ZAPISKI TYBETAŃSKIE (lot nad Dachem Świata, droga przez Dolinę Jarlung, miasto Tsetang, jaka jest prawda?)

Szukając klucza do mistycznej krainy – na dziedzińcu buddyjskiego klasztoru w Tybecie

*

1.

Kraina Śniegów

Lot z Xi’an, do Lhasy. Pod nami, jak okiem sięgnąć, bezkresne łańcuchy gór – brązowo-sino-niebieskie doliny z wyrżniętymi na zboczach żlebami, przypominającymi, z wyschniętymi koryta rzek i strumieni. Górskie szczyty pokryte białym puchem. Właśnie spadł świeży śnieg. Po jakimś czasie pojawiają się – otulające cały ten groźny splendor – mgły i chmury, ponad którymi, niczym srebrno-szare wyspy, wynurzają się ostre szczyty Trans-Himalajów. Gdzieniegdzie widać długie, pomarszczone jęzory lodowców. W pewnym momencie, ktoś siedzący po lewej stronie samolotu, wskazuje ręką za okno. Od Himalajów dzieli nas kilkaset kilometrów, ale na horyzoncie można dostrzec majaczące pasmo najwyższych gór świata.

Odnoszę wrażenie, że lecimy nad jakimś geologicznym monstrum: niewiarygodna górska pustynia – niedostępne, dzikie, surowe, kamienne, lodowato-zimne pustkowie… Tym większe zdumienie, kiedy – gdzieniegdzie, na dnie którejś z wielu dolin – ukazują się regularne, geometryczne kształty, wskazujące na ludzką obecność. Tybetańskie osady.
Patrząc na to wszystko z łatwością uzmysłowić sobie można przyczynę, dla której Tybet – ten Dach Świata – zawsze był jedną z najtrudniej dostępnych krain na naszej planecie. A przez to jedną z najbardziej tajemniczych i obrosłą mitami. Rozpalającą wyobraźnię, intrygującą i kuszącą. Odkąd sięgam pamięcią, właśnie taką krainą Tybet był dla mnie. Trudno więc dziwić się tej wzbierającej radości jaką odczuwałem na myśl, że już niedługo dotknę jej własną ręką.

Od końca lotu dzieli nas jeszcze dobrych kilkadziesiąt minut, kiedy górskie szczyty się rozstępują, robiąc miejsce rozległej dolinie rzeki Yarlung Tsangpo, (bardziej chyba znanej ze swojej sanskryckiej nazwy Brahmaputra). Zbitki zabudowań stają się coraz większe, a rzeka rozwidla się, tworząc niezwykły deseń  wijących się, zjadliwie szmaragdowych rozlewisk, kontrastujących z szaro-żółtą jasnością piaszczystych wydm.
Lądujemy. Uderza mnie łatwość z jaką można tu teraz dotrzeć. Stała się ona wg mnie wręcz nieprzyzwoita. Iw pewien sposób jest to dla mnie deprymujące, bo wolałbym poświęcić na drogę do Lhasy nie kilka godzin, a kilka miesięcy – niczym dawni eksploratorzy i poszukiwacze przygód, którzy ryzykując życiem, przybywali tu po pełnej znoju i niebezpieczeństw długotrwałej podróży. Lecz, po pierwsze – zawodu zmieniać nie zamierzam, a po drugie – mamy już XXI wiek, zdecydowanie mniej czasu i chińskie lotniska do dyspozycji… Na szczęście – a może jednak… niestety?

Lecąc nad Dachem Świata – zbliżając się do Lhasy. W dolinie – wijące się rozlewiska Brahmaputry.

*

2.

Na lotnisku w Lhasie

Lotnisko oddalone jest o dobrą godzinę jazdy od Lhasy. Rozmawiamy przez telefon z Pemą, który będzie w Tybecie naszym tłumaczem i przewodnikiem. Jest już w drodze, ale niestety utknął przed tunelem, w którym zdarzył się wypadek, więc zatrzymano cały ruch. Na razie nie wiadomo na jak długo.
Lotnisko jest małe, ale widać, że nowe, wybudowane niedawno przez Chińczyków. W środku wielkiej hali kręci się karuzela z walizkami. Czekają przy niej na swoje torby i tobołki tybetańskie kobiety, odziane w kolorowe etniczne stroje. Na głowach mają purpurowe chustki, w ręku różańce, u jednej z nich dostrzegam nawet srebrny modlitewny młynek. Jej sąsiadka rozmawia przez telefon komórkowy, gdy tymczasem uwieszone u jej boku, umorusane dziecko, tarmosi ją za spódnicę. Pierwsze moje spotkanie z żywymi, prawdziwymi Tybetańczykami.

Na Pemę czekamy blisko godzinę, ale wreszcie zjawia się, bardzo przepraszając za spóźnienie. Lecz przecież nikt go za nic nie obwinia, wprost przeciwnie – cieszymy się, że wreszcie możemy opuścić lotnisko, bo – prawdę mówiąc – chińskich lotnisk mamy już serdecznie dosyć.

