VIRTUTI MILITARI I MINISTER OBRONY Z WNUCZKĄ PIŁSUDSKIEGO

(ze wspomnień wywiadowcy)

Kolejna część cyklu ukazującego się na łamach “Dziennika Chicagowskiego” w latach 1995-96 i odnoszącego się do wywiadów ze znanymi postaciami polskiej kultury i polityki, przeprowadzonych w latach 1990-94 w Stanach Zjednoczonych, jak również do amerykańskich i polonijnych wydarzeń kulturalnych oraz politycznych tamtego okresu.

.

A teraz przystępuję do ujawnienia treści i przebiegu spotkań szczególnie znaczących dla każdego wywiadowcy. Chodzi o inwigilację środowiska wojskowego. Przedstawię dwa przypadki: kontakt z oficerem lotnictwa amerykańskiego oraz z samym ministrem obrony narodowej Rzeczypospolitej Polskiej.
Państwo wybaczą ten żart. Moja znajomość z profesorem dr. Zdzisławem Wesołowskim, człowiekiem niezmiernie interesującym, oraz zetknięcie się z Januszem Onyszkiewiczem, z którym udało mi się przeprowadzić parogodzinną rozmowę w Miami, to jedne z moich cenniejszych dotychczasowych doświadczeń amerykańskich.

Prof. dr Zdzisław Wesołowski w miłym towarzystwie (Barbary Cooper)

Prof. dr Zdzisław Wesołowski w miłym towarzystwie (Barbary Cooper)

Zdzisław Wesołowski dał się niedawno poznać szerszym kręgom Polonii, będąc jednym z trzech kandydatów w ostatnich wyborach na prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej. Niezwykle barwna postać, życiorys nad wyraz ciekawy. Przybył tutaj z Polski z rodziną, jako 11-letni chłopiec, wkrótce po zakończeniu II wojny światowej. W Nowym Jorku ukończył szkołę średnią, później pływał na statkach handlowych, dostał się do wojska, służył w wojnie koreańskiej, latając na samolotach, po czym rozpoczął studia, zaliczając ostatecznie kilka fakultetów: ekonomię, kierownictwo i zarządzanie, biznes i handel, otrzymując w końcu doktorat z ekonomii. Obecnie jest wiceprezydentem Amerykańskiego Instytutu Kultury Polskiej, wykładowcą  ekonomii i zarządzania oraz… aeronautyki na Florida Memorial College w Miami. Posiada stopień kapitana rezerwy lotnictwa Stanów Zjednoczonych, ostatnio mianowany na pułkownika gwardii stanowej. Kiedy go poznałem, kończył „Złotą Księgę Kawalerów Polskiego Orderu Virtuti Militari”. Wcześnie wydał już kilka innych pozycji z dziedziny falerystyki. Byłem ciekaw, zważywszy na tak szerokie pole działalności profesora, skąd się wzięła ta fascynacja odznaczeniami i orderami, a szczególnie Virtuti Militari, każąca mu poświęcić kilkanaście lat na badanie historii odznaczeń, a w przypadku ostatniej książki – na kompletowanie liczącej ponad 26 tys. nazwisk listy kawalerów Orderu.

