PODRÓŻE – słowo o książce

.

Ktoś nazwał tę książkę-album bardzo zgrabnie „kolorowym satelitą” trzech pozostałych tomów, które ukazały się w pierwszej kolejności (chodzi o ZAPISKI, ARTYKUŁY LEKTURY ROZMOWY oraz KINO TEATR SZTUKA). Jednakże, kiedy myślałem o spotkaniu autorskim, to obawiałem się nieco, że PODRÓŻE mogą niejako przysłonić tamte książki, a to ze względu na ich szatę graficzną (mnóstwo kolorowych zdjęć) i objętość (tomiszcze ma ponad 800 stron), więc skłonny byłem nawet prezentację PODRÓŻY na tymże spotkaniu pominąć, skupiając się na pierwszych trzech tomach, (które przecież zawierają solidną – i dla mnie ważną – dozę treści). Przygotowanie oraz edycja tej książki wymagała olbrzymiego wysiłku – chodzi o czas i pracę wielu osób (za co jestem im niezmiernie wdzięczny), o dwóch dekadach, jakie zajęło mi podróżowanie po świecie, robienie zdjęć i zapisywanie wrażeń z tych wojaży nie wspominając. No i – nieskromnie mówiąc – efekt jest znakomity, co musi przyznać (i przyznaje) każdy, kto bierze ten tom do ręki.

.

PODRÓŻE

 

Książka – album zawiera zapiski oraz relacje z licznych podróży do takich krajów i miejsc, jak np. Indie, Nepal, Chiny, Tybet, Birma, Tajlandia, Wietnam, Kambodża, Laos, Singapur, Brazylia, Peru, Meksyk, Hawaje, Kostaryka, Gwatemala, Jamajka, Wyspy Dziewicze, Kanada, Włochy, Hiszpania, Norwegia…
Sporo miejsca poświęcono również Ameryce Północnej, gdzie przez wiele lat autor organizował i prowadził wycieczki krajoznawczo-turystyczne. Całość ilustrowana jest setkami zdjęć ukazujących – a tym samym utrwalających – piękno odwiedzanych zakątków świata, z których wiele traci obecnie swój unikatowy charakter.

*  *  *

804 strony; oprawa twarda; 675 ilustracji barwnych
ISBN 978-83-62844-85-2

 

greydot

FRAGMENT KSIĄŻKI

 

Kiedy wyruszasz w podróż, żegnaj się uważnie z miejscem, w którym mieszkasz, tak jakbyś nigdy nie miał już do niego powrócić. Lecz nie dlatego, aby myśleć o tym, że może cię w tej podróży spotkać coś najgorszego, za co zwykle uważamy tragiczny wypadek i śmierć. Żegnaj się, aby przypieczętować twoje przywiązanie do czegoś trwałego w świecie, w którym wszystko jest ulotne i gdzie wszystko spływa z rzeką czasu albo dryfuje po bezkresnych wodach oceanu zdarzeń. Kiedy wypływasz na szerokie wody, podnosisz kotwicę, którą musisz za sobą dźwigać – ale nie jako brzemię, ale jako przypomnienie tego, że tylko wtedy, kiedy się zatrzymasz, możesz poczuć solidny grunt – że tylko jedno miejsce może być twoim prawdziwym domem, choćby wszędzie na świecie witano cię z otwartymi ramionami i oferowano serdeczną gościnę (a przecież nie wszędzie, nie zawsze i nie wszyscy tak cię witają).
Dlatego twoje powroty muszą być jeszcze bardziej uważne i świadome, niż wyruszania w podróż. Powroty mogą nas cieszyć albo smucić, są końcem, ale też i początkiem – jednakże nigdy nie są czymś obojętnym dla uświadomienia sobie naszego miejsca na ziemi. Nawet wtedy, kiedy pozostają pytaniem, nie dając nam żadnej odpowiedzi.

*

W swojej książce The Tao of Travel Paul Theroux podaje chętnym do wyruszenia w świat dziesięć zasad (porad):
1. Wyjedź z domu
2. Podróżuj samotnie
3. Podróżuj lekko
4. Weź ze sobą mapę
5. Podróżuj lądem
6. Przejdź pieszo przez granicę narodową
7. Prowadź dziennik
8. Czytaj powieść, która nie jest związana z miejscem, w którym przebywasz
9. Jeśli musisz mieć telefon komórkowy, staraj się go nie używać
10. Zaprzyjaźnij się

Ciekawe. Należy jednak pamiętać, że pan Theroux jest podróżnikiem „zawodowym” tudzież pisarzem profesjonalistą – a to po to, by się nie wpędzać w niepotrzebne kompleksy.
Poza tym zaczął on te swoje włóczęgi po świecie w czasach, kiedy podróżowało się zupełnie inaczej niż dzisiaj (i to nie tylko dlatego, że nie było jeszcze wówczas przewodników Lonely Planet).
Można by rady Theroux poddać szczegółowej i rozległej analizie, jednakże pozwolę sobie tutaj na rzucenie kilku dość luźnych uwag à propos każdego „przykazania”.

Ad 1.No tak, wyjazd z domu wydaje się warunkiem koniecznym do tego, by poznać świat indywidualnie, doświadczyć go na własnej skórze, poczuć wszystkimi zmysłami – przemieniając też to w doświadczenie duchowe. Wprawdzie można podróżować jedynie palcem po mapie i we własnej wyobraźni – ale czy to może nam zastąpić prawdziwą podróż? To jest dobre, jeśli jest impulsem do działania, jeśli stanowi preludium naszej przygody – mobilizując nas do poczynienia konkretnych planów podróży, które znajdą w końcu swoje spełnienie.
Ad 2. Dobrze jest podróżować samotnie. Dobrze jest podróżować w towarzystwie. Tak czy owak, dobrze jest podróżować w ogóle. Jeśli jednak podróżujemy z kimś, to oczywiście towarzystwo to jest bardzo ważne. Tak więc powinno być ono dobre – także wtedy, kiedy podróżujemy samotnie i jesteśmy skazani na towarzystwo samego siebie.
Coś jednak jest na rzeczy w tej radzie Theroux, by podróżować samemu. Bo wydaje się, że podróżnik kiedy jest sam, może się bardziej skoncentrować – i to nie tyle na sobie, co na własnych doświadczeniach. Ale przede wszystkim na świecie, który poznaje – wejść w bliższy kontakt ze spotkanymi ludźmi (chodzi zarówno o tubylców, jak i innych podróżnych) oraz z miejscami, które odwiedza.
Ad 3.Tak, dobrze jest mieć lekki bagaż – i nie czuć tego ciężaru posiadanych rzeczy na grzbiecie. Choć ciężar, jaki się ma w duszy, może jednak sprzyjać naszej podróży i ją pogłębić. Przydaje się też więc tzw. bagaż doświadczeń. Jednakże to prawda: czy widział ktoś prawdziwego podróżnika z wielkimi walizami wypełnionymi toną ubrań na zmianę? Większości wystarcza plecak. I nie mówi się wtedy zbyt dużo o higienie, która nie idzie raczej w parze z włóczęgowskim szlajaniem się po świecie.
Ad 4.Mapa jest ważna. Uwielbiam mapy! Wszystkie moje podróże rozpoczynają się od dokładnego studiowania mapy (co było ważne zwłaszcza wtedy, kiedy sam byłem pilotem grupy i ustalałem dla niej trasę podróży). Tak, była to swego rodzaju podróż palcem po mapie, ale już wtedy można było poczuć dreszcz zbliżającej się przygody. Podsycała się też tym sposobem ciekawość – pragnienie poznania nieznanych jeszcze miejsc.
Ad 5. „Podróżuj lądem”. Hm… dobrze mówić. Lecz jeśli chce się dotrzeć do Australii albo Nowej Zelandii? A pisząc poważniej: zasadniczo podróże odbywają się (wypełniają) na lądzie. Samolot jest bardzo dogodnym środkiem lokomocji, który pozwala nam w stosunkowo krótkim czasie dotrzeć do najbardziej odległych zakątków Ziemi. A po wylądowaniu – zaczyna się przecież nasza podróż po lądzie, która może trwać dowolnie długo (w miarę dysponowania czasem, chęcią i środkami, którymi możemy się w podróży wesprzeć). Zaś statek – podobnie jak jacht, żaglowiec czy łódź – to już zupełnie inna para kaloszy.
Ad 6. Pieszo przez granicę? Tak, to nie to samo, co przekraczanie tej granicy na wodzie czy w powietrzu. Lecz znowu – jak to zrobić, jeśli wybieramy się na inny kontynent i zamiast trzech tygodni wołami możemy przelecieć ten sam dystans w dwie godziny samolotem? Ale rzeczywiście – jednym z moich najmocniejszych (i niezapomnianych) wrażeń podróżniczych było (piesze) przekraczanie granicy Indii z Nepalem. (Dużo by pisać, dlaczego).
Ad 7.Nie zawsze jest czas na prowadzenie dziennika w czasie podróży. Ale warto to robić. Nigdy w domu nie napiszemy czegoś takiego, jak na gorąco, w trasie (bo jest to bardziej sprawa specyficznego stanu ducha niż wiedzy). W pisaniu o wrażeniach z miejsc, które odwiedzamy, preferuję szczerość. Lekkie podkolorowywanie jest dopuszczalne (można to uznać za pewną „literacką obróbkę”, wykorzystanie licentia poetica), ale kompletna konfabulacja, przeinaczanie lub ignorowanie faktów – już nie (no chyba, że piszemy powieść). Irytuje mnie czasem dość bezmyślny „zachwyt” nad „bajkowością” czy „magicznością” miejsca (tego typu frazesy), podczas gdy w rzeczywistości nic magicznego ani zachwycającego tam nie widzimy, wręcz przeciwnie – jesteśmy zawiedzeni, rozczarowani, niekiedy nawet zdegustowani tym, co zastajemy (a przecież to ostatnie także może być źródłem interesującego doświadczenia i opisu). Dla mnie bardzo ważny jest jednak autentyzm.
Ad 8. Czytać w trakcie podróży książkę niezwiązaną z krajem, w którym podróżujemy? No, trochę to przewrotne. Ja się nie dziwię panu Theroux, że podróżując kilka miesięcy po jakichś pustkowiach (zwłaszcza pociągiem), może już mieć czasami wszystkiego dość i chce się od tego oderwać. Ale my? Jeśli mamy na podróż najwyżej kilka tygodni i każda chwila jest dla nas cenna, by chłonąć dane miejsce, kraj, ludzi? Według mnie rada trochę kosmiczna. Jeśli już, to właśnie czytać książkę związaną z odwiedzanym krajem – o przewodnikach nie wspominając.
Ad 9. Precz z komórkami! (To już wolę lochy). Jeśli jednak mamy przy sobie komórkę (i zakładając, że jest tzw. zasięg – a w najciekawszych kątach Ziemi tego zasięgu najczęściej nie ma), to warto ją używać jedynie jako swoiste „narzędzie” pomocne nam w podróżowaniu. Nie jest dobrze, kiedy w podróż ciągniemy ze sobą cały nasz wirtualny świat – z Facebookiem na czele.
Ad 10.„Zaprzyjaźnij się”. O tak! To jest moim zdaniem najcenniejsza rada, jaką daje nam Paul Theroux. Jednakże przyjaźń to duże słowo. Przyjaźń wymaga sprawdzenia się, spełnienia, a na to potrzeba pewnych warunków, jak również czasu. Może więc mówmy o próbie zbliżenia się do ludzi, których w czasie naszej podróży spotykamy (chodzi mi zwłaszcza o tubylców, ale nie tylko). Bez tego nigdy nie będziemy w stanie poczuć smaku, istoty, ducha kraju, który odwiedzamy i który chcemy poznać. A czasami wystarczy jedna chwila, kilka zamienionych słów, jedno wymowne spojrzenie, jeden uśmiech…

I na koniec: fotografowanie w czasie podróży. Wprawdzie Theroux nie formułuje tego jako kolejnego „przykazania”, to jednak uważa, że robienie zdjęć jest przeszkodą dla pamięci, bo powoduje, że nie trzeba już danej rzeczy pamiętać. Ponadto, jego zdaniem, tworzy to dystans między rozmówcą a podróżującym. I dlatego nie zabiera ze sobą w podróż aparatu.
Mam zupełnie inne zdanie na ten temat. Nie chcę podróżować bez aparatu fotograficznego (choć oczywiście taką podróż jestem sobie w stanie wyobrazić, a nawet docenić pewne jej zalety). Bowiem zdjęcia nie tylko dokumentują moją podróż – one stają się jakby częścią kraju (i ludzi), który zwiedziłem, a który chcę zapamiętać. I dzięki tym zdjęciom ten kraj w pewnym sensie mogę zabrać ze sobą do domu. Tym sposobem niejako zostaje on ze mną na dłużej. I jednak fakt, że robię ludziom zdjęcia, zbliża mnie do nich – przynajmniej takie odnoszę wrażenie.

greydot.

.

SŁOWO O KSIĄŻCE

 

WIELKI BAZAR PODRÓŻNY

.

Ponoć w każdym ziarnku piasku odbija się, a może i przejawia cały wszechświat. Tak jest powiedziane i myślę, że tak samo jest w przypadku tekstów Stanisława Blaszczyny. To co łączy wszystkie opisy krajów – w ich dogłębności i historyczno-literaturoznawczych kontekstach – to osoba autora przesiąkniętego ideą humanizmu XX wieku, który w każdym napotkanym, a zwłaszcza sfotografowanym człowieku widzi (chce zobaczyć) jego głębię i uniwersum. W każdym opisie mijanego kraju, w dowolnym obrazie przemijającego oblicza (zwłaszcza w twarzach hinduskich starców czy kambodżańskich dzieci) przebija się swego rodzaju troska o kondycję człowieka, którą można chyba nazwać „humanitaryzmem” – czyli wiarą w człowieka zanurzonego w swoim środowisku naturalnym, w jego tu i teraz…
Czytając kolejne rozdziały z tomu Podróże każdy czytelnik (bez względu na to, czy był w danym miejscu, czy nie był) nawiązuje specyficzny dialog z autorem. Czyta te rozdziały, bo chciałby się czegoś dowiedzieć przed wyjazdem i własnym doświadczeniem danego kraju, ewentualnie porównuje z tym, czego sam doświadczył. Uczy się i przewiduje, co się może zdarzyć w podróży – każda jego myśl i refleksja jest zwykle odnośnikiem do przeszłych lub przyszłych wojaży. A książka ta jest jak ogólny i szczegółowy „przewodnik” napisany przez kogoś, kto sam przez wiele lat był przewodnikiem – jest jak najbardziej szerokie vademecum.
Lektura tego tomu to wielodniowa wyprawa niemalże „dookoła świata”, bo każda strona jest wędrówką po innym zakątku naszego globu. Warto delektować się obecnymi tam słowami i obrazami dłużej – zanurzyć się w jakimś miejscu i być… A sprzyja temu nie tylko zawarta tam ilość refleksji filozoficznych czy literackich metafor, znakomitych fotografii, ale i odniesień praktycznych. Wszystko to sprawia, że ta książka-album jest jak dobry kompan do podróży w dowolnym jej czasie…
Wędrując po świecie z Herodotem, czy też raczej ciceronem – którego miejsce zajmuje tu Stanisław Błaszczyna – odwiedzamy pół świata… w tym wiele miejsc Azji, obu Ameryk, Europy… Każdy opisany kraj ma swoją specyfikę – niepowtarzalne miejsca, atrakcje i klimaty. Klimaty meteo, ale i stany duchowe – będące spuścizną minionych stuleci. Ma swoich mieszkańców, z którymi – twarzą w twarz (czasem bardzo konkretną twarzą kobiety, starca, dziecka) spotykamy się, dzięki bystremu oku i sprawnej ręce autora, który jest zarazem fotografem. Te opisy wraz z wiedzą i pogłębioną refleksją, jak również świetne ilustracje, przenoszą nas w inne miejsca i inny (miniony czas). Barwność i różnorodność malują bardzo szczegółowy obraz mijanego i przemijającego na naszych oczach świata. Świadectwo pisarza (a przy tym felietonisty, dziennikarza, myśliciela wreszcie) oraz fotografa (mistrza portretu, krajobrazu, fotoreportażu…) śmiało mogłoby być włożone do kapsuły czasu, którą po latach można by otworzyć i czerpać ze znajdującej się tam zawartości, odtwarzając świat, którego już nie ma.
Łatwo się w tej książce-albumie zanurzyć w opisach miejsc dokonywanych na bieżąco przez bystrego obserwatora, podbudowanych jego wiedzą historyczną, geograficzną, przyrodnicza… wielostronną i wieloaspektową. A zarazem pełną pokory do wielkości opisywanego materiału, jak np. w tym fragmencie zapisków z Azji: „Indie przypominają grubą księgę (…) Jesteśmy zdolni przerzucić ledwie kilka kartek… Czy możemy więc opisać całą księgę?”
Na początku książki spotykamy się z komentarzem autora do rad, jakie swego czasu dał podróżującym słynny pisarz i podróżnik Paul Theroux. Każda wynikała oczywiście z bagażu jaki on posiadał. Z wieloma radami Theroux można się dość łatwo zgodzić. A jednak autor z niektórymi z nich polemizuje, bo przecież zawsze warto mieć na uwadze, że każdy z nas jest inny – ma inny bagaż doświadczeń, inną percepcję, inne zainteresowania… Dlatego na nic zdadzą się rady kogoś kto podróżował zwykle tylko pociągiem (jak to miał właśnie w zwyczaju autor Wielkiego Bazaru Kolejowego) dla tego, kto przemierza świat jadąc rowerem, jeepem po całkowitych bezdrożach albo żeglując po oceanach. Zwykle rad oczekujemy od kogoś, kto był dokładnie tam, dokąd się wybieramy. Jednak każdy, kto z różnych względów podróżował kilka razy do tego samego miejsca (w różnych porach roku, o innej porze dnia, dysponując inną ilością czasu…) wie, że nie ma jednej rady!
I dlatego w tym „doradzaniu” podróżującym bliższe mi są poglądy Stanisława B. niż Paula T. (z całym szacunkiem dla ich dorobku piśmienniczego). Zwłaszcza odnośnie mapy, telefonu, lektury czy aparatu fotograficznego (wszystkie te rzeczy można zmieścić dziś w jednym urządzeniu!) A podróżowanie pociągiem (nomen omen piszę ten fragment właśnie w pociągu na trasie Kraków-Warszawa przed wylotem [prawda – nie da się jeszcze tam dojechać w 100% lądem] na mój „koniec świata” do Nowej Zelandii. W pociągu, z którego w ogóle nie widzę świata (małe okna w proporcji do widoków z auta, ciemno na zewnątrz, a światła wewnątrz, prędkość składu znacznie przewyższająca średnią prędkość na drodze asfaltowej, itp). Nie mówiąc o współpasażerach, którzy w tej podróży są najmniej zainteresowani oglądaniem świata za oknem… choć w zasięgu ucha mówią co najmniej w 3 – 4 językach… i najprawdopodobniej przyjechali poznać nasz kraj.
A świat można poznać tylko wtedy, kiedy się podróżuje uważnie. Tak jak autor tej książki. I chyba większość z tych, którzy zechcą ją przeczytać.

Bogdan Kwiatek

greydot

GARŚĆ KARTEK

.

.

greydot.

Na spotkaniu autorskim – z naręczem tomów PODRÓŻE

.

Reklamy

FLORYDA – JAKA JEST NAPRAWDĘ?

.

Zmierzch nad mokradłami - Everglades

Zmierzch nad mokradłami – Everglades

.

i

Nie roszcząc pretensji, by za jednym zamachem skreślić tu obraz Florydy prawdziwej, pozwolę sobie rzucić kilka uwag o tym stanie, który również w świadomości Polaków, Polonii i Amerykanów polskiego pochodzenia zajmuje sporo miejsca.

.

Wbrew pozorom, tekst ten będzie dotyczył nie tylko samej Florydy. Dotknie zagadnienia szerszego – naszego subiektywnego postrzegania świata. Jest truizmem to, że każdy z nas widzi wszystko ze swej własnej perspektywy, która na dodatek cały czas się zmienia. Natomiast pytanie można zadać następująco:  jak te nasze subiektywne obrazy i opinie do siebie nawzajem przystają?
Dajmy sobie jednak spokój z filozofowaniem i postawmy problem jasno. Czy jest Floryda egzotycznym rajem plaż, palm, oceanu i słońca, czy też nieznośną klimatycznie lepką patelnią, na którą – jak na lep – zwabia się rokrocznie miliony omamionych florydzkim mitem turystów?
Nie będę się silił na trywialny skądinąd wniosek, że prawda musi leżeć gdzieś pośrodku, a spróbuję – starając się mimo wszystko zachować pewien obiektywizm – podzielić się z Czytelnikami moim własnym doświadczeniem Florydy.
Zatem: jak ja widzę ten stan?
Chcę jednak zaznaczyć, aby nie traktować tego jako jeszcze jedną egzotyczną wstawkę, a po prostu jako próbę opisania perypetii poznawczych ścierania się mitu i wyobrażeń z rzeczywistością – doświadczenia Florydy na własnej skórze przez pewnego Polaka rodaka.

TEORIA WZGLĘDNOŚCI EINSTEINA

Kiedy tak sięgnę pamięcią, to okazuje się, że na temat Florydy pisałem w różnych tonacjach. Od sielskiego i bezkrytycznego reportażu z „Cudownego Świata Walta Disney’a”, czy inwentaryzacji turystycznych atrakcji w różnych rejonach stanu; przez dość suchy opis technicznych osiągnięć kosmonautyki i „podboju” Kosmosu na Przylądku Canaveral, dzieje hiszpańskiej konkwisty w poszukiwaniu florydzkiego złota; po dość osobliwy, bo zalatujący pamfletem (traktowany jednak przeze mnie w kategoriach żartu) tekst „obalający” mit Słonecznego Stanu.

Skąd to zróżnicowanie? Czy to jakaś kalkulacja? A może manipulacja?
Od tej ostatniej insynuacji chciałbym się jednak odżegnać. W zasadzie zawsze, pisząc o Florydzie (zresztą tak samo, jak na każdy inny temat), starałem się nie poddawać pokusie manipulacji… może tylko odrobinę słowno-warsztatowej stylizacji.
Lecz doprawdy możliwe jest przedstawienie Florydy w różnym świetle (różnych barwach, kształtach i odcieniach), bez świadomych zafałszowań i ewidentnego mijania się z prawdą. To może chyba świadczyć tylko o tym, że Floryda rzeczywiście przypomina mieniącą się kontrastami mozaikę, jak również kalejdoskop – w zależności od tego jak nią potrząśniesz (ewentualnie – jak potrząśnie ona tobą), taki będziesz miał obraz.
Jeśli więc ktoś napisze, że Floryda to bajeczny eden (bo np. przepłynął się z czarującą go kobietą katamaranem o zachodzie słońca wokół Key West); a kto inny, że to mokre i robaczywe piekiełko (bo np. musiał się męczyć przez całą noc w jakiejś nieklimatyzowanej dziurze pełnej karaluchów), to obaj będą mieli rację. Ponieważ to, jak doświadczają świat nasze zmysły, decyduje zasadniczo o tym, jakie mamy o tym świecie mniemanie (ergo: tak świat widzimy i oceniamy, jak go bezpośrednio odbieramy i odczuwamy).
Poza tym, to czy jest piękno, czy brzydota, urok czy koszmar, pogoda lub smutek tropików – rozstrzyga się w samym człowieku. Innymi słowy: ostrzec to można dopiero w oku patrzącego (in the eye of a beholder – jak mówią tubylcy).
Względność naszego doświadczenia, względność wszystkiego…
Starał się nam to wyjaśnić także Albert Einstein: „Kiedy mężczyzna siedzi z ładną kobietą przez godzinę, to wydaje się mu, że jest to minuta. A posadźcie go na rozpalonym piecu – wtedy to wyda mu się dłużej, niż wiele godzin”, mówił twórca rewolucyjnej teorii względności.

