JAK SIĘ WIDZĄ, TAK SIĘ MALUJĄ – AUTOPORTRET W MALARSTWIE

*

*

1.

Na ile nasza skóra jest zrośnięta z naszą tożsamością?
Kim byśmy się stali gdyby przeszczepiono nam twarz innego człowieka? (O ile dobrze sobie przypominam, podobnej operacji dokonano niedawno we Francji… lecz chodziło chyba tylko o nos i podbródek).

Nasze przywiązanie do zewnętrznej powłoki jest totalne. Wręcz utożsamiamy z nią całe nasze jestestwo. Stąd niewątpliwy szok jaki wywołałaby podobna transformacja, gdybyśmy nagle obudzili się z inną twarzą.
Czy możemy sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby ludzie mogli zmieniać twarze jak rękawiczki?
Jaki to miałoby wpływ na ich osobowość? Na międzyludzkie relacje?
Trudno byłoby uniknąć dezorientacji związanej z rozchwianiem się tożsamości, jakie niewątpliwie by to za sobą pociągnęło.

* * *
Bez wstrząsu możemy akceptować tylko te zmiany w naszej aparycji (sylwetka, twarz), do których przyzwyczajamy się stopniowo. Wtedy nasza psychika może nadążyć za zmieniającą się fizycznością ciała – mamy czas na przebudowanie naszej, sprzężonej niejako z wiekiem, tożsamości.
Wyobraźmy sobie jednak, że idziemy spać z obliczem 20-latka, a kiedy się budzimy następnego dnia rano, w lustrze widzimy twarz 80-letniego człowieka.
Powodem doświadczonego przez nas wówczas horrendum nie byłby stracony czas, a zmiana, jakiej uległoby nasze oblicze i ciało.
Całe nasze życie przygotowuje nas do tej przemiany. Każda zmarszczka na naszym czole ma swoje miejsce w harmonogramie naszego trwania i przemijania.

* * *
Twarz dziecka jest obietnicą, nadzieją, prawdą, szczerością, spontanicznością, zapowiedzią nowego życia… Dlatego wzbudza w nas przeważnie pozytywne uczucia – często czułość, a nawet radość. Nie ma jeszcze na niej znamion mijającego czasu. Zmiany bardziej przypominają rozkwitanie.

Twarz wieku dojrzałego jest chyba najbliższa temu naszemu kardynalnemu „Ja” – naszej pełnej tożsamości, istotności, w pełni ukształtowanej już osobowości. Z satysfakcją jeszcze spoglądamy w lustro – jesteśmy w pełni sił, świat ciągle należy do nas.

Starość patrzy już na siebie częściej z melancholią, lecz słabnięcie sił życiowych może rekompensować sobie własną mądrością, doświadczeniem, a jeśli ma się za sobą udane życie – poczuciem spełnienia.
Czas jednak dokonuje gwałtu na naszych ciałach – skóra wiotczeje, marszczy się, zanikają mięśnie, kości stają się kruche; ciało człowieka jakby rozpada się za życia – przychodzi niedołężność, drżenie, zmęczenie…

Kiedy byłem dzieckiem, stare twarze wydawały mi się brzydkie, patrzyłem na nie tak, jakby należały do ludzi innego rodzaju – z jakiegoś innego świata.
Teraz jednak widzę je inaczej. Bardzo często wydają mi się piękne, mimo zmarszczek i deformacji… Mam wrażenie, iż w tych twarzach jakby zwielokrotnia się człowieczeństwo, coś się intensyfikuje, dopełnia się ludzka kondycja.

* * *
Obserwuję dziwne i zastanawiające zjawisko: otacza mnie coraz więcej młodszych ode mnie ludzi ;)

* * *

2.

Witkacy - demoniczne spojrzenie metafizyczne?

*

Przeglądam właśnie galerię autoportretów malarzy bardziej lub mniej znanych, którzy na przestrzeni wieków utrwalali na płótnie obraz samego siebie.
Co za fascynujące bogactwo interpretacji własnego ego!

W tych wizerunkach nawet to, co na pierwszy rzut oka wydaje się być negacją, zyskuje jakąś wielką moc afirmacji.

