UPARCIE OBECNE ILUZJE…

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XXIII)

.

zapiski notatki kajet notes

.

Niestety, dzisiaj większość ludzi jest wręcz przerażona tekstem dłuższym, niż taki, który dałby się umieścić na jednej stronie monitora bez konieczności scrollingu, czyli przewijania. Attention span współczesnych użytkowników internetu, np. Facebooka – o Twitterze i Instagramie nie wspominając – jest bardzo krótki, w sam raz by przeczytać parę zdań, jakąś (zwykle banalną) sentencję czy obejrzeć filmik (najczęściej z jakimś zwierzątkiem lub bobaskiem), który trwa… najwyżej półtorej minuty. Podobnie mało poświęca się czasu na kontakt z drugim człowiekiem tą drogą. Moim zdaniem jest to zaledwie namiastka międzyludzkich relacji.

Ludzie mają dziś dostęp do nieporównanie większej ilości informacji niż dawniej, ale wcale nie przekłada się to na większą wiedzę o świecie (bo ta jest wartościowa tylko wtedy, kiedy potrafimy docierające do nas informacje poddać analizie, a następnie syntezie, czyli przyswoić je i zrozumieć) ani na ludzką mądrość. Wręcz przeciwnie: ludzie dlatego, że nie potrafią się skupić, poddają się bodźcom jak piesek Pawłowa, mamią migotliwymi obrazkami i pustymi, bezmyślnymi memami… stając się niestety bezwolnymi połykaczami lub przeżuwaczami papki, którą karmi się ich w tym totalitarnym świecie konsumpcji, jakim jest cała zachodnia cywilizacja. Nie wiem, czy w tym świecie czują (czujemy) się dobrze, czy to ich (nas) satysfakcjonuje? Moim zdaniem nie.

*

À propos tego, co jest lepsze: kulturowa „czystość”, homogeniczność etniczna czy kulturowy tygiel, rasowy kogiel-mogiel?
Kiedyś przeprowadzałem wywiad z Franciszkiem Pieczką, który na moje pytanie: „To jest również charakterystyczne, że na styku różnych kultur, tworzy się jakiś ferment, który sprzyja twórczości, działa na artystów stymulująco. Dlatego np. wśród Żydów było wielu ludzi pióra, twórców w różnych dziedzinach, którzy potrafili właśnie wykorzystać te napięcia, jakie tworzą się między różnymi kulturami.” odpowiedział: „To prawda. Trudno o coś takiego w sterylnej kulturze. Widać to choćby na przykładzie zoologii. Kundle są najbardziej inteligentnymi zwierzętami. Taki rasowiec czysty, zadufany w swojej rasie, jest idiotą przeważnie.”

*

Obecny kryzys uchodźczy w Europie bardzo wszyscy „uetniczniają” i „ureligijniają”. Tymczasem jest to przede wszystkim problem ekonomiczny, jak również wynikający z trwających w niektórych krajach wojen. Religia jest tylko tłem.
Ponadto, nie można całego islamu utożsamiać z jego agresywną, radykalną, fundamentalną, fanatyczną odmianą, czy też częścią, z której wywodzą się terroryści, bojówkarze i ci, dla których opresja i przemoc jest jedyną (konieczną) formą sprawowania rządów.

*

Należy pamiętać, że tzw. „historyczna narracja” jest niczym innym jak interpretacją historii. I jest jednak niezbędna, bo bez niej historia byłaby nielogiczna, a tym samym – bezsensowna.
Nie istnieje więc coś takiego, jak obiektywizm w historii. Jednakże warto przy tym pamiętać, że subiektywizm nie jest jednoznaczny z manipulacją czy nawet stronniczością. Wiąże się bowiem z czymś czego nie da się uniknąć: czasem, w którym poznaje się historię, miejscem w jakim to się robi, i wreszcie z kulturą, której kodem się ktoś posługuje, opisując świat i opowiadając (interpretując) historię.

Warto przy tym pamiętać o innym, bardzo ważnym czynniku, który rzutuje na to, w jaki sposób postrzegamy (a także poznajemy i interpretujemy) historię: nasz własny charakter, preferencje, światopogląd, przekonania, skłonności… etc. Wszystko to wzmacnia subiektywizm – a stąd złudzenie, że tylko my dochodzimy do prawdy i tylko nasze postrzeganie historii jest słuszne.

*

Wydaje się nam, że sięgamy wzrokiem gwiazd, gdy tymczasem nie widzimy dalej, niż czubek naszego nosa

*

Paradoks śmierci polega również na tym, że jest ona wszędzie i nigdzie. Jest nieuchwytna, a kiedy już jest uchwytna (a raczej kiedy ona nas schwyta), to dla nas już jest za późno, by zrozumieć jej doświadczenie.
Wszyscy śmierć sprawdzają – prędzej czy później – na swojej skórze, ale jak dotąd, nikt się jeszcze nie podzielił z nami tym doświadczeniem (ci, którzy to robią, zaledwie o śmierć się otarli).

*

„Jeżeli Stwórca Wszechrzeczy umieścił nas w swoim planie, to wierzę, że po ziemskiej drodze dalej będziemy kroczyć po alejach Wszechświata.”

No właśnie, to byłoby dziwne (i marnotrawne) stwarzać takie cudowności – zwłaszcza istoty żywe, czujące i myślące, które same zdolne są do tworzenia – i nie zrobić przy tym żadnego back-up’u.

*

Tylko wtedy, kiedy antropomorfizujemy śmierć, możemy o niej powiedzieć coś „ludzkiego”. Jak np. to, że jest „mądra” albo „głupia”. Ale przecież śmierć istnieje w wielu wymiarach: od biologicznego, po kulturowy.
Nas śmierć obchodzi (zwłaszcza emocjonalnie) najbardziej w tej sferze osobistej – zwykle w relacji z osobami nam najbliższymi, no i oczywiście – jako doświadczenie kluczowe naszej własnej egzystencji.
I jest nierozerwalnie związana z życiem – stąd też te nasze oświadczenia, że „Dzień Zmarłych” nie jest świętem śmierci, a życia.
Bez śmierci możliwe byłoby istnienie, ale nie życie. Kamień istnieje wiecznie, ale nie żyje. Człowiek żyje, więc musi umrzeć. Ale czy nie może później istnieć – już bez śmierci – w innym wymiarze? Oto jest pytanie.

*

Ceremoniały i rytuały są nieodłącznym elementem naszej kultury. Mają swoje znaczenie i sens – pełnią określoną funkcję. Inną sprawą jest to, jak każdy człowiek podchodzi do nich indywidualnie, co one rzeczywiście znaczą dla niego samego. Dla kogoś może się to wiązać z głębokim duchowym przeżyciem, dla kogoś innego być tylko zwyczajowym, płytkim, bezrefleksyjnym, rutynowym, „stadnym” zachowaniem.

Z tradycją jest tak, jak z każdą inną ideologią, mitologią, wizją historii: można jej użyć zarówno w dobrym, jak i złym celu. Niemniej jednak tradycja jest niezbędna do zachowania pewnej ciągłości historycznej, pewnego ładu, stabilizacji – również tożsamości (nawet jeśli nie narodowej, to kulturowej, cywilizacyjnej).

Pisząc o potrzebie tradycji mam raczej na myśli społeczeństwo, a nie jednostkowego człowieka, a tym bardziej siebie, gdyż sam z tradycją jestem raczej luźno związany – choćby z racji tego, że od ponad dwudziestu lat mieszkam poza granicami kraju i jednak lekkie dotknięcie kosmopolityzmu na własnej skórze poczułem – choć przecież polskiej tożsamości nie mógłbym się wyzbyć, nawet gdyby tego chciał.

Tradycja według mnie nie musi być czymś niezmiennym, a tym bardziej skostniałym. Dobrze jest, jeśli jest do pewnego stopnia elastyczna, podlega ewolucji – bo to jej zapewnia ciągłość i pozwala dotrzymać kroku zmieniającym się czasom. Tym sposobem nie jest ona wrogiem postępu, jak uważają niektórzy, a zapewnia temu postępowi pewną ciągłość.

*

Należy odróżniać tradycję od konserwatyzmu. To są jednak różne pojęcia – i każde oznacza co innego. Zarówno tradycja, jak i konserwatyzm nie są wrogami (ani nawet nie muszą być przeszkodą) postępu, zapewniając niejako bardziej płynne przejście społecznym przemianom. Konserwatyzm (a właściwie jedna z jego odmian – bo jest ich kilka) wyrósł z przekonania, że te przemiany powinny odbywać się ewolucyjnie, a nie wskutek radykalnych („postępowych”) ideologii, które przecież, jak pamiętamy (vide: komunizm, a nawet – wcześniej – prąd „oświeceniowy”) stały się przyczyną morderczych społecznych katastrof.
W tym sensie, zarówno tradycja, jak i konserwatyzm mogą być (i są) „elastyczne”.
Warto zaznaczyć, że ideologie, które chcą radykalnie zastąpić tradycję (i zwalczają przy tym konserwatyzm) same są (stają się) bardzo mało elastyczne, wręcz apodyktyczne. Z tego choćby względu nie jestem zwolennikiem rewolucji.

Swego rodzaju ideologią jest również totalny permisywizm, który bardzo skutecznie rozwadnia całe społeczeństwo, godząc przy tym w jego podstawy.

*

Mam jednak wielkie opory, jeśli ktoś mnie zmusza do jednoznacznego określenia się: jesteś wierzący, czy niewierzący, religijny czy agnostyk, tradycjonalista czy postępowiec, konserwatysta, czy liberał… etc.
Mam opory, bo według mnie wiąże się to z przyklejeniem etykietki, która na swój sposób człowieka pęta i ogranicza. To dlatego nigdy nie zapisałem się do żadnej partii, ani nawet stowarzyszenia, które głosi takie a nie inne zasady, postulaty. To dlatego nie uważam się ani za demokratę, ani za republikanina – podobnie nie czuję się związany z żadną z tych partii, choć mam oczywiście swoje sympatie i widzę większą zbieżność moich poglądów z niektórymi ruchami politycznymi.
Innymi słowy: to kim jestem, wykracza jednak poza jednoznaczne określenia, przypisujące ludzi do takiej czy innej opcji społecznej czy politycznej.
Dzięki temu czuję się mniej skrępowany i mogę myśleć samodzielnie – to mi daje pewną wolność, poczucie niezależności. Dzięki temu nie muszę też świecić oczami, kiedy moje (ewentualne) stronnictwo się kompromituje.

*

Jesteśmy tylko jednym z niezliczonych elementów Wszechświata, ale takim, jaki wydaje się zawierać (i kreować?) w sobie cały – osobny i niepowtarzalny – świat.
Czy ten świat ginie wraz ze śmiercią człowieka? Oto jest pytanie.
(Jeśli nie ginie, to człowiek jest nieśmiertelny – tym sensie, że jego ziemska” śmierć” nie jest jego końcem, ale pewną transformacją – bo na pewno po śmierci człowiek przestaje być człowiekiem.)

*

Czego chcemy a czego nie chcemy?
Czy kiedy nie chcemy, to chcemy (nie chcieć)?
Czy na pewno, kiedy chcemy, to naprawdę MY tego chcemy i czy rzeczywiście chcemy?

Ostatecznie, wychodząc poza te zawiłości, można skonstatować: ponownie dotykamy tutaj problemu wolnej woli i determinizmu.

Czy nie jest po prostu naszym złudzeniem to, że jesteśmy czymś osobnym, indywidualnym? Czy nasza alienacja nie jest owym złudzeniem konsekwentnie doprowadzonym do końca?

*

Jakie jest nasze prawdziwe oblicze? Chyba jednak ukryte jest pod maską – za zasłonami i kotarami, które tkamy i rozwieszamy.
Tyle, że zdarcie ich, odkrycie, nie gwarantuje tego, że odsłoni się od razu prawdziwe oblicze – bo np. pod jedną maską może być następna, pod jedną zasłoną – druga… itd. Wtedy wydaje się, że człowiek składa się z samych masek – i sam już nie wie kim jest naprawdę.
Wobec tego może nawet sądzić, że owe maski składają się na jego prawdziwe oblicze – bo innego nie zna.

*

Usiłowanie uchwycenia istoty naszego Ja, przypomina łapanie wiatru. Choć wierzę, że istnieje w nas jakieś (twarde?) jądro, które jest niezmienne – i że właśnie ono stanowi o naszej tożsamości – czyli o tym, że ja to ja, a nie kto inny.

To prawda, większość z nas prowadzi – samymi z sobą – dialog nieustanny.
Który głos bierze górę (i dlaczego?) – to jest chyba Tajemnica niezgłębiona (naszego charakteru i osobowości), która ma zapewne związek z tym naszym własnym jądrem tożsamości, stanowiącym nasze prawdziwe Ja.

*

Między zawsze i wszystko a nigdy i nic rozpięte jest nasze życie.
Śmierć to rozstrzygnie: będzie zawsze i wszystko, czy nigdy i nic?

*

Jeszcze przed Frommem było wiadomo, że człowiek ucieka od wolności. To po pierwsze. Po drugie: wolność absolutna nie istnieje – każdy człowieka pozostaje zniewolony na różne sposoby, choć wydaje się, że jest wolny.
W sumie wynika z tego paradoks: ucieczka od wolności, której się nie posiada.
Czy więc – zważywszy na powyższe – człowiek nie zamienia jednego zniewolenia na drugie?

*

Wydaje się nam, że uzyskaliśmy wolność, a w rzeczywistości poddajemy się innym rodzajom zniewolenia.

*

„Przyzwoitość” to obecnie bardzo wstydliwe określenie – częściej bywa tak, że ludzie bardziej wstydzą się przyzwoitości, niż nikczemności. Innymi słowy: wolą jak postrzega się ich jako sukinsynów, niż jako dobrego człowieka. (Może dlatego, że większość z ludzi odczuwa większy respekt przed złem, niż przed dobrem?)

*

Archetypy są naszą próbą – niekiedy desperacką – ponownego zjednoczenia się ze światem, także z innymi ludźmi. Są tęsknotą za powrotem do Oceanu – do Jedni Wszechświata (to czuli doskonale – a może też i rozumieli? – ludzie, mistycy Wschodu).
Dzięki archetypom łagodzimy naszą niepewność.
Za pomocą archetypów chcemy pokonać samotność (także w tym szerszym wymiarze egzystencjalnym) – wyciszyć lęk związany z zagubieniem w świecie.
Chcemy, by archetypy służyły naszemu poznaniu. Ale czy są one naszą wiedzą?
I czy w ogóle mogą być naszą wiedzą?

*

Osoba niewierząca nie doświadcza uczuć religijnych i metafizycznych. Jeśli tego doświadcza, to w tym samym momencie staje się religijna. Przy czym religijność rozumiem tu jako zdolność do przeżywania uczuć metafizycznych, a nie identyfikowanie się z religijnością doktrynalną, czy przynależność do określonej religii, kościoła.

Siłą rzeczy ktoś, kto uważa się za ateistę, musi być jednocześnie materialistą, który nie jest w stanie doznawać uczuć metafizycznych.
Ateizm wyklucza religijność, materializm – metafizykę.

*

Wydaje mi się, że im wyższy – jak ktoś to nazwał – „współczynnik unikania niepewności” (w człowieku, społeczeństwie), tym większa kryje się za tym niepewność.
Paradoksalnie, w kulturach o niskim współczynniku unikania niepewności, wie się więcej – mimo, że łatwiej jest się tam przyznać do tego, że się nie wie.
Z tego można wyciągnąć wniosek, że im większą wiedzę posiadamy, tym bardziej odważnie możemy się przyznać do naszej niewiedzy.

*

„Przekonywanie nawiedzonych nie może być skuteczne” – usłyszałem niedawno w jednej z dyskusji.
To prawda. Podobnie:
– przekonywanie przekonanych nie może być skuteczne
– przekonywanie myślących schematami, według określonej ideologii (po linii partyjnej, układu, grupy interesów.. etc.) nie może być skuteczne
– przekonywanie głuchych i ślepych na wszelkie argumenty, (którzy albo udają, że ich nie widzą; albo ich widzieć nie chcą; albo widzą, tylko je ignorują…) nie może być skuteczne…

To właśnie dlatego nasze dyskusje przypominają czasem bicie piany, rzucanie grochem o ścianę, okopywanie się na swoich pozycjach, wołanie na puszczy, obronę własnego zdania jak niepodległości… i niemal nigdy niczego nie rozstrzygają.
Dlaczego? Może dlatego, że tutaj – podobnie jak z tym łapaniem zajączka – nie chodzi o przekonanie, tylko o samo przekonywanie – mówię (piszę) więc jestem (bo wydaje mi się, że mówienie i pisanie wynika z mojego myślenia)?

Ostatecznie wszystko rozbija się o siłę naszych szańców, czyli zależy od mocy i realnej skuteczności struktury, w którą jesteśmy – chcąc nie chcąc – wpisani i której jesteśmy cząstką. Nie mają przy tym w zasadzie większego znaczenia fakty, prawda, sprawiedliwość…
Nasz świat jest ścieraniem się idei – a idee wcale nie opierają się na faktach, tylko są tych faktów przedstawieniem i interpretacją. A interpretujemy zwykle tak, jak chcemy (lub musimy). Z kolei przedstawiamy sobie tylko tak, jak możemy (a to wskutek naszych ograniczeń).

*

Nasza psychika (funkcjonowanie mózgu) nie nadąża ewolucyjnie za zmianami cywilizacyjnymi człowieka (choćby za tym, że żyje on w coraz bardziej sztucznym środowisku). Stąd wysyp wszelkiego rodzaju fobii, które są niczym innym jak próbą samoobrony organizmu przed tymi gwałtownymi zmianami – także skutkiem naszej dezorientacji w otaczającym nas, coraz bardziej skomplikowanym świecie.

*

Możliwe, że istnieje jakaś konkretna przyczyna tego, iż tylko w niewielkim stopniu wykorzystujemy możliwości swojego mózgu.

Może taka, że pozwala nam to na utrzymanie się na powierzchni – fizyczne przetrwanie naszego organizmu?
Ale co z „obsłużeniem” tego, co wynosi nas ponad świat zwierzęcy (kultura, „człowieczeństwo”, sztuka)? To ostatnie zmusza nas (zachęca?) do sięgania głębiej – poza próg naszej świadomości.
Nadmiar bodźców, wrażeń, informacji mógłby nas po prostu zabić.

Mózg jest niesamowitym urządzeniem. Ciekaw jestem, czy kiedyś w jakiś sposób zdołamy wykorzystać jego pełne możliwości (jednakże, wydaje się, że jeśli tak się stanie, to możliwe będzie to tylko dzięki technice). „Drzwi percepcji” mogą się wówczas otworzyć na oścież. Kto wie? Może dotkniemy wtedy nieskończoności, może nawet wieczności (nieśmiertelności?) Może oślepniemy? Albo wręcz przeciwnie: doznamy ultymatywnego olśnienia?

*

Kontestację własnej kontestacji też już mam za sobą. Teraz to jest… może nie tyle obojętność, co… nie wiem jak to nazwać… wyrozumiałość? Także zaprawiona pewną łagodnością. Myślę, że po czasie potrafię spojrzeć na to wszystko (młodzieńczy bunt, kult poety przeklętego) bardziej spokojnie i chyba jednak szerzej – z różnych perspektyw i umieszczając to w innych kontekstach. Może na tym polega jakaś większa… hm… przepraszam za to słowo – dojrzałość?

*

Ot, co znaczy sugestia i fama geniusza: ludzie widzą w nim to, co chcą widzieć i zachwycają się tym (czasem nawet szczerze), czym chcą się zachwycić. To, jaki w rzeczywistości jest obiekt kultu i zachwytu, jest sprawą drugorzędną.

*

Życie w dużej mierze polega na zachowywaniu pozorów. Kto tego nie robi często staje się trędowaty, albo… czczony i święty – tyle, ze najczęściej na zasadzie pomyleńca bożego, wariata…

*

Tak naprawdę obchodzimy tylko tych ludzi, którzy są z nami rzeczywiście – rodzina, bliscy, przyjaciele – ci, którzy nam dobrze życzą, są gotowi do pomocy, współczują… Cała reszta – zwłaszcza ta wirtualna – to powierzchowność, często poza, gra pozorów, tymczasowość i dorywczość.
Wydaje mi się, że to właśnie uwaga jaką poświęcamy drugiej osobie, jest warunkiem koniecznym zarówno miłości, jak i prawdziwej przyjaźni.
Ale uwaga – a raczej życie uważne – jest także niezbędne do tego, żeby pełnie, rozumnie i dogłębnie odbierać świat w jakim żyjemy. (To brzmi trochę po kaznodziejsku, ale czy można temu zaprzeczyć?)
Jednak czy taka uważność jest powszechna? Wątpię. Większość z nas żyje nieuważnie, pośpiesznie, powierzchownie… mamiąc się złudzeniami, zadowalając się namiastkami, otumaniając (uśmierzając) używkami, rozrywając zabawkami, wypełniając pustkę rzeczami, gadżetami, głupotkami i bzdetami… przytłoczona rutyną, bylejakością, prowizorką, nudą i szarością życia, wreszcie: swoimi dolegliwościami i wszelkiego rodzaju troskami.

