BOMBY, WIATRAKI I KONTRABAS, czyli o samotności farsowo i tragicznie

*

Niestety, temat znów stał się aktualny (prawdę mówiąc to aktualny on jest zawsze). Chodzi o terroryzm. Ostatni zamach bombowy w Bostonie i dyskusja, jaka wywiązała się pod moim wpisem o dramatycznych wydarzeniach, jakie on za sobą pociągnął, przypomniała mi casus Teda Kaczynsky’ego (słynnego Unabombera) i artykuł, jaki swego czasu poświęciłem tej postaci. Jest to rodzaj studium charakterologicznego terrorysty, który dodatkowo rzuca światło na inne aspekty naszej współczesności, a przy okazji: także na taki fenomen ludzkiej kondycji, jakim jest samotność. (Tekst został opublikowany w „Dzienniku Chicagowskim”, 10 stycznia 1997 roku.)

*

solitude samotność

*

I. WIATRAKI UNABOMBERA*

W czasie największej wrzawy wywołanej aresztowaniem Unabombera, wśród tych wszystkich dyskusji radiowych, telewizyjnych… sążnistych artykułów i cover stories, podobizn zarośniętego i skutego kajdankami Kaczynsky’ego na okładkach największych amerykańskich magazynów, odbyła się również rozmowa w naszej redakcji „Dziennika Chicagowskiego”, w której każdy wygłosił swoje zdanie, a kiedy przyszła kolej na mnie, to wspomniałem coś o „walce w wiatrakami”.
Jednak chwilę później uświadomiłem sobie, że mimo wspólnego mianownika jakim tu jest obłąkanie, przywołanie analogii z donkiszoterią niezbyt dobrze przystaje do przypadku Teda Kaczynsky’ego – do jego postawy – do społecznego i symbolicznego wymiaru całej tej szaleńczej, ślepo-zaułkowej rejterady zbłąkanego geniusza z Chicago.
Don Kichot walczył z wiatrakami, które istniały tylko w jego wyobraźni, chciał kruszyć swą kopię ze zwidą, mierząc nią w chimerę, na co świat zareagował pobłażaniem dla dziwactwa, nie pozbawionym nawet pewnej przychylności i sympatii dla błędnego rycerza.
Ted Kaczynsky zaś obrał sobie za obiekt ataku technologię i postęp cywilizacyjny jako zagrożenia, (które niewątpliwie są faktami i zjawiskami realnymi), jednak swoje bomby podsyłał rzeczywistym ludziom, na co świat zareagował strachem, jak również potępieniem i nienawiścią do zabójcy.
Na tym jednak różnice się nie wyczerpują.
Don Kichot był marzycielem, romantycznym poczciwcem chociaż mitomanem; stawał po stronie honoru, ideału i sprawiedliwości, chciał bronić pokrzywdzonych, no i kochał wzniośle i wiernie Panią swego serca, Dulcyneę z Toboso, a była to miłość wielka i prawdziwa, choć kochanka raczej wyimaginowana.
Ted Kaczynsky zbuntował się przeciwko cywilizacji – trudno jednak dostrzec w nim jakiś utopijny acz szlachetny w intencjach idealizm; nienawidził ludzi, wliczając w to własną rodzinę, a co gorsza… wszystkie kobiety.
Choroba Don Kichota, za pośrednictwem geniuszu Cervantesa, dostarczyła światu jedno z najwspanialszych arcydzieł literatury, uniwersalną parabolę pewnego aspektu człowieczej (nie)doli; romantycznego eskapizmu i owładniającej potęgi ludzkiej wyobraźni.
Choroba Kaczynsky’ego stała się udręką dla jego najbliższych, również dla niego samego, uniemożliwiając mu twórcze wykorzystanie swego niepośledniego intelektu (nota bene o ilorazie inteligencji 170) i wreszcie – co najbardziej wymierne a jednocześnie tragiczne – spowodowała śmierć 3 osób, a zranienie 23.
Wypada tu zaznaczyć, zważywszy choćby na Don Kichota, że „chorobliwość” umysłu niekoniecznie dyskwalifikuje wszystkie jego intencje, skutki i znaczenie – ważność dla społeczeństwa. Zważmy, że niemal wszystkich twórców największych religii świata, współczesna medycyna najprawdopodobniej zakwalifikowałaby do przypadków psychiatrycznych. Nie w tym jednak rzecz. Istotna w społecznej (kulturowej) akceptacji jest pozytywna siła oddziaływania tego, co z pozoru – przynajmniej w oczach tzw. „trzeźwych” realistów – wygląda na obłęd. To prawda, że najczęściej ów stan umysłu jest destruktywny, ale bywa też i konstruktywny, kreując nowe, pozytywne wartości.