KONTRASTY, KONTRASTY…

Napisać, że Floryda – podobnie jak cała Ameryka – jest ziemią kontrastów, byłoby jeszcze jednym banałem. To prawda, że z jednej strony, oko nasze spocząć może na królewskiej, wycenionej na 30 mln. dolarów rezydencji Trampa w West Palm Beach, albo też na nieprzyzwoicie wystawnej, otoczonych murem i własną security dzielnicy bogaczy w Boca Raton; z drugiej zaś – na tekturowych pudłach bezdomnych w Miami lub barakach slumsów w Homestead; obok Rolls-Royce’a Silver Shadow w Coconut Grove zobaczyć możemy zżartego przez rdzę junka marki Dodge. Idąc tym samym wybrzeżem natrafiamy na malownicze plaże pełne dorodnych palm i kolorowych parasoli, a nieco dalej – na zgniłe wodorosty, brud, smród i wysypisko śmieci…
Podobną litanię można by ciągnąć długo.
Jeden wszak element Florydy pozbawiony jest kontrastów. Jest nim krajobraz – rzeźba terenu. To święta prawda, że półwysep ten jest płaski jak patelnia. Nie bez kozery (zważywszy także na kształt), północno-zachodnia część Florydy (tam, gdzie leży stolica stanu Tallahassee), nosi nazwę panhandle, czyli właśnie „uchwyt patelni”. Najwyższa góra stanu mierzy raptem 100 metrów.
Ta plaskatość Florydy doskonale jest widoczna z lotu ptaka. Daje się również we znaki podczas jazdy samochodem jedną z wielu dróg przecinających tamtejsze lasy na północy i bagna, które stanowią niemal całą południową część półwyspu.
Krajobrazową monotonię pogłębia charakter roślinności, która – niby to bujna – a jednak krzaczasta i taka jakaś… wiecheciowata. Wbrew nazwie nie spotykamy na Florydzie zatrzęsienia kwiatów. Północne lasy są rzadkie, ale i przy tym niedostępne oraz nudne, południowe bagna to właściwie bezkres umoczonych traw i rosnących gdzieniegdzie karłowatych sosen i wysuszonych cyprysów. Wyjątek stanowią bujne cytrusowe gaje i ogrody utrzymywane ręką człowieka – zagajniki palm spotykane tu i ówdzie, olbrzymie drzewa banjanowe sprowadzone z różnych stron świata, więc nie rosnące dziko, a na prywatnych posesjach.

Miami Beach

Ludzie, ocean i parasole – Miami Beach

.

PLAŻE

Plaże, jak już wspomniałem, są różne. Obrok naprawdę ładnych, niczym z reklamowego foldera (ten czysty piasek obmywany falami szmaragdowo-turkusowych wód, kępki malowniczych palm użyczających skąpego cienia), są też zaniedbane, choć przecież nie bezpańskie, gdyż zbyt droga jest działka z dostępem do oceanu, by nie miała ona jeszcze do tej pory właściciela. Najczęściej zdarza się to tam, gdzie hotel zbankrutował lub stoi na granicy bankructwa. To zresztą tutaj normalna kolej rzeczy – jedne resorty upadają, inne, tuż obok, rozwijają się i rozkwitają. Stąd te częste zmiany gospodarzy.
Ci więc, którzy traktują swój biznes na Florydzie poważnie (i mogą sobie na to pozwolić) dbają o jakość plaży. Od tego bowiem głównie zależy nastrój rekreującego się klienta z Północy (bardzo często jest to Europejczyk – Niemiec, Belg, Holender, Skandynaw, Rosjanin…).

Kiedy jeszcze nie znałem Zachodniego Wybrzeża Ameryki, a uroki florydzkie nieco mi się już przejadły (po kilkunastu miesiącach zasadniczo „służbowego” pobytu, nawet Miami Beach powszednieje), wyobrażałem sobie, że dopiero plaże kalifornijskie muszą być prawdziwą bajką, jeżeli chodzi o kąpiel – zarówno wodną, jak i słoneczną. Otóż tak nie jest. Wybrzeże pacyficzne jest o wiele bardziej surowe, mniej przystępne, bardziej ostre i postrzępione, a co najważniejsze – dużo chłodniejsze wskutek prądów oceanicznych i atmosferycznych z północy (Alaska, Arktyka). Półwysep florydzki zaś obmywany jest ciepłymi prądami płynącymi z południa, ze strefy zwrotnikowej, tworząc słynny golfsztrom, który wykorzystywały np. obładowane skarbami galeony hiszpańskie, wywożące łupy i bogactwa z kolonii południowo- i środkowo-amerykańskich do Europy. Stąd mnogość wraków i zatopionych dóbr u wschodnich wybrzeży Florydy (patrz: niesamowite muzeum Mela Fishera na Key West, utworzone przez poszukiwacza skarbów, byłego hodowcy kur z Kalifornii, który odnalazł wrak Nuestra Señora de Atocha i wydobył z niego skarb o szacowanej wartości ponad 4 miliardów dolarów!)

Nie porównując walorów krajobrazowych wybrzeża pacyficznego z atlantyckim, które jednak zdecydowanie układają się na korzyść tego pierwszego (wybrzeże Kalifornii, Oregonu i Waszyngtonu jest niezwykle malownicze), wypada stwierdzić, że plaże florydzkie są o wiele bardziej przyjazne, cieplejsze – po prostu przyjemniejsze i bardziej gościnne, niż te na Zachodzie Ameryki. Ponadto, praktycznie rzecz biorąc, można się tutaj kąpać i opalać przez cały rok, w odróżnieniu od okresu paru miesięcy w północnej Kalifornii.
Nie bez znaczenia jest też długość tej plaży, ciągnącej się właściwie – przez setki mil – wzdłuż całego wschodniego wybrzeża Florydy. Również po drugiej, zachodniej stronie półwyspu, nad Zatoką Meksykańską, jest wiele znośnych plaż, z piaskiem białym i miałkim niczym cukier puder, zwłaszcza w okolicach Tampa Bay, gdzie znajdują się takie miasta, jak Sarasota, Tampa, Clearwater, St. Petersburg.
Mimo, że na Florydzie nie chciałbym raczej mieszkać na stałe, to zdarza mi się, że wśród ziąbu jesienno-zimowych wariactw pogodowych naszego kochanego Wietrznego Miasta, ciągnie mnie (prawie że mi tęskno) do paru zakątków plażowych na Florydzie. Choćby na plażę Bal Harbour w Miami Beach, na którą najczęściej jechałem dla chwili oddechu w czasie wolnym od stresującej pracy.
Jest też takie kąpielisko w drodze na Key West, obok Holiday Isle Resort (mila NM 84.5), pisz wymaluj jak z wyidealizowanej, kolorowej i błyskotliwej reklamy, gdzie rzeczywiście mamy złudzenie, że oto znaleźliśmy się wewnątrz widokowego foldera.

Plaża w Daytona Beach to jednak zupełnie inna parafia. Niepodobna do żadnej innej. Ze względu na bardziej północne położenie w strefie umiarkowanej, jest tam nieco chłodniej, choć nie zawsze tak, by nie można zażyć tam kąpieli, i to nawet zimą. Daytona Beach to bez wątpienia jedna z najsłynniejszych plaż amerykańskich.
Czy warta jest jednak tej sławy?
Już od dawna nie bije się na niej rekordów prędkości, a i organizowane współcześnie wyścigi nie odbywają się już na samej plaży, tylko na torze Daytona International Speedway, kilkanaście kilometrów od wybrzeża Atlantyku. Do dzisiaj wszak pozostał zwyczaj jeżdżenia samochodami po plaży, która w niektórych miejscach sięga kilkuset metrów szerokości, a piasek ubity jest przez wodę tak, że twardo jest na niej tak, jak na tytanowej bieżni.
Plaża w Daytona Beach to widok niezwykły, głównie ze względu na jej rozmiary, tudzież leniwość, ale i potęgę Oceanu, przejawiającą się w niestrudzonym i nieustannym ruchu spienionych fal. Wrażenia niezapomniane – zwłaszcza o wschodzie słońca.
Plażą osobliwą – ale i chyba najbardziej dziką – o której też wypada tu wspomnieć, jest plaża na Sanibel Island, po stronie Zatoki Meksykańskiej, słynna z nieprzebranej ilości muszli, które ją pokrywają. Zresztą, sama wyspa Sanibel jest uważana za jedno z najciekawszych miejsc stanu, zwłaszcza przez miłośników dzikiego ptactwa, które tam występuje najobficiej.

.

Muszle na plaży - Sanibel Island

Muszle na plaży – Sanibel Island

.

ALIGATORY, PELIKANY, ŻÓŁWIE, ORKI, DELFINY…

Odwiedzający Florydę turyści, zwierzynę tego regionu, niestety widzą najczęściej w niewoli. Aby zobaczyć ją w środowisku naturalnym, na swobodzie, trzeba się zapuścić w dzicz, wybrać do Parku Narodowego Everglades, czy do któregoś z rezerwatów przyrody, ewentualnie wypłynąć jachtem czy łódką na otwarty Ocean. (Słowa te nie dotyczą pelikanów, których zatrzęsienie jest wielkie i dlatego spotkać je można wszędzie.)

Przyznam, że trudno mi jest jednoznacznie określić stosunek do pewnych publicznych pokazów z udziałem tresowanych zwierząt. A te stanowią jedną z żelaznych pozycji florydzkiego przemysłu rozrywkowego. Wystarczy wymienić tylko te największe: Sea World pod Orlando, Seaquarium w Miami, Theatre of the Sea w Islamorada, Ocean World w Fort Lauderdale…
Chodzenie do ZOO nie należy do moich ulubionych rozrywek. Ostatniego lata byłem w pod chicagowskim Brookfield ZOO i już więcej mnie tam nie zobaczą. Nie będę tu pisał dlaczego, bo nie miejsce ani czas po temu.
Sprawa z morskimi parkami tematycznymi na Florydzie ma się nieco inaczej. Taki np. Sea World jest niewiarygodnym gigantem, a cyrkowe pokazy z udziałem kilku orek jednocześnie, mają w sobie – ze względu na swoją rozbuchaną widowiskowość – jakiś odrealniony rys surrealistyczny, zupełnie wyabstrahowany z przyrodniczej rzeczywistości. Te zwierzęta, podobnie jak inne (głównie delfiny), występujące w innych programach, sprawiają wrażenie bawiących się (i zabawnych) maskotek, do czego walnie przyczynia się charakter owych pokazów, ich aranżacja, scenariusz, układ, scenografia, atmosfera. Większość biorących w nich udział zwierząt przyszła na świat w niewoli, nie znają więc innego otoczenia i prawdopodobnie nie byłyby zdolne do życia w środowisku naturalnym. Jest oczywiste, że wolałbym taką orkę zobaczyć w jej pełnej dzikiej krasie na wolności. Ale jak często wybieramy się statkiem wielorybniczym na pełne morze? *

Być  na Florydzie i nie zobaczyć aligatora, to jak być w Tatrach i nie zobaczyć – nie przymierzając – górala. Przy czym, stworzenia te robią znacznie lepsze wrażenie, gdy nie są stłoczone w kojcach hodowlanych na farmach aligatorów, ani tym bardziej zmuszane do tzw. zapasów, czyli kuriozalnych, trącących wręcz groteską pokazów „mrożących krew w żyłach”, które właściwie przypominają znęcanie się nad nieruchawym i rozleniwionym zwierzakiem.
Jeżeli więc chcemy zobaczyć aligatory „na dziko” – w całym tym ich gadzim majestacie – to należy się wybrać na bagna Everglades. Zdarza się też spotkać gada „at large” w innych miejscach Florydy, choćby jadąc po NASA Parkway w kierunku Centrum Badań Kosmicznych im. Kennedy’ego na Przylądku Canaveral, a to dlatego, że otoczony jest on przez rezerwat przyrody Merritt Island.

KLIMAT, BAGNA I CYPRYSY

Tym, co trudno jest znieść na Florydzie – szczególnie nam, Europejczykom – jest klimat. Zwłaszcza latem.
Każdy człowiek na warunki klimatyczne reaguje inaczej, jednak większości z nas uprzykrza się wilgoć, a właśnie ta charakteryzuje najbardziej Florydę, zwłaszcza tę jej południową część, leżącą w tropiku i sub-tropiku. A więc wilgoć, częste zmiany ciśnienia, gwałtowne zachmurzenia, częste choć (zwykle) przelotne deszcze i lepka słoneczność – o groźnych huraganach wiosną i latem nie wspominając – to wszystko może równo dawać w kość i rodzić chęć ucieczki w inne ciepłe strony – ot choćby na pustynny Południowy Zachód (Utah, Nowy Meksyk, Arizona, Kalifornia). Ponadto, gdybym już miał mieszkać na Florydzie dłużej, to – jako nieodrodnemu dziecku Północy – brakowałoby mi niewątpliwie w tym tropiku zmian pór roku, w tym również… tak, tak – zimy!
Lecz jeśli ktoś czuje się na Florydzie dobrze – good for him! Jeżeli uważa, że służy mu klimat, że uzdrawiają go termy i mineralne źródła; że ciepło działa mu na stare kości jak balsam – wspaniale!
Rzeczywiście, wielu ludzi twierdzi, że czuje się na Florydzie dobrze, lecz z drugiej strony, wielu innym ta sama Floryda doskwiera i gotowi są stamtąd uciekać. Takich, oczywiście, również spotkałem. Z medycznego punktu widzenia, na niektóre schorzenia (szczególnie u ludzi starszych – a wiemy jak Floryda jest wśród seniorów popularna), klimat florydzki działa niekorzystnie, na inne zaś – wprost przeciwnie i jest wtedy przez lekarzy zalecany.
Jak widzimy, przyswajalność Florydy – jej dobrodziejstwo lub złoczyństwo – to zależność osobnicza, uwarunkowana indywidualnie. Każdy więc musi to sprawdzić na własnej skórze.

Pora na roślinki. Oprócz palm, trawników – roślinności kultywowanej ludzką ręką (zwłaszcza w obrębie obiektów komercyjnych lub turystycznych), flora tego stanu nie jest bynajmniej zachwycająca. Wystarczy zboczyć nieco z utartych, „cywilizowanych” szlaków, by znaleźć się w niezbyt gościnnych chaszczach, bagnach czy chabaziach. Ratują nieco sytuację niektóre drzewa i krzewy – np. cyprysy, rododendrony czy oleandry. Lasy na północy półwyspu także trudno zaliczyć do miejsc wspaniałych tras pieszej czy rowerowej rekreacji – bo to jeden wielki dziki gąszcz.
Jak więc odbiera przyrodę na Florydzie – tę leżącą poza cywilizacyjnym kręgiem – zwykły śmiertelnik? Otóż zwykle jako bezkresne mokradło – monotonne i nudne, ale budzące też niekiedy lęk, o czym można się było przekonać śledząc doniesienia z miejsca niedawnej katastrofy samolotowej, która miała miejsce pod Miami. Przy czym – gwoli sprawiedliwości muszę to tutaj zdecydowanie podkreślić – nawet takie miejsca, jak bagniste Everglades mogą się niektórym ludziom wydawać fascynujące, warte poświęcenia dlań życiowej pracy, wnikliwych badań, oddania się pasji… Tylko, jak wielu z milionów odwiedzających Florydę turystów to przyrodnicy, zoolodzy, ekolodzy, czy choćby nawet pasjonaci osobliwych miejsc?

.

Różowo mi - stado flamingów i innych ptaków w Bush Garden w Tampie

Różowo mi – stado flamingów i innego ptactwa – Bush Gardens w Tampie

.

ii

Różne słyszymy opinie na temat Florydy. Zdarzają się sądy skrajne. Nawet ci, którzy w tym stanie byli, mają o niej niejednoznaczne zdanie. Dla wielu innych Floryda nadal pozostaje miejscem niemalże mitycznym, a już na pewno takim, które pociąga, kusi, obiecuje… Fama, którą zaraziliśmy się jeszcze w Polsce.

.

Trzeba sobie powiedzieć szczerze, iż wszystkie ożywienia osiedleńcze i turystyczne – te nagłe i okresowe najazdy ludów na Florydę – nie związane były z samymi walorami tej ziemi, (która przez stulecia uważana była przecież za bezużyteczną) a raczej z działalnością i kreacją człowieka. Linia kolejowa Flaglera, niewolnicze plantacje, forty obronne, kolonialne przyczółki, wreszcie handel działkami budowlanymi rozwinięty perfekcyjnie przez przez realnościową spekulację XX wieku. Dzisiaj Floryda jest pod względem demograficznym jednym z najszybciej rozwijających się stanów (dwa tysiące nowych osadników dziennie!) Nieruchomości są tam ciągle o wiele tańsze w porównaniu z innymi rejonami Stanów Zjednoczonych.
Jednakże, prawdziwy fenomen Florydy, to fenomen turystyczny…

„FUN” CZY UTOPIA?

Prawdziwym gigantem turystycznym na skalę światową jest środek stanu – Floryda Centralna, czyli okolice miasta Orlando. Disney World, studia filmowe wytwórni Universal, Sea World… Tylko ten pierwszy kompleks, przez ostatnie 25 lat odwiedziło ponad 300 mln. ludzi. Bez wahania można stwierdzić, iż – co byśmy o „Cudownym Świecie Walta Disney’a” nie sądzili – ten niewiarygodny, cudaczny, pop-kulturowy fenomen amerykański trzeba choć raz w swoim życiu zobaczyć – tak jak wypada zobaczyć, dajmy na to, Niagarę, Wielki Kanion, czy Manhattan, a nawet… Las Vegas.

Jaki można mieć stosunek do Disney World?
Pomijając już oczywisty fakt, że kombinat ten jest konkretnym miliardowym biznesem, ważnym nie tylko dla spadkobierców Walta Disney’a i zarządzających nim ludzi, ale i tysięcy pracowników, jak również dla skarbonki stanowej i federalnej (pieniądze są najbardziej istotną i żywotną racją istnienia Disney World – jakże by mogło być inaczej?), to jest on także fenomenem kulturowym, jakim można tłumaczyć współczesną utopię konsumpcyjnego społeczeństwa amerykańskiego, które jako krainę ucieczki obiera sobie… dziecinność. Nie powinno nas zmylić to, że Walt Disney w zasadzie tworzył wszystko (łącznie z myszką Mickey i filmami animowanymi) z myślą o dzieciach. To jest pozór, że promocja kalifornijskiego DisneyLandu i florydzkiego Disney World skierowana jest głównie do dzieci. Jeżeli to są dzieci, to są to przede wszystkim dorosłe „dzieci” amerykańskie. (Wymowny jest fakt, że wśród odwiedzających, na 1 dziecko w Magic Kingdom – a więc najbardziej „dziecinnym” ze wszystkich trzech parków – przypada aż 4 dorosłych).

Trudno tu skwitować w paru zdaniach przyczyny szalonej kariery i powodzenia disney’owskiego pomysłu (zarówno jeśli chodzi o kino, jak i o rozrywkowe parki tematyczne), ale można wspomnieć o tych najbardziej oczywistych: idealizację i przejrzystość (wyimaginowanego) świata, elementarna uczuciowość, niewinność i naiwność; prostota morału i przesłania; pozytywistyczna wiara w postęp i dobre zakończenie; wreszcie ucieczka od rzeczywistości – wrażenie spełniania się bajecznych marzeń i (fizyczne) wejście do kolorowego „cudownego świata baśni”.
Innymi słowy: utopia szczęśliwości wiecznego dzieciństwa.
Nie komplikujmy jednak sprawy. Najbardziej uczciwym spojrzeniem na Disney World będzie jednak takie, które pozwoli nam po prostu dostrzec w nim miejsce zabawy, odpoczynku i rekreacji – spełnienie i dostarczenie tego, czego przeciętny zapracowany Amerykanin potrzebuje i oczekuje. Zwyczajny „FUN”. A wiadomo, że przeciętny Amerykanin nie zamierza się rekreować na sztuce Szekspira, koncercie Mozarta czy wystawie malarskiej Degasa – i to trzeba uznać za zjawisko naturalne. Niemądrze też byłoby się na taki stan rzeczy obrażać. Wyrafinowanie, z samej swej istoty, nie może być domeną kultury masowej. Zresztą, aby się odprężyć, zapomnieć o sakramentalnych „kłopotach, troskach i zmartwieniach”, rozluźnić się, pozbyć stresu, otrząsnąć z ciężkawego sosu powszedniości, zregenerować fizycznie i psychicznie – w tym raczej nam Szekspir nie pomoże. Trudno też oczekiwać masowej rekreacji po Wagnerze, Bachu czy Degasie. (Co oczywiście nie oznacza, aby pod tym względem zatracać wszelki krytycyzm i nie domagać się pewnego poziomu i wartości w masowej rozrywce, czyli w pop-kulturze).
Jak świadczą o tym liczne przykłady, dość łatwo można ulec pokusie pogardy dla „plebejskości” i „kiczowatości” disney’owskiego świata – spojrzenia na amerykański folklor z intelektualnych i artystycznych wyżyn – może nawet w poczuciu europejskiej wyższości. Te uczone analizy zbyt często przypominają jednak nadęte dysertacje smętnych nudziarzy, którzy wyzbyli się wszelkiej wyrozumiałości dla ludzkiej spontaniczności, bezpretensjonalności i wyzwalającej potrzeby czystej zabawy.

Zresztą, Disney World w wielu miejscach nie jest ani plebejski, ani kiczowaty. Jeśli ktoś szuka czegoś bardziej „wyrafinowanego” – nie sztucznego, jaskrawego, infantylnego, krzykliwego – to w Disney World może też to „coś” znaleźć. Trafi na walory edukacyjne choćby w Epcot Center (zwanym niekiedy parkiem tematycznym myślącego człowieka), usłyszy dobrą muzykę, zetknie się z prawdziwą sztuką i artyzmem, tudzież ze znakomitą, niepodrabiana kuchnią w którymś z pawilonów World Showcase (Świat w Przekroju, gdzie spotykamy autentyczne kulturowo-architektoniczne wycinki różnych krajów z całego świata.)
Listę niewątpliwych zalet Disney World można by ciągnąć dłużej.

Bez względu na zapatrywania kulturowe, estetyczne czy smakowe; bez względu na stosunek do turystyki, podróży i zwiedzania; bez względu na upodobania wypoczynkowo-rozrywkowe, każdy musi przyznać, że Disney World jest przedsięwzięciem i realizacją imponującą rozmachem, skutecznością i profesjonalizmem. Zaś kontestatorom boczącym się na to „niewiarygodne rozdmuchanie osobliwości” i „gigantyczny cyrk”, można przeciwstawić argument trudny do podważenia: lepsza taka oferta rekreacyjna dla ludzi, niż żadna. Tym bardziej, że to oferta w swej klasie solidna i perfekcyjna. Czy nie świadczy to dobrze o Ameryce, że tutaj, w tym kraju, możliwe stało się zrealizowanie takiego właśnie pomysłu, w sumie nieszkodliwego, może trochę dziwacznego i infantylnego, ale przecież dającego całej masie ludzi – i to nie tylko z tzw. plebsu – możliwość przeżycia kolorowej przygody, chwili wakacyjnego wytchnienia? (Czy możemy sobie wyobrazić coś takiego, jak Disney World w Rosji, Chinach, Indiach, Iranie, Kenii czy Zairze?** W Rosji, jak wiadomo, w sferze rozrywki, króluje Pani Pocieszycielka, czyli gorzałka oraz mafia, w Chinach zamordystyczny komunizm bez większych rekreacyjnych szaleństw, w Iranie fundamentalizm, w Iraku Husajn, w Polsce koalicja post-komunistyczna, a o Indiach i Afryce żal mówić…)
Trochę więc na wyrost hasło „disneyland” stało się synonimem bezmyślnej i cyrkowej masówki.
Sam wracam do Disney World dość chętnie (to nieistotne, że są to w zasadzie powroty „służbowe”). Zauważam również, iż na większości przybyszów, którzy park ten widzą po raz pierwszy, wywiera on odpowiednio duże i zdecydowanie dobre wrażenie. A nie o wszystkich znanych miejscach można powiedzieć, że warte są swojej popularności. O Disney World mówi się oficjalnie, że to „największa atrakcja turystyczna świata”. I doprawdy trudno temu zaprzeczyć.

Dawid Michała Anioła... na Florydzie - Sarasota

Dawid Michała Anioła… wśród florydzkich palm – Sarasota

.

