„RÓŻA”, „W IMIENIU DIABŁA”, „JOANNA”…

… o filmach 23. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, cz. I

Gehenna kobiety z Mazur - odkrywanie kolejnych "białych plam" z naszej niedawnej historii (Agata Kulesza jako "Róża")

*

„RÓŻA” (reż. Wojciech Smarzowski)

** * * * * *

Takiej ilości gwałtów nie widziałem chyba jeszcze w żadnym z obejrzanych przeze mnie dotychczas (w całym moim życiu) filmów, a zebrało się ich przecież sporo. Wiem, że nie jest dobrze rozpoczynać recenzję filmową od takiego zdania, ale cóż… skoro sam reżyser bez litości serwuje nam obraz za obrazem nasycony tak intensywnym okrucieństwem – i to w tak wielkim nagromadzeniu i naturalistycznym natężeniu – to widocznie jego zamiarem było mocne potrząśnięcie widzem. Więc niech się nie dziwi, że ten widz może się poczuć nieco obolały i wyda przy tym jęk. Skądinąd wiem, że Smarzowski przedstawiając swoją „Różę” chciał nam ukazać przede wszystkim „miłość” (sam to wielokrotnie podkreślał). Niestety, nie jestem do końca przekonany o tym, czy ja ową „miłość” w całym tym horrendum odczułem. Byłem bowiem tak przezeń rozbity (przybity), że miłosne akordy, jakie mogły świadczyć o rodzeniu się uczucia między niemiłosiernie pokaleczonymi ludźmi (a zaczęły one wybrzmiewać dopiero pod koniec filmu), wydały mi się zbyt odległe, głuche i niestety uświadomione nam trochę poniewczasie.

Napisawszy to wszystko mogę się teraz zastanowić nad tym, czy reżyser filmu Wojciech Smarzowski jest zdolny do ukazania miłości w jej czystym, lirycznym entourage – bez wchodzenia w groteskę („Wesele”), ponury nadrealizm („Dom zły”) czy też w pełną przemocy rzeczywistość („Róża”). Pewnie tak, bo należy on do tej grupy reżyserów, którzy bardzo elokwentnie i sugestywnie potrafią posługiwać się językiem kina, jak również sprawiają wrażenie, iż są w stanie totalnie zapanować nad filmową materią, mimo że nie podchodzą do niej z jakąś gotową, wynikającą z premedytacji, formułą (tak mi się przynajmniej wydaje, znając predylekcje reżysera do improwizacji). Jednym słowem, Smarzowski jest reżyserem nietuzinkowym, co wykazał kręcąc właśnie „Wesele” i „Dom zły” – jedne z najlepszych polskich filmów ostatniej dekady.
I mimo wszystko „Różę” też można do nich zaliczyć.

Gwałt za gwałtem - mimo uwikłania przemocą Wojciech Smarzowski nadal w zankomitej formie

Gwałt za gwałtem - mimo wikłania się w przemoc, Wojciech Smarzowski nadal w znakomitej formie

Miłość miłością, ale Smarzowskiemu udało się opowiedzieć swą „Różą” o nikczemności czasów tuż powojennych, którą w PRL-u nie tylko programowo przemilczywano, ale i skrzętnie zacierano jej ślady. Zamiast tego mieliśmy westernowy romantyzm ziem odzyskanych („Prawo i pięść”, „Wilcze echa”) czy komediową poczciwość „Samych swoich”. A jeśli już polskie kino decydowało się pokazać krew („Ogniomistrz Kaleń”) to w zawłaszczonych przez polityczną poprawność proporcjach: dobrych naszych i złych obcych – z małymi tylko wyjątkami. Wróg był jasno określony. Nawet jeśli to był wróg klasowy – bo to, że wszyscy Niemcy w mundurach byli wcieleniem Zła, wysysaliśmy już z mlekiem matki, tudzież karmiąc się pop-kulturową rozrywkową papką w rodzaju „Czterech pancernych i psa” czy „Stawki większej niż życie” – serialami skądinąd wspominanymi przez nas ze zrozumiałym i usprawiedliwionym chyba sentymentem. Wiedzieliśmy wprawdzie, że znęcającymi się nad nami bestiami byli także Ukraińcy, ale o niektórych „wrogach” (np. o Mazurach, których spotykamy w „Róży”) to jednak w ogóle nie słyszeliśmy (i tylko czasami przebijał się przez to jakiś – dajmy na to – Kaszub, w postaci choćby Tuskowego dziadka z Wehrmachtu).