Może ktoś mi zarzucić, że zbyt daleko zapędziłem się w swoich konkluzjach, zestawiając casus Kaczynsky’ego z protoplastami różnych religii, jednak wato pamiętać, że nieraz kult rozpoczynał się całkiem skromnie i niewinnie, a to, co przez postronnych świadków odbierane było jako dziwactwo wręcz i fanaberię, stawało się zalążkiem pokaźnego kulty czy seksty, wpływało w końcu istotnie na społeczne, czy choćby tylko partyjne ideologie, zmieniając przy tym historię. Sam zetknąłem się ze sugestiami, że być może kiedyś w przyszłości, Kaczynsky stanie się postacią kultową, kimś w rodzaju świętego jakiegoś ruchu ekologicznego, sprzeciwiającego się technologicznej dehumanizacji naszej cywilizacji. (Doszły mnie nawet słuchy, że wśród młodej polskiej prawicy – a może lewicy? – niektórzy uparli się z Unabombera zrobić bohatera. Znam lepsze wzory.)

greydot

Bez wątpienia Theodor Kaczynsky był socjopatą. Czy jednak wszystkie przypadki tzw. socjopatii uznać należy za psychologiczne czy socjologiczne „przestępstwo”? Przecież pewna doza wyobcowania (poszukiwanie „świętego” spokoju, wolterowskie „uprawianie swojego ogródka”, tudzież pragnienie autonomii, niezależności, skupienia…) może być zrozumiała, a nawet pożądana nie tylko dla tego kto się odsuwa, ale i dla tych, od których ktoś się odsuwa. Pewne wartości, z których korzysta cała społeczność – naród, czy nawet cała ludzkość – mogły powstać tylko w samotności twórcy. Lecz w tym (kreatywnym) odsunięciu się ważne jest mimo wszystko poczucie solidarności z ludźmi – być może nawet gdzieś tam ponad murem, czy warstwą izolacji, która często jest niczym innym, jak rodzajem ochrony przed zranieniem. Solidarności wspólnego losu, doli, fatalizmu, zagrożeń, lęków, cierpienia, radości, nadziei… Wtedy te bariery są jakby pozorne, a współodczuwanie prawdziwe – paradoksalnie, mimo fizycznego dystansu – poczucie więzi staje się mocniejsze.
Niestety, z Unabomberem sprawy miały się inaczej. I doprawdy nie wiem, czemu tę klęskę umysłu i duszy Kaczynsky’ego przypisać: wychowaniu, genom, środowisku… jego własnym wyborom czy też czynnikom endogennym? Dysponuję zbyt małą ilością danych, bo o tym przesądzić. Ewidentne objawy dają nam obraz człowieka dość złożony.
To, że Kaczynsky zamieszkał w chatce na odludziu Montany, samo w sobie nie jest przecież czymś złym i niezrozumiałym. Kto z nas nie odczuwa – przynajmniej od czasu do czasu – podobnej tęsknoty, by „wsiąść do pociągu byle jakiego”, rzucić to wszystko w czorty i zaszyć się gdzieś z psem, kobietą, wędką i książkami (kolejność przypadkowa) w jakiejś leśno-górskiej głuszy? Tym, co trudno zaakceptować, a co świadczyło o poważnych perturbacjach psychicznych Kaczynsky’ego, były pewne epizody z jego życia, których nie sposób tu zignorować. Nie zauważano raczej u Teda zainteresowanie płcią odmienną. Kiedy pewnego razu chciał się do kobiety zbliżyć, ta dała mu kosza a on z wściekłości zaczął w miejscach publicznych naklejać napastliwe i złośliwe limeryki na jej temat. W końcu nie tylko zerwał stosunki ze swoją najbliższą rodziną, ale i skierował na nią swą nienawiść. Kiedy po raz pierwszy matka i brat odwiedzili go w swojej chatce, nie odezwał się do nich ani słowem, siedząc przez pół dnia nieruchomo na kanapie. Później słał im coraz bardziej przykre listy obwieszczając, że nie życzy sobie z nimi żadnego kontaktu. Oto fragmenty: „Uważacie, że możecie mnie traktować jak zwykłego dupka, na którym można się wyżyć i rozładować frustrację. Zawsze chcieliście, abym był waszym grzecznym geniuszkiem.”

