„WYMYK”, „LISTY DO M.”, „80 MILIONÓW”, „SUPERMARKET”

o filmach 24. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce

„WYMYK” (reż. Grzegorz Zgliński)

** * * * * *

Robert Więckiewicz w „Wymyku”

„Gdzie jest twój brat, Abel?” – spytał Bóg Kaina po tym, kiedy zamordował on swego brata. Ten przerażony popełnioną zbrodnią, nie chciał odpowiedzieć, usiłując zrzucić z siebie straszne brzemię winy. Lecz sumienie mu na to nie pozwalało. Kiedy więc usłyszał od Boga: „Krew twojego brata woła do mnie z ziemi”, zrozumiał jak potwornego czynu dokonał i wyznał: „Zgrzeszyłem. Zabiłem brata. Nie ma dla takiego grzechu przebaczenia”. Tym bardziej bolesne i tragiczne było to wyznanie, że oto uświadomił sobie, że brata jednak kochał, że nic już nie jest w stanie odwrócić biegu wypadków – że nigdy już nie zazna spokoju i nie będzie mógł zmyć z siebie piętna bratobójcy.

Nie sposób oglądając film Grzegorza Zglińskiego nie odwołać się do tej biblijnej opowieści, bowiem analogie między nią a historią jaką ukazuje film są oczywiste i na pewno nie przypadkowe.
Czy świadome nawiązanie autorów scenariusza do Biblii i przeniesienie tego archetypicznego wątku w zgrzebne realia dnia naszego powszedniego, uznać można za coś pretensjonalnego? Czy też świadczy o uniwersalności historii zawartych w Biblii – o tym, że właściwie można w tej Księdze rodzaju ludzkiego znaleźć wszystko, co zdarza się ludziom tu i teraz. I że wszystkie te opowieści to tylko wariacje tych samych wątków – losów zapisanych już dawno, przed tysiącami lat, jak również tych, które dzieją się teraz i bedą się działy przez następne wieki wieków.

Naturalnie, spotykając się z „Wymykiem”, wcale nie musimy snuć żadnych biblijnych analogii, choć uświadomienie ich sobie może pogłębić nasze zrozumienia tego, co spotyka bohaterów filmu. Może nawet obdarzyć nasze obcowanie z tym obrazem pewną dozą sacrum? Bo prostota, kameralność, pospolitość, szarość i dosłowność tego filmu jest jednak złudzeniem. To tylko powierzchowność kryjąca prawdziwe bogactwo aluzji, znaczeń i niuansów – możliwości interpretacyjne „Wymyku” wydają się być niewyczerpalne.
Na tym właśnie polega swoisty geniusz filmu Zglińskiego: sprawdza się on równie dobrze w sferze „zwyczajnej” – powierzchownej i dosłownej (realistycznej), jak i w wymiarze metaforycznym (idealnym) uniwersalnego moralitetu. Niemal każdą (pozornie) banalną, scenę można postrzegać w dwojaki sposób: jako ewidencję tego, co jest naoczne – i jako znak tego, co jest (lub może być) ukryte i mniej oczywiste, ale równie jednak prawdziwe.
I wielka w tym zasługa nie tylko reżysera filmu i autorów scenariusza, ale i – kto wie, czy nie większa? – kreacji Roberta Więckiewicza, (o której wszak napisano już tyle dobrego, że nie chcę tu powtarzać tego, co doskonale od dawna wiadomo).

Chyba już wszyscy ten film widzieli (?) i o nim napisali (??) więc nie obawiając się spoilerów wspomnę tylko o jednym wątku – kwestii, wydawałoby się że umieszczonej w tle, ale tak naprawdę znajdującej się w centralnym punkcie moralnej osnowy filmu, w którą uwikłany jest grany przez Więckiewicza Alfred, główny bohater „Wymyku”. A mianowicie: czy Alfred w najbardziej dramatycznym momencie filmu po prostu stchórzył, czy też popełnił grzech zaniechania, nie broniąc brata przed napadem oprychów, (którzy wypchnęli go z pociągu, co spowodowało ostatecznie jego śmierć)? Bo jeżeli stchórzył, to chyba jednak można mu wybaczyć. Ale jeśli nie pomógł bratu, by się niejako zemścić za ostatnie z nim nieporozumienia i pewne rodzinne animozje z przeszłości (a także własne kompleksy), to z tym wybaczeniem byłoby już trudniej.

