WOJNA I RÓŻE

(zapiski XI)

Paradoksy można nie tylko polubić – one fascynują. Mogą mieć nawet czasem moc małego objawienia, po którym rzeczywistość – pozostająca przecież tą samą – wydaje się być jaskrawsza, wyrazistsza, świeższa… bardziej naga wreszcie. Mimo, że w logice za paradoks uważa się rozumowanie, które dzięki ukrytym błędom logicznym, nieprecyzyjności, dwuznaczności i niejasności sformułowań, prowadzi do jawnie sprzecznych ze sobą wniosków, to bardziej odpowiada mi ten rodzaj paradoksu, który określa się jako twierdzenie uderzające trafnością, lecz stawiane niejako „pod włos” utartym, obiegowym opiniom, zdecydowanie z nimi sprzeczne –  przekorne wobec oczywistości, która też bywa przecież pozorna i złudna.

.

Siła i delikatność - czy mogą być po tej samej stronie?

Siła i delikatność – czy mogą być po tej samej stronie?

Dzięki zestawieniu ze sobą tych dwóch definicji, można odnieść wrażenie, jakoby logika była po stronie vox populi… I oto mamy kolejny paradoks, gdyż głos ludu nazbyt często kłóci się z logiką, również wtedy – a może nawet zwłaszcza wtedy – kiedy wydaje się być głosem Boga.
Jestem po stronie Dürrenmatta, który uważał, że właśnie człowiek konfrontujący się z paradoksem, bardziej wystawiony jest na działanie rzeczywistości – nagle znajdując się bliżej niej samej, doświadcza jej ponad swoimi uprzedzeniami, dotyka jej sedna.

greydot

Choć wojny nie znam z autopsji – los jak do tej pory oszczędził mi tego doświadczenia – to zawsze była ona w mojej świadomości czymś niezwykle ważnym w ponawianych przeze mnie próbach rozumienia świata i człowieka. Dość szybko odseparowałem sztuczną wizję wojny  –  jaką serwowano nam, dzieciom PRL-u, w postaci rozrywkowych filmów typu „Stawka większa niż życie” czy „Czterej pancerni i pies” – od prawdziwego jej obrazu utrwalonego w dokumentach, wspomnieniach, faktach – przedstawieniach nie zdeformowanych popularną fikcją ani oficjalną propagandą. Takim momentem przełomowym dla mnie była konkretna chwila podczas oglądania jednej z filmowych kronik wojennych, kiedy to zobaczyłem upadającego, trafionego kulą, żołnierza. Od tamtego momentu na ową kronikę przestałem patrzeć jak na film. Ogarnęło mnie wówczas wszechmocne poczucie realności. Wojna przestała być dla mnie zbiorem dat, suchą statystyką ofiar, papierową planszą frontów, ruchów abstrakcyjnych wojsk, podręcznikowym zbiorem bitew. Czymś szokującym niemal było dla mnie uświadomienie sobie, że przecież to wszystko działo się NAPRAWDĘ, i to zaledwie kilkanaście lat przed moim  urodzeniem się.

Nazajutrz poszedłem na miejsce, gdzie Niemcy rozstrzelali podczas okupacji kilkudziesięciu zakładników, mieszkańców mojego miasteczka. Dotknąłem zachowanego w murze wgłębienia po kuli i poczułem się jak Tomasz wkładający palec do rany w boku Chrystusa. Czy można to nazwać obsesją?
Starałem się poznać mechanizmy rządzące wojnami. Ich irracjonalność, morze głupoty, zaślepienia i nienawiści, jakie rozlewało się wraz z krwią w każdej wojnie, spowodowały, że skłoniłem się zrazu ku pacyfizmowi. Jednak tego idealizmu (i może jednak utopii – jak to sobie później uświadomiłem) nie dawało się utrzymać dłużej. Wydaje się bowiem, że wojna jest zrośnięta z człowiekiem jak pazury z drapieżnikiem. Ciągle też pamiętałem to podniecające męskie poczucie siły, kiedy sam trzymałem karabin w rękach.

