BEAUTY AND THE BRIDGE

.

Na Brooklyńskim Moście

na Brooklińskim moście

 

      Most jako bestia – w tle, a na pierwszym planie –  kontrast w formie kobiecego piękna i delikatności. Jasna skóra, blond włosy, zmysłowe usta, piękne rysy twarzy, a drugi plan – to ciężkie stalowe bele, grube metalowe nity, poręcz ławki z kutego żelaza i siatka chroniąca nas przed przepaścią… Extremes meet. Lubimy takie kontrasty – lekkość i ciężar, ulotność i stałość, kruchość i solidność – świat eksponuje swe detale, ostrzej rysuje kontury, podsuwa nam to co jest gorące i zimne, pomijając letnią średniość, która jest nudna, szara i bez smaku. Majakowski był mostem brooklińskim zachwycony, Stachura już mniej – a ja ciekaw jestem jakby się zachowali gdyby na moście w Nowym Jorku spotkali tę kobietę? Na pewno nie letnio, choć Wołodia, mimo tego, że kipiał w nim testosteron i miał kochanek bez liku, mógłby zapałać większym pożądaniem do mostowych nitów, niż do tego ciała, poddając się urokowi na wpół przymkniętych powiek, zmysłowo rozchylonych ust czy kosmyka jasnych włosów. I krzyknąć: most to jest to! A później? Upić się wódką nieprzytomnie. A Sted? A Sted – to całkiem możliwe – tchnięty tęsknotą podróży na cudne manowce, mógłby o tej kobiecie napisać tak, jak już pisał o kobietach wcześniej: „Patrzyła w okno, a ja patrzyłem na nią, na jej profil i myślałem: sercem nie mógłbym, bo serce miałem kiedyś jedno i mi się potrzaskało straszliwie i doszczętnie, i nie udało się pokleić skorupek tego dzbanka, ani łzami – tym klejem białym, ani krwią – tym klejem czerwonym, i tak nie mam serca, nie mam, więc sercem nie mógłbym, ale mógłbym taką istotę pokochać SIŁĄ WOLI. SIŁĄ WOLI pokochać istotę taką mógłbym. Pierwszą dziewiczą i wielką i wolną miłością wolnej mojej woli. Skąd ona wzięła się, ta dziewczyna, tu, przede mną, prawie na wyciągnięcie ręki, ona, co jest taka, jak gdyby ją stworzyła jakaś niewysłowiona rozdzierająca tęsknota, już nie serca tęsknota, ale czegoś innego, nie wiem czego… Ducha tęsknota. Moja tęsknota.”  Czyli – zatęsknić, poczuć w sercu kłucie niespełnionej miłości, ból jaki sprawia niedosiężność idealnego piękna, które tylko udaje, że się przed nami materializuje, a tak naprawdę jest zamknięte w absolucie, jak w szklanej kuli… A później… upić się, upić jakimś tanim winem nieprzytomnie, i to niekoniecznie w jakimś hipsterskim barze w Greenwich Village, a najlepiej z homlesami pod mostem. Zresztą, czy jest to przypadek, że na moście tym spotkali się w swojej poezji dwaj samobójcy? Choć akt ostatecznej rozpaczy przyszło im odegrać w innych dekoracjach i z innym słowem na papierze i ustach, przejście przez Styks, po moście jak łódź Charona, zbliżyło ich do siebie – co na pewno nie było dziełem przypadku, bo przecież ten, tak naprawdę, nie istnieje.