MIASTA

Wyraziłem się kiedyś, że Miami to „wielka i kolorowa metropolia”. Nie jest to prawda zupełna. Istnieje kilka zakątków tego miasta wartych tej swojej egzotycznej sławy, jednakże reszta nie przedstawia się już tak pasjonująco. Owszem, metropolia to „kolorowa”, ale w znaczeniu murzyńsko-latynoskim. Ale nas ta klasyfikacja ras tutaj nie obchodzi.
Miami, a właściwie Dade County, to dziesiątki mil kwadratowych terenu, nie tyle zabudowanych, co wypełnionych głównie tysiącami tekturowych, barakopodobnych domków pudełkowych. Odnosi się to zwłaszcza do południowych obszarów tzw. Większego Miami. Nic dziwnego, że niedawno huragan Andrew jednym podmuchem zrównał to wszystko z ziemią. Ale i w tych dzielnicach bardziej solidnych, turysta nie znajdzie raczej zbyt wielu powodów do zachwytu. Lepiej się więc tam nie zapuszczać, bo i po co?
A jednak jest w Miami kilka takich zakątków, gdzie warto zagościć – by odczuć tę południową egzotykę, doznać niecodziennych wrażeń. Jedną z tych bardziej oczywistych atrakcji jest kolorowy, głośny i pełen życia deptak Bayside Marketplace, położony w samym śródmieściu Miami, a jednocześnie – jak zdradza nazwa – nad zatoką. I ten portowy charakter doskonale podkreślają drzemiące nieopodal kolosalne cielska transatlantyków, a także przeróżne stateczki, statki, jachty, łodzie… wśród nich również ta, na której pływał w serialu „Miami Vice” Don Johnson ze swoim aligatorem i nie tylko…
Na nabrzeżu tym panuje atmosfera wiecznego jarmarku i festynu – wszędzie mnóstwo restauracji, sklepów, butików; dookoła rozlegają się południowe rytmy, muzyka jak najbardziej „na żywo”.
Niewątpliwie warto też zajrzeć do ekskluzywnej, modnej, a nawet nieco snobistycznej dzielnicy Coconut Grove, w której często dzieje się coś ciekawego. Zaskakującym „zabytkiem” jest Villa Vizcaya, wybudowana w XIX wieku w stylu włoskiego Renesansu. Interesującym doświadczeniem mogą być odwiedziny w Małej Hawanie lub w Małym Haiti. Bardzo malowniczym miejscem jest Parrot Jungle, która niestety dotkliwie ucierpiała wskutek huraganu, podobnie jak tropikalne ogrody Fairchilde’a, czy rezerwat przyrody na Key Biscayne.

Miami Beach to temat osobny, niewiele mający wspólnego z samym Miami. Właśnie tam – na tym wyspowym pasku ziemi, w dużej części wydartej oceanowi – znajdują się wypoczynkowe resorty, do których zjeżdżają się wakacjusze z całego świata. Kondominia, townhousy, hotele, motele… bardziej lub mniej eleganckie, wraz z takimi wizytówkami, jak dystrykt w architektonicznym stylu Art Deco (tam właśnie znajduje się słynna, zwłaszcza z życia nocnego, South Beach, gdzie mieszka slynny projektant mody Versace***), czy też luksusowy Hotel Fontainbleau. Wreszcie: gwiazdorskie rezydencje (tzw. „Millionairs Row”, gdzie znajdują się domy m.in. Julio Iglesiasa, Sophii Loren, Glorii Estefan, braci Gibb…), nie wspominając o domu w którym mieszkał (i zmarł) słynny chicagowski gangster Al Capone.
Tutaj zaczyna się także wielusetmilowy ciąg hoteli i plaż, przeróżnych ośrodków wypoczynkowych i klubów, biegnących przez North Miami Beach, Hollywood, Fort Lauderdale, do West Palm Beach i jeszcze dalej w kierunku północnym. I właściwie wokół tego wąskiego pasa skupia się aktywność tych, którzy odwiedzają południową Florydę. Nikt raczej nie zapuszcza się wgłąb lądu, chyba że chce zobaczyć Park Narodowy Everglades (czyli to, jak naprawdę wygląda środowisko naturalne półwyspu), ewentualnie pragnie odwiedzić Indian Miccosukee.

Jeżeli na południe Florydy trafimy w czasie ładnej pogody, znajdziemy znośne locum z dostępem do zadbanej plaży, to rzeczywiście możemy liczyć na udany wypoczynek, no a później – na wspomnienia godne naszych wcześniejszych wyobrażeń i oczekiwań. Kąpiel w ciepłym Oceanie, opalanie się, pływanie, spacer po plaży – czy to w słońcu, czy też w pełni księżyca – będzie niewątpliwie satysfakcjonującą gratyfikacją za nasz trud i wydatki związane z odlotem do południowych krajów.

Przed domem Hemingway'a na Key West

Przed domem Hemingway’a na Key West

Zupełnie inny, bardzo swoisty charakter, posiada Key West. Dużo można by pisać o tym najdalej na południe wysuniętym kontynentalnym miasteczku Stanów Zjednoczonych, w którym mieszkał Hemingway i gdzie napisał on m.in. „Komu bije dzwon”, „Towarzysze broni”, „Stary człowiek i morze”… Już sam dojazd tamże stumilową drogą prowadzącą kluczem wysepek połączonych długimi, wysoko wiszącymi mostami – z których, po lewej stronie widzimy Atlantyk, z prawej zaś Zatokę Meksykańską – może być ekscytujący. Nie wspominając o szalonej atmosferze panującej na miejscu: na Duvall Street czy w barze Sloppy Joe, w którym najczęściej topił w trunkach swe frasunki Papa Hemingway.
Położone na północ od Miami, West Palm Beach jest w zasadzie miastem bogaczy, którzy, podobnie jak w innych rejonach Florydy, odgradzają się od biedniejszego świata murem. Z tego względu ulica z takimi rezydencjami wywiera dość ponure wrażenie – bo wydaje się jakby opustoszała po jakimś zadżumieniu. Straszą też puste i niszczejące biurowce wybudowane przez Trumpa, amerykańskiego bohatera finansjery, któremu lekką ręką pożyczono setki milionów dolarów (cudzych, bo należących przecież do zwykłych ciułaczy i podatników), które ten z kolei topił w poronionych, a megalomańskich pomysłach inwestycyjno-budowalnych.
Umiejscowione centralnie Orlando gubi się wśród otaczających go parków tematycznych, o których już była mowa (Disney World, Sea World, Universal Studios…) Przyjezdni (a są ich miliony), zazwyczaj od razu kierują się do tych turystycznych przybytków i atrakcji, omijając samo miasto, w którym oprócz Church Street Station raczej niewiele jest miejsc godnych uwagi.
Można natomiast zajrzeć do Daytona Beach. Oprócz wspomnianej już wcześniej plaży bardzo szerokiej, toru wyścigowego Formuły 1, jest tam kilka fajnych zakątków, także kulinarnych – choćby niezłe garkuchnie serwujące smaczne a świeże morskie żarcie. Poza tym, Daytona Beach to mekka amerykańskiej młodzieży, która chce zasmakować wolności, wyrywając się spod kurateli starszych, właśnie do nocnych klubów i dyskotek Daytony. To również przyczynia się do swoistego charakteru i kolorytu miasta.
W tym ekspresowym przeglądzie florydzkich miast nie sposób pominąć miasto St. Augustine uważane za najstarszą, założoną na kontynencie Ameryki Północnej osadę (1565 r.), która dotrwała do naszych czasów. Dodajmy, że dotrwała w znakomitej kondycji i po drodze rozwinęła się, mimo naprawdę burzliwej i tragicznej historii, której jednym z najbardziej znaczących – a jednocześnie wielkich – świadków jest zwalista twierdza Castillo de San Marcos.
St. Augustine to miasteczko ciekawe, malownicze, zaskakujące… Taką południową niespodzianką bardzo przypominającą Hiszpanię. Niektórzy uważają, że jest to najładniejsze miasto Florydy. A mnie się wydaje, że nie ma w tym przesady.

KONKLUZJA OPTYMISTYCZNA

Wspomniałem już o tekście, (który może jednak zbyt mocno przypominał pamflet), jaki popełniłem kiedyś na temat Florydy. Niewątpliwie mógł on zdenerwować ludzi, którym stan ten jest miły, a przede wszystkim tych, którzy z Florydą związani są w jakiś sposób „biznesowo”. Doszło do tego, że niedługo później jeden z redaktorów „Dziennika Chicagowskiego” musiał dla równowagi napisać tekst o różnych florydzkich walorach, a przede wszystkim o opłacalności inwestowania tamże.
Ja to dobrze rozumie, ale i od innych oczekuję większego dystansu i poczucia humoru. Zastrzegam sobie również prawo do wyrażania osobistych uwag i pretensji wobec Florydy, która nieraz na tyle dawała mi w kość, że tylko siąść i pamflet na nią smarować. Jednakże były to momenty stosunkowo nieliczne, bardzo subiektywne, związane z różnymi okolicznościami, w jakich przyszło mi w tym stanie mieszkać.
Zupełnie czymś innym jest turystyczny kontakt z Florydą, a właśnie od strony turystycznej chciałem tutaj naszkicować jej portret.
Starałem się też unikać jednoznaczności. Zresztą – zważywszy na wspomniany już subiektywizm – cudzy opis, zdanie, sąd, opinię czy zwłaszcza wrażenie – winno się oczywiście brać pod uwagę, lecz dla nas, w ostatecznym rozrachunku, najbardziej liczy się doświadczenie osobiste, własne. Dlatego też z dystansem warto się odnosić zarówno do bezkrytycznych apologetów Florydy, jak i do niepoprawnych malkontentów, których zwłaszcza wśród naszych rodaków nie brakuje. Sami więc musimy zobaczyć Florydę na własne oczy, by przekonać się, że naprawdę jest ona jednym z najbardziej interesujących amerykańskich stanów.

greydot

(Artykuł ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 14 lutego, 1995 r. – cz. I i 21 lutego, 1995 r. – cz. II)

* Oczywiście, aby zobaczyć orki w ich naturalnym środowisku, niekoniecznie trzeba się wybierać na ocean statkiem wielorybniczym. Na Alasce, w Kanadzie, czy w stanie Waszyngton organizowane są wycieczki, które umożliwiają zwykłemu śmiertelnikowi zobaczenie z bliska tych wspaniałych zwierząt żyjących na wolności. Przy odrobinie szczęścia, można je nawet zaobserwować z brzegu.
** Tekst został napisany 17 lat temu, w czasach, kiedy rzeczywiście trudno było sobie jeszcze wyobrazić coś takiego, jak Disney World w Chinach, czy w Rosji. (No cóż… The Times They Are a-Changin’)
***  Pół roku później (w lipcu, 1997 r.), Versace został zastrzelony przed swoim domem w South Beach w Miami.

Nową wystawę zdjęć z Florydy obejrzeć można TUTAJ – na stronie ŚWIATA W OBRAZACH.

.

Florydzki zachód Słońca

Florydzki zachód Słońca – Zatoka Meksykańska

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

MOJA PRZYGODA Z KONTYNENTEM

.

Czym jest powrót do przeszłości? Czy tylko nostalgią? Może próbą zrozumienia siebie samego – tego, kim jesteśmy dzisiaj, także poprzez tego, kim byliśmy kiedyś? Rozliczeniem się z pewnymi okresami w swoim życiu? Wspomnieniem – i utrwaleniem tego – co spotkało nas dobrego? Identyfikacją, nazwaniem i odrzuceniem tego, co było złe? Podzieleniem się z innymi tym, czego dowiedzieliśmy się o świecie – jakich ludzi spotkaliśmy – co przeżyliśmy podczas tej niezwykłej podróży, jaką jest życie każdego człowieka? Każdy może sobie odpowiedzieć na te pytania sam, cofając się do pewnych wydarzeń swojego życia lub poznając to, co przeżywali inni. Oto jedna z moich przygód. Może kogoś zaciekawi?

.

Amerykańska przygoda: trasa kontynentalna - od Pacyfiku do Atlantyku

Amerykańska przygoda: trasa kontynentalna – od Pacyfiku do Atlantyku

.

To były czasy, kiedy jeszcze funkcjonował na świecie – a zwłaszcza w Polsce – mit Ameryki, jako kraju globalnej dominacji i awangardy, jeśli nie kulturowej (bo żywa już była wtedy krytyka macdonaldyzacji świata), to na pewno ekonomicznej i politycznej (Chiny parły już do przodu, ale potęgą jeszcze nie były; Stany Zjednoczone, po upadku ZSRR zdawały się grać pierwsze skrzypce na arenie międzynarodowej, popierając swoich sojuszników, co w świecie arabskim odbierane było jako potwarz, a Huntingtona skłoniło do przekonania o mającym właśnie miejsce „zderzeniu cywilizacji”, wkrótce potwierdzonym w tragicznym ataku na Manhattan). Ponadto, kontynent amerykański zawsze jawił się wszystkim jako ziemia topograficznych niezwykłości, wielkich przestrzeni, przyrodniczych enklaw, unikalnej fauny i flory (w rodzaju słynnego Parku Narodowego Yellowstone) – tych wszystkich pięknych, surowych, nieskalanych cywilizacją krajobrazów, rozpropagowanych choćby przez obrazy z Hollywood (a wiemy, że filmy amerykańskie oglądał – i nadal ogląda – cały świat, spychając na dalszy plan kinematografie lokalne). Nie dziwi więc zainteresowanie Ameryką – pragnienie, by zobaczyć ten kraj na własne oczy – ciekawość żywa zwłaszcza wśród Polaków, których miliony związało z nim, w taki czy inny sposób, swoje losy.
Tak się stało, że przez kilka sezonów w latach 90-tych ubiegłego wieku, starałem się moim rodakom obraz Ameryki przybliżyć – i to poprzez bezpośrednie spotkanie się tych ludzi z kontynentem – organizując i prowadząc wycieczki turystyczne po Ameryce Północnej. Zwiedzaliśmy różne rejony Stanów Zjednoczonych – imprezy te trwały od kilku dni do kilku tygodni – znacznie też różniły się programem. Tutaj jednak chciałbym się skupić na trasie, która była najdłuższa i – jeśli można tak powiedzieć – najbogatsza: niemal czterotygodniowa autokarowa eskapada „from Coast to Coast”, czyli „od wybrzeża do wybrzeża”, mająca swój początek w położonym nad Pacyfikiem Los Angeles, a kończąca się w nadatlantyckim Nowym Jorku. To będzie także pretekst do podzielenia się z Wami uwagami dotyczącymi tzw. turystyki „masowej”, rzeczywistości amerykańskiej (zarówno od strony socjologicznej i politycznej), jak i niewątpliwej „atrakcyjności turystycznej” tej ziemi – być może zahaczając także o nasz narodowy charakter (a o psychologicznych aspektach – i perypetiach – obcowania z rodakami w czasie wspólnego zwiedzania Ameryki, książkę całą można byłoby spisać – pełną tak dumy i radości, jak też pewnej dozy wstydu i żenady).

Odpoczynek na trasie - pod Diabelską Wieżą w Wyoming i polskim orłem na autokarze

Odpoczynek na trasie – pod Diabelską Wieżą w Wyoming i polskim orłem na autokarze

Wycieczki odbywały się pod szyldem chicagowskiego biura podróży Exotica Travel, którego założycielem był Andrzej Kulka, znany obieżyświat, pasjonat poznawania świata i doświadczony podróżnik, jednak ich organizacja należała do mnie (w czym pomagała mi żona Andrzeja, Jola; Andrzej w tym czasie – praktycznie całe lato – przebywał bowiem na swojej ukochanej Alasce), włącznie z ustaleniem programu imprezy, rezerwacją noclegów i zapewnieniem transportu (autokary wypożyczała nam, wraz z kierowcami, zlokalizowana w Arizonie firma VIA). Grupy, które pilotowałem na tej trasie składały się zwykle z 35 – 50 osób i rekrutowały się (najczęściej po połowie) zarówno z amerykańskiej Polonii (klienci naszego biura), jak i z Polaków, „zebranych” przez polskie biura podróży w kraju.
Było to oczywiście spore wyzwanie pod względem logistycznym, które było o tyle łatwiejsze w realizacji, że infrastruktura obsługi turystycznej w Stanach jest doskonale rozwinięta, a ponadto – co było chyba najważniejsze dla powodzenia tych szalonych mimo wszystko imprez – trasa uwzględniała tak atrakcyjne, ciekawe i fascynujące miejsca, że nie miałem większych problemów z ułożeniem programu (niejaką trudność sprawiała tylko konieczność rezygnacji, z tego, co warte było zobaczenia, a na co już nie było czasu). Pomogły mi w tym moje wcześniejsze wizyty w tych miejscach, zarówno prywatne, jak i „zawodowe” – w ramach krótszych wycieczek „tematycznych”, skupiających się na zwiedzaniu poszczególnych rejonów Ameryki (Wielki Kanion, Kalifornia, Yellowstone, Czarne Wzgórza, Niagara – Waszyngton – Nowy Jork, Nowa Anglia, Apallachy… etc.) Nie bez znaczenia były także rady, jakie wcześniej otrzymałem zarówno od Andrzeja Kulki, jak i Tadeusza Reka (właściciela agencji Rek Travel), którzy pilotowali wycieczki, kiedy ja jeszcze nawet o tym nie marzyłem.
Pozwolę sobie tutaj przedstawić program jednej z wersji tej wyprawy, która z roku na rok zmieniała nieco swoje itinerary, trwając kilka dni krócej lub dłużej – w zależności od warunków, jakie wówczas musieliśmy brać pod uwagę. Jednak jej „szkielet” pozostawał ten sam: chodziło o prezentację najatrakcyjniejszych miejsc, jakie można było spotkać na trasie biegnącej w poprzek całego kontynentu – z Los Angeles do Nowego Jorku – i realizowanej w ciągu 22- 27 dni. Oto on (w wersji reklamowej, jaką dostawali do ręki nasi klienci):

.

DZIEŃ 1: Przylot do LOS ANGELES, zakwaterowanie w hotelu.

DZIEŃ 2: HOLLYWOOD * BEVERLY HILLS * SANTA MONICA.  Zwiedzanie Los Angeles i Hollywood: Chiński Teatr, odciski dłoni i stóp filmowych gwiazd. Przejażdżka Bulwarem Zachodzącego Słońca, dzielnica milionerów Beverly Hills, Santa Monica, plaża nad Pacyfikiem.

DZIEŃ 3LOS ANGELES. Dalsze zwiedzanie miasta: studia filmowe Universal (alternatywa: Centrum Getty’ego lub Muzeum Sztuki Współczesnej – LACMA). Park i Obserwatorium Griffith’a, zachód słońca na plaży w Malibu.

DZIEŃ 4: SANTA BARBARA. Kwintesencja Kalifornii: malownicze miasteczko Santa Barbara, zwiedzanie franciszkańskiej misji, historia Kalifornii. Spacery, plażowanie, oceaniczna fauna i flora. Wieczorem – niespodzianka.

DZIEŃ 5: HEARST CASTLE * EL CAMINO REAL * CARMEL * MONTEREY. Ekstrawagancja eklektyzmu i bogactwa: pałac magnata prasowego Williama Hearsta. Widokowa trasa nad Pacyfikiem (El Camino Real – Droga Królewska), przełomy Big Sur i anegdoty o życiu słynnych mieszkańców tej miejscowości (Henry Miller, Orson Welles, Rita Hayworth, Doris Day…), czerwone sekwoje (“redwoods”), niezwykła miejscowość Carmel, misja Ojca Junipero Sera, knajpa Clinta Eastwooda. Kolacja w porcie nad Zatoką Monterey.

DZIEŃ 6: SAN FRANCISCO. Dzień spędzamy w jednym z najpiękniejszych miast Ameryki – San Francisco. Nabrzeże rybackie (Fisherman’s Wharf). Rejs po Zatoce oferujący wspaniałą panoramę miasta i wyspy Alcatraz. Most Golden Gate, niespodzianki… Obiad i zakupy w Chinatown.

DZIEŃ 7: NAPA VALLEY. Dzień pełen relaksu w winiarskim zagłębiu Kalifornii. Wizyta w najciekawszych winnicach: Mondavi, Hess, Coppola… degustacja win i serów.

DZIEŃ 7SIERRA NEVADA * YOSEMITE. Spacery i relaks w Górach Śnieżnych (Sierra Nevada). Park  Narodowy Yosemite (najpiękniejsza dolina polodowcowa na świecie), kąpiel w rzece Merced; imponujące granitowe kolosy Half Dome i El Capitan; sekwoje mamucie, przełęcz Tioga, niezwykłe jezioro Mono…

DZIEŃ 8 : DOLINA ŚMIERCI * LAS VEGAS. Góra Mt. Whitney (najwyższa w USA, bez Alaski). Dolina Śmierci: wydmy, słone równiny, gaj palm daktylowych… Po południu docieramy do szalonego Las Vegas. Pełna wrażeń noc w światowej stolicy hazardu i rozrywki. Nocleg (?) w Las Vegas.

DZIEŃ 9 : LAS VEGAS * HOOVER DAM * ARIZONA.  Wypoczynek i odsypianie nocnych szaleństw. Około południa wyruszamy do Arizony. Zwiedzamy Tamę Hoovera na rzece Kolorado. Arizona – historia i opis stanu.

DZIEŃ 10 : WIELKI KANION KOLORADO. Jesteśmy w jednym z najsłynniejszych cudów przyrody, Grand Canyon National Park. Chętni lecą nad Kanionem samolotem. Niezapomniany film o Kanionie (w technice IMAX). Droga nad południową krawędzią – podziwianie Kanionu z najciekawszych punktów widokowych. Kolacja na terenie rezerwatu Indian Navaho. Dzieje Indian Ameryki Północnej.

DZIEŃ 11 : UTAH * BRYCE * MORMONI. Bajeczne scenerie najpiękniejszego parku stanu Utah: Bryce Canyon National Park. Wyruszamy pieszo na jeden ze szlaków. Po południu przejazd do Salt Lake City. Mormoni.

DZIEŃ 12 : GRAND TETON * JACKSON HOLE. W drodze do stanu Wyoming. Pasmo górskie i park narodowy Grand Teton; jezioro Jenny. Modne miasteczko Jackson, czyli Dziki Zachód par excellence. Nocleg w górskim schronisku w kotlinie Jackson Hole.

DZIEŃ 13 : YELLOWSTONE.  Najstarszy i najsłynniejszy park narodowy na świecie: Yellowstone. Gejzery, błotne wulkany, gorące źródła, dzika zwierzyna, doliny pełne bizonów. Wielki Kanion, rzeka i jezioro Yellowstone.

DZIEŃ 14 : YELLOWSTONE. Kolejny dzień w Parku Narodowym Yellowstone: najsłynniejszy gejzer świata – Old Faithful, fantastyczne scenerie Mamucich Gorących Źródeł, kilkugodzinna wyprawa jednym z wielu yellowstońskich szlaków. Wykład i pogadanka o historii Yellowstone. Nocleg w Montanie.

DZIEŃ 15 : BIGHORN * DEVILS TOWER * DEADWOOD.  Przeprawa przez góry Bighorn. Niesamowita Diableska Wieża. Siedlisko piesków preriowych. Droga do Dakoty Południowej. Deadwood – miasteczko legend Dzikiego Zachodu – awanturnicy, rewolwerowcy, poszukiwacze złota. Nocleg na Czarnych Wzgórzach.

DZIEŃ 16 : BLACK HILLS * MT. RUSHMORE * CRAZY HORSE * BADLANDS.  Góra Mt. Rushmore i wykute na niej głowy 4 prezydentów Stanów Zjednoczonych. Największa rzeźba świata – pomnik wodza Siuksów Szalonego Konia (dzieje wojen z Indianami, życie twórcy Korczaka Ziółkowskiego). Po południu – przejazd do parku narodowego Badlands. Opowieść o Tańcu Ducha. Rzeka Missouri.

DZIEŃ 17 : DAKOTA POŁUDNIOWA – CHICAGO. Droga przez krainę Wielkich Równin prerii: Dakotę Południową, Minnesotę, Wisconsin i Illinois. Po drodze przekraczamy „króleowe” amerykańskich rzek: Missisipi i Missouri. O rozsądnej porze docieramy na nocleg do Chicago.

DZIEŃ 18 : CHICAGO. Dla gości z Polski: całodzienne zwiedzanie “Wietrznego Miasta”: Jezioro Michigan, Sears Tower (najwyższy wieżowiec w USA), Wspaniała Mila, najciekawsze miejsca downtown Chicago (śródmieście). Kolacja na Jackowie – centrum amerykańskiej Polonii.

DZIEŃ 19 : CHICAGO – NIAGARA. Wyjazd z motelu o godz. 5 rano, jazda przez stany: Illinois, Indiana, Ohio, Pensylwanię i Nowy Jork. Przyjazd nad Niagarę. Podziwiamy cud przyrody – wodospady Niagary (Podkowa, Amerykanin) z najciekawszych punktów widokowych. Kozia Wyspa. Nocleg w okolicach Buffalo, NY.

DZIEŃ 20 : APALLACHY. Przejazd przez stany: Nowy Jork Pensylwanię i Maryland. Przepiękne o tej porze roku Appallachy (złoto-czerwona jesień!) Leśny szlak – odpoczynek w górach. Malownicze prowincjonalne miasteczka.