Patrząc na te obrazy, przypomina mi się zdanie, jakie znajdujemy w jednej ze sztuk Szekspira: „Jesteśmy z takiej samej materii, z jakiej zbudowane są sny”. Wydawać by się zatem mogło, że nawet najbardziej realistyczny portret człowieka jest ledwie widmowym odbiciem prawdziwej osoby z krwi i kości.
Ale czymże są teraz nasze wyobrażenia o tym, jak wyglądali Da Vinci, Rembrandt, Rafael, Tycjan, Rubens… jak nie obrazem jaki utrwalili oni w swoich autoportretach?
Co bowiem zostało z ich cielesnej powłoki?

Oszołomić nas może różnorodność z jaką w malarstwie przedstawia się ludzką postać. Malarz, w chwili kiedy staje przy sztalugach, ma przed sobą nieskończone pole możliwości. Również wtedy, kiedy maluje samego siebie. Aż dziw bierze, że taka świadomość nie jest paraliżująca.
Wbrew obiegowej opinii o próżności artystów, większość z tych autoportretów przedstawia obraz dość brutalny – widzimy na nich człowieka z całą jego fizyczną przypadłością, często nawet podkreśloną.
Emfaza własnej ułomności…
Czym ją można tłumaczyć? Gorzkim buntem przeciw zamknięciu w klatce ciała, w którą nas wepchnięto? Melancholijnym jękiem wobec przemijania cielesnej urody? Manifestacją wewnętrznych demonów artysty?

* * *
Są również autoportrety pełne narcyzmu – bardziej lub mniej niewinnego. Wtedy ktoś się maluje tak, jak chce, aby go widzieli inni – co nie zawsze jest jednoznaczne z upiększaniem, czy też idealizowaniem samego siebie, choć najczęściej narcyz widzi siebie piękniejszego, niż jest w rzeczywistości.

Leonardo da Vinci

Piękne twarze nie potrzebują jednak autoafirmacji. Kiedy mamy do czynienia z rzeczywiście piękną fizis przeniesioną wiernie na płótno, nie czujemy w tym narcyzmu. Leonardo da Vinci naszkicował własną twarz kiedy był już starcem, ale nawet w takim wizerunku uderza nas szlachetność rysów, która nie wymaga żadnej idealizacji.

Albrecht Dürer  przedstawiał siebie jako dandysa (autoportret, który wisi teraz w Prado, jest jednym z najwspanialszych tego rodzaju płócien w dziejach europejskiego malarstwa). Choć niezwykle przystojny, podkreślał swoją urodę strojąc się w piórka modnisia. Ale stworzył też Dürer  autoportret wręcz szokujący: zakreślony czarnym tuszem akt, z którego bije nagi naturalizm z siłą, na jaką trzeba było czekać w europejskiej sztuce ponad 400 lat – aż do ostrych i brutalnych w swym drapieżnym ekshibicjonizmie aktów Egona Schiele. (Swoją drogą warto się zastanowić: dlaczego męskie genitalia wydaja się tak dramatyczne?)

* * *
Rembrandt namalował ponad 200 obrazów, na których rejestrował swoją zmieniającą się z wiekiem twarz – od pełnego obietnic młodzieńca, przez hedonistycznego bon vivanta, po sponiewieranego życiem starca. Wydaje się, że najważniejsza była dla niego prawda. Stąd ich wielki autentyzm.

Najbardziej rozpaczliwe podobizny samego siebie zostawił nam Vincent Van Gogh. Te jego niebiesko-zielone oblicza ze schwytanym weń koszmarem obłędu i cierpienia prześladują nas tym bardziej, że jest to malarstwo, które zrywa z całą swoją dotychczasową obrazkową tradycją.
Portrety Van Gogha przestają być malunkami, które po prostu kogoś (lub coś) przedstawia a są bardziej piętnem, jakie wyciska na płótnie żywa postać – czujący człowiek.

* * *
W naprawdę dobrym portrecie najważniejszy jest człowiek a nie estetyka. Sprawą drugorzędną są użyte środki – cały ten plastyczny sztafaż.
Bardziej niż styl, liczy się ludzka treść.

*  * *
Wydaje się, że nasze JA wyziera głównie z naszych oczu. To dlatego, chcąc ukryć czyjąś tożsamość na zdjęciu, zasłania się tej postaci oczy czarnym paskiem lub „rozmywa” w tym miejscu obraz.
Trudno doprawdy znaleźć autoportret, na którym nie byłyby widoczne oczy malarza. Note bene, zazwyczaj patrzą one na nas, przez co konfrontacja między patrzącym a oglądanym się potęguje. (Bowiem całe malarstwo jest, według mnie, jedną wielką konfrontacją między malarzem a odbiorcą.)