*

To brzmi jak oklepany frazes, ale rzeczywiście to Miłość jest w życiu najważniejsza (i różne jej przejawy, jak np. przyjaźń, pasja czynienia czegoś dobrego i wartościowego, poświęcenie dla drugiego człowieka… etc.) Wszystko inne – majętność, rozkosze cielesne, dogadzanie sobie, konsumpcja, hedonizm, otaczanie się rzeczami, pogoń za władzą i bogactwem – prędzej czy później objawi swoją pustkę i daremność, marność, pogoń za chimerą… Tylko Miłość (i związana z tym wiara w coś, co jest transcendentne, wyższe ponad nagi byt nasz zwierzęcy) – nawet jeśli jest iluzją – dostarczyć może człowiekowi poczucie sensu i spełnienia.
Piszę to z pełną świadomością tego, że może to zostać wzięte za patos, może nawet banał. Ale są w życiu człowieka takie momenty (ja chyba jestem właśnie w takim), kiedy to objawia się jako prawda bezdyskusyjna, wręcz absolutna – wyczuta i przeżywana całą naszą istotą, jestestwem.

*

„Głos wołającego na pustyni” (we wcześniejszych przekładach Biblii było „puszczy”) to oczywiście metafora.
Można wołać będąc wśród tłumów i nikt nie zwróci na to uwagi, bo każdy woła swoje. Puszczą (pustynią) może być nawet tysięczne audytorium, które nie zwraca na ciebie – i na to co mówisz (wołasz) – żadnej uwagi. To jest ta ludzka samotność w tłumie – wśród ludzkiej rzeszy, której jesteś zupełnie obojętny – i która jest obojętna na to, co chcesz przekazać (czasem nawet wykrzyczeć) światu.

*

Pustynia, mimo wszystko, kojarzy mi się z przejmującą ciszą.
Innymi słowy: ona dla mnie brzmi ciszą.
To także skwar, który pochłania wszystko i powoduje, że obraz pustyni drży i faluje – jakby gotów był do odpłynięcia gdzieś w inne wymiary przestrzeni i czasu. A przez to rzeczywistość, która cię otacza, zaczyna wydawać się mirażem.

*

Wierzący – niewierzący. To nie ma nic do rzeczy. (Cóż to w ogóle znaczy „wierzący” albo „niewierzący”? Wierzący, niewierzący – w co?). Ważne jest to, czy jesteś człowiekiem wrażliwym czy nie, to jaki jest Twój stosunek do innych ludzi, czy jesteś ciekawy świata i otwarty, niezasklepiony w swoich „jedynie słusznych” i „prawdziwych” przekonaniach…

*

Często wpatrując się w horyzont, oczekując na jakieś objawienie (czegoś dalekiego a nieokreślonego), umyka nam to, co jest blisko nas i dostępne, na wyciągnięcie ręki, a my jesteśmy na to ślepi, lub tego nie cenimy (nie znamy wartości).

*

Rzeczywistość – czyli to, jak się rzeczy jawią – jest przez każdego z nas postrzegana inaczej. Wyobraźnia pomaga nam w uchwyceniu tego obrazu, ale jest też źródłem naszych iluzji.

*

Wydaje mi się, że ateiści i wierzący przebywają na dwóch różnych poziomach i dlatego trudno jest się im porozumieć. Nie mogą przyznać sobie nawzajem racji, bo wtedy zarówno ich ateizm, jak i wiara w Boga stałyby się zakwestionowane przez nich samych.

To prawda, że w dzisiejszych czasach znacznie więcej ludzi traci wiarę, niż się nawraca. Ale to również dlatego, że utrata wiary jest czymś biernym (choć niektórzy ludzie przeżywają to tak, jakby ich niebo stawało w płomieniach), natomiast nawrócenie wymaga znacznego wysiłku, może nawet czegoś w rodzaju wewnętrznej rewolucji.

*

Nie wiem, czy słowo umiera. Ale na pewno umrze wraz z człowiekiem (chodzi mi oczywiście o gatunek, a nie o jednostkę – bo akurat po śmierci niektórych pisarzy ich słowo „żyje” nadal).
Z tym, że jednak pozostanie (na Ziemi) inny sposób porozumiewania się – ot, choćby między szczurami, czy nawet owadami.

To prawda, słowa ożywają tylko w naszej głowie. Jeśli nie trafią tam na podatny grunt, to nawet nie zakiełkują. Lecz, niestety, sporo jest jednak umysłów jałowych (leniwych) – i właśnie przez to słowa pozostają martwe.
Może właśnie dlatego nasza kultura staje się kulturą obrazu? Zrozumienie słowa wymaga bowiem pewnej aktywnej inter-reakcji (myślenia), obrazy zaś przyjmujemy biernie – one jak gdyby zwalniają nas od myślenia, nie wymagając już takiej uwagi. Obrazem więc można obecnie jeszcze bardziej (skuteczniej) indoktrynować ludzi (manipulować nimi), niż słowem. Propaganda też nam się „zobrazkowała”.

*

Będąc blisko drugiego człowieka, zwykle wyczuwamy, czy jego słowa płyną z serca – a tym samym: czy są szczere.
Czasem jednak słowa są zbędne. Wtedy wystarczy gest, czyjaś dłoń, spojrzenie, dotyk – poczucie czyjejś bliskości.
Ta mowa nie tylko ciała ale i duszy.

*

Być może, że przebaczając komuś „niewybaczalną” zbrodnię, oprócz tego, że rezygnujemy z zemsty, (która zwykle mnoży Zło tego świata) to pozbawiamy się nienawiści, która jest przecież Złem, jakie zżera nienawidzącego (bo skrzywdzonego niewyobrażalnie) człowieka. Czyli – zarówno w jednym, jak i drugim przypadku – Dobro powstaje już przez rezygnację ze Zła, ale też z niezgody na jego powielenie.
Ale to są jakieś aksjologiczne, filozoficzne dywagacje, którymi można się bawić patrząc na pewną sytuację – i ludzi w nią uwikłanych – z zewnątrz. Bo ci, którzy wybaczają, w takie kombinacje etyczne się nie wdają, tylko dokonują wyboru, zazwyczaj zgodnie z własnym sumieniem oraz charakterem – intuicyjnie kierując się czymś w rodzaju przyzwoitości, którą odnajdują w sobie.
Nie jestem jednak pewien, czy to jest ich wybór – czy ich decyzja nie jest zdeterminowana czymś, co jest silniejsze od nich samych – przez coś, na co oni nie mają wpływu. Jeśli tak, to balans Zła i Dobra na świecie jest czymś niezależnym od ludzi, od ich wolnej woli. A to jest konstatacja raczej pesymistyczna, bo wskazuje na to, że nie jesteśmy w stanie nie tylko wyeliminować Zła, ale nawet zmniejszyć jego ilości w świecie, nie wspominając o tym, że jest także – paradoksalnie – achrześcijańska.

*

Nie do końca jestem przekonany o tym, że dysponujemy wolną wolą. Ale wiem, że jeśli nią nie dysponujemy, to nasze człowieczeństwo nie ma sensu, bo zrównujemy się wtedy z materią zdeterminowaną ściśle określonymi prawami, od których nie ma odstępstwa nawet na jotę. Wtedy nie jesteśmy niczym wyjątkowym we Wszechświecie i nie różnimy się właściwie niczym od zwykłej skały czy nawet powietrza.
Trudno żyć z taką absurdalną świadomością. Ale nie tylko dlatego skłaniam się do uznania, że człowiek posiada jednak wolną wolę. Mało tego: sam tworzy nowe jakości w materialnym skądinąd świecie. Redukcja do materii nie wytrzymuje jednak konfrontacji z tym, co w świecie nazwać można duchowością, która jest wobec materii czymś nadrzędnym.

*

Reakcja otoczenia ma ogromne znaczenie dla człowieka chorego na nowotwór. Chodzi o przezwyciężenie… strachu przed taką osobą, który często maskujemy za ostentacyjnymi gestami poparcia dla niej, przy jednoczesnej chęci ucieczki od tego, żeby nie być blisko cierpienia z obawy… nie wiem… przed tym, żeby się tym cierpieniem nie zarazić? Żeby nie psuło nam dobrego humoru, optymizmu – żeby nie przypominało, że i my możemy się znaleźć w takiej samej sytuacji?
Jest też sprawa stygmatyzacji człowieka chorego na raka – bo on sam staje się często w oczach innych takim chodzącym rakiem.

Wygląda na to, że mamy kłopoty ze zrozumieniem tego, że nawet jeśli kogoś dotknęła ta choroba, to jest on w stanie prowadzić normalne życie – że może się on nawet czuć człowiekiem szczęśliwym.

*

Stwierdzenie tego, że myślimy, iż śmierć dotyczy innych, ale nie nas samych, odnosi się zwłaszcza do ludzi młodych. Bo przecież to inni umierają, a nie my.

*

Odróżniałbym wiedzę o tym, że musimy umrzeć, od świadomości tego, tzn. od głębokiego uświadomienia sobie własnej śmiertelności, którego zwykle doświadczamy, kiedy sami umieramy, lub umiera ktoś, kogo kochamy. W przeciwnym razie śmierć wydaje się pewną abstrakcją, choć przecież wiemy, że jest faktem – że jeśli ktoś się urodził to musi też umrzeć.

Życie, dopóki trwa, jest w pewnym sensie „impregnowane” na śmierć.

*

Miłość istnieje. Bez względu na istnienie czy nieistnienie Boga.

*

Seks jest doznaniem rzeczywistym, ale już erotyzm takim być nie musi, bo choć jest odczuwalny, to może być czymś ezoterycznym, „wyobrażonym” – związanym nie tylko z naszymi zmysłami, ale i z myślą.

*

Siłą rzeczy mój związek z malarstwem jest inny, niż związek z literaturą, a ten z kolei inny, niż związek z filozofią. Nie wiem czy jest sens porównywać te relacje na “siłę”, bo każda z nich ma inną naturę – tak, jak inną naturę mają malarstwo, literatura, filozofia…
Malarstwo, siłą rzeczy jest bardziej sensualne (więc inaczej oddziałuje na naszą wrażliwość) – literatura pobudza wyobraźnię (zanurza nas w świecie języka), filozofia zaś bardziej intelekt (zmuszając do myślenia analitycznego). Zresztą, w różnych okresach życia, moje zainteresowanie na tych polach miało inną – że tak powiem – intensyfikację. A jeśli już tego miałem dość, to uciekałem nad morze lub w góry, czasem nawet na pustynię.

*

Odnoszę wrażenie, że wartość artystyczna, (którą rzeczywiście trudno „wymierzyć”, bo granice „artyzmu” nie mogą być jednak wyraźnie oznaczone) nie jest czymś arbitralnym (tzn. nikt z całą pewnością nie może jej ustalić). Ale można ją (przynajmniej starać się) określić za pomocą zarówno naszej wiedzy, jak i intuicji czy wrażliwości. (Tak więc nasz „gust” też musi mieć w tym swój udział.)
Ale przede wszystkim: wartość artystyczna nie może być czymś do końca arbitralnym, bo jest osadzona w ludzkiej kulturze – to zakłada jej pewien obiektywizm (pewne wartości kulturowe musimy uznać za „niezbywalne”, bo w przeciwnym razie będziemy dokonywać negacji tej kultury).

To, że można coś zbudować po zniszczeniu fundamentów naszej kultury i cywilizacji (nulifikując niejako wszystkie jej wartości) jest mrzonką. W tym sensie tradycja (wliczając w to klasyczne kanony) jest dla nas ważna – bo zapewnia ciągłość kulturową, bez której nastąpiłby chaos, który moim zdaniem jest antytezą sztuki. Oczywiście nie zaprzecza to istnieniu ewolucji tej sztuki – a nawet radykalnych „przeskoków” estetycznych i ideowych (jakimi były np. impresjonizm, czy wszelkie „izmy” modernistyczne). Warto przy tym zauważyć, że np. Van Gogh, (którego dość powszechnie uznaje się za prekursora malarstwa modernistycznego), jak i Picasso, (który przez wielu uznany został za największego artystę XX wieku) – czyli, jak by się wydawało, wielcy rebelianci sztuki – wyrażali szacunek dla mistrzów z przeszłości, (którzy notabene wypowiadali się za pomocą zupełnie innej estetyki i stosowali inny kanon artystyczny, niż oni sami).
Dla mnie dezynwoltura współczesnych „artystów”, którzy odrzucają cały dotychczasowy dorobek w sztuce, jest nie do przyjęcia.

*

Skoro dosłowność w poezji nie działa na jej korzyść, to czy warto artykułować niektóre myśli wprost i bez ogródek? Być może z tego bierze się lawirowanie poetów: niby to chcą pisać w swoich wierszach prawdę i tylko prawdę, ale tak, żeby się przy tym zbytnio nie „odsłaniać”.
Dla mnie to jest pewien rodzaj asekuracji. Choć rzeczywiście często wymusza to na nich nie tyle obawa przez ekshibicjonizmem, co sama forma, styl i konwencja. Poza tym, mówienie o czymś wprost, może się czasami niebezpiecznie ocierać o prostactwo czy wulgaryzm.

*

Musimy się liczyć z tabu, jakim jest wypierana przez nas świadomość przynależności do świata zwierzęcego – naszego uwikłania w biologizm i fizjologię…
Niby każdy inteligentny człowiek to wszystko wie, ale jednak wiedzę tę (świadomość) niejako separuje od tego, co uznaje za własne człowieczeństwo, umieszczając owe aspekty animalne np. w czystej domenie nauk biologicznych czy medycyny. A przecież mają ona na nas wpływ codziennie, mieszają się z naszym człowieczeństwem dosłownie w każdej chwili – więc jednak nie dają się tak łatwo od siebie oddzielić i podobne myśli mimo wszystko powracają do nas co rusz – czy tego chcemy, czy nie chcemy).

*

Naturalnie, że pisząc do szuflady trafiamy w pustkę – czyli do „nikąd”. Dopiero wtedy, gdy coś, co stworzymy (napiszemy, sfotografujemy, skomponujemy… etc.) znajdzie oddźwięk w drugim człowieku, to zaczyna to żyć, czyli tak naprawdę – istnieć. Tak, jak stwierdził kiedyś Berkeley: Esse est percipi (istnieć, to znaczy być postrzeganym). Odnosi się to zresztą nie tylko do tego, co tworzymy, ale i do nas samych (stąd zatrzęsienie wszelkich blogów, stron fejsbukowych i innych sposobów autoprezentacji.

*

Ludzie oczekują powtarzalności (w kulturze, sztuce), bo głaszcze im to utarte kanały percepcji. Tak naprawdę jest to ucieczka przed refleksją i głębszą myślą – jedna z cech masowej konsumpcji.
Cóż, jako gatunek, jesteśmy pochłaniaczami i przeżuwaczami trawiącymi w kółko tę samą karmę.
A jak to wpływa na nasze myślenie?

*

,,Człowiek urodził się buntownikiem, a czy buntownik może być szczęśliwy? ”
(Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow)

Nie, buntownik nie może być szczęśliwy.
Być może głównym powodem tego, że jest buntownikiem jest to, że jest nieszczęśliwy.

Zrewidowałbym jednak to stwierdzenie Dostojewskiego, bo według mnie nie każdy człowiek rodzi się buntownikiem. Wręcz przeciwnie: zdecydowana większość ludzi rodzi się konformistami.

*

Ktoś mówi: „To, co dobre, wiemy bez kultury, religii i nauki, a ‘zdobycze’ kulturalne, religijne I naukowe często tylko ograniczają nas.”
Trudno mi się z tym zgodzić. Bo jeśli tego, co dobre (i złe) nie wiemy od kultury, religii i nauki, to skąd mamy to wiedzieć? Nawet jeśli my sami decydujemy o tym, co dobre a co złe, to zawsze to będzie się odbywało w odniesieniu do kultury (wliczając w to naukę i religię).

Trudno sobie wyobrazić istnienie jakiejkolwiek kultury bez kodeksu etycznego (podobnie jest z religią). Człowiek nie może funkcjonować w społeczności bez moralności. Innymi słowy: bez zasad, norm moralnych i obyczajowych niemożliwe byłoby powstanie żadnego społeczeństwa.

Nawet jeśli nie kierujemy się systemem etycznym danej religii (czy społeczności), to jednak sami musimy stworzyć swój własny system etyczny – sami musimy niejako „wyczuwać” co jest złe, a co jest dobre – i wedle tego „osobistego”, wewnętrznego systemu starać się postępować, być mu niejako wiernym (sumienie).

Tak czy owak, gdybyśmy nie rozróżniali zła od dobra, żylibyśmy jak zwierzęta.

W każdą kulturę, którą tworzy człowiek wpisana jest moralność. Śmieszą mnie próby udowadniania przez niektórych „wyzwolonych”, że są oni wolni od jakichkolwiek moralnych zobowiązań – także tych narzuconych im przez społeczeństwo, a nawet przez religię (mimo, że uważają siebie za ludzi nie związanych z żadną religią).

*

To prawda, że człowiek określa moralność. Słuszne jest też stwierdzenie, że „moralność określa człowieka”, ale w sensie odniesienia do tego, co kwalifikuje człowieka jako człowieka, a nie stopnia jego człowieczeństwa. Bo w takim przypadku człowiek niemoralny przestałby być człowiekiem.

Naturalnie, człowiek nie przestaje być człowiekiem nawet wtedy, kiedy jest amoralny – ba, nawet wtedy, kiedy jest zbrodniarzem. Ale czasem mówi się o „człowieczeństwie” jako pewnym wzorcu, może nie tyle idealnym, ale wyznaczającym pewne standardy przyzwoitego, dobrego – właśnie „ludzkiego” – zachowania, pewnej solidarności z innymi ludźmi, nie krzywdzenia innych, poszanowania drugiego człowieka a nie pogardzania nim, także okazywania miłosierdzia czy empatii… Większość z nas jednak wie jakiego człowieka można nazwać dobrym człowiekiem. Wynika to z pewnego uniwersalizmu norm moralnych, jakie mimo wszystko ludzie ze sobą dzielą.

*

Oto słyszę, że bycie piękną kobietą to „w jakimś sensie przekleństwo”.
Wprawdzie uroda kobiety mimo wszystko jest (powinna być) jej atrybutem drugorzędnym, to jednak częściej tzw. „brzydota” bywa dla kobiety przekleństwem, niż uroda.
Zresztą – czy to ze względu na nasze poczucie taktu, czy to ze względów „poprawnościowych” – unikamy mówienia o „brzydocie” pewnych kobiet. Przejawia się to np. w powiedzeniach typu: „nie ma brzydkich kobiet, są tylko zaniedbane”, ale i tak wszyscy wiedzą, że to eufemizm.
Koniec końców, mówienie o kobiecej urodzie ma w sobie komponent albo erotyczny, albo estetyczny (zwykle się one ze sobą łączą, przy czym, jak mi się wydaje, może istnieć komponent estetyczny bez erotycznego, ale już odwrotnie chyba być nie może). A przecież jest ona przede wszystkim człowiekiem. Zaś istota człowieczeństwa nie opiera się ani na erotyce, ani na estetyce.

To prawda, że wszystkie kobiety są piękne i wyjątkowe na swój sposób. Ja również widzę piękno nawet w tych starych kobietach, których twarze poryte są zmarszczkami. Kiedyś moja znajoma – komentując moje zdjęcia ludzi Peru – zwróciła uwagę m.in. na peruwiańską staruszkę w niebieskim, spiętym agrafką, znoszonym swetrze i na kwiatek, którym przyozdobiony był jej kapelusz. Zacytuję tutaj jej słowa: „Od zawsze fascynowała mnie ludzka twarz i dłonie. Na ich podstawie i na podstawie analizy obuwia można dużo o człowieku powiedzieć. Troszkę nijak ma się moja wiedza do ludzi kraju środka i innych egzotycznych kultur. Tu, w budowie psycho-portretu obuwie jest już nieistotne, a kanony piękna, poczucia estetyki zawodzą. Wszystko jest odmienne. Odnosząc się do europejskich kanonów piękna, kobieta z owieczką wydaje się być brzydka. Tylko spódnica przeważyła pogląd co do jej płci, bo miałam poważne wątpliwości. Ale czy może być brzydkim ktoś, do kogo tak ufnie lgnie zwierzę? Jakim niezwykłym musi być człowiekiem. A stara kobieta z kwiatkiem w kapeluszu. Czy można być brzydkim tylko dlatego, że jest się starym? I pytanie: czy jest starym ktoś, kto ma jeszcze potrzebę i fantazję upięcia kwiatu do kapelusza?”

*

Czy w obrębie pop-kultury mogą powstawać dzieła sztuki?
Moim zdaniem tak.
Czy pop-kultura może być czymś pomocnym w diagnozowaniu pewnych głębszych zjawisk społecznych i politycznych?
Jak najbardziej.

Ale tak, jak masowość, powierzchowność, miałkość, bezrefleksyjność, stadność, tandeciarstwo, płycizna, niewyrafinowanie, plebejskość pop-kultury tworzy aurę (środowisko, topos), które raczej nie sprzyjają (nie inspirują, nie dopingują) do tworzenia prawdziwych (wybitnych) dzieł sztuki, tak te same cechy i właściwości pop-kultury nie tworzą zbyt solidnej podstawy dla badań nad rzeczywistym status quo politycznym czy społecznym danego kraju, regionu czy świata.
Co chcę przez to powiedzieć?
Otóż to, że pop-kultura jest w sumie czymś mało „poważnym” (a już na pewno niewystarczającym) do ogarnięcia, zrozumienia i opisania prawdziwych problemów współczesnego świata.

*

Niestety, zbyt często subiektywizmem zasłaniamy tylko nasz egoizm (bo łatwiej jest nam przyznać się do tego pierwszego, niż drugiego).