     Skoro nie można dosięgnąć piękna, ani nasycić się jego istotą, wypić esencję – skoro ład estetyczny makijażu, gustowna biżuteria, pełne seksapilu nogi i lekki ironiczny uśmiech manhattańskiej Giocondy oddalają od nas jej cielesność – tę kobiecość z krwi i kości, która wypełnić by mogła pory naszej skóry, zmieszać nasz pot z jej potem, nasz oddech z jej oddechem – odcisnąć się w nas, naprężyć nasze mięśnie, wypełnić nam dłonie… to może rację miał Bukowski, który w brudzie, nieświeżości  i w znoju nurzał się w kobiecie pijanej, obszarpanej, śmierdzącej, nieboskiej…  Cóż, może to sprawa gustu, może abnegacji, może sposobności i dostępności – wytarzać się w pierwotnym, parującym, zwierzęcym jeszcze cieple seksu, który bardziej podatny jest hormonom – niczym archaiczny zew reprodukcji gatunku – niż erotyzmowi, jakim chcemy sublimować nasz atawizm i zwierzęcą chuć, otulając się dość kusym płaszczykiem kultury? A czy modelowanie kobiety nie czyni z niej abstrakcję? Czy naturalna dziewczęcość nie ginie pod sztucznością póz i stylizacją, która po zdjęciowej sesji umieszcza kobietę w nierealnej przestrzeni kredowego papieru kolorowych magazynów mody? I dopiero prysznic, zwykły szlafrok, jeszcze mokre włosy… wydobywają z tej pozy i sztuczności kogoś prawdziwego – istotę ziemską, podobną do nas i z naszego gatunku – którą wreszcie można dotknąć bez obawy, że wymknie się nam jak zjawa z wymuskanej w Photoshopie fotografii.

 .

Na tle Manhattanu

z Manhattanem w tle

.

 

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

POCIĄG DO HOLLYWOOD

(ze wspomnień wywiadowcy)

.

California dreaming in PRL?  ("Pociąg do Hollywood")

California dreaming in PRL? („Pociąg do Hollywood”)

W filmie „Pociąg do Hollywood” Radosława Piwowarskiego Kasia Figura grała dziewczynę, która marzyła o wyjeździe do tego kalifornijskiego raju filmowców. Z perspektywy polskiej bowiem, nadal to miejsce jawi się jako szczyt sukcesu – Parnas kina – obiekt westchnień i snów o potędze bożyszcza.* Mitu skąpanego w luksusie Hollywood nie są nawet w stanie rozwiać krytycy tego tinsel town – miasta błyskotek, fabryki złudzeń, zdroju eskapizmów i targowiska próżności. Lecz mity – jak wiemy – bywają żywotne i nie poddają się byle sceptykom, nie mówiąc już o cynikach.
Dlaczego ów mit Hollywood jest tak mocny i kuszący? Dlatego, że kusząca jest sława i pieniądze, które niewątpliwie – i to w wielkiej obfitości – są jego udziałem. To nic, że ta grupka pławiąca się w hedonistycznych rozkoszach (tak to sobie wyobrażają postronni) jest przeraźliwie hermetyczna i na swój sposób elitarna. Pokusa jednak jest nieprzemożna i w zasadzie ślepa, a rozczarowanie przychodzi dopiero podczas zderzenia się z realiami.
Czy jednak aż tak wielu polskich filmowców i aktorów zdobyło się na podejście do tej konfrontacji? A ilu z tych, którzy już odważyli się zmierzyć z Ameryką, odniosło liczący się sukces?
Roman Polański? Zgadza się, zrobił w Stanach co najmniej dwa znaczące i dobre filmy („Dziecko Rosemary” i „Chinatown”), ale skompromitował się małolatą, podpadł prawu i musiał stąd uciekać. Jerzy Skolimowski? Również wystartował ostro, ale także i jemu utarli nosa i do tej pory siedzi bezczynnie w Santa Barbara obrażony na cały świat (chodzą słuchy, że bawi się w malarza). Andrzej Żuławski? Ten, gdyby się nie pokazywał w Polsce, już dawno poszedłby w zapomnienie. Walerian Borowczyk? On właśnie poszedł w zapomnienie. Agnieszka Holland? Trzeba przyznać, że trafiła do „elity” right away i już czuje się tam podobno jak u siebie. Tak trzymać! Rybczyński? Zdobył Oscara za krótki metraż, ale… no właśnie… co dalej? Tylko nazwisko bez przerwy mu przekręcają. Bogayevitch? Jeśli chodzi o nazwisko, to już się przystosował, nie wychodząc jednak, jak na razie, poza klasę C-video.