greydot

Moja pierwsza wizyta w Arizonie. Zatrzymaliśmy się u pewnej rodziny w Paradise Valley, koło Phoenix, w niezwykłym architektonicznie domu zaprojektowanym w pracowni Franka Lloyda Wrighta. Nasza gospodyni zaproponowała nam następnego dnia wzięcie udziału w wyprawie jeepem za miasto, na pustynię Sonora, po tzw. Szlaku Apaczów – a więc Geronimo, Koczis, Winnetou… czyli pełen romantyczny wypas. Naszym przewodnikiem miał być rasowy cowboy w skórzanym kapeluszu, w butach z cholewami  (choć bez ostróg), no i oczywiście z imponującymi coltami po bokach. Towarzyszyła nam również Barbara, starsza przyjaciółka naszej gospodyni. Przejażdżka była szalona: pustynnym traktem, wśród olbrzymich kaktusów saguaro, po żwirze i kamieniach, korytem wyschniętej rzeki… jednak jej końca nikt nie przewidział.
Cowboy na finał chciał nam zafundować frajdę, zrobić „wystrzałową” przyjemność. Wyciągnął więc pistolety i zaczął strzelać do kaktusów. Wreszcie jedną z tych zabawek wcisnął do ręki Barbary. I dopiero wtedy zauważyliśmy, że dzieje się z nią coś niedobrego. Nagle zaczęła się trząść, wypuściła broń z ręki i zaniosła się płaczem. Wróciliśmy do domu, nikt z nikim nie zamienił ani słowa. Później dowiedziałem się, że rodzice Barbary zginęli zastrzeleni z pistoletu na ulicy warszawskiego getta.

greydot
Rzecz uderzająca: niezwykła zdolność człowieka do wyłączenia się z dominującej aktualnie rzeczywistości, by na przekór istniejących wokół warunków tworzyć lepszy świat, niekoniecznie idealny – świat będący często pozytywnym odbiciem koszmarnego negatywu. W celi śmierci powstaje poemat o słońcu, radości życia, błękitnym niebie i ptakach; w obozie koncentracyjnym orkiestra gra Schuberta i Mozarta; w okopie strzeleckim maluje ktoś akwarelkę…
Podobne przykłady można mnożyć, lecz błędem byłoby traktować to li tylko jako ucieczkę. Nie jest też owa zdolność jakimś artystowskim żałowaniem kwiatów, kiedy płoną lasy. Ani to więc eskapizm, ani kwietyzm, ani nawet sentymentalizm. Bardziej sprawiedliwie byłoby nazwać tę wspaniałą ludzką przekorę heroiczną niezgodą człowieka na narzucony mu przez los, czy tzw. „siły wyższe” (Boga, Fortunę, Przypadek…?) rozpaczliwy dryl.

Czy przejmująca liryka Baczyńskiego miałaby tę pełnię, czystość i głębię, gdyby nie otaczające ją piekło wojny, dławiącej okupacji i krwi powstańców? Strącony płatek róży na gruzach zabitego miasta. Dziś już tych ruin, zgliszczy i popiołów nie ma, ale siła poezji Kamila przetrwała.
Kiedy poznałem sztukę Karola Wojtyły „Brat naszego Boga” (za pierwszym razem był to spektakl w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie, ostatnio film Krzysztofa Zanussiego), byłem wielce zaskoczony, że nie można spotkać w nim ani śladu wojny, która dopiero co przewaliła się morderczo przez świat. A przecież dwudziestoparoletni Wojtyła pisał ją właśnie na pobojowisku Europy. Etyczno-filozoficzna rozprawa o różnych powołaniach człowieka, wiele słów o malarstwie i sztuce, o konieczności dokonywania moralnych wyborów – a wszystko odbywa się na tak wysokich i wysublimowanych poziomach, że aż trąci abstrakcją. My już dzisiaj wiemy, że właśnie to bliskie szaleństwu roztrząsanie owych – wydawałoby się: oderwanych od życia – konfliktów i problemów było wyrazem procesu kształtowania się osobowości i umysłu jednej z najwybitniejszych postaci współczesnego świata.

greydot
„Małego księcia”, jedną z najmądrzejszych, najbardziej uroczych, tęskno-melancholijnych baśni dla dorosłych (choć nie tylko dla nich) napisał Antoine de Saint-Exupéry, francuski lotnik, który zginął zestrzelony podczas zwiadowczego lotu nad Morzem Śródziemnym w 1944 roku.
Artysta i wojownik, na wojnę i wyzywające niebezpieczeństwo patrzył oczami marzyciela i poety. To dzięki niemu Mały Książę wrócił na swoją planetę, do tej jedynej ukochanej róży, mimo że na Ziemi były ich miliony i to piękniejszych od tamtej. Sentymentalizm, który tutaj nie śmieszy, ani nie niecierpliwi. Rzadkość, za którą kryje się często głębokie cierpienie i tęsknota.

greydot

Proust na „nieludzkiej ziemi”. W poszukiwaniu straconego czasu, subtelności i arystokratyzmu ducha wśród baraków Starobielska i Griazowca. Utrwalić kruchy artyzm i ulotną kulturę na katordze, wśród tumanów komunizmu; gdzie zimno, szarość, głód i nędza stały się normą, wypełniły świat.
Józef Czapski, pisarz, malarz, współredaktor paryskiej „Kultury”, zesłany został w 1940 roku przez Sowietów na Wschód. Najpierw do obozu w Starobielsku, później w Griazowcu, gdzie ulokowano około 330 Polaków, głównie oficerów. (Na marginesie: to właśnie z Czapskim, który nie żył już od kilku lat, chciał się niedawno umówić na spotkanie były minister kultury w Polsce.)
I tam, na głuchym zesłaniu, zaczął Czapski swoje odczyty o francuskiej literaturze, mówiąc głównie o Prouście. W „niskiej i czerniawej izbie starej chaty” zbierało się zwykle 40 osób: „przychodzili o zmierzchu w fufajkach, mokrych butach, nieraz po długiej pracy w śniegu w dotkliwy mróz” – pisał Czapski.