*

Jest jednak pożytek z autorytetów, czyli z ludzi, którzy wiedzą, co mówią, mają rozległą wiedzę w jakiejś dziedzinie, nie obca jest im głębsza refleksja, zamiłowanie, pasja… Moim zdaniem można się od nich wiele nauczyć, korzystając z ich wiedzy i doświadczenia. Ale to takie dzisiaj niemodne: kto by się tam przejmował takimi nudziarzami, komu by się chciało ich słuchać? Przecież ja wiem wszystko lepiej – i wiem co mi się podoba.
Co oczywiście nie znaczy, że do wszystkich autorytetów należy podchodzić bałwochwalczo i bezkrytycznie. Wręcz przeciwnie: bardzo sobie cenię kontestację, polemikę, kontrę… ale trzeba wiedzieć, co się kontestuje, co krytykuje, czemu się sprzeciwia… Trzeba to umotywować, uzasadnić – i ewentualnie przedstawić swoją alternatywę.
Bez kwestionowania autorytetów i sprzeciwu wobec obowiązujących kanonów, nie byłoby żadnego progresu, stalibyśmy w miejscu. Ale jeśli burzy się jedno, wypada zbudować coś, co byłoby nie mniej wartościowe od tego, co uznawano za wartościowe dotychczas. Poza tym: wcale nie musi się niczego burzyć – to co nowe, może koegzystować obok, równolegle, mimo…

Usłyszałem niedawno, że „zamiast aktywnych i świadomych partycypantów kultury mamy tabuny ludzi święcie przekonanych, że sztuka jest bzdurą, oficjalną wydmuszką”.
Ale dlaczego mają takie przekonanie? Czy aby nie dlatego, że zwykle nie chciało im się dowiedzieć czym sztuka jest, nie chciało im się poznać historii sztuki, zgłębić temat… wreszcie posłuchać ludzi, którzy mają dużo mądrego na ten temat do powiedzenia? Lecz to wszystko wymaga jednak wysiłku… a i pewnych predyspozycji także. Więc komu by się chciało to robić, skoro można pójść po najmniejszej linii oporu?

Jednakże, to co teraz piszę nie oznacza, że przed Ave Maria padam plackiem, że wpadam w ekstazę słysząc Sibeliusa, że za szalone mądrości uważam wszystko to, co pisał taki np. Hegel… etc. Nie, pewne rzeczy mnie nie ruszają, nie podobają mi się, uważam je nawet za bzdurę… ale wcześniej staram się im bliżej przyjrzeć, poznać… Dopiero z czasem znajduję to, co rzeczywiście autentycznie do mnie trafia i porusza – co dla mnie (subiektywnie, oczywiście) ma wartość. Jednakże nie pogardzam tym, co jest mi obojętne, uznaję pewną obiektywną wartość tego. I zdaję sobie sprawę, że ktoś inny może mieć zupełnie inne zapatrywanie.

*

Autorytet nie jest tym samym, co tzw. gatekeeper, który bardziej kojarzy mi się z pewnego rodzaju cenzorem – z kimś kto interesownie – mając głównie na uwadze własną korzyść (czy też korzyść „klubu”, dla którego pracuje) – wygłasza autorytatywnie sądy i opinie, przesiewając wybiórczo pewne rzeczy – manipulując ludźmi. W pewnym sensie to taki wykidajło, tyle że stojący przed drzwiami galerii, czy muzeum.
Dla mnie autorytetem jest człowiek, który posiada rozległą wiedzę w danej dziedzinie, (malarstwo, muzyka, literatura, historia sztuki, architektura… etc.), który poświęcił jej sporo czasu i przemyśleń, który daną dziedzinę „czuje”… i zajmuje się nią niejako bezinteresownie (czyli nie ma żadnej korzyści materialnej z tego, że omawia takie, a nie inne dzieła sztuki, preferuje to, a nie co innego, chwali to, a nie tamto…)
Gatekeeperzy są też czymś w rodzaju współczesnych „naganiaczy”, którzy świadomie i bardzo wybiórczo eksponują to, co przynosi im właśnie korzyść. Wiele takich typów (krytyków, marszandów, organizatorów wystaw, dyrektorów muzeów i galerii… etc.) jest zwłaszcza w sztuce współczesnej, gdzie w sposób sztuczny i wyrachowany kreują nowe trendy i mody, lansują swoich znajomych, albo po prostu to, co zupełnie subiektywnie i stronniczo, uznają za dobre i wartościowe (spodziewając się dzięki temu pewnych zysków i korzyści), ignorując przy tym całą resztę.
Autorytet natomiast jest typem badacza, gromadzi wiedzę i własne doświadczenia, dzieląc się (zazwyczaj bezinteresownie) tym wszystkim z innymi. Tacy ludzie piszą np. historię sztuki – jak np. prof. Jan Białostocki ze swoją monumentalną monografią Sztuka cenniejsza niż złoto, czy prof. Maria Rzepińska ze swoimi Siedmioma wiekami malarstwa europejskiego.

Powiedzmy sobie szczerze, że sztuką – nazwijmy ją „wyższą” – interesuje się (zajmuje) w sumie mały margines społeczeństwa, którego domeną jest kultura masowa, zazwyczaj mało wybredna, odwołująca się do popularnych (by nie napisać „plebejskich” gustów). Muszę jednak zaznaczyć, że nie dystansuję się wrogo do tego rodzaju kultury (sam dość często jestem jej konsumentem) lecz staram się nie tracić z pola widzenia tego, co wyrasta ponad nią – co jest bardziej złożone, wyrafinowane, wymagające wielkiego artyzmu, kunsztowne… Tego, co idzie dalej, sięga głębiej i prowokuje do głębszej refleksji. Zaś o tym, po co akurat sięgam, często decyduje chwila, nastrój, sytuacja, potrzeba chwili…

Mimo wszystko uważam, że wyczucie (ustalenie) pewnej hierarchii w sztuce (a ogólnie: w kulturze) jest jednak pożądane. A to wymaga jednak wartościowania wytworów kultury – dzieł sztuki, artefaktów…. Przy czym swoją wartość – i pozytywny wpływ na kulturę – ma jednak ekskluzywność, a może nawet pewien elitaryzm. Nie chodzi jednak o to, by klasyfikować i segregować ludzi, ale o to, by ustalić pewien punkt odniesienia, wzór – swego rodzaju doping, by sięgać wyżej, nie zadowalać się byle czym, nie łykać wciskanego nam zewsząd kitu i badziewia.

*

Mimo wszystko, w poprzednich wiekach nie trzeba było żadnych gatekeeperów (ani nawet autorytetów), by poznać się na dobrej sztuce. Nikt nie przeczył, że Mozart jest genialnym kompozytorem, że Pieta Michała Anioła to mistrzostwo świata, że Rubens jest malarzem wybitnym, że katedra Sainte Chapelle jest bezdyskusyjnie piękna, że dzieła Goethego są wybitne… etc. Bowiem kanony i kryteria oceny sztuki były czytelne i jasne. Nie to co dzisiaj, kiedy wszystko pod tym względem się pokiełbasiło i każdy opowiada o sztuce co tylko chce – a to dlatego właśnie, że nie istnieją żadne obiektywne (w znaczeniu: obowiązujące powszechnie) kryteria.

Elitaryzm w sztuce nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie. Problemem mogą być natomiast “elity” samozwańcze, które tak naprawdę większych podstaw do elitaryzmu nie mają – oprócz własnych pretensji i zawyżonego mniemania o sobie. (Tutaj ponownie zahaczamy jednak o brak czytelnych kryteriów, czym powinien być elitaryzm i jakie warunki spełniać.)

*

Kiedyś nie byli tak potrzebni gatekeeperzy ponieważ “na bramce” „stała” ignorancja “pospólstwa” i klasowe podziały. Jeśli ktoś osiągnął wymagany wówczas kunszt w sztuce, to mógł być raczej pewien, że zostanie dostrzeżony i doceniony (było to ze sobą niejako sprzężone i jednoznaczne). Inna sprawa, że wielu (potencjalnych) geniuszy przepadło w “gminie”, ale to dlatego, że niczego nie zdążyli stworzyć (bo nie dano im takiej możliwości).

Określenie gatekeepera pasuje jednak idealnie do dzisiejszych czasów. Bowiem zalew artefaktów jest obecnie tak wielki – tak wielu wszelkiej maści “artystów i “twórców” chce się przepchać przez bramkę – że taki wykidajło może mieć sporo do roboty. Doskonałym przykładem współczesnego gatekeepera jest moim zdaniem Saatchi, który stał się kimś w rodzaju dyktatora – z tym, że jest to dyktat bardziej handlowy niż artystyczny, bo bardziej ma na uwadze zysk, niż samą sztukę.

*

Kultura (a raczej sztuka) – sama w sobie – nie może być martwa czy żywa. Taką, czy inną staje się dopiero w relacji z odbiorcą. Gdyż to, co kiedyś budziło wśród ludzi żywe emocje, tę potencjalną żywotność ma w sobie nawet wtedy, kiedy już nikt nie zwraca na to uwagi. I wystarczy ponowne zainteresowanie (zaangażowanie uczuć, myśli i emocji), by dzieło sztuki na powrót “ożyło”.

Oczywiście że są kultury, których nic już nie wskrzesi. Co najwyżej emocje mogą wzbudzić (i wzbudzają) dzieła sztuki, które przetrwały z przeszłych epok do naszych czasów. Podobnie umarły języki. Wyginęły całe cywilizacje.

*

Nie jestem zwolennikiem sztywnych granic między poszczególnymi rodzajami sztuk, ale nie uważam też, że dobrze się dzieje, kiedy te granice zbytnio się rozmywają – bo wskutek tego często powstaje jakaś breja.

*

To ciekawe, że w świecie ptaków to samce zdecydowanie bardziej dbają o urodę, niż samice.
Co decyduje o tym, że Natura „wybiera” w danym gatunku tę a nie inną płeć, do której należy zwabianie urodą swojego partnera? I jak to się ma w relacji do życiowej aktywności: podziału obowiązków, erotycznej inicjatywy, siły i sprawności fizycznej, dominacji w rodzinie? Zapewne wśród zoologów i biologów istnieją koncepcje i teorie, które próbują to wyjaśnić, a także odnieść do człowieka (bo przecież, siłą rzeczy, my również należymy do „królestwa” zwierząt – jeśli nie pod względem kulturowym, to na pewno biologicznym).

Czy to, że wśród ludzi bardziej podkreśla się znaczenie urody u kobiet nie łączy się z tym, że (kulturowo i tradycyjnie) zawsze była kobieta mniej agresywna (jak również bardziej bierna w erotycznej inicjacji) od mężczyzny, który zazwyczaj był wojownikiem oraz stroną bardziej aktywną, jeśli chodzi o seksualne awanse?

Jednakże, jak wszyscy wiemy, kobieta stroi się nie tylko dla mężczyzn, ale i dla innych kobiet. Również (może nawet przede wszystkim) dla siebie. Czy nie dlatego, by się dowartościować – nie tylko w oczach innych kobiet, ale i w swoich własnych? Może nie tyle „dowartościować” (to jest złe określenie), co podkreślić własną wartość.

Własna uroda może być „przekleństwem” tylko wtedy, kiedy urodę kobieta uważa za swój największy atut i najistotniejszy atrybut. Nie dotyczy to więc kobiet mądrych.

*

Im głośniej głosi się „prawdę”, tym bardziej owa „prawda” wydaje mi się wątpliwa i podejrzana. Czyli: prawdziwość „prawdy” jest odwrotnie proporcjonalna do jej emfazy.
Prawda nie potrzebuje rozgłosu – obywa się też bez reklamy.
Nawet jeśli przytłacza ją pozór, to nie jest tak, że ona przestaje istnieć.

*

Człowiek nie może się obyć bez pozorów.
Może dlatego często odnoszę wrażenie, że cała nasza kultura jest jedną wielką grą pozorów.

*

Człowiek, siłą rzeczy, wikła się w systemy, które tworzy. A każdy system pozbawia go do pewnego stopnia autonomii. Zresztą, dotyczy to nie tylko ludzi, którym dany system narzuca się „z góry”, ale i tych, którzy ten system tworzą i narzucają innym.
Tak w ogóle: życie to jednak zniewolenie jest.

Wolność jest pozorem, co jednak nie zniechęca nas do hołubienia „wolności”, (którą notabene deklarujemy jako naszą najwyższą wartość).

*

Im więcej śmierci w kulturze masowej, tym mniej refleksji o niej.
I właśnie o to chodzi społeczeństwu.

*

Każde nazwanie człowieka (obdarzenie go epitetem, wlepienie mu jakiejś etykietki) jest w pewnym sensie zamienianiem go w abstrakcję. Dotyczy to zwłaszcza człowieka „masowego”.

*

Cierpienie, którego sami doświadczamy jest paradoksalne, bo z jednej strony „skierowuje” nas niejako ku sobie (to dlatego ktoś kiedyś powiedział, że kiedy boli nas ząb, to wydaje się nam jakby cały świat składał się z bólu zęba), z drugiej zaś pogłębia egzystencjalnie – wspomaga nasze rozumienie tego świata, wzmacnia w nas empatię, prowokuje do refleksji (nie bez racji dość powszechne jest przekonanie, że cierpienie w pewnym sensie „uszlachetnia” człowieka).
Jednakże – zwłaszcza w dobie fejskbukowej powierzchowności, niechęci do głębszego i niestereotypowego myślenia, tudzież gloryfikacji młodości, zdrowia, urody i sukcesu – cierpienie stało się czymś wstydliwym, czymś co jest spychane na margines… Ktoś, kto zwraca na nie uwagę, popełnia coś w rodzaju faux pas.
Być może właśnie dlatego wydaje się nam, że cierpienia jest na świecie mniej, niż to jest w rzeczywistości.

*

Wprawdzie Hiob to przykład egzystencjalny cokolwiek ekstremalny, to jednak wydaje mi się, że jakieś elementy tego hiobowego cierpienia „udzielają się” większości ludziom. Wystarczy uświadomić sobie bardziej, jak wielu jest wśród nas ludzi, których doświadcza choroba, starość, kalectwo, samotność… a co za tym idzie – cierpienie. Dla nich Hiob staje się kimś bliskim.

*

Empatia. Nie uznaję jej za słabość. Wręcz przeciwnie. Jest ona według mnie ważnym elementem tzw. inteligencji emocjonalnej, która m.in. pozwala nam na twórcze uczestnictwo w kulturze. Człowiek jest jednak istotą społeczną i spełnia się w relacjach z innymi ludźmi.
Wiem, że bez empatii nie mógłbym też – głębiej ani pełniej – odbierać twórczości innych ludzi (kino, literatura, sztuka…), która w dużej części przedstawia ludzkie emocje i doświadczenia, jakie dzięki empatii jestem zdolny nie tylko odczuć, ale i zrozumieć.

Cierpienie to nie tylko wartość negatywna. Pełni ono – nie tylko w przyrodzie (gdzie związane jest przede wszystkim z odczuwaniem bólu) ale i w ludzkiej kulturze – ważną funkcję. Jest czymś złym jeśli niszczy człowieka – uniemożliwia mu normalne funkcjonowanie, paraliżuje, powoduje, że człowiek przestaje być osobą kreatywną, zdolną do rozwoju…
Oczywiście, istnieją także pozytywne aspekty cierpienia (choćby takie, które pewnie miał na myśli Bertrand Russell mówiąc, że „w cierpieniu jest tysiąckrotnie więcej doświadczenia niż w przyjemności”).
Posunąłbym się nawet do stwierdzenia, że gdybym sam nie doświadczył w swoim życiu cierpienia, to byłbym osobą w pewnym sensie ułomną.

*

Paradoksalnie, wiedza może zarówno wzmagać, jak i redukować nasze cierpienie.
To zależy od tego, jaka to jest wiedza – i jak jest przez nas przyswajana i wykorzystywana.

Niewątpliwie istnieją kulturowe źródła cierpienia. I im głębiej w kulturę wnikamy, tym większego cierpienia możemy doświadczać.

*

To, że wybierając się nawet w najdalsze zakątki świata, spotykamy tam zawsze samego siebie, jest zarówno naszym błogosławieństwem, jak i przekleństwem.
Błogosławieństwem, bo filtrując wszystko przez naszą osobowość (wrażliwość) doświadczamy świata, poznajemy go, a tym samym niejako kumulujemy go w sobie (co nas wzbogaca).
Przekleństwem, bo nie jest tak łatwo uwolnić się od własnych złych przyzwyczajeń i psychicznych złogów – od wad i obciążeń, które czasami wloką się z (za) nami, jak zły duch.
Jednakże, najczęściej podróż nas „przeczyszcza” – i „przemeblowuje” nasze wnętrze.

Koniec końców, zawsze wracamy do siebie – do tych Miłoszowych „dwóch gęsi” na brzegu rzeki w naszej wiosce. Czyli tam, gdzie są nasze korzenie i tam, gdzie budowała się nasza tożsamość (a to miało miejsce w dzieciństwie).

*

O samotność, czy też odizolowanie się – fizyczne – nie jest w dzisiejszych czasach tak trudno. Natomiast nieco trudniejsze jest zrzucenie z siebie całego tego „osadu” cywilizacyjnego (zwłaszcza jeśli się mieszka w dużym mieście), oderwanie myśli od ważnych rzeczy, które się dzieją na świecie, a które (jeśli się chce być człowiekiem świadomym, niechowającym głowy w piasek) trudno jest ignorować i lekceważyć.
I jeszcze ta pokusa, żeby się zaszyć w jakimś naturalnym zakątku, prowadzić życie prostsze, z dala od inwazyjnej cywilizacji, od wszystkich tych gadżetów nowoczesności i wymogów pracy najemnej (np. w korporacji) – a przez to bardziej autentyczne, niewymuszone, nieskażone polityką i społecznym napięciem, zgodne z własnym rytmem.

*

Wbrew pozorom, podróżowanie wcale człowieka nie uszczęśliwia. Może dlatego, że czyni go jeszcze bardziej świadomym tego, co złego dzieje się na świecie i unaocznia, jak wielu ludzi żyje w nędzy, biedzie, poniżeniu i cierpieniu?
Lecz z drugiej strony, podróżowanie człowieka pociąga – dopełniając go, wzbogacając, dostarczając smaku życia – dopinguje do działania, przeciwdziała stagnacji i znudzeniu… Nie mówiąc już o tym, że umożliwia docieranie do miejsc o niezwykłej urodzie – gdzie naprawdę widać, jaki ten świat jest (miejscami) piękny.

*

Każdy z nas widzi świat ze swojej perspektywy – dopiero wzięcie pod uwagę wszystkich perspektyw pozwoliłoby nam na obiektywny ogląd rzeczywistości. Ale to jest niemożliwe, (choćby dlatego, że nie można być w wielu miejscach jednocześnie, a ponadto istnieje też zależność od instrumentów jakich używamy, z konieczności, do badania rzeczywistości).
Do tego wszystkiego dochodzi intencjonalizm, interesowność, darwinizm i self-inflicted blindness.

Niemniej obserwacja świata jest konieczna. Gdybyśmy tego nie robili, stracilibyśmy orientację. A lepsza jednak orientacja iluzoryczna, niż żadna. Ta pierwsza umożliwia nam życie, ta druga oznaczałaby amorficzny chaos, w którym życie jest niemożliwe.

*

Herman Hesse: „Pan przecież wie, gdzie jest ukryty ten inny świat, którego pan szuka, i wie pan, że jest to świat pańskiej własnej duszy. Tylko w pańskim wnętrzu żyje ta inna rzeczywistość, za którą pan tęskni. Nie mogę panu dać niczego, co by nie istniało już w panu, nie mogę panu otworzyć innej galerii obrazów prócz galerii pańskiej duszy. Nie mogę panu dać niczego prócz sposobności, bodźca i klucza. Pomagam panu ujawnić jego własny świat, to wszystko. Rzeczy, które widzimy […] to te same rzeczy, które istnieją w nas. I nie ma żadnej innej rzeczywistości prócz tej, jaką mamy w sobie. Dlatego też większość ludzi żyje tak nierealnie, ponieważ zewnętrzne obrazy uważają za rzeczywistość, a swego własnego świata wcale nie dopuszczają do głosu.”

To nie tylko wykładnia tego, co o rzeczywistości i duchowym wnętrzu człowieka mówią filozofie Wschodu (Hesse był znawcą buddyzmu, napisał książkę o Buddzie), ale stwierdzenie kompatybilne z teorią kwantową (współczesna nauka potwierdza niektóre z aspektów wschodniego podejścia do natury „materii” i świata).

*

Trzy słowa najdziwniejsze:

Kiedy wy­mawiam słowo Przyszłość,
pier­wsza sy­laba od­chodzi już do przeszłości.

Kiedy wy­mawiam słowo Cisza,
niszczę ją.

Kiedy wy­mawiam słowo Nic,
stwarzam coś, co nie mieści się w żad­nym niebycie.

(Wisława Szymborska)

Przeszłość ucieka, choć próbujemy ją pochwycić, czy choćby tylko przywołać. Podobnie zresztą ucieka teraźniejszość.
Jednakże o przyszłości nie możemy już tak powiedzieć.
Jedno jest pewne: nie możemy zatrzymać upływającego czasu.

Faktem jest, nie możemy sobie wyobrazić żadnej „rzeczywistości” bez czasu.
Taki atrybut (właściwość, cechę) mógłby mieć tylko Absolut, Bóg, idealna Pustka… Ale nic mi na ten temat nie wiadomo.

Warto pamiętać, co o przeszłości, teraźniejszości i i przyszłości powiedział kiedyś Einstein: „Ludzie tacy jak my, wierzący w fizykę, wiedzą, że różnica między przeszłością, teraźniej­szością i przyszłością jest tylko uparcie obecną iluzją.”
Czy jednak stwierdzenie Einsteina nie jest równoznaczne z tym, że wszystko dla nas jest iluzją?

 *  *  *

Inne odcinki cyklu przeczytać można  TUTAJ

.