W tym zestawie reżyserów mierzących się z pociągiem do Hollywood, wymienia się także Lecha Majewskiego, z którym miałem okazję spotkać się podczas ostatniego Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce. Przywiózł on do Chicago swój film „Ewangelia według Harry’ego”, będący rodzajem alegorii usiłującej poddać krytyce pewne zjawiska społeczno-obyczajowe współczesnej Ameryki. Innymi słowy: obraz z pretensjami zdecydowanie artystycznymi. Zapytałem się więc Majewskiego, jak on widzi ten notoryczny konflikt między kinem komercyjnym, a właśnie artystycznym. W odpowiedzi zabrzmiał wątek Hollywood nie tyle hermetycznego, co totalitarnego:
– Żadnego konfliktu nie ma, ponieważ jedynym królem jest tutaj kino komercyjne. Kino artystyczne na dobrą sprawę nie ma szans. Pracuję w umierającej branży i trochę mnie to przeraża. Znam wiele osób, zarówno w Polsce, jak i w Hollywood, które nie mogą się przebić ze swoimi pomysłami. Bo to, w czym żyjemy, to nie żadna demokracja, ale totalitaryzm ukryty. W Ameryce nie da się nic zrobić. To kraj totalitarny, maoistyczny… Rządzi tu jeden typ kultury, a kto się wyłamuje, skazany jest na śmierć. Ja, przyjechawszy tu, stanąłem przed wyborem: wsiąść na ten band-wagon i jechać z tym dzikim tłumem Schwarzeneggerów albo nie wsiadać. Wybrałem samotną podróż w innym kierunku.
I rzeczywiście. Ze swoją „Ewangelią” idzie sobie Majewski w innym kierunku… samotnie.**

greydot
Widzimy więc, że nie ma co przesadzać z tymi wielkimi sukcesami Polaków na artystycznym Zachodzie. Ale tacy już jesteśmy, my z narodów lekko (?) zakompleksionych. Aby się dowartościować, wygrzebujemy z naszej historii bardziej lub mniej mitycznych bohaterów, rozdmuchujemy legendy, wyolbrzymiamy zasługi… No i taki np. nieszczęśnik i pechowiec Kazimierz Pułaski staje się „najbardziej zasłużonym Polakiem w historii Stanów Zjednoczonych”. (Pulaski, you are a rocker! – usłyszałem niedawno okrzyk aprobaty wydany przez jednego z prezenterów młodzieżowej stacji radiowej, który dowiedział się, że właśnie dzięki Pułaskiemu, dziatwa w Illinois nie musi iść – z okazji „Dnia Pułaskiego” – do szkoły.)
To dlatego cyniczny, złośliwy i odzierający ze złudzeń Gombrowicz, pisał w swoim „Dzienniku”: „Chopin z Mickiewiczem służą wam tylko do uwypuklania waszej małostkowości. Jesteście jak biedak, którego chwali się, że jego babka miała folwark i bywała w Paryżu. Jesteście ubogimi krewnymi świata, który usiłuje imponować sobie i innym.”
No i tak to już z Gombrowiczem jest: albo człowiek ma ochotę dać mu w gębę za bezczelność, albo podziwiać za przenikliwość, szczerość, odwagę i trafność sądów.

greydot

Katarzyna Figura w "Pociągu do Hollywood"

Katarzyna Figura w „Pociągu do Hollywood”

A jeśli chodzi o polskie aktorki? Czy czują one wielki pociąg do Hollywood? Jako wywiadowca usiłowałem dociec tego osobiście, kontaktując się z dwiema popularnymi aktorkami młodego pokolenia: Kasią Figurą i Joanną Trzepiecińską.
Katarzyna Figura przyjechała parę lat temu do Chicago w doborowym towarzystwie. Wraz z Anną Dymną, Janem Englertem, Krzysztofem Kolbergerem i Mariuszem Benoit zagrali w spektaklu „Kochajmy się” opartym na motywach „Pana Tadeusza”.
Przyznaję, że przymierzałem się zrazu tylko do Kasi, lecz kiedy zaszedłem za kulisy, by umówić się z nią na wywiad, zostałem wręcz zakrzyczany przez pozostałych aktorów: „To my zaraz schodzimy!” No i tym sposobem zostałem „zmuszony” do przeprowadzenia wywiadu z nimi wszystkimi (czego absolutnie nie żałuję, zwłaszcza rozmowy z Anną Dymną). Zajęło to sporo czasu. Kiedy więc przystąpiłem ze swoim sprzętem wywiadowcy do Kasi, wszystko musiało się odbyć szybko, ponieważ koledzy i koleżanki nie chcieli poczekać na Katarzynę nawet te kilka minut… tak się nagle zaczęli śpieszyć. Spotkanie z popularną i urodziwą aktorką więc się odbyło, ale niejako „na pół gwizdka”. A byłem przygotowany na więcej.
Niemniej jednak zdążyłem się zapytać właśnie o Hollywood – o to, kiedy pani Katarzyna się tam wybiera. Na co ta odparła:
– Jedziemy do Los Angeles pod koniec naszego tournee. Bardzo się z tego cieszę, bo tam również mam przyjaciół, których będę mogła dzięki temu odwiedzić. Zamierzam zatrzymać się tam parę dni dłużej. Może zdążę coś zobaczyć, poznać… Zawsze marzyłam, aby tam pojechać.
– Tamten pociąg nie dojechał – przypomniałem.
– Tamten pociąg nie dojechał, niestety. Ale może dlatego, że właściwie nie ma pociągów do Hollywood.

