coppoli - "największym filmie gangsterskim w dziejach kina")

*

Jest to film, który przemówił do „mas”. Zasięg, impet i wpływ „Ojca chrzestnego” na popularną wyobraźnię był ogromny, przydając mu rangi bez mała kultowego fenomenu. Warto się zastanowić nad przyczynami. O „Ojcu chrzestnym” krąży także fama „największego filmu gangsterskiego” w dziejach kina. Bez wątpienia, nie zadecydował tu jego epicki rozmach i rozmiary, ale rzeczywistych powodów należy szukać głębiej.
Otóż wydaje się, że film Coppoli ogarnia sobą kilka kluczowych, najbardziej istotnych aspektów amerykańskiej kultury, społeczeństwa i ustrojowości: wkład imigracyjny, mechanizm działania kapitalistycznej korporacji, władza i paternalizm (prezydent, boss), wartości rodzinne, idolatria (popyt na bożyszcza), ożywianie mitu amerykańskiego gunfightera; skłonność do rozwiązań siłowych, mafijność, nepotyzm i korupcja; liberalizm i prawo do pogoni za swoim prywatnym „American Dream” realizowanej za pomocą różnych środków, m.in. w pogardzie dla prawa (obowiązującego wszak „maluczkich”) i ludzkiego życia (zwłaszcza wrogów).

Jednak popularność „Ojca chrzestnego” nie wiązała się raczej z faktem uświadomienia sobie przez publiczność powyższych aspektów. Bezpośrednie przyczyny były inne i – generalnie ujmując – proste: melodramatyzm, saga rodzinna i gangsterska zarazem, zajmująca intryga i suspens; obrazowość zbrodni, gwałtu i przemocy; poczucie wejścia za kulisy (satysfakcja voyeura dopuszczonego do tajemnicy), żywość, krwistość i (pozorna) wiarygodność postaci; realizm (a właściwie – też tylko jego pozory) a jednocześnie monumentalizm…
A jednak dopiero połączenie owych przyczyn zewnętrznych (bardziej oczywistych, łatwiej dostrzegalnych) i wewnętrznych (osadzonych nieco głębiej, również na poziomie archetypicznym), uczyniło z „Ojca chrzestnego” zjawisko kultury masowej, jak i tej nieco „wyższej”. Celowo nie wspominam o artystyczno-technicznej stronie obrazu – o mistrzowskiej reżyserii Francisa Forda Coppoli i aktorskich kreacjach Brando, Pacino, Duvalla, Caana… co przecież także było warunkiem jego powodzenia.

RODZINA JEST NAJWAŻNIEJSZA

Stwarzając "Ojca chrzestnego": Francis Ford Coppola i Marlon Brano na filmowym planie

We właściwych obszarach umieszczają już film początkowe sceny ukazujące wesele córki Don Vita Corleone, patriarchy włoskiego rodu, który już od dwóch pokoleń – jako Ojciec chrzestny – jest wyrocznią nie tylko w sprawach rodziny, ale też bardziej lub mniej legalnych interesów prowadzonych przez kontrolowaną przez niego lokalną społeczność.
To słynne już wesele okazuje się być idealną ekspozycją dla filmu. Po pierwsze: ustala epicki wymiar tej sagi (przypominającej dzięki temu jakiś wielki panoramiczny fresk); zapoznaje nas nie tylko z rodziną Corleone, czyli głównymi bohaterami, ale i z całym środowiskiem, jego mikrospołecznością. Po drugie: określa i ustala prawdziwą wagę filmowej problematyki. Przede wszystkim mamy sposobność zakosztowania hierarchii władzy. To jakby wprowadzenie do poznania jej genezy, znaczenia i mechanizmów działania. Uniżoność, a właściwie poniżanie się petentów Don Vita Corleone, kontrastuje z jego wyniosłością, jak również pewną nonszalancją i znużeniem omnipotenta. To właśnie uderza nas na samym początku.
Wesele owo, będąc doniosłym wydarzeniem w życiu rodzinnym, pozwala nam również na uświadomienie sobie wagi, jaką ma tu Rodzina. (Ciekawa sprawa z tym słowem „Familia”. Protesty Włochów amerykańskich skłoniły producentów filmu do zastąpienia określenia „mafia” – „familią”. A wydawałoby się, że powinno być raczej na odwrót. Tak więc wojna jaka od czasu do czasu wybucha w „Ojcu chrzestnym” nie jest wojną mafii, tylko wojna między rodzinami. Abstrakcja zastępuje konkret. Wydaje się być tym sposobem łatwiejsza do przełknięcia. To również dowód na to, że mafia jest dla niektórych ciałem bardziej „dotykalnym”, rzeczywistym, niż fikcyjne „rodziny”.)