Robił wyrzuty rodzicom, że źle go traktowali w dzieciństwie, że używali wobec niego obraźliwych i napastliwych słów. Jednak najbardziej cierpiał wskutek poczucia, iż został przez nich odtrącony, gdy urodził się jego brat, David. Najdziwniejsza wszak była jego późniejsza reakcja na małżeństwo brata. Poczuł się zdradzony (!), uważał, że brat „opuścił” go dla kobiety (!!) i podobno wpadł nawet w rozpacz na wieść, że David czuje się w swoim związku szczęśliwy. Obraża się więc gwałtownie na niego, zawiadamiając o zerwaniu wszelkich kontaktów. Kiedy David chce go odwiedzić w Montanie, pisze pełen złości list: „Tak mnie dusi poczucie bezsilności i frustracji, że nie jestem w stanie zrzucić całej tej śmierdzącej rodziny z moich pleców, a zwłaszcza takiej osoby, jak ty! Nigdy, nigdy nie chcę widzieć ani ciebie, ani kogokolwiek z naszej rodziny.”
Nie wiem, zapewne zbyt mało wiemy o rzeczywistych stosunkach Teda z rodziną, nie znamy całej prawdy i domowych przejść, jednak sporo wskazuje na to, że problem był w Tedzie, a nie w jego rodzinie. Jeśli więc nie było konkretnych, wytłumaczalnych powodów do tak gwałtownej niechęci do krewnych, te słowa Kaczynsky’ego świadczą o jego poważnym emocjonalnym problemie, może nawet o mentalnym krachu.

greydot

Mimo tych dewiacyjnych zachowań Unabombera, spróbujmy podejść poważnie do jego postulatów dotyczących zagrożenia cywilizacyjnego, jakie niesie ze sobą postęp technologiczny. Kaczynsky w swoich manifestach opublikowanych na łamach „Washington Post” i „New York Timesa”, zwracał szczególną uwagę na niebezpieczeństwo związane z eksperymentami inżynierii genetycznej, które mogą prowadzić do „kontroli umysłu i świadomości człowieka, poprzez implanty elektrod w mózgu czy elektroniczne systemy zagrażających prywatności ludzi.”
Trzeba przyznać, że brzmi to nieco paranoidalnie, niemniej jednak musimy się zgodzić z tym, że manipulacja genami przypomina igranie z ogniem i może mieć katastrofalne skutki dla życia na naszej planecie. W każdej chwili może się bowiem zdarzyć, że jakaś mutacja genowa wymknie się spod kontroli i – np. w formie wirusa – zagrozi życiu biologicznemu za Ziemi. Podobnie jest z zagrożeniami ekologicznymi związanymi z rozwojem przemysłu, z urbanizacją, ekspansją infrastruktury, eksploatacją zasobów naturalnych, wymieraniem wielu gatunków roślin i zwierząt. Można to postrzegać jako stopniowe niszczenie środowiska naturalnego, świata fauny i flory – jako zawężanie się wokół ludzi tej sfery życiowej, której nie dotknęła jeszcze ingerencja i piętno ich rozpanoszonej cywilizacji. Nie można zaprzeczyć, że są to zagrożenia całkiem realne – niebezpieczeństwo jest rzeczywiste, co uświadamiają nam nie tylko umysły wzburzone, jacyś nawiedzeni „zieloni”, ale i poważne autorytety naukowe, racjonalni badacze świadomi ewolucji i zmian cywilizacyjnych mających decydujący wpływ na środowisko naturalne człowieka.
Jednakże, nawet w tym kontekście, postawa Kaczynky’ego była nie do przyjęcia. Nie tylko zresztą ze względu na jego akty terrorystyczne, pociągające za sobą niszczenie zdrowia i życia Bogu ducha winnych ludzi. Była nie do przyjęcia (abstrahując od sprawy kryminalnej) ze względu na swoją jałowość. Jeżeli bowiem Kaczynsky był tak przejęty losem ekologicznym świata, to czy nie powinien swoje dążenia zracjonalizować, nadać im społecznie akceptowalnego, cywilizowanego,  po prostu ludzkiego biegu? Istnieją przecież takie formy działalności, które – przy jego potencjale intelektualnym i stopniu zaangażowania – mogły przynieść wymierny i rzeczywisty skutek. Stało się inaczej: Ted dokonał innych wyborów (albo też był zdeterminowany czymś, na co nie miał wpływu), kompromitując w jakimś sensie szlachetność wspomnianych idei i wkraczając ponadto na teren zbrodni.

