OD PSÓW PO KONOPIELKĘ

.

Nie tak dawno zajrzałem do swojego archiwum skąd wyszperałem garść tekstów dotyczących kina, które napisałem jakiś czas temu, publikując je głównie w prasie polonijnej. Papier żółknie, wszystko przemija, wiele rzeczy przepada… więc chciałbym choćby część z tych prac ocalić (choć na chwilę) od zupełnej zagłady, zamieszczając je na mojej stronie. Tym bardziej, że w większości dotyczą one filmów, do których warto wrócić.

.

SCHODZIMY NA… „PSY 2”?

.

"Psy II. Ostatnia krew", czyli jak świat gangsterów wyobrażają sobie twórcy polskiego kina amerykańskiego.

„Psy II. Ostatnia krew”, czyli jak świat gangsterów wyobrażają sobie twórcy polskiego kina amerykańskiego

Pierwsza część „Psów” Władysława Pasikowskiego okazała się być najpopularniejszym filmem polskim pierwszej połowy lat 90-tych. Opowieść traktująca o „ubeckich biesach”, czyli o byłych pracownikach bezpieki przekwalifikowujących się na przemytników, gangsterów i bandziorów, już nie tyle państwowych, ale z własna inicjatywą, znalazła poklask u widzów szukających w kinie mocniejszych wrażeń.
Niezła sprawność warsztatowa, wartka akcja, ostre dialogi, dobre aktorstwo i nerw reżysera rzeczywiście uczyniły z „Psów” widowisko rozrywkowe, nietuzinkowe. Natomiast niczym nieskrepowane czerpanie pełną garścią z bogatych zasobów amerykańskiego kina sensacyjnego, mogło tylko wzmóc plebejski aplauz. Jednak film, mimo że wpisywał się w kontekst ówczesnych zmian politycznych w Polsce, to jednak robił to w sposób cokolwiek kartonowy i naciągany. Płaska psychologia i myślowa infantylność dodatkowo mogła odebrać ochotę na poważniejsze potraktowanie „Psów”. Po wielce obiecującym „Krollu” – debiucie reżysera – było to, moim zdaniem, zejście Pasikowskiego o szczebel niżej w artystycznej hierarchii kina – choć ciągle było to kino takie złe w klasyfikacji czysto rozrywkowej komercji. Niestety, „Psy 2” zaświadczyły, że Pasikowski schodzi jeszcze niżej, zatracając już zupełnie dobry smak, mieszając idee i wartości, gubiąc się w meandrach i niewiarygodności scenariusza.

Nie jestem ślepym przeciwnikiem przemocy w kinie. To, że staje się ona wulgarna, bezmyślna i odpychająca, zależy od fabularnego kontekstu filmu i jego artystycznej klasy. podobnie zresztą rzecz ma się z seksem. W pewnym otoczeniu ten sam akt erotyczny będzie zjawiskiem estetycznym, w innym zaś – pornograficznym. Tak właśnie – jako element sztuki – można potraktować przemoc w filmach, dajmy na to Kubricka, Scorsesego, Peckinpaha… Przypadek Pasikowskiego wymaga już wszak większej rezerwy.
Franz Maurer (Bogusław Linda), były ubek, wychodzi z więzienia, do którego trafił za krwawą jatkę dokonana w części pierwszej. W geście samopokuty zatrudnia się w… hucie, skąd natychmiast zostaje wyrzucony jako… łamistrajk. Zwerbowane jednak przez niejakiego gangstera Wolfa (Rafał Żmijewski)pośredniczy w zakupie polskiej broni przez rosyjską mafię i jej przemycie do ogarniętej wojna Bośni. Do przedsięwzięcia tego dokooptowuje swojego starego przyjaciela Nowego (Radosław Pazura), który na tę okazję urlopuje się z pracy w… policji.

cierpiętnicy od k..ew i bagna

Pasikowski i Linda mówili w wywiadach, że ich filmy nawiązują do obecnej rzeczywistości, a scenariusze ją odzwierciedlają. Linda wyraził się dosadniej: Dla mnie film „Psy” i moja w nim rola, wzięły się z nienawiści i pogardy do tego, co dzieje się w tym kraju.
Zważywszy na charakter roli Franza, stwierdzenie to brzmi – delikatnie pisząc – dość przewrotnie. Można się przy tej okazji spytać: to dlaczego – skoro tak cierpią oni z powodu otaczającej ich mizerii i bagna- z prawdziwą fascynacją i zaangażowaniem rzucają się (masochistycznie?) w najczarniejsze szambo?