Najciekawsze w tym filmie jest to, że właściwie to nie my osądzamy Alfreda, tylko robi to on sam – łamiąc się z kolejnymi falami poczucia winy, rozpamiętywaniem swojego zachowania, mierząc się z reakcją własnej rodziny oraz najbliższego otoczenia i… swoją własną.
To co ja osobiście o tym sądzę nie jest więc takie ważne, niemniej jednak zdradzę, że wpierw przychylałem się do tej drugiej ewentualności (Alfred nie pomógł bratu celowo, chciał mu dać swego rodzaju nauczkę – tak się złożyło, że cudzymi rękami chuliganów), ale po namyśle jednak (oraz po rozmowie z moją żoną ;) ) zmieniłem zdanie: Alfred tak naprawdę był człowiekiem słabym i tylko nadrabiał miną, tudzież pewnymi swoimi zachowaniami (kolekcjoner broni, miłośnik szybkich samochodów, pozorna brawura i bezsensowne ryzyko – vide: początkowa scena z pociągiem), którymi chciał zabić własne kompleksy i tym sposobem się dowartościować.
A może to była mieszanka obu? I może sam Alfred nie mógł tego w sobie rozstrzygnąć? (Więckiewicz gra na tyle niejednoznacznie, że żadnej z tych możliwości nie można wykluczyć.)

Jednym słowem: „Wymyk” to film intrygujący, zajmujący, wielowarstwowy i wieloznaczny. Jego twórcy udowodnili, że również za pomocą skromnych i powściągliwych środków można zbudować obraz o wielkiej sile wymowy, dający do myślenia i nie wychodzący tak szybko z głowy. Tym oto sposobem kino polskie wzbogaciło się o jeszcze jedną cenną pozycję w swojej kolekcji.

greydot

„80 MILIONÓW” (reż. Waldemar Krzystek)

** * * * * *

Mirosław Baka i Jan Frycz w „80 milionach”

„Mała Moskwa” Waldemara Krzystka była filmem, który mnie swego czasu ujął – i to zarówno swoją historią, jak i sposobem w jaki została nam ona ukazana na ekranie. Moim zdaniem reżyser zgrabnie się tam odnalazł w melodramatycznej konwencji – wszystko w „Małej Moskwie” zgrało się w jedną absorbującą i spójną stylistycznie całość, a ewentualne usterki ginęły wśród wielu zalet filmu – od niezłej gry aktorskiej i urody obrazu, po dobrze oddany klimat niezwykłego romansu, wpisanego dość zręcznie w kontekst niedawnej historii naszego kraju.
Niestety, o najnowszym filmie Krzystka „80 milionów” nie mogę się już tak przychylnie wyrazić. Napiszę wprost: ten film sprawił mi zawód, co wyznaję z prawdziwą przykrością, bo z reżyserem miałem swego czasu przyjemność przeprowadzenia dłuższej rozmowy, dzięki której kibicowałem później jego twórczej karierze z bardziej osobistym zaangażowaniem.
Film jako taki jest zrealizowany sprawnie – widać, że poświęcono mu wiele pracy i środków, a nieźle napisany scenariusz potrafi skupić uwagę popularnej widowni, do której – jak mi się wydaje – głównie ten film jest skierowany. Również odejście od defetystycznej tendencji panującej dość nagminnie w polskim kinie sprawiło, że na „80 milionów” można było patrzeć z jakby bardziej podniesionym i jaśniejszym czołem – choć niestety, od martyrologicznego sznytu tak całkiem Krzystek nie zdołał się w swoim filmie uwolnić.
Cóż więc mnie uwierało najbardziej?
Parę scen, w czasie których w kinie z lekkim zakłopotaniem opuszczałem głowę; karykaturalna i do bólu schwarzcharakterowa postać kapitana SB Sobczaka; nazbyt duża garść stereotypów i zrobionych niczym z tektury postaci. Ponadto kilka zupełnie niewiarygodnych scenariuszowych chwytów, które wyglądały jak trawestacja faktycznego przebiegu wydarzeń (jak wiadomo chodziło o wybranie z banku solidarnościowej „kasy”, tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego w Polsce), przez co (w moich oczach) odbierały filmowej historii legitymację autentyzmu.
Wyraźnym zamiarem Krzystka było nakręcenie kryminalnej komedii, z wartką akcją i wyrazistymi bohaterami, z pewnymi elementami dramatu – i oprawieniu tego wszystkiego w ramki sytuacji politycznej i społecznej panującej w kraju nad Wisłą na początku lat 80-tych XX wieku. Ale już chyba nie było jego intencją to, by film osuwał się w groteskę, co niestety w kilku jego momentach nastąpiło.
Czy aby na pewno jednak było to winą Krzystka? Może bardziej wpłynęła na to peerelowska zgrzebność, marazm, zaściankowość i ogólne badziewie, które przenikało wówczas nawet tak groźną i złowieszczą wydawałoby się instytucję, jak służba bezpieczeństwa? No bo powiedzcie mi szczerze: czy można bez niezamierzonego komizmu nakręcić pogoń jak z „Bullitta”, ścigając się maluchami, nyską czy nawet dużym fiatem?
Ale już reżysera można chyba winić za to, że zamienił kilka scen niemalże w karykaturę, pozwolił aktorom na grę czasami zbyt trywialną, a kapitana SB poprowadził (?) tak źle, że aż głowa boli (swoją drogą Piotr Głowacki, dobry skądinąd aktor, zupełnie nie pasował mi do tej roli: jego Sobczak miał być chyba w zamierzeniu niezłym twardogłowym sukinsynem, a w rzeczywistości wyszedł mu z tego jakiś chłystkowaty glizdek, który non stop rzuca mięsem na prawo i lewo, zachowując się przy tym jak rozwydrzony bachor – o jego żenująco głupiej końcowej wpadce nie wspominając).
A jednak „80 milionów” spodobały się polonijnej widowni, o czym świadczyły rzęsiste oklaski po zakończeniu projekcji filmu. Tym razem nie zachowałem się z nią solidarnie. Być może to moja wina – a już na pewno strata.