greydot

Nie ulega wątpliwości, że musimy mieć świadomość konieczności poszanowania otaczającej nas natury, której przecież sami jesteśmy cząstką. Nie wszystkie „zielone” działania i manifestacje należy odbierać jak dziwactwo i kwitować wzruszeniem ramion. Mnie samego zbyt mocno uderzyło pięknych kanionów Utah, majestat polodowcowych dolin Sierra Nevada, niesamowity pejzaż Doliny Śmierci, pełne bizonów pastwiska Yellowstone, dzikie ostępy Wyoming czy też spieczone słońcem pustynie Arizony, by twierdzić, że od tego wszystkiego ważniejsza jest fabryka, kopalnia, cementownia, elektrownia czy tartak. Nie można tego, co kształtowało się przez miliony lat – a co stało się cudem przyrody – niszczyć w ciągu paru dekad ciasnym i krótkowzrocznym pragmatyzmem – jakąś doraźną użytecznością i potrzebą, którą jednak dałoby zaspokoić się w inny sposób.
Z drugiej jednak strony trudno zaprzeczyć, że utopią są wszelkie dążenia anty-postępowe. Naukowego i technicznego rozwoju nie można powstrzymać, tak jak nie da się zastopować ewolucji, przeciwstawiając się jej prawom. Należy jednak zachować nad tym wszystkim jakąś rozsądną kontrolę. A postęp cywilizacyjny nie tylko jest nieunikniony, ale i niezbędny.
W niedawnym orędziu noworocznym na XXX Światowy Dzień Pokoju, Jan Paweł II mówił: „Postęp w dziedzinie przemysłu i rolnictwa zapewnił wyższy poziom życia milionom ludzi i pozwala spodziewać się pomyślnej przyszłości dla wielu innych; dzięki technice możliwe jest dziś pokonywanie wielkich odległości; informacja stała się bezpośrednio dostępna, co poszerzyło możliwości ludzkiego poznania.”

greydot

Napisałem, że świat na bombowe wyczyny Unabombera zareagował strachem i nienawiścią. A czy można było inaczej? Jednakże, ponoć w czasie aresztowania zarośniętego pustelnika z Montany, nawet agenci FBI wykazywali wobec niego pewną przychylność. Podobnie: prasa i media amerykańskie w zasadzie nie były skłonne do grzmiących potępień. Również w naszym polonijnym środowisku dały się odczuć odruchy – jeśli nie sympatii, to pewnej wyrozumiałości wobec Kaczynsky’ego. (Można się było przy okazji zastanowić: jaką rolę w tej nieagresji miało jego polskie pochodzenie ?)  Niektórzy brali jego stronę, podkreślając np. fakt „zdrady”, czyli wydania go policji przez rodzinę. Sugerowano nawet jakieś korzyści materialne, zbicie forsy na wspomnieniach, wywiadach… Tymczasem nie ma, jak do tej pory, żadnych podstaw, by twierdzić, że to spodziewana korzyść finansowa była motywacją w złożeniu donosu przez brata Davida. Rodzina Kaczynsky’ch do dzisiaj nie chce słyszeć o milionie dolarów jaki przeznaczyła agencja federalna na nagrodę dla tego, kto wskaże ślad prowadzący do schwytania Unabombera.

greydot

Tym, co najbardziej obciąża Unabombera, jest terroryzm. Można mu ewentualnie współczuć jako człowiekowi choremu, można starać się zracjonalizować jego ostrzeżenia, upoważnić pewne elementy jego ekologicznej ideologii, jednak z całą pewnością trzeba się sprzeciwić metodom, jakie zastosował on do manifestacji swego buntu.
Jeśli nawet zgodzimy się, że stosowanie drastycznych metod walki jest w realiach dzisiejszego świata czymś nie do uniknięcia (jak można było inaczej wygrać wojnę z faszyzmem?), to terroryzm nigdy nie może zdobyć naszej akceptacji. To prawda, że jego źródło często leży w desperacji, ale tym źródłem bywa też niekiedy szaleństwo, jakaś fundamentalna niezgoda na świat, pewnego rodzaju anarchizm… Często wyrasta on z jakiegoś jądra ciemności ukrytego we wnętrzu człowieka, jest bardziej problemem osobistym, niż ogólnym – jeszcze jedną formą samobójstwa. Bywa też fanatyzmem przebranym w martyrologiczne szatki krzewienia jakiejś ideologii; wreszcie pretekstem do destrukcji dle zdolnych do wszystkiego straceńców. Terroryzm jako szaleńczy spazm w uciecze człowieka przed samotnością.