Okazało się – jak to często bywa – że przyczyny leżą w biografii rodzinnej bohatera. Wszystko to dzięki jego ojcu, którego życiorys jest naprawdę gotowym scenariuszem na film sensacyjny. (Miałem okazję przeczytać jego, wydaną w Polsce, biografię.)
„Kiedy ojciec przywiózł nas do Ameryki – wspominał Zdzisław Wesołowski – widziałem go często w mundurze, a na jego piersi całe mnóstwo odznaczeń. Nie za bardzo nawet chciał mi objaśniać, opowiadać za co je otrzymał. W ogóle nie opowiadał mi zbyt wiele o swoim życiu. Dopiero kiedy byłem już dorosły, od jego kolegów dowiadywałem się jakim wspaniałym był człowiekiem, jakich czynów dokonał, stając się polskim i amerykańskim bohaterem.”
A zatem kim był Stefan Wesołowski, ojciec Zdzisława? Wystarczy wspomnieć, że trudne dzieciństwo, pełne głodu i poniewierki, które przypadło na okres I wojny światowej, zmusiło 9-latka do wstąpienia w szeregi Wojska Polskiego. Parę lat później, za zasługi w obronie Lwowa i udział w Powstaniu Śląskim, zostaje odznaczony Krzyżem Walecznych i właśnie Orderem Virtuti Militari (jako 13-letnii chłopiec!) Bez wątpienia stał się przez to najmłodszym kawalerem tych odznaczeń, jak i najmłodszym kapralem Wojska Polskiego – bo taki stopień mu wówczas nadano. Później wiążą się jego losy z morzem. Pływa pod różnymi banderami, po wszystkich wodach świata. Walcząc na morzu, podczas II wojny światowej, był dekorowany różnymi odznaczeniami przez 7 państw. Nie mając nawet amerykańskiego obywatelstwa, został w czasie wojny dowódcą jednostki floty Stanów Zjednoczonych.
Nic więc dziwnego, że życiorys ojca stał się dla Zdzisława busolą i drogowskazem, determinując jego karierę i fascynacje. 200-lecie ustanowienia Orderu Virtuti Militari było więc doskonałą okazją do wydania „Złotej Księgi”. Jednak w roku obchodów, sfinalizowanie projektu spaliło na panewce, nota bene z najbardziej powszechnej i prozaicznej przyczyny: braku funduszy. „Prosiłem kilka osób o pomoc w sfinansowaniu tego wydania – skarżył się Wesołowski – otrzymałem nawet kilka obietnic, ale w końcu okazało się, że ci „wszyscy święci” mi odmówili. Np. pani Basia Johnson napisała mi w liście, że owszem, podziwia moją pracę itd…. ale niestety, nie ma pieniędzy. I to twierdzi kobieta, której majątek ocenia się na 550 mln. dolarów!” Autor poskarżył mi się również, że wsparcia odmówiłam mu także Blanka Rosenstiel i że ledwie zdołał ją przekonać, by swój bal „Polonaise” poświęciła obchodom 200-lecia i Kawalerom Orderu, a nie – jak zamierzała – Kolumbowi i Indianom (ostatecznie tematyka ta dominowała w roku następnym). A jednak wszystko skończyło się pomyślnie i obecnie „Złota Księga” – w całej swej krasie i historycznej doniosłości – jest do nabycia u autora.

greydot

Tak więc, dzięki inicjatywie prof. Wesołowskiego i akceptacji prezeski Amerykańskiego Instytutu Kultury Polskiej w Miami, jeden z balów „Polonaise” miał para-militarny charakter. Poświęcony 200-leciu ustanowienia Orderu Virtuti Militari, zgromadził kawalerów tego odznaczenia, jak również kilku wysokich rangą (dwóch generałów) oficerów armii amerykańskiej. Z Polski zaś przybył Janusz Onyszkiewicz, pełniący jeszcze wówczas funkcję ministra obrony narodowej. Jak pamiętamy, w latach 80-tych był on jednym z czołowych działaczy „Solidarności”, rzecznikiem prasowym tej organizacji i doradcą Lecha Wałęsy. W 1990 r. został mianowany pierwszym w Układzie Warszawskim cywilnym wiceministrem obrony narodowej. Te fakty mogły zapowiadać interesującą rozmowę, tym bardziej, że w Polsce zmienił się w tamtym czasie rząd (kierownictwo przejęła ekipa Jana Olszewskiego, którą nazwano wówczas „gabinetem pod choinkę”). Wydawało mi się, że jako osoba siedząca w samym centrum kotła politycznego w kraju, Onyszkiewicz będzie człowiekiem kompetentnym w objaśnieniu pewnych aspektów ówczesnych rozgrywek partyjnych i gospodarczych. Nie rozumiem doprawdy późniejszych pretensji niektórych zagorzałych przeciwników Unii Demokratycznej, że w ogóle ośmieliłem zbliżyć się do Onyszkiewicza. Ależ panowie! Co ma piernik do wiatraka a wół do karety?! Czy wywiady musimy przeprowadzać tylko z tymi, których politycznie kochamy? Oczywiście, że UD się później kompromitowała i osłabła wydatnie, a już zupełnie rozmyła się i pogubiła w mariażach Unii Wolności, schodząc na dalszy plan polskiej szopki politycznej. Wówczas, w Miami, od Onyszkiewicza można się było dowiedzieć paru interesujących rzeczy. Np. tego, że „polskie życie polityczne jest dojrzałe” (słowa samego ministra, które nawiasem mówiąc posłużyły za tytuł wywiadu opublikowanego później w chicagowskiej „Gazecie Polskiej”). Czyż nie jest to interesujące stwierdzenie?