greydot

„SUPERMARKET” (reż. Maciej Żak)

** * * * * *

Marian Dziędziel w „Supermarkecie”

Może nie tyle samo zło jest banalne, co banalne są źródła tego zła. Ono często pojawia się niepostrzeżenie – zaczyna się od poruszenia jednego zwykłego kamyczka, a kończy zabójczą lawiną. I wtedy często zwalamy wszystko na jakieś demoniczne siły. Może po to, by nie uświadomić sobie tego, że to my sami popychamy ten pierwszy kamyk? I że nie ma żadnych demonów, które nas prześladują, tylko ludzie?
Czasami wydaje się nam, że wszystko co robimy jest dobre – i że tylko sytuacja, splot wypadków, panujący „system” powoduje, że nasze czyny zamieniają się w zło (choć zwykle tego zła nawet nie chcemy dostrzec). A każdy sposób okazuje się dobry, by zrzucić z siebie poczucie winy, usprawiedliwić się nie tylko w cudzych, ale i we własnych oczach.
W „Supermarkecie” Macieja Żaka mamy właśnie taką sytuację: niepozorną, banalną i pospolitą; mamy zwyczajnych – takich jak my wszyscy – ludzi; mamy zwykły sklep, jakich w czasach obowiązkowej i rytualnej wręcz konsumpcji wiele… Tyle, że to, co się wydarzy na końcu, banalne już jednak nie jest (nie chcę pisać wyraźnie co, bo byłby to spoiler i zburzenie suspensu, na którym pewnie twórcom „Supermarketu” zależało).

Film przypomniał mi słynny stanfordzki eksperyment więzienny Zimbardo, który drogą losową podzielił grupę ludzi na strażników i więźniów i wykazał, że już samo ubranie ludzi w mundury i pasiaki (a konkretnie: wtłoczenie ich w określoną społeczną rolę) wpływa w decydujący sposób na ich zachowanie. Jak dobrze pamiętamy: strażnicy zaczęli się nad więźniami znęcać w sposób tak realny, że musiano cały eksperyment przerwać.
Podobnie jest w filmie Żaka: bohaterami są tu bowiem (ubrani oczywiście w mundury) pracownicy ochrony wielkiego supermarketu, którzy wypowiadają swoistą wojnę sklepowym rabusiom. A kiedy w ich ręce trafia Bogu ducha winny klient (w roztargnieniu zjadł czekoladowy batonik, zanim jeszcze za niego zapłacił), to… ale tego dowiedzą się ci, którzy na film zdecydują się wybrać do kina (o ile się nie mylę, będzie on miał polską premierę na początku przyszłego roku).

A jak się ten eksperyment filmowy udał twórcom „Supermarketu”? Tego, że źle  – nie mógłbym napisać. Napiszę więc, że… średnio. Sporym atutem filmu jest wystąpienie Mariana Dziędziela, który dość wiarygodnie wcielił się w szefa firmy ochroniarskiej i bez zbędnych przerysowań i demonizacji ukazał nam człowieka, który z czasem popada w lekką paranoję prowadzącą do ciężkiego przestępstwa. Niestety, mniej już wiarygodne okazują się towarzyszące mu postacie (niewyraźni podopieczni, bezbarwna ekspedientka, karykaturalny boss supermarketu…) – zbyt jednak pospolite, by przykuć naszą uwagę do kinowego ekranu. Podobnie jest z wątkami pobocznymi, które wydały mi się zbędne, a na dodatek zaaplikowane fabule w sposób sztuczny.
Mimo tego nie uważam czasu poświęconemu filmowi za zmarnowany.

greydot

„LISTY DO M.” (reż.Mitja Okorn)

** * * * * *

Roma Gąsiorowska i Maciej Stuhr w „Listach do M.”