greydot

II.  SAMOTNOŚĆ Z KONTRABASEM

Samotność z kontrabasem

Zmieńmy jednak wymiar i tonację.
Wziąłem niedawno do ręki sztukę Patricka Suskinda „Kontrabasita” (nawiasem mówiąc przetłumaczoną przez moją redakcyjną koleżankę Basię Woźniak), przypominając sobie przy tym kreację Jerzego Stuhra, który przedstawił nam ją niedawno w Wietrznym Mieście w swojej świetnej interpretacji. Monodram wciąga, ponownie przywodząc pewne skojarzenia z Don Kichotem, tyle że miejsce kopii zajmuje pękaty kontrabas.
O czym myślimy czytając Suskinda?
Kiedy tragedia staje się nie do zniesienia, należy ją zamienić w komedię. Tak, jak samotność Kontrabasisty: w małym pokoju, sam na sam ze swoim instrumentem, (którego bardziej jednak nienawidzi, niż kocha) człowiek przegrany odmawia uznania swego niespełnienia i izolacji za dramat. Ma na to niezawodny sposób: żart, kpinę, ironię, szyderstwo, bagatelę oraz… miłość do pięknej sopranistki Sary. Dodajmy, że jest to miłość platoniczna, jako że Sara nie jest nawet świadoma istnienia swojego adoratora.
Kontrabasista dobrze zna swoje ograniczenia. Wali dramatycznie pięścią we własną pierś i krzyczy: „O, tu – jest pusto!” Nie dane jest mu zostać wielkim artystą, ani nawet dobrym instrumentalistą. Lecz te chwile nie trwają długo. Już w następnej minucie uważa siebie i swój instrument za pępek… nie tylko filharmonii, ale i świata. Kompleks niższości jakże łatwo zamienia się w manię wielkości.
No ale co z tą miłością? Może właśnie to uczucie ratuje Kontrabasistę przed ostateczną katastrofą? To nic, że nieosiągalność kobiety pożądanej przepełnia go goryczą i zmusza do tego, by zastąpić jej ciało kontrabasem. Dobra i taka namiastka, niż żadna. Tak, jak pisał w swoich „Esejach” Franciszek Bacon: „Jakże mało ludzi zdaje sobie sprawę z tego, czym może być samotność. Gdyż tłum nie jest towarzystwem, twarze są niczym innym, jak galerią obrazów, a rozmowa zaledwie cymbałem brzmiącym – jeśli nie ma w tym wszystkim miłości.” Bacon nawiązywał zapewne do „Hymnu o miłości” Św. Pawła, a wyszło tak, jakby znał przypadek naszego samotnego Kontrabasisty, koncertującego przed tłumnym audytorium i wzdychającym do sopranistki.

greydot

Samotność.
W społeczeństwie zawsze jest to rzecz podejrzana. Choć zdania na jej temat są podzielone. Z jednej strony mówi się tak, jak Pearl Buck: „Człowiek, który próbuje żyć samotnie, nigdy nie odniesie sukcesu jako ludzka istota – jego serce stanie się oschłe, jeśli nie znajdzie drugiego serca, jego umysł skurczy się, jeśli będzie słyszał tylko echo swoich własnych myśli nie znajdując innej inspiracji”.
Z drugiej strony uważa się, że tylko w samotności może się spełnić ludzka indywidualność i „pełnią rozkwitnąć dusza”.
Podsumował wszystkich Tomasz Mann pisząc w „Śmierci w Wenecji”: „Samotność jet matką tego, co w nas jest oryginalne, matką piękna niespotykanego i zadziwiającego – czyli poezji. Ale bywa też tak, że rodzi przeciwieństwa: perwersję, absurd – to, co zakazane”.

greydot

Naszego samotnego Kontrabasistę można umieścić w samym banalnym środku między tymi skrajnościami: oryginalności to on zbytniej z siebie nie krzesa (choć czuje czasem w swej tęsknicy dotknięcie poezji), również perwersją zbytnią nie grzeszy, okazując się tylko niegroźnym dziwakiem.
Istotne jest to, że swoje osamotnione życie woli Kontrabasista widzieć bardziej jak komedię, niż tragedię. Tym lepiej nie tylko dla niego, ale i dla nas – świadków jego pustelniczej doli. Bowiem wolimy śmiać się z człowiekiem, niźli razem z nim płakać. A sam Kontrabasista ma doskonały i genialny w swej prostocie sposób na radzenie sobie z problemami, które go przerastają. Zanim coś go zaboli, obwieszcza sobie i światu: „Olewam to!”
Kontrabasista przymierza się jednak do aktu desperacji i heroizmu. Chce podczas solennej premiery opery, w której Sara śpiewa główną partię, wstać w ciszy i wykrzyczeć na cały głos imię swojej ukochanej. Wyobraża sobie, że tylko w ten sposób może zwrócić na siebie jej uwagę. Zniszczyłby pewnie tym swoją „małą stabilizację”, ale za to zyskał rys pasji i bohaterstwa. (To nic, że tylko w swoim własnym mniemaniu.)
Właśnie pakuje swój instrument do futerału, przywdziewa frak i wychodzi do filharmonii. Czy jednak wystarczy mu odwagi, by krzykiem zagłuszyć swoją samotność

greydot

WOODSTOCK – TRZY DNI MIŁOŚCI, POKOJU, MUZYKI I BŁOTA

Krajobraz po miłości totalnej: Woodstock - tryumf czy klęska Dzieci Kwiatów?