Oprócz majestatycznej postaci Ojca chrzestnego (manieryczny acz dominujący obraz Marlon Brando, z policzkami wypchanymi watą – za wystąpienie to przyznano mu Oscara, którego zresztą nie przyjął) poznajemy jego trzech synów. Fredo Corleone (John Cazale) przysparza ojcu najmniej powodów do dumy. Słaby, niezdecydowany, niezbyt rozgarnięty… Z kolei Sonny (James Caan) jest prawą ręką (i bicepsem) Don Vita: energiczny, impulsywny, honorowy, bezwzględny. I wreszcie Michael (Al Pacino) – inteligentny, wykształcony, wrażliwy. Pragnie zerwać z przestępczym procederem rodzinnym (zgodnie zresztą z intencją ojca) i poświęcić się karierze politycznej lub prawniczej. Na razie celebrowany jako wojenny bohater (akcja filmu ma swój początek w połowie lat 40-tych, obejmując następnie całą dekadę) i oddaje romansowi z Diane Keaton. Postacią równie ważną w Familii Vita Corleone co jego synowie, jest Tom Hagen (Robert Duvall w niezapomnianym wystąpieniu). Wychowanek Rodziny, prawnik, pełni w klanie poważną i zaszczytną rolę consigliare, familijnego zausznika i doradcy.

Trzon dramaturgiczny filmu stanowi walka rodziny Corleone o dominację nad innymi rodami, jak również problem sukcesji władzy przejmowanej przez Michaela Corleone (Al Pacino), który niespodziewanie zostaje wciągnięty w sam środek zbrodni, po tym jak dokonano zamachu na jego ojca. Co było przyczyną? Otóż Don Vito Corleone odmówił swego poparcia (co pociągało brak poparcia ze strony wszystkich polityków siedzących u niego „w kieszeni”) dla handlu narkotyków, uważając ten proceder za haniebny. Pozostał przy rodzinnej „tradycji”: kontroli prostytucji, hazardu i egzekwowaniu haraczu za „protekcję” – czyli przy zajęciach godnych już „honoru Corleonich.

Mord jako rytuał przejmowania władzy

*

MORD – JĄDRO CIEMNOŚCI,  RYTUAŁ WŁADZY

Tym jednak, co najmocniej uderza w obrazie Coppoli, jest doświadczanie przez nas autentycznej genezy zbrodni, dotarcie do archetypicznego wręcz źródła przemocy, a tym samym – władzy. Bowiem to właśnie mord jest w universum „Ojca chrzestnego” Puzo tym, co daje komuś władzę (niejako ją przypieczętowując), co obdarza ich charyzmą przywódcy. Don Corleone staje się niemalże równy bogom, gdy wydaje wyroki śmierci, szastając ludzkim życiem. To wtedy całuje się go w rękę. Michael Corleone zostaje rzeczywistą głową Rodziny gdy sam, własnoręcznie, zabija swoich głównych wrogów, strzelając im z zimna krwią w głowy. To jakby rytuał przekazania władzy – jego chrzest bojowy, potwierdzenie i umocnienie założycielskiego mitu. Odtąd, dzięki temu, to właśnie on panuje nad ludzkim życiem i śmiercią. Umacniając własną pozycję Ojca chrzestnego, Michael popełnia wkrótce całą serię zabójstw, eliminując wszystkich swoich oponentów. Nota bene, sekwencja ta należy do najmocniejszych w – i tak już „mocnym” w swojej obrazowości – „Ojcu chrzestnym”. Warto też zwrócić uwagę na to, że zamachów dokonuje się w tym samym czasie, gdy Michael chrzści swojego syna. Tak to ukazuje Coppola – i jest to bardzo znaczące. Kulminacja zbrodni ma miejsce dokładnie wtedy, gdy Michael powtarza za kapłanem, iż „wyrzeka się szatana”. Może ów reżyserski zabieg jest nieco nachalny, ale za to bardzo skuteczny. Brutalizm tych sekwencji dławi ewentualną pretensjonalność podobnej synchronizacji.