Janusz Onyszkiewicz z żona Joanną, wnuczką Józefa Piłsudskiego

Janusz Onyszkiewicz z żoną Joanną, wnuczką Józefa Piłsudskiego

Nie chciałbym tu jednak ironizować, tym bardziej że odpowiedzi mojego rozmówcy były rzeczowe i można je było rozważyć w kategoriach akceptacji lub negacji. Rezultatem długiej rozmowy były dwa obszerne wywiady: jeden na temat ogólnej sytuacji w Polsce, drugi na temat wojska. To co się stało kilka miesięcy później (upadek rządu Olszewskiego i awantura z teczkami Macierewicza) było jednak antycypowane w naszej rozmowie. Onyszkiewicz np. wyraźnie odciął się od idei dekomunizacji mówiąc: „Dla wielu ugrupowań politycznych dekomunizacja ma być kolejnym hasłem mającym, po pierwsze – wytłumaczyć dlaczego do tej pory z tego kryzysu nie udało się wyjść; po drugie – dać ludziom igrzyska, skoro nie można dać im chleba. To bardzo niebezpieczna droga.”
Na moje pytanie, co sądzi o tych opiniach, które mówią, że mimo ogólnych (wówczas) prawicowych deklaracji, Polska skazana jest – z wielu względów – na lewicowy program ekonomiczny, minister odpowiedział: „Jesteśmy niewątpliwie skazani – i mówię to bez żadnego żalu – na program o zabarwieniu socjaldemokratycznym  w tym sensie, że musi on zabezpieczać pokój społeczny, a więc taki, który w okresie szalonych zmian i napięć, da ludziom pewne poczucie bezpieczeństwa (…). Sytuacja jest naprawdę trudna i wyjścia z ogólnej polityki gospodarczej, zwanej planem Balcerowicza – odejścia od głównych jego założeń – nie ma.”
To co się działo w następnych latach – sami byliśmy tego świadkami – potwierdziło jedynie obawy, które mogły się w nas zrodzić, gdy analizowaliśmy wypowiedzi Onyszkiewicza.

Naturalnie, rozmowa zeszła także na tematy wojska. Przyznam, że najbardziej zależało mi na uzyskaniu odpowiedzi na następujące pytanie: Co można sądzić pod względem etycznym i moralnym o instytucji, która jeszcze parę lat temu była miejscem najbardziej zaciętej i intensywnej indoktrynacji komunistycznej, a teraz – praktycznie perzy braku realnych zmian i przy tej samej kadrze – chce uchodzić za opokę chrześcijaństwa? (M.in. poświęcano wówczas – z helikoptera! – poligony wojskowe. Mimo tego, wielu nadal uważało wojsko za zakamuflowaną ostoję mentalności komunistycznej, w dalszym ciągu dowodzoną przez „czerwonych generałów”.)
Odpowiedź Onyszkiewicza nie mogła być inna: Wojsko nie ma ambicji uchodzenia za religijną opokę. To prawda, że została kadra, która prawie w całości należała do partii („No są byli towarzysze!”) Jednak okazało się to bardzo naskórkowe. Te posądzanie o komunistyczne przeżytki traktowane są niezwykle instrumentalnie… etc.

Nie sposób wspomnieć tu o wszystkich wątkach rozmowy z szeregowcem, który na stanowisku ministerialnym zawiadować miał generałami. Z okazji tego spotkania miałem także przyjemność poznać małżonkę Janusza Onyszkiewicza, Joannę – nota bene wnuczkę Marszałka Piłsudskiego – kobietę niezwykłej urody, wykształconą w Anglii (architektura), o doskonale sympatycznej powierzchowności.
Nazajutrz dowiedziałem się o chorobie ministra. Otóż okazało się, że przed przybyciem do Miami, bawił on na tygodniowych wakacjach na Jamajce, gdzie wskutek kąpieli w Oceanie nabawił się zapalenia ucha środkowego. Tuż przed wejściem do samolotu stracił równowagę i musiano go przewieźć do szpitala, gdzie zajęli się nim lekarze z US Air Firce Hospital w Homestead (wówczas jeszcze baza istniała, zanim nie rozebrał jej Clinton i jego administracja).
Po powrocie do kraju Onyszkiewicz przestał być ministrem. Może i dobre to było dla niego rozwiązanie, jako że za trzy miesiące wybuchła w Polsce pamiętna afera z agentami i ich teczkami, która zmiotła gabinet Olszewskiego i obnażyła słabość polskiej prawicy. Nastąpiły dalsze zawirowania i Janusz Onyszkiewicz znów trafił do MON, ale tylko na chwilę*, bo oto ponownie nastały ministerialne rządy admirała Kołodziejczyka, byłego wasala Red Army i informatora KGB. Później, jak pamiętamy, zaczęło się nasze pukanie do NATO, a na wojskowej górze znów wydarzyło się parę ciekawych hecy… Jegomoście zajęci byli polityczno-personalnymi rozgrywkami, podczas gdy broń rdzewiała coraz bardziej. I znów pewnie będą na Zachodzie żartować, że armie polską jest w stanie pobić w miarę sprawna drużyna skautów.