*

Dokładnie ćwierć wieku temu* miało miejsce wydarzenie, któremu z czasem zaczęto przydawać wagi kamienia milowego w historii amerykańskiego społeczeństwa. „Trzy dni muzyki i pokoju” Festiwalu Woodstock zasłużyło niewątpliwie na  miano kulturowego fenomenu. Ile w tym zjawisku mitologii, a ile autentycznego głosu pokolenia? Jak brzmi ten głos po latach?

RADOSNA HEKATOMBA

Tak jak każdy mit, również i Woodstock jest czymś nieuchwytnym i do końca nieokreślonym. I jak każdy mit, wymyka się racjonalnej ocenie, będąc bardziej wyznaniem wiary, albo też po prostu – tęsknotą i życzeniem. Przez te 25 lat, które minęły od Festiwalu, ukształtowały się o nim dwie skrajne opinie: jedna romantyczna, druga zaś cyniczna. Z jednej strony uznano go za enklawę miłości i pokoju, za dopełnienie wspólnoty młodego pokolenia, wyraz jego ideałów, dążeń i wartości; z drugiej natomiast – za fanaberyjny wykwit naiwności zaczadzonych marihuaną Dzieci Kwiatów, za jeden wielki bałagan, za unurzany w błocie spęd hipisowskiej hordy. Trzeba przyznać, że te opinie zawierają w sobie ziarno prawdy, choć obie mocno zabarwione są emocjonalnością i subiektywizmem.

Niewątpliwie Woodstock stał się czymś więcej niż festiwalem rockowym. A nie  spodziewali się tego nawet sami organizatorzy, którzy chcieli po prostu powtórzyć sukces (również komercyjny), odbytego dwa lata wcześniej festiwalu w Monterey w Kalifornii.
Już pierwszego dnia pamiętnego sierpniowego weekendu 1969 roku, impreza wymknęła się spod kontroli. Tak wielka była presja potrzeby manifestacji i wyrażenia się ówczesnej młodzieży. Po pierwsze – zamiast spodziewanych 150 tys. uczestników, na miejsce Festiwalu usiłowało dotrzeć ok. 500 tys. ludzi. Piszę „usiłowało”, gdyż ponad połowa z nich nigdy nie dotarła nawet w pobliże estrady, utykając w 20-to kilometrowym korku, porzucając samochody, koczując na dziko, gdzie popadło… Same występy odbywały się gdzieś w jakimś kącie tego całego zamieszania, były jego ułamkiem. Mimo że bilety wstępu jak na tamte czasy kosztowały słono, organizatorzy, widząc napierające tłumy – poprzerywane zasieki, deptane płoty – ogłosili Festiwal imprezą darmową. Już wkrótce okazało się, że brakuje wszystkiego: żywności, elektryczności, wody, toalet. Zatłoczony niemiłosiernie kawałek ziemi zaczął przypominać bezładne mrowisko. Na domiar złego, drugiego dnia spadł ulewny deszcz, zamieniając grunt w jedno wielkie grzęzawisko błota.
Władze stanowe uznały teren pod White Lake (gdyż Festiwal odbywał się w pobliżu tej miejscowości oddalonej niemal o 50 mil od samego Woodstock w stanie Nowy Jork) miejscem klęski żywiołowej. Postawiono w pogotowie cały pluton US Army. Zaczęto nawet zrzucać z powietrza żywność i artykuły pierwszej potrzeby. A jednak to wszystko nie było w stanie zabić kołaczącego się wśród Dzieci Kwiatów ducha. A zaledwie krok dzielił ich od katastrofy. Mimo to zanotowano tylko jedno zejście śmiertelne, wyrównane przez naturę jednymi narodzinami.

Make Love not War

WIĘCEJ NIŻ ROCK&ROLL

Mimo tego misz-maszu wydarzenie miało swoje znaczenie – tak kulturowe i społeczne, jak i polityczne. Nie bez kozery muzyka rockowa pełniła w tym wszystkim funkcję spoiwa. Już rock&rollowe szaleństwo lat 50-tych, a później beatlesowska gorączka lat 60-tychś świadczyła o tym, że właśnie muzyka jest dla młodego pokolenia głównym środkiem ekspresji, stanowiąc przy tym medium, przez które komunikowano się ze sobą i starano się wpływać na świat zewnętrzny. Woodstock był tego kulminacją. A ówczesny rock był nie tylko rodzajem muzyki, ale przede wszystkim stylem, sposobem życia, myślenia…
Inną już sprawą jest, czym się ten styl objawiał, jak manifestował, jakie niósł wartości. I jakie konsekwencje obyczajowe miało głoszenie free love without consequences, jak dewastująco działały na młodych ludzi narkotyki, alkohol, abnegacja… Ale to już bardziej sprawa socjologii i moralistów.