Trochę wstyd, że trzeba było aż ze Słowenii (która nota bene do potęg światowego kina się nie zalicza) sprowadzać do naszego kraju reżysera, by zrealizował film, który – jak się okazało – stał się jednym z najbardziej kasowych tytułów w historii polskiej kinematografii. Tak, tak… „Listy do M.” zrobiły niezłą kasę. I nie wspominałbym o tym (wszak dżentelmeni – a i wśród filmowych krytyków zdarzają się tacy – o pieniądzach nie mówią), gdyby nie sami twórcy filmu, którzy sukces finansowy ich produkcji podkreślają na każdym kroku. Bo przecież… money talks! Nic więc dziwnego, że reżysera „Listów” Mitję Okorna przyjmowano w Los Angeles z atencją i ponoć już wyłożono przed nim sporą górkę zielonych zadatku na ewentualną realizację następnego hitu. Bo przecież w Hollywood… money talks louder than anywhere else. (A dowiedzieć się można było tego od samego Mitji, który po projekcji filmu spotkał się z festiwalową widownią.)
Lecz dajmy sobie spokój z tą małostkowością i zajmijmy się meritum – czyli samymi „Listami”. Czy rzeczywiście jest on tak dobry, jak wskazywałoby na to publiczne głosowanie nogami widowni, która zaszczyciła go olbrzymią frekwencją, waląc ponoć do sal kinowych drzwiami i oknami? I choć wiemy, że masowość zwykle nie przekłada się na jakość, to jednak popularność „Listów do M.” mówi sama za siebie: trafiły one w oczekiwania „szerokiego” widza, dostarczając mu satysfakcjonującej rozrywki.
Ja się w zasadzie temu nie dziwię, bo film Okorna to produkcja – jak na polską, mocno niedomagającą ostatnimi czasy, komedię – wyjątkowo przyzwoita, nieźle zagrana, dobrze opakowana, zgrabnie podana… no i – last but not the least – nad wyraz efektywna, jeśli chodzi o skuteczność oddziaływania na emocje widza. A cóż mocniej potrafi na te emocje działać, jak granie na powszechnej i  nieprzemijającej – choć w sumie bardzo prostej i elementarnej – potrzebie miłości? I dodatkowo, w warunkach polskich – na narodowej nostalgii Świąt Bożego Narodzenia i wigilii?
W tym kontekście mówienie o zupełnej niewiarygodności serwowanych nam przez scenariusz perypetii byłoby równoznaczne z popełnieniem jakiegoś faux pas. Każdy przecież z rozanielonych ckliwie i łzawiących widzów wie, że pokazane mu na ekranie historie to baje nad bajami, (które w prawdziwym życiu – przynajmniej w takim stężeniu i wydaniu –  nie mają prawa się zdarzyć), ale poddaje się im tu i teraz dość chętnie i pokornie, gdyż (przynajmniej w kinie i w danej chwili), pragnie poczuć owo słodkie złudzenie szczęścia i doświadczyć cudu totalnego happy-endu. A logika, rozum, prawdopodobieństwo, realizm…? Eeee… to nie takie ważne! Bo akurat w tym filmie chodzi bardziej o to, by się wzruszać, niż myśleć – bardziej o to by zapomnieć, niż pamiętać.

greydot

FILMOWISKO („Tatarak”, „Mała Moskwa”, „Szukając Eryka”, „Policyjny, przymiotnik”, „Co wiesz o Elly?”)

festival.banner.wl 

________________________________________________________________________________

 *

Jesienną tradycją stało się dla mnie branie udziału w Chicagowskim Festiwalu Filmowym.

Każdego roku prezentuje się na nim całe mnóstwo filmów z kilkudziesięciu krajów

całego świata.

Spotyka się również akcenty polskie (to właśnie na tym Festiwalu wylansowano Krzysztofa Kieślowskiego).        

 Z kilkunastu filmów, jakie udało mi się obejrzeć w tym roku, wybrałem pięć, o których tutaj chciałem napisać.

_________________________________________________________________________________

 

„TATARAK”

  * * * * * *

tatarak

Jeszcze jeden krótki film o umieraniu

Po obejrzeniu “Tataraku” pomyślałem sobie, że niektórym z ostatnich filmów Andrzeja Wajdy może w jakiś sposób ciążyć… mistrzostwo samego reżysera. Przy tym, podczas gdy on sam nie musi tego ciężaru odczuwać na sobie, to ów ciężar może odczuwać widz… taki choćby jak ja. Może właśnie dlatego “Tatarak” wydał mi się filmem nieco anachronicznym.