DZIEŃ 21 : WASZYNGTON. Całodniowe zwiedzanie stolicy Stanów Zjednoczonych: Biały Dom, Kapitol (siedziba Kongresu). The Mall: Mauzoleum Lincolna, pomniki poœwięcone bohaterom wojen wietnamskiej i koreańskiej. Wykład o amerykańskiej historii i obecnej sytuacji politycznej kraju (dla zainteresowanych). Kolacja na Dworcu Union Station.

DZIEŃ 22 : WASZYNGTON * FILADELFIA. Dalszy ciąg zwiedzania DC: Monument Waszyngtona, Pennsylvania Avenue. Po południu przenosimy się do Filadelfii, byłej stolicy kraju, gdzie w 1776 r. ogłoszono Deklarację Niepodległości. Starówka, Independence Hall, Dzwon Wolnoœci, dom w którym mieszkał Kościuszko. Nocleg pod Nowym Jorkiem.

DZIEŃ 23 : NOWY JORK (MANHATTAN). Całodzienne zwiedzanie miasta: rejs statkiem pod Statuę Wolności, Światowe Centrum Handlu – World Trade Center (imponująca panorama ze szczytu jednego z wieżowców Twin Towers). Wall Street, Chinatown, siedziba ONZ, Central Park,Times Square, Broadway, 42 Ulica, Manhattan nocą…

DZIEŃ 24 : NOWY JORK. Po śniadaniu dalszy ciąg zwiedzania miasta: Piąta Aleja, Empire State Building, Rockefeller Center, katedra Św. Patryka. Ostatnie zakupy… Pod wieczór odprawa na lotnisku JFK, goodby kisses, wylot do Polski, zakończenie wycieczki. Grupa z Chicago wraca do Wietrznego Miasta.

DZIEŃ 25 : Powrót do Chicago. Szczęśliwe zakończenie podróży.

greydot

Powyższy program siłą rzeczy musiał być szkicowy, zaznaczający jedynie główne punkty programu realizowane w poszczególne dni wycieczki. Wiele miejsc celowo nie zostało objętych oficjalnym programem z uwagi na ewentualne, niezależne od nas przeszkody, które mogły wystąpić, lecz były oczywiście realizowane, kiedy tylko sprzyjały temu warunki i okoliczności. Zależało mi bardzo na urozmaiceniu programu, a jednocześnie nie przeładowaniu go – ważne było zachowanie balansu tak, by uczestnicy nie czuli ani niedosytu, ani też przesytu – a to ostatnie byłoby chyba gorsze od tego pierwszego. Z uwagi na liczebność i zróżnicowanie grupy, program musiał być różnorodny, uwzględniając zarówno zainteresowania amerykańską kulturą i cywilizacją, jak i przyrodą i krajobrazem. To ostatnie akurat było bajecznie łatwe, jako że trasa przebiegała przez rejony, których naturalne piękno według mnie nie ma sobie równych na całym globie.

Ventura Highway - kalifornijska autostrada (widok z tarasu Centrum Getty'ego)

Ventura Highway – kalifornijska autostrada (widok z tarasu Centrum Getty’ego)

Wszyscy zbieraliśmy się w Kalifornii, a konkretnie w Los Angeles, przylatując na lotnisko LAX samolotem – grupa amerykańska najczęściej z Chicago, polska – zwykle z Warszawy. Przybysze z Polski musieli się zaaklimatyzować, a że budzili się wcześnie rano, gotowi do zwiedzania, więc nie było większego problemu z realizacją programu, tym bardziej, że ekscytacja tym, że się jest w słynnym Mieście Aniołów, pomagała przezwyciężyć jet lag – zmęczenie wynikające ze znacznej różnicy stref klimatycznych i czasowych.
Zaczynaliśmy od spotkania z Pacyfikiem, które miało miejsce w Santa Monica (samo miasto LA nie ma dostępu do Oceanu), od spaceru po plaży i słynnym (choćby z „Żądła”) molo, po którym przewalały się tysięczne tłumy – pierwsza okazja, by przekonać się naocznie o niesamowitej różnorodności etnicznej Amerykanów, choć oczywiście kalifornijskie tłumy zdominowane są przez Latynosów. Jeśli czas na to pozwalał, zaglądaliśmy też na osobliwą Venice Beach, pełną kolorowych (i nie chodzi tu tylko o kolor skóry) ekscentryków, ulicznych występów, alkoholowych i marihuanowych oparów, od których jednak łatwo było uciec na obmywane przez oceaniczne fale piasek właściwej już plaży, gdzie słonawy ale rześki zapach morskiej wody mieszał się z krzykiem mew i kormoranów.
W Los Angeles spędzaliśmy zwykle kilka dni, więc nadarzała się okazja, by wybrać się do Malibu, gdzie docieraliśmy słynnym Bulwarem Zachodzącego Słońca, po uprzednim pobycie w Beverly Hills pełnym rezydencji ludzi znanych i bogatych, głównie z branży przemysłu rozrywkowego, wśród których prym wiedli słynni hollywoodzcy aktorzy (pewnego razu, wychodząc z toalety w Beverly Hills Hotel, do którego czasem zaglądaliśmy, wpadłem niemalże na Warrena Beatty). Nie mogło się też obejść bez wizyty w samym Hollywood – w miejscu pod tzw. „Chińskim Teatrem”, gdzie na trotuarze znajdują się odciski dłoni słynnych hollywoodzkich gwiazd; zaglądaliśmy też na kilka godzin do studiów filmowych Universal, które z prawdziwym studio filmowym niewiele wszak mają wspólnego, będąc tzw. „parkiem tematycznym”, co wcale większości uczestnikom naszej wycieczki nie przeszkadzało, dostarczając szalonej zabawy. Alternatywą dla Universal Studios było niezwykle bogate w dzieła sztuki Centrum Getty’ego (swego czasu najdroższy kompleks muzealny na świecie) lub nie mniej bogate (zwłaszcza w dzieła sztuki współczesnej) muzeum LACMA. (O tym, co ostatecznie wybieraliśmy, decydowały wcześniejsze – dokonywane w sposób „demokratyczny” – ustalenia.)

Atrakcji w Los Angeles County nie brakuje a program nasz był na tyle elastyczny, że za każdym razem pozwalał wybrać coś innego, w zależności o oczekiwań i preferencji uczestników wycieczki. Wiec kiedy tylko było można zabierałem całą grupę, by pokazać im niespodziankę – największy na świecie obraz o tematyce religijnej namalowany przez Jana Stykę i prezentowany w wybudowanym specjalnie do tego celu gmachu na terenie Forest Lawn Memorial Park w Glandale – cmentarzu skądinąd równie ciekawym, i to nie tylko architektonicznie, bo znajdują się tutaj miejsca ostatniego spoczynku takich ludzi, jak np. Walt Disney, Clark Gable, Humphrey Bogart, Errol Flynn, Douglas Fairbanks, Nat King Cole, bracia Marx, Mary Pickford, Liz Taylor… a także sam Jan Styka, jak również – ostatnio – Michael Jackson. Warto też było wspiąć się na hollywoodzkie wzgórza, by z bliska zobaczyć ów słynny napis. Natomiast z tarasu pobliskiego obserwatorium Griffitha zobaczyć można było całą panoramę „Wielkiego” Los Angeles – szczelnie wypełnioną miejskimi zabudowaniami olbrzymią nieckę, nad którą zazwyczaj unosił się lekko sinawy smog – mieszanina pary wodnej i samochodowych spalin (mimo że Kalifornia posiada najbardziej restrykcyjny system badania emisji gazów w całych Stanach). Patrząc na bezkres tej urbanistycznej monotonii, można było sobie uświadomić niezwykłą trafność tego, co ktoś kiedyś powiedział o tym mieście: „Los Angeles to siedemnaście przedmieść w poszukiwaniu metropolii”.

Los Angeles to dobre miejsce na pierwsze spotkanie z Ameryką, nie tylko dlatego, że może ono być wstępem do zapoznania się z tym, co cywilizacja Zachodu uczyniła z dziewiczego (z punktu widzenia Europejczyków) kontynentu w ciągu ostatnich kilku wieków, ale i dlatego, że w sposób płynny oszołomienie związane z różnicą czasową, klimatyczną i długim lotem tutaj, wypierane jest przez oszołomienie, nazwę je, „kulturowe”, wywołane zderzeniem się z pewną mitologią LA i całej Kalifornii – także konfrontacją wyobrażeń z realnością (co zresztą uznać można za główny motyw całej naszej kontynentalnej eskapady). Nigdy bowiem nie jest tak, że nasze wcześniejsze wyobrażenia pokrywają się z zastaną przez nas rzeczywistością. Zwykle rzeczywistość ta je przerasta – i to zarówno pozytywnie (kiedy się zachwycamy), jak i negatywnie (kiedy spotyka nas rozczarowanie). Tak, czy siak, wszystko jest inne, niż sobie wyobrażamy.

Póki co opuszczamy metropolię Los Angeles i po Ventura Highway kierujemy się na północ. Czeka nas jedna z najpiękniejszych tras scenicznych świata: biegnąca wzdłuż pacyficznego wybrzeża słynna Highway 1, która bez wątpienia najciekawsza jest na odcinku między San Simeon a Carmel. Lecz wcześniej zaglądamy jeszcze do urokliwego na pierwszy rzut oka miasteczka Santa Barbara, gdzie zwiedzamy malowniczą misję franciszkańską, a zgromadzone tam artefakty są pretekstem do opowiedzenia historii europejskiej kolonizacji Kalifornii, znaczonej zarówno krzyżem, jak i mieczem, wpraszającej się ongiś na te ziemie z całym dobrodziejstwem swojego inwentarza – kultywującą ziemię, ale i niszczącą sposób życia, kulturę, a często i zdrowie czy nawet życie tubylców, zwanych przez kolonizatorów i misjonarzy „dzikimi”.
Dalsza droga na północ przebiega po falujących wzgórzach, których zbocza porastają dzikie zboża (pozostałość po zasiewach misyjnych gospodarstw) nadające im miedziano-rudawy, złoto-miodowy kolor, jak również suchorosty i trawy – to tam gdzie znajdują się ogrodzone drutem rancza, na których pasą się leniwie krowy i konie. W niektórych rejonach zaś zbocza są jasno-zielone: to winnice, gdzie w beczkach lub (częściej) metalowych kadziach dojrzewa dionizyjski płyn otrzymany z gron pino grigio, shiraz lub zinfandel. Droga oddala się co jakiś czas i zbliża do Oceanu, kiedy więc widać plażę, a na niej wylegujące się stada lwów morskich i fok, jest wtedy okazja do tego, by się zatrzymać, rozprostować kości, pospacerować po plaży, zaczerpnąć tlenu i poobserwować na pozór leniwe życie kolonii tych morskich zwierząt.

Złoty posąg z Hearst Castle - z widokiem na kalifornijskie wybrzeże i Pacyfik

Złoty posąg w ogrodzie Pałacu Hearsta – z widokiem na kalifornijskie wybrzeże i Pacyfik

.

Żelaznym punktem programu na tej trasie jest wizyta w osobliwym, lecz niezmiennie robiącym wielkie wrażenie Hearst Castle, czyli w pałacu magnata prasowego Williama Randolpha Hearsta, który widoczny jest z Highway One już z odległości kilku mil – niczym miraż drgający na szczycie wysokiego, nabrzeżnego wzgórza. Pobyt na ranczo Hearsta trwa dobrych kilka godzin: specjalne autobusy zawożą naszą grupę do Pałacu, gdzie przewodnicy oprowadzają nas po komnatach („żywcem” ściągniętych tutaj z europejskich dworów, pałaców i zamków – wraz z całym wyposażeniem w dzieła sztuki, meblami i sztukaterią), wiodą po ogrodach i basenach, z których jeden przypomina jakąś szczególnie pyszną wersję luksusowej rzymskiej łaźni, topiąc się w misternych mozaikach i błękitach ceramicznych wykładzin. Nie tylko oczyma wyobraźni można zobaczyć hollywoodzkie gwiazdy – m.in. Charliego Chaplina, jak pływa w basenie ubrany w śmieszne kąpielowe gatki, zabawiając przy tym znamienitych gości – bo oto w znajdującej się w Pałacu sali kinowej oglądamy film dokumentalny ukazujący high life w stylu retro, w wykonaniu towarzystwa, które zapraszał do siebie Hearst. Wokół Pałacu dziesiątki hektarów ogrodów drzew cytrusowych (pomarańcze i granaty) oraz pastwisk, gdzie przy odrobinie szczęścia dojrzeć można… zebry, których potomkinie swego czasu żyły w prywatnym zoo Hearsta wraz z innymi egzotycznymi zwierzętami, takimi jak słonie, żyrafy, lwy i hipopotamy.

Lecz to nie koniec ekstrawagancji mieszkańców kalifornijskiego wybrzeża, bo oto na naszej drodze czeka nas jeszcze niejedna niespodzianka, z których najbardziej dziwaczną, chociaż nie pozbawioną swoistego uroku, jest zajazd Madonna Inn – niczym wyjęty z bajek o chatce z piernika. Kilkadziesiąt minut dalej robi się jednak bardziej ekskluzywnie i… literacko: docieramy bowiem do owianego legendą (nie tylko amerykańskiej bohemy) Big Sur. Droga jest wąska i niewiarygodnie kręta, skąpo zarośnięte wzgórza ustępują miejsca prawdziwym górom. Ich stoki porasta las coraz większych drzew, wśród których zaczynają się pojawiać redwood, czyli sekwoje czerwone „wiecznie zielone” (tak wiem, zbitka jest trochę dziwna, ale taka jest łacińska nazwa tych drzew: sempervirens) – drzewa, które są najwyższymi drzewami na naszej planecie. Tak, w okolicach Big Sur zaczyna się krasnobór, ale sekwoje tutaj nie są jeszcze tak wysokie, jak na północnym wybrzeżu Kalifornii, blisko granicy z Oregonem. Niemniej jednak spacer wśród wysokich na 70-90 metrów gigantów, czyni z nas mrówki, które nota bene nie mogą wyjść z podziwu nie tylko z powodu rozmiarów tych roślin, ale i z gwałtownej zmiany w ukształtowaniu terenu, tudzież aparycji otaczającej nas flory.
Pojawia się też gratka dla miłośników literatury, zwłaszcza tej bardziej krwistej i pieprznej, którą „strzepną” ongiś ze swojego pióra – czy też raczej wystukał na maszynie do pisania – enfant terrible amerykańskich men of letters, Henry Miller, który Big Sur uczynił swoim domem na wiele lat (a swój pobyt tam opisał choćby w książce „Big Sur i pomarańcze Hieronima Boscha”). Wprawdzie do posiadłości, w której mieszkał pisarz nie ma już dostępu, to jednak możemy się zatrzymać w bibliotece jego imienia – wypełnionej nie tylko wszystkimi dziełami, które spłodził za swego życia Miller, ale i memorabiliami powodującymi, że duch obrazoburczego pisarza daje się wyczuć całkiem wyraźnie – i to nie tylko wśród zwisających z sufitu książek.
Ale to nie koniec naszych zawrotów głowy – czeka nas bowiem jeszcze kilkaset zakrętów – i kilka punktów widokowych na wysokich klifach, skąd roztaczają się widoki nie do opisania, i gdzie szmaragdowo-lazurowe wody Oceanu spotykają się z ciemno-brązowo-zielonymi wzgórzami, obmywając brzegi spienionymi grzywaczami fal, które wciskają się w półkola zatok i uderzają z hukiem o skały. Natura po raz pierwszy daje znać o sobie w tak intensywny sposób – i wrażenie to nie opuści nas aż do momentu, kiedy za kilka tygodni zjeżdżać będziemy ze wschodnich zboczy Apallachów, ku stolicy, na drugim krańcu Ameryki. Tutaj dla grup szczególnie zainteresowanych przyrodą, przygotowaną mam w zanadrzu nie byle jaką niespodziankę: jeśli czas pozwala, zanim jeszcze, opuściwszy dramatyczne wybrzeże Big Sur dotrzemy do Carmel, tuż przed tym miasteczkiem, zbaczamy lekko z drogi i wjeżdżamy do miejsca, które niezmiennie cieszy się moim zachwytem, a mianowicie do rezerwatu dzikiej przyrody zwanego Point Lobos State Preserve. (Nawet nie próbuję tu zaczynać opisu tego wszystkiego, co się tam znajduje, bo zajęłoby mi to kilka następnych scrolli myszką.)

No i wreszcie jesteśmy w Carmel – surowość Big Sur zamieniona w lekko kiczowatą, ale nie pozbawioną też smaku i elegancji, zabudowę miasteczka, które całe wydaje się być jednym wielkim (czy też raczej małym) wypoczynkowym resortem. Czy pasuje to wszystko do Clinta Eastwooda, który swego czasu był tutaj merem? Lecz zostawmy na razie Brudnego Harry’ego (część z nas uda się wieczorem na kolacje do knajpy, której właścicielem jest właśnie Clint, a która nosi jakże romantyczną nazwę: Hog’s Bretah, co daje się przetłumaczyć, jako Oddech Wieprza). Carmel jest niewielkim miasteczkiem, można je obejść spokojnym spacerkiem w parę kwadransów, a zatrzymać się choćby na plaży, na którą nawieziono góry białego, miałkiego jak mąka piasku i gdzie – niemal rytualnie – każdego wieczoru setki ludzi wyczekują na spektakularny zachód Słońca. I tylko nieliczni (jeśli ktokolwiek) wiedzą o tym, że kilka kroków stąd znajduje się nabrzeżny domek z kamieni wybudowany przez jednego z największych poetów amerykańskich Robinsona Jeffersa, (o którym swego czasu tak wiele pisał Miłosz). Nie sposób także pominąć franciszkańskiej misji. Ta w Carmel jest szczególna i to nie tylko dlatego, że znajduje się w niej kościół mający status bazyliki, i że pochowany jest tutaj „szef” Franciszkanów, Ojciec Juniperro Serra, postać intrygująca – tak samo zresztą, jak dzieje i pozostałości całego misyjnego łańcucha, jaki wzdłuż tzw. Camino Real (czyli Drogi Królewskiej), stworzył fanatyczny flagellant Serra. Uderza malowniczość tego miejsca (więc nie dziwi wcale to, że misję San Carlos Borromeo del Rio Carmelo nazwano Klejnotem Misji), jak również jego autentyzm, mimo konieczności przystosowania się do turystycznych wymagań.
Kiedy czas pozwala wybieramy się na przejażdżkę drogą sceniczną 17-Mile Drive, objeżdżając zalesiony półwysep, zasiedlony przez upper class – ludzi, którzy mogą sobie pozwolić na zakup i utrzymanie posiadłości w jednym z najdroższych zakątków Kalifornii. Droga jest prywatna, trzeba za nią płacić, każdy otrzymuje mapkę z najciekawszymi punktami na trasie, wśród których największą bodaj popularnością cieszy się tzw. Samotny Cyprys – ponoć najczęściej obfotografowywane drzewo kalifornijskiego wybrzeża. Lecz na drodze tej nie uświadcza się tłumów. Jedziemy bardzo blisko Oceanu, tuż obok poszarpanych skał pełnych morskich zwierząt i gwarnych ptasich kolonii; to znów przejeżdżamy przez zielone, schludnie utrzymane pola golfowe, lub lasem, w którym znajdują się rezydencje milionerów. Kiedy kończy się 17-Mile Drive, zaczyna się Monterey, jeden z największych portów rybackich zachodniego wybrzeża. Jet okazja, by wspomnieć o Johnie Steinbecku, który spędził tu kawał swojego życia i utrwalił tę okolicę w swoich najsłynniejszych książkach: „Cannery Row”, „Tortilla Flat” i „Grona gniewu”. Podekscytowani mogą się także poczuć fani muzyczni: to tutaj bowiem odbył się pierwszy wielki rockowy spęd pączkujących wówczas (bo jeszcze przed Woodstock) dzieci kwiatów, a każdego roku ma w Monterey miejsce słynny Festiwal Jazzowy. Po kolacji w porcie – z widokiem na kutry i las jachtowych masztów – wśród krzyków mew i charakterystycznego zapachu morza (zdominowanego przez zapach ryb i rozkładających się wodorostów), pora opuścić to miejsce i uderzyć dalej na północ, bo jeszcze tej nocy czeka nas dotarcie w okolice San Francisco.

Pod mostem Golden Gate

Pod mostem Golden Gate

Jeśli pora jest jeszcze w miarę przyzwoita, czeka wszystkich niespodzianka, którą jest niezwykły widok: San Francisco by nightnocna panorama miasta, którą najlepiej jest zobaczyć z tzw. Treasure Island, położonej na Zatoce San Francisco wyspy (zamiast skarbów wszak, znajduje się tu baza amerykańskich marines; zresztą, właściwa nazwa wyspy brzmi Yerba Buena Island, czyli Wyspa Dobrego Zioła), a stanowiącej lądową podporę dla długiego na 7 km. Mostu Zatokowego (nota bene zbudowanego pod nadzorem Rudolfa Modrzejewskiego, syna słynnej Heleny). Widok rozświetlonego bajecznie skyline San Francisco to niezłe preludium do poznania miasta, zaostrzające apetyt na zwiedzanie, które zaplanowane jest na następny dzień.

Można się chyba zgodzić z tym, że San Francisco to najbardziej malownicze miasto Ameryki Północnej, o bardzo specyficznej atmosferze, posiadające swój wyraźnie rozpoznawalny charakter, który jest wypadkową nie tylko historii tego regionu i zamieszkujących go ludzi, ale i ukształtowania terenu oraz klimatu przypominającego nieco śródziemnomorski w Europie, tyle że otulany często mgłą, której wilgotna „mleczność” sprawia, że wszystko, zwłaszcza na początku dnia, zanurza się tu w odrealnionej bladości, ustępującej stopniowo miejsca kolorom rzeczy rozświetlonych przez Słońce, które zaczyna królować na niebie zwykle gdzieś koło południa, uwidaczniając urodę miasta, Zatoki i okolicznych wzgórz.
Najlepiej jest zacząć dzień od zakotwiczenia się przy Fisherman’s Warf, nabrzeżu portowym, gdzie dziesiątki piersów dają świadectwo tego, jaką potęgą morską było (i nadal jest) San Francisco. Niestety, jest to również epicentrum turystyczne miasta, więc po krótkim pobycie tutaj, dobrze jest wybrać się na rejs po Zatoce, pozwalający na pierwsze bezpośrednie zetknięcie się z potęgą mostu Golden Gate rozpostartego nad wąską cieśniną łączącą Zatokę z Oceanem. Podczas rejsu zapoznajemy się też bliżej z Wyspą Pelikanów, gdzie zainstalowano słynne więzienie Alcatraz (niekiedy udaje się nam zejść tam na ląd i zaglądnąć do smutnych cel oraz wejść na nie mniej ponure dziedzińce – a stanowi to szalony kontrast z atmosferą panująca w mieście, oddalonego zaledwie o parę kilometrów stąd). Po pobycie na Fisherman’s Wharf wybieramy się na objazd całego San Francisco, wyszukując miejsca i punkty widokowe, z których najlepiej byłaby widoczna malownicza uroda tego miasta. Wśród nich są moje dwa ulubione: widok z Twin Peaks (zbieżność nazwy tego wzgórza z tytułem znanego serialu Davida Lyncha chyba przypadkowa), gdzie ze szczytu wysokiego pagórka, wyrastającego w samym środku miasta, doskonale widać jego panoramę – regularną, falującą wraz z pofałdowanym terenem, na którym wybudowano ciągnące się po horyzont osiedla złożone z budynków pomalowanych na jasne, pastelowe kolory. Drugim znakomitym miejscem skąd można zobaczyć całe San Francisco, z jego „oceaniczną” topografią miasta portowego, jest punkt widokowy po drugiej stronie cieśniny, na zboczu góry, która wznosi się nad mostem Golden Gate. Aby tam się dostać, trzeba oczywiście przejechać samym mostem, co jest dla wielu z nas ekscytującym i niezapomnianym przeżyciem, tym bardziej, że mostu Złotych Wrót można dosłownie „dotknąć”, przechadzając się po nim (i mając nadzieję, że akurat wtedy nie spotka się na nim żadnego samobójcy – bo niestety most „cieszy się” z tego powodu złą sławą). Lecz wspomniany punkt widokowy, (na który trzeba się wspiąć krętą drogą, bo położony jest on kilkaset metrów nad poziomem Oceanu) pozwala zapomnieć o całym złu i brzydocie, której niestety nasz świat nie jest pozbawiony. To, co można stamtąd zobaczyć, stanowi według mnie esencję amerykańskiej urody – harmonijne połączenie piękna naturalnie ukształtowanego terenu z urbanistyczną zabudową, która akurat tutaj tego piękna nie gwałci, ale komplementuje je i wzbogaca (w niewielu miejscach na świecie miałem takie poczucie zgodności – zwykle bowiem ubolewam nad faktem panoszenia się cywilizacyjnej sztuczności w autentycznym, naturalnym środowisku, czyli inwazji, która często bywa dla tego środowiska zabójcza). Niepozbawiona gracji – a przecież ciężka i olbrzymia – konstrukcja mostu (nie bez znaczenia jest tutaj styl art deco, w jakim zbudowano Golden Gate, jak również to, że pomalowano go na taki żywy i pogodny kolor, będący czymś w rodzaju połączenia barwy ceglastej z różową), kontrastująca z lazurowo-niebieską wodną taflą Zatoki i modrą migotliwością falującej powierzchni Oceanu, spinająca ze sobą żółto-brunatne zbocza wzgórz osadzonych po obu stronach cieśniny i stanowiąca pierwszy plan dla ogólnej panoramy miasta z widocznymi na horyzoncie wieżowcami dowtnown – to wszystko składa się na jeden z najpiękniejszych amerykańskich pejzaży łączących cywilizację z Naturą (sorry Wschodnie Wybrzeże).