c.d.n.
greydot

(Artykuł ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 17 marca, 1995 r.)

* Janusz Onyszkiewicz ponownie pełnił obowiązki szefa MON w latach 1997-2000, w rządzie Jerzego Buzka.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

INDIANIE TAŃCZĄ POLONEZA W MIAMI

(ze wspomnień wywiadowcy)

Kolejna część cyklu ukazującego się na łamach “Dziennika Chicagowskiego” w latach 1995-96 i odnoszącego się do wywiadów ze znanymi postaciami polskiej kultury i polityki, przeprowadzonych w latach 1990-94 w Stanach Zjednoczonych, jak również do amerykańskich i polonijnych wydarzeń kulturalnych oraz politycznych tamtego okresu.

Blanca Rosenstiel na balu Polonaise

Blanca Rosenstiel na balu Polonaise

 

Floryda nie taka znów kolorowa, jak ją malują. A wiadomo, że folder reklamowy zniesie każde egzotyczne kłamstwo. Dobry fotograf i piekło na raj przerobi: wybiórczość kadru, podretuszowane kolorki, papier kredowy i bajer sloganowy potrafią czynić cuda. Obrazki znane nam z reklam telewizyjnych czy prasowych – to słońce, palmy, złoty piasek i laski nieziemskie w bikini – to ledwie cząstka florydzkiej rzeczywistości. Cała reszta to skwar, wilgoć i bagna.* To, co się nam kojarzy z egzotyczną Florydą, to zaledwie wąski pas wybrzeża wzdłuż Atlantyku i Zatoki Meksykańskiej. Tam rzeczywiście możemy trafić na miejsca, które robią wrażenie i mogą przypominać bajkę; są też niewątpliwie warte zwiedzenia (Key West, St. Augustine, Cape Canaveral, wyspa Sanibel…) ale klimat, zwłaszcza latem, jest fatalny – jeszcze bardziej zwariowany, niż w Chicago. Najbardziej daje w kość wilgoć, częste zmiany ciśnienia i wiatry. Pogoda zmienia się błyskawicznie – w ciągu jednego dnia przeżyć możemy ulewę, huragan, duchotę i rozpalona patelnię. Niekiedy wystarczy przejść na drugą stronę ulicy, żeby podobnej zmiany doświadczyć. Wysoką temperaturę można by jeszcze znieść, gdyby nie ta cholerna humidity. To pod tym względem można mówić o bezdyskusyjnej wyższości ciepłego, ale suchego klimatu Kalifornii nad subtropikalnym, lepkim piekiełkiem Florydy.
To zdumiewające, co potrafi zrobić sprawna mitotwórcza kampania reklamowa i handel ludzkimi marzeniami. Bowiem, jeszcze przed kilkudziesięcioma laty Floryda była niemal pusta. Wielu entrepreneurs dostrzegło w tym możliwość fantastycznego zarobku. Rozkręcono więc wielką machinę naganiającą do osiedlenia się we florydzkim raju. Głównym targetem, czyli – mówiąc już po ludzku – celem agentów realnościowych, stali się ludzie starsi, będący już na emeryturze, często zamożni, dysponujący oszczędnościami całego życia. To nic, że klimat Florydy przystawał do zdrowotnych wymogów seniorów jak pięść do nosa: fatalny dla niedomagającego już serca, niewydolnego układu oddechowego, zwiędłej skóry… Wykreowano więc mit Florydy jako sielskiej, ostatniej przystani na zimę życia. A wszystko po to, by dokopać się do żyły złota. Naturalnie, to co teraz tutaj piszę to są uogólnienia – gdyż spotkałem tam również szczęśliwych rezydentów, którzy przenieśli się z chłodnej północy. Ale ogólnie, jeśli już gdzieś uciekać, to lepiej jest wyjechać do Kalifornii (tym bardziej, że nie są to już czasy „Gron gniewu” Steinbecka).