Zdaję sobie sprawę, że obraz ten może się podobać, niemniej jednak, w jego pozytywnym odbiorze, przeszkodziła mi właśnie świadomość tego, że jest to „dzieło mistrza”. Przez cały czas projekcji miałem na uwadze to, że oglądam „Wajdę” (na przemian z wrażeniem, że wisi nade mną jego cień). Być może wina leży więc po mojej stronie, bo zawiodły mnie tu moje zdolności percepcyjne, sfiksowała nieco psychologia odbioru?

Niestety, przyszła mi również do głowy myśl, że jednak żaden z młodych a zdolnych polskich reżyserów takiego filmu by nie nakręcił, ale nie dlatego, że nie byłby w stanie, lecz dlatego, że takiego filmu nakręcić by nie chciał. Jeśli miałbym w jednym zdaniu ocenić najnowszy film Andrzeja Wajdy, to napisałbym: za mało spontaniczności, zbyt dużo elaboracji.

Wg mnie, nawet tak zaskakujący wątek, jak wpleciona w scenariusz „Tataraku” spowiedź Jandy, która opisuje autentyczne przeżycia związane z osobistą tragedią, jaką była dla niej walka o życie umierającego na raka jej męża, operatora Edwarda Kłosińskiego, wydał mi się tylko czymś w rodzaju scenariuszowego konceptu, podpiętego dość przypadkowo do całości. (Piszę to z całym szacunkiem dla uczuć pani Krystyny Jandy.)

Krystyna Janda jak u Hoppera

Cierpienie i estetyka (jak z obrazu Hoppera)

Przy okazji: nie jestem pewien, czy wobec tej prawdziwej śmierci, usprawiedliwiona być może ta dość ostentacyjna estetyzacja, jakiej dokonał operator, umieszczając Jandę w kadrze przypominającym wystudiowane malarstwo Edwarda Hoppera. Może po prostu nie wypadało tego robić?

Kontrowersyjny jest również sam ekshibicjonizm naszej wielkiej aktorki, która postanowiła opowiedzieć wszem i wobec o czymś tak bardzo intymnym, jak umieranie najbliższej osoby. Czym było to uprawnione? Czy aby nie wynikało bardziej z niedostatku treści, jaką oferował literacki oryginał? Czyżby reżyser ponownie wrócił do tematu pt. „wszystko na sprzedaż”?

Również fakt, że Wajda przy pisaniu scenariusza musiał się także posiłkować prozą Sandora Marai’a (wplatając ją w opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza), może świadczyć o tym, że w jakiś sposób zbrakło reżyserowi materii, by stworzyć pełen – na swoją miarę oraz na miarę naszych oczekiwań – obraz. A i tak, po obejrzeniu całości, miałem wrażenie, że czegoś mu brakuje, że w jakiś sposób jest on – proszę mi wybaczyć ten kolokwializm – „niedorobiony”, niekompletny. Taki patchwork ze zbyt wyraźnymi szwami.

Cały „Tatarak” przesiąknięty jest śmiercią. Jednakże, czy jakikolwiek film zdolny jest nam powiedzieć o tej śmierci więcej, niż nasze własne jej doświadczenie: kiedy sami musimy się mierzyć z ostatecznym odejściem osób, które kochamy – ze śmiercią naszych bliskich, przyjaciół, kogoś z rodziny… ? Albo ze swoją własną?

„MAŁA MOSKWA”

  * * * * * *

Mala Moskwa

Miłość contra totalitaryzm

Gdzież, jak nie w kinie, człowiek może poddać się emocjom!? I nie przejmować się tym, że mogą mu one zmącić nieco umysł, tudzież odebrać ochotę krytykowania, racjonalnej analizy? I nie wstydzić się tego? Czasem tak właśnie mam: jeśli jakiś film potrafi mnie w ten sposób uwieść, to zdolny jestem wiele mu wybaczyć, a nawet przymknąć oko na to i na owo, poddając się po prostu jego urokowi.

Z „Małą Moskwą” Waldemara Krzystka było mi o tyle łatwiej, że jest to film zdecydowanie dobry, a pod pewnymi względami nawet bardzo dobry. No i jest jeszcze Swietłana Chodczenkowa, której zjawiskowość na ekranie (chodzi mi tu nie tylko o jej znakomitą grę, ale i o – kto wie, czy nie bardziej – urodę) wywarła na mnie ogromne wrażenie.

chodczenkowa

Namiętność pięknej kobiety w siermiężnym ustroju

Film opowiada historię miłości żony radzieckiego pilota i polskiego oficera zderzającej się nie tyle z przyjętą ogólnie moralnością, co z zawłaszczającym prywatnym życiem ludzi systemem totalitarnym. Przedstawiona jest ona przez Waldemara Krzystka w konwencji klasycznego melodramatu – i już choćby to winno złagodzić nieco dość agresywny ton tych wszystkich krytyków, którzy film zbesztali, zwłaszcza po tym, jak zdobył on główną nagrodę (Złote Lwy) na ubiegłorocznym Festiwalu Filmowym w Gdańsku.