Reklamy

GOMBRO à la GRABO, CZYLI GĘBA UJAJCOWIONA, PUPA UHAHANA…

o „Dziennikach” Witolda Gombrowicza, wyreżyserowanych przez Mikołaja Grabowskiego i wystawionych przez aktorów teatru IMKA z Warszawy na scenie Copernicus Center w Chicago

.

Gombrowicz zdekonsruowany (Piotr Adamczyk, Magda Cielecka i Jan Peszek mówią

Gombrowicz zdekonstruowany (Piotr Adamczyk, Magdalena Cielecka i Jan Peszek mówią „Dziennikiem”)

.
Mistyfikacja jest zalecona pisarzowi. Niech zmąci wodę
wokół siebie, aby nie wiedziano kto zacz – pajac? kpiarz?
mędrzec? oszust? odkrywca? blagier? przewodnik?
A może jest on tym wszystkim naraz?

1.

Jechać z Gombrowiczem do polonijnego epicentrum w Ameryce, to jak wkładać kij w mrowisko… Albo tak by się mogło wydawać, mając na względzie obrazoburstwo gombrowiczowskiego podejścia do tzw. „polskości” (tradycja, religia, kultura, mentalność…) i konserwatyzm amerykańskiej – zwłaszcza chicagowskiej – Polonii, dla której Polska (Ojczyzna) to świętość, a katolicyzm to jej fundament. Ale – jak się okazuje – nie taki diabeł straszny, jak go malują i nie taka Polonia amerykańska mentalnie zastygła i w polskości zesklerowaciała, jak krąży o niej fama. Oba podejścia są już chyba anachronizmem, bo ów zjadliwy „diabeł” cyniczny zamiast straszyć śmieszy, a Polonia miast zapałać świętym oburzeniem, pokłada się ze śmiechu. Bo właśnie do czegoś takiego doszło na deskach i w fotelach Centrum Kopernikowskiego w ostatni weekend.
A może tu chodzi jeszcze o coś innego?

2.

Paradoksem jest to, że Gombrowicza – mimo, że wręcz organicznie nie znosił upupiania i przyprawiania gęby – upupili, przyprawiając mu także gębę, jego właśni admiratorzy. Bowiem już samo używanie pupy i gęby jako wytrychu, nie tylko do osobowości, ale i twórczości pisarza, jest według mnie jego upupianiem i doprawianiem gęby – a przede wszystkim spłycaniem jego twórczości, swoistą grepserą, która ma zastąpić bogactwo Gombrowiczowych wątków (można by wymienić kilkanaście takich grepsów obecnych w popularnym – ale i profesjonalnym – obiegu, w powszechnej świadomości dyletantów i laików – ale i tzw. „znawców” – podczas gdy zbiór tematów pisarza jest nieprzebrany, a kanwa, na której on to wszystko wykładał, niebywale rozległa… tylko kto Gombrowicza tak naprawdę czyta?)
To prawda, że Gombrowicz związany był z polskością (ale z czym innym miał być związany, z chińszczyzną!?*), lecz polskość wcale nie była dla niego tematem kluczowym, tak jak by tego chcieli jego egzegeci, komentatorzy i gimnazjalni poloniści. Sam o tym pisał w Dziennikach: „Ale we mnie, może w skutek większego geograficznego dystansu, a może wskutek większego dystansu duchowego, ten proces antypolski został zamrożony, a ja o Polsce pisałem zawsze chłodno, jak o jednej z przeszkód, utrudniających mi życie, dla mnie Polska była i jest tylko jednym z rozlicznych moich kłopotów, ani na chwilę nie zapomniałem o drugorzędności tego tematu.” (podkreślenia Gombrowicza)
Warto zwrócić uwagę na określenie: „antypolski”. Bo tutaj sam pisarz przyznaje się, do tego jaka była jego rzeczywista postawa, pozbawiając tym samym argumentów tych, którzy utrzymywali, że mimo krytyki polskości, Gombrowicz był w rzeczywistości patriotą, tyle że ukrytym – kimś w rodzaju takiego patrioty à rebours – bo przecież, gdyby Polska była mu obojętna i niewiele go obchodziła, to by o niej tyle nie pisał. A skoro pisał, to był nią przejęty i chciał jej dobra – chcąc zarówno Polaka, jak i jego polskość, poprawić. Mnie się jednak wydaje, że owa polskość przyczepiła się do Gombrowicza, jak – nie przymierzając – rzep do psiego ogona i on po prostu chciał ją z siebie strząsnąć, by – jak sam to wyraził – dotrzeć do samego siebie – do kogoś, kto nie jest już określony przez narodowość i miejsce, skąd się pochodzi, tylko przez swoją własną „ludzkość” (człowieczeństwo) oraz indywidualność i osobniczy rozwój. Ale czy to w ogóle jest możliwe? A może to kolejny erudycyjny fikołek pisarza, który fajnie się czyta, ale który wisi jednak abstrakcyjnie w powietrzu i ma niewiele wspólnego z rzeczywistym gruntem, po którym drepczemy naszymi nóżkami? Tym bardziej, że nie ma jednak ucieczki przed formą: uchylając się przed jedną formą, wpadamy natychmiast w drugą. (Gombrowicz: „Im bardziej jest się poza formą, tym bardziej jest się w jej mocy”. Poza tym: czyż to nie forma nas stwarza, a nie my formę?)

3.

Mikołaj Grabowski, który wziął na swoje barki (czy też raczej głowę) karkołomne według mnie zadanie wyboru fragmentów z „Dziennika” i zaadaptowania ich na teatralną scenę, oczywiście nie pominął tychże wątków polskich, wydawałoby się: cokolwiek już wytartych (awantura o nie miała przecież miejsce dobre pół wieku temu) i w jego pisarstwie zwietrzałych; nawiązał nawet do polityki (przytaczając filipikę Gombrowicza przeciw demokratycznym wyborom), jak również do pacyfistycznej postawy pisarza, który jako żołnierz byłby, wedle jego własnych słów, „katastrofą” (to też jest od dawna nagminny zarzut przeciw Gombrowiczowi: że w obliczu wojny zachował się jak tchórz, zamiast walki z Niemcami wybierając wieloletni urlop w Argentynie, gdzie się tylko wymądrzał, usprawiedliwiając swoją antypolską postawę jakąś wydumaną literacką ekwilibrystyką.) Nie zabrakło też ustępów szydzących z polskich kompleksów leczonych bałwochwalstwem wobec naszych narodowych skarbów i świętości (bo przecicż byliśmy przedmurzem chrześcijaństwa, mamy Wawel, Słowackiego i Mickiewicza; Chopin, Kopernik – a nawet Nietzsche! – byli Polakami, no i wiadomo: nie wypadliśmy sroce spod ogona – to wszystko powtarzane mechanicznie na scenie jak przez bandę manekinów – ćmoków ssących przy tym cukierki i mlaskających – niczym marionetki pociągane za sznur przez Adamczyka). Nie zabrakło też znanego wszem i wobec grepsu o Sienkiewiczu – tym „pierwszorzędnym pisarzu drugorzędnym” (choć takie określenia, jak „ten demon, ta katastrofa naszego rozumu, ten szkodnik” zostały chyba na scenie pominięte – ja przynajmniej ich sobie nie przypominam).
Dostało się też snobom i stadnemu zachwytowi nad sztuką, filistrom prowadzonym na pasku mód, pseudo-smakoszom sztuki „wysokiej”, którzy jak pies Pawłowa ślinią się na widok wszystkiego, co podsuwa się im pod nos, mówiąc że to jest wielkie, piękne, boskie i w ogóle arcydzieło.

4.

Ale na szczęście Grabowski wyłuskał z „Dzienników” również to, co odnosiło się do sedna egzystencjalnego doświadczania świata przez pisarza, jako istoty zanurzonej w rzeczywistości, która nie szczędzi mu swoich strasznych odsłon – zwłaszcza w tej warstwie z pozoru zwykłej i banalnej, ale ciągle podmywanej przez podziemny nurt rzeki ciemnej i wezbranej, nasączonej grozą. Problem w tym, że owa groza rozchodziła się natychmiast po kościach aktorów, rozwiewała się momentalnie w kiczowatym wystroju sali Copernicus Center – rozstrzeliwana przez salwy śmiechu rozbawionej tym wszystkim publiczności (by nie napisać w tym kontekście: gawiedzi**).
No bo czyż śmieszne nie jest to, że armia żuczków na plaży leży przewrócona na grzbiet, że stworzenia te przypiekane są niemiłosiernie przez słońce, przebierając w powietrzu nóżkami, bezradne wobec fatalizmu cierpienia i zgonu jaki w końcu czeka wszystkie istoty żywe? Albo: czyż to nie są jaja jak berety z tym zdychającym psem, którego agonię można odebrać tak albo tak, czy też może jeszcze siak czy owak – w zależności od widzimisię i samopoczucia jego pana, człowieka ponoć myślącego, a na dodatek kulturalnego?
Jest jeszcze ogromna potliwość pisarza – z samego siebie się wypacającego w upale – i płynącego gdzieś, płyyyyynąąąąceeeego… rzeką „niesamowitą” i o zmętniałej wodzie „jak z innej planety”, w tej rozlewności powszechnej nad otchłanią bezdenną, w tym rozpływaniu się namacalnego – w tym rozżarzeniu i rozedrganiu – kiedy gubi się sens i zaczynają się dziać rzeczy dziwne: „Dręcząca zawiłość na horyzoncie, ciężkie i brudne wymiona nieba zwisające nad splątaniem rozpędzonym i wrącym tej milionowej zmory niepojętej.” Człowieka trwoga przenika.
A tu śmiech na sali!

5.

Reżyser scenicznych „Dzienników” powiedział w jednym z wywiadów, że zależało mu na tym, by tekst Gombrowicza ukazać w sytuacji „krystalicznej, czystej i prostej”, zaś Magdalena Cielecka oświadczyła, że „wszystkie treści, cała zawartość Witolda Gombrowicza nie jest zaburzona przez inne rzeczy, nie odciąga naszej uwagi od zrozumienia tekstu”, innymi słowy: „zależało nam na tym, żeby widz wyszedł z teatru raczej z myślą Gombrowicza, niż z obrazami z przedstawienia.”
Ja jednak uważam, że tak się nie stało. Otóż aktorzy moim zdaniem tak „przysiedli” tekst Gombrowicza, tak wciągnęli go w swoje pląsy i galop, tak go „przy-SWOILI”, tak go ochędożyli sobą, że Gombrowicz w tej polifonii form wsobnych nie tyle utkwił (zawsze się bał uwięzienia w formie własnej, a co dopiero cudzej), co rozproszył się i rozniósł po sali, rozlał potokiem słów w tym gadulstwie nieokiełznanym – frazą, którą publiczność łapała jak umiała. A jak złapała – jakieś słówko, minę i gest – to się śmiała.
Ale, to nie wszystko – bo to nie był śmiech pozwalający na Katahrsis (wbrew temu co sobie założył reżyser, mówiąc: „śmiech gombrowiczowski nie jest po to, żeby widza ubawić, uhahać, tylko po to, żeby przez ten śmiech widz się oczyścił, tak jak Katharsis w antycznym teatrze”), ale śmiech właśnie uhahany. (Panie reżyserze, tu uwaga na marginesie: Katharsis!?, w sali, na Jackowie, nieopodal Milwaukee Ave. w Chicago? Really!? No jak przeżywali Katharsis, skoro go nie przeżywali?)

Paradoksalnie, do tego zawładnięcia – wzięcia w interpretacyjny jasyr – prozy Gombrowicza przyczyniło się to, że w przedstawieniu tym wzięli udział świetni aktorzy, obdarzeni mocnym charakterem i wyraźną osobowością sceniczną. To dlatego, summa summarum, wszyscy odnieśli wrażenie, że jest to przedstawienie nadzwyczaj udane. A im bardziej odnosili takie wrażenie, tym bardziej stawało się ono udane… Ale jednak udane było jako komedia, która często aż zanadto zbliżała się do kabaretu, a czasem to nawet do groteski.*** Dlatego widownia tak dobrze się bawiła, dlatego rozweseliła się i uśmiała – ale raczej pozostała impregnowana na gombrowiczowski sarkazm, złośliwość, zjadliwość, prześmiewczość, szyderstwo i drwinę. Innymi słowy, wątpię w to, że publiczność polonijna przeglądnęła się w Gombrowiczu jak w gogolowskim lustrze, uświadamiając sobie, że przecież z samej siebie się śmieje. Nie, z samego siebie tak się śmiać nie można – śmieliśmy się z innych.
I jak na komendę. Także klaskaliśmy. Bo oto Adamczyk rzuca w nas Gombrowiczem: „Oklaski.” (tutaj zaczynamy klaskać) „Oklaski znawców.” (klaszczemy nieco głośniej) „Oklaski amatorów.” (to samo mniej więcej natężenie oklasków) „Oklaski ignorantów.” (tutaj klaszczemy nieco ciszej) „Oklaski stadowe.” (mimo wszystko – a może właśnie dlatego – klaskanie się wzmaga!) „Oklaski wywołane oklaskami.” (nie ma co się zastanawiać – klaszczemy dalej) „Oklaski rosnące sobą” (rzeczywiście – rosną w nas i rosną), „piętrzące się na sobie” (tak właśnie: jedno klaskanie wchodzi na drugie wzmożone, coraz bardziej głośne), „podniecające” (tutaj rozlega się aplauz prawie), „wywołujące siebie” (oklaskowe continuum uderza pod sufit)…„i już nikt nie mógł nie klaskać, gdyż wszyscy klaskali” (tak, tak – tak właśnie było!).

6.

Tak więc aktorzy opanowali Gombrowicza na scenie. Ale i widownię. Kiedy oglądałem klip z jakiegoś wcześniejszego wystawienia ‚Dzienników” w Polsce (Lubin czy Lublin – już nie pamiętam), uderzyło mnie to, jak inaczej zagrali to samo aktorzy w Chicago. Tam: bez większego przekonania, bezbarwnie, potykając się nawet; tutaj – z pewnością, wyrazistością, polotem i werwą. Ja myślę, że doszło do czegoś w rodzaju sprzężenia zwrotnego – aktorzy i widzowie nakręcali się nawzajem, przez co w aktorską trupę wstąpiło życie – jakaś nadzwyczajna performerska energia.
Gombrowicza przy tym rozebrali i zdekonstruowali, ale jakby go przy tym wzmacniając – tyle, że bardziej w tej warstwie werbalnej, niż znaczeniowej, bardziej jednak w obrazkach i ruchu, niż w semantyce i myśli.
Czy to źle, czy dobrze? Nie wiem.

To w sumie zdumiewające, jak łatwo Gombrowicz „dziennikowy” dał się temu zespołowi „podebrać” scenicznie. Można było odnieść wrażenie, że to sam Gombrowicz rozpisał siebie na poszczególne postaci, dzięki czemu one wcale nie musiały szukać autora – on im się tam po prostu wykładał: jak nie na rzece Paranie, to na argentyńskim piasku, jak nie w sali koncertowej, to w salonie snoba… Ujawnia to tylko wielkie możliwości polifoniczne tego co pisał Gombrowicz – co pewnie było skutkiem specyficznego (rozczłonkowanego, rozedrganego, nadwrażliwego…) postrzegania przez niego rzeczywistości i próbą ujęcia tego w ekspresji słowa.
Teatr IMKA wymyślił sobie przed premierą hasło: „Każdy z nas jest Gombrowiczem”, ale – jak przyznała Cielecka – było to raczej hasło marketingowe. A jednak w tym coś jest: bo przecież na scenie każdy z aktorów stawał się w jakimś sensie Gombrowiczem, choćby przez to, że mówił „nim” w pierwszej osobie.
Jan Peszek to Gombrowicz stary, ale nadal obsesyjnie zajęty ciałem (i to nie tylko swoim), hiper-ruchliwy (nie tylko mentalnie), esteta i satyr – raz ostry i przenikliwy, innym razem zaś mętny, zrzędliwy, cyniczny. Widziałem, że aktor ten doskonale znajdował się w tym Gombrowiczu, który przypominał jego samego (inteligencja, biologizm, estetyzm, kinetyka, styl – o pewnym powinowactwie poglądowym nie wspominając) i wykładał to na scenie jak w swoim dominium. Peszek zawsze dla mnie będzie wielki (m.in. za interpretację Schaeffera, która dzięki niemu utkwiła mi w głowie jeszcze w czasach mego pacholęctwa).
Piotr Adamczyk zaś to Gombrowicz wcielający się często w to, z czego sam szydził, ale także narrator, dyrygent, instrumentalista i… tancerz. Aktor wszechstronny i koncertowy – w dobrym tego słowa znaczeniu. Magdalena Cielecka rozsiewała po scenie Gombrowicza wydelikaconego (jej kobiecość raczej nie była przeszkodą w ukazaniu tej „feminalnej” strony pisarza), dyszącego i potliwego – zmagającego się zarówno z przejaskrawionym, jak i ciemnym nurtem egzystencji. Uderzyła mnie inscenizacyjna pewność tej aktorki – jej wielka umiejętność poruszania się zarówno w repertuarze gestów, jak i znaczeniach wypowiadanych przez siebie słów. Tomasz Karolak to coś jakby parobkowa antyteza Jaśniepanicza, z jednej strony misiowaty, ale z drugiej bardzo energiczny; bezpośredni i fizyczny, ale mający pretensje do empatii; z pozoru prostacki, ale z tęsknotą za inteligencją. Wydawało mi się, że to on głównie pchał „Dzienniki” w stronę kabaretu. W stronę Polaka gbura grawitował zaś Andrzej Konopka – ponurym zwykle spojrzeniem taksujący widownię, jakby taki Polak trochę skacowany. Miał swoje wzloty, ale też lekkie potknięcia – myślę że najlepiej niestety wyszło mu wykręcanie sobie gęby Sienkiewiczem i sarmatą. Aktor ten poszedł więc w stronę szyderstwa, ponuractwa i karykatury. Iwona Bielska… Tę panią jest mi rozgryźć trudno, bo raz była taka, innym razem znów owaka; raz grała tak, to znowu siak – nadawała się dobrze zarówno na kobietę z zasadami – wyniosłą i arystokratyczną, jak i na rajfurę – zjadliwą i gderliwą. W tej swojej czerni i w krześle jeżdżącym po całej scenie na kółkach, sprawiała na mnie wrażenie matrony – ale takiej wywrotowej, z anarchistycznym zacięciem. No i – last but not the leastOlga Mysłowska, czyli Gombrowicz wokalny. Przenikliwa, przenikliwa… Statyczna i drobna, lecz w istocie silna. Płynąca w tym nurcie z czerni z miną zaciętego mima. Niby krucha, bo filigranowa, a jednak potrafiąca wprowadzić nas w niezłe wibracje – naprawdę zatrzęsły mną czasami te jej tony i interpretacje. Wydawać by się mogło, że ten demarczykowo-sopranowy duch nie przystaje do komedii jaką odstawiali wszyscy aktorzy, ale jednak dla mnie to zagrało i brzmiało – było kontrapunktem i przeciwwagą do (być może zanadto) rozochoconego humorem i śmiechem, ruchliwego towarzystwa z IMKI.
No cóż – wychodzi na to, że było bogato.

7.

Jak nie żałowałem, że nie było mnie w Copernicus Center, kiedy przybył tu Obama, tak miałbym czego żałować, gdyby mi się nie udało być tu na spektaklu IMKI.

greydot.

* To oczywiście nawiązanie do riposty Gombrowicza, który na „wydziwianie” (m.in. Kisiela), że ma on „niezdrowy romans i zasadniczy szał” z polskim dziedzictwem, odparł: „A z jakimże mam mieć? Z chińskim?”, co naturalnie było klasycznym odwróceniem kota ogonem i miało jednak coś ze „rżnięcia głupa”.

** Nie chcę być jednak tak złośliwy, jak Gombrowicz, który swego czasu stwierdził: „większość czytelników to lud prymitywny”.

*** Nic nie robiąc sobie z tego, co Gombrowicz napisał o grotesce: „Gro­tes­ka to sig­num nieudol­ności, mar­ka fab­ryczna tandety.” Pewnie dlatego, że pisarz sam często w niej się pławił.

.

Ciało zagrało - zmagania Gombrowicza nagim bytem i niewygodną egzystencją w strasznym świecie. Od lewej: Magda Cielecka, Jan Peszek, Tomasz Karolak, młody kolos (aktor anonimowy), Andrzej Konopka i Iwona Bielska.

Ciało zagrało – zmagania Gombrowicza z nagim bytem i niewygodną, potliwą egzystencją w świecie rozpławionym i rozbabranym. Od lewej: Magda Cielecka, Jan Peszek, Tomasz Karolak, młody bóg – latynoski kolos (aktor nieznany), Andrzej Konopka i Iwona Bielska.

.
© ZDJĘCIA WŁASNE

.

PS. Za te zdjęcia to Karolak chciał mnie rozstrzelać (mierząc do mnie z karabinu), ale na szczęście więziła go forma… nie mówiąc już o tym, że karabin był atrapą – i na pewno nie była to strzelba Czechowa.

.

CHCĘ SIĘ WYZWOLIĆ Z POLSKICH KOMPLEKSÓW – mówi Jerzy Stuhr

Jeden z najpopularniejszych twórców polskiego filmu i teatru, aktor, rektor PWST w Krakowie, a ostatnio – także i reżyser. W ciągu ostatnich tygodni* Chicago było świadkiem prawdziwego festiwalu Jerzego Stuhra. Zaczęło się od prezentacji Szwejka – filmu, w którym z rolą dzielnego wojaka zmierzył się krakowski aktor; później był „Spis cudzołożnic” – debiut reżyserski Stuhra; no i wreszcie „Kontrabasista” – monodram, z którym Stuhr objechał niemal cały świat. Obecność artysty w Stanach Zjednoczonych sprowokowała nas do rozmowy, głównie o polskiej kulturze i zachodzących w naszym kraju przemianach.

