ELITA W CZASACH ZARAZY

O „DZIENNIKU” SÁNDORA MÁRAIEGO

***

*

Budapesztańskie zapiski Sándora Máraiego z czasów II wojny światowej. Zajęcie Węgier przez Niemców, wywózka Żydów do obozów zagłady, później bombardowania, sowieckie oblężenie, walki w samym mieście…

Niezwykle ciekawe jest obserwowanie tych wszystkich drgań wrażeń, myśli i uczuć pisarza wywołanych dziejową burzą. Czasy są ekstremalne, niosą weryfikację kultury i całej europejskiej cywilizacji. Márai, będąc wrażliwym erudytą, kulturalnym Węgrem, jak również Europejczykiem par excellence, wydaje się tu być dobrym detekcyjnym instrumentem – zostawia na papierze ślad drżący, ale i wyraźny, niczym czuła igła sejsmografu.
A trzęsienie ziemi jest potężne: wali się w gruzy całe dziedzictwo europejskiego ducha. Wobec zgliszczy wielkich miast i smrodu rozkładających się trupów, kultura staje się widmem.

Pisarz pyta gorzko: Gdzie jest ta elita, która miała hamować, wychowywać, uczyć moralności zdziczałego i kierującego się instynktami człowieka tłumu? Gdzieś jest, to pewne. Ukrywa się. Stara się pozostać bezbarwna, przechowuje święte księgi, rękopisy w aktówce, w torbie do schronu… Ta elita jest śmiertelnie zmęczona. Kto tego nie przeżył, nie wie, co musiała znosić – i co przemilczeć! – przez ostatnie dziesięć lat. Gdy nadejdzie chwila, w której będzie można wreszcie przemówić, nie zdoła już wydobyć głosu.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że Márai pisze tu również o sobie i o swoistym bankructwie podobnych mu intelektualistów.
Kultura przypomina widmo, niemniej jednak pisarz próbuje się w tym widmowym świecie schronić – czyta poezje Beaudelaire’a, Goethego i Shelley’a, Montaigne’a, Szekspira, Shawa… „Klub Pickwicka” Dickensa, „Pochwałę głupoty” Erazma, „Żywot Jezusa” Renana…
Zdarza się, że w czasie przeciwlotniczego alarmu zostaje sam w swoim mieszkaniu i mimo spadających bomb oddaje się lekturze. I zadziwia go wtedy jego własny spokój. Książki zapewniają mu więc niejaki azyl, choć jest to w pewnym sensie ucieczka do wieży z kości słoniowej, która przecież w każdej chwili może wylecieć w powietrze.

W przeciwieństwie do wyobrażeń świata wewnętrznego, rzeczywistość zewnętrzna staje się czymś obcym. W pewnym miejscu Márai stwierdza bezradnie: świata już nie mogę zrozumieć; oraz: człowiek niszczy samego siebie w ostatecznym geście rozpaczy, by w następnym zdaniu dodać na przekór wszystkiemu: Chciałbym jeszcze napisać kilka wierszy.

Wydaje się, iż potrzebny jest ktoś, kto wśród płonących lasów chce ocalić róże.
Jak  wiele jednak jest w tym iluzji?
Dostrzec tu można pewną sprzeczność: z jednej strony kultura wydaje się być bezsilna wobec zalewu barbarzyństwa, z drugiej zaś postrzegana jest z nadzieją na zachowanie dobra – jako depozytariuszka wyższych wartości.
W czasach pożogi kultura staje się więc czymś w rodzaju duchowego sejfu.

* * *

Sándor Márai

Márai, jak każdy człowiek w tamtym czasie, waha się między wiarą a zwątpieniem, między pogodą a przygnębieniem, między odwagą a strachem, między komfortem rezygnacji a niewygodą buntu. Lecz w końcu przeważa stoicka mądrość: spojrzenie na piękno przyrody niewzruszonej ludzkim szaleństwem; zdolność cieszenia się rzeczą małą a pożyteczną; wyrzeczenie się materialnych pragnień, stopniowe ograniczanie własnych potrzeb.

Czyni przy tym zaskakujące spostrzeżenia (jak np. to, wkrótce po wkroczeniu Rosjan do Budapesztu): Teraz, kiedy ‚porządek prawa’ przegrało na Zachodzie kilku szulerów, ze zdumieniem spostrzegam, jak obojętnie odnoszę się do materialnych widoków własnej egzystencji, jak bardzo nie jestem do niczego naprawdę przywiązany. Rosjanie, komuniści, ci wschodni apostołowie ‚miłości’, są inni: dokładnie znają wartość swego stanu posiadania i bardzo starannie pilnują swego – pochodzącego najczęściej z rabunków – dobytku. Ja, wychowanek kapitalistycznego Zachodu, zaczynam być obojętny wobec dóbr doczesnych. Tymczasem komuniści żarłocznie rzucają się na wszystko, co ‚materialne’, co da się złapać w rękę.

* * *

A jednak nie wierzę w ten spokój pisarza. Jeśli nawet coś takiego odczuwa, to jest to zaledwie chwila, moment. Większość zapisków świadczy o głębokim przeżywaniu tego wszystkiego, co się wokół niego dzieje.

Wojna próbuje odrzeć człowieka ze wszystkiego, ale może to właśnie dzięki temu odsłania się w nim wówczas sam rdzeń egzystencji: czuje się wtedy życie takie, jakie jest ono naprawdę. Nie ma już egzystencjalnej waty, metafizycznej „ściemy” – istnienie obnaża się przed światem i drży… smagane wiatrem, palone słońcem, poddane strumieniowi dziejów.
Są tacy, których to pociąga.
Czy nie jest to jedną z przyczyn, dla których niektórzy ludzie tak ochoczo szykują wojnę? Wbrew maksymie vis pacem para bellum nie chcą pokoju, bo w pokoju czują się znudzeni?

Mając to na uwadze, łatwiej nam zrozumieć takie oto wyznanie Máraiego: Człowiek ma w sobie coś takiego, że gdy tylko przestają go przypiekać na rożnie czy obracać nad rozżarzonymi węglami, natychmiast zaczyna się nudzić. Ja także, niczym toxicoman, przywykłem do silnych trucizn. Ten tutejszy spokój (autor jest już na emigracji we Włoszech – przyp. LA) działa na mnie tak, jakbym był na kuracji odwykowej. Ciągle czegoś mi brak. Czyżby niebezpieczeństw?

To daje się odczuć w „Dzienniku”. Zapiski z Budapesztu czyta się z większym zainteresowaniem, niż te włoskie. Ich powstaniem kierował impuls, nerw przeżycia – zawsze dotykały one czegoś bardzo istotnego.
W Neapolu zaś pisarz jak gdyby na siłę szuka tematów, ucieka we włoską historię, zagląda do muzeum, na plażę, na brudne podwórka, nawet do groty jakiejś Sybilli z Kume. Dopiero zderzenie pisarza z Ameryką otwiera przed nim nowe światy, w których nie czuć już takiej stęchlizny.

A jednak, mimo że Márai żyje odtąd do końca swoich dni w słonecznej Kalifornii, o swojej Europie nie zapomina nigdy.
Bo jakże można inaczej?…

* * *

Między wiarą a zwątpieniem, między pogodą a przygnębieniem, między odwagą a strachem, między komfortem rezygnacji a niewygodą buntu… życie

*