Autoportret zaś, to dodatkowo konfrontacja artysty z samym sobą.

* * *
A jednak moja twarz – to nie jestem JA. To, kim jestem, tak naprawdę skrywa się za moją twarzą, która jest dla mnie zaledwie środkiem…  zarówno ekspresji samego siebie, jak i porozumienia z Tobą.

Czy ktoś, tworząc autoportret, pragnie wyrazić siebie, czy też raczej chce z samym sobą się porozumieć? A może chce porozumieć się z nami?
Fakt, że w te relacje zamieszany jest jeszcze widz, czyli ktoś postronny, czyni z autoportretu coś niezwykle intensywnego i szczególnego.

* * *
Fenomen autoportretu polega jeszcze na czymś innym, a mianowicie na możliwości zdystansowania się do samego siebie.
Patrzcie: oto ja a jednak nie ja. Widzicie? Ja to wyrzuciłem z siebie!
Ile mnie jeszcze w tym zostało?
Możecie traktować tę podobiznę jak lalkę voodoo, ale i tak mnie nie dotkniecie!
Ja to sprawiłem – pozbyłem się obrazu samego siebie.
Czyż nie mam władzy nad samym sobą?

Albo: nie mogę się tego pozbyć. To „coś” – ten „ktoś” mną zawładnął. Jestem schwytany w takiej oto klatce – pułapce z ciała, życia, charakteru i okoliczności!
Cóż mnie może obchodzić to, czy się wam ona spodoba, czy też wyda się odrażająca!? A nawet jeśliby mnie obchodziło, to jakie to miałoby znaczenie?
Przeznaczenie jest jedno. Zmieniający się obraz nas samych.

Ecce Homo.

* * *

Albrecht Dürer

*

Rembrandt

*

Van Gogh

*

Egon Schiele

*

Élisabeth-Louise Vigée Le Brun

*

Jenny Saville

*

Jacek Malczewski

Ilustracje: U góry (pod tytułem) – fragment obwoluty książki „500 Self-Portraits” (wyboru obrazów dokonał Julian Bell) oraz, poniżej artykułu – pary autoportretów (kompliacja autorska) odnalezionych w zasobach internetowych i własnych.

 Kolekcję najsłynniejszych autoportretów w historii malarstwa obejrzeć można TUTAJ.

„ZERO”, „MATKA TERESA OD KOTÓW”, „MISTYFIKACJA”, „ZWERBOWANA MIŁOŚĆ”, „CUDOWNE LATO”, „HUŚTAWKA” (o filmach 22. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce – cz. II)

Festiwal Filmu Polskiego w Ameryce dobiega końca. Oto omówienie pozostałych filmów, które znalazły się w jego repertuarze.

Co decyduje o naszym życiu: precyzja przypadku czy pozorny chaos przyczyn i skutków ("Zero")

*

„ZERO” (reż. Paweł Borowski)
** * * * * *

Co decyduje o naszym życiu? Przypadek? A może poddane jest ono żelaznej zasadzie przyczyny i skutku?
W jakie relacje wchodzimy z innymi ludźmi, których nie znamy – spotykając ich na ulicy, w szpitalu, w sklepie, autobusie? (Wędrujących monad, które kolidują, to znów łączą się ze sobą – współdziałając lub rywalizując?) Czy rzeczywiście jesteśmy jak te (widoczne w „Zerze”) kulki Newtona, które przekazują sobie energię kinetyczną, uderzając w siebie i od siebie odskakując? Czy jedno nasze „tak” lub „nie” może zadecydować o czyimś życiu lub śmierci? Jaka jest w tym wszystkim nasza rola: bezwolnego trybiku mechanicznej rzeczywistości, czy też siły, która wprawia w ruch poszczególne jej elementy?
Czy ktoś potrafi przekonująco dla nas na wszystkie te pytania odpowiedzieć? Pytanie retoryczne.
Nie łudźmy się także, że dostarczy nam tych odpowiedzi „Zero”. Nie, Paweł Borowski w swoim doskonałym pełnometrażowym debiucie jedynie owe mechanizmy i reguły nam unaocznia. Należy dodać: niesłychanie precyzyjnie, obrazowo i sugestywnie, ukazując pozornie chaotyczny i przypadkowy zbiór kilkudziesięciu (!) osób, które zaludniają społeczne universum jakiegoś większego miasta w Polsce (choć równie dobrze mogłoby się to dziać wszędzie).