Jerzy Stuhr:   (zdjęcie własne)

Jerzy Stuhr: „Sam nie znoszę rozmamłania i chcę być wewnętrznie schludny” (zdjęcie własne)

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Czy wykorzystuje pan swoje zdolności aktorskie w sytuacjach codziennych, do osiągnięcia jakiegoś celu? Albo innymi słowy: czy zdarza się panu grać w życiu codziennym?

JERZY STUHR: Ja jestem na to bardzo uczulony i bardzo się przed tym bronię – przed nakładaniem tej maski aktorskiej na życie. Na to pytanie lepiej by odpowiedziała moja rodzina, gdyż oni mnie widzą na co dzień bez tej maski. Oczywiście gram na tyle, na ile każdy gra. Wyznaję teorię Gombrowicza, że jeden człowiek robi drugiemu „twarz”. Na przykład pan mi w tej chwili robi twarz interwistowanego, a ja robię panu twarz dziennikarza. Ja trochę w to wierzę, że każdy istnieje inaczej w różnych relacjach. Nie mógłbym na przykład uprawiać polityki, gdyż wiedziałbym, że moje możliwości wykorzystuję już w innych celach. Jest kilka takich zawodów, które ocierają się o kłamstwo, czy też – jak to się nazywa – interpretację prawdy. Takim zawodem jest polityk – interpretuje prawdę; takim zawodem jest dziennikarz i właśnie aktor. Tyle, że z tych wszystkich zawodów, aktor swoją interpretację prawdy, czy też kłamstwem, nie robi krzywdy, a wszyscy inni mogą tę krzywdę zrobić.

– Czy istnieje prawda obiektywna, a nie tylko „interpretacja” prawdy?

– Tak. Jestem człowiekiem wierzącym, więc wierzę, że istnieje prawda obiektywna, niewzruszony kanon; wierzę, że świat jest urządzony „z zewnątrz”.

– Czy dane jest nam poznać tę prawdę?

– Nie. Dane jest nam dążenie do jej poznania. I to jest piękne. Ale poznać? Nie, nie! Niech zostanie ta Tajemnica. Ale ja nie chcę na takie tematy rozmawiać. To są dla mnie pytania za poważne.

– To dobrze, bo ja jednak i o Polsce chciałem z panem pomówić. Czym dla pana jest tradycja? Czy w kraju dają się teraz zaobserwować jakieś zmiany w podejściu do naszej tradycji narodowej?

– Ja bardziej wierzę w tradycję europejską, niż polską. Wolę być Europejczykiem, niż Polakiem.

– A jednak podkreśla pan swoje przywiązanie do Polski, do Krakowa…

– Ale do miejsc, do ludzi, do pewnego sposobu wychowania… Natomiast ja nie mam w sobie czegoś takiego, że biało-czerwony kolor wywołuje we mnie łzy, a orzeł biały rzuca mnie na kolana. Mam jednak wielkie przywiązanie do Europy Środkowej. Dlatego bardzo źle czuję się w Ameryce.

– A co z tą przemianą świadomości narodowej, jeśli chodzi o tradycję. Czy nadal ważna jest tzw. narodowa „tożsamość”? Czy też idziemy teraz bardziej w stronę „europejskości”, czyli, de facto – w stronę kosmopolityzmu?

– Mogę to panu przedstawić na przykładzie młodzieży. Otóż nasza młodzież jakby się z tego wyzwalała. Także z kompleksu polskiego. Oczywiście ja także mam w sobie te polskie kompleksy. Na przykład kompleks rozdmuchiwania w sobie symboli, do rozgrzebywania tradycji, do motywowania swego nieudacznictwa tragicznym losem… Z tym, że ja się z tego strasznie chcę wyzwolić. Nie chcę, żeby było tak, aby moje mankamenty były tłumaczone losem Polaka. Wydaje mi się, że młodzież z tego wszystkiego już się wyzwala – i już nie jest tak obciążona tymi kompleksami.

– Wyzwala się z tych kompleksów, ale i „wyzwala się” chyba przy tym z polskiej tradycji, która pełni przecież także funkcję pozytywną, budując narodową tożsamość.

– Dlatego naszym obowiązkiem jest im to przypominać. Osobiście ciągle to robię. Mówię: „Jesteś polskim aktorem, pracujesz w polskim słowie, które jest bardzo piękne.” Chcę, żeby ten student był dumny z tego, że operuje polskim językiem; dumny, że ma takie miasto, jak Kraków.

– Dumny… ale konkretnie – z czego?

– Z tego, że jego rodacy wypracowali taki pomnik historii i że ktoś to ochronił.

– Za pomnikiem musi się jeszcze coś kryć. Nie tylko mit i legenda.

– Kultura! Na przykład Włosi mają to w sobie fantastycznie rozwinięte.

– Ich kultura jest przebogata.

– To prawda. Ale oni nie płaczą nad swoją flagą, a będąc na emigracji nie rozrywają ran.

– Może dlatego, że mają prawdziwe powody do dumy. Nie muszą się więc zastępczo czepiać symboli.

– Ale przecież my także mamy powody do chluby.

– Dlatego powinniśmy dojść do tych wartości konkretnych, prawdziwych, wymiernych. A hołubienie samych symboli wyrasta z niewiedzy, nieuctwa, wygodnictwa, ulegania złudzeniom i iluzji… Tak naprawdę, to nie chce się nam poznawać polską historię, odkrywać kulturowe dziedzictwo.

– Jeśli chodzi o mnie, to ja chronię w sobie przynależność do Europy.

– Co pan w takim razie rozumie przez te wartości europejskie? W Polsce krzyczy się obecnie: „Idziemy do Europy!” albo: „Nie idziemy!”.

– To są zszargane hasła i bardzo mnie to mierzi. Europę każdy ma w sobie albo… jej nie ma.
Taki Tadeusz Kantor nie musiał iść do Europy. On w niej zawsze był, i był jej liderem. Do Europy chcą się teraz pchać sami nuworysze, z telefonem komórkowym wystającym z kieszeni.
Co to są te wartości europejskie w moim mniemaniu? Otóż chcę chronić w sobie pewną dyscyplinę. Bycie wśród ludzi jest pewnym obowiązkiem, a nie tylko takim – jak mówił Gombrowicz – „rozmamłanym byciem”. Sam nie znoszę rozmamłania i chcę być wewnętrznie schludny. I to jest według mnie europejskie. Chcę mieć poczucie estetyki, chcę umieć patrzeć na dzieła kultury, sztuki – rozumieć je, czuć ich potrzebę. Można tak jeszcze dalej wymieniać, gdybyśmy się chcieli zagłębić w temat. To wszystko chcę w sobie chronić, pielęgnować. Szczególnie dyscyplinę… Nie niemiecką czy pruską ale anglosaską.

– Ale przecież jesteśmy Słowianami…

– Aaaaa! Tu się zaczyna! Rozmamłanie…

– I ten stary już problem: bliżej nam do kultury bizantyjskiej (tej wschodniej), czy też śródziemnomorskiej?

– My jesteśmy zdecydowanie w lidze śródziemnomorskiej, bo w niej żyliśmy cały czas – od przyjęcia Chrztu. Więc na pewno ciążymy w tym kierunku.

– A co z Rosjanami? Bądź co bądź wywodzimy się z tego samego plemienia.

– Właśnie, tym bardziej że jesteśmy zagrożeni od tamtej strony, powinniśmy mieć na uwadze tę „europejskość”. Ze mną sprawa ma się trochę inaczej, gdyż płynie we mnie trochę krwi austriackiej. I to się gdzieś tam odzywa. Dziwne, że jak jadę przez Austrię – po niemiecku mówię haniebnie – to jednak czuję się tam bardzo dobrze i bezpiecznie. Może to jest właśnie ten zew krwi?

Jerzy Stuhr w monodramie "Kontrabasista"  (zdjęcie własne)

Jerzy Stuhr w monodramie „Kontrabasista” (zdjęcie własne)

– Kraków jest blisko Wiednia.

– Od Triestu do Krakowa znaleźć można bardzo wiele wspólnych cech – dawna monarchia habsburgska. Zauważyłem na przykład, że mieszkańcy starych miast zachowują się inaczej, niż mieszkańcy miast nowych. Długo pracowałem we Florencji i mogę stwierdzić, że tam ludzie są bardzo podobni do Krakowian, gdyż same miasta są bardzo podobne. A mieszkańcy takich miast zawsze są bardziej skłonni chronić, niż burzyć. Stąd też nasze konflikty: choćby Kraków – Warszawa – często powstają właśnie na tym styku. W Warszawie wszyscy do burzenia są pierwsi, a w Krakowie już nie za bardzo… i oni mają nam to za złe. Uważają się bowiem za rewolucjonistów, a nas – za konserwatystów. Także za ludzi nieodważnych. To jest nieporozumienie.

– Warszawę już taki los dotykał. W czasie wojny zamieniona była w ruinę, stąd ludzie maja poczucie pewnej nietrwałości rzeczy. No a wcześniej bywała zarzewiem buntów, powstań…

– To prawda – do rewolucji Warszawiacy chcą iść pierwsi, gorzej z wykończeniem. A kiedy już zrobią tę rewolucję, to wszyscy zaraz uciekają – albo są za granicą, albo w gabinetach ministerialnych… A przecież wiadomo, że dopiero po rewolucji trzeba zakasać rękawy i tyrać!

– Wydaje mi się, że w kraju pomieszały się teraz rodakom wszelkie wartości, i to na niekorzyść tej sfery duchowej. Z jednej strony Polacy zachłystują się (albo właściwie chcą się zachłysnąć) zachodnim konsumpcjonizmem; z drugiej zaś deklarują się jako społeczeństwo katolickie, (które ponoć odrzuca materializm).

– To jest nasz mankament odwieczny, historyczny… Jak przyjechała do nas Bona Sforza, to wszyscy nagle zaczęli jeść sałatę. Potem zaczęto mówić po francusku. To jest szczególna cecha Polaków, bo już Rosjanie tego mnie mają – a też Słowianie. Oni nie chcą nikogo naśladować, a my ciągle chcemy kogoś naśladować. No i dzisiaj też jest to ogromne niebezpieczeństwo – znów lecimy na lep. Dziwne jest to zapatrzenie w Amerykę. Dlaczego my się nie chcemy zapatrzeć w taką Anglię, na przykład?

– A jednak to nasze zapatrzenie w obce wzory zawsze jest powierzchowne.

– Tak, to polskie naśladownictwo, myślenie o Ameryce, jest strasznie stereotypowe. Mieszkam na wsi pod Rabką, z której połowa ludzi jest w Ameryce. Tu, w Chicago, co drugi z mojej wsi siedzi. No i oni nic nie wiedzą o Ameryce… nawet nie chcą wiedzieć. To jest dla nich tylko taka kopalnia dolarów. Byle tu szybko zarobić, wrócić z powrotem i kamienice stawiać, ale na wzór amerykański. I chodzić po Rabce w czapce z napisem UCLA, nie wiedząc nawet, co on oznacza. Chodzą i mówią: „helloł”. To jest wada i ubogość jakaś. Tak dzieje się zawsze z ludźmi, którzy stawiają przed sobą tego bożka konsumpcji. A sprawa jest taka, że on tu w Ameryce jest naturalny. Jak mój szwagier Amerykanin mówi, że on sobie kupi to, tamto; całe życie przelicza na to, co on sobie kiedyś kupi – tu dom, tu dwa auta, potem vana, dom drugi w Kalifornii – to jest to jego życie, on w tym żyje i to jest naturalne, on tego nie fałszuje. Natomiast kiedy nasi zaczynają w te wartości iść, to nie jest to już takie naturalne, bo Polska, Europa, zawsze szczyciła się nieco innymi wartościami. To mnie drażni. Ale cóż – mogę to tylko pokazywać, wykpiwać… Nic więcej nie mogę zrobić.

– Może musi wyrosnąć w Polsce nowe pokolenie, by tę mentalność zmienić?

– Ale takie, które się tym nie zachłyśnie, będzie to traktowało jako coś normalnego.

– Wróćmy jeszcze na chwilę do pańskiego pokolenia. W jednym z wywiadów wspomniał pan, że dawniej artyści w Polsce „chodzili w szatach królów, posłów, senatorów, opiniotwórczych demiurgów”. Co tu kryć – PRL podlizywał się artystom, cieszyli się oni mimo wszystko specjalnym statusem. Nie żal więc panu tamtej sielanki?

– Nie, gdyż to było przesadzone, fasadowo wyolbrzymione i ogromnie sztuczne. Wydaje mi się, że teraz to wszystko normalnieje. Teatr akurat – bo o nim mogę się wypowiadać – sprowadzony zostaje do takich wymiarów, jak na całym świecie. Co tu dużo mówić – to jest sztuka dla wybranych, dla garstki fanatyków. PRL się podlizywał, bo komuniści także mieli swoje kompleksy. Dobrze też było pod płaszczykiem sztuki mówić: „No proszę! Jaki to nasz socjalistyczny kraj jest twórczy.” A trafiało to na podatny grunt, bo Polacy są zdolni artystycznie. Jak każdy naród, gdzie wybijają się jednostki. A my jesteśmy narodem jednostek… później dopiero są „masy”.
To prawda, że mojemu pokoleniu trudno jest się teraz przystosować. Mieliśmy to „państwo opiekuńcze”, które niby wszystkimi się opiekowało. Ciężko się teraz przyzwyczaić do tego, że jednak wszystko od ciebie zależy. Też bym się skłaniał do tego, że to pokolenie, o którym mówimy, jest przegrane, ma rysy tragiczne. Ale z drugiej strony – jakby ktoś chciał obalić tę tezę – można powiedzieć: No dobrze, ale kto teraz rządzi w Polsce jak nie ludzie z tego pokolenia, począwszy od Kwaśniewskiego po lewej, na Wałęsie skończywszy. To jest właśnie moje pokolenie – i to jest paradoks tego pokolenia. Prawdą jest też to, że ono jakby zostało zrobione „w konia” przez historię.

– A może samo się zrobiło „w konia”?

– Nie umiem już na to pytanie odpowiedzieć. Do tego trzeba byłoby pewnie socjologa. Może i samo… może i ideały jeszcze jakieś miało? Mnie też nie jest przyjemnie, kiedy mi wypominają, że ja w PRL-u pobierałem nauki i że to właściwie nie powinno się liczyć, bo to się liczy dopiero od 1989 roku. Czy dlatego więc całe moje życie spisać mam na straty? Mam się nie przyznawać do tego, że byłem w tamtym systemie, że się uczyłem, że kochałem? Gdzie to miałem robić? Czy to moja wina, że się urodziłem i mieszkałem w PRL-u? To jest właśnie ten kompleks naszego pokolenia. Ale ono nie jest jeszcze takie zmarnowane. Jest dość prężne, no i jest u steru władzy.

– A co z tymi ludźmi – z ludźmi kultury, nauki, sztuki – którzy dawniej siedzieli na tych swoich małych pensyjkach, ale i potrafili się poświęcić w imię tzw. celów wyższych. Zdarzało się nawet, że nie brali pieniędzy (aby np. zamanifestować swoją nieprzynależność do systemu), robili coś z pobudek czysto artystycznych, ideowych…

– Oni są teraz upokorzeni. Dla nich świat wywrócił się do góry nogami.

– Podkreśla też pan, że pańskie pokolenie jest ostatnim pokoleniem, które nie bało się uczuć.

– Tak. Było bardziej romantyczne. My wiedzieliśmy, że sfera uczuć jest najważniejsza i że uzewnętrznianie uczuć jest czymś bardzo ważnym w kontaktach międzyludzkich. Na pewno nie jest czymś wstydliwym, ani też przejawem słabości. Młodzież teraz jest inna. Ma ten sam bagaż uczuć – bo każdy człowiek zawsze ma taki sam bagaż uczuć – tylko tak ogromnie skryty, tylko bardzo schowany – i męczy się z tym strasznie. To jest ich wielki problem. Widzę to po moich dzieciach, po studentach, których uczę… i to właśnie w takiej dziwnej szkole, gdzie uczucia jednak trzeba okazywać, bo to w tym zawodzie podstawa. Z tym mam największe trudności: żeby przekonać tych młodych ludzi aby odważyli się pokazać kawałek uczucia, otworzyć się.

– Nawiązał pan do swojej pracy pedagogicznej. W jakim charakterze czuje się pan najlepiej: jako aktor, czy też Jego Magnificencja Rektor?

– Rozdzielam te funkcje. To są dwa odrębne rozdziały mojego życia. Oczywiście to, że jestem rektorem, wpływa w jakiś sposób na moje aktorstwo. Bo to jest rzecz poważna: zajmowanie się ludźmi, pieniędzmi, administrowanie, układanie programu szkoły. W pewnym sensie bycie rektorem traktuję jako oddanie długu wdzięczności tej szkole, która mnie wyuczyła.

– Powiedział pan kiedyś, że aktorstwo panu nie wystarcza. Czym w takim razie chciałby się pan jeszcze zająć?

– Gdybym miał alternatywę, to bym pisał. Pisanie – to jest jednak ta prawdziwa arystokracja sztuki.
Dlaczego aktorstwo mi nie wystarcza? Przede wszystkim, ja jednak nie jestem typem, który się z łatwością psychicznie obnaża. Mnie to bardzo dużo kosztuje i coraz bardziej ciąży. Po drugie: męczy mnie powtarzalność.

– Dlaczego więc wybrał pan ten zawód?

– Gdyż, mimo wszystko, wydawało mi się, że będę to robił lepiej, niż wszystkie inne rzeczy w życiu.

greydot

* Wywiad opublikowany został w „Dzienniku Chicagowskim”, 28 kwietnia, 1995 r.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

 

PANNY, WDOWY I MATKA KRÓLÓW albo o stosunku Polaków do historii, męczeństwa i zaklęć cenzury (rozmowa z Januszem Zaorskim)

.

Janusz Zaorski: "My Polacy, jesteśmy bardzo drażliwi, ciężko znosimy krytykę i prawdę o sobie. Drażliwość wyrasta z kompleksów, a Polacy są zakompleksieni w sposób niebywały."  (zdjęcie własne)

Janusz Zaorski: „My Polacy, jesteśmy bardzo drażliwi, ciężko znosimy krytykę i prawdę o sobie. Drażliwość wyrasta z kompleksów, a Polacy są zakompleksieni w sposób niebywały.” (zdjęcie własne)

Zanim jeszcze Janusz Zaorski zaczął polityczno-kadrowe walce na Woronicza (kwatera główna polskiej telewizji) w randze prezesa Radiokomitetu; zanim jeszcze zaczął sprawiać wrażenie totumfackiego prezydenta Wałęsy, angażując się w różne przepychani „na górze” – tak więc, zanim to wszystko nastąpiło, Zaorski był filmowym reżyserem. I to reżyserem odpowiedzialnym za powstanie filmu nie byle jakiego, bo samej „Matki Królów”.
Obraz ten, jak pamiętamy, był chyba najgłośniejszym filmem polskim ubiegłej dekady i – obok „Przesłuchania” Ryszarda Bugajskiego – odstawiony przez cenzurę na półki przepastnych magazynów, obrósł z biegiem lat mitem i legendą najważniejszego z polskich „półkowników”.
„Matka Królów” – opowieść o tragicznych losach Zofii Król i jej synów, z którymi historia obchodzi się w sposób bezpardonowy – przez pięć lat nie mogła trafić do widowni. Kiedy więc spotkałem się z Januszem Zaorskim w Chicago, nie mogłem nie zapytać o to, jak czuje się twórca, który nie może zaprezentować swojego – uważanego przez wielu za najwybitniejsze – działa? A może to, iż egzystował on w świadomości filmowców, aktorów, ludzi kultury i sztuki jako film znaczący, osładzało nieco reżyserowi tę gorycz? Zawsze też mógł się on pocieszyć tym, że to wszystko pracuje na legendę obrazu, który i tak, prędzej czy później, musi trafić na ekrany.
Zaorski odparł: „Mogę mówić tylko za siebie, gdyż nie wiem jak inni twórcy czuliby się w takiej sytuacji. Myślę jednak, że większość z nich byłaby sfrustrowana. Ja psycho-fizycznie nie nadaję się na męczennika, który dobrze się czuje gdy jest bity, kopany, szykanowany… Uważam, że film robi się po to, by jak najszybciej trafił do widowni. Więc gdy ‚Matka Królów’ nie mogła do niej dotrzeć, to oczywiście było to dla mnie głęboko frustrujące. Były to czasy stanu wojennego i władze bały się, że film spowoduje dyskusje, podnieci nastroje przeciwko komunizmowi, gdyż ukazywał – co tu kryć – jak ciężko było żyć w tym ustroju.
Czy film trafi wreszcie na ekrany – tego nie wiedziałem i wiedzieć nie mogłem. Wszelkie przypuszczenia przypominałyby wróżenie z fusów. Miałem co do tego poważne wątpliwości. Oczywiście protestowałem, gdy film nie dostał debitu cenzury. Próbowałem dotrzeć do urzędnika, który był za to odpowiedzialny, lecz ten po prostu mi uciekł. Wreszcie gdzieś go dopadłem i mówię: ‚Proszę, oto protest w imieniu całej ekipy, wszyscy czujemy się pokrzywdzeni. Na kolaudacji nie negowano wartości artystycznej filmu, ci co się przyczepiali mieli na uwadze jego wymowę polityczną. Dlaczego więc nie chcecie go przepuścić?’ Na co on mi odpowiada: ‚Bo to nie jest czas tego filmu’. ‚W takim razie, kiedy taki czas nadejdzie?’ – pytam się. ‚Wtedy, kiedy partia się umocni’ – usłyszałem. Więc pomyślałem, że nigdy film nie wejdzie na ekrany, gdyż wiedziałem, że partia nie umocni się nigdy. Tak jak w tym dowcipie, co jest szczytem niemożliwości: ‚przeszczepić Polakom komunizm z dupy do głowy’. A jeśli nawet miałoby się to stać faktem, to już wolałbym, żeby film jednak został na półce.”