Proust, mistrz intelektualnego i estetycznego wyrafinowania, kot salonowy, przenikliwy znawca paryskiej arystokracji, nadczuły i nadwrażliwy artystowski dandys, geniusz przenikający na wskroś ludzkie dusze i rzeczywistość, stał się w Rosji pocieszycielem zgnębionych, wdeptanych w błoto i rzuconych na mróz niewolników. „Zawdzięczaliśmy Proustowi – wspominał Czapski – godziny czyste radości i myśli.”
Co za ironiczny paradoks: człowiek, który stopniowo odsuwał się od świata, a w końcu całkiem się od niego odizolował i to w sposób dosłowny, obijając swój pokój dźwiękochłonnym korkiem – otóż ten właśnie odludek został przez jeńców obozu uznany za przyjaciela w tym strasznym miejscu odosobnienia.
Ulotność, subtelność, wyrafinowanie, nadwrażliwość, wysublimowana w sposób najwyższy kultura… Baraki, prycze, smród, wszy i pluskwy, mróz, tępota i bezduszność stalinowskiej machiny i obsługujących ją chamów… Kontrast to niesamowity i niewiarygodny tak, że aż wydaje się sztuczny.
Wykłady, które Czapski robił oczywiście z pamięci, zostały spisane w obozie przez jego przyjaciół i do dziś stanowią jedną z najbardziej wnikliwych analiz Prousta w Polsce.

greydot
Nie można się oprzeć wrażeniu, że człowieka na największą wzniosłość, głębię, szlachetność, stać tylko w obliczu sytuacji ekstremalnych. Tutaj paradoksem jest z kolei to, że w tych samych warunkach wyłazi też z niego to, co najgorsze: największa podłość, prymitywizm, agresja, bydlęctwo…
Czy istnieje tu jeden uniwersalny probierz dla wszystkich ludzi? Czy zawsze wiadomo, że konkretny człowiek zachowa się w danych okolicznościach tak, a nie inaczej? Jedno jest pewne: w warunkach nieludzkich bardziej prawdopodobne jest to, że człowiek zachowa się nieludzko.
Czy jednak można wyciągać z tego wnioski ogólne rozciągając je na cały gatunek Homo sapiens – głosząc, że człowiek to najgorsze bydle jakie kiedykolwiek pojawiło się pod słońcem?

greydot
Wreszcie paradoks bodaj największy: wartości tradycyjne i szlachetne, takie jak honor, lojalność, patriotyzm, poświęcenie, śmiałość, szczerość, prostolinijność, wierność własnym przekonaniom, postępowanie zgodnie z przyjętym przez siebie kodem etycznym były wśród pewnych ludzi wartościami praktykowanymi i żywymi w czasach światowej katastrofy wojennej, która z drugiej strony przyniosła przecież największe upodlenie ludzi, jak również pogardę (bo jednak nie kompromitację i nie bankructwo – jak to się mylnie sądzi) wspomnianych przeze mnie wartości.

Dzisiaj, kiedy nowe pokolenia nie doświadczyły żadnej globalnej śmiercionośnej zawieruchy, wszystkie te wartości wydają się przeżywać kryzys. Jednak ściślej byłoby stwierdzić, że kryzys, tak naprawdę, przeżywają ludzie, którzy przestali owe wartości respektować – nieważne: z pogardy dla nich, czy wskutek uświadomienia sobie ich nieskuteczności wobec nagiej bezwzględnej siły, agresji i barbarzyństwa. Wrażenie to utrzymuje się wbrew temu, że właśnie po szaleństwach zachodniej cywilizacji w XX wieku, obwieszczono totalny kryzys kultury i wręcz bankructwo bądź co bądź „chrześcijańskiej” Europy. Tak, jak pisał w 1945 roku późniejszy laureat Nagrody Nobla, Elias Canetti: „Naszemu pokoleniu przypadło w udziale doświadczenie, że wszelkie szlachetne usiłowania ludzkości są daremne.”
A jednak właściwymi zwycięzcami byli według mnie ci, którzy nie dali w sobie zabić swojej ludzkiej duszy i przekonania, czy też wiary w jej szlachetny potencjał.