Zderzamy się ze sobą jak kulki Newtona (Marian Dziędziel jako taksówkarz w "Zerze")

Pomysł formalny „Zera” nie jest nowy (to dlatego, jak widzę, wszyscy w recenzjach rzucili się gremialnie, by wytknąć reżyserowi „zapożyczenia” choćby od Iñárritu, czy Altmana). Ale przecież to, że ktoś stosuje jakąś (techniczną w sumie) formułę, czy też raczej formę, nie oznacza tego, że nie może jej wypełnić swoją oryginalną, artystyczną treścią, która z „plagiatem” nie ma nic wspólnego.
A wykorzystanie tej formuły przez Pawła Borowskiego jest niezwykle zręczne, rzec można – mistrzowskie. Ja przynajmniej tak to odbierałem: te płynne przejścia od jednej postaci do drugiej, od jednego epizodu do drugiego, w sposób harmonijny scalający różne wątki; te  układające się jak w kalejdoskopie fragmenty świata stykających się ze sobą ludzi, pozornie chaotyczne, ale jakby prowadzone na sznurku jakiejś wyższej konieczności, którą zwykle nazywamy losem? (A w filmie montażem ;) )
To prawda, że widz nie przyzwyczajony do tego sposobu narracji może się czuć początkowo zagubiony, jednak dość szybko wszystkie te kawałki filmowego puzzla zaczynają się układać w dość czytelną i uzupełniającą się sukcesywnie całość.

Tak się zastanowiam, co może oznaczać to „Zero”? Rondo opowieści, która zatoczyła krąg by powrócić do punktu wyjścia, czyli zerowego? Czy też zerowy bilans strat i zysków w transakcjach, które przez cały czas zawierają ze sobą wszyscy pojawiający się na ekranie ludzie? Zwróćmy na to ostatnie uwagę, bo owa ciągła wymiana pieniędzy, jakiej jesteśmy świadkami oglądając film, to bardzo czytelny trop, choć nie do końca jednoznacznie wyjaśniony. Gdyż interpretacja, oczywiście, powinna należeć do nas. A jaka ona jest? Czy ma to sugerować, że wszystkie nasze relacje, związki i kontakty z innymi ludźmi to nic innego jak takie transakcje – handel wymienny, czyli nie bezinteresowność ale zawsze „coś za coś”? Czy też to, że życie zawsze zamieni nas w końcu na drobne? Albo że los i przypadek to są takie waluty wymienne, którymi „siły wyższe” kupczą naszym życiem?
A może tytułowe „Zero” to odniesienie do zerowej entropii, w której ostatecznie zastygnie całe nasze Universum, nie wspominając o nas, żywych – jak na razie – jego elementach?

Trzeba jednak przyznać, że cała ta mozaika nie układa się w obraz nazbyt optymistyczny. Niemal wszyscy bohaterowie „Zera” kończą dość marnie, pozostawieni sam na sam ze swoim pokręconym losem, odseparowani od innych ludzi, mimo pozornej bliskości i wzajemnego „zazębienia” . Każdy z nich ma jakąś ciemną stronę, drugie dno, gdzie osadzają się wszystkie ich wady i słabości. Niemal wszyscy wszystkich okłamują, stwarzają pozory, coś skrywają, chcą kogoś wykorzystać… No i jeszcze te tragiczne wypadki (trzeba przyznać, że trochę ich za dużo, jak na jeden dzień z życia szeregowych ludzi).
Ale czy można mieć do kogokolwiek o tę  raczej ciemną paletę zdarzeń pretensje? Może i można, ale ja akurat w tym przypadku nie chcę ich artykułować. Wystarcza mi bowiem satysfakcja z tego, że obejrzałem oto film nietuzinkowy, absorbujący, dający do myślenia… jednym słowem – znakomity.