Tutaj chciałbym przytoczyć próbkę dialogu z „Psów 2”, absolutnie dla filmu reprezentatywną. Oto trójka „naszych” bohaterów wraca furgonem po spotkaniu z rosyjskimi mafiozo i zainkasowaniu – bagatela! – 21 mln. dolarów. Transakcję przypieczętowała dzika i upojna noc ze śpiewem, trunkami i kobietami. Konwersacja dżentelmenów na miejsce nazajutrz, w samochodzie:

Żmijewski: Zamknij się i przestań mnie podkurwiać!
Pazura: Wolfo, nie krzycz!
Ż: Stul pysk, kurwa! Przynajmniej usiądź, a nie leżysz, jak wydymana kurwa!
P: Czego się czepiasz?!
Ż: Jeszcze się pytasz, gnoju? Miałeś kurwa nie pić! Miałeś kurwa pilnować kapusty! Miałeś kurwa pilnować 21 pierdolonych milionów dolarów! Miałeś ich nie spuścić z oczu, a nie urżnąć się i dymać małolatę.
P: Co się przypierdalasz? Zginęło coś? Podłożyłem torby pod nią, to jak mogły zginąć?
Ż: Miałeś kurwa pilnować tych pieniędzy, a nie się na nich rżnąć! Co ty kurwa jesteś, pierdolca małych dzieci?
P: Weź się! Jakie dzieci! Zwykła dziwka.
Ż: Nie na moich pieniądzach!
P: Ty, co się przypierdalasz? A ta twoja Jugolka to ile ma lat, jedenaście?

"Psy" jako przykład polskiego kina amerykańskiego

Macho, brutal, „prawdziwy mężczyzna”…? („Psy”)

Linda: Ona nie jest jego.
P: Ty się nie wpierdalaj między wódkę a zakąskę, bo coś powiem.
L: To mów!
Ż: Stul pysk, kurwa!
P: Boisz się! Nagle się przestraszyłeś chojraku, że mu coś powiem, co!?
L: Co mi powiesz?
Ż: Co ty mi tu kurwa pierdolisz?! Wytrzeźwiej!! Choć i od tego nie zmądrzejesz, bo to przecież niemożliwe, jak ktoś ma dziedziczny syf zamiast mózgu.
P: Ty nie mów tak do mnie. Zobaczymy czy będziesz taki twardy, jak się Franz dowie.
L: Czego się dowiem?
P: Co ty kurwa myślisz, że co?!
Ż: Że mu zależy? Że jest takim samym głupim gnojem, jak ty?
L: Na czym mi kurwa zależy!?
Ż: Że ją kupiłem od serbskiego kaprala za butelkę mocnej whisky, a sprzedałem mu za karton. To na czym ma mu kurwa zależeć, jeśli sam przepłacił?
L: Kupiłem ją i jest moja.
P: Twoja! Nie rozśmieszaj mnie! Rżnie się z nim, jak ty tylko stoisz za drzwiami. Ta twoja cholerna Nadia, rozumiesz? Gdy my gadamy przed domem, to ona w środku ciągnie mu. Zadowolony jesteś? I ten bydlak zarzuca mi, że się przespałem z 16-letnią kurwą, co sprzedaje dupę na ulicy od siódmego roku życia. No nie?!
Ż: Miałeś matkojebco pilnować pieniędzy!
(…)
itd. itp. (Wkrótce wybucha strzelanina i ogólna jatka, a ekran zalewa posoka.)

prawdziwi, wierni sobie mężczyźni

„Psy II. Ostatnia krew” (taki jest pełny tytuł filmu w sposób jakże subtelny nawiązujący do „Rambo: First Blood”) poparło kilka tzw. „poważnych” polskich periodyków. M.in. w „Polityce” Zdzisław Pietrasik pisał jak najpoważniej: Dlaczego młody, wrażliwy widz tak szalenie polubił Bogusława Lindę, grającego byłego ubeka z komunistyczną przeszłością? Może dlatego, że jest to prawdziwy mężczyzna wierny sobie, nie podobny do obłudnych mięczaków prawiących frazesy o „wartościach niezbywalnych?
I oto – dzięki opiniotwórczej „Polityce” – mamy wykładnię przyczyn tak wielkiego wzięcia „pasikowszczyzny”, szczególnie u widzów „wrażliwych”. (A tak przy okazji i na marginesie: chciałbym się mylić, ale czy przychylność „Polityki” nie wzięła się przypadkiem z faktu, iż jeden z jej prominentnych publicystów napisał nie tak dawno książkę biograficzną o Wojciechu Fibaku, nota bene producencie „Psów 2”?)