Pamiątka z San Francisco – w tle: słynne kamieniczki “Victorian Ladies” i wieżowce downtown

Pamiątka z San Francisco – w tle: słynne wiktoriańskie domki “The Painted Ladies” i wieżowce downtown

.

Niekiedy, skoro już byliśmy po drugiej stronie mostu, decydowałem się na mały wypad do pobliskiego rezerwatu przyrody Muir Woods, bajecznego lasu, gdzie rosną piękne okazy redwood, (i w którym znajduje się ścięty pień olbrzymiej sekwoi, jaki zainspirował kiedyś Herberta do napisania jednego z wierszy Pana Cogito). A jeśli czas nagli, to wracamy do miasta, by przejechać się słynnym tramwajem po nie mniej słynnych stromych ulicach San Francisco, odwiedzić najbardziej krętą na świecie ulicę Lombard, zajrzeć do jednego z parków, pojawić się na Alamo Square (gdzie stoją pocztówkowe „Malowane Panie” – wiktoriańskie domki, rozsławione przez telewizyjny serial „Full House”); przejechać się ulicą Castro (tu kłania się Milk i centrum gejowskie Ameryki) lub w rejonie Ashbury Heights, gdzie pojawiły się pierwsze dzieci-kwiaty i skąd hippiesowska kontrkultura zawojowała później spory kawał świata, docierając także i do zgrzebnej wówczas peerelowskiej Polski; no a na kolację udać się do chińskiej dzielnicy – żółto-czerwono-złotego zgiełku i kolażu dźwięków, barw i zapachów Azji, która zadomowiła się na kontynencie Ameryki Północnej. Pełni wrażeń, późnym wieczorem wyjeżdżamy na nocleg poza miasto. Będąc na Moście Zatokowym, ostatni raz rzucamy okiem na rozświetlone milionami świateł San Francisco.

Wersja rozszerzona programu uwzględniała także wizytę w Napa Valley – zagłębiu winiarskim Ameryki. Gdzieś tak w latach 60-tych ubiegłego roku amerykańskie wina zaczęły się liczyć w świecie, konkurując z powodzeniem z produktami winnic włoskich, hiszpańskich czy francuskich. Nastąpił wówczas boom, i od tamtego czasu winnicom kalifornijskim (zwłaszcza tym, które położone są w Napa Valley, jak również w sąsiedniej Sonoma Valley) dzieje się dobrze – większość z nich to obecnie bogate posiadłości, mające swój charakter, choć przypominające niekiedy do złudzenia to, co można spotkać w Toskanii, Prowansji czy Andaluzji. Łagodny klimat, dużo słońca, odpowiednio nachylone stoki, dobra (bo niezbyt bogata) gleba – to wszystko przyczynia się się do sukcesu win z dolin Napa i Sonoma. Ale rzeczą równie ważną dla  tego rejonu jest to, że stał się on jedną z największych atrakcji Kalifornii – każdego roku przybywa tu około 5 milionów wizytorów. Niekiedy tę liczbę zasilaliśmy i my sami.
Winnic w Napa Valley jest około 400, wiele z nich można zwiedzić, przyjrzeć się z bliska procesowi produkcji wina, zajrzeć do piwnic, obejrzeć kadzie i beczki, gdzie płyn dojrzewa, wziąć udział w degustacji, która jest pewnego rodzaju ceremoniałem… Pamiętam wizytę w winnicy Roberta Mondaviego (to jest chyba największy winiarski kombinat produkcyjny w Dolinie), w posiadłości Francisa Forsa Coppoli, który jakiś czas temu zajął się na poważnie winogronami; także w winnicy Hessa, która jest o tyle ciekawa, że połączona jest z bogatą galerią sztuki współczesnej (posiada m.in. bogate zbiory dzieł Magdaleny Abakanowicz). W Dolinach Napa i Sonoma można spędzić parę tygodni (jest to bowiem raj nie tylko dla miłośników dobrego wina, ale i znakomitej kuchni), znajduje się tu także wiele ciekawych miejsc związanych z naturą (m.in. gejzery i gorące źródła) – no i nie bez znaczenia w tym wszystkim jest krajobrazowe piękno: łagodne wzgórza porośnięte regularnymi zagonami winnych latorośli, które najpiękniej wyglądają jesienią, czyli w porze, kiedy wszystkie winnice ożywają, mienią się kolorami, nie tylko zielono-żółto-czerwonymi liśćmi, ale i granatowymi lub seledynowymi kiśćmi nabrzmiałych sokiem gron.

W Dolinie Yosemite

W Dolinie Yosemite

Z Doliny Napa odbijało się na południowy wschód i wypatrywało na horyzoncie gór Sierra Nevada, które stanowią potężny granitowy szkielet odgraniczający płaską jak patelnia Dolinę Sacramento od pustynnego interioru. Nevada znaczy śnieg – i rzeczywiście już z daleko zaczynały nam majaczyć na wschodzie białe ośnieżone grzbiety wysokich na 4 km szczytów, wśród których kryła się gdzieś Yosemite Valley – najpiękniejsza polodowcowa dolina na świecie. Zwykle do parku Narodowego Yosemite zajeżdżaliśmy od strony południowej, gdzie – w miejscu zwanym Mariposa Grove – po raz pierwszy mogliśmy zetknąć się z innym gatunkiem sekwoi – gigantycznymi mamutowcami, które są nie tyle najwyższymi (bo najwyższe są sekwoje redwood), co największymi drzewami na świecie (jedno takie drzewko może ważyć ponad tysiąc ton!). Rozmiar tych drzew dosłownie powala z nóg – wydaje się wprost niewiarygodne, że roślinki o podobnych gabarytach mogą żyć na naszej planecie. Przy takim Grizzly Giant (tak się nazywa najbardziej znana sekwoja rosnąca w zagajniku Mariposa), człowiek czuje się niczym  mróweczka, która zadziera swą główkę do góry i nie może ogarnąć potęgi czegoś, co jest żywe jak ona, ale niepomiernie ją przerasta .
Aby dotrzeć do Doliny, trzeba długiej jazdy krętą górską drogą wśród urodziwych tu nad wyraz jodeł, świerków i sosen. Po paru godzinach czekał na nas widok wprost nieziemski, który wyłonił się natychmiast kiedy tylko wyjechaliśmy na światło dzienne z ciemnego tunelu: oto przed nami w całej swej okazałości ukazała się długa na 10 km. niecka o płaskim, porośniętym lasem dnie, otoczona zewsząd wysokimi na kilometr, niebiesko-szarymi, niemalże pionowymi granitowymi ścianami, których potęga i monumentalizm zapierał wszystkim dech w piersiach. Po lewej stronie widoczny był stromy El Capitan – najwyższy na świecie, odsłonięty blok granitowej skały; na wprost nas charakterystyczna sylwetka Pół-Kopuły (Half Dome), granitowej góry ściętej pionowo przez lodowiec niczym przez jakiś gigantyczny nóż; po prawej: wodospad Welon Panny Młodej (cóż, nazwa mało oryginalna, ale jednak adekwatna do wyglądu tej białej szerokiej strugi spadającej z wysokiej grani i rozpryskującej się w tęczowy wachlarz).
W Dolinie spędzaliśmy kilka godzin – za mało! za mało! – ech, jakże żal było ją opuszczać, tym bardziej że kusiło nas wiele szlaków – np. ten, który prowadził na skalną półkę, z której spadał w przepaść strumień, tworząc Wodospady Yosemite – najwyższe na kontynencie (739 m.) Lecz niestety z Doliną należało się pożegnać przed wieczorem, bo jeszcze tego samego dnia musieliśmy dotrzeć na drugą, wschodnią stronę gór. Na szczęście nie można było dostać się tam inaczej, jak pokonując Tioga Pass – a droga przez tę przełęcz pozwala jednak ogarnąć całą górską urodę Sierra Nevada – z jej łąkami, lasami, strumieniami, jeziorami, gołoborzami, rumowiskami skalnymi i granitowymi ścianami… Przy odrobinie szczęścia można było nawet spotkać baribala – czarnego niedźwiedzia (niestety, ostatni niedźwiedź grizzly ostał się w Kalifornii tylko na… stanowej fladze). Po spektakularnym i bez mała karkołomnym zjeździe z przełęczy, natrafialiśmy jeszcze na osobliwe (bardzo) słone i stare Jezioro Mono z jego księżycowym krajobrazem tufowych szpic, wież i ostańców – i ten widok zwykle był ostatnim widokiem tego dnia, bo było już po zmroku, kiedy Doliną Owensa jechaliśmy na nocleg, który zwykle czekał nas w Bishop.

Tego dnia mamy dotrzeć do szalonego Las Vegas, ale zanim to nastąpi, poznajemy kolejne niezwykłe miejsce na naszej trasie: cieszącą się złą sławą, lecz bez wątpienia ciekawą geologicznie, krajobrazowo i kolorystycznie Dolinę Śmierci. Jesteśmy już na terenach par excellence pustynnych – wilgoć nadciągająca znad Oceanu zatrzymała się na zboczach gór po drugiej, zachodniej stronie łańcucha Sierra Navada. Tutaj jest sucho i gorąco, ziemie pokrywa żwir, piasek kamienie i skąpa roślinność – na spieczonej bezlitosnym słońcem ziemi walczą o życie nieliczne zwierzaki, a także suche krzewy, kaktusy i emblemat pustyni Mohawe: drzewka Jozuego, których rozczapierzone „gałęzie” przypomniały Mormonom rozpiętego na krzyżu Jezusa (stąd nazwa „drzewek”, które tak naprawdę są jednym z rodzajów jukki). Póki co jesteśmy jeszcze w obrębie Doliny Owensa, w której jest sporo ciekawych miejsc: stanowisko najstarszych drzew na świecie, liczących około 5 tysięcy lat sosen długowiecznych (The Ancient Bristlecone Pine Forest w Górach Białych); pozostałości obozu – de facto – koncentracyjnego, jaki rząd amerykański stworzył dla swoich obywateli japońskiego pochodzenia w czasie II wojny światowej; Alabama Hills – niezwykle malownicze formacje skalne, wśród których nakręcono całe mnóstwo hollywoodzkich filmów, głównie westernów; Portal Whitney – leśne obozowisko-marzenie, doskonałe miejsce wypadowe do wyprawy na Mt. Whitney, najwyższą górę Stanów Zjednoczonych (nie licząc Alaski z jej bezkonkurencyjnym kolosem – Denali). Oczywiście na wszystkie atrakcje nie ma miejsca – wybieram więc te, o których sądzę, że spodobają się konkretnej grupie.
Zawsze jednak wjeżdżamy na teren Doliny Śmierci, która także ma status Parku Narodowego – i ja się wcale temu nie dziwię. To tutaj znajduje się najbardziej gorące i najniżej położone miejsce na Półkuli Zachodniej; to tutaj żyje wiele endemicznych gatunków roślin i zwierząt (czyli takich, które nie występują nigdzie indziej na naszej planecie); to tutaj jest wiele fascynujących zakątków, topograficznie i geologicznie osobliwych, których kształtom, rzeźbie i kolorom nie można się nadziwić. Dolina Śmierci leży na naszej drodze do Las Vegas – musimy przejechać jej dnem sto kilkadziesiąt kilometrów. Zatrzymując się wśród piaszczystych wydm i szaro-zółtych żwirowisk; wkraczając na Diabelskie Pole Golfowe; spacerując po rozległych, śnieżnobiałych salinach (dolina jest niczym innym jak dnem wyschniętego słonego morza); wypatrując ślimaków w zasolonej sadzawce Bad Water (nie na tyle jednak złej, by zabić te endemiczne stworzenia); podziwiając całe spektrum kolorów w geologicznym dziwie nazwanym bardzo adekwatnie Paletą Artysty; a nawet… szukając daktyli w zagajniku palmowym, rosnącym w zaskakującej w tym miejscu oazie… Furnace Creek (nazwa, trzeba przyznać, jak na oazę dość kuriozalna). Jakby tego było mało, tuż przed opuszczeniem Death Valley, zbaczamy lekko, by rzucić okiem na złote hałdy minerałów w Zabriskie Point (tak, tak… tutaj kłaniają się choćby Pink Floydzi i Antonioni). A jeśli grupa nie ma jeszcze dość – to wspinamy się na szczyt pobliskiej góry, gdzie czeka na nas widok dosłownie… dantejski (Dante’s View). Stąd, jak na dłoni, widać – drgające niczym miraż od gorącego powietrza, i białe od soli – dno rozległej Death Valley w całej okazałości. Obraz to jednak malowniczy i bardziej piękny, niż piekielny – co rozpamiętujemy w naszej drodze do stanu Nevada, aż do momentu, kiedy na kilkadziesiąt minut przed celem z autokarowych głośników, zaczyna się rozlegać ekscytujące „Viva Las Vegas” Presley’a.

Las Vegas - kolorowy zawrót głowy

 Kolorowy zawrót głowy – Las Vegas

Cóż, po kilkudziesięciu wizytach w Las Vegas moja ekscytacja nie jest aż tak wielka, jednak nie mogę się z tym zdradzić przed grupą i psuć jej zabawy – tym bardziej, że jednak dziwowisko to jak najbardziej warte jest zobaczenia na własne oczy – przynajmniej raz w życiu, choć i parę pobytów w Las Vegas nie byłoby jakimś większym przestępstwem. Opowiadam wszystkim jak to się stało, że na środku pustyni powstał jeden z najpopularniejszych i najbardziej znanych lunaparków świata, będący jednocześnie jaskinią hazardu, konsumpcyjnym pandemonium opilstwa i obżarstwa, królestwem hedonizmu, niezbyt zakamuflowanym burdelem…  źródłem upadku i bankructwa dla jednych, żyłą złota dla drugich… (Oczywiście nie używając – jak na razie – żadnego z tych pejoratywnych, negatywnie skonotowanych słów. Piszę „jak na razie”, bo później, w bardziej prywatnych rozmowach, wcale nie ukrywam swojej opinii o LV.) Ale teraz – bez przesady. Po co moralizująco przynudzać, skoro nadarza się okazja, by zafundować sobie jedną szaloną noc w Las Vegas, które zasypia – przynajmniej jeśli chodzi o kasyna – dopiero nad ranem? Już przejażdżka stripem, czyli Bulwarem Las Vegas, po którego obu stronach, na przestrzeni kilku kilometrów, wybudowano monstrualne hotele-kasyna (7 spośród 10 największych hoteli na świecie znajduje właśnie tutaj), daje wszystkim wyobrażenie czego można się będzie spodziewać po zapadnięciu zmroku, kiedy zabłysną miliony różnokolorowych neonów i świateł, a wszystko zacznie migotać w takt oszałamiającej muzyki, wabiąc i atakując zmysły ludzkiego tłumu, który niczym rzeka przelewa się po Las Vegas Boulevard. Nocą strip staje się miejscem odrealnionym: oto widzimy Wieżę Eiffla i miasteczko udające Paryż; tuż obok jest Wenecja – oczywiście z Pałacem Dożów, kanałami i gondolami; w dali mieni się złoty Mirage, a także Pałac Cezara, a za nimi: bajeczne zamczysko Excalibur; jest też Rio, Kosmiczna Wieża, Wyspa Skarbów, a nawet… krzykliwe gmaszysko o nazwie… nomen omen… Circus, Circus. Lecz jeśli ktoś myśli, że ten kicz jest tandetny, to jednak się myli. W całym tym rozpasaniu bezguścia, wszystko jest podane sprawnie, efektywnie, profesjonalnie i solidnie. Wszystko musi działać jak w zegarku (dawniej dbała o to głównie mafia, teraz pewnie też jest coś podobnego), gdyż inaczej cała ta machina rozrywki i konsumpcji mogłaby się zaciąć, zakrztusić i splajtować. Nie mogą do tego dopuścić ci, którzy wpakowali w to kuriozum miliardy dolarów.
Podczas pierwszych moich pobytów w Las Vegas, eksplorowałem to miasto z czystej ciekawości (myślę, że warto np. zobaczyć kilka tutejszych show – zwłaszcza zdumiewające przedstawienia Cirque du Soleil; dobre też bywają koncerty gwiazd muzyki popularnej), lecz później wykorzystywałem pobyt w Las Vegas po prostu do tego, by odpocząć. Kiedy więc moje kochane towarzystwo wycieczkowe wyruszało na całonocne balety (wcześnie poinstruowałem wszystkich jak się poruszać, co warto zobaczyć, gdzie i czego się spodziewać…) ja uderzałem „w kimono” i zwykle spałem jak zabity do późnego rana (mogłem sobie na to pozwolić, bo następnego dnia wyruszaliśmy w dalszą podróż dopiero w południe).

Zmieniamy stan. W tym dniu jest raczej spokojnie. Odsypianie nocnych szaleństw pozostawiło różne ślady na twarzach wycieczkowiczów. Niektórzy składają relacje z własnego hazardowania się, inni mówią co ciekawego zobaczyli podczas nocnej włóczęgi po rozświetlonym kolorowo i rozhukanym rozrywkowo mieście. W międzyczasie żegnamy się z Nevadą, a witamy Arizonę – pustynny, ogromny powierzchniowo stan, którego krajobrazowa monotonia jest pozorna, bo w każdym niemal zakątku tej „suchej strefy” (ari-zona) są miejsca godne uwagi. Lecz my, niestety, możemy być tylko w jego północnej części. A może jednak „stety”, ponieważ to właśnie na północy tego stanu znajduje się jeden z siedmiu cudów przyrody świata (wówczas jeszcze nie zdetronizowany). Mowa oczywiście o Wielkim Kanionie – najbardziej spektakularnej dziurze na Ziemi. Na zapoznanie się z Kanionem mamy cały następny dzień, zanim jednak dotrzemy na nocleg w okolice Flagstaff, przejeżdżamy przez Zaporę Hoovera, która swego czasu (lata  30-te ubiegłego wieku) była największą elektrownię i konstrukcję betonową na świecie (jeśli są chętni to zwiedzamy tamę, schodząc nawet do podziemi, gdzie znajdują się potężne generatory). Hoover Dam leży dokładnie na granicy stanów i ulokowana jest oczywiście na rzece Kolorado, w tzw. Czarnym Kanionie a otacza ją krajobraz iście księżycowy i dość ponury: skały przypominające jakieś ciemno-rude, brunatne hałdy żwiru i spalonego koksu. Więc kiedy jesteśmy już w Arizonie, to odczuwamy pewną ulgę – bo otaczający nas pejzaż (pustynia Mohave przechodząca tutaj w pustynię Sonora), stanowi jasny i słoneczny kontrast dla piekielnej aparycji otoczenia Zapory Hoovera.
Grand Canyon of Colorado River. Nareszcie! Legendarny i wyczekiwany – jeden z highlights całej naszej kontynentalnej trasy. Jesteśmy na krawędzi południowej. Stąd Kanion jest najlepiej widoczny. Droga biegnie wzdłuż krawędzi, co jakiś czas można się zatrzymać na punktach widokowych i zajrzeć w kolorową otchłań – a z każdego miejsca Kanion wygląda inaczej. Gdzieniegdzie można dostrzec wijącą się „stróżkę” rzeki Kolorado, maleńką z tej odległości, choć rzeka na dnie Kanionu jest przecież niewąska – w niektórych miejscach mając niemal sto metrów szerokości. Reakcja na pierwsze spotkanie z Kanionem uczestników wycieczki niezmiennie mnie ciekawiła – bo sporo mówiła, zarówno o kondycji psychicznej ludzi, jak i ich wrażliwości na naturalne piękno i osobliwość tego niezwykłego tworu geologicznego, jakim jest Wielki Kanion. Tak więc – był zachwyt, zdarzało się też i rozczarowanie; była próba ogarnięcia specyfiki miejsca, ale także niemożność percepcji samej wielkości rozpadliny; była radość z faktu dotarcia na to miejsce, ale bywała również mała melancholia spełnienia... Summa summarum, nasze zmysły na Kanion reagują różnie – nieprzyzwyczajone do ogarniania tak wielkich gabarytów w Naturze. Ja osobiście w Kanionie zakochałem się od pierwszego spojrzenia. Ważne było chyba to, że odbyło się to podczas pierwszej mojej prywatnej podróży na Zachód – nota bene w kwietniu, co nie jest bez znaczenia, bo wówczas jeszcze tłumów nie ma, jest za to śnieg i pogoda „w kratkę” (przeplatające się: słońce-chmury-mgła-błękitne niebo), co wydatnie przydaje urody temu miejscu. Lecz Kanion robi wrażenie o każdej porze roku. Kiedy więc zaglądaliśmy tam latem lub wczesną jesienią, radości też było zwykle co niemiara – wielu z nas nie mogło napaść oczy mieniącymi się barwami na zboczach Kanionu, regularnie odmierzanych poszczególnymi warstwami osadowymi, które dla geologa są niczym otwarta księga, pozwalająca zajrzeć wgłąb ziemi i zobaczyć to, co było tutaj przed setkami milionów lat.
Najczęściej czekaliśmy nad Kanionem do zachodu Słońca, ale kiedy dni były dłuższe, wyjeżdżaliśmy z Parku (bo Grand Canyon jest także parkiem narodowym) przed zmrokiem, by zobaczyć jeszcze ziemie Indian Navaho – ich rezerwat bowiem graniczy z rejonem Wielkiego Kanionu.
Indianie Ameryki Północnej – to kolejny temat-rzeka, którego nawet nie śmiem tutaj poruszyć. Przy innych okazjach można było jednak poznać Ziemię Navahów, i samych zamieszkujących ją tubylców, bliżej: ot, choćby zwiedzając niewiarygodnie malowniczą Dolinę Monumentów czy niesamowity Kanion Antylopy w okolicach Page; jednakże na omawianej tutaj trasie, grupa musiała się zadowolić opowieściami o Indianach i słownym opisem ich rezerwatu – a był na to czas, kiedy zmierzaliśmy tego dnia na nasz nocleg do Utah.

Bryce Canyon

Bryce Canyon

.