„MATKA TERESA OD KOTÓW” (reż. Paweł Sala)
** * * * * *

Gdzie kończy się zły charakter a zaczyna psychopatia? ("Matka Teresa od kotów")

*

Paweł Sala znalazł na nas, widzów, sposób dość perfidny: już przy pierwszym kontakcie wali nas obuchem po łbie, no a potem to już tylko się znęca i jątrzy, rozgrzebując ranę, wcale nie ułatwiając nam zrozumienie tego: dlaczego?
Dlaczego dwóch braci zamordowało własną matkę, odrzynając jej głowę, pakując do szafy, gdzie jej ciało zaczęło gnić i wydzielać potworny trupi odór?
Czy usprawiedliwia go to, że postanowił zabawić się w Hitchcocka? Czy mnożąc przeróżne możliwości interpretacji i motywów tej zbrodni, budując misternie autorską (mocno przecież wykoncypowaną) strukturę filmu, nie zdradza on swego etosu beznamiętnego dokumentalisty, którego głównym celem winno być dotarcie do tzw. „obiektywnej” prawdy (czyli rozjaśnienie ludziom w głowach ich wizji świata, aby stał się on dla nich bardziej zrozumiały i sensowny?)
A Sala z premedytacją postępuje wręcz przeciwnie, mnożąc jedynie znaki zapytania, mącąc nam w umysłach, celowo podsuwając różne tropy, być może nawet mylące – co jest już jednak pewnego rodzaju manipulacją.
I, jak się wydaje, ci, którzy przed filmem uklękli – te wszystkie haczyki połknęli, przyłączając się do chóru zachwyconych niejednoznacznością i enigmatycznością obrazu.

Jak z Hitchcocka?

A Salę zdradza właśnie ten Hitchcock, który mistrzem suspensu był, ale z realizmem to już wiele wspólnego nie miał, bawiąc się właściwie swoją konwencją i zapraszając do tego widzów, którzy zresztą dość pokornie mu w tym ulegali. Bo to była zabawa. Ale i wielka sztuka.
Dlatego na film Sali wypada patrzeć bardziej jak na film, a nie silić się na dociekanie tego, co zdarzyło się w (poza filmowej) rzeczywistości, do której – zwróćmy na to uwagę – film ten wyraźnie i ostentacyjnie wręcz się odwołuje.

Obserwując więc „Matkę Teresę od kotów” z takiej właśnie perspektywy, muszę przyznać, że reżyser jednak tej wielkiej sztuki dokonał, przykuwając uwagę, prowokując i zmuszając do myślenia, choćby tylko było to myślenie o filmowych postaciach.
To prawda, w obrazie tym można się doszukać tak wielu niuansów, ciekawych wątków i zastanawiających szczegółów, że moglibyśmy je bez końca analizować, gubić się w domysłach, rozkładać całość na czynniki pierwsze… co akurat tutaj może być zajęciem stymulującym, absorbującym i ciekawym. Jak również wskazywać nie tylko na wysoki stopień psychologicznego skomplikowania ukazanych w filmie ludzkich zachowań, ale i na zawarte w nim bogactwo merytoryczne i formalne. I to jest niewątpliwie sukces „Matki Teresy od kotów”, a konkretnie twórców tego filmu, którzy zdołali to osiągnąć za pomocą… tak, tak… nie bójmy się tego słowa – artyzmu.
Przejmujące aktorstwo, niesamowite ujęcia, niezapomniany, archetypiczny i katarktyczny jak w antycznej tragedii chór starych kobiet, chwytająca nas za mózg, uszy, nerwy i serce scena finałowa… Długo by tak można…

„MISTYFIKACJA” (reż. Jacek Koprowicz)
** * * * * * – film ogólnie
** * * * * * – aktorstwo, ze szczególnym wskazaniem na Ewę Błaszczyk

Żart z Witkacego? (Jerzy Stuhr w "Mistyfikacji")

Tak niezbornego polskiego filmu to ja już dawno nie widziałem. W „Mistyfikacji” jak na dłoni widać, że nawet jeśli poszczególne elementy filmu są niezłe, produkcja solidna, aktorzy do gry się przykładają, a nawet mają z niej frajdę, scenariusz jest ciekawy a historia niebanalna, to niekoniecznie jako całość film też musi być dobry.
Dlaczego więc to wszystko nie trzyma się kupy? Nie chcę wskazywać palcem, ale możemy się domyślić: to właśnie ten brak formy, czyli czegoś, czemu Witkacy, (który, jakby nie było, jest głównym bohaterem filmu Jacka Koprowicza) poświęcił większość swoich rozmyślań o sztuce. Ja nie mam pretensji o to, że nie zobaczyłem na ekranie prawdziwego Witkacego (Jerzy Stuhr jako Witkac to żart chyba jakiś), ani nawet o to, że film nie miał właściwie nic z tego jego – nomen omen – ducha. Ja mam pretensje o to, że starano mi się sprzedać kabaret jako powieść metafizyczną, a powieść metafizyczną jako kabaret – mieszając to wszystko ze sobą bez ładu i składu. To jest po prostu brak artystycznej koncepcji, albo tej koncepcji nietrafiona egzekucja.