No cóż, mnie osobiście Linda wydał się tu karykaturą Brudnego Harry’ego, pamiętnego policjanta z filmu Eastwooda, który stawia siebie (tragicznie) ponad prawem, by „wyrwać chwasty” i uporać się z gangsterską szumowiną. Pietrasik zacytował jeszcze dość enigmatycznie Wajdę, który powiedział ponoć, że Pasikowski wie coś ważnego o polskim widzu. Rzeczywiście, Pasikowski w jednym zw wywiadów wyznał: …widz moich filmów nade wszystko przeraźliwie tęskni do podstawowych wartości: miłości, pokoju, uczciwości, rodziny, sprawiedliwości… Koniec cytatu.
A to dobre! I w tej desperackiej tęsknocie do owych cnót rzuca się, by oglądać „Psy 2”! (Nie wiem, czy Pasikowski zdawał sobie sprawę, że oto właśnie wymienia owe „wartości niezbywalne”, które wyszydził jego apologeta i poplecznik z „Polityki”.)

Co naprawdę miał na myśli Andrzej Wajda, wyrażając się tak oględnie, że dopuścić można każdą wygodną interpretację? Czy aby nie to, że gust masowej widowni w naszym kraju sięgną bruku i na wzbierającej fali ogólnego schamienia raczy się tanią jatką i agresywnym prymitywizmem? W końcu sam Pasikowski przyznaje, że Wajda wyraził się o nim, iż za cenę popularności nie powinien gloryfikować postaci tak wątpliwych, jak Franz Maurer.
Ja jednak chcę być optymistą i wierzyć, że widz potrafi w końcu oddzielić ziarno od plew. Np. w momencie obcinania Pazurze kciuka przy pomocy łopaty, lub wbijania w oko gwoździa, w kinie rozlegał się śmiech. Jedni, zgorszeni, uznali to za reakcję cyniczną publiczności, ja uważam to za przejaw zdrowia. Nikt chyba nie przejął się rzeczywistością filmu, uznając ją – słusznie zresztą – za fikcyjną. Osobiście radziłbym także podejść do filmu humorystycznie i uznać go za taki, jakim jest naprawdę: fantazją wyrośniętych chłopców, wariacją na temat: „Jak mały Władzio wyobraża sobie twardy, brutalny, ostry i ‚męski’ świat postkomunistycznych gangsterów.”

ewentualne atrakcje Pasikowskiego i kolaudacja Piwowarskiego

Władysław Pasikowski był gotów do realizacji następnego, napisanego przez siebie scenariusza pt. „Glok 17”. Komitet Kinematografii projekt odrzucił. Wśród negatywnych opinii ekspertów, znalazła się również reprymenda znanego reżysera („Yesterday”, „Marcowe migdały”, „Kolejność uczuć”…) Radosława Piwowarskiego:

1. Walory artystyczne projektu: brak
Uzasadnienie: Film z gatunku „seks i przemoc”, postawy i charaktery wzorowane na filmach pornograficznych: mężczyźni to samce i brutale; kobiety służą do bicia, ewentualnie kopulacji. Pomiędzy liczeniem forsy, mordowaniem i biciem, bohaterzy często mówią „kocham cię”, co ma tworzyć warstwę liryczną. Ukraińcy i Ruscy jako płatni mordercy, przedstawiciel świata biznesu – kompletna świnia.
2. Walory rozrywkowe: średnie.
Uzasadnienie: 9 trupów + trupy Ruskich i Ukraińców. 5 pieprzeń (aktów miłosnych). Stosunki sadystyczne (bicie dziewczyny sprzączką od pasa, gryzienie). 2 duże wybuchy (stodoła, statek). Męskie dialogi. Dowcipy. Mordobicia, niekonwencjonalne mordowania, sikanie na trupa i tym podobne atrakcje.
3. Przewidywana frekwencja: duża.
Uzasadnienie: Film nie wymaga wysiłku przy oglądaniu. Akcja toczy się sprawnie. „Dobro” zwycięża. Ładne auta.
4. Walory promocyjne: brak (festiwale, imprezy, eksport, itp.)
5. Uznaję projekt za: nadający się do realizacji.
6. Decyzja: nie popieram projektu.