Panowie: od melodramatu nie można oczekiwać tego, że będzie on epatował egzystencjalną, psychologiczną, bergmanowską głębią; albo że kompleksowo odda całą polityczno-społeczną złożoność czasów, w jakich jest osadzony; ani że będzie się trzymał kurczowo wierności rzeczywistej historii, na której oparto jego scenariusz. Gdyby tak było, musiano by nakręcić film w zupełnie innej konwencji. Ale Krzystek tego nie chciał, wybrał melodramat – i takie jest jego prawo!

Opierając się na swojej poetyckiej licencji, zamiast zwykłej, nie grzeszącej raczej urodą kobiety (jaką była ponoć naprawdę pani z prawdziwego romansu, który rozegrał się w okupowanej przez Rosjan Legnicy), jej męża (w rzeczywistości brutalnego gbura i pijaka) i kochanka (w realu – ladaco i kobieciarza), wybrał cudnej i delikatnej urody Swietłanę, dobrotliwego i nad wyraz wyrozumiałego Rosjanina oraz gładkiego i dżentelmeńskiego Polaka (Lesław Żurek). I mnie to odpowiadało, i ja nie miałem z tym problemu. Ale, ale… przychodzi mi to dość łatwo, bo nawet teraz, kiedy patrzę na „Małą Moskwę” z perspektywy czasu, chłodniejszym już nieco okiem, wydaje mi się ten film zgrabnym, przyzwoitym, sprawnie nakręconym, zajmującym, nie pozbawionym wiarygodności i stylu widowiskiem.

Należy także wziąć pod uwagę to, że kreśli on swój romans na tle epoki (sowieckiej dominacji nad Europą Środkową), do której u nas w kraju nadal podchodzi się tak, jak kot do jeża; i która do tej pory nie doczekała się w polskim kinie jakiegoś znaczącego ekranowego rozliczenia.

Zresztą, w „Małej Moskwie” tak naprawdę nie chodzi o żadne rozliczenia, a o miłość.

*

„LOOKING FOR ERIC” („Szukając Eryka”)

  * * * * * *

Mariaż sztuki filmowej (zresztą nie tylko filmowej) z ideologią zwykle rodzi dzieci poronione, ale niekiedy tzw. zaangażowanie, pasja, obsesja i talent mogą pomóc uwikłanemu ideologicznie artyście stworzyć coś dobrego, prawdziwego, wartościowego i ciekawego.

Tak właśnie mają się sprawy z Kenem Loachem, jednym z najbardziej prominentnych europejskich reżyserów – socjalistów.

Loooking for Eric

Zrywy pewnego listonosza

Nie tak dawno temu można było w naszym kraju usłyszeć o Loachu przy okazji jego filmu „Polak potrzebny od zaraz” (tak się złożyło, że jedną z głównych ról zagrał tam również Lesław Żurek), gdzie zajmował się on problemem emigracji zarobkowej na Wyspach, jednakże reżyser ten znany jest polskim tzw. ambitniejszym kinomanom od dawna, jako ten, który przełamuje panujące w popularnym kinie schematy, idzie pod prąd eskapistycznej rozrywce spod znaku Hollywood, świadomie trzymając się mało spektakularnych społecznych nizin, a co najwyżej – klasy robotniczej i drobnej burżuazji.

Dlatego też w jego filmach nie uświadczy się żadnego szpanu, „gwiazd”, stylu glamour, wystrzałowej akcji i widowiskowości… W zasadzie wszyscy występujący u niego aktorzy mają w sobie coś z naturszczyków, scenografia w jego filmach to najzwyklejsze mieszkania, szare ulice, liszajowate mury, jakieś zapadłe dziury, kąty, zagracone klity… Jednym słowem: zero upiększania, „poetyka” zlewu i niemytych naczyń, brudnych podłóg, znoszonych ubrań i niedomytych rąk – czyli sama proza i realizm codziennego życia. W tym wszystkim umieszcza Loach swoich „bohaterów” – zwykłych niezwykłych ludzi opowiadając ich niezwykłe zwykłe historie, (na które w zasadzie nie zwróciłby uwagi ktoś, kto szuka niezwykłości tylko poza szarym kręgiem Everymana).