STAN WOJENNY I PREMIERA W WARSIE

„Matkę Królów” zaczął realizować Zaorski jesienią 1981 roku i kończył – o dziwo! – w stanie wojennym, a więc w momencie, kiedy wystarczyło małe skinięcie pazurkiem WRON-y, by zawiesić zdjęcia i wysłać całą ekipę z planu filmowego do domu, albo i do więzienia. Jak wobec tego możliwe było powstanie takiego filmu?
Zaorski wyjaśnił: „Tak, to prawda. Zacząłem ‚Matkę Królów’ jeszcze za pierwszej Solidarności, kiedy nastał stan wojenny miałem 1/3 zdjęć za sobą. W tym całym burdelu, jaki wywołał stan wojenny, tego filmu nie ruszono. ‚Matka Królów’? – a to pewnie o królowej Bonie – myślano. Tytuł nie wzbudzał żadnych podejrzeń. Więc po cichutku, w Łodzi, bez tych telefonów, faksów i teleksów, które wówczas nie działały, udało się nam go ukończyć. Dostali gotowy film – dla tych wszystkich kapturowych gremiów pasztet trudny do przełknięcia. Stąd te wszystkie korowody.”

Czy Zaorski zna reakcje widowni, kiedy wreszcie „Matkę Królów” dopuszczono na wielki ekran? Okazało się, że było to przeżycie dla reżysera specjalnego rodzaju:
„Było to w 1987 roku, czyli w bardzo nietypowym i niepewnym okresie – wspominał Zaorski. – Przyznam się, że bardzo obawiałem się tej premiery, m.in. z uwagi na nastroje, jakie wówczas panowały wśród ludzi. W czasach kiedy jest ciężko wszyscy chcą chodzić na komedie, a nie na ciężkie filmy problemowe. Jednak ku mojemu szczęściu, ludzi to wciągnęło. W warszawskim kinie ‚Wars’, na rynku Starego Miasta, film szedł przez 4 miesiące, co jest swoistym rekordem w Polsce. Nie chciano go szerzej rozpowszechniać, bo nadal się go bano. W ten sposób mogli to odfajkować i powiedzieć, że nie ma u nas problemu ‚półkowników’.
Kiedyś sam się wybrałem na projekcję, by zobaczyć jak widzowie na ‚Matkę Królów’ reagują. Kolejki były ogromne, koniki sprzedawały bilety po cenie 10-krotnie wyższej, niż w kasie. Po seansie rozległy się oklaski i ludzie zaczęli śpiewać ‚Jeszcze Polska nie zginęła’. Pomyślałem, że trafiło mi się coś wspaniałego, wielkiego – coś lepszego, niż wszystkie możliwe nagrody na festiwalach. Film okazał się być czymś szalenie potrzebnym.
Mówi się już o tym obrazie jako o klasyce, o ostatnim filmie ‚szkoły polskiej’. Chociaż tamten okres to lata 1956-62, ale przecież wtedy powstała książka Brandysa, na podstawie której napisałem scenariusz. Wiem, że chciał to robić Munk, również Wajda, jednak im nie pozwolono. Ja czekałem cały czas i gdy zacząłem film robić, chciałem zachować tamtą stylistykę, manierę. Jest to więc obraz jakby w tonacji neorealistycznej, rodzaj pokłonu dla moich kolegów, którzy to chcieli zrobić, ale im się nie udało. Więc teraz ja spijam tę śmietankę, choć film powinien powstać już 30 lat temu.”

Zaorski: "Po seansie rozległy się oklaski i ludzie zaczęli śpiewać 'Jeszcze Polska nie zginęła'. Pomyślałem, że trafiło mi się coś wspaniałego, wielkiego - coś lepszego, niż wszystkie możliwe nagrody na festiwalach. Film okazał się być czymś szalenie potrzebnym." (Magda Teresa Wójcik w "Matce Królów")

Janusz Zaorski: „Po seansie rozległy się oklaski i ludzie zaczęli śpiewać ‚Jeszcze Polska nie zginęła’. Pomyślałem, że trafiło mi się coś wspaniałego, wielkiego – coś lepszego, niż wszystkie możliwe nagrody na festiwalach. Film okazał się być czymś szalenie potrzebnym.” (Magda Teresa Wójcik w „Matce Królów”)

KICZ CZY KLASYKA?

Jak widzimy Zaorski wpadł w ton podniosło-celebracyjny, mówiąc o swoim „dziecku”. Nie był to grzech skromności: „Jeszcze Polska nie zginęła”, „coś wspaniałego, wielkiego”, „klasyka”, „Munk”, „Wajda”, „pokłony”… Jednak w czasie naszej rozmowy miałem także w świadomości zarzuty skierowane pod adresem „Matki Królów” – że jest ona „politycznym kiczem”, a obraz epoki jaki przedstawia, zakłamany. Z drugiej strony te znakomite recenzje i zachwyty. Jak możliwa jest taka rozbieżność opinii wśród ludzi myślących, znających tamte lata, epokę, którą zajmuje się film – podchodzących nawet do niego bez uprzedzeń natury politycznej, czy jakiejkolwiek innej? Poza tym, jest to historia – mimo swej treści kontestacyjnej i na poły rewizjonistycznej – opowiedziana z perspektywy lewicowca, jeśli nie komunisty. Podzieliłem się swoimi rozterkami z Zaorskim, na co on zareplikował:
„Jestem osobą publiczną, zajmuję się reżyserią już od 20 lat i jakby wpisane immanentnie w uprawianie tego zawodu jest, że ktoś może napluć na to, co zrobiłem, robić ‚ochy’ i ‚achy’… i czy chcemy tego, czy nie, musimy przyznać ludziom prawo do najbardziej nawet druzgoczącej krytyki. Ktoś lubi zupę pomidorową, ktoś inny rosół – i to jest normalne. Natomiast gorzej jest, jeśli dochodzi do pewnych manipulacji. Jeśli ktoś jest służalczy, serwilistyczny, ‚wazeliniarski’, będzie to również stosował do krytykowania innych, przypochlebiając się drugim. Dam panu taki przykład. Ten sam człowiek, który domagał się, by ‚Matka Królów’ nie weszła na ekrany, w ankiecie na najlepszy film ubiegłej dekady, właśnie ten tytuł postawił na pierwszym miejscu. To jest typowy przykład koniunkturalizmu – ktoś chce za wszelką cenę każdej władzy się przypodobać.
A zarzuty o polityczny kicz szły w zasadzie pod adresem Brandysa. Może to były porachunki z pisarzem, który w pewnym momencie uległ zauroczeniu tą ideologią, służył jej? Być może jest to polska specyfika, bo przecież nawet Tadeusz Konwicki był członkiem partii, część tych ‚młodych pryszczatych’, Woroszylski… To jest jakiś fenomen. Nie wiem… Nigdy nie byłem w żadnej partii i myślę tę postawę pielęgnować. Uważam, że twórca powinien być niezależny, co nie znaczy, że nie powinien mieć własnych poglądów.”

ZAKLĘCIA CENZURY

Peerelowska cenzura zawsze miała pełne ręce roboty. Na temat swoistej zabawy „w kotka i myszkę”, jaka rozgrywała się między cenzurą a a polskimi twórcami w PRL-u można by napisać grubą rozprawę, która zdradziłaby niejeden sekret i mechanizm twórczej inspiracji, a nawet pewnego rodzaju symbiozy prześladującego z prześladowanym, nękającego z nękanym… Czyli cenzura jako bodziec? Nie jest to chyba tylko czczy wymysł. Jednak, przede wszystkim – w tym kontakcie bezpośrednim, konkretnym – cenzor nie był dla artysty żadnym inspiratorem, a po prostu utrapieniem. Przypomniałem sobie i Zaorskiemu, jak np. reżyser Waldemar Krzystek opowiadał o swoich bojach i targach z tym urzędem przy okazji kręcenia i montowania filmu „W zawieszeniu”. A to musiał podpisać oświadczenie, że nie będzie scen, w których UB bije, a to przesłuchań pokazał zbyt wiele; kazano mu także wyrzucić z tytułu słowo „Śmierć” (… w zawieszeniu) etc.
Czy nie uważa pan – skierowałem pytanie do Zaorskiego – że przypomina to gusła i zaklinanie przeszłości? I ta złudna, naiwna wiara, że przeszłość da się poprawić, czy też nawet zmienić, ingerując w sam sposób mówienia o niej, ignorując, czy też pozbywając się jej pewnych elementów?
„Oczywiście, że tak!” – przyznał Zaorski i dodał: „Powiem coś, co brzmi jak anegdota, niemniej jednak jest faktem. Otóż Wicherek – postać znana w Polsce z Dziennika TV, gdzie przez parę klat podawał prognozę pogody – przyznał się kiedyś, że władze partyjne kazały mu zawsze przed 1 Maja mówić, że będzie ładna pogoda – by ludzie szli na pochód. Czy to nie jest właśnie zaklęcie? Wystarczy tylko powiedzieć, że nie będzie padało, a deszczu nie będzie. Przecież to przejaw totalnego okłamywania – nie tylko narodu, ale i siebie.”

MARTYROLOGIA PANIEN I WDÓW

Do Chicago, na Festiwal Filmu Polskiego, przywiózł Janusz Zaorski „Pany i wdowy” – sagę pięciu pokoleń Polek, ciągnącą się od momentu powstania styczniowego do czasów nam współczesnych. Wydawać by się mogło, że film podejmuje ryzyko spojrzenia na losy Polaków, wpisując je w tło tragicznych zwrotów naszej historii. „Panny i wdowy” kręcone były już w latach 90-tych, a więc powstawały w zupełnie innej rzeczywistości, w warunkach pozwalających na pewne przewartościowania, konfrontacje z dotychczasowymi interpretacjami dziejów Polski. Co robiło niejakie nadzieje. Niestety, moje rozczarowanie filmem było znaczne. Czy winna tu była zalatująca grafomanią proza Nurowskiej, której książka posłużyła za kanwę scenariusza? Napiszę wprost, że określenie „Panien i wdów” mianem kiczu byłoby nie tylko usprawiedliwione, ale i konieczne. Takie pomieszanie melodramatyzmu mydlano-operowego z historycznym przyczynkarstwem, pełnym tez inspirowanych przez opozycję wobec dotychczasowych cenzurowych restrykcji. Nastąpił więc przechył w drugą stronę.
Moim zdaniem „Panny i wdowy” chciały opowiedzieć o tak wielu sprawach, że w końcu nie powiedziały o niczym. Film był wyrywkowy i sprawiał wrażenie bardzo powierzchownego. Akcja obejmowała bardzo długi okres – począwszy od powstania styczniowego (z reminiscencjami z listopadowego) do ruchu Solidarności, biegnąc szybko do przodu. Zdecydowanie za szybko. Widz nie ma więc czasu na złapanie emocjonalnego kontaktu z postaciami bohaterek, nie pozwalając tym samym na przejęcie się ich losami. Stąd reakcje widowni na pewne sceny – diametralnie różne od tych, jakie by sobie reżyser życzył (śmiech na sali na widok tragedii).
Trudno się było oprzeć wrażeniu, że ze względu na ten ciąg nieszczęść jakie spadają na wszystkie bohaterki, mamy do czynienia ze skłonnością do patrzenia na nasza historię z perspektywy martyrologicznej. Czy nie było to kolejne – po tendencjach mesjanistyczno-heroiczno-romantycznych – zniekształcanie prawdy historycznej, tym razem w imię naszych fobii, kompleksów i złudzeń?
To jeszcze nie wszystko. Postaci Sowietów wydały mi się np. bardzo stereotypowe, niemal karykaturalne: są to bez wyjątku same chamy, gbury, pijacy i gwałciciele, debile, barbarzyńcy i oprawcy. Czy przez tę charakterystykę nie popadano w drugą skrajność? (Przypomnijmy sobie tutaj postacie towarzyszy radzieckich ukazywanych przez filmy w czasach PRL-u – będące niemalże uosobieniem wszelkich cnót i prawości.) Tym bardziej mogło to razić, że film miał intencje utrzymania konwencji realistycznej.
Z okupacją rozprawiono się w filmie w parę minut. Niemców prawie że nie widać, nikogo nie zabijają, bohaterce udaje się nawet wydostać z katowni gestapo. Zaraz później, przez kilkadziesiąt filmowych minut obserwujemy gehennę Polaków w sowieckim obozie pracy i wyrafinowane tortury, jakie serwuje im obwieszony medalami, potworkowaty komendant obozu. Czy tym sposobem nie gubiono jakichś proporcji?

„POTRAKTOWAŁEM TEMAT BARDZO BRUTALNIE”

Podzieliłem się tymi uwagami i zastrzeżeniami z reżyserem. Odpowiedź Zaorskiego była więc próbą odparcia tych wszystkich zarzutów:
„Film przedstawia sceny, jakich wcześniej w filmach polskich nie było. Są to konkretnie łagry z epoki stalinowskiej i zsyłki na Sybir. Nie było, bo nie mogło być – z przyczyn cenzuralnych. Na Zachodzie takie rzeczy pokazywano, ale przeważnie w filmach typu ‚bondowskiego’, gdzie służyły bardziej kryminalnej akcji, suspensowi, niż stronie historycznej, psychologicznej. Rzeczywiście, to co chcieliśmy przedstawić było ryzykowne, ale tak zawsze jest, gdy się chce wypełnić te ‚białe plamy’, czy też lepiej – ‚czarne dziury’ – jak ja to nazywam.
Czy martyrologia? Nie do końca jest to martyrologia, gdyż na historię patrzy się w tym filmie oczami kobiet, a nie mężczyzn, bojowników i męczenników. Bardzo się starałem, by nie było to patetyczne. Jeżeli zaś chodzi o te nieszczęścia, to kobiety polskie spotykały jeszcze większe tragedie. Jest to saga pięciu pokoleń, rozciągnięta na przestrzeni ponad stu lat. Od tego typu filmu zawsze oczekuje się za dużo, jak również tego, że odpowiedzą na wszystkie pytania.
Uważa pan, że film przez to nie powiedział do końca o niczym? Pańskie prawo do takiej opinii i bardzo możliwe, że ma pan rację. Może rzeczywiście w tej wersji kinowej, dwu- i pół-godzinnej wszystko jest skrótowe. Ale powstała także wersja serialowa, składająca się z pięciu jedno-godzinnych odcinków. Tam to chyba jest pełniejsze.

Janusz Zaorski: "Na historię patrzy się w tym filmie oczami kobiet, a nie mężczyzn, bojowników i męczenników. Bardzo się starałem, by nie było to patetyczne." ("Panny i wdowy")

Janusz Zaorski: „Na historię patrzy się w tym filmie oczami kobiet, a nie mężczyzn, bojowników i męczenników. Bardzo się starałem, by nie było to patetyczne.” („Panny i wdowy”)

W ‚Pannach i wdowach’ temat, który dotychczas traktowany był zazwyczaj bardzo rozlewnie, ja potraktowałem raczej brutalnie, opowiadając dynamicznie i szybko montując. Wiem, że jest to pewnego rodzaju próba mieszania ‚ognia’ z ‚wodą’ w kinematografii. Chciałem prowadzić wątki jak w ‚action movie’, ale w tonacji artystycznej – w sensie artystycznym kina psychologicznego. Zresztą, każda z pięciu bohaterek dostała po pół godziny na narysowanie swojego portretu i myślę, że udało mi się osiągnąć to, co zamierzyłem. Ktoś inny może mieć inne zdanie, do kogoś innego mogło to nie dotrzeć… Np. ludzie z starszego pokolenia chcą pewnego wybrzmienia, oczekują tradycyjnej sagi, tempa moderato cantabile… To jest ta sprzeczność.
Za mało okupacji, powiada pan? Okupację potraktowałem w ten sposób świadomie. Filmów na ten temat zrobiono tyle, że kiedy strzelano na ulicach Warszawy, to wszyscy mówili, że to Passendorfer robi kolejny film o wojnie. Jest to więc wyeksploatowane szalenie.
Ciągle w pańskich pytaniach wyczuwam chęć, że powinienem pokazać to stylistycznie: tyle samo okupacji – tyle samo łagra; żeby był dobry – i żeby był zły. To wszystko mogłoby się wtedy zrobić letnie, mdłe… A ja pewne smaki chciałem dobrać ostrzej, a pewne pominąć – mając np. na uwadze, że w filmie polskim Rosjanina złego nie można było pokazać. Przez 40 lat kopy – jak pan zauważył – mieliśmy na kopy wspaniałe postacie towarzyszy, cudownych, ciepłych… itd. Film musi trafić w swój czas, a dla widza lat 90-tych novum stanowi to, że można go pokazać jako gbura i kreaturę – bo takich też przecież nie brakowało.

HISTORIA A OBIEKTYWIZM

Zarówno „Matka Królów”, jak i „Panny i wdowy” można określić mianem filmów historycznych. Podzieliłem się wobec tego z Zaorskim wątpliwością, czy rzeczywiście możliwe jest oddanie tzw. obiektywnej prawdy historycznej? A jeżeli utwór jest subiektywną wizją artysty – interpretacją przefiltrowaną jego widzeniem świata – to czy nie daje to dziełu statusu prawdy cząstkowej? Czy nie deprecjonuje w pewnym sensie jego wysiłku?
Zaorski odparł: „Myślę, że nie ma obiektywnych prawd – wszystko jest subiektywne. Dobrze jest, jeśli to odczucie subiektywne trafi w odczucie zbiorowe. Subiektywizm jest zawsze, ale gdy twórca jest wrażliwy, uczulony na emocje i umie je przekazać, to zdolny jest tą swoją ‚prawdą’ zarazić innych. Wysiłek taki nigdy nie jest daremny, nigdy nie idzie na marne. Publiczność jest zmienna, ale nie można się na nią obrażać i gdy ktoś mówi, że ona jest ‚głupia’, bo nie chodzi na nasze filmy, to trzeba przyczyny poszukać w sobie samym.”

O MITACH I POKORZE

Kto jest na tyle odważny, czy może szalony, by obalać mity? Czy odrzucenie, naturalna „degradacja” mitu, czyli ostentacyjne zdemaskowanie jego urojeniowej proweniencji – wskazanie, że w tzw. „rzeczywistości” jest nieprawdą, a nawet „fałszem” – może mieć znaczenie pozytywne? Na zakończenie wywiadu podzieliłem się z Zaorskim nawiązującymi do tego myślami: Czy aby nie powinniśmy pewnych okresów w naszej historii zostawić tak, jak funkcjonują w społecznej świadomości? Jak działa obalanie mitów narodowych – tak, jak robili to np. Gombrowicz, Mrożek czy Różewicz – na świadomość zbiorową? Dewastująco czy uzdrawiająco? Na co Zaorski odpowiedział:
„Te pytania dotykają rzeczywiście czegoś ważnego. Uważam, że pewne przewartościowania są szalenie potrzebne. Podziwiam tych pisarzy, których pan wymienił, za to, co zrobili. Podziwiam Gombrowicza za to, że napisał coś tak mocnego o Sienkiewiczu, właściwie druzgocząc go kompletnie. Podziwiam to, co napisał Mrożek o ‚Popiele i diamencie’ – i to zarówno o książce Andrzejewskiego, jak i filmie Wajdy – uznając to za apokryficzne dziełko, pokrętne i wręcz lizodupcze. Ale przecież to literatura, na której wychowało się wielu Polaków, a ‚Popiół i diament’ jest uważany przez wielu za najlepszy film polski w ogóle.
Pamiętam, jakie gromy padały na Munka za jego film ‚Zezowate szczęście’, że ‚jak on śmiał! dobre imię polskiego żołnierza!’
Uważam jednak, że taka kuracja terapeutyczno-wstrząsowa jest dobra. Mówi się, że tylko krowa nie zmienia poglądów i że uparte trwanie przy czymś jest stagnacją, zastojem. Bowiem świat, cywilizacja zmienia się… itd. To wszystko prawda, jednak pewne wartości – te rudymentarne – pozostają niezmienione. Dla mnie np. wiara w Boga oznacza zadawanie mu pytań, mierzenie się z nim, a nie przyjmowanie wszystkiego, jako pewnik. Dlatego naprawdę bardzo sobie cenie tych twórców, którzy mają odwagę – nawet w imponderabiliach – szukać jeszcze rozmaitych asocjacji, którzy nie uznają pewników. To jest według mnie potrzebne. Choćby po to, byśmy nie popadli w jakiś polonocentryzm, nie uważali się za pępek świata, za naród wybrany. Trochę pokory, panowie!”

* * *

Na spotkaniu z publicznością, po chicagowskiej premierze „Panien i wdów”, reżyser powiedział, że na razie da sobie spokój z robieniem filmów historycznych. Kiedy już rozmawiałem z nim w willi jego przyjaciół w Morton Grove (pamiętam do dziś tę olbrzymią bibliotekę z książkami poupychanymi od podłogi po sufit i długi rządek białych grzbietów paryskiej „Kultury” na jednej z półek) poprosiłem go o potwierdzenie tego oświadczenia, na co Zaorski rzekł: „Tak, to prawda. Ale wcale nie myślę zamilknąć. Wiadomo, że raz robi się coś lepiej, raz gorzej. Uważam się za reżysera profesjonalnego, który – mówiąc trochę bezczelnie – wyedukował się i może tworzyć w rozmaitych gatunkach. W związku z czym reżyserię traktuję nie tylko jako powołanie, ale po prostu – jako aktywność zawodową. Będę więc dalej robił swoje.”
I rzeczywiście, Janusz Zaorski dalej „robił swoje”, choć była to działalność na poletku nieco innym, niż filmowym* – mam tu na myśli jego prezesowanie w Komitecie do Spraw Radia i Telewizji. Czy może ktoś powiedzieć, że odbywało się to z korzyścią dla telewizji, a ze stratą dla kina? A może odwrotnie?

greydot

(Artykuł ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 29 grudnia, 1995 r.)