greydot

Post-wojenna kultura człowieka Zachodu postawiła na rozwój techniczny, gospodarczy i społeczny, budując większą lub mniejszą stabilizację, mnożąc dobra konsumpcyjne. Te ostatnie uznano za podstawę dobrobytu, jaki utożsamiano z dobrym samopoczuciem człowieka, który powinien być według tej doktryny przede wszystkim konsumentem. Wytwarzanie, wydajność i konsumpcja – wraz z ekonomiczną konkurencją i wyścigiem technologii – stały się swoistą religią, za którą trudno było dostrzec jakąkolwiek metafizykę, nadającą temu wszystkiemu jakiś wyższy sens. W związku z tym kultura, a i sama egzystencja ludzi uległa w tych warunkach  spłyceniu, spłaszczeniu i wyjałowieniu. Na domiar złego, rozwój mediów, zwiększanie się zasięgu, ilości i szybkości wymiany informacji, spowodowało dalszą relatywizację kulturową, przenikanie się zgoła obcych sobie kręgów cywilizacyjnych, dotychczas dość szczelnie od siebie odizolowanych. Lecz zamiast wzbogacenia i wzajemnej komplementacji, powodowało to w ludzkich głowach większy zamęt, dość chaotyczne przerzucanie się z jednych wartości na drugie, jak również ich stopniową dewaluację. Innymi słowy: ludzie przestawali wierzyć w to, co wierzyli dotychczas, zaczynali natomiast wierzyć w byle co i cokolwiek. Doszło do tego, że metafizykę najpoważniej traktuje się dzisiaj w dziwacznych eklektycznych sektach, a to oznacza zwykle tej metafizyki degradację.

Nowoczesny człowiek zachwycił się możliwościami techniki, z nauki uczynił coś w rodzaju obowiązującej wszystkich religii; kultem otacza tzw. „samodoskonalenie się” rozumiane jako ciągłe podnoszenie własnych kwalifikacji profesjonalnych i coraz większą dyspozycyjność, tudzież „multitaskową” gotowość wobec głównych trendów korporacyjnego zarządzania. Shopping mall stał się centrum konsumerskiej religii, w której własne ciało traktowane jest jak świątynia hedonizmu, gdzie obowiązuje kult nieprzemijającej urody i wiecznej młodości. To co dawniej nazywano „duchowością” przeszło do lamusa – zresztą większość ludzi jest teraz przeświadczona, że coś takiego jak „duchowość” w ogóle nie istnieje, będąc wymysłem naiwnych idealistów.
Nowoczesny człowiek stara się oczywiście bawić, żyć na tzw. „luzie”, stale wymyślając coraz to nowe zabawki. Wie, że rekreacja i rozrywka są niezbędne, więc dzielnie wyjeżdża na wakacje, choć zaawansowany pracoholizm nie pozwala mu zwykle na odprężenie i relaks. Nie dopuszcza jednak, by z twarzy – przynajmniej publicznie – schodził mu wyraz zadowolenia z samego siebie i z życia („keep smiling!„). Innymi słowy: robi dobrą minę do niepewnej gry. Pytanie tylko, jak długo zdoła on utrzymać tę sztuczną fasadę – kiedy mu się znudzą te wszystkie nowe zabawki i ogarnie go dojmujące poczucie pustki?
Napisałem o człowieku nowoczesnym, mając na myśli takiego, który odniósł sukces. A co z tymi, którzy ponieśli klęskę?

greydot

Szaleństwem i głupotą, a może nawet nikczemnością byłby nostalgia za czasami pożogi tylko dlatego, że prawem kontrastu wyłoniły one wyższe wartości, reprezentowane niemal wyłącznie przez tych, którzy (w czasie rozprzestrzeniania się agresywnej zarazy) byli najczęściej po stronie ofiar. Nie można przy tym zapomnieć, że to uszlachetnienie pewnych ludzi brało się w dużej mierze z cierpienia jakie odczuwali patrząc jak wszystko przytłacza lawina zła. Było też często rozpaczliwą walką o nadzieję w obliczu upadku moralnego ludzkości – tragedii, za którą odsłaniała się już tylko czarna otchłań nihilizmu.
A jednak mnie samego nawiedzało czasem poczucie, iż przez fakt, że nie przeżyłem tamtego okrutnego czasu na własnej skórze, moja egzystencja jest płytsza. Poczucie nie tylko dziwne, ale zgoła absurdalne, gdyż to, że naszemu pokoleniu oszczędzone zostało piekło wojny, można poczytać tylko za szczęście. Niemniej, kryje się w tym jakiś mój głód i niedosyt doświadczenia – coś w rodzaju poczucia niższości wobec ludzi, którzy mierzyli się z tamtą rzeczywistością o własnych siłach. Ale jest to zagadnienie znacznie szersze.
Żyjąc w Ameryce, zaliczając się w dodatki do tzw. Polonii amerykańskiej, bez przerwy mam wrażenie, że jakikolwiek świat bardziej szlachetny nie ma tu większej racji bytu. Rzeczywistość bowiem zdominowana jest przez pośledniość, tandetę, tymczasowość, pozory, bezideowość, plebejskość, płyciznę, kicz… Nie wiem, czy przebywając w Polsce odczuwałbym to samo. Niestety, obawiam się, że tak. Wskazywać to może tylko na uniwersalizm i powszechność zjawiska – że jest to po prostu signum temporis, czyli znak naszego miałkiego czasu.
Jak się przed tym bronić? Jak postępować i myśleć, by mimo wszystko nie przysłoniło to nam urody świata, ani nie zgasiło powabu życia, które skądinąd jest (może być) fascynujące i piękne?