„Róża z Mazur” (taki bodajże był roboczy tytuł filmu Smarzowskiego) to historia Mazurki (w tej roli świetna Agata Kulesza), wdowy po żołnierzu Wehrmachtu, która stara się przeżyć na kresowej wsi w swoim wielkim i spustoszonym przez wojnę gospodarstwie, nękana zarówno przez Polaków (Mazurzy, wiadomo, to najwierniejsze ziomki Hitlera, więc trzeba się ich było z polskiej ziemi pozbyć), jak i Sowietów (ci, jak to widać na filmie, gwałcili i zabijali właściwie wszystko co się ruszało – nie wdając się raczej w zbytnie subtelności narodowościowych rozróżnień). Do domu Róży trafia Tadeusz (znakomite wystąpienie Marcina Dorocińskiego)  były członek AK, uczestnik Powstania Warszawskiego, w którym zabito jego żonę. Między tą dwójką ludzi nawiązuje się (z trudem) coraz bliższa relacja, a nad wszystkim ciąży atmosfera permanentnego zagrożenia (symbolizowanego niejako przez miny, jakich pełno jest na polach Róży), które zbyt często niestety ukonkretnia się w ciągu tragicznych i bolesnych wydarzeń i nieszczęść, jakie tych ludzi nie tyle dotykają, co sukcesywnie dobijają.
Tak, ciężki to film, ale ciężki tym ciężarem, pod którym, nawet jeśli czujemy się nim przytłoczeni, to odnajdujemy jakąś prawdę o życiu, dzięki czemu to doświadczenie ma w sobie pewną katarktyczną moc, dostarczając nam swoistej – być może nawet mającej coś z przewrotności – satysfakcji.

„W IMIENIU DIABŁA” (reż. Barbara Sass)

** * * * * *

Zmaganie się z Bogiem i Szatanem (Katarzyna Zawadzka jako siostra Anna w filmie Barbary Sass "W imieniu diabła")

O tym jak łatwo człowiekowi pomieszać to co boskie z tym co szatańskie, zaświadczyć może szokująca poniekąd konstatacja, że więcej ludzkość wyrządziła sobie zła występując (wedle własnego mniemania) w imieniu Boga, niż (robiąc coś) w imieniu diabła. Tak, jakbyśmy nie do końca jednak dowierzali temu, że Bóg wcale nie potrzebuje naszej pomocy – podobnie, jak tej pomocy nie powinien oczekiwać od nas diabeł. Albo inaczej: tak, jakbyśmy nie za bardzo wierzyli w to, że Bóg rzeczywiście może coś w świecie, (który stworzył) zdziałać; ani w to, że w tym świecie może też mocno namieszać Diabeł.
Tu rodzi się jeszcze jedno pytanie: czy aby nasza skłonność do tego, by to co czynimy wiązać z Bogiem czy Diabłem, nie jest tylko takim metafizycznym pretekstem albo też próbą zrzucenia na jakąś zewnętrzną Moc odpowiedzialności za nasze postępki?

Do tych refleksji sprowokować może film Barbary Sass „W imieniu diabła”, choć przecież, tak naprawdę, to nie zagłębia się on swoją historią w żadną metafizykę. Wchodzi natomiast dość głęboko w to, co dzieje się z człowiekiem poddanym psychicznej manipulacji lub – wyrażając się bardziej dosadnie: praniu mózgu. I nie ważne tu jest pod jakim ideologicznym płaszczem to się odbywa – religijnym, filozoficznym, politycznym… a może sekciarskim? Istotne jest to, jak bardzo może być ten proces destrukcyjny wobec człowieka o słabej – podatnej na wpływy, sugestię i manipulacje – psychice. A podatnymi na to jest jednak wielu ludzi.