* Janusz Zaorski, sześć lat po tej deklaracji, zrobił film „Szczęśliwego Nowego Jorku”, później jeszcze kilka następnych (z różnym artystycznym skutkiem), a w ubiegłym roku przywiózł do Chicago „Syberiadę polską” – kolejny film historyczny, nawiązujący do naszej narodowej martyrologii (moim zdaniem niezbyt nieudany, o czym pisałem TUTAJ).

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

WOJNA I RÓŻE

(zapiski XI)

Paradoksy można nie tylko polubić – one fascynują. Mogą mieć nawet czasem moc małego objawienia, po którym rzeczywistość – pozostająca przecież tą samą – wydaje się być jaskrawsza, wyrazistsza, świeższa… bardziej naga wreszcie. Mimo, że w logice za paradoks uważa się rozumowanie, które dzięki ukrytym błędom logicznym, nieprecyzyjności, dwuznaczności i niejasności sformułowań, prowadzi do jawnie sprzecznych ze sobą wniosków, to bardziej odpowiada mi ten rodzaj paradoksu, który określa się jako twierdzenie uderzające trafnością, lecz stawiane niejako „pod włos” utartym, obiegowym opiniom, zdecydowanie z nimi sprzeczne –  przekorne wobec oczywistości, która też bywa przecież pozorna i złudna.

.

Siła i delikatność - czy mogą być po tej samej stronie?

Siła i delikatność – czy mogą być po tej samej stronie?

Dzięki zestawieniu ze sobą tych dwóch definicji, można odnieść wrażenie, jakoby logika była po stronie vox populi… I oto mamy kolejny paradoks, gdyż głos ludu nazbyt często kłóci się z logiką, również wtedy – a może nawet zwłaszcza wtedy – kiedy wydaje się być głosem Boga.
Jestem po stronie Dürrenmatta, który uważał, że właśnie człowiek konfrontujący się z paradoksem, bardziej wystawiony jest na działanie rzeczywistości – nagle znajdując się bliżej niej samej, doświadcza jej ponad swoimi uprzedzeniami, dotyka jej sedna.

greydot

Choć wojny nie znam z autopsji – los jak do tej pory oszczędził mi tego doświadczenia – to zawsze była ona w mojej świadomości czymś niezwykle ważnym w ponawianych przeze mnie próbach rozumienia świata i człowieka. Dość szybko odseparowałem sztuczną wizję wojny  –  jaką serwowano nam, dzieciom PRL-u, w postaci rozrywkowych filmów typu „Stawka większa niż życie” czy „Czterej pancerni i pies” – od prawdziwego jej obrazu utrwalonego w dokumentach, wspomnieniach, faktach – przedstawieniach nie zdeformowanych popularną fikcją ani oficjalną propagandą. Takim momentem przełomowym dla mnie była konkretna chwila podczas oglądania jednej z filmowych kronik wojennych, kiedy to zobaczyłem upadającego, trafionego kulą, żołnierza. Od tamtego momentu na ową kronikę przestałem patrzeć jak na film. Ogarnęło mnie wówczas wszechmocne poczucie realności. Wojna przestała być dla mnie zbiorem dat, suchą statystyką ofiar, papierową planszą frontów, ruchów abstrakcyjnych wojsk, podręcznikowym zbiorem bitew. Czymś szokującym niemal było dla mnie uświadomienie sobie, że przecież to wszystko działo się NAPRAWDĘ, i to zaledwie kilkanaście lat przed moim  urodzeniem się.

Nazajutrz poszedłem na miejsce, gdzie Niemcy rozstrzelali podczas okupacji kilkudziesięciu zakładników, mieszkańców mojego miasteczka. Dotknąłem zachowanego w murze wgłębienia po kuli i poczułem się jak Tomasz wkładający palec do rany w boku Chrystusa. Czy można to nazwać obsesją?
Starałem się poznać mechanizmy rządzące wojnami. Ich irracjonalność, morze głupoty, zaślepienia i nienawiści, jakie rozlewało się wraz z krwią w każdej wojnie, spowodowały, że skłoniłem się zrazu ku pacyfizmowi. Jednak tego idealizmu (i może jednak utopii – jak to sobie później uświadomiłem) nie dawało się utrzymać dłużej. Wydaje się bowiem, że wojna jest zrośnięta z człowiekiem jak pazury z drapieżnikiem. Ciągle też pamiętałem to podniecające męskie poczucie siły, kiedy sam trzymałem karabin w rękach.

greydot

Moja pierwsza wizyta w Arizonie. Zatrzymaliśmy się u pewnej rodziny w Paradise Valley, koło Phoenix, w niezwykłym architektonicznie domu zaprojektowanym w pracowni Franka Lloyda Wrighta. Nasza gospodyni zaproponowała nam następnego dnia wzięcie udziału w wyprawie jeepem za miasto, na pustynię Sonora, po tzw. Szlaku Apaczów – a więc Geronimo, Koczis, Winnetou… czyli pełen romantyczny wypas. Naszym przewodnikiem miał być rasowy cowboy w skórzanym kapeluszu, w butach z cholewami  (choć bez ostróg), no i oczywiście z imponującymi coltami po bokach. Towarzyszyła nam również Barbara, starsza przyjaciółka naszej gospodyni. Przejażdżka była szalona: pustynnym traktem, wśród olbrzymich kaktusów saguaro, po żwirze i kamieniach, korytem wyschniętej rzeki… jednak jej końca nikt nie przewidział.
Cowboy na finał chciał nam zafundować frajdę, zrobić „wystrzałową” przyjemność. Wyciągnął więc pistolety i zaczął strzelać do kaktusów. Wreszcie jedną z tych zabawek wcisnął do ręki Barbary. I dopiero wtedy zauważyliśmy, że dzieje się z nią coś niedobrego. Nagle zaczęła się trząść, wypuściła broń z ręki i zaniosła się płaczem. Wróciliśmy do domu, nikt z nikim nie zamienił ani słowa. Później dowiedziałem się, że rodzice Barbary zginęli zastrzeleni z pistoletu na ulicy warszawskiego getta.

greydot
Rzecz uderzająca: niezwykła zdolność człowieka do wyłączenia się z dominującej aktualnie rzeczywistości, by na przekór istniejących wokół warunków tworzyć lepszy świat, niekoniecznie idealny – świat będący często pozytywnym odbiciem koszmarnego negatywu. W celi śmierci powstaje poemat o słońcu, radości życia, błękitnym niebie i ptakach; w obozie koncentracyjnym orkiestra gra Schuberta i Mozarta; w okopie strzeleckim maluje ktoś akwarelkę…
Podobne przykłady można mnożyć, lecz błędem byłoby traktować to li tylko jako ucieczkę. Nie jest też owa zdolność jakimś artystowskim żałowaniem kwiatów, kiedy płoną lasy. Ani to więc eskapizm, ani kwietyzm, ani nawet sentymentalizm. Bardziej sprawiedliwie byłoby nazwać tę wspaniałą ludzką przekorę heroiczną niezgodą człowieka na narzucony mu przez los, czy tzw. „siły wyższe” (Boga, Fortunę, Przypadek…?) rozpaczliwy dryl.

Czy przejmująca liryka Baczyńskiego miałaby tę pełnię, czystość i głębię, gdyby nie otaczające ją piekło wojny, dławiącej okupacji i krwi powstańców? Strącony płatek róży na gruzach zabitego miasta. Dziś już tych ruin, zgliszczy i popiołów nie ma, ale siła poezji Kamila przetrwała.
Kiedy poznałem sztukę Karola Wojtyły „Brat naszego Boga” (za pierwszym razem był to spektakl w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie, ostatnio film Krzysztofa Zanussiego), byłem wielce zaskoczony, że nie można spotkać w nim ani śladu wojny, która dopiero co przewaliła się morderczo przez świat. A przecież dwudziestoparoletni Wojtyła pisał ją właśnie na pobojowisku Europy. Etyczno-filozoficzna rozprawa o różnych powołaniach człowieka, wiele słów o malarstwie i sztuce, o konieczności dokonywania moralnych wyborów – a wszystko odbywa się na tak wysokich i wysublimowanych poziomach, że aż trąci abstrakcją. My już dzisiaj wiemy, że właśnie to bliskie szaleństwu roztrząsanie owych – wydawałoby się: oderwanych od życia – konfliktów i problemów było wyrazem procesu kształtowania się osobowości i umysłu jednej z najwybitniejszych postaci współczesnego świata.

greydot
„Małego księcia”, jedną z najmądrzejszych, najbardziej uroczych, tęskno-melancholijnych baśni dla dorosłych (choć nie tylko dla nich) napisał Antoine de Saint-Exupéry, francuski lotnik, który zginął zestrzelony podczas zwiadowczego lotu nad Morzem Śródziemnym w 1944 roku.
Artysta i wojownik, na wojnę i wyzywające niebezpieczeństwo patrzył oczami marzyciela i poety. To dzięki niemu Mały Książę wrócił na swoją planetę, do tej jedynej ukochanej róży, mimo że na Ziemi były ich miliony i to piękniejszych od tamtej. Sentymentalizm, który tutaj nie śmieszy, ani nie niecierpliwi. Rzadkość, za którą kryje się często głębokie cierpienie i tęsknota.

greydot

Proust na „nieludzkiej ziemi”. W poszukiwaniu straconego czasu, subtelności i arystokratyzmu ducha wśród baraków Starobielska i Griazowca. Utrwalić kruchy artyzm i ulotną kulturę na katordze, wśród tumanów komunizmu; gdzie zimno, szarość, głód i nędza stały się normą, wypełniły świat.
Józef Czapski, pisarz, malarz, współredaktor paryskiej „Kultury”, zesłany został w 1940 roku przez Sowietów na Wschód. Najpierw do obozu w Starobielsku, później w Griazowcu, gdzie ulokowano około 330 Polaków, głównie oficerów. (Na marginesie: to właśnie z Czapskim, który nie żył już od kilku lat, chciał się niedawno umówić na spotkanie były minister kultury w Polsce.)
I tam, na głuchym zesłaniu, zaczął Czapski swoje odczyty o francuskiej literaturze, mówiąc głównie o Prouście. W „niskiej i czerniawej izbie starej chaty” zbierało się zwykle 40 osób: „przychodzili o zmierzchu w fufajkach, mokrych butach, nieraz po długiej pracy w śniegu w dotkliwy mróz” – pisał Czapski.

Proust, mistrz intelektualnego i estetycznego wyrafinowania, kot salonowy, przenikliwy znawca paryskiej arystokracji, nadczuły i nadwrażliwy artystowski dandys, geniusz przenikający na wskroś ludzkie dusze i rzeczywistość, stał się w Rosji pocieszycielem zgnębionych, wdeptanych w błoto i rzuconych na mróz niewolników. „Zawdzięczaliśmy Proustowi – wspominał Czapski – godziny czyste radości i myśli.”
Co za ironiczny paradoks: człowiek, który stopniowo odsuwał się od świata, a w końcu całkiem się od niego odizolował i to w sposób dosłowny, obijając swój pokój dźwiękochłonnym korkiem – otóż ten właśnie odludek został przez jeńców obozu uznany za przyjaciela w tym strasznym miejscu odosobnienia.
Ulotność, subtelność, wyrafinowanie, nadwrażliwość, wysublimowana w sposób najwyższy kultura… Baraki, prycze, smród, wszy i pluskwy, mróz, tępota i bezduszność stalinowskiej machiny i obsługujących ją chamów… Kontrast to niesamowity i niewiarygodny tak, że aż wydaje się sztuczny.
Wykłady, które Czapski robił oczywiście z pamięci, zostały spisane w obozie przez jego przyjaciół i do dziś stanowią jedną z najbardziej wnikliwych analiz Prousta w Polsce.

greydot
Nie można się oprzeć wrażeniu, że człowieka na największą wzniosłość, głębię, szlachetność, stać tylko w obliczu sytuacji ekstremalnych. Tutaj paradoksem jest z kolei to, że w tych samych warunkach wyłazi też z niego to, co najgorsze: największa podłość, prymitywizm, agresja, bydlęctwo…
Czy istnieje tu jeden uniwersalny probierz dla wszystkich ludzi? Czy zawsze wiadomo, że konkretny człowiek zachowa się w danych okolicznościach tak, a nie inaczej? Jedno jest pewne: w warunkach nieludzkich bardziej prawdopodobne jest to, że człowiek zachowa się nieludzko.
Czy jednak można wyciągać z tego wnioski ogólne rozciągając je na cały gatunek Homo sapiens – głosząc, że człowiek to najgorsze bydle jakie kiedykolwiek pojawiło się pod słońcem?

greydot
Wreszcie paradoks bodaj największy: wartości tradycyjne i szlachetne, takie jak honor, lojalność, patriotyzm, poświęcenie, śmiałość, szczerość, prostolinijność, wierność własnym przekonaniom, postępowanie zgodnie z przyjętym przez siebie kodem etycznym były wśród pewnych ludzi wartościami praktykowanymi i żywymi w czasach światowej katastrofy wojennej, która z drugiej strony przyniosła przecież największe upodlenie ludzi, jak również pogardę (bo jednak nie kompromitację i nie bankructwo – jak to się mylnie sądzi) wspomnianych przeze mnie wartości.

Dzisiaj, kiedy nowe pokolenia nie doświadczyły żadnej globalnej śmiercionośnej zawieruchy, wszystkie te wartości wydają się przeżywać kryzys. Jednak ściślej byłoby stwierdzić, że kryzys, tak naprawdę, przeżywają ludzie, którzy przestali owe wartości respektować – nieważne: z pogardy dla nich, czy wskutek uświadomienia sobie ich nieskuteczności wobec nagiej bezwzględnej siły, agresji i barbarzyństwa. Wrażenie to utrzymuje się wbrew temu, że właśnie po szaleństwach zachodniej cywilizacji w XX wieku, obwieszczono totalny kryzys kultury i wręcz bankructwo bądź co bądź „chrześcijańskiej” Europy. Tak, jak pisał w 1945 roku późniejszy laureat Nagrody Nobla, Elias Canetti: „Naszemu pokoleniu przypadło w udziale doświadczenie, że wszelkie szlachetne usiłowania ludzkości są daremne.”
A jednak właściwymi zwycięzcami byli według mnie ci, którzy nie dali w sobie zabić swojej ludzkiej duszy i przekonania, czy też wiary w jej szlachetny potencjał.

greydot

Post-wojenna kultura człowieka Zachodu postawiła na rozwój techniczny, gospodarczy i społeczny, budując większą lub mniejszą stabilizację, mnożąc dobra konsumpcyjne. Te ostatnie uznano za podstawę dobrobytu, jaki utożsamiano z dobrym samopoczuciem człowieka, który powinien być według tej doktryny przede wszystkim konsumentem. Wytwarzanie, wydajność i konsumpcja – wraz z ekonomiczną konkurencją i wyścigiem technologii – stały się swoistą religią, za którą trudno było dostrzec jakąkolwiek metafizykę, nadającą temu wszystkiemu jakiś wyższy sens. W związku z tym kultura, a i sama egzystencja ludzi uległa w tych warunkach  spłyceniu, spłaszczeniu i wyjałowieniu. Na domiar złego, rozwój mediów, zwiększanie się zasięgu, ilości i szybkości wymiany informacji, spowodowało dalszą relatywizację kulturową, przenikanie się zgoła obcych sobie kręgów cywilizacyjnych, dotychczas dość szczelnie od siebie odizolowanych. Lecz zamiast wzbogacenia i wzajemnej komplementacji, powodowało to w ludzkich głowach większy zamęt, dość chaotyczne przerzucanie się z jednych wartości na drugie, jak również ich stopniową dewaluację. Innymi słowy: ludzie przestawali wierzyć w to, co wierzyli dotychczas, zaczynali natomiast wierzyć w byle co i cokolwiek. Doszło do tego, że metafizykę najpoważniej traktuje się dzisiaj w dziwacznych eklektycznych sektach, a to oznacza zwykle tej metafizyki degradację.

Nowoczesny człowiek zachwycił się możliwościami techniki, z nauki uczynił coś w rodzaju obowiązującej wszystkich religii; kultem otacza tzw. „samodoskonalenie się” rozumiane jako ciągłe podnoszenie własnych kwalifikacji profesjonalnych i coraz większą dyspozycyjność, tudzież „multitaskową” gotowość wobec głównych trendów korporacyjnego zarządzania. Shopping mall stał się centrum konsumerskiej religii, w której własne ciało traktowane jest jak świątynia hedonizmu, gdzie obowiązuje kult nieprzemijającej urody i wiecznej młodości. To co dawniej nazywano „duchowością” przeszło do lamusa – zresztą większość ludzi jest teraz przeświadczona, że coś takiego jak „duchowość” w ogóle nie istnieje, będąc wymysłem naiwnych idealistów.
Nowoczesny człowiek stara się oczywiście bawić, żyć na tzw. „luzie”, stale wymyślając coraz to nowe zabawki. Wie, że rekreacja i rozrywka są niezbędne, więc dzielnie wyjeżdża na wakacje, choć zaawansowany pracoholizm nie pozwala mu zwykle na odprężenie i relaks. Nie dopuszcza jednak, by z twarzy – przynajmniej publicznie – schodził mu wyraz zadowolenia z samego siebie i z życia („keep smiling!„). Innymi słowy: robi dobrą minę do niepewnej gry. Pytanie tylko, jak długo zdoła on utrzymać tę sztuczną fasadę – kiedy mu się znudzą te wszystkie nowe zabawki i ogarnie go dojmujące poczucie pustki?
Napisałem o człowieku nowoczesnym, mając na myśli takiego, który odniósł sukces. A co z tymi, którzy ponieśli klęskę?

greydot

Szaleństwem i głupotą, a może nawet nikczemnością byłby nostalgia za czasami pożogi tylko dlatego, że prawem kontrastu wyłoniły one wyższe wartości, reprezentowane niemal wyłącznie przez tych, którzy (w czasie rozprzestrzeniania się agresywnej zarazy) byli najczęściej po stronie ofiar. Nie można przy tym zapomnieć, że to uszlachetnienie pewnych ludzi brało się w dużej mierze z cierpienia jakie odczuwali patrząc jak wszystko przytłacza lawina zła. Było też często rozpaczliwą walką o nadzieję w obliczu upadku moralnego ludzkości – tragedii, za którą odsłaniała się już tylko czarna otchłań nihilizmu.
A jednak mnie samego nawiedzało czasem poczucie, iż przez fakt, że nie przeżyłem tamtego okrutnego czasu na własnej skórze, moja egzystencja jest płytsza. Poczucie nie tylko dziwne, ale zgoła absurdalne, gdyż to, że naszemu pokoleniu oszczędzone zostało piekło wojny, można poczytać tylko za szczęście. Niemniej, kryje się w tym jakiś mój głód i niedosyt doświadczenia – coś w rodzaju poczucia niższości wobec ludzi, którzy mierzyli się z tamtą rzeczywistością o własnych siłach. Ale jest to zagadnienie znacznie szersze.
Żyjąc w Ameryce, zaliczając się w dodatki do tzw. Polonii amerykańskiej, bez przerwy mam wrażenie, że jakikolwiek świat bardziej szlachetny nie ma tu większej racji bytu. Rzeczywistość bowiem zdominowana jest przez pośledniość, tandetę, tymczasowość, pozory, bezideowość, plebejskość, płyciznę, kicz… Nie wiem, czy przebywając w Polsce odczuwałbym to samo. Niestety, obawiam się, że tak. Wskazywać to może tylko na uniwersalizm i powszechność zjawiska – że jest to po prostu signum temporis, czyli znak naszego miałkiego czasu.
Jak się przed tym bronić? Jak postępować i myśleć, by mimo wszystko nie przysłoniło to nam urody świata, ani nie zgasiło powabu życia, które skądinąd jest (może być) fascynujące i piękne?

Zapewne nie byłoby dobrze, gdybyśmy w poszukiwaniu tego „lepszego” świata, zwracali się tylko ku przeszłości. Czy tylko z tego, co było, mamy czerpać wiedzę i wiarę w szlachetność i lepszą przyszłość człowieka? Byłaby w tym jakaś dziwna i gorzka przewrotność. Lepiej więc nie narzekać tak, jak kiedyś to zrobił Gogol: „Dzisiaj w Rosji nie ma już miejsca dla pięknych dusz. Na powierzchni utrzymują się tylko świnie.”