Zapewne nie byłoby dobrze, gdybyśmy w poszukiwaniu tego „lepszego” świata, zwracali się tylko ku przeszłości. Czy tylko z tego, co było, mamy czerpać wiedzę i wiarę w szlachetność i lepszą przyszłość człowieka? Byłaby w tym jakaś dziwna i gorzka przewrotność. Lepiej więc nie narzekać tak, jak kiedyś to zrobił Gogol: „Dzisiaj w Rosji nie ma już miejsca dla pięknych dusz. Na powierzchni utrzymują się tylko świnie.”

Niemal każdy człowiek, który nie jest zadowolony ze stanu otaczającej go rzeczywistości, szuka dla siebie azylu. Dla jednych jest „chodzenie” na ryby, dla drugich sport, dla innych jeszcze uczestnictwo w kulturze w różnych jej odmianach; także religia. Kiedy próg niezadowolenia zostaje przekroczony i zaczyna się cierpienie, ucieka się jeszcze dalej – w alkohol, seks i narkotyki… Ten rodzaj eskapizmu najczęściej okazuje się być destrukcyjny. Natomiast ucieczka „w sztukę” może być twórcza. Religia pozwala przetrwać, jak również łagodzi umieranie.

greydot

Fascynuje mnie świat moich ojców i dziadków. Nie tylko dlatego, że widzę w nim zarówno to, co w ludzkiej naturze jest najlepsze, jak i to co najgorsze – i to często w ekstremalnym wydaniu. Wydaje mi się, że życie było wówczas jakby bliżej krwi i kości człowieka. Z jednej strony odarte z pozorów, z drugiej jednak – pogłębione egzystencjalnie. Wiem, że osią tego świata była dla nich wojna, a więc zarówno faszyzm, jak i komunizm – straszne doświadczenie totalitaryzmów. Dla tych, którzy te zawirowania przeżyli, nadal świat wydaje się kręcić wokół tej samej osi. Co charakterystyczne, młode pokolenia nie są wcale tym zniecierpliwione – one są wobec tego… doskonale obojętne. Myślę jednak, że mimo owych fiksacji i zapatrzeniu w przeszłość, wiele się od starszych pokoleń możemy nauczyć.

Nigdzie indziej nie mogę znaleźć tej specyficznej aury chroniącej pewne wartości, jak wokół ludzi pamiętających niepodległą Polskę, powstanie, czasy stalinowskie… czy wreszcie miejsca i strony, w których dorastali. Wydaje się, jakby przywiązanie do tych miejsc nadawało im dodatkowo pewnych szlachetnych rysów: Wilno, Kraków, Lwów… cała ta nostalgia związana ze wspomnieniem stron rodzinnych, czy choćby tylko czasu swego dorastania. Tradycja, która już zatarła się w widocznej dziś rzeczywistości, a która jeszcze ciągle z nimi – i w nich – żyje.

greydot

Pisarstwo Herlinga-Grudzińskiego, Alberta Camusa… nawet Miłosza, mimo jego filozoficzno-politycznych perypetii i amerykańskich uwikłań. Towarzystwo od kultury polskiej, którego frakcję zdołała pod swoimi skrzydłami zgromadzić w Paryżu instytucja Jerzego Giedroycia. Tam odnalazłem próby odpowiedzi na pytania i problemy, które zawsze były – i nadal są – dla mnie ważne. Zwłaszcza „Dziennik pisany nocą” Herlinga okazał się dla mnie lekturą wręcz katarktyczną – sferą, gdzie mogłem się przenieść w poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące mnie kwestie, także w poszukiwaniu humanistycznych wartości, intelektualnej klasy i szlachetności – większej niż ta, którą oferuje nam na co dzień społeczeństwo konsumpcyjne, zadowalające się bylejakością płytkiej egzystencji. Choć przecież „Dziennik pisany nocą” nie mógł być jasny. Wprost przeciwnie – w jego mrokach czuje się często bojaźń i drżenie – lęk przed tą ciemną stroną naszej natury. I może właśnie dlatego mocniej akcentuje się tam ludzki heroizm, bardziej afirmuje wiarę w możliwość wielkości człowieka – silniej pragnie się nadziei na moralny ład świata, na przekór chłodnej obojętności niebios.