Oto widzimy grupę sióstr zakonnych (wśród nich wyróżnia się Anna – rewelacyjnie debiutująca na dużym ekranie Katarzyna Zawadzka), którym przewodzi „matka przełożona”. Ich życie biegnące w murach klasztoru, znaczone modlitwą i codzienną rutyną, z pozoru spokojne i uległe, ale w głębi nękane niepokojem, mającym swoje źródło w ich traumatycznych doświadczeniach z przeszłości, które – dzięki ucieczce do klasztornej celi i poddaniu się rygorom życia zakonnego – próbują one zagłuszyć modlitwą, uwznioślając to wszystko miłością do Chrystusa i Boga.
No właśnie: miłość. Czym jest miłość w duszy i ciele zakonnej siostrzyczki? „W imieniu diabła” głównie tym wydaje się zajmować, czego przedsmak dawała nam już skandalizująca i prowokacyjna niewątpliwie zajawka reklamowa filmu: „każdy centymetr twojej skóry poczuje Chrystusa”, co przywołało do mojej świadomości skojarzenia choćby ze „Ekstazą Św. Teresy”, słynną rzeźbą Berniniego ukazującą zakonnicę w dwuznacznej pozie i wcale już jednoznacznym grymasem na twarzy, który jako żywo przypominał zmysłowy kobiecy orgazm. Bo czyż w mistycznym uniesieniu upojnego zjednoczenia się z bóstwem nie biorą udziału te same hormony (oraz mięśnie i ścięgna), które rozpalają i targają kobietą podczas jej stosunku seksualnego z mężczyzną-kochankiem?

Gdzie leży granica między religijną ekstazą a seksualnym ekscesem?

Wobec tego zapytać można cicho i delikatnie: gdzie w takim razie leży granica między religijną ekstazą a seksualnym ekscesem? Czy dawne kulty bachiczne nie były pod tym względem bardziej szczere i mniej zakłamane, zrównując ze sobą religijny kult i dosadny erotyzm? Czy może działo się tak dlatego, że wówczas było w nas więcej zwierza, niż kulturalnego człowieka? W każdym razie obecnie, nam – wyznawcom dekalogowej etyki – nie wypada już tego robić, więc zmuszeni jesteśmy separować erotyczne profanum od rozmodlonego sacrum, a zmysłowego Diabła-pokusiciela od duchowego Chrystusa-zbawcy (w końcu, w moralności Ojców Kościoła, wstrzemięźliwy i ezoteryczny Platon wygrał z hedonistycznym i bardziej konkretnym Epikurem… o czym zwłaszcza Św. Augustyn mógłby wiele powiedzieć).

Myślę, że mimo wszystko Barbara Sass uniknęła czarno-białego stygmatyzowania swoich postaci – bo i szalona a zarazem despotyczna siostra przełożona ma w sobie dość wyraźny tragiczny rys, a i ojciec Franciszek, który egzorcyzmuje siostry zakonne (zaznaczmy tutaj, że w większości są to piękne kobiety) nie jest wyłącznie podstępnym czarcim samcem dyszącym tylko po to, by zawładnąć młodym ciałem zakonnic (naturalnie w imię Chrystusa). Oboje są opętani, zniewoleni swoją obsesją – oboje stracili zupełnie kontakt z rzeczywistością, ale wydają się być jednak uczciwi w swojej wierze w to, iż wszystko to czynią by osiągnąć jakiś wyższy – metafizyczny i boski – cel.

Barbara Sass podkreślała przed premierą filmu, że – sama będąc katoliczką – nie występuje w nim przeciw kościołowi. I ja jestem gotów jej w to uwierzyć, bo nie widzę w tym obrazie wrogości wobec katolicyzmu, ani nie wyczuwam żadnej anty-klerykalnej histerii, której nie może się dziś oprzeć wielu tzw. „liberałów”, czy też wojujących ateistów. Dostrzegam natomiast wysiłek dotarcia do źródeł religijnego fanatyzmu, próbę nazwania i odseparowania budującej i wzbogacającej człowieka religijności od destrukcyjnego szaleństwa, które tego człowieka tłamsi, upodla i w końcu niszczy. Myślę, że pani Sass – weterance polskiego kina (jest to jej pierwszy od 12 lat film!) – to się w dużej mierze udało. I choć „W imieniu diabła” nie ma nośności, ciężaru ani artystycznej klasy pamiętnej „Matki Joanny od Aniołów” Kawalerowicza, to jednak okazuje się być dość wartościowym i potrzebnym dzisiaj głosem w debacie nad naszą narodową – rozmodloną, choć często też i pogubioną – katolicką psyche.