Panie Radosławie, wypada panu podziękować. Nie tyle w imię polskich moralistów, co podatników i zwolenników dobrego kina.

(napisane w lipcu, 1994 roku)

greydot

MIŁOŚĆ, ZACHWYT, LĘK…   (o filmach Witolda Leszczyńskiego)

.

Zadziwienie światem, zachwyt nad cudem istnienia, pomieszany z lękiem przed potęgą natury; miłość i śmierć… „ŻYWOT MATEUSZA”, „KONOPIELKA”, „SIEKIEREZADA”, „KOLOS” – wszystkie te filmy łączy ze sobą wielka wrażliwość reżysera w próbie ogarnięcia rzeczywistości, w której na pewno nie „wszystko jest poezją” i „nie każdy jest poetą”. A jednak Witold Leszczyński widzi świat tak, jak Stachura – w jego filmach poezja jest wszędzie. Od nas zależy, czy to spojrzenie potraktujemy jako próbę ucieczki z tego świata, czy też jego wzbogacenie.

Przeglądać się w naturze, jak zwierciadle ("Żywot Maeusza")

Przeglądać się w naturze, jak zwierciadle („Żywot Mateusza”)

Zaczęło się od „Żywotu Mateusza”, lirycznej przypowieści o wiejskim „pomylonym”, pełnej ciepła i życzliwości do swoich bohaterów… To był pierwszy film Leszczyńskiego, w którym z „całą jaskrawością” wyłożył on nam swoje artystyczno-duchowe credo. „Żywot Mateusza” wyznacza styl, w którym ascetyzm i powściągliwość w doborze środków wyrazu, podkreśla tylko poetycką intensywność obrazu i jego egzystencjalno-humanitarne przesłanie.
Moim zdaniem niepotrzebnie na spotkaniu z publicznością po projekcji filmu, reżyser zaczął się tłumaczyć z win niepopełnionych – jakby chcąc uprzedzić zarzuty o stylistyczną sztuczność. Nawet zaprzeczenia, jakie padły ze strony publiczności nie mogły go od tego odwieźć.

Filmy, które nastąpiły po „Żywocie Mateusza” można potraktować jako rozwinięcie tego stylu, ewolucje motywów, które w zmieniającej sią formie, stawały się jeszcze bardziej elokwentne. Tak było w „Siekierezadzie” (z 1986 r.), tak jest w najnowszym obrazie Leszczyńskiego „Kolos”.
Wszystkie te tytuły – mimo, że za ich kanwę posłużyły utwory literackie różnych autorów – łączy podobna wrażliwość i sposób przeżywania świata. Wydają się one być wariacją na te same tematy, mówić o samotności człowieka otoczonego ludźmi i przyrodą, o pogoni za fantomem miłości i o fatalizmie umierania. Bohaterowie zarówno „Kolosa”, jak i „Siekierezady”, ogarnięci są obojętną, acz wspaniałą potęga natury i jej majestatem. Przyglądają się w niej, jak w zwierciadle, chcąc dostrzec po drugiej stronie Boga. W „Siekierezadzie” Jan Pradera zatrudnia się w charakterze drwala. Otoczony leśną głuszą, drzewami niemal dotykającymi wierzchołkami nieba i oprószonymi śniegiem, szuka w sobie siły przetrwania i miłości. Tak samo, jak Brage, bohater „Kolosa”. Wiedziony pozostawionym mu przez matkę przesłaniem („Będziesz kiedyś duży i silny. Wtedy spotkasz właściwą dziewczynę, którą pokochasz. Musisz jej dać wszystko i żądać od niej wszystkiego. Bo tylko miłość jest celem i sensem naszego życia.”), chwyta się miłości, jak ostatniej deski ratunku przed absurdem istnienia. Również i on zanurzony jest w dzikim i surowym splendorze natury: góry i jeziora Norwegii, zapierające dech w piersiach swym krystalicznym, chłodnym pięknem.
Lecz jest coś, co różni obu bohaterów w ich głodzie uczucia. Miłość Bragego znajduje swe cielesne spełnienie. Dla Janka Pradery ukochana dziewczyna na zawsze pozostanie Gałązką Jabłoni – jasnowłosą zjawą z jego słów i marzeń.