TRZYDNIOWA UTOPIA

Jeśli chodzi o aspekt polityczny, to oczywiście wskazuje się głównie na antywojenny charakter kontestacji, na nastroje skierowane głównie przeciw trwającej wówczas wojnie w Wietnamie, która właśnie najwięcej ofiar pochłaniała wśród pokolenia Baby Boomers, czyli powojennego wyżu demograficznego. Prostest songi, niesamowita wersja amerykańskiego hymnu narodowego („Star Spangled Banner”) Hendrixa, pamiętna wyliczanka Joe McDonalda „I Feel Like I’m Fixin’ to Die Rag”, zaangażowanie Joan Baez… Festiwal był przesiąknięty tą atmosferą: słynny slogan Make Love not War, wszechobecne znaki pacyfistyczne, festiwalowe logo, gdzie na gryfie gitary siedzi sobie biały gołąbek… etc.
Jednakże nie byłbym skłonny do przeceniania wpływu tych odruchów, manifestacji i symboli na odwrócenie koła amerykańskiej historii. Przede wszystkim warto pamiętać, że prawdziwi hipisi stanowili subkulturę, czyli – wyrażając się współczesnym żargonem socjologicznym – byli w zasadzie ludźmi wyalienowanymi ze społeczeństwa. Co nie znaczy, że lwia część ich równolatków nie sympatyzowała z ich poglądami. Różnica polegała na tym, że hipisi swoje deklaracje próbowali zamienić w ciało, zaświadczając to sposobem życia, ubioru, bycia… To była taka bohema epoki napalmu. Jednak stawiało to ich poza społeczeństwem i nie tylko przez tzw. establishment polityczny byli oni postrzegani raczej jako kuriozum, przemijająca dziwaczna moda. Również same demonstracje, protesty i pikiety studentów (Berkeley), mogły być przez Biały Dom i Pentagon ignorowane. Niepomiernie bardziej brzemienny w skutki był fakt ogarniania przez nastroje anty-wojenne coraz szerszych kręgów amerykańskiego społeczeństwa, w tym i pokolenia rodziców żołnierzy wysyłanych na indochińskie front. Nie zapominajmy też o opozycji politycznej (wśród ich sympatyków był wówczas m.in. młody Bill Clinton).

W drodze do Utopii

Woodstock był więc rodzajem gestu – powiedzmy sobie szczerze – bez większych reperkusji społecznych w następnych latach. Dzieci Kwiaty w dużej części (tej, której nie zdziesiątkowały narkotyki), obcięły włosy, zamienili workowate, kolorowe szatki na biznesmeńskie garnitury, ewentualnie na robotnicze kombinezony czy też koszule z niebieskimi kołnierzykami; przyłączyły się – chcąc nie chcąc – do pogardzanego dotychczas „wyścigu szczurów”, wychowując w przyszłości pokolenie energicznych biznesmenów yuppies.
A po Woodstock pozostało wspomnienie zamienione w mit, w symbol. Realiści – niekoniecznie cynicy – wiedzieli, że „wspólnota Woodstock” była utopią… choć prawie ucieleśnioną na okres 3 dni (to i tak długo, jak na utopię). Później już tylko mieliśmy do czynienia z przypadkiem, o którym mówił Santayana: „idealna społeczność jest wyłącznie dramatem odgrywanym w ludzkiej wyobraźni”.

POLSKIE ZAPATRZENIE

Jakie reperkusje miał Woodstock w Polsce? Czy ogólne doświadczenia młodzieży amerykańskiej były przekładalne na nasze krajowe realia?

Niewątpliwie, pewne elementy kontrkultury trafiły u nas na podatny grunt, znalazły się punkty styczne w wiedzeniu świata przez młodych ludzi. I chyba nie chodziło tu tylko o estetykę: o długie włosy i kolorowe paciorki, o dżinsowe mundurki (np. taki Jacek Kuroń, choć młodzieniaszkiem nie był już w tamtych czasach, chodził we wranglowej katanie – i to nawet do Sejmu – jeszcze 20 lat później). Andrzej Olechowski, późniejszy minister spraw zagranicznych, a ongiś disc jockey i kierownik artystyczny zespołu Klenczona „Trzy Korony”, powiedział w jednym z ostatnich wywiadów: „W kręgu moich znajomych jest kilka osób, które świadomie postanowiły nie wchodzić w rytm kariery i kierat codzienności. I pewnie nie znalazłyby motywacji czy usprawiedliwienia, by podjąć taką decyzję, gdyby nie (amerykańska) kontrkultura”. Lecz do dzisiaj nie wiadomo: bardziej to (dla zainteresowanych) powód do zadowolenia, czy do żalu i smutku.