Nie jedziemy do Lhasy, tylko  w przeciwną stronę, w dół Brahmaputry (Tsangpo) – w kierunku miasta Tsetang, które ma być naszym punktem wypadowym do położonego w jego pobliżu, najstarszego klasztoru tybetańskiego Samje. Okolice Tsetang, a konkretnie Dolina Jarlung uznawane są za Kolebkę Tybetu – to właśnie w pieczarze jednej z gór nieopodal Tsetang doszło do spłodzenia pierwszych Tybetańczyków, a dokonała tego Czerwona Małpa, (będąca inkarnacją bodhisattwy Czenreziga, strażnika i opiekuna Tybetu) wraz z Olbrzymką Kanibalką, (która z kolei była wcieleniem żeńskiej bothisattwy Dolmy, uosobienia Macierzyńskiej Miłości i Współczucia). To oczywiście wersja mityczna, natomiast według uczonych historyków, Dolina Jarlung była obszarem gdzie już dwa tysiące lat temu zaczęło prosperować królestwo, z którego następnie rozwinęło się państwo i kultura dzisiejszego Tybetu. Kilka kilometrów od Tsetang znajduje się słynny – położony na szczycie skalistej góry niczym orle gniazdo – zamek Jumbu Lhakang. Wedle tradycji był on siedzibą aż 33 królów Jarlungu, w tym ostatniego, wielkiego Songtsena Gampo, który w VII wieku zjednoczył Tybet, uczynił buddyzm religią państwową i przeniósł stolicę królestwa do Lhasy (czyli „Miasta Bogów”), gdzie wybudował Potalę – zamek, który przez następne tysiąc trzysta lat był siedzibą wszystkich władców Tybetu.

Pema przedstawia się nam bliżej. Ma dwadzieścia kilka lat, urodził się w jednym z górskich plemion nomadów, mówi doskonale po angielsku… Momentalnie ujmuje mnie swoim spokojem, brakiem pretensjonalności, bezpośredniością, szczerością i młodzieńczą świeżością. Z uwagą, może nawet z pewnym zafascynowaniem, wpatruję się w jego twarz, kiedy mówi: błyszczące, lekko wilgotne oczy, wyraźnie zarysowane usta… Jest w nim, hm… coś kobiecego (a spostrzeżenie to znajdzie wkrótce swoje dopełnienie ;) )

Kiedy Pema przestaje mówić, z wielką ciekawością obserwuję każdy szczegół przesuwającego się za samochodowymi oknami krajobrazu. To niemalże tybetańska „klasyka”: nagie zbocza gór z pojawiającymi się tu i ówdzie czortenami, szczyty pokryte śniegiem, trapezowate domy z ozdobnymi drzwiami, kadzidlanym kominkiem na szczycie i powiewającymi na wietrze modlitewnymi chorągiewkami. Zatrzymujemy się przed jednym z domów, wchodzimy do środka, gdzie częstują nas tradycyjną tybetańską herbatą z dodatkiem masła z jaka i soli. Cóż, przebywając dłużej w Tybecie, wypadało by się do niej przyzwyczaić (podobnie zresztą jak do jęczmiennego piwa). Tymczasem jednak nadrabiamy miną, przełykając gorący, tłusty i słonawy płyn o dziwnym, nieznanym nam zupełnie, smaku.

Podjeżdżamy pod nasz hotel. Podobno jeden z lepszych w mieście. Rzeczywiście – na pierwszy rzut oka, sprawia wrażenie lokum o dość nowoczesnym standardzie. Ale przecież nie przyjechaliśmy do Tybetu dla wygód, ani tym bardziej dla tandetnie zainscenizowanego powitania z pracownikami hotelu przywdzianymi w skóry z jaka i z dziwacznym porożem na głowie – jakie zaserwowano nam, kiedy wychodziliśmy z samochodu. Dyskretnie więc przemknąłem się bocznym wejściem do hotelowego lobby, gdzie zastałem rozpływającą się w grzecznościach młodą obsługę. Cóż, musiałem znosić te obustronne chyba jednak (i na szczęście niezbyt dotkliwe) upokorzenia, traktując je jak haracz płacony na rzecz stereotypu, jakim raczą nas chińscy organizatorzy tybetańskiej turystyki, dla których każdy przybywający do Tybetu podróżny musi być kimś w rodzaju infantylnego, powierzchownego i przyzwyczajonego do wygód oraz disneyowskiej estetyki, Amerykanina, czy równie barbarzyńskiego Europejczyka.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

Nową wystawę zdjęć ukazującą Tsetang obejrzeć można TUTAJ. Na stronie brulionu podróżnego znalazły się już także tybetańskie panoramy , ludzie Tybetu oraz Tybet w obrazach.

.