Jest jednak w „Żywocie Matgeusza”, „Siekierezadzie” i „Kolosie” coś, co może prowokować w nas jakiś instynktowny sprzeciw.
Zarówno Pradera, jak i Brage (również Mateusz) wybierają samobójstwo – z tym, że finał, puenta tych filmów zawiera w sobie irytującą przewrotność. „Siekierezada” i „Kolos” zadają pytanie: „Czy warto żyć?”, po czym uśmiercają swoich bohaterów, a następnie odpowiadają: „Pewnie, że warto!” (Piosenka, jaką na zakończenie „Siekierezady” śpiewa Daniel Olbrychski, swoje „Nie, nie warto!”, zamienia jednak w konkluzję: „Jeszcze jak warto!”) Brage, który jest już „duży i silny”, czyli takie, jakim chciała go widzieć matka, nie może się pogodzić ze śmiercią swej ukochanej. Ciągnie na saniach jej martwe ciało, odchodząc w lodowatą, bezkresną dal. Ale żegnając się z nami, podnosi pięść i wydaje okrzyk, który jest dla nas głosem życia, a nie śmierci.

W „Siekierezadzie”, pod postacią Pradery, Stachura opisał siebie (pojawiający się tam Kątny – Olbrychski stanowi zaś jego alter ego). Znamy tragiczne przypadki tego poety, jego twórczość, dzięki której zrodził się mit, kult niemalże. Sted popełnił taki sam grzech, jak Pradera – sławiąc wolę istnienia, odwagę życia i poezję świata, wybrał śmierć (a może wykreował w sobie świat urojony, w którym śmierć wybrała jego?). Natomiast jeśli chodzi o Brage – to na cóż mu ta siła, skoro świadomie rezygnuje z szukania nowej miłości, a choćby tylko woli przeżycia i zmierzenia się ze swoim nieszczęściem? Czy to czasem nie jest jakaś egzystencjalna ironia i paradoks: moc owych bohaterów służy im w końcu tylko do odnalezienia w sobie tyle odwagi, by odebrać sobie życie?

„Konopielka” umożliwiła Leszczyńskiemu pozostanie w kręgu tematu „wiejskiego” (rozumianego zresztą bardzo powierzchownie), będąc pretekstem do ponownego oczarowania nas realizmem „magicznym”. Czy tekst Redlińskiego daje się przełożyć na język filmowego obrazu i to taki, który na dodatek byłby niejako idiomem Leszczyńskiego? Czy możliwe było to, by gęstość i bogactwo świata „Konopielki” „pisanej”, przenieść na ekran? Reżyser poddał jednak tę literacką materię transformacji, która w jego ujęciu zaczęła żyć własnym życiem, wypowiadać się swoim własnym językiem – zdobywając przy tym artystyczną autonomię.

Zupełnie inaczej oglądało mi się tę ciętą (choć przecież w istocie ciepłą) satyrę na polską wieś (zapadłe gdzieś nad bagnami Taplary) pod wieżowcami chicagowskiego downtown, niż przed laty, w kraju. Ciemnota, zabobony, brud, szpetota… z tego wszystkiego łatwiej śmiać się na własnym podwórku, niż poza jego opłotkami – za Oceanem, w Wielkim Mieście. Jednakże amerykańska publiczność zgromadzona w sali kinowej Art Institute nie była publicznością przypadkową, a przez to łatwiej jej było przyjąć tak umowną konwencję. Poza tym, łatwiej jest odebrać nam to, że śmiejemy się z siebie sami, niż gdy śmieje się z nas ktoś obcy. Bądź co bądź jednak, zarówno Redliński, jak i kroczący jego śladem Leszczyński, z wielką życzliwością traktują mieszkańców Taplar. Różnią się tym zdecydowanie o takiego np. Kosińskiego, który swoich chłopów w „Malowanym ptaku” popchnął ku koślawej grotesce i pornografii okrucieństwa. „Konopielka” też nie szczędzi taplarskich bohaterów, niemniej jednak zawsze zachowuje ich ludzkie oblicze.

Miło zauważyć, że w ślady Witolda Leszczyńskiego idzie w Polsce młody reżyser Jan Jakub Kolski (nawet Franciszek Pieczka dostał mu się w schedzie), który takimi filmami, jak „Pogrzeb Kartofla”, „Pograbek” czy ostatnio „Jancio Wodnik”, wypracowuje swój oryginalny styl, ciepłą liryką owiewając ludowy przekaz i wiejskie krajobrazy.

(napisane w kwietniu 1994 r.)

greydot

"Konopielka" - cięta, choć ciepła satyra na polską wieś

„Konopielka” – cięta, choć ciepła satyra na polską wieś

.