Bryce Canyon – kolejny park narodowy na naszej trasie. Jesteśmy w południowym Utah, cały czas na Płaskowyżu Kolorado, gdzie dzieją się tak ciekawe – geologicznie i krajobrazowo – rzeczy, iż tylko w tym rejonie utworzono aż pięć parków narodowych, z których każdy jest inny, mimo że znajdują się one stosunkowo blisko siebie. Oficjalnie, program wycieczki – z uwagi na ograniczony czas – obejmuje wizytę tylko w jednym z tych parków, czyli właśnie w Bryce Canyon, choć niekiedy udaje się nam także zajrzeć do położonego obok, pięknego i monumentalnego Zion. Kanion Bryce’a jest nie mniej spektakularny, niż Zion, choć bardziej, rzec można, „zwiewny”, wręcz koronkowy. Powstał bowiem w innym czasie, wyrzeźbiony (przez wiatr i wodę) w innych skałach osadowych, dzięki czemu jego wapienne kolumny w kolorze „łososiowym” różnią się znacznie od masywnych ciemno-brunatnych ścian piaskowców oraz żółto-czerwonych skamieniałych wydm jakie spotyka się w Zion. Zerodowana krawędź płaskowyżu w Bryce (mylnie nazwana „kanionem) przybrała kształt biało-różowych skalnych ostańców, tworzących przedziwne, a przy tym niezwykle malownicze amfiteatry, których na terenie parku znajduje się kilka. Schodzi się na ich dno wyznaczonymi szlakami, i dopiero z bliska można zobaczyć ich niezwykłość: to, co z oddali wydaje się być naturalną „koronką”, w rzeczywistości okazuje się być zbiorowiskiem potężnych skalnych monumentów, wśród których znajdują się szczeliny, gdzie rosną pachnące wanilią (!) sosny. Na szlaku jest sucho i gorąco, im schodzi się niżej, tym barwa biało- różowo-ceglasta wapieni staje się bardziej jaskrawa, wręcz oślepiająca – a wszystko to daje efekt baśniowego odrealnienia, oszałamiającego chyba bardziej niż neonowe ekstrawagancje Las Vegas.
Utah to nie tylko stan geologicznych dziwów, ale i Mormonów – ciekawego ludu, niby to amerykańskiego, ale jednak tworzącego odrębną społeczność, rządzącą się swoimi specyficznymi wierzeniami, prawami i obyczajami, z których poligamia jest równie zadziwiająca, jak biznesowy spryt, jaki uczynił z nich jedną z najbogatszych warstw klasowych w Ameryce.
Mormonów poznajemy oczywiście w ich stolicy Salt Lake City, mieście wybudowanym pod górami, na pustyni, nad Słonym Jeziorem w połowie XIX wieku przez pierwszych mormońskich osadników z ich prorokiem i liderem Brighamem Youngiem na czele. Rozległym traktem (ulice w SLC są niezwykle szerokie, bowiem projektowane były tak, aby można było zawrócić na nich konnym zaprzęgiem) dojeżdżamy do Placu Świątynnego (Temple Square), epicentrum religijnego Mormonów, gdzie jakimś cudem, jeszcze w połowie XIX stulecia, udało się tym wycieńczonym drogą na Zachód pionierom wybudować świątynię, która wielkością, rozmachem i architektoniczną zgrabnością zadziwia wszystkich do dzisiaj. Do środka świątyni oczywiście mamy, jako profani, wstęp wzbroniony, ale cała jej gloria widoczna jest z zewnątrz. Zamiast tego możemy wejść do Tabernakulum, siedziby słynnego mormońskiego chóru, którego próbę lub występ (ach, to anielskie brzmienie!) możemy przy odrobinie szczęścia niekiedy usłyszeć. W innej budowli zaś przemawia do nas Chrystus – pod kilkumetrowym białym posągiem (wzorowanym na rzeźbie Duńczyka Thorvaldsena), wysłuchujemy (w języku polskim!) Chrystusa Króla dającego nam napomnienia i przypominającego, że to On właśnie jest Stworzycielem Nieba i Ziemi. Po Placu Świątynnym oprowadzają nas młodzi mormońscy misjonarze – eteryczni, delikatni i grzeczni, lekko nawiedzeni (wszak taka ich rola) a jednak sympatyczni – zwłaszcza wstydliwe siostrzyczki, żyjące jakby w innym świecie… Ta atmosfera i nam się trochę udziela, więc kiedy już – opuściwszy Plac Świątynny i miasto – jedziemy na północ w kierunku Idaho, w autokarze jest cicho i spokojnie, jakby każdego musnęło skrzydło anioła Moroniego, którego złoty, dmący w trąbę, posąg zobaczyliśmy na jednej ze strzelistych wież mormońskiej świątyni.

W Idaho, czyli w stanie ziemniaka, pierwszej elektrowni atomowej, wulkanicznych Księżycowych Kraterów… i Doliny Słońca, gdzie w miasteczku Ketchum zakończył swój żywot Hemingway strzelając sobie z dubeltówki w usta. Pierwszy postój nad cudnym przełomem „Rzeki bez Powrotu” (czyli wijącej się jak nomen omen wąż Snake River) daje nam przedsmak tego, co czeka nas przez następne kilka dni – przeżywanie spektakularnych scenerii Gór Skalistych, obcowanie z dzika przyrodą, oddychanie krystalicznie czystym powietrzem i zażywanie ruchu na licznych górskich szlakach.

Przełomy rzeki Snake, w tle - górskie pasmo Teton (fot. Ansel Adams)

Przełomy rzeki Snake, w tle – górskie pasmo Teton (fot. Ansel Adams)

Na dłużej zatrzymujemy się dopiero w Wyoming, w Jackson Hole – otoczonej górami płaskiej kotlinie – a konkretnie w schronisku położonym w Teton Village,  robiąc stamtąd wypady do miasteczka Jackson oraz Parku Narodowego Grand Teton. Jackson to miejsce stylizowane na Dziki Zachód. Autentyzm został tu wyparty przez turystyczny przemysł – ma to wszak swój urok, bo brak w tym tandety, jednak aby poczuć jakim naprawdę wspaniałym miejscem jest Jackson Hole, trzeba wyjechać poza miasto, w sam środek kotliny, rozejrzeć się wokół, no i paść na kolana przed jedną z najpiękniejszych panoram górskich Ameryki – widokiem pasma Teton, którego granitowe, szaropopielate granie i ośnieżone niebotyczne szczyty stanowią niesamowity kontrast z zielono-niebieskim kobiercem płaskiego dna kotliny, przeciętego meandrami Rzeki Wężowej, z jej brzegami porośniętymi topolami i dzikimi wierzbami. (Nic dziwnego, że było to jedno z najbardziej ulubionych miejsc Ansela Adamsa, najsłynniejszego amerykańskiego fotografa Natury.) Czasem robimy sobie spływ pontonami po rzece (wypatrując przy tym łosi i orłów, które mają nawet wśród tubylców swoje własne imiona); najczęściej jednak płyniemy łódką po Jenny Lake do miejsca, skąd wybieramy się na górski szlak do Hidden Falls, na punkt widokowy Inspiration Point i dalej – zapuszczając się w kotlinę leżącą u stóp wielkiej góry, jaką jest bez wątpienia Grand Teton (4197 m. n.p.m.) Późnym popołudniem wracamy do Teton Village. Po drodze często spotykamy pasące się jelenie mulaki i łanie wapiti, brodzące w wodzie i zajadające się wierzbowymi listkami łosie, na nawet – najczęściej w lasku osikowym, nieopodal rancza Harrisona Forda – czarne niedźwiedzie, które rzadko kiedy zwracają na nas jakąkolwiek uwagę, wspinając się na drzewka i przychylając zielone gałązki swoim małym. Dzień kończy wspólne, zwykle mocno zakrapiane ognisko-grill pod schroniskiem – konsumpcja steków, kiełbas, pieczonych ziemniaków i warzyw. (Jesteśmy zbyt daleko lasu, by zapach pieczonego, ociekającego krwią i tłuszczem mięsa, drażnił nozdrza mieszkających tam naszych dzikich braci mniejszych, choć widzimy jak nasi sąsiedzi – bracia już nam równi – toczą ukradkiem ślinkę.)

Dwa następne dni to szczególna uczta dla oczu, bo jesteśmy w Yellowstone – kolejnym, „kanonicznym” jeśli chodzi o ochronę „dzikiej” przyrody, obszarze wyjętym spod radykalnego wpływu współczesnej cywilizacji. Grand Teton i Yellowstone to dwa parki narodowe, które sąsiadują ze sobą, więc nasza droga ze schroniska w Jackson Hole do granicy z Yellowstone nie jest długa. I tym bardziej się ona nie dłuży, że zewsząd towarzyszą nam nader ciekawe scenerie: wspinamy się bowiem na olbrzymią wyżynę wypiętrzoną przez starożytne mega-wulkany w obrębie Gór Skalistych – nota bene wulkany, które drzemią tylko, gotowe wybuchnąć w super potężnej eksplozji, jaka niewątpliwie spowodowałaby katastrofę ekologiczną (a i cywilizacyjną, jeśli chodzi o ludzi) w skali całego ziemskiego globu. Póki co jednak, nad tymi groźnymi potworami kwitnie i rozwija się bujne życie (jest tak od ostatniego zlodowacenia, jakie miało tutaj miejsce przed dziesięcioma tysiącami lat – tak więc flora i fauna Yellowstone jest stosunkowo młoda), a ich podziemna bliskość sprawia, że na powierzchni dają się zauważyć fascynujące rzeczy i zjawiska, budzące nie tyle strach czy grozę, co wpędzające nas w stan permanentnego zadziwienia. A są to nie tylko tzw. twory termalne (gorące źródła, gejzery, fumarole… (nie sposób nie wspomnieć w tym miejscu o tym, że więcej niż połowa tego rodzaju tworów będących na świecie, znajduje się właśnie tutaj, w Yellowstone); dalej: niezrównane scenerie (w rodzaju Kanionu i Wodospadów Yellowstone), czy wreszcie obfitość dzikiej zwierzyny: całe stada bizonów, jeleni wapiti, antylop, owiec gruborogich… o niedźwiedziach (zarówno czarnych, jak i grizzly) nie wspominając. Nic dziwnego, że ktoś kiedyś pokusił się nazwać Yellowstone amerykańskim Serengeti. Naturalnie o Yellowstone można by pisać i opowiadać bez końca. Zwykle więc pilnowałem się, by nie zarzucić mojej grupy lawiną informacji, a zamiast tego pokazać wszystkim to, co w Yellowstone najlepsze – a co z powodzeniem „napaść” mogło ich złaknione przyrodniczych cudów oczy. Koniecznie więc: Dolny Wodospad na rzece Yellowstone, malowniczo dopełniony bajecznie kolorowym kanionem; wielkie niczym morze Jezioro Yellowstone, nad którym aura często wyczynia dramatyczne spektakle; gejzer Old Faithfull, który z godną podziwu regularnością tryska na kilkadziesiąt metrów do góry białą fontanną gorącej pary wodnej i wody (zazwyczaj w parku widzimy jeszcze kilka erupcji innych gejzerów); fantastyczne tarasy trawertynowe w Mammoth Hot Springs; niewiarygodnie kolorowe sadzawki gorących źródeł, jak choćby Morning Glory Pool… etc. Niezapomniane są też bliskie (niekiedy zbyt bliskie) spotkania z yellowstońską zwierzyną: imponuje zwłaszcza widok wielotysięcznych stad bizonów pasących się w rozległych zielonych dolinach. Wielkie wrażenie robią też nie mniej liczne stada wapiti, które w Mammoth Hot Springs podchodzą tak blisko zabudowań, że trzeba im schodzić (ewentualnie zjeżdżać) z drogi (to samo zresztą odnosi się do bizonów). Jednakże największym przeżyciem jest spotkanie z najgroźniejszą bestią jaka w Yellowstone żyje – niedźwiedziem grizzly.
W parku można byłoby się zatrzymać co najmniej na tydzień (sam spędziłem w nim w sumie kilka miesięcy swojego życia i nigdy – zwłaszcza podczas prywatnych „niesłużbowych” pobytów – nie miałem tego miejsca dość), jednak parę dni wystarczy, by docenić niezwykłość tego najstarszego i najsłynniejszego parku narodowego na świecie.

Wspomnienie szalonych czasów: z jedną z gru w Parku Narodowym Yellowstone

Wspomnienie szalonych czasów: z jedną z moich grup w Parku Narodowym Yellowstone

.

W zależności od pogody, wyjeżdżając z Yellowstone, wybieraliśmy drogę biegnącą przez Wyoming (wtedy musieliśmy „przebić się” przez pasmo niewyobrażalnie starych gór Big Horn z ich niepowtarzalną rzeźbą terenu) lub przez Montanę – stan nie tylko (jak sama nazwa wskazuje) górzysty, ale i obdarzony „wielkim niebem”: Big Sky State to z kolei przydomek Montany. Następnym punktem naszego programu była obowiązkowo Diabelska Wieża – wysoka na niemal 400 m. skała przypominająca gigantyczny pień ściętego drzewa, będąca niczym innym jak pozostałością po wulkanicznej intruzji odsłoniętej z czasem wskutek erozji otaczającego ją terenu. Ta jedna z największych osobliwości geologicznych amerykańskiego Zachodu (nota bene pierwszy w Stanach Zjednoczonych „Narodowy Pomnik” przyrody, ustanowiony w 2906 r. przez prezydenta T. Roosevelta) zadziwia każdego roku setki tysięcy przybyszów z całego świata, ciesząc się jeszcze większą popularnością po tym, jak Steven Spielberg postanowił, że „wystąpi” ona w jego filmie „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, który okazał się wielkim międzynarodowym „hitem”.
Devil’s Tower widoczna jest już z odległości kilkunastu kilometrów (stosunkowo łatwo można ją dostrzec na tym lekko pofałdowanym terenie będącym klasyczną prerią), ale największe wrażenie robi swoim ogromem z bliska, kiedy możemy dotknąć jej twardych jak stal bazaltowych kolumn, i spojrzeć w górę, gdzie często można wypatrzeć śmiałków wspinających się na jej płaski wierzchołek. Wulkaniczną Wieżę otacza sosnowy las, u jej nasady utworzyły się skalne rumowiska potężnych głazów, a nieopodal znajdują się kolonie piesków preriowych, które wbrew nazwie są gryzoniami, tyle że bardzo płochymi i ostrzegającymi się charakterystycznym piskliwym szczekaniem.

Na czarnych Wzgórzach - pod głowami prezydentów z granitu

Na Czarnych Wzgórzach – pod granitowymi głowami prezydentów (Mt. Rushmore)

Jesteśmy jeszcze w Wyoming, lecz stąd już niedaleko do Czarnych Wzgórz, które leżą w Dakocie Południowej. Black Hills przypominają otoczoną morzem prerii górzystą wyspę porośniętą lasem, który wydaje się być bardzo ciemny (niemal czarny), jeśli patrzymy nań z daleka (stąd właśnie wzięła się nazwa tych wzgórz). Mimo, że z rejonu tego utworzono coś w rodzaju olbrzymiego parku rozrywki, jest tutaj wiele miejsc wartych zobaczenia, a naturalne piękno tej ziemi zdołało się jakoś oprzeć dewastacji przez zaborczy – i kiczowaty pod wieloma względami – przemysł turystyczny. Teren Czarnych Wzgórz jest dość rozległy więc stosunkowo łatwo jest uciec tu od tłumów – i jeśli tylko natura pociąga nas bardziej od turystycznego lunaparku, można zawitać do Parku Narodowego Jaskini Wiatrów gdzie czeka na nas nie tylko ciekawa jaskinia, ale położone nad nią tereny nieskażonej dzikiej przyrody – podobnie jak w w Parku Stanowym im. Custera, gdzie w bród jest zwierzyny, z owcami górskimi, jeleniami i bizonami na czele. Lecz będąc tutaj nie można jednak oprzeć się pokusie zobaczenia słynnej Mt. Rushmore, na której granitowym zboczu wyrzeźbiono głowy czterech prominentnych amerykańskich prezydentów, jak również, położonego nieopodal, konkurencyjnego niejako dla Mt. Rushmore miejsca zwanego Crazy Horse Memorial, gdzie nasz rodak Korczak Ziółkowski zapoczątkował tworzenie czegoś, co ma być największą rzeźbą na świecie – wykuty w górze pomnik wodza Indian Szalonego Konia. Jednakże, podczas gdy prezydenckie głowy budzić mogą mieszane uczucia (niemalże szowinistyczna ingerencja w pejzaż Czarnych Wzgórz, turystyczny moloch gwałcący piękno Natury), to rzeźba szalonego Konia imponuje nie tylko artystycznym rozmachem, ale i przesłaniem, które oddaje hołd pierwotnym mieszkańcom tej ziemi, wypartym przez osadników i przepędzonych przez ekspedycję Custera po tym, kiedy znaleziono tu złoto – za co Indianie wzięli okrutny odwet w słynnej bitwie nad rzeką Little Big Horn.
Na Czarnych Wzgórzach zostawaliśmy na noc, zatrzymując się w jednym ze starych historycznych hoteli Deadwood, będącym klasycznym miasteczkiem Dzikiego Zachodu, rozsławionym nie tylko przez gorączkę złota, która tę górska osadę powołała do życia, ale i przez legendarnych zabijaków w rodzaju Dzikiego Billa Hickoka czy Calamity Jane. Ci bardziej zażywni z nas do późna w nocy mogli więc testować trunki w jednym z tutejszych saloonów – dokładnie takim, jakie znaliśmy z jakże popularnych ongiś (zwłaszcza wśród starszych pokoleń) westernów – ewentualnie paść w szalonych tańcach na saloonową, zaśmieconą i zbrukaną podłogę z trzeszczących, wysuszonych desek.

W dalszej drodze na wschód, zanim dotarliśmy w okolice Wielkich Jezior, oprócz kilkunastogodzinnej jazdy przez farmy, pastwiska i pola uprawne Dakoty Południowej, Minnesoty i Wisconsin, (które zaledwie przed stu kilkudziesięcioma laty były bezkresnym obszarem prerii dziewiczych jeszcze wówczas Wielkich Równin) czekała nas wizyta w Badlands, czyli na „złych” ziemiach, które wszak złe były tylko dla pierwszych pionierów, bo nie mieli oni żadnego pożytku z tej jałowej, pustynnej i gliniastej gleby, stanowiąc tylko trudną do przebycia przeszkodę w ich dalszej wędrówce na Zachód. Teraz jednak na Badlands patrzymy inaczej, zadziwieni ich księżycowym krajobrazem, rzeźbą i barwami przypominającymi jakieś kolorowe przekładańce z ciasta lub piaskowe babki. Po wyjeździe z Badlands krajobraz staje się monotonny jak niekończące się pastwiska dla bydła i kukurydziane pole, ciekawie zaczyna się dopiero wtedy, kiedy zbliżamy się do dolin „królowych” amerykańskich rzek, jakimi niewątpliwie są Missisipi i Missouri. W Wisconsin zaś robi się już bardzo zielono, jednakże oraz większa ilość zabudowań wskazuje na to, że zbliżamy się do północnych krańców stanu Illinois – rejonu mocno „ucywilizowanego” i zurbanizowanego. Wreszcie nocą docieramy do Wietrznego Miasta.

Tego dnia jestem w domu – odpoczynek od wszystkiego i wszystkich, doprowadzenie się do porządku, zajęcie się własnymi sprawami, nabranie oddechu przed dalszą drogą… Chicago zaś pokazuje wycieczkowiczom jeden z moich kolegów i znajomych, także parających się przewodnictwem: Andrzej Kulka, Zbyszek Banaś lub Jurek Skwarek. Tak więc grupa ma okazję poznać nie tylko Wietrzne Miasto, ale i ciekawych ludzi (AK to znany wśród Polonii autor przewodników, bardzo doświadczony pilot, prowadzący wyprawy do najdalszych zakątków globu; ZB – oprócz tego, że zajmuje się turystycznym przewodnictwem, to jest także jednym z najlepszych polsko-amerykańskich krytyków filmowych; JS to pasjonat i nestor globtroterstwa i włóczęg po całym świecie.) Na zwiedzanie Chicago przeznaczony jest cały dzień. To dużo i mało jednocześnie. Mało, po poznajemy miasto tylko powierzchownie; dużo, bo można zobaczyć urbanistyczną esencję miasta nad Jeziorem Michigan: downtown, czyli śródmieście z jego drapaczami chmur, wprawdzie nie tak licznymi, jak na Manhattanie, ale nie mniej znanymi i imponującymi, wśród których wyróżniają się wieżowce John Hancock Center oraz Sears Tower (w programie jest wyjazd na teraz widokowy jednego z nich, skąd widać imponującą panoramę metropolii i wielkiego jak morze Jeziora Michigan). Jest również przechadzka po tzw. Magnificent Mile (Wspaniałej Mili) – czyli po paru kilometrowej promenadzie biegnącej wzdłuż Michigan Avenue: to tam, gdzie Chicago jest najbardziej „wystawne”, pełne drogich sklepów, bogactwa i światowego szyku. Spaceruje się też po parkach leżących nad Jeziorem, wzdłuż Columbus Drive, obok wielkiej i ozdobnej Fontanny Buckingham, Planetarium Adlera, Akwarium Shedda i Muzeum Historii Naturalnej i Ziemi. Przy tej okoazji, bez przesady można stwierdzić, że Chicago posiada najładniejsze downtown z wszystkich amerykańskich miast – jest więc co pokazywać. Niekiedy, zwłaszcza gdy pogoda nie sprzyja, zagląda się do Chicagowskiego Instytutu Sztuki, gdzie zgromadzono przebogatą kolekcję sztuki z całego świata, w tym wspaniałą galerię malarstwa.
Wypada też zajrzeć na słynne Jackowo, które stanowi centrum chicagowskiej Polonii. Wprawdzie pod względem architektonicznym to żadna atrakcja – i raczej nie ma się czym w tej dzielnicy chwalić – to kolacja w jednej z polskich restauracji pozwala wszystkim przypomnieć sobie swojskie smaki i zapachy, których być może niektórym już zaczynało podczas ostatnich paru tygodni testowania amerykańskiej gastronomii, brakować.

Chicago – Niagara: to najdłuższy, liczący bez mała 1000 km. przejazd na naszej trasie. Wyruszamy więc o wyjątkowo nieprzyzwoitej porze (5-ta nad ranem!), jedziemy przez Indianę, Ohio, przez kawałek Pensylwanii, wjeżdżamy do stanu Nowy Jork i około 3-ej po południu jesteśmy w okolicach wodospadu, a unoszącą się nad nim mgłę z rozpryskanej wody widzimy już z odległości kilkunastu kilometrów. Do tej pory widoki za autokarowym oknem były nieszczególne – typowa nudna zabudowa amerykańskiej prowincji – tym bardziej teraz wszyscy czują podniecenie, bo oto za chwilę objawi się przed naszymi oczami kolejny przyrodniczy „cud” świata: wodospad Niagara! Lecz nie jest tak łatwo dostrzec jego potęgę – będąc na krawędzi, widzimy tylko wodę znikającą gdzieś w niewidocznej dla nas czeluści; dopiero wyprawa małym stateczkiem w pobliże spadających mas wody, daje nam wyobrażenie, czym tak naprawdę jest ten wodospad – nieujarzmioną siłą i grzmiącym kolosem, przy którym człowiek może się poczuć jak Calineczka w łupinie orzecha, wydana na pastwę nieposkromionego żywiołu. Pływając po rzece jesteśmy właściwie na samej granicy z Kanadą. W duchu żałuję trochę, że wodospadu nie możemy zobaczyć z kanadyjskiej strony – bo dopiero stamtąd dobrze są widoczne te jego niespotykane nigdzie indziej na świecie wymiary.

Tęcza nad Niagarą - widok wodospadu od strony kanadyjskiej

Tęcza nad Niagarą – widok wodospadu od strony kanadyjskiej

.

Kiedy tak jechaliśmy w poprzek całego kontynentu, niemal cały czas towarzyszyła nam amerykańska przyroda. Natura dominowała w programie wycieczki, z wyjątkiem kilku początkowych dni w Kalifornii, pobytu w neonowym Las Vegas i nad Jeziorem Michigan w Chicago. Zbliżaliśmy się jednak do Wschodniego Wybrzeża i całą eskapadę przyszło kończyć mocnym akcentem cywilizacyjnym, bo wielkie metropolie rozłożone nad Atlantykiem to ta Ameryka zurbanizowana, zabudowana, zindustrializowana – z finansowym centrum świata na Manhattanie, początkiem swojej historii w Filadelfii i stolicą w Waszyngtonie, będącym siedzibą władz amerykańskiego imperium. Zanim jednak dotarliśmy do największego na świecie Megalopolis (warto przypomnieć, że w miastach – de facto połączonych ze sobą terenami zabudowanymi – począwszy od Waszyngtonu aż po Boston, mieszka blisko 50 mln. ludzi), naturalne piękno amerykańskiej przyrody pokazywało się nam jeszcze raz w całej swojej krasie, kiedy docieraliśmy do Apallachów. I zwłaszcza jesienią, kiedy eksplozja kolorów zamienia lasy liściaste porastające zbocza tych gór w niewiarygodnie barwny kobierzec, nie można było oderwać wzroku od tych fantastycznych widoków. Wprawdzie nie było w nich już takiego dramatyzmu, jaki pamiętaliśmy z pobytów w Sierra Nevada i w Rocky Mountains (Appallachy są górami bardzo starymi – przez ostatnie kilkaset milionów lat zerodowały tutaj warstwy skał osadowych grube na kilka kilometrów) ale pejzaż działał na nas równie silnie, tyle że już w innej nieco zmysłowej tonacji.