greydot

Widziałem gdzieś niedawno takie piękne zdjęcie, na którym postawny żołnierz odbiera z rąk małej dziewczynki hełm przybrany kwiatami. Czy potrzebne nam lepsze przedstawienie paradoksu „wojny i róż”, jak ten ukwiecony hełm wręczany ufnie wojownikowi przez bezbronne dziecko?

greydot.

* Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 28 listopada, 1997 r. (Na zdjęciu: Lee Marvin, kadr z filmu „The Big Red One”)

  Powiązane wpisy: „CZAS PRZEMOCY”, „WOJENNA SCHIZOFRENIA”, „SZKLANE KLOSZE”

.

WOJENNA SCHIZOFRENIA

Wojna. Jeśli uznaje się, że zło jest brakiem dobra, to konsekwentnie można uznać, że wojna jest brakiem pokoju. Brzmi to oczywiście i logicznie, jednakże jest to oczywistość cokolwiek zwodnicza. Bo podejrzewamy, że zło nie jest wcale brakiem dobra tylko istnieje autonomicznie, niezależnie od przejawów dobra. Podobnie wojna. Nie jest żadnym brakiem. Jest świadomym działaniem człowieka, choć jest to działanie, które najczęściej wymyka się spod ludzkiej kontroli.
To nieprawda, że kiedy zbierze się dostateczna ilość karabinów, to zaczną one same strzelać – jak mawiał C. G. Jung. Bo przecież musi być ktoś, kto pociągnie za spust, kto naciśnie guzik. Oczywiście nie Bóg, ani nie diabeł, czy jakaś fatalistyczna siła – tylko człowieka. Lecz warto tu jednak sobie uzmysłowić, iż w tym, że sprawcą wojny zawsze jest człowiek, tkwi nie tylko jej tragiczny fatalizm. Tkwi również – co może wydawać się paradoksem – sama nadzieja.

*

Braterstwo walki i obłęd zabijania, "męstwo" i strach, euforia i cierpienie ("Piękna wieś pięknie płonie")

DZIEJE PEWNEGO MOTTA

Swego czasu przygotowywałem dla miesięcznika „Film na Świecie” cykl, który nosił tytuł „Człowiek wojujący” i pod pretekstem omawiania sposobu, w jaki kino ukazywało wojnę, zajmował się samym mechanizmem wojny – jego społeczną, psychologiczną i propagandową stroną.
Potrzebowałem motta.
I oto, całkiem przypadkowo, w książce Egona Naganowskiego o twórczości Roberta Musila znalazłem taki oto kwiatek, który wyszedł spod pióra nie kogo innego, jak Tomasza Manna w 1915 r. (czyli w czasie I wojny światowej). Wielkopisarz stwierdził: „Wszystkie cnoty i cała piękność Niemiec rozkwitają dopiero podczas wojny”.

Wiedziałem, że Mann pisał swoje „Dzienniki” także w okresie II wojny światowej, będąc już na emigracji w Stanach Zjednoczonych. Byłem więc pewny, że znajdę w nich antytezę do tej szowinistycznej gloryfikacji wojny, ukazując w ten sposób, jak ambiwalentny bywa stosunek ludzi wobec wojny, nawet jeśli chodzi o umysł tego samego człowieka i to umysł powszechnie uznany za wybitny.
No i proszę, na co trafiłem:
„Co zamierza los pozwalając na tryumf czegoś najpodlejszego i najbardziej szatańskiego, co świat widział? Sytuacja jest przerażająca, to tortura dla rozsądku i uczucia” – pisał Mann w 1940 roku.

WSPANIAŁA  MIARA  CZŁOWIEKA

Przykłady świadczące o dwoistym stosunku człowieka do wojny można by mnożyć. Ralph W. Emerson, XIX-to wieczny amerykański piewca wiary w postęp społeczny i moralny na gruncie kapitalizmu, twierdził: „Wojna kształci umysły, pobudza wolę do akcji, doskonali konstytucję fizyczną, przywodzi ludzi w krytycznym momencie do tak nagłego i bliskiego starcia, że można wtedy człowieka mierzyć człowiekiem”.
To, że pochwałę wojny głosił słynny generał Patton, raczej nie dziwi: „Bitwa to najwspanialsze współzawodnictwo, w jakim może człowiek brać udział. Przynosi ze sobą wszystko to, co najlepsze, ujawnia prawdziwą podstawę rzeczy. W czasie bitwy każdy się boi. Tchórz jest tym, kto pozwala, by jego strach przezwyciężył poczucie obowiązku. A ten obowiązek jest istotą męstwa”.