Historia opowiedziana w filmie opiera się na założeniu (sugestii?), że Stanisław Ignacy Witkiewicz we wrześniu 1939 roku swe samobójstwo upozorował, do grobu na Podlasiu złożono zwłoki kogoś innego, natomiast sam pisarz, malarz, filozof i prowokator żył sobie w najlepsze (?) w PRL-u aż do końca lat 60-tych, w mieszkaniu swojej kochanki Czesławy Oknińskiej, która tę wspólną próbę samobójczą rzeczywiście przeżyła. Teza ta (fabularna) wzmocniona jest faktami: rzeczywiście do Zakopanego, po ekshumacji domniemanego grobu Witkacego, przywieziono zamiast niego szkielet jakiejś młodej kobiety; rzeczywiście, jeszcze długo po wojnie do Oknińskiej przychodziły kartki z podpisem Stasia; rzeczywiście zaczęła ona sprzedawać obrazy Witkacego, które (ponoć) wcześniej spłonęły w Powstaniu Warszawskim… itd. Ale pewności oczywiście nie ma, więc także w filmie Koprowicza potraktowane jest to dość dwuznacznie: sugeruje się bowiem, że żyjący po wojnie Witkiewicz może być wytworem chorej wyobraźni (schizofrenia lub rak mózgu) Oknińskiej (granej przejmująco – być może nawet zbyt przejmująco jak na ten rodzaj filmu – przez Ewę Błaszczyk).

Zjawiskowa Ewa Błaszczyk (w roli muzy Witkacego)

A jednak odroboinę (?) zirytowało mnie to, że Witkacego przedstawiono w tym filmie jako skapciałego satyra i obleśnego erotomana, redukując jego inspiracje do kochanek, tzw. „loda” i „kurew” (bo tylko „kurwy dają prawdziwą wolność artyście” – jak wykrzykuje raz po raz w filmie Stuhr Starszy); zaś jego myśl filozoficzną do sztubackich neologizmów, typu: „na dudka-wystrychizm, kłamizm, neo-naciągizm, fałszyzm, nabieryzm, w pole-wyprowadzizm”... (czym ponoć mamy się zachwycić doceniając myślicielską oryginalność i przenikliwość naszego bohatera).
No, proszę wybaczyć! Dzieła Zebrane Stanisława Ignacego Witkiewicza (nota bene dobrego znajomego Malinowskiego, Schulza, Gombrowicza, Nałkowskiej…) liczą dobre 25 tomów! Czy nie należało mu się choć ciut, ciut więcej jakiejś… złożoności i głębi?
A tak… co o nim może sobie pomyśleć młodzież, która o Witkacym dowie się oglądając tę… no cóż… „mistyfikację”?

„ZWERBOWANA MIŁOŚĆ” (reż. Tadeusz Król)
** * * * * *

Skradzione serce prostytutki ("Zwerbowana miłość")

Wbrew nieszczęsnemu, moim zdaniem, tytułowi, (tak a propos: jeśli chodzi o tytuły, to podejrzewam, że są one czasami bardziej wymysłem producentów i dystrybutorów filmu, niż jego rzeczywistych twórców…  podobnie zresztą sprawy się mają z plakatami, które niekiedy przystają do filmu jak pięść do nosa… a wszystko to wydaje się być kierowane powodami czysto komercyjnymi) fabularny debiut Tadeusza Króla zaskoczył mnie bardzo, bardzo pozytywnie. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się tak klimatycznie, nastrojowo i z wielkim wyczuciem stylu zrobionego filmu.
Mimo że obraz ten nawiązuje do konkretnych wydarzeń najnowszej historii Polski (koniec lat 80-tych, rozsypujące się demoludy, padający peerel, konstytuujący się okrągły stół, popłoch i reorganizacja wewnątrz służb specjalnych), to bardziej niż naszą swojską szarzyznę, przypominał mi on kino noir i francuskie filmy Nowej Fali, zwłaszcza w momentach wielkich zbliżeń kamery i sączącej się spoza kadru, jazzującej i lekko hipnotyzującej muzyki (a wszystko to najczęściej spowite było półmrokiem, rozjaśnianym wszakże grą nocnych świateł).
Ale oczywiście, film Króla to nie tylko obraz i dźwięk. To także love story – opowieść o miłości i innych ludzkich uczuciach. Miłości – należy dodać – w swojej banalności i zwykłości niezwykłej, bo takiej, która zrodziła się między… prostytutką (piękna i zdolna aktorsko Joanna Orleańska)  a esbekiem (piękny inaczej, ale równie zdolny Robert Więckiewicz, który wydaje się ostatnio specjalizować w rolach „ludzkich” esbeków, patrz: Rożek w „Różyczce”).
Naturalnie kryminalna intryga stanowi główną oś dramaturgiczną filmu, ale jego duszę wypełnia jednak rozbudowana psychologia postaci, których Król traktuje nie tylko z zainteresowaniem, ale i wielką empatią, poświęcając im swoją – rzec nawet można, intymną – uwagę. To pewnie dzięki temu film momentami staje się dla nas czymś przejmującym. A tego raczej nie mogła by dokonać sama tylko fabularna sensacyjność wątku.