„JOANNA” (reż. Feliks Falk)

** * * * * *

Dobrze opowiedziana, sprawnie zrealizowana filmowo, świetnie zagrana (zwłaszcza przez odtwarzającą tytułową rolę Urszulę Grabowską) historia kobiety – młodej Polki, która podczas hitlerowskiej okupacji, ukrywa w swoim krakowskim mieszkaniu żydowską dziewczynkę.
Wygląda na to, że temat II wojny światowej, tudzież ówczesnych relacji polsko-żydowskich jest niewyczerpany, jednak twórca „Joanny” Feliks Falk – jak wynikało to ze spotkania z reżyserem po projekcji filmu w Chicago – zastrzega się, że jego obraz należy przede wszystkim odbierać w aspekcie uniwersalnym, jako portret człowieka, który zmuszony jest dokonywać (zwykle dramatycznych) wyborów w sytuacjach skrajnych, w tym i takich, które decydują, nie tylko o jego „honorze”, godności i „człowieczeństwie”, ale przede wszystkim o jego życiu i śmierci. Jest w tym oczywiście coś z wyniosłości antycznej tragedii, ale sprowadzone na ziemię zwykłych śmiertelników, ukazuje człowieka w całym jego pełnym wymiarze – zarówno jako istotę ułomną, słabą, chwiejną, małą…  jak i heroiczną, twardą, solidną i wielką. I myślę, że Falk, który nota bene jest również autorem scenariusza „Joanny”, zdołał raczej temu podołać.

Walka o przetrwanie w czasach zarazy

Skąd jednak bierze się to „raczej”?
Z drobnych (?) właściwie elementów. Takich np. jak wątpliwość co do fortunności wyboru małej Sary odtwarzającej rolę żydowskiej dziewczynki (urocze i piękne dziecko, ale pozbawione chyba aktorskiego talentu); obcesowości odrzucenia Joanny przez własną rodzinę (tu rodzi się podejrzenie, iż zabieg ten miał jedynie wzmocnić martyrologiczny wymiar bohaterki i niejako ją w tym wszystkim „dobić”); pewne „przedramatyzowanie” cierpienia Joanny (które niewątpliwie było wielkie, tyle że wyłożone na ekran zbyt dosłownie i z niejakim ekshibicjonistycznym ekscesem), czy wreszcie dość nachalny chyba jednak patos zakończenia.

Jednak rzeczywiście losem Joanny widz wrażliwy mógł się tylko przejąć i tradycyjny sposób reżyserii Falka, (który oprócz tego, że jest artystą, to jest także zarazem sprawnym rzemieślnikiem kina) był w stanie wydatnie się do tego przyczynić. Chociaż z drugiej strony wystawia to film na zarzut anachronizmu ze strony tych, którym bliższy jest jednak nowoczesny, bardziej dynamiczny i swobodniejszy formalnie sposób robienia współczesnego kina. Ale to chyba bardziej kwestia stylistycznych preferencji, które sprawiają, że to co inni uważają za zaletę, inni mogą uznać za wadę.

Jest jeszcze sprawa tego (podkreślonego przez Falka) „uniwersalizmu”. Ja osobiście wątpię, czy kiedykolwiek (w najbliższym przynajmniej czasie) będziemy mogli (mam tu na myśli tzw. przeciętnego widza) odbierać uniwersalnie coś, co nawiązuje do tak wyjątkowego wydarzenia w naszej niedawnej historii, jakimi były Holocaust i niemiecka okupacja. Uważam, że niezwykle trudno jest wyjąć podobną opowieść z takiego jej historycznego kontekstu, choćby dlatego, że przecież na nim zasadza się jej istota i dramaturgiczne jądro. Wcale się więc reakcji tych widzów, (którzy w tego typu filmach dostrzegają pewne konkretne odniesienie się do relacji polsko-żydowskich tamtego okresu) nie dziwię, choć rzeczywiście sam oglądałem film tak, jak chciał tego reżyser: jako uniwersalną przypowieść o mierzeniu się człowieka z przewrotnością, niesprawiedliwością i okrucieństwem z jakim doświadcza go często bezlitosny los.