GENERALSKIE WYZNANIA

Dziwi raczej to, że na szczerość wyrażania swojej opinii o wojnie decydują się ludzie, dla których – jak by się wydawało – jest ona żywiołem i racją profesjonalnego bytu.
Generał Robert E. Lee, głównodowodzący wojskami Południa w czasie wojny secesyjnej (1861 -1865), w której zginęło około 600 tysięcy ludzi (liczba jak na ówczesne warunki niewyobrażalna), pisał w jednym ze swoich listów: „Jaką okrutną rzeczą jest wojna, rozdziela i rujnuje rodziny i przyjaciół, niszczy najczystszą radość i szczęście, do jakich Bóg dopuszcza nas na tym świecie; napełnia nasze serca nienawiścią zamiast miłością (dla naszych sąsiadów); dewastuje i szpeci jasne oblicze tego pięknego świata”.

Kiedy podczas tej samej wojny domowej mieszkańcy Atlanty prosili generała Shermana, aby oszczędził ich miasto, ten odpowiedział: „Nie możecie określić wojny w bardziej ostrych słowach, niż ja to robię. Wojna jest okrucieństwem i nie można tego zmienić”.
Kilkanaście lat później, tenże generał w przemówieniu do armii amerykańskiej powiedział: „Wielu z was patrzy na wojnę, jak na coś podobnego glorii; ale – chłopcy – ona jest piekłem. Możecie przekazać to ostrzeżenie przyszłym pokoleniom. Patrzę na wojnę z przerażeniem”.
Tak rzekł generał William Tecumseh Sherman, który spalił w końcu Atlantę a zaraz potem urządził ze swoją 150-tysieczną armią pamiętny marsz 50-milową ławą przez Georgie, zabijając, paląc i niszcząc wszystko, co spotkał na swojej drodze.
Nie mamy więc powodów, by nie wierzyć jego słowom.

KREW I ABSTRAKCJA

Wojna zawsze rozgrywa się jakby na dwóch poziomach. Pierwszy stanowi polityka: wojskowo-rządowy establishment, na warsztacie którego wojna posiada wymiar teoretyczny, w pewnym sensie abstrakcyjny (plany, cele, plansze, statystyka…) Drugi poziom to front – okopy, czołg, samolot, okręt, przemieszczanie się wojska i walka… – czyli tam gdzie bezpośrednio ścierają się walczący ze sobą ludzie; tam gdzie leje się krew, łamią się kości, umiera się na polu bitwy, dogorywa w polowym szpitalu lub przymiera głodem w jenieckim obozie.

W tej właśnie konkretnej strefie rozgrywa się film Sergieja Bodrowa „Jeniec Kaukazu”. Jego uniwersalizm (nota bene obraz ten powstał na kanwie jednego z opowiadań Lwa Tołstoja) polega m. inn. na tym, że ukazuje on wojnę jako ponadczasową przypowieść o ludzkiej konieczności ciągłego przezwyciężania fatalizmu nadzieją., co wydaje się naiwne, ale jednak niezbywalne.
Chociaż akcja filmu rozgrywa się współcześnie i wojna rosyjsko-czeczeńska nazwana jest po imieniu („Jeńca Kaukazu” kręcono w górach Dagestanu, 30 km. od Groznego), to polityczna istota tego konfliktu nie odgrywa w nim żadnej roli. Jest to więc obraz wojny zdecydowanie apolityczny i dlatego bardziej wyraziście odmalowują się w nim ludzie z krwi i kości – ich humanizm, intencje, pasje, uczucia i emocje – dokładnie tak, jak napisał to Tołstoj przed 150 laty, po swoich doświadczeniach wojennych na Kaukazie, gdzie służył jako oficer carskiej armii. Jego opowiadanie ma coś z wiecznego mitu, dla którego czas i dekoracje z epoki nie mają znaczenia. Liczy się zakorzenienie w człowieczej duszy.

W wojennym zamęcie ("Jeniec Kaukazu", reż Sergiej Bodrow)

CZY WRÓG JEST CZŁOWIEKIEM?