greydot

Śledziłem później poczynania Katarzyny Figury w Hollywood. I zobaczyłem, że mierzyła ona wysoko. Mignęła mi bowiem kiedyś przez parę sekund w kadrze filmu Roberta Altmana „The Player”. Siedziała przy stole wśród innych ludzi i biła brawo. Ale już jej agenci mogli napisać w resume, że zagrała u Mistrza Altmana (nie biorąc jednak pod uwagę tego, że sam Altman – rzeczywiście jeden z bardziej znaczących reżyserów w historii kina – jest de facto hollywoodzkim outsiderem, tyle że z wyboru). Zresztą, tak naprawdę wcale mnie tego typu wystąpienie nie dziwi – takie niekiedy muszą być początki.
W następnym filmie Altmana „Prêt-à-Porter”, nazwisko Figury znalazło się już za czołówką głównej obsady, którą stanowił nie byle kto, bo takie gwiazdy, jak m.in. Sophia Loren, Marcello Mastroianni, Julia Roberts, Kim Basinger… Kasia wypowiedziała kilka słów, krygując się następnie przez parę minut na drugim planie, wdzięcząc się i uwidaczniając swe niewątpliwe wdzięki. Zresztą, scena z jej udziałem była udana, żywa, a nawet ujmująca, tudzież objawiająca największe atuty aktorki. Podobnie jak następna: mniej już mówiona, za to bardziej „pokazywana”… od tyłu (czyli w pozycji, w jakiej Rush Limbaugh lubi najbardziej ruch kobiet feministek). A tak à propos: podczas naszego spotkania w Chicago, zadałem Figurze również pytanie o to, jaki jest jej stosunek do pojawiania się w filmach aktorek w stroju – nazwijmy to delikatnie – niekompletnym: Jak reaguje pani na takie propozycje? Figura odparła:
Jeżeli scenariusz jest dobry, jeżeli sceny są dobre, tak samo postać, to wtedy w ogóle nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia. Jeżeli mam zaufanie do reżysera, do operatora i wiem, że to wszystko ma jakiś sens i uzasadnienie w filmie – nie mam żądnych oporów. Natomiast, jeśli mam się pokazywać tylko po to, żeby ktoś zobaczył jakie mam ciało – żeby się to komuś podobało albo nie – to wówczas zupełnie mnie to nie interesuje. Co do innych aktorek – uważam, że jest to ich sprawa. Jeżeli są piękne – i chcą się pokazywać – niech się pokazują.

Aktorka potwierdziła, że będąc na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Miami – właśnie ze swoim „Pociągiem do Hollywood” – miała propozycje sesji zdjęciowej od „Playboya”, ale odmówiła. Tak się złożyło, że tego samego wieczoru, w klubie Made in Poland (gdzie wystawiano „Kochajmy się”) spotkać można było również Bognę Sworowską, która jako pierwsza Polka trafiła na okładkę „Playboya”. Nota bene w charakterze… Rosjanki, ubranej w (rozchylone oczywiście) białe futro i puszystą szubę z carskim orłem (!) Cover story miała tytuł „Women of Russia” i podtytuł: „From Inside the USSR, A Naked Look at Glasnost”, no a w środku… cała (roz)wiązanka młodych Rosjaneczek. Niestety, na okładkę tygodnika, dla którego przeprowadzałem wywiad, Bogna nie trafiła, gdyż nie można było później się z nią skontaktować (mimo wysiłków m.in. ex-Skalda Andrzeja Zielińskiego). Wcześniej bowiem zaznaczyła, że musi być na to zgoda agenta, z którym podpisała kontrakt na wyłączność swojego image. A slajdy wyszły pięknie.***

greydot

Joanna Trzepiecińska w "Papierowym małżeństwie"