greydot

Głównym powodem, dla którego zacząłem pisać o Florydzie, jest chęć przelania na papier wspomnień związanych z moim kontaktem z Amerykańskim Instytutem Kultury Polskiej w Miami. Warto więc zacząć od wystawnych imprez zwanych balami „Polonaise”, będących w Ameryce prawdziwym ewenementem, jeśli chodzi o kulturalną polsko-amerykańską symbiozę. Rok rocznie wydarzenie to organizuje Blanka Rosenstiel, założycielka Instytutu, inicjatorka Fundacji im. Chopina, milionerka i filantropka, od kilkudziesięciu już lat propagując kulturę polską wśród Amerykanów. Bal „Polonaise” to jej oczko w głowie i perła w koronie – uważa go za jedną ze swoich spektakularnych wizytówek.
Pamiętam pierwszy bal, którego byłem świadkiem. Gdybym miał opowiedzieć o nim językiem tanich reportaży wydawanych w formie paper-back, zacząłbym następująco:
Sobotni wieczór, trzeci tydzień karnawału. Pogoda, jak to w styczniu: osiemdziesiąt kilka stopni, powietrze lepi się od wilgoci, wiatr nie daje ochłody, a tu jeszcze trzeba przedzierać się sposobem bumper-to-bumper w korku samochodów zalewających miamskie downtown. Prawdziwa florydzka zima. Nabrzeżną, wysadzaną strzelistymi palmami arterią, docieram do hotelu Inter-Continental. Szum Atlantyku miesza się z gwarem przybywających gości. Pytam się hotelowego boy‚a o drogę do sali, w której ma się odbyć całe wydarzenie „Oh! I know! Polynesian Ball!” – mówi łamaną angielszczyzną, wskazując nam kierunek. Mogliśmy być pewni, że jesteśmy we właściwym miejscu.

Pomylić poloneza z Polinezją? Nie będzie to wyglądać tak absurdalnie, jeśli uprzytomnimy sobie, jak egzotycznie dla hotelowych gości z całego świata musiała wyglądać np. niezwykle malownicza postać jegomościa z sarmackimi wąsami, przebranego w efektowny szlachecki strój sprzed kilku stuleci. A tu jeszcze te poczty honorowe, surmy, prezentacje, insygnia, sztandary… Nie wspominając już o tłumie pań w wytwornych sukniach jak nie z tej epoki, panów we frakach i smokingach… „It must be a real big party” – dotarło do moich uszu stwierdzenie ze strony przyglądającej się temu wszystkiemu z ubocza – a będącej pod wielkim wrażeniem – pary Australijczyków.

W podobnym tonie można by ten opis ciągnąć dłużej, tym bardziej, że specyfika fety obfitowała w kurioza i wcale nie wymagała ubarwień. Tak jest zresztą co roku, choć każdy bal ma inny akcent i tematykę, przybierając inne barwy. Wtedy akurat poświęcony był dwusetnej rocznicy ustanowienia przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego Orderu Virtuti Militari. Z tej to racji całość trzymał w garści prof. dr Zdzisław Wesołowski, który był głównym inicjatorem obchodów, jako wybitny znawca historii orderu, jak i falerystyki ogólnej. To wówczas miałem okazję zawrzeć z nim znajomość, podobnie jak z Alexandrem Jordanem – Lutosławskim, kończącym wtedy tłumaczenie „Historii Polski” Pawła Jasienicy na język angielski. Znajomości te miały zresztą swoje konsekwencje, ale o nich może wspomnę następnym razem.