Napisać, że „Jeniec Kaukazu” to kolejny utwór o wymowie antywojennej, byłoby wobec tego filmu banalnym nietaktem. Bowiem zasadniczą cechą obrazu Sergieja Bodrowa jest jego unikalność, która nie pozwala, by umknął on szybko naszej pamięci.
Choć rzeczywiście – to, że widzimy na ekranie opowieść o prawdziwych ludziach po obu stronach frontu, nie jest w historii opisu wojen czymś nowym. Wystarczy przypomnieć sobie „Na Zachodzie bez zmian” Remarque’a, gdzie autor nie staje ani po stronie „swoich”, ani „wroga”, tylko przedstawia nam ludzkie istoty (i ich reakcje), których właściwie tylko przypadek stawia po przeciwnych stronach barykady (frontu), „zmuszając” ich tym samym do wzajemnego mordowania się.

Partyzanci kaukascy biorą do niewoli dwóch młodych rosyjskich żołnierzy. Abdoul, jeden z bardziej znaczących ludzi w wiosce, zamierza wykupić nimi swojego syna, który dostał się do rosyjskiej niewoli. Więźniów pilnuje niemy Hasan i młodziutka, 13-letnia dziewczyna, córka Abdoula. Nagła bliskość tych obcych sobie ludzi zmusza ich do spojrzenia na siebie, jak na człowieka, a nie jak na wroga. To właśnie na tej prostocie elementarnego ludzkiego doświadczenia wydaje się opierać siła przesłania filmu, które w całej pełni ujawnia się nam w jego finale i zakończeniu.

LIRYZM I ROZPASANIE

„Jeniec Kaukazu” –  uznany na jednym z canneńskich festiwali za najlepszy film pokazany poza konkursem – różni się diametralnie od filmu Srdana Dragojevića „Piękna wieś pięknie płonie” zajmującego się wojną na terenach byłej Jugosławii, filmu pełnego okrucieństwa, gwałtu, destrukcji, śmierci, pożarów… Wyglądało na to, że serbscy twórcy chcieli nim odreagować własną traumę, jaką uderzyła w nich wojna domowa szalejąca w ich kraju. Rosjanin Bodrow jest w swoim „Jeńcu Kaukazu” bez porównania bardziej powściągliwy w obrazowym ujawnianiu wojennego gwałtu i okropieństw. Mało tego: jego wizja jest bez mała liryczna – ale tym liryzmem szorstkim, prostym, oszczędnym surowym… niczym góry Kaukazu i ich mieszkańcy (same scenerie, wśród których rozgrywa się akcja filmu, są niebywałe, a na dodatek pięknie sfilmowane).
Tak więc mamy rozpasanie „Piękna wieś pięknie płonie” i oszczędność „Jeńca Kaukazu” – a oba filmu zdecydowanie antywojenne (bynajmniej jednak nie pacyfistyczne).
Który sprzeciw mocniejszy? Czy ma to jakiś związek z temperamentem, sposobem odczuwania, rodzajem wrażliwości?
Na pewno tak, choć można wybrać różne drogi wiodące do tego samego celu. Ważna jest skuteczność… choćby tylko w oddziaływaniu na świadomość widza, bo przecież filmami trudno jest zapobiec jakiejkolwiek wojnie.

 BEZ UROJEŃ

Wojna w Czeczenii postrzegana jest przez niektórych w szerszym kontekście – jako jedno z ognisk zapalnych na granicy ścierania się cywilizacji chrześcijańskiej z islamem. Choć doprawdy armia rosyjska (a właściwie sowiecka) według mnie tyle miała wspólnego z chrześcijaństwem, co miały kiedyś faszystowskie hordy Hitlera. Ponadto uznanie, że pamiętne wypadki w Groznym są przejawem ofensywy cywilizacji islamskiej, byłoby niezbyt poważne, trącące na dodatek jakąś urojoną teorią spiskową – tym razem na globalną skalę.
Film Bodrowa daleki jest od takich dywagacji, choć islam jest w nim widoczny bardzo wyraźnie. Przyczynia się jednak to tego, by uświadomić nam tezę o wspólnocie wszystkich ludzi, bez względu na ich kulturowy czy też polityczny backgroud.
„Jeniec Kaukazu” porusza nas także swoją mądrością – cechą niestety rzadko widywaną nie tylko na ekranach kin, ale i w mediach popularnych czy kulturze masowej. A mądrość ta – jak każda mądrość – jest prosta. Mówi nam, że sztuka życia w dużej mierze polega na umiejętności przebaczania. Wojnę zaś można zakończyć tylko wtedy, kiedy zrezygnuje się ze ślepej nienawiści i krwawej zemsty.
I jeszcze jedno: pokój nie jest wcale brakiem wojny. Jest ciągłym, wymagającym od człowieka nieustannej uwagi, wysiłkiem.

*  *  *

Wojenne upojenie - życie na morderczym "haju" ("Piękna wieś pięknie płonie", reż. Srdan Dragojević)

*