ZDĄŻYĆ NA CZAS (wspomnienie o Małgorzacie)

*

Pomyślałem dziś o Małgorzacie. Wróciłem do wpisu jaki jej poświęciłem trzy lata temu (to niewiarygodne jak ten czas szybko mija, ciągle ukazując nam rzeczywistość w coraz to innych konfiguracjach). I znów słowa tam zawarte nabrały dla mnie innego – szczególnego – znaczenia. Jak np. te: „Mam sobie za złe, że nie znalazłam dość siły, żeby porozmawiać z tymi, których znałam i ceniłam, którzy wysyłali sygnały – a których już nie ma. Odeszli i nie zdążyłam, wciąż myślałam, że mam jeszcze czas, że to nie jutro, nie pojutrze, przygotowywałam się i zbroiłam. Nie, nie chciałam odwodzić, wpływać na ich decyzje. Tylko porozmawiać. Jest już za późno.” To uderzające, że Małgorzata (Defendo), wypowiedziała tu dokładnie to samo, co – odległy, jakby się wydawało, o światopoglądowe antypody – ksiądz Jan Twardowski w swoim słynnym wersie: „Śpieszmy się kochać innych. Tak szybko odchodzą”.  Przypomniała mi się również jedna z naszych rozmów, jaką odbyliśmy pod jej tekstem „Nie chciałam, samo wyszło”.

*

Logos Amicus: Defendo, Twoje stwierdzenie „nie chciałam, samo wyszło” to są wg mnie słowa kluczowe dla całej tej sytuacji, którą tutaj opisujesz. Zresztą, nie tylko dla niej. Może dla całego naszego życia – dotycząc również egzystencji każdego człowieka?
Właśnie: czego chcemy a czego nie chcemy?
Czy kiedy nie chcemy, to chcemy?
Czy na pewno, kiedy chcemy, to naprawdę MY tego chcemy i czy rzeczywiście chcemy?
Ostatecznie, wychodząc poza te zawiłości, mogę skonstatować: znów dotykamy tutaj problemu wolnej woli i determinizmu.
Czy nie jest po prostu naszym złudzeniem to, że jesteśmy czymś osobnym, indywidualnym? Czy nasza alienacja nie jest owym złudzeniem konsekwentnie doprowadzonym do końca?
Archetypy są właśnie naszą próbą – niekiedy rozpaczliwą próbą – ponownego zjednoczenia się ze światem, także z innymi ludźmi. Są tęsknotą za powrotem do Oceanu – do Jedni Wszechświata (to czuli doskonale – a może też i rozumieli? – ludzie, mistycy Wschodu).
Dzięki archetypom łagodzimy naszą niepewność. Dzięki nim chcemy pokonać samotność (także w tym szerszym wymiarze egzystencjalnym) – wyciszyć lęk związany z zagubieniem w świecie.
Chcemy aby archetypy służyły naszemu poznaniu.
Ale czy są one naszą wiedzą?
I czy w ogóle mogą być naszą wiedzą?
Nie wiem…

Defendo: Logosie – też nie wiem. Archetypy mogą występować w formie symboli (albo personifikacji), a ich treść może być wyrażona tylko przy pomocy metafor.
Metafory uważam za jedno z narzędzi poznania.
Bywają jednak groźne. Potrafią generować nazizm, nienawiść rasową, wojnę.
Zadałeś wiele pytań. Nie znam odpowiedzi.
Tak jak nie wiem, co właściwie mi wyszło, w miejsce tego, co zamierzyłam. Ten chłopak usiłował kogoś zabić – przy pomocy noża. Nie mam pojęcia, co czuł, kiedy wyjmował pozornie zakrwawiony nóż z chleb-ciała, któremu przypisaliśmy wcześniej tak wiele znaczeń. Nie umiem opowiedzieć jego twarzy. Tej niesamowitej ciszy. Jakby wstrzymali oddechy.
Mam nadzieję, że wtedy każdy z nas coś zrozumiał, ale straciłam kontrolę nad tym, CO pojęli inni. Jeśli nie pojęli, to przynajmniej odczuli.
A chciałam tylko uwrażliwić ich na to, że tylko prawdziwa sztuka ma prawo dotykać najważniejszego, że jest sfera sacrum (ściśle chroniona, której nie wolno niszczyć) i sfera profanum, dostępna wszystkim, ale w której nie wolno nurzać rzeczy naprawdę istotnych.
Nie wiem, co trzymał w dłoni ten chłopak. Nie wiem, czy te sfery są rozłączne. Może zdarza się czas i miejsce, w których mieszają się bez uszczerbku dla tabu?
Od czego to zależy?

Logos Amicus: Defendo [wybacz] (…) ale, niestety, odnoszę nieodparte wrażenie, że te Twoje zakrwawione sztylety ocierają się o kicz.

Defendo: (…) Oczywiście, że to kicz – zamierzony i wykonany („biełyje rozy”, czarne tło, sztylet – a tak naprawdę kord oficera Marynarki Wojennej, sztyletem nie dysponuję, krew tak czerwona, że aż wiadomo, że nierzeczywista). Ten rodzaj kiczu, który chciałam zdezawuować i obrzydzić moim podopiecznym. Właśnie dlatego przygotowałam całą tę „spaloną” scenkę.
Nic TU się nie ociera o kicz – jest kiczem, jak inkrustowane sztucznymi brylantami tipsy panienki wracającej ostatnim podmiejskim autobusem z dyskoteki, jak sceniczny biustonosz Madonny, jak tekst pretensjonalnej piosenki. Kicz zamierzony i wykonany. Zdarzenie z chlebem straciło [jednak] część cech kiczu – i nadal nie wiem, czym się stało.

Logos Amicus: (…) Nie spodziewałem się, że tak łatwo mi przytakniesz.
A już szykowałem się na coś w rodzaju obrony kiczu…
Chciałem wspomnieć o operach, malarstwie Dalego, tajskich świątyniach, „Bohemian Rhapsody” zespołu Queen…
Czyli o kiczu, który czasami przemienia się w arcydzieło.

Defendo: Wiem, przecież się rozumiemy ;)
Jasne, że bardziej niż dosłownie.

* * *

Ktoś pod pożegnalnym wpisem o Małgorzacie napisał: „Wierzę Małgosiu i poprzez uczucia jakie mi towarzyszą teraz, próbuję po raz enty zrozumieć niepojętą tajemnicę życia i śmierci…
Quietus est – perpetus sopor!

Na co starałem się odpowiedzieć:  Jest niepojęta, a i tak próbujemy zrozumieć. Choć nigdy nie zrozumiemy – najwyżej poddamy się wierze lub jakiemuś przekonaniu. A może tu nie ma nic do zrozumienia, tylko do… pogodzenia się z tym lub… nie pogodzenia? Perpetus sopor. Czyli sen, z którego nie można się przebudzić? A może jednak – poza czasem – nie ma ani wiecznego snu ani przebudzenia?
A jest tylko trwanie lub nieistnienie?

Kto to wie?

* * *