Seks, miłość i reorganizacja służb specjalnych (Joanna Orleańska i Robert Więckiewicz w "Zwerbowanej miłości")

*

„CUDOWNE LATO” (reż. Ryszard Brylski)
** * * * * *

Podczas spotkania z reżyserem, które odbyło się po projekcji filmu w kinie Pickwick w pod-chicagowskim Park Ridge, wstała pewna kobieta i zamiast skierować pod adresem Ryszarda Brylskiego jakieś pytanie, złożyła mu komplement: „Cudowne lato” bardzo jej się podobało, miło jej się ten film oglądało i czuła ulgę, że wreszcie pokazano coś, co nie jest związane z naszą narodową martyrologią, ani z polityką, czy też światem przestępczym.
Jednym słowem: sielanka, mimo, że film jest opowieścią dziejącą się niemal wyłącznie w… zakładzie pogrzebowym i na cmentarzu.
I taka jest prawda – jeśli ktoś oczekuje, że w kinie dostarczy mu się rozrywki na dobrym poziomie mydlanej opery, to „Cudowne lato” jest filmem właśnie dla niego.
Z drugiej zaś strony, powiedzmy sobie szczerze, wybitne dzieło filmowe to nie jest. I szukanie w filmie Brylskiego czegoś więcej ponad konfekcyjną rozrywkę i chwilę wytchnienia od prozy dnia naszego powszedniego, byłoby nieporozumieniem.

"Cudowne lato" na cmentarzu (i urocza Helena Sujecka jako zakochana pracownica zakładu pogrzebowego)

To dlatego siedziałem na tym spotkaniu z Brylskim cicho, zwłaszcza wtedy, kiedy reżyser spytał się o to, co nam, widzom, w jego filmie najbardziej się podobało. Bo przecież niejakim faux pas (psującym być może innym zabawę) byłoby, gdybym zdecydował się wówczas wyrazić swoją prawdę, mówiąc, że najbardziej to podobało mi się wystąpienie debiutującej w filmie Heleny Sujeckiej oraz (niemal epizodyczna) kreacja Jerzego Treli. To bowiem byłoby równoznaczne z tym, że np. scenariusz, czy gra innych aktorów (w tym Katarzyny Figury, która, powiedzmy sobie szczerze, zbyt wiele w „Cudownym lecie” do zagrania nie miała) – podobały mi się już mniej (co też jest prawdą). A – jak zauważyłem – scenariusz i reżyseria były jednak oczkiem w głowie Brylskiego.
Jaki jest mój zarzut pod adresem scenariusza? Otóż, moim zdaniem, jest to historia opowiedziana niejako „na siłę”, z grubawą cokolwiek fastrygą, a jednocześnie cokolwiek się jednak „rozłażąca”. A na dodatek: z mało przekonującymi zwrotami akcji, jak np. w przypadku pojawiającej się ni stąd ni zowąd cygańskiej wróżki, która niczym deus ex machina wyskakuje w „Cudownym lecie” na ekranie tylko po to, by wzmocnić wątły nieco wątek, tudzież rozruszać apatycznego skądinąd ojca głównej bohaterki oraz przydać barwności jej hipochondrycznemu dziadkowi.
Ale, jak już napisałem, oczekiwać po filmie Brylskiego czegoś więcej ponad sympatyczną rozrywkę z mało absorbującym nasze wyższe funkcje intelektualne zrębem, byłoby nieporozumieniem, więc muszę się przyznać: pasuję i dalej tego obrazu poddawać jakiejkolwiek krytyce nie chcę. Co można chyba uznać za małą porażkę, bo przecież takie właśnie oczekiwania miałem.
Aby jednak nie kończyć w tak minorowym nastroju, wspomnę jeszcze raz o Helenie Sujeckiej, młodej aktorce z Wrocławia, która po raz pierwszy stanęła przed obiektywem kamery i pod światłami rampy i mimo początkowego zagubienia, (o którym wspomniał sam Brylski) poradziła sobie z rolą koncertowo i obdarzyła graną przez siebie postać sporym wdziękiem i wiarygodnością. Tym większy to wyczyn, iż występuje ona niemal w każdej scenie „Cudownego lata”, więc – siłą rzeczy – musiała wziąć na siebie niebagatelny ciężar całego niemal filmu. Mam nadzieję, że wkrótce będziemy ją mogli zobaczyć na ekranie ponownie.