Żegnaj Naturo, witaj Cywilizacjo – zbliżamy się do wschodniego krańca kontynentu.  Kiedy ponad 200 lat temu szukano miejsca pod stolicę młodego państwa, Północ i Południe poszły na kompromis i wybrano ziemię na Potomakiem, w centralnej części atlantyckiego wybrzeża, nota bene w pobliżu posiadłości Jerzego Waszyngtona pod Mount Vernon. Na przełomie XVIII i XIX wieku zaczęto budować Dom Kongresu i Dom Prezydenta oraz The Mall według planu francuskiego oficera i architekta L’Enfanta, który kreśląc go miał w głowie paryskie Pola Elizejskie. Jednakże przez kilkadziesiąt lat w Waszyngtonie (bo oczywiście o tym mieście tu mowa) wszystko to taplało się w błocie, otoczone było przez bagna i dopiero po osuszeniu gruntu pod koniec XIX stulecia National Mall nabierał stopniowo aparycji takiej, jaka jest widoczna dzisiaj. I trzeba przyznać, że jest to widok robiący wielkie wrażenie, zwłaszcza kiedy stoimy na tarasach Kapitolu i ze wzrokiem skierowanym na wschód, ogarniamy szeroki na pół kilometra i długi na trzy kilometry pas zieleni, alej, stawów i wielkich neoklasycznych budowli, w których znajdują się muzea i siedziby ministerstw. W centrum National Mall wznosi się strzelisty, wzorowany na egipskich obeliskach, Pomnik Waszyngtona (swego czasu najwyższa budowla na świecie – 170 m. wysokości), zaś na jego przeciwległym końcu widać Mauzoleum Lincolna (z nadludzko wielkim kamiennym prezydentem w środku). Kierując wzrok na prawo i biegnąc nim wzdłuż rozchodzącej się promieniście od Kapitolu Alei Pensylwańskiej. natrafiamy w końcu na Biały Dom, do którego czasami udaje się nam później wejść. Podobnie zdarzały się nam także wizyty w sali, gdzie obradował amerykański Senat, jak i w Izbie Reprezentantów – ale to było w czasach, kiedy jeszcze kongresmeni cieszyli się jako-takim uznaniem Amerykanów. Zawsze też starałem się zabrać wszystkich na drugi brzeg Potomaku, gdzie znajduje się rozległy, wypełniony setkami tysięcy białych, ustawionych równiutko w rzędach krzyży, znaczących groby amerykańskich żołnierzy, którzy ginęli w tych wszystkich beznadziejnych – bardziej niesprawiedliwych i bezsensownych, niż uprawnionych i mających jakiś sens – wojnach toczonych na obcych kontynentach.
Kontynuację wątków patriotycznych i historycznych mieliśmy w położonej zaledwie o godzinę jazdy od Dystryktu Kolumbii Filadelfii – „Mieście Braterskiej Miłości”, pierwszej stolicy Stanów Zjednoczonych, gdzie nabierały formy i znaczenia pierwsze amerykańskie instytucje państwowe i gdzie w 1776 roku ogłoszono Deklarację Niepodległości. Filadelfia to właściwie jedyne miasto w USA posiadające „starówkę” – kilka przecznic kolonialnej zabudowy, z charakterystycznymi, kanciastymi domkami z czerwonej cegły. Po waszyngtońskiej megalomanii, kameralność starej Filadelfii uspokajała, spacer wśród urokliwych kamieniczek relaksował na tyle, że można było jeszcze wstąpić do jednej z nich i zobaczyć mieszkanie, w którym mieszkał po amerykańskiej rewolucji Tadeusz Kościuszko (jak również Julian Ursyn Niemcewicz). Nie można było też zapomnieć o tym, że Filadelfia to także miasto Benjamina Franklina – bodajże największego amerykańskiego „człowieka renesansu” i odwiedzić kilka miejsc związanych z tym wybitnym pisarzem, politykiem, filozofem i uczonym; no i oczywiście… Rocky’ego Balboa.

Początkowo program wycieczki obejmował także wizytę (i nocleg) w Atlantic City lecz po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że nie warto tracić czasu i sił na to miasto rozpasanego kiczu, niewybrednej rozrywki i hazardu – tym bardziej, że mieliśmy już za sobą doświadczenie Las Vegas, kasynowej stolicy świata par excellence. O tyle jednak dobrze było się tam zjawić, bo stwarzało to możliwość bezpośredniego zetknięcia się z Atlantykiem, co było swoistym dopełnieniem pielgrzymki od jednego wybrzeża do drugiego – z rytualnym niemal zanurzeniem stóp i rąk w obu oceanach.
A siłą, kondycją i chęciami należało jeszcze dysponować, bo czekał nas jeszcze przecież wielki finał w miejscu, które dla całego świata stanowi esencję Ameryki. Mowa oczywiście o Wielkim Jabłku, Gotham City, mieście, które nigdy nie śpi… czyli o Nowym Jorku. W naszym parudniowym pobycie w New York City skupialiśmy się naturalnie na Manhattanie, bez wątpienia najciekawszym okręgiem spośród pięciu nowojorskich borough. Nieprzypadkowo Manhattan należy do najtłumniej odwiedzanych miejsc turystycznych na świecie (ponad 50 mln. przybyszów  rocznie; dla porównania: Paryż odwiedza o połowę ludzi mniej). Dwa dni na zwiedzenie Nowego Jorku (czasami nasz pobyt tutaj był o jeden dzień dłuższy) to nie za wiele, niemniej jednak wystarczało czasu, by uświadomić sobie jego ogrom i poczuć charakter. I znowu: o mieście tym można by tu całą księgę spisać, wspomnę więc tylko o „żelaznych” punktach programu naszej wizyty. A więc, obowiązkowo: rejs na Liberty Island i bliskie spotkanie ze Statuą Wolności; przechadzka (niekiedy przejażdżka rowerem) po Parku Centralnym, wizyta na Wall Street, na Broadway’u i Piątej Alei, niekiedy na brooklińskim polskim Greenpoincie, w Chinatown lub w Little Italy; opłynięcie Wyspy Manhattan rzekami Wschodnią i Hudson; dla chętnych (do wyboru): wizyta w Metropolitan Museum, American Museum of Natural History lub Museum of Modern Art… Wreszcie panorama Nowego Jorku widziana z najwyższego wieżowca World Trade Center (wtedy jeszcze Twin Towers stały, oferując niezapomniany widok na spory kawał metropolii w promieniu kilkudziesięciu kilometrów) lub z najsłynniejszej budowli miasta, będącej, rzec można, jego symbolem: Empire State Building). Tak więc, w NYC spadała na nas cała masa wrażeń – Manhattan w dzień, Manhattan nocą (to jakby dwa zupełnie inne miasta), betonowo-aluminiowo-szklana dżungla z lasem wieżowców i kanionami gęstej, miejskiej zabudowy, wypełnionymi rzeką samochodów i tłumami ludzi – oszołomienie, które nie pozwalało na chwilę odpoczynku i jakieś racjonalne odniesienie się do zjawiska, które dla większości z nas było nieporównywalne z czymkolwiek, co widzieliśmy do tej pory na świecie. Dość wspomnieć, że nasza szalona wielotygodniowa eskapada kończyła się mocnym akcentem: nocą spędzoną na Broadway’u – wpierw obejrzeniem jednego z tutejszych musicali, a później (dla silnych i wytrwałych) wypadem do któregoś z wielu nocnych klubów jazzowych (ot, choćby go Blue Note czy też Birdland).
I tak oto, następnego dnia – w lepszej lub gorszej kondycji, ale jednak zawsze szczęśliwie – docieraliśmy na lotnisko Kennedy’ego,  gdzie żegnaliśmy naszych przyjaciół z Polski (goodbye kisses), po czym, sami już i bez większych szaleństw, wracaliśmy na wpół opustoszałym autokarem do Chicago.
Tak, za każdym razem, kończyła się dla mnie ta wielka przygoda z amerykańskim kontynentem, bez wątpienia jedna z największych przygód mojego życia.

greydot

New York minute - w Parku Centralnym na Manhattanie

New York minute – w Parku Centralnym na Manhattanie

.

Cóż, to co miało być zaledwie szkicem odnoszącym się do mojej najdłuższej trasy jaką realizowałem, kiedy przez kilka lat zajmowałem się turystyką, rozrosło się do takich rozmiarów, iż może przerazić co bardziej niecierpliwych czytelników – a jednak tak naprawdę szkicem pozostaje, bo doprawdy jest to tylko muśnięcie opisu kilkutygodniowej wycieczki po Stanach Zjednoczonych, którą miałem swego czasu przyjemność – i szczęście – organizować i prowadzić. Tak, to była jedna z wielkich przygód mojego życia – nie tylko doświadczenie zawodowe, ale poznawcze – zarówno jeśli chodzi o spotkania z ciekawymi ludźmi, jak i poznanie samej Ameryki.
Bez fałszywej skromności mogę napisać, że wszystkie te eskapady były bardzo udane i do dzisiaj zachowałem na to dowody w postaci dziesiątków listów i kartek otrzymanych od moich towarzyszy podróży.
Nie będę ukrywał, że realizacja takiej wycieczki była dla mnie wielkim wyzwaniem, a tym samym niezwykłą mobilizacja do tego, by zgłębić wiedzę o kraju, który stał się moim drugim domem, jak również do tego, by wzmocnić własną kondycję fizyczną i psychiczną (skok adrenaliny powodował, że prowadzenie tej wycieczki wprowadzało mnie jakby w stan permanentnego rauszu), tudzież wyrobić w sobie cechy, które do tej pory uważałem za niezbyt dobrze mnie określające (jak np. cierpliwość), czy wreszcie przezwyciężyć swoją wrodzoną nieśmiałość (to ciekawe, że zbierałem przy tej okazji pochwały za swoją odwagę ;) )
Nigdy nie byłbym w stanie dokonać takiego wysiłku, gdyby nie pasja, jaką było dla mnie (moje prywatne) odkrywanie Ameryki, a zwłaszcza zauroczenie amerykańskim Zachodem – całym tym jego krajobrazowym splendorem i Naturą, które pozostają dla mnie czymś wspaniałym i nieporównywalnym z żadnym innym rejonem na świecie.
Bardzo zależało mi na tym, aby zdobytą przeze mnie wiedzą i doświadczeniem dzielić się z innymi – starałem się więc, by wycieczki te miały walor nie tylko imprezowy, ale przede wszystkim edukacyjny. O tyle z realizacją tego było łatwiej, że zdecydowana większość uczestników głodna i chłonna była wiedzy (wśród nich było sporo ludzi kultury, nauczycieli, wykładowców wyższych uczelni, także biznesmenów – choć ci ostatni stanowili chyba najbardziej specyficzną grupę „specjalnej troski”). Byli to więc zazwyczaj ludzie bardzo ciekawi i zainteresowani tym, co spotykało ich na trasie – a że z wyborem miejsc atrakcyjnych i wartych zobaczenia nie było problemu, to i zwykle imprezy te kończyły się sukcesem.
Równolegle z prowadzeniem wycieczek zajmowałem się pisaniem artykułów do prasy polonijnej, gdzie w cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce” starałem się popularyzować różne wątki i aspekty dotyczące kraju – jego historii, przyrody i zamieszkujących go ludzi. I to było dla mojego pilotażu jak znalazł, ponieważ zdobytą w ten sposób wiedzę (a pisanie tych tekstów zmuszało mnie do dość szerokich studiów i to w zakresie różnych dziedzin wiedzy – począwszy od zoologii, geologii, przez historię i kulturę, na socjologii i polityce skończywszy) mogłem wykorzystać w mojej pracy przewodnika, nie mówiąc już o egoistycznej stymulacji i ćwiczeniu mózgu.  Każdy bowiem dzień dotyczył innego wątku – miejsca i tematy zmieniały się jak w kalejdoskopie – a ponieważ spędzaliśmy w autokarze sporo czasu ze względu na długie przejazdy, to i była okazja, by o tym mówić i rozmawiać (dla uatrakcyjnienia programu – a i rozruszania towarzystwa – robiłem konkursy sprawdzające to, co grupa zapamiętała z moich prelekcji – dla najlepszych przewidziane były nagrody w postaci fotograficznych albumów).
Oczywiście z nadmiarem przekazywanej wiedzy nie można było przesadzać – musiałem też dostosowywać to, co mówiłem do danej sytuacji – do poziomu, oczekiwań, charakteru i zainteresowań grupy.
No i cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość… Każdy, kto miał do czynienia z polskim fenomenem grupy zorganizowanej, wie czym pachnie z takim organizmem dłuższe – ale też i krótsze – obcowanie. Nie wiem, czy coś takiego jak charakter narodowy istnieje, ale ujawnianie się pewnych cech specyficznych naszych rodaków, (o których nie mam wszak najmniejszej ochoty tu pisać) bywały dla mnie niekiedy dość traumatycznym doświadczeniem, z którym w końcu musiałem jakoś dawać sobie radę. Robiłem więc wszystko, aby to nie malkontenci nadawali ton całej imprezie, ale ci, którzy podchodzili do sprawy pozytywnie, przyjaźnie – gotowi na przeżycie wspaniałej przygody, być może nawet podróży swojego życia.
Na szczęście, niemal zawsze się to udawało.

To prawda, miałem jeszcze zamiar napisać słów parę na temat tzw. turystyki masowej – ze specjalnym uwzględnieniem uwikłania w nią większych grup autokarowych – lecz rozmiar tego tekstu również i mnie samego w końcu bez mała przeraził, więc pora napisać: basta! Ale niczego nie żałuję i z niczego nie mam zamiaru się tłumaczyć. Pisanie tego wszystkiego było dla mnie frajdą – a ponadto powrotem do niezapomnianych chwil i przeżyć, jak również utrwaleniem ich (przynajmniej na jakiś czas) w świecie, w którym wszystko (a zwłaszcza to, co dobre) tak szybko przemija. Mam również nadzieję, że przybliżyłem niektórym czytelnikom piękno amerykańskiej ziemi. I że tekst ten posiada pewien walor praktyczny, który można wykorzystać, realizując własny plan odwiedzin tej fascynującej części naszego globu, jaką jest bez wątpienia kontynent Ameryki Północnej.

greydot.

Powiązane wpisy: „SZKICE O AMERYKAŃSKIEJ SCENERII”,   „WYPRAWA NA ZACHÓD”.

New York by night: Time Square – rozjarzone serce Manhattanu – widok z Empire State Building

Nowy Jork nocą: Time Square – rozjarzone serce Manhattanu (widok z Empire State Building)

© ZDJĘCIA WŁASNE (klikając na zdjęcia można zobaczyć obrazy w pełnym wymiarze)

.

HAWAJE – EDEN W ŚRODKU NICZEGO (zapiski hawajskie)

W kraterze wulkanu Puʻu Mahana nad zieloną plażą Papakōlea (Big Island of Hawai'i)

*

„Żaden inny obcy kraj na świecie nie ma dla mnie tak mocnego i głębokiego czaru jak ten, żadna inna ziemia tak nieustannie i nieubłaganie nie nawiedza mnie – na jawie i we śnie, przez połowę mojego życia – jak właśnie Hawaje. Wszystko inne mnie opuszcza, ale nie to; wszystko inne się zmienia, ale to pozostaje takie same. Ciągle czuję łagodny powiew tamtego powietrza, nadal widzę jak letnie morze połyskuje w słońcu; słyszę rozbijające się o brzeg fale; widzę spowite girlandami skały, spadające kaskady, palmy skłaniające się sennie na brzegu, odległe szczyty górskie unoszące się niczym wyspy nad morzem chmur; czuję duchy leśnych samotni, słyszę pluskanie strumieni; w moich nozdrzach ciągle jest zapach kwiatów, które zwiędły dwadzieścia lat temu.”

Kto by pomyślał, że autorem tych słów tak kwieciście opiewających Hawaje jest Mark Twain, jeden z najbardziej prominentnych amerykańskich prześmiewców, który zwykle suchej nitki nie pozostawiał na miejscach, do jakich w życiu podróżował. Jednakże fragment ten nie pochodzi z jego słynnych „Listów z Hawajów”, które pisał w latach 60-tych XIX wieku, podczas swojej pierwszej, czteromiesięcznej wizyty na wyspach, tylko z wykładu jaki dał ponad 20 lat później.
Jakże więc można dziwić się tej fali mitologizującej i uromantyczniającej Hawaje, która przewaliła się przez świat cały w następnym stuleciu, trwając właściwie po dzień dzisiejszy, skoro uległ temu nawet tak przenikliwy, trzeźwy i pozbawiony złudzeń człowiek jak Samuel Clemens?
Lecz potrzeba raju w ludzkich marzeniach wydaje się być nieprzemożna. To nic, że jest to raj kreowany zwykle na potrzeby masowej turystyki.

Jaki jest więc ten hawajski Eden?
Cóż, jak każdy raj, ślizga się on po cienkiej krawędzi dzielącej rozkosz od nudy – między aktywnym zażywaniem frenetycznej radości a biernym, lekko ogłupiającym lenistwem. To, jakiego doświadczenia Edenu doznasz, zależy jednak od Ciebie – bo nawet w raju, zwłaszcza tym ziemskim, nie ma żadnej gwarancji na to, że rozkosz, przyjemność i szczęście podane Ci zostaną jak na tacy, i że każdy załapie się tu na te wszystkie atrakcje bez żadnego wysiłku.

Leciałem na Hawaje z całą świadomością owych istniejących tam niebezpieczeństw. Ale czułem się w miarę bezpiecznie, tym bardziej, że nie była to moja pierwsza wyprawa na wyspy. Tym razem jednak Hawaje miały być tylko dla mnie (i dla osoby, która mi towarzyszyła, of course) – w przeciwieństwie do wyjazdów poprzednich, które, jakby nie było, miały charakter… powiedzmy sobie… służbowy.
Tym razem na rajskie doświadczenia miałem ponad trzy tygodnie – wcale nieźle, nawet jeśli postanowiłem rozłożyć ten czas pobytu na cztery wyspy: Oahu, Maui, Big Island i Kauai.

O każdej z tych wysp książkę napisać by można (nawet jeśli nie jest się Jamesem Michenerem), jednak skromne ramy tego bloga, tudzież (nie)cierpliwość (co poniektórych) Czytelników, niezbyt zachęcają mnie do przepastnego rozwodzenia się nad Sandwiczowym Archipelagiem (jak pierwotnie nazwali Hawaje Europejczycy – a konkretnie James Cook, który oficjalnie dotarł na nie w 1778 roku jako pierwszy z europejskich żeglarzy… co jest jednak wątpliwe, bo najprawdopodobniej uprzedzili go w tym, i to o dobre półtora wieku, wszędobylscy Hiszpanie).
Pozwolę więc sobie na przedstawienie tu jedynie części moich notatek – szkicu o plażach, Waikiki, drogach, przygodzie w Dolinie Waipio…  oraz  na wyznanie, że jeszcze kiedyś do tematyki hawajskiej chciałbym powrócić.

Plaża Palihale i strome skalne klify wybrzeża Napali (Kauai)

*

PLAŻE

W naszej wyobraźni obraz plaży tkwi najczęściej w wersji zbanalizowanej: żółty piasek i turkusowa woda, a nad tym wszystkim bardziej lub mniej przechylona palma. Jest ten obrazek niczym więcej jak efektem reklamowej kampanii przemysłu turystycznego podsycającego ludzkie marzenia o egzotycznym raju, gdzie pierzchają wszystkie nasze utrapienia i gdzie można oddawać się niczym nie skrępowanemu, relaksującemu wypoczynkowi (vel lenistwu).

Dla mnie jednak plaża jest ciekawym tworem, który w paradoksalny sposób łączy w sobie dwie – wydawałoby się – wykluczające się nawzajem cechy: wieczność i nietrwałość.
Plaża reprezentuje wieczność bo tworzy się z materii poddanej przeobrażeniom przez siły działające nań przez setki milionów lat (piasek gromadzony przez fale na plaży jest niczym innym jak skutkiem erozji – rozkruszania skał i sedymentów).
Plaża jest nietrwała, bo ulega ciągłej przemianie powodowanej przez potężny żywioł, jakim jest morze i ocean.
Fenomenalna poniekąd sprzeczność.
Może właśnie dzięki niej, spacerując, siedząc lub leżąc na plaży odczuwamy podświadomie to, że  jesteśmy gdzieś na granicy tymczasowości i wieczności? Że każda fala, rozpryskując się o brzeg lub skały, ma swój nagły kres, a jednocześnie – rozmywając się – tworzy następną i następną… i tak w nieskończoność?
Myślę, że w tym właśnie leży przyczyna tego, że przebywając na plaży, czujemy się często jakby zahipnotyzowani morzem, oceanem.

Jeśli miałbym wymienić rzeczy, które najbardziej lubię w życiu i które dostarczają mi niewypowiedzianej… hm… trudno to nazwać… błogości, odprężenia i prostej radości istnienia – to bez wahania zaliczyłbym do nich spacer po plaży oraz pływanie w morzu czy też w oceanie. Nie jest to jednak li tylko przyjemność wynikająca z fizycznego wysiłku, czyli wydatkowania i rozpraszania własnej energii. Jest to dla mnie również – jakkolwiek zabrzmiałoby to pretensjonalnie – doświadczenie duchowe.
Przypomina mi się tutaj coś, co przed laty napisałem w Miami Beach na Florydzie:

Bezmiar oceanu ma w sobie coś hipnotyzującego. Szum fal, przenikliwy lazur, barwy, które są odbiciem nieba…
To jednak tylko powierzchnia kryjąca głębię – toń ciemną, zimną i nieprzeniknioną. Słońce sprawia, że zapominamy o tej czarnej otchłani. Ciepłe promienie koją nas i zniewalają, przypisując jednoznacznie widzialnemu światu.
Ponad godzinę płynę już wzdłuż brzegu, nie czując pod stopami dna. Po jednej stronie dal niebieskich wód, po drugiej – pełna ludzi plaża. Trwająca chwilę pokusa, by zwrócić się ku bezkresnemu horyzontowi. Zbyt mocno jednak czuję się jeszcze dzieckiem słońca. I ta radość kiedy znów poczuje się grunt pod nogami.
Zmęczony idę po ciepłym piasku – po śladach innych ludzi, szybko rozmywanych przez fale.

Radość, która żyje i pulsuje wokół nas – i w nas.
To znów lgnący do wszystkiego smutek i żal.
Wieczne falowanie…
*  *  *

zachód słońca nad Ni'hau

*

Plaża plaży nierówna. I nie chodzi tu tylko o ich różnorodność geologiczną, topografię, środowisko naturalne… Również o jej… populację, czyli o to jak często i jak licznie jest ona przez ludzi nawiedzana.
Oprócz plaż „miejskich”, takich jak położona nieopodal Honolulu Waikiki Beach, są plaże tzw. „dzikie”, gdzie nie uświadczy się żywej duszy. Plaże miejskie wzbudzają jedynie moją ciekawość – nazwę ją – antropologiczną (trudniej byłoby mi napisać „kulturową”, bo jakaż to na plaży może się przejawiać kultura?). Natomiast plaże dzikie (lub „pół-dzikie”) to nie zmącony cywilizacją kontakt z żywiołem natury (nie ważne, czy dostarczający nam ukojenia, czy też wprost przeciwnie: pewnego rodzaju niepokoju, który wszak zawsze jest czymś podniecającym).
Jedną z najbardziej niewiarygodnych plaż na jakich zdarzyło mi się być, jest słynna, położona w Rio, Copacabana. Zagęszczenie na niej kolorowych tłumów i jeszcze bardziej kolorowych parasoli jest niewiarygodne. Tylko trochę ustępuje jej pod tym względem jej sąsiadka – Playa Ipanema.
Natomiast jedne z najbardziej dzikich plaż, na jakie udało mi się w życiu dotrzeć, to plaże pacyficznego wybrzeża Oregonu, ale i… to była dla mnie niespodzianka – plaże karaibskie, także te znajdujące się na Wyspach Dziewiczych, które to wyspy przecież, skądinąd takie dziewicze bynajmniej już nie są.

 

Połów ryb na czarnej plaży (Big Island)

*

Plaże wypełnia nie tylko piasek (w kompleksach miejskich często zresztą uzupełniany przez ciężarówki). Także kamienie i żwir, bardziej lub mniej skruszone muszle i korale, oraz – co jest powszechne na Hawajach – zastygła czarna lawa. Naturalnie, najlepiej chodzi się po plażach piaszczystych, jednak wg mnie, najbardziej fotogeniczne są plaże kamieniste i żwirowe. Bo to właśnie na ich pourywanych i postrzępionych klifach rozgrywają się najbardziej dramatyczne spektakle, jakie urządza podczas sztormów Natura (czego doświadczyłem chyba najmocniej w kanadyjskim Parku Narodowym Pacific Rim położonym na północny zachód od Vancouver).