Na balu był także obecny Janusz Onyszkiewicz z małżonką Joanną (nawiasem mówiąc: wnuczką marszałka Piłsudskiego), wówczas jeszcze wiceminister obrony narodowej. Złoty Medal „za wybitne osiągnięcia na polu kultury i polityki” odebrał pisarz Stanisław Kuniczak (przetłumaczył na język angielski m.in. trylogię Henryka Sienkiewicza). W poprzednich latach wyróżniono w ten sposób m.in. Krzysztofa Pendereckiego i znanego pisarza amerykańskiego Jamesa Michenera. Była również aktorka Loretta Swit, kilku generałów US Army, państwo Burzyńscy z Teksasu, kawalerowie Virtuti Militari. Odczytano depesze: Busha i Wałęsy, a nawet… generała Schwarzkopfa. No i oczywiście nie zabrakło przeróżnych księżnych i książąt, hrabiów i hrabianek, baronów i baronowych – z Danii, Finlandii, Jugosławii, Francji, Rosji, Anglii… Nie omieszkał też zawitać jakiś król (bliżej mi nie znany). Świat, który – jak widać – jeszcze nie zaginął. I – jak się dowiedziałem – nie tylko, że nie zamierza ginąć, ale i wydaje w Europie własny magazyn for Royalties and Aristocracies zatytułowany „Point De Vue – Images Du Monde”.

greydot

Loretta Switt na balu Polonaise (1993) - młodsza i piękniejsza niż przed 20 laty, kiedy występowała (jako Hot Lips) w serialu tv M*A*S*H*

Loretta Switt na balu Polonaise (1993) – młodsza i piękniejsza niż przed 20 laty, kiedy występowała (jako Hot Lips) w serialu tv M*A*S*H*

Równie egzotycznie było na balu następnym. Może nawet bardziej egzotycznie, jako że z dźwiękiem poloneza mieszały się melodie indiańskie. Bowiem z okazji 500-nej rocznicy odkrycia Ameryki przez Kolumba, bal „Polonaise” odbywał się w hołdzie… pierwszym (rdzennym) Amerykanom, czyli Indianom. W wielkiej sali balowej hotelu Fontainbleau w Miami Beach doszło więc do zderzenia dwóch – wydawałoby się odległych o antypody – kultur. „La Grande Polonaise” poprowadziła idąca w pierwszej parze z senatorem Enochem Kelly Haney, Lady Blanka Rosenstiel. Należy zaznaczyć, że senator Haney z Oklahomy jest nikim innym, jak czystej krwi Indianinem ze szczepu Seminoli, oprócz polityki zajmującym się – z równym powodzeniem – malarstwem i działalnością biznesową. Nie brakło też wodzów ze szczepów Cherokee i Mohawków: Jonathana Taylora i Normana Tarbella spotkać można było w towarzystwie Marii Józefy i Marii Christiny, księżnych saksońskich.
Gazeta „Miami Herald” obwieszczając bal, za wzmiankę najbardziej godną uwagi uznała fakt obecności na nim Loretty Swit, znanej powszechnie z roli Hot Lips w serialu „M*A*S*H”. Przyjaciółka Blanki Rosenstiel, aktorka polskiego pochodzenia, której rodzice nosili nazwisko Świt. Chciałem skorzystać z okazji i przeprowadzić z nią wywiad, w czym obiecała pomóc mi Gospodyni balu, przedstawiając mnie aktorce. Wówczas jeszcze nie przypuszczałem, że będzie to jeden z największych niewypałów w mojej karierze wywiadowcy. Może dlatego, że było to już późną porą, po paru toastach? A wszystko zaczęło się tak obiecująco. Dowiedziałem się więcej o polskich korzeniach Loretty, zanim rozmowa nie zeszła na nieszczęsny „M*A*S*H”. Wpierw, nieopatrznie wyraziłem zdziwienie, że pani Swit nie widziała filmu Roberta Altmana „M*A*S*H” (nota bene uznanego przez Amerykańską Akademię Filmową najlepszym obrazem 1971 r.), który, bądź co bądź, stanowił pierwowzór dla serialu telewizyjnego. Następnie pogrążyłem się jeszcze bardziej zdradzając, że widziałem tylko jeden odcinek tej mydlanej opery, która przyniosła sławę Lorettcie. Na to artystka odpowiedziała, że z serialem nie ma już nic wspólnego od 20 lat i chciałaby porozmawiać o innych swoich aktorskich osiągnięciach. Na co ja… ani be ani me, jako że nie spotkałem nazwiska pani Swit nawet w drugorzędnych produkcjach kina amerykańskiego, nie mówiąc już o produkcjach pierwszorzędnych. Delikatnie więc poprosiłem o przybliżenie mi tych osiągnięć. Tutaj artystka, (która na balu występowała przecież w charakterze Wielkiej Gwiazdy) zrobiła uwagę, że byłoby lepiej gdybym sam wcześniej zaznajomił się z jej wyczynami. Ja z poruszoną ambicją sumiennego wywiadowcy (gdyż zazwyczaj dość rzetelnie staram się przygotowywać do tego typu spotkań) odparłem, że przed naszą rozmową poszedłem do biblioteki i przewertowałem wszelkie możliwe źródła wiadomości o ludziach estrady, sceny i filmu… i niestety… nawet w najbardziej opasłych księgach, kompendiach wiedzy i przewodnikach typu „Who is Who?” żadnych informacji o Lorettcie Swit nie znalazłem. W tym momencie nastąpił raptowny koniec naszej rozmowy. Może dlatego, że było to już późna porą, po paru toastach?…**