„HUŚTAWKA” (reż. Tomasz Lewkowicz)
** * * * * *

Między wiernością a namiętnością ("Huśtawka")

Kiedy namiętność i pożądanie stają się miłością? Czy mężczyzna (albo kobieta) ma prawo do pokochania kogoś innego, niż własną żonę (albo męża)? Jeżeli tak, to jakie to jest prawo, jeżeli nie, to kto (lub co) nam je odbiera? Jak mocno wiąże nas małżeństwo, (które jest przecież pewnego rodzaju społeczną umową)? Albo, innymi słowy: w jaki sposób warunkuje ono naszą wolność (lub zniewolenie)? Jak się ma obowiązek do namiętności, a lojalność do wolności?
W jakim stopniu natura determinuje naszą skłonność do „grzechu” (że użyję tego staromodnego, wychodzącego już z użycia, terminu).
Kiedy człowiek staje się (w oczach innych) draniem (lub suką?), kiedy zaś bohaterem a nawet obiektem kultu, który poszedł za głosem wielkiej miłości, tudzież – patrząc na to z innej perspektywy – własnych potrzeb i pragnień? Kiedy zostaje niewolnikiem własnych uczuć, a kiedy walczącym o nie buntownikiem? Jak się mają genitalia do porywów serca, a hormony do miłosnej czułości?

Pomyślał by kto, że skoro o takich pytaniach mowa, to „Huśtawka”, czyli debiut filmowy Tomasza Lewkowicza, jest obrazem złożonym, obdarzonym głębią i prowokacyjnym. Ale to nie do końca prawda. To kolejny, en-ty film zajmujący się trójkątem mąż-żona-kochanka w sposób dość przewidywalny, co nie oznacza, że do końca nudny. Bo jest w tym filmie co nieco krwistości, zapętlenia, kobiecości, uroku i barwy (głównie za sprawą grających główne role Pań: Joanny Orleańskiej i Karoliny Gorczycy); jest też sporo  desperacji, niezdecydowania, huśtania się i miotania (a to już zasługa grającego, rozdartego między namiętnością a obowiązkiem, męża i kochanka Wojciecha Zielińskiego).

To jest jednak okropne, że mając uroczą, dobrze ułożoną, schludną i posiadającą klasę żonę (o małej córce i drugim dziecku „w drodze” nie wspominając), czuje się jednocześnie zgubną, odbierającą rozum i rozsądek namiętność do niezrównoważonej (choć gorącej erotycznie) artystki ze skłonnościami do samobójstwa. To jest jednak okropne (i poniżające), kiedy – mając przy boku piękną kobietę (tutaj: atrakcyjną tak jak Joanna Orleańska) – mężczyzna, zamiast niej, wybiera… onanizm (tylko dlatego, że jest ona jego żoną?). To jest jednak okropne, kiedy za plecami w kinie słyszę komentarze kobiet (i dziewczyn), radzące temu człowiekowi, żeby się powiesił (swoją drogą, łatwość z jaką w takich sytuacjach kobiety ferują o winie mężczyzn – zarazem nimi pogardzając – jest co najmniej zastanawiająca).
Tak, teraz sobie uświadomiłem, że „Huśtawka” nie jest jednak filmem, który pozostawia nas w sferze nadto komfortowej. Ale to akurat nie musi być traktowane jako tego filmu wada. Wręcz przeciwnie: może być nawet jego zaletą. I chyba jednak jest.

Jak zatrzymać niewiernego męża? (Joanna Orleańska w ""Huśtawce")

*