Joanna Trzepiecińska w „Papierowym małżeństwie”

Prawdę pisząc, żadna z polskich aktorek nie zrobiła na Zachodzie większej kariery (może z wyjątkiem Teresy Orlowski, ale to jakby inna sfera). Elżbieta Czyżewska pojawiła się w paru filmach; na życie aktorstwem jest w stanie zarobić Joanna Pacula (w produkcjach, niestety trzeciorzędnych). Beata Poźniak, Liliana Głąbczyńska, Małgorzata Zajączkowska… kołatają się tam gdzieś na ekranach w rolach nader epizodycznych oraz w telewizyjnych operach mydlanych. Gosia Dobrowolska usiłuje coś zdziałać w Australii. I to już chyba koniec.

Jest jeszcze Joanna Trzepiecińska, kręcąca w Europie Zachodniej („Papierowe małżeństwo”). Ją także spytałem czy czuje jakiś pociąg do Hollywood, na co odparła zdecydowanie:
Otóż tu pana zaskoczę… zupełnie nie!
Musiałem mieć chyba lekko wątpiący wyraz twarzy, bo usłyszałem natychmiast uzupełnienie:
Absolutnie mnie to nie interesuje. Twierdzę, że jestem częścią polskiej kultury – i taką kulturę mam zamiar tworzyć. Nie tylko wychodząc na scenę ale kulturę szerzej pojętą – w sensie np. należenia do pewnej elity intelektualnej… To mnie ze wszech miar interesuje.
Wtedy zwróciłem uwagę na to, że jednak bariera językowa wydaje się być dla aktorów spoza kręgu anglosaskiego nie do przebicia. Metoda „na małpkę”, czyli wkuwanie na pamięć obcego tekstu bez znajomości języka i głębszego jego zrozumienia – ma krótkie nogi. Karierę w Hollywood próbowali zrobić nawet aktorzy formatu światowego, jak np. Gérard Depardieu. Ale jednak, właśnie ze względu na akcent, skazani byli oni na rolę cudzoziemców, emigrantów… Tak naprawdę, jedynym człowiekiem, któremu się to ostatnio udało, jest Austriak i kulturysta, Arnold Schwarzenegger.
Ja niestety nie mam jego gabarytów – wyznała z rezygnacją pani Joanna i dodała – A przyjeżdżać tutaj i być ograniczoną do jednego tylko rodzaju ról, to nie ma większego sensu. Byłoby to skazanie się na bardzo wąski przedział propozycji. Po co mi to?

c.d.n.
greydot

(Artykuł ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 23 czerwca, 1995 r.)

* Należy wziąć tutaj pod uwagę to, że tekst powstał 20 lat temu – w czasie, kiedy jednak inaczej postrzegało się w Polsce Amerykę i samo Hollywood.

** Wtedy, kiedy to pisałem, to nie wiedziałem, co piszę. Lech Majewski, przez ostatnie ćwierćwiecze wcale samotnie nie zmierzał. To prawda, że szedł we własnym kierunku i nigdy nie mieszał się z mainstreamem, realizując konsekwentnie swoje oryginalne pomysły artystyczne, które zazwyczaj spotykały się z wielkim uznaniem, choćby tylko niewielkiej grupy koneserów. W rzeczywistości stał się jednym z najbardziej aktywnych i wszechstronnych polskich twórców, i to zarówno w Polsce, jak i wielu innych krajach świata (Wielka Brytania, Niemcy, Stany Zjednoczone, Argentyna, Litwa). Para się reżyserią nie tylko filmową, ale i operową, jest autorem wystaw i instalacji w renomowanych muzeach sztuki współczesnej. Przy okazji polecam przeczytać sobie o jego osiągnięciach TUTAJ. Niedawno pisałem o jego niezwykłym filmie – wspaniale łączącym ze sobą kino i malarstwo – „Młyn i krzyż”.

*** Niestety, slajdy te zaginęły, podobnie jak wiele innych moich materiałów (zdjęcia, artykuły) z tamtego okresu. (Tak to jest, kiedy często zmienia się miejsca zamieszkania – tak, jak to było wówczas w moim przypadku.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

.