Jednak, generalnie rzecz biorąc, to zapatrzenie polskiej młodzieży na Zachód i przejmowanie pewnych wzorów, miało znamiona ledwie kalki. Z prostych przyczyn: żyliśmy w dwóch różnych światach, otaczały nas dwie różne rzeczywistości, byliśmy inaczej uwarunkowani. Tak naprawdę, to o co innego nam chodziło po obu stronach muru. Jeśli więc na Zachodzie Woodstock jest postrzegany w kategoriach mitu to nie należy od jego polskiego odbicia oczekiwać większego konkretu. Zachodnią kontrkulturę, polska młodzież o skłonnościach opozycyjnych wobec komunistycznego reżimu, zaczęła traktować jako źródło ideałów wolnościowych, solidarnościowych. I tu dotykamy małego paradoksu: zachodni ruch kontestatorski, hipisowski, uznany został  przez upartych i zasadniczych politologów za ruch lewicowy. Czyżby więc polska młodzież, w kraju nasrożona przeciw „czerwonym”, a na Zachodzie hołubiąca „lewaków”? Wątpię, by ktoś na to zwracał wówczas uwagę. Bardziej to była sprawa równości pokoleniowej oraz zapatrzenia w bardziej swobodny, kolorowy, różnorodny Zachód, z którego przejmowaliśmy kulturowo-obyczajowe trendy, pozy i mody.

Jimi Hendrix

BYŁA TEŻ MUZYKA

Woodstock to oczywiście także muzyka. Czy Festiwal rzeczywiście odbił to, co było najlepsze w ówczesnej muzyce rockowej? Bez wątpienia zgromadził wielkie dla tej muzyki nazwiska i zespoły: m.in. Janis Joplin, Jimi Hendrix, „The Who”, Joan Baez (to już bardziej folk niż rock)… W Woodstock początek swej świetności miał Santana, świetny kwartet (na festiwalu raczej tercet, bez Younga) „Crosby, Stills, Nash & Young”… Pamięta się o występach Joe Cockera, Ravi Shankara, „Ten Years After”… czy jednak wszystkie nagrania z Woodstock rzucają na kolana? Nie, choćby z tego powodu, że dokonane zostały w dość specyficznych warunkach, dalekich choćby od technicznej doskonałości (nie wspominając już o dyspozycji samych wykonawców). A jednak muzyka ta z czasem urosła niemalże do wielkości monumentu i nabrała znaczenia manifestu pokolenia. Ile w tym fakcie było względów pozamuzycznych? Bez wątpienia sporo. Niemniej jednak nadal pozostaje ona w pamięci swych fanów czymś unikalnym – i mimo wszystko nie jest to przekonanie bezpodstawne.

Image Festiwalu Woodstock zaczęły kształtować – już wtedy, na gorąco, w 1969 roku – media. Na żywo został on utrwalony przez rzeczywiście doskonały, pod wieloma względami fenomenalny film dokumentalny Wadleigha „Woodstock” (wśród jego montażystów znalazł się sam Martin Scorsese), który wkrótce obejrzało miliony widzów na całym świecie – i który oglądany jest do tej pory. To właśnie temu filmowi w dużej mierze należy przypisać ustalenie się legendy Woodstock.

SĘP ZAMIAST GOŁĄBKA

Organizatorzy Festiwalu w 1969 roku zbankrutowali, ich przedsięwzięcie okazało się – po podsumowaniu wszystkiego – finansową klapą. Dopiero później zaczął przynosić dochody (np. sam film zarobił w początkach lat 70-tych ok. 35 mln. dolarów – i nie bez znaczenia był tu Oscar). Oczywiście, jeszcze wiele lat po Festiwalu usiłowano ciągnąć z niego profity. Ale komercyjna pazerność swą kulminację osiągnie chyba w bieżący weekend w Saugerties, miejscowości oddalonej zaledwie kilka mil od lokalizacji pierwszego festiwalu. Bowiem planuje się tam imprezę Woodstock ’94 – biznesową machinę za $135 mln., gdzie zapewne próżno będzie szukać ducha, który nawiedził Dzieci Kwiaty ćwierć wieku wcześniej. Wojskowy regulamin, stalowe ogrodzenie, tysiąc goryli, cash stations, licencje handlowe i usługowe dla wybranych (czytaj: wypłacalnych) – innymi słowy: wszechobecny merkantylizm. Czyli znak naszych czasów? Bo chyba nie symbol dla współczesnego Generation X? Nic dziwnego, że na „stickerach” samochodów zdążających na Woodstock ’94 pojawiło się nowe logo: zamiast gołąbka, na gitarowym gryfie siedzi… sęp.

*  *  *

* Artykuł ten ukazał się po raz pierwszy na łamach „Dziennika Chicagowskiego” (12 sierpnia, 1994.)

                  Photo: LIFE (zdjęcia pochodzą STĄD)