Ostatni film reżysera „Szukając Eryka” to cały Loach plus błyskotliwy a zarazem przaśny humor, ciepło, lekkość – a wszystko bez unikania tej bardziej słonecznej strony życia.

Ach, rzeczywiście… jest tu jednak jedna prawdziwa gwiazda, a mianowicie grający samego siebie, legendarny napastnik Manchester United Eric Cantona, który staje się niejako coachem życia będącego w psychicznym dołku 50-letniego listonosza (również imieniem Eric).

Ken Loach nie byłby sobą, gdyby nie pokazał również twardej, szorstkiej, zgrzebnej i dość brutalnej rzeczywistości z jaką muszą się liczyć mieszkańcy tych „gorszych” dzielnic angielskich miast, ale tym razem wychodzi on naprzeciw uniwersalnemu zapotrzebowaniu na komediowe katharsis i raczy nas dość pokaźną dawką humoru, dowcipu i optymizmu. Któż by się spodziewał, że akurat ten traktujący wszystko serio, zasadniczy i radykalny laburzysta, dostarczy festiwalowej publiczności najwięcej uciechy, pogody i rozładowujących solenną atmosferę wzruszeń.

LoookingforEric2

*

*

„POLITIST, ADJECTIV” („Policyjny, przymiotnik”)

  * * * * * *

Prawdę pisząc, na obejrzenie tego filmu skusiłem się jedynie z tego powodu, że na ostatnim Festiwalu Filmowym w Cannes zdobył on jedną z głównych nagród (chociaż zdaję sobie sprawę, że akurat tym nie powinienem się kierować), miał dobre recenzje (co jest godne uwagi w przypadku krytyków, których cenię i szanuję) oraz dlatego, że bilety na seans „Politist, adjectiv” wyprzedawały się na pniu i już panienka z festiwalowego okienka miała pisać na tablicy ogłoszeń sold out (a to już powód zupełnie irracjonalny).  Jednakże nie pociągał mnie zbytnio ten film, ponieważ nie podzielałem ogólnego zachwytu świata filmowego nad ostatnim przebojem reżysera Corneliu Porumboiu, jakim był obraz „12:08 na wschód od Bukaresztu”. Podobnie nie byłem zachwycony innym filmem rumuńskim, który wychwalano zgodnym chórem parę lat temu, a mianowicie „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”  Cristiana Mungiu (Złote Lwy i Nagroda FIPRESCI w Cannes AD 2007).

Politist, adjectiv

Postkomunistyczna mizeria – scenki z życia szarego

 Wobec tego dysonansu musiałem zadać sobie pytanie: czyżby z moją oceną kina rumuńskiego było coś nie tak? A może coś nie tak jest ze mną samym? (przynajmniej jeśli chodzi o trafność mojej filmowej krytyki… ) Starałem sie więc dociec źródła owej dysharmonii.

Pierwszą myślą było uświadomienie sobie tego, iż pozytywne zdanie o tych obrazach mieli właściwie ludzie reprezentujący Zachód. Ja zaś, siłą rzeczy, wychowałem się na Wschodzie. Podczas gdy dla nich „komunistyczna” i „post-komunistyczna” rzeczywistość krajów byłego bloku wschodniego była pewną „egzotyką”, dla mnie ciągle stanowiła żywe wspomnienie życia w jakimś rezerwacie. Oni byli kimś „z zewnątrz”, ja wyszedłem „od wewnątrz”. Mnie np. patrzenie na nudną szarzyznę wschodnio-europejskich miast lekko przygnębiało i nudziło, dla nich zaś stanowiło jakiś aspekt poznawczy; ja nie mogłem się raczej podniecać szarą beznadzieją życia ukazanych w tych filmach ludzi – oni być może odnaleźli w nich afirmację świata, w którym żyli, kontrastując go z mizerią, która ich ominęła…

Cóż… Tak właśnie sobie pomyślałem.

Doszły do tego zastrzeżenia, jakie mam (już jako zwykły kinoman) do zastosowanej przez Corneliu Porumboiu „poetyki” – i to zarówno jeśli chodzi o filmowy obraz, jak i sposób narracji. Otóż nie lubię filmów, które w jakiś sposób „marnują” potencjał, jaki posiada kino. Jakoś średnio zachwyca mnie np. bohater, którego pokazuje się na ekranie przez 15 minut, a jego czynności ograniczają się do: chodzenia po ulicy, stania pod latarnią, palenia papierosów i inwigilacji jakiegoś domu.