Plaża plaży nierówna również dlatego, że i piasek piaskowi nierówny. Bo z jednej strony – jak to jest w przypadku florydzkich plaż nad Zatoką Meksykańską – mamy bielutki i drobniutki jak cukier puder piasek, (będący efektem trwającej kilkaset milionów lat erozji Apallachów, z których to gór został on zniesiony do zatoki przez strumienie i rzeki); z drugiej zaś posiadający wiele odcieni piasek plaż położonych po atlantyckiej stronie amerykańskiego wybrzeża, który oprócz kwarcu posiada także wapienne drobiny muszelek i koralowców.
*  *  *

Zadziwienie - na zielonej plaży Papakōlea (Big Island)

*

Na Hawajach, naturalnie, oprócz plaż klasycznych z zieloną palmą, turkusową wodą i żółtym piaskiem, są także plaże dziwolągi, które wszak przy odrobinie krajoznawczej przychylności nazwać można plażami niezwykłymi, a ulegając pewnemu entuzjazmowi – fascynującymi. Bo któż z nas nie byłby zadziwiony, a w niektórych wypadkach – zachwycony czy zdumiony, gdyby nagle znalazł się na plaży, której piasek jest… czarny, czerwony, albo nawet… zielony?
A na hawajskich wyspach, owszem – takie dziwy się zdarzają.

Oto na Big Island znajduje się znana geologom całego świata Plaża Zielonego Piasku Papakōlea powstała wskutek erozji wulkanicznego stożka Pu’u Mahana. Kolor swój zawdzięcza małym kryształkom olivinu, zwanego też hawajskim diamentem. Nie prowadzi do niej żadna droga – trzeba jechać jeepem przez wertepy, lub iść parę godzin na piechotą. Na Maui, nieopodal Hana jest zaś Plaża Czerwonego Piasku zwana przez Hawajczyków Kaihalulu – utworzona przez zerodowaną skałę bogatą w związki żelaza. Jej głęboka czerwień kontrastuje z niebieską wodą oceanu, czarnym klifem i zielonymi drzewami tworząc dość zdumiewający konglomerat. Też trudno dostępna. Większość plaż Wielkiej Wyspy (Hawaii) jest czarna. Najbardziej znaną (i niestety – ze względu na łatwy do niej dostęp – najbardziej obleganą) jest Punaluu, Plaża Czarnego Piasku położona na wschodnim zboczu wulkanu Mauna Loa. Powstała w miejscu, gdzie do Oceanu wlała się lawa, która stygnąc zamieniła się w czarny bazalt.
Wszystkie te kolorowe plaże budzą zrozumiałe zainteresowanie, ale żadna z nich nie jest jednak w stanie przebić, jeśli chodzi o przyjemność plażowania, zwykłych, rzec można swojskich, plaż, na których leży piasek żółty.

WAIKIKI

Plażowy szyk i elegancja (Waikiki Beach)

„Najsłynniejsza” plaża na świecie jest plażą sztuczną. I jest to znaczące: sztuczny raj, który udaje „raj” tropikalny. Lecz nie jest to bynajmniej raj i nie tropik, tylko – gwoli ścisłości – sub-tropik. W języku rdzennych Hawajczyków waikiki oznacza „tryskającą wodę”, ewentualnie „źródło” lub „strumień”, bowiem było ich tutaj przed rozrostem honolulskiej metropolii kilka. Niestety, jeśli w jakiś sposób one przetrwały, to zostały wchłonięte przez okalające Waikiki (rozumiane tu jako rozbudowane przedmieście Honolulu) kanały. Naturalnie, była tu jeszcze przed tą cywilizacyjną inwazją dzika plaża (nota bene uczęszczana przez hawajską „arystokrację”, w tym tę „królewską”), lecz z czasem uległa erozji i budowlanym przeobrażeniom nie do poznania. Doszło do tego, że zaczęto zwozić na nią piasek sprowadzany z… Kalifornii.

Plaża jest zaskakująco krótka – liczy niewiele ponad pół kilometra – ale nagromadzone na niej tłumy sprawiają, iż wydaje się ona sporym organizmem, pewnego rodzaju mikrokosmosem tworzącym swój własny klimat. Wejść na nią to jak zanurzyć się po uszy w ludzką magmę osobników oddających się temu, co określa się mianem „plażowania”, czyli wszelkiej aktywności związanej z obecnością słońca, piasku i wody. Należy jednak zauważyć, że w wielu przypadkach owa „aktywność” ogranicza się do leżenia plackiem na ziemi i smażenia się w promieniach palącego się na niebie słońca.

Waikiki to kolorowa i hałaśliwa mikstura snobizmu, proletariackości, luksusu, szczęścia, mizerii, luzu, napięcia, dezynwoltury, konwenansów, piękna, brzydoty… czyli wszystkiego tego, co tworzy ludzki biotop, na dodatek skondensowany tu na małym spłachetku ziemi, stanowiący epicentrum powszechnego zainteresowania i przyciągający całe mnóstwo nie zawsze pasujących do siebie elementów i indywiduów.
Skąd ten misz-masz? Otóż ze współistnienia obok siebie – i to w pozbawionej większego dystansu bliskości – skrajnie różnych socjologicznie sfer: wymieszanie się klas, gdzie na jednym biegunie znajduje się nieprzyzwoita nędza widocznych niemal na każdym kroku bezdomnych, a na drugim… równie nieprzyzwoite bogactwo i zbytek reprezentowany przez gości bogatych ekskluzywnych mega-resortów tupu Hilton, Hyatt, Sheraton, Marriott…

Bezdomny na Kalakaua (Waikiki, Oahu)

Oczywiście, że homelesi przytłoczeni są całym tym rozbuchanym konsumpcyjnym zgiełkiem (a większość z oddających się owemu niczym nieskrępowanemu używaniu wszelkich możliwych uciech i dóbr, zapewne w ogóle ich nie zauważa – lub udaje, że nie zauważa).
*  *  *
I jeszcze jedno. Nocny spacer rozświetloną, kolorową aż do bólu oczu promenadą Kalakaua muszę uznać za najbardziej nudną i nużącą dla mnie godzinę spędzoną na Hawajach. I bynajmniej przyczyna tego nie leżała w trwającym wiele godzin locie samolotem przez Pacyfik.
Kalakaua biegnie równolegle do plaży Waikiki, której nie można jednakże widzieć, jako że po obu stronach tej ulicy znajdują się wspomniane już resorty, które już dawno zatraciły swój nimb ekskluzywności, stając się czymś w rodzaju okazjonalnego substytutu zaspokajającego (chwilowo i dość iluzorycznie przecież) snobistyczno-konsumpcyjne aspiracje tzw. upper-middle-class.
Kalakaua to także jeden wielki ciąg sklepów i handlowych „galerii”, gdzie przewalające się tłumy poszukują… właściwie nie wiadomo czego, a jeśli już znajdują, to najczęściej rzecz, która do niczego nie jest im potrzebna, będąc po prostu zbytkiem – kompulsywnym zaspokojeniem potrzeby posiadania, którą zaszczepiła w nich cywilizacja materialnego „sukcesu”, gromadzenia „dóbr” i rozchełstanego konsumpcjonizmu. Do sklepów już nie chodzi się wtedy, gdy człowiekowi coś potrzeba; do sklepów się chodzi – i w nich kupuje – dlatego że one są i dlatego, że postępują tak inni.

HAWAJSKIE DROGI (I BEZDROŻA)

Hawajskie drogi to nie tylko typowy pan-amerykański kontrast ale i miejscowy szok. Ich jakość rozciąga się od super-nowoczesnej wielopasmowej autostrady na Oahu po pełne błota dziury i wertepy obecne już na wszystkich wyspach, gdzie tylko koleiny i ślady jeepowych opon wskazują na obecność czegoś, co można nazwać prowadzącym dokądś traktem.
Trudno sobie wyobrazić bliższe poznanie hawajskich wysp bez dysponowania własnym (a ściślej – wypożyczonym) samochodem. Aby jednak trafić do najbardziej „dzikich”, a tym samym najbardziej niezwykłych i ciekawych zakątków, należy dysponować jeepem, a co najmniej SUV-em z napędem na cztery koła.

Nieraz zastanawiałem się, czy aby to, że pozwala się na istnienie takich „dróg” nie jest celowe. Bo przecież cóż to dla amerykańskiej technologii i budowlanych środków utwardzić, wyasfaltować czy też wybetonować drogę – o czym świadczy choćby obecność takichże dróg w najbardziej nawet niewiarygodnych miejscach amerykańskiego kontynentu? Czy przypadkiem nie chodzi tu o utrudnienie dostępu masowej turystyki do pewnych wybranych miejsc? O niedopuszczenie do stratowania ostatnich połaci dzikich zakątków? O zlitowanie się nad fauna i florą – czyli o zachowanie pewnych rezerwatów przyrody w stanie nieskalanym zbytnio motoryzacyjnym hałasem i spalinami? Pewnie o wszystko po trochu. A efektem – przynajmniej jeśli chodzi o nasze egoistyczny instynkt odkrywania i eksploracji – jest również poczucie pewnej ekskluzywności i dreszczu przygody.
Powiedzmy sobie jednak szczerze: jakież może nam grozić niebezpieczeństwo w miejscu gdzie ma zasięg nasza komórka?
Chyba jednak może… o czym świadczyły spalone wraki samochodów, jakie pospadały w przepaść ze stromego urwiska na jednej z takich dróg na Wielkiej Wyspie (z tą drogą wiąże się zresztą pewien niezwykły przypadek, jakim nam się tam zdarzył… ale o nim może za chwilę).
*  *  *

W otoczeniu zielonego szaleństwa dżungli - droga do Hana i... zagubiony na niej mały biały samochodzik (Maui)

*

Bez przesady można stwierdzić, że na Maui istnieje jedna z najbardziej malowniczych dróg na świecie. Jest to słynna Droga do Hana, prowadząca wzdłuż wybrzeża, po północno-wschodnim stoku wulkanu Haleakala. 80 kilometrów, 56 mostów i 617 zakrętów nad spienionym Oceanem, wśród tropikalnej roślinności, obok wodospadów, poszarpanych, utworzonych przez czarną lawę brzegów, podtopionych pól uprawnych taro, bambusowych zarośli, cyprysowych gajów…
Tak, droga do miejscowości Hana jest asfaltowa, ale za tym miasteczkiem, (które bardziej przypomina nadmorską wioskę) nagle jeszcze bardziej się zwęża,  kończy się asfalt, a zamiast niego mamy piasek i żwir, a na dodatek, w pewnym momencie natrafiamy na szlaban ze znakiem „Road closed. Local traffic only”.  Tutaj przestaje działać  polisa ubezpieczeniowa kompanii wypożyczających samochody (a tym samym kończą się żarty), natomiast zaczyna jeszcze ciekawszy i jeszcze bardziej niezwykły odcinek drogi, po której jadąc można okrążyć Haleakalę i przedostać się na drugą stronę wyspy.
Co też uczyniliśmy i muszę przyznać, że oprócz tego, że ten fragment drogi należał do najciekawszych na całej naszej trasie, to była to jednocześnie droga najbardziej wstrząsająca… także z powodu niezliczonej ilości dziur i wybojów, które zelżały dopiero wtedy, gdy wjechaliśmy na rozległe, falujące łagodnie zielone łąki i rancza pełne pasących się, swojsko wyglądających, choć czarnych jak najczarniejsza lawa, krów.

PRZYGODA NAD DOLINĄ WAIPIO

Gdybym był przesądny (albo wierzył w Opatrzność – co na jedno wg mnie wychodzi) to to, co się wydarzyło na spadzistej  drodze, która prowadziła z wysokiego klifu na dno doliny, uznałbym za oczywistą sprawę działania sił nadprzyrodzonych.
Dolina Waipio należy do najpiękniejszych na całych Hawajach. Leży w północno-wschodnim rejonie Wielkiej Wyspy (Hawai’i), na Wybrzeżu Hamakua. To kilkadziesiąt akrów płaskiej niczym namorzynowa delta ziemi otoczonej amfiteatrem wysokich na pół kilometra klifów, z których spływają liczące po kilkaset metrów wodospady.
Większość z nielicznych, docierających tu turystów, ogląda dolinkę z tarasu widokowego, którym kończy się droga z Hilo.  Niestety, mnie ten tarasik nie mógł zadowolić, więc zdecydowałem się zjechać do Waipio stromą, prowadzącą skalnymi półkami, żwirową drogą. Byłem pewny, że jeep z łatwością z tym sobie poradzi, tym bardziej, że droga przecież używana była nie tylko jako szlak pieszy, ale i uczęszczana była przez mieszkających w Waipio (nielicznych, co prawda) ludzi, którzy każdego dnia pokonywali ją swoimi pick-upami.

Hawajskie drogi (Big Island)

Aby zjechać na dół, należało pokonać jakieś półtora kilometra drogi, co zajmowało ok. 15 minut lub… 15 sekund, jeśli ktoś miał to nieszczęście sięgnąć dna doliny w linii prostej, spadając po prostu w przepaść (a widoczne z daleka wraki potwierdzały, że nie jest to tylko możliwość hipotetyczna).
Byłem już u wylotu biegnącej w dól drogi, kiedy do okna samochodu podeszła kobieta w średnim wieku i zapytała, czy nie mogłaby się z nami zabrać. Nieco zdziwiony zapytałem się, dlaczego nie chce zejść do doliny na piechotę – przecież to taki piękny szlak (wziąłem ją po prostu za turystkę). Odparła, że zawsze stara się aby ją ktoś podwiózł, bo ona… w Dolinie Waipio mieszka. Aaa!  Skoro tak – to proszę bardzo! Zmieniłem bieg na najniższy, nasza pasażerka przypomniała, by sprawdzić również hamulec ręczny (przy okazji zorientowałem się, gdzie go można znaleźć) po czym zaczęliśmy zjeżdżać po niezwykłej stromiźnie na dół. Nie ujechaliśmy stu metrów, gdy wtem silnik Wranglera zgasł, a tym samym przestały działać wszystkie urządzenia elektroniczne, w tym układ kierowniczy i hamulec główny. Samochód bezwładnie zaczął się zbliżać do krawędzi przepaści a ja już oczami wyobraźni zobaczyłem, jak roztrzaskujemy się u podnóża skalnej ściany. Usłyszałem głośne: „handbreak”! i odruchowo zacisnąłem dłoń na hamulcowej rączce. Jeep jednym kołem wisiał już nad przepaścią.

Ale to jeszcze nie był koniec całej przygody. Bo cóż się okazało? Otóż… wskaźnik poziomu paliwa wskazywał „zero”, więc i tak nie mogliśmy ponownie uruchomić silnika. Samochodu nie dało się ruszyć, a na dodatek tarasował on skutecznie całą drogę i nie bardzo było wiadomo, czy można go będzie stamtąd wyholować.
Potrzebna była benzyna, ale jak tu zdobyć na tym odludziu „gas” i to o tak już późnej porze? Ledwie człowiek przeżył a tu znowu wpakował się w niezłe tarapaty.
Ale, ale… czy uwierzycie, że nasza pasażerka wyciągnęła wtedy ze swojej torby… pełen paliwa kanister!? (Benzyna potrzebna jej była do zasilania domowego generatora prądu). Nasze zdumienie (a i radość) nie miała granic. Silnik „załapał”, wszystko zaczęło działać i po kilku minut znaleźliśmy się bezpiecznie na dnie cudownej skądinąd Doliny Waipio.
Zadziwił mnie ten brak paliwa, gdyż przypomniałem sobie, że sprawdzałem jego poziom nie tak dawno i że wskaźniki wychylony był na ok. 1/3 skali. Jednakże, gdy znaleźliśmy się na stromiźnie, cała benzyna spłynęła do dolnej części baku i zasysanie przestało działać. Dziwne, bo co jak co, ale jeep powinien być raczej niezawodny w takich warunkach.

Dzięki tej przygodzie poznaliśmy Kamaleę – bowiem takie imię nosiła nasza towarzyszka, co mnie trochę zdziwiło, jako że była białą kobietą. Mieszkała (samotnie) w Dolinie Waipio już od dwudziestu lat. Urodziła się  na Hawajach, a jej rodzice byli potomkami portugalskich imigrantów, którzy przybyli na wyspy jeszcze w XIX wieku  i zaczęli hodować tu bydło oraz uprawiać kawę.
Nie chciała przyjąć zapłaty za dostarczoną nam benzynę i dopiero później, kiedy już jechaliśmy na nocleg do Hilo, zreflektowałem się, że przecież mogłem – jako symboliczny dowód wdzięczności – podarować jej… ananasa, którego dzień wcześniej kupiliśmy od sprzedającego napoje chłodzące (przy położonej na Maui drodze do Hana) pewnego Niemca. O nim także można by tu opowiedzieć całą historię, jak zresztą i o wielu innych imigrantach, którzy postanowili na Hawajach ułożyć sobie życie, stworzyć swój dom.
Ale o tym to już może innym razem…

* * *

HAWAJSKIE OBRAZY:

Zmierzch na Maui

*

Mierząc się z Wielką Falą srebrnego oceanu (Oahu)

 

Wodny wachlarz (Kauai)

*

Wszędobylskie palmy (Oahu)

*

Zachód słońca nad Kauai (Wybrzeże Napali)

© ZDJĘCIA WŁASNE

Więcej zdjęć z ostatniej podróży na Hawaje obejrzeć można TUTAJ (panoramy) oraz TUTAJ (hawajski misz-masz) – w brulionie podróżnym (ilustrowanym), jak również- inny zestaw – TUTAJ – na moim blogu fotograficznym Światowid.

*

LONDON TOWN

London Bridge

Słońce nagle przestało świecić – weszliśmy w chmury, które dość szybko uciekły do góry, tworząc szaro-ołowiane sklepienie.
Tak więc wygląda listopadowe niebo nad Londynem – pomyślałem.
Samolot zaczął kołować, w dole zobaczyłem sino-burą wstęgę rzeki, a po obu jej stronach rozciągającą się po horyzont olbrzymią metropolię.

* * *
Czy istnieje coś takiego jak duch miasta? Miliony ludzkich istnień, które ożywiają poukładane w mniejszym lub większym porządku kamienie i cegły – bryły budynków, kawały stali, tafle szkła, lśniące aluminium … Popielate niebo wiszące nad brązowa wodą nieruchomej rzeki… Pojawiający się czasem błękit i przebłyskujące słońce przypominają o innym świecie, odległych klimatach.
Ulice pełne ludzi i samochodów. Historyczne budowle. Przeszłość równie podatna na zmiany jak teraźnijeszość.
Miasto żyje a my chcemy przeniknąć jego psychikę – o ile coś takiego, jak psyche miasta istnieje. Genius Loci?
Wydaje się, że ogarniamy jego charakter. A może to tylko odbicie naszego nastroju, wrażeń – projekcja naszych uczuć, myśli i refleksji? Gdziekolwiek nie dotrzemy, natrafimy tylko na siebie samych?

* * *

The Strand

Czy kamienie mogą mówić? Czy magiczna siła historycznych miejsc to tylko nasze pragnienie, by ożywić miniony czas, by dotrzeć do prawdy o człowieku – by się dowiedzieć na ile się zmieniamy, a na ile pozostajemy tacy sami?
Wbrew pozorom i wbrew widocznym faktom, stojąc wśród ruin dawnych imperiów uporczywie odrzucamy prawdę o naszej przmijalności. Zaginione cywilizacje, zagrzebane w piaskach czasu metropolie, zatarte ślady dawnych bogów, rozsypujące się w proch zamki i pałace, groby i cmentarze…Tak, przemijają inni, ale nie my, świadkowie dawnej zagłady – ale jeszcze nie tej, jeszcze nie tu i jeszcze nie teraz. Śmierć nas nie dotyczy, ząb czasu nie gryzie, w mogiłach i sarkofagach leżą i rozkładają się inni.

* * *
Jedziemy z lotniska Heathrow, wjeżdżamy do miasta i oto trafiamy na zjawisko, które ma posmak cokolwiek surrealny: ruch uliczny zostaje wstrzymany i obok nas przejeżdża w wielkiej pękatej limuzynie królowa Elzbieta II. Tym bardziej wydaje się to osobliwe, że nikt specjalnie nie zaprząta tym sobie uwagi i w ciągu kilku sekund ulica wraca do swego życia powszedniego.
Czyżby więc te pojawienia się królowej były dla Londyńczyków tak zwyczajne jak bicie Big Bena?
Jest że rodzina królewska czymś żywym w organizmie społecznym Brytyjczyków, czy tylko jakimś reliktem minionej epoki? Ozdobą i rozrywką, tematem plotek bulwarowej prasy, kwiatkiem do kożucha? Czy nadal scala w jakiś sposób ten wyspiarski naród, będąc symbolem jego tożsamości?
Jakkolwiek groteskowe wydają się królewskie ceremonie zewnętrznemu światu, to trudno sobie wyobrazić co mogłoby wypełnić pustkę po zniknięciu monarchii i całej tej zabawy z koroną. To może właśnie dzieki jej przetrwaniu Anglicy mogli znieść tak wielkie upokorzenie, jakim był dla nich upadek brytyjskiego imperium?
A jednak to dziwne – przywiązanie do korony, najbardziej chyba zakrwawionej z wszystkich europejskich koron.

* * *
Bez swojego humoru Anglicy byliby nie do zniesienia. Powiem więcej: bez poczucia humoru nie mogliby oni znieść samych siebie – a zwłaszcza swojej historii.
To właśnie dlatego trupa Monthy Pythona uznawana jest wręcz za narodową instytucję. Jest jeszcze jej wersja plebejska – Benny Hill i mieszczuchowska – Jaś Fasola.
Gdyby nie oni, „Ziemia jałowa” Eliota byłaby katastroficznym „skowytem” (podobnym temu, jakim w Ameryce „zawył” Ginsberg), tym bardziej niebezpiecznym, że bez przeciwwagi – lecz inteligentnym, suchym i przenikliwym.
Dickens też jest mroczny niczym spowite mgłą londyńskie slumsy, ale nie pozbawiony jednak ciepła i swoistego uroku. Oliver Twist czy Pickwick to właśnie takie ludzkie wyspy leżące w strefie cieplejszych klimatów, mimo że szarych i pozbawionych słońca.

* * *

Royal Crown

Londyn sprawia wrażenie olbrzymiej głowy smoka pozbawionego korpusu – odciętej od olbrzmiego cielska imperium, które już dawno się rozsypało. Jakimś dziwnym jednak zrządzeniem głowa ta żyje a nawet się rozrasta…i wyglada na to, że nawet nie spadła z niej korona.
Ba! Nadal ma pretensje do bycia pępkiem świata.

Wielkim zaskoczeniem była dla mnie w Londynie inwazja współczesnej architektury. Wcale się nie dziwię księciu Karolowi, że z dezaprobatą wyrażał się o tej ekspansji modernizmu. Wypiera on sukcesywnie estetykę królewskiego Londynu, która swoje apogeum miała w epoce wiktoriańskiej. Książę Albert, ten ambitny niemiecki pozytywista, którego nie mogła zadowolić jedynie asysta u boku swojej epokowej żony Wiktorii, też pewnie przewraca się w grobie – tak wielka przepaść dzieli jego klasycyzujące Albertopolis (jak nazywają Londyńczycy zespół budowli wokół Royal Albert Hall) z nowoczesnym City (pełnym szklanych brył z wyróżniającym się architektonicznym wygibasem Lloyda).

Rzut oka na dzisiejszy Londyn wiąże sie więc z pewnym estetycznym szokiem.
Niestety, miasto traci swoją jednolitość a współczesne wstawki pogłębiają tylko budowlany bałagan miasta. Wydaje się, że Londyn rozwija się teraz żywiołowo i bez żadnej kontroli, potęgując pomieszanie różnych stylów. Być może pewnym rozwiązaniem byłoby zgrupowanie podobnych stylowo budynków w odrębnych rejonach, lecz dzieje się inaczej a rezultatem jest jeden wielki urbanistyczny kogiel-mogiel.
Milenijne Oko kręci się ponad miastem blisko Parlamentu, wielkie jajo ze szkła i stali wyrasta ponad Tower of London, olbrzymia lustrzana beczka ratusza osiadła tuż obok Tower Bridge, wkrótce zaś londyńską skyline zdominować ma srebrna szpica London Tower Bridge – najwyższego drapacza chmur w Europie (jak widzimy, cokolwiek na siłę nazwa wieżowca chce się wpisać w historyczną tradycję). The times they are a-changin…

*  *  *

London by Night (widziany z tarasu Tate Modern)

(Zdjęcia autora)

Wybór zdjęć z jesiennego wypadu do Londynu można zobaczyć TUTAJ .  Zapraszam.