Zwraca uwagę mistrzostwo stylistyczne Coppoli. Jego panowanie nad filmową materią jest totalne, ale zarazem takie, które nie odbiera obrazowi finezji, ani też wieloznaczności. Sam film stał się niemal obiektem „kultowym”. Określono go nawet jako dzieło definitywne dla genre’u filmu gangsterskiego.
Czy jednak owo ukontentowanie estetyczno-kinomańskie może zepsuć moralna implikacja filmu, refleksja nad jego etyczną znaczeniowością? Taka łyżka dziegdziu w beczce podziwu dla jego mistrzostwa? Jesteśmy bowiem zmuszeni niejako do solidaryzowania się (może nawet identyfikacji) z ludźmi stosującymi bez skrupułów brutalny, wojujący amoralizm. Jak jest to zwodnicze i moralnie dwuznaczne, można dostrzec w tym, że oto nadużywa się m.in. „wartości” rodzinnych dla wzbudzenia naszej sympatii dla ewidentnych przecież zbrodniarzy. Ciepło i więzy rodzinne ogarniają serca morderców. Ale czy nie ma to zakorzenienia w rzeczywistości, która zawsze jest wieloznaczna, nawet pod względem etycznym?
A może właśnie takie jest przesłanie „Ojca chrzestnego”: w świecie, w którym reguły wyznacza ziła, przemoc i długość „kija”, jedynym sposobem na zachowanie „ludzkiej” twarzy jest dwulicowość? Trzeba przyznać, że jest to przesłanie, od którego lodowacieje nam dusza.

*  *  *

Ludzkie ciepło i więzy rodzinne ogarniają serca morderców. Czy w "Ojcu chrzestnym" nadużywa się "wartości rodzinnych" dla wzbudzenia naszej sympatii dla ewidentnych skądinąd zbrodniarzy?

*

APENDYKS: Myślę że na rzeczy będzie, jeśli przy okazji tekstu o obrazie Coppoli załączę także notkę, którą napisałem nie tak dawno po obejrzeniu włoskiego filmu „Gomorrah”. Bowiem w pewien sposób oba te filmy ze sobą korespondują.

Mafia w kinie.
Jakże różnie może się ona panoszyć na ekranie.
Dajmy na to, taki „Ojciec Chrzestny” powstał na osnowie mitycznej, „Dick Tracy” – komiksowej, „Sopranos” – mydlano-operowej, „Gomorrah” zaś… grzebie się zgrzebnie (choć wychodzi z tego kolaż) w rzeczywistości już naprawdę „prawdziwej”.
Film oparty na motywach książki Roberto Saviano opisującej neapolitańską camorrę (która nota bene wydała na niego wyrok śmierci), odziera mafijną rzeczywistość z wszelkiego „romantyzmu” zbrodni serwowanego nam ongiś (po mistrzowsku zresztą) choćby przez Francisa Forda Coppolę, a nawet z morderczego demonizmu, jakim często epatował nas (poniekąd) Martin Scorsese. Może właśnie dlatego z pewnym zdegustowaniem patrzyłem na film Matteo Garrone, podświadomie oczekując kanonu, jakim zazwyczaj kino opisywało gangsterów i mafiozów. To, co zobaczyłem, było zaś dość niezborną, poszarpaną narracyjnie zbitką podrabianych na dokument obrazów. Jednak owo „zdegustowanie” absolutnie nie dotyczyło filmowej roboty, (która, moim zdaniem, jest jednak znakomita) a raczej tego, co widziałem na ekranie – czyli „zwykłego” piekła egzystencji włoskiej biedoty, „zwykłych” mordów dokonanych przez „zwykłych” zabójców na „zwykłych” ludziach. To jest według mnie największa siła tego filmu: odarcie zbrodni i świata przestępczego z jego mitycznego płaszcza, ukazanie całej tej banalności zła hersztbandy, złożonej głównie z prozaicznych, choć będących na granicy idiotyzmu i psychopatii, rzezimieszków.

"Gomorrah", czyli mafia odmitologizowana

*