Oczywiście piszę w pewnym uproszczeniu. Pamiętam bowiem filmy, które mimo swego minimalizmu zapadły mi głęboko w pamięć – gdzie pozorne „nic-nie-dzianie-się” robiło na mnie większe wrażenie, niż przepełniona wybuchową akcją fabuła. (Sporo takich filmów jest np. w kinie azjatyckim.) Jednakże coś „podskórnego”, jakaś nieuświadomiona „metafizyka” tamtych obrazów sprawiała, że ujmował mnie ich artyzm i do pewnego stopnia hipnotyzował.

Niestety, nie było tak w przypadku „Politist, adjectiv”. Z wyjątkiem kilku błyskotliwych, pełnych humoru i sytuacyjnego napięcia momentów, całość wydała mi się zaledwie jakimś ćwiczeniem w odmalowywaniu zapyziałej, mocno szczezłej i przyszarzałej cywilizacji zwichniętych kulturowo i politycznie rubieży wschodniej Europy.

Wolę jednak poczytać Stasiuka.

*

„CO WIESZ O ELLY?” („Darbareye Elly”)

  * * * * * *

darbareye-elly

Małe kłamstwa i wielki dramat  (po irańsku)

Życie zwykłych, przeciętnych ludzi ma to do siebie, że w każdej chwili może zamienić się w tragedię i dramat, który ową zwykłość i przeciętność znosi.

Wielki talent pisarski czy reżyserski ma to do siebie, że zajmując się zwykłymi i przeciętnymi ludźmi, potrafi ową tragedię i dramat nam przybliżyć… przez co ludzie ci stają się dla nas nie tylko interesujący, ale i bliscy.

Taki właśnie talent ma irański pisarz i reżyser Asghar Farhadi.

„Co wiesz o Elly”? to film, na który zwróciłem uwagę w pierwszej kolejności, przeglądając program chicagowskiego Festiwalu. Pamiętałem bowiem inny film tego reżysera, jaki widziałem na tym samym przeglądzie trzy lata wcześniej, a mianowicie „Perski nowy rok”, który nota bene zdobył wtedy główną nagrodę, czyli Złotego Hugo.

Moje nadzieje i oczekiwania były więc rozbudzone. Z ulgą mogę napisać, że się nie zawiodłem. Przez równe dwie godziny nie mogłem oderwać wzroku od ekranu, na którym ukazano portret grupy młodych ludzi wywodzących się z irańskiej klasy średniej (raczej dobrze sytuowanych i wykształconych), przybywających na brzeg Morza Kaspijskiego, by spędzić kilka dni wakacji w wynajętej, znajdującej się tuż przy plaży, willi. Atmosfera zrazu lekka, swoboda, żartobliwa i pogodna zmienia się diametralnie – wręcz drastycznie! – wskutek pewnego wypadku, który wydarza się im na plaży, (a o którym nie chcę pisać, by nie psuć nikomu suspensu).

Darbareye Elly

Do tragedii jeden krok…

Jednak napisać mogę (a może nawet powinienem), co mi się w tym filmie podobało.

Otóż zrobiła na mnie wrażenie niezwykle swobodna, ale zarazem precyzyjna ręka reżysera, który sporą grupę bohaterów poprowadził tak, by z każdego z nich wydobyć jego charakterologiczną esencję, konfrontując ich jednocześnie ze sobą – przez co otrzymaliśmy niezwykle kompleksowy portret zbiorowy.

Asghar Farhadi uzyskał to głównie za pomocą dialogów (pierwowzorem scenariusza była jego własna sztuka teatralna), a wspomogła go świetna praca operatora – bardzo ruchliwa i ciekawska kamera, która „prześlizgiwała” się z twarzy na twarz, z miejsca na miejsce… ukazując dokładnie to, co sami chcielibyśmy zobaczyć, gdybyśmy byli w środku akcji. W efekcie mogliśmy obserwować coś żywego, barwnego i zmieniającego się jak w kalejdoskopie. A ponadto: niezwykle ciekawego obyczajowo i psychologicznie.

Jaki jest zatem ów antropologiczny rdzeń filmu Farhadiego?

Wydaje mi się, że jest nim rezonans, jaki w ludzkich duszach wzbudza zderzenie się prawdy i kłamstwa (gdzie tzw. „małe kłamstwo” może odnieść skutek podobny do „efektu motyla”); również konflikt mentalności współczesnej z tradycyjną (rozgrywający się w tych samych głowach, zresztą), spontaniczności z wyrachowaniem, autentycznej przyjaźni z drzemiącą podskórnie wrogością gotową się ujawnić w sytuacji kryzysowej, ekstremalnej…

I to wszystko rzeczywiście spada na nas z ekranowego obrazu dotykając nas „do żywego”, przez co trudno nam o tym irańskim obrazie zapomnieć.