greydot

Kiedy dziś wspominam te bale, doznaję mieszanych uczuć. Z jednej strony imponować mógł rozmach i wystawność tych imprez, z drugiej – można było wyczuć na nim sztuczność i napuszenie Towarzystwa Wzajemnej Adoracji przejętego własną pozycją i geologicznym drzewem. A przecież żadnego wrażenia nie powinien na nas robić tytuł barona czy hrabiny, dopóki się nie przekonamy co ci ludzie sobą reprezentują, czy przypadkiem nie są nadmuchanym balonem zarozumialstwa i jedyną ich zasługą nie jest aby tytuł odziedziczony po przodkach. Trochę niewyraźnie się więc poczułem, kiedy, rozmawiając o organizacyjnych kulisach balu, usłyszałem od pani Blanki: „Jestem pewna, że wielu ludzi gotowych jest zapłacić nawet kilkaset dolarów, byle tylko doznać tego zaszczytu, by zasiąść przy jednym stole z naszą arystokracją.” A odnosząc się do balu jubileuszowego, który akurat wtedy się zakończył, dodała: „Nasze bale – a było ich już dwadzieścia – mają swoją specyfikę i ulegają po drodze pewnej ewolucji. Ostatnimi laty np. przyjeżdżała na niego głównie arystokracja europejska. Zazwyczaj więcej jest Amerykanów. To nic, że nie przyjechała księżna Bernadotte, państwo Sapiehowie, ani książę Alexander, który zazwyczaj tutaj bywał (prawdopodobnie zostanie teraz królem Serbii). Przysłali nam piękne życzenia i telegramy.”

To jest znakomite, że miamski Instytut usiłuje sprzęgać to, co polskie z tym, co amerykańskie. Ta zasobna w fundusze (zmarły przed kilkudziesięcioma laty mąż Blanki zostawił jej fortunę, dzięki której mogła ona rozwinąć swoją działalność) organizacja, aktywna dzięki energii i wyobraźni Prezeski, tworzy i przechowuje wartości, których brak zubożyłby nie tylko środowisko florydzkie, ale i całej Polonii amerykańskiej. Choć z drugiej strony, Polacy na Florydzie skarżą się na odsunięcie się od ich środowiska pani Blanki, dzięki czemu działalność Amerykańskiego Instytutu Kultury Polskiej jest im obca. Skąd my znamy te animozje? Może wynika to właśnie z tego, że Blanka Rosenstiel założyła sobie, iż ma to być przede wszystkim instytucja amerykańska i w zasadzie elitarna? Jedno jest pewne – w oczach Amerykanów przydaje nam chluby i prestiżu, budując obraz Polski i Polaków na jakim powinno nam zależeć.

c.d.n.
greydot

(Artykuł ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 3 marca, 1995 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

* Nieco przesadziłem tutaj z tym opisem Florydy. Zawsze lubiłem ten stan i nawet po przeprowadzce do Chicago wracałem na Florydę z przyjemnością. Dlatego wkrótce postaram się opublikować tekst, który lepiej oddaje sprawiedliwość temu, czym – i jaka naprawdę – jest Floryda.
** To prawda, nie zachowałem się wówczas jak dżentelmen i do dzisiaj jest mi z tego powodu wstyd (nie można przecież wszystkiego zwalać na alkohol). Zresztą Loretta Swit kilka lat później przyjechała do Chicago ze swoim monodramem („Shirley Valentie”), który zaoprezentowała na najbardziej chyba renomowanej scenie Wietrznego Miasta – Chicago Theatre. Kto wie, może nawet przyczyniła się do tego jej ambicja urażona przez moje zachowanie i ignorancję?

© ZDJĘCIA WŁASNE

.