Niemal każdy człowiek, który nie jest zadowolony ze stanu otaczającej go rzeczywistości, szuka dla siebie azylu. Dla jednych jest „chodzenie” na ryby, dla drugich sport, dla innych jeszcze uczestnictwo w kulturze w różnych jej odmianach; także religia. Kiedy próg niezadowolenia zostaje przekroczony i zaczyna się cierpienie, ucieka się jeszcze dalej – w alkohol, seks i narkotyki… Ten rodzaj eskapizmu najczęściej okazuje się być destrukcyjny. Natomiast ucieczka „w sztukę” może być twórcza. Religia pozwala przetrwać, jak również łagodzi umieranie.

greydot

Fascynuje mnie świat moich ojców i dziadków. Nie tylko dlatego, że widzę w nim zarówno to, co w ludzkiej naturze jest najlepsze, jak i to co najgorsze – i to często w ekstremalnym wydaniu. Wydaje mi się, że życie było wówczas jakby bliżej krwi i kości człowieka. Z jednej strony odarte z pozorów, z drugiej jednak – pogłębione egzystencjalnie. Wiem, że osią tego świata była dla nich wojna, a więc zarówno faszyzm, jak i komunizm – straszne doświadczenie totalitaryzmów. Dla tych, którzy te zawirowania przeżyli, nadal świat wydaje się kręcić wokół tej samej osi. Co charakterystyczne, młode pokolenia nie są wcale tym zniecierpliwione – one są wobec tego… doskonale obojętne. Myślę jednak, że mimo owych fiksacji i zapatrzeniu w przeszłość, wiele się od starszych pokoleń możemy nauczyć.

Nigdzie indziej nie mogę znaleźć tej specyficznej aury chroniącej pewne wartości, jak wokół ludzi pamiętających niepodległą Polskę, powstanie, czasy stalinowskie… czy wreszcie miejsca i strony, w których dorastali. Wydaje się, jakby przywiązanie do tych miejsc nadawało im dodatkowo pewnych szlachetnych rysów: Wilno, Kraków, Lwów… cała ta nostalgia związana ze wspomnieniem stron rodzinnych, czy choćby tylko czasu swego dorastania. Tradycja, która już zatarła się w widocznej dziś rzeczywistości, a która jeszcze ciągle z nimi – i w nich – żyje.

greydot

Pisarstwo Herlinga-Grudzińskiego, Alberta Camusa… nawet Miłosza, mimo jego filozoficzno-politycznych perypetii i amerykańskich uwikłań. Towarzystwo od kultury polskiej, którego frakcję zdołała pod swoimi skrzydłami zgromadzić w Paryżu instytucja Jerzego Giedroycia. Tam odnalazłem próby odpowiedzi na pytania i problemy, które zawsze były – i nadal są – dla mnie ważne. Zwłaszcza „Dziennik pisany nocą” Herlinga okazał się dla mnie lekturą wręcz katarktyczną – sferą, gdzie mogłem się przenieść w poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące mnie kwestie, także w poszukiwaniu humanistycznych wartości, intelektualnej klasy i szlachetności – większej niż ta, którą oferuje nam na co dzień społeczeństwo konsumpcyjne, zadowalające się bylejakością płytkiej egzystencji. Choć przecież „Dziennik pisany nocą” nie mógł być jasny. Wprost przeciwnie – w jego mrokach czuje się często bojaźń i drżenie – lęk przed tą ciemną stroną naszej natury. I może właśnie dlatego mocniej akcentuje się tam ludzki heroizm, bardziej afirmuje wiarę w możliwość wielkości człowieka – silniej pragnie się nadziei na moralny ład świata, na przekór chłodnej obojętności niebios.

greydot

Widziałem gdzieś niedawno takie piękne zdjęcie, na którym postawny żołnierz odbiera z rąk małej dziewczynki hełm przybrany kwiatami. Czy potrzebne nam lepsze przedstawienie paradoksu „wojny i róż”, jak ten ukwiecony hełm wręczany ufnie wojownikowi przez bezbronne dziecko?

greydot.

* Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 28 listopada, 1997 r. (Na zdjęciu: Lee Marvin, kadr z filmu „The Big Red One”)

  Powiązane wpisy: „CZAS PRZEMOCY”, „WOJENNA SCHIZOFRENIA”, „SZKLANE KLOSZE”

.

WIERSZEM PO KRYTYKACH (Więcej niż kino: „Pan Tadeusz”)

*

*

Mimo iż nie jest dzisiaj „trendy”, by wracać do tzw. literatury „narodowej” – również dość wstydliwe stało się przyznawanie do jakichkolwiek uczuć patriotycznych, do nostalgii za ojczystym krajem – to jednak spróbujmy choć na chwilę zająć się raz jeszcze Mickiewiczowskim „Panem Tadeuszem”. A okazją po temu niechaj będzie przypomnienie sobie ekranizacji dzieła naszego wieszcza narodowego dokonanej swego czasu przez „narodowego” reżysera Andrzeja Wajdę. Przypomina mi się tutaj premiera „Pana Tadeusza” Wajdy na ziemi amerykańskiej, która miała miejsce w znanym w Chicago Centrum Kopernikowskim. Film wówczas odebrano bez mała entuzjastycznie. Pamiętam, jak kontrastowało to z reakcją niektórych polskich krytyków, którzy film okrutnie „zjechali”. Moim zdaniem niesłusznie. Co ciekawe, bardziej atakowali oni dzieło Mickiewicza, niż sam film Wajdy.

Pomyślałem sobie wówczas, aby zamiast zwykłej recenzji, „przejechać” się z kolei po tych wszystkich krytykach wierszem.

*

Czy warto polemizować z tymi krytykami?
Wszak z emocjami trudno jest się wadzić,
Podobnie jak z gustami; bo przecież
Wokół siebie każdy to, co chce zobaczy,
Lubo trochę nieba, tudzież świat sobaczy.
Raz się patrzy sercem, to znów przyrodzeniem,
Zrazu człek jest mądry, to znów bywa głup i ciele.

To nie tylko Schopenhauera są rojenia:
Zdrowy rozsądek kończy wszelkie nastrojenia.
Porywy serca i umysł zamglony,
Słodka melancholia, piękne filandrony…
To musi być szaleństwo, nierozsądne granie,
Puścić się na oślep – w obłokach bujanie!
Nie idzie w parze kalkulacja mądra
Z tym co się chce przeżyć bez cynika, bez Gombra
podobnie… kto chłodnym okiem krytyka poziera,
Ten pozbawia się drżenia, zachwytu, westchnienia.

Jaki zaś był sam film? Czy ocena tu konieczna?
To wystawianie cezurek, ta krytyka wieczna?
Wajda jako Mistrz powszechnie uznany,
Nie potrzebuje obrony, na nic są tu komunały:
Pienia nad jego wielkością Reżyserską,
Nad szlachetnością wejrzenia, biegłą, pewną ręką,
Zostawmy fachowcom, analitykom, piewcom,
Co to się tylko swą erudycyją łechcą.

Patrzmy na obraz bez naszych uprzedzeń
A wręcz oczarowani możemy być przezeń
Tym łatwiej mogą nam przyjść zachwyty,
Iż w rzeczy samej film jest znakomity.
W zestawieniu z „Ogniem i mieczem” Hoffmana
„Pan Tadeusz” Wajdy to rzecz nader udana
Nie jakiś komiks historyczny, płaski,
Bez dobrej gry aktora, z kabaretu maski –
Usilny hymn własny Lachowego grodu,
Lecz z żywej tkanki duchowej narodu
Utkany przekaz szczerości, samego wigoru,
Kolorowy i gorący – nie sztucznego wzoru.

Nie czas tu po temu, by zbijać zarzuty
Nie szczędzone dziełu, nie tylko przez filuty:
że Mickiewiczowski „Pan Tadeusz” jest niedoskonały?
że niekonsekwencje, błędy, tudzież dyrdymały?
Z jednej strony od arcydzieł był on wykadzany,
Z drugiej –
Przez innych wieszczów, niemal wyszydzany

„Czczenie wieprzów, a bicie się na maczugi”-
Pisał to Słowacki, tak przecie ceniony.
„Czekają aż Francuzi zrobią im Ojczyznę”-
Wtórował mu Norwid, też niepocieszony.

Przerósł wszystkich Gombrowicz, ten obrazoburca
Diaboliczny ów pisarz myślą ostrą jak brzytwa
Poprzecinał niejedne polsko-sztandarowe gusła.
Z flag, symboli, świętości – z tej polskiej legendy,
Szyjąc majtki dziecinne, przyprawiając gęby.
Z „Ferdydurke” wyrosło to już słynne zdanie:
Dlaczego mam klękać, skąd to uwielbianie?
Skoro ja nie kocham – zachwyt też mi obcy
Dobre to dla Pimka – te beczenia owcy.
Może też i wielkie bogi te poety były,
Mocarne, ruszające z posad ziemskie bryły;
Ale ja w to nie wierzę, to mnie nie porusza,
Ja gwizdam, chromolę, czkniam i się osuszam.

Co tu rzec na takowe dictum
Gombrowicza – skądinąd geniusza;
Chyba tylko odwracając richtung:
Jak się mam nie wzruszać, skoro się tak wzruszam?

Lecz dość tych dygresji, wróćmy do meritum:
Zarzuty Mickiewiczowi – zostańmy już przy tem.
Raz – te niekonsekwencje, dwa – antybohatery,
Dwuznaczności, uchybienia i nie bez kozery
Wytykano poecie rój person bez liku –
I jak tu wznieść ducha nad to panopticum?

Tadeusz – mówiono – to gamoń, niecnota,
Ledwie zoczy halkę, już go ma ochota.
Niby to się kocha w Zosi, a śpi z Telimeną,
Nic się w szkołach nie zuczył, został trochę mendą
Telimena? – Ach, to nimfomanka i czcza latawica,
Oraz – jak pisał Norwid – „moskiewska metresa”
Jedynym jej usprawiedliwieniem to, że była ładna:
„Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną”.

Zosia zaś to cielątko boże – płoche i niewinne,
Ciągle w negliżu – wśród kwiatków, motylków,
Ale też i… zwinne.
Cnota jej trzymana była pod zamknięciem
Przez ciotkę ladacznicę, która miała wzięcie.
Ale dziewczę dość smutne obiecuje poprawę:
Niech no się tylko z ludziskami pobawię.

Hrabia – to dziwak poczciwy, birbant i galancik,
Artystowski duszek, dandys, aczkolwiek palancik;
Uwielbia szkice, widoczki – takoż polowanie,
Natura, kobiety i piórko – jego miłowaniem.

Sędzia to niby zdrój, co pełen jest świętości,
Mądrości, cnót skarbnica, summa szlachetności,
Bez mrugnięcia okiem majątek sąsiada
grabi…
i w dobrej komitywie z Ruskimi zasiada.

Czy to jest naszego wieszcza ironia gorzkawa?
żart, dowcip, kpina – ta dwuznaczna oprawa.
Z jednej strony bohatery to łotry i dranie
Z drugiej – piękni, kochani, kolorowi, wprost łanie…

Weźmy jeszcze innych:
Ksiądz Robak pod kapturem skrywa tajemnice –
On wie jakie to zbrodnie ciążą na Soplicy.
Bardziej żołnierz, niźli mnich pokorny,
skruszony;
Kogo mogą zmylić te święte androny?
Były łotr, hulaka, warchoł i choleryk,
Czy widział ktoś, aby tak wyglądał kleryk?
Tu znów ta poety ironia wyziera –
Z wroga swego rodu robić bohatera.
Świętym – morderca, drań, nicpoń pieniaczy?!
Psychiatra by westchnął – cóż to wszystko znaczy?

Gerwazy to kolejny jest typ psychopaty –
Mściciel maniakalny, klucznik kostropaty.
Do podjudzania pierwszy, ostatni do zgody,
Blizny jego straszą od łysin do brody.
Seryjny zabójca, chełpi się w ordynku:
Dwóch Sopliców ściął w kłótni, dwóch na pojedynku.
Jakby tego było mało temu śmierci siewcy,
Kolejnego Soplicę spalił w szopie żywcem.

Nic dziwnego, że każdy w zaścianku czy dworze
Uzbrojon po zęby – w krócice i noże.

Czy to możliwe, by w takiej scenerii,
W tym horrendum upiornym, niecnej menażerii,
Sielanka się nam śniła, serca się krzepiły,
Wzbudzając tęsknotę za krajem tak miłym?

To chyba jednak dowód, a nie podejrzenie:
Iż mocniejsze od prawdy jest wyobrażenie.

W filmie Wajdy udała się rzecz niesłychanie rzadka,
I ta klasa zachowana jest aż do ostatka:
W poemat prawie że z akcji wyzuty,
Tchnięto duszę widowiska, i choć były skróty
Zyskała dynamika, krwistość i kościstość
żaden teatr telewizji – jest to oczywistość.

O grze aktorskiej mówić, że jest koncertowa,
To być krok od banału – nie znaczące nic słowa.
Genialna jest gra Olbrychskiego, tudzież Seweryna;
I nie ważne – grają oni anioła, czy też sukinsyna.
Również Linda z Robakiem nieźle sobie radzi,
Choć mu Pasikowski z „Psami” akcją nie podkadzi.
Wajda: „Boguś to aktor bardzo utalentowany” –
Tym zdaniem każdy by się czuł ukontentowany.

Śliczna Bachleda – Curuś, dziewczę wdzięczne, młode,
Jest w filmie nie tylko przez wzgląd na urodę.
Pani Szapołowska zaś to kobieta dojrzała,
Bez trudu Żebrowskiego w swe sidła zmotała.

Reżyser dał wielką swobodę aktorom;
Jakby czuł, że świetnie się do dzieła zabiorą.
Efekt jest znakomity, i gdy film już zrobiony
Nikt z nas nie może czuć się zawiedziony

Miłosz pisał, że „Pan Tadeusz” jest wręcz metafizyczny:
Traktuje o równowadze świata; i na wzór idylliczny
Soplicowo jest Pana Boga ogrodem, Edenem niejako,
Gdzie wszystko jak w baśni – tej ziemskiej wszelako.
Szlachetna jest Noblisty mądra ta idea,
Mistrz, czego się nie tknie, we wzniosłość przemienia.

Lecz nie wdajmy się tutaj w analizy uczone,
Korowody objaśnień, mędrkowaniem zwieńczone;
Nie zgłębiajmy się zbytnio, a i bez powodu,
W jakieś „kręgi zaklęte”, „zdrową miazgę narodu”.
Taki jest już nasz wgląd – natura człowiecza,
że do tego, co kochamy, nie trza nam tłumacza.
Prawdziwa miłość jest bezwarunkowa,
Nie da się objaśnić – obywa się bez słowa.

Nie ma wszak dyskusji nad naszym wzruszeniem,
Nad nerwów dreszczem, świętości łaknieniem;
Gdy zwykłego bociana lot nad polskim siołem,
Staje się nam w duszy tęsknoty symbolem.

*   *   *

Należy pamiętać, że owa wierszowana recenzyjka bardziej jest żartem, niż wiernością poezji kanonicznej. Pisząc ją liczyłem też na to, iż może ona kogoś zabawić.
Jest oczywiste, że „Pana Tadeusza” w Chicago, czyli na tzw. „obczyźnie”, inaczej się przyjmuje, niż w kraju nad Wisłą. Tutaj perspektywa jest inna – do tych „pól zielonych” dalej. Dochodzi też pewien element emigranckiej nostalgii. Toteż napięcie w pochyleniu nad narodowym eposem, tudzież oczekiwania – mogą być niejako podwójne.

Nieprawdą jest, że wystarczy odniesienie do tradycji wielkiej polskiej literatury, by współczesna interpretacja filmowa czy teatralna rzucała nas na kolana w imię patriotycznej powinności; czy też dlatego, że to „wielcy poeci byli”, wielkie dzieła spłodzili – dzieła, którymi winniśmy się zachwycać, jako i poprzednie pokolenia Polaków się zachwycały.
Otóż choćby przypadek Hoffmanowskiej ekranizacji „Ogniem i mieczem” tego nie potwierdza. Film ten po prostu rozminął się z oczekiwaniami wielu widzów, brak mu było kilku istotnych artystycznych rysów, trudnej do określenia weny – w przeciwieństwie do obrazu Andrzeja Wajdy.
I jak już powiedziałem, wcale nie musimy się tłumaczyć z tego, co się nam podoba. I to nie tylko dlatego, ze z gustami się nie dyskutuje. Wiemy bowiem wszyscy jak wiele znaczy w tym wszystkim nasze nastawienie.

Myślę, że pierwszym warunkiem przychylnej percepcji „Pana Tadeusza” jest to, by nie brać go dosłownie. Bo rzeczywiście, gdy tak zaczniemy bardziej „rozumowo” wgłębiać się w akcje, charakter opisywanych środowisk i bohaterów, to dojdziemy do słusznego wniosku, że jak na archetypiczne wzory „polskości”, jak na apoteozę narodu i afirmację społeczeństwa, to cokolwiek cieniutko.
Skąd więc ta wielkość „Pana Tadeusza” czytanego od wielu już pokoleń?
Odpowiedz jest chyba prosta, choć może się wydać banalna: poezja i geniusz Adama Mickiewicza.

Tak już jest, że dobry pisarz, opisując choćby ścierkę kuchenną, jest zdolny stworzyć pasjonującą literaturę.
Rezultat końcowy Wajdy i Hoffmana?
Mamy tu do czynienia z paradoksem.
Biorąc bowiem pod uwagę rodzaj obu literackich wzorów, uwzględniając specyfikę filmu i ekranizacyjne trudności (pomijając oczywiście stronę techniczną realizacji), zadanie Hoffmana wydawałoby się być łatwiejsze. Bowiem i akcja u Sienkiewicza wyrazistsza i środki dramaturgiczne bardziej uniwersalne, napięcie konkretniej dozowane – to wszystko lepiej przenosi się na ekran. Można więc było oczekiwać mocniejszego efektu. Proza jest dla fabuły niejako bardziej naturalna, bardziej przystaje do filmowych środków. Nikt nie pisze scenariusza wierszem. Natomiast z poezji zrobić udane filmowe widowisko, to doprawdy trudno.

Jak to się więc Wajdzie udało?

Jeśli, w poszukiwaniu przyczyn, zaczniemy film analizować, to już „siadamy” w przedbiegach. Gdyż bardziej tu chyba możemy liczyć na naszą intuicję, niż na intelektualną kalkulacje. To prawda – dajemy tym samym pierwszeństwo prawdzie emocjonalnej. Czy można jednak w tym przypadku robić z tego zarzut?

*

*

Niech mi wolno będzie napisać jedno: najwięcej ducha, moim zdaniem, tchnęli w filmowego „Pana Tadeusza” występujący tam aktorzy. To właśnie ten ich entuzjazm, granie „na oddechu”, o jakim mówił w Chicago Daniel Olbrychski. Mamy wrażenie, że filmem tym bardziej się bawili (w dobrym sensie tego słowa), niż go święcili. Nie ma tu chyba tworzenia z myślą o jakiejś wielkiej aktorskiej kreacji. Stąd może ta lekkość, płynność i koncertowość filmu. Dzięki tu należy złożyć reżyserowi za wspaniałomyślność, i za to, że artystom na to wszystko pozwolił, a nie silił się na ekranowy pomnik.
Według mnie efekt jest znakomity – to wyważenie między wielką literacką tradycją narodowego poematu, a widowiskiem dla tzw. „zwykłego” odbiorcy. Przy czym, nie ma tu pompy, ani fajerwerku., jest za to solidna rozrywka.

Rzeczywiście – „Pan Tadeusz” Wajdy jest filmem wspaniale polskim. Z tego względu ci, którym tu w Ameryce owo „odnalezienie się w tradycji” jest zupełnie zbędne, mogą odebrać ten film dość indyferentnie. Zobojętnieli, (obojętni byli zawsze?), albo też się „zamerykanizowali”, reagując już tak, jak zasiedziali tubylcy. Amerykanie bowiem, ze względu na zupełnie inne koleje narodowego losu, nigdy nie przywiązywali (w większości) tak wielkiej wagi dla swojej rdzennej europejskiej tradycji. Tworzyli – od podstaw właściwie – zupełnie nowe „swoje” państwo, odżegnując się przy tym często od porządku Starego Kontynentu. Nadmierne pielęgnowanie europejskich korzeni było więc raczej niepożądane.
W Polsce przeciwnie: w chwilach trudnych państwowego niebytu, przetrwanie narodu zależało właśnie od kultywowania tradycji. A odbywało się to głównie za pośrednictwem kultury, religii i sztuki.
Dzisiaj wszystko to się pozmieniało, wobec czego tak gorąca reakcja na filmowego „Pana Tadeusza” w Chicago jest tym bardziej fenomenalna.

*  *  *

fot. Piotr Bujnowicz

LONDON TOWN

London Bridge

Słońce nagle przestało świecić – weszliśmy w chmury, które dość szybko uciekły do góry, tworząc szaro-ołowiane sklepienie.
Tak więc wygląda listopadowe niebo nad Londynem – pomyślałem.
Samolot zaczął kołować, w dole zobaczyłem sino-burą wstęgę rzeki, a po obu jej stronach rozciągającą się po horyzont olbrzymią metropolię.

* * *
Czy istnieje coś takiego jak duch miasta? Miliony ludzkich istnień, które ożywiają poukładane w mniejszym lub większym porządku kamienie i cegły – bryły budynków, kawały stali, tafle szkła, lśniące aluminium … Popielate niebo wiszące nad brązowa wodą nieruchomej rzeki… Pojawiający się czasem błękit i przebłyskujące słońce przypominają o innym świecie, odległych klimatach.
Ulice pełne ludzi i samochodów. Historyczne budowle. Przeszłość równie podatna na zmiany jak teraźnijeszość.
Miasto żyje a my chcemy przeniknąć jego psychikę – o ile coś takiego, jak psyche miasta istnieje. Genius Loci?
Wydaje się, że ogarniamy jego charakter. A może to tylko odbicie naszego nastroju, wrażeń – projekcja naszych uczuć, myśli i refleksji? Gdziekolwiek nie dotrzemy, natrafimy tylko na siebie samych?

* * *

The Strand

Czy kamienie mogą mówić? Czy magiczna siła historycznych miejsc to tylko nasze pragnienie, by ożywić miniony czas, by dotrzeć do prawdy o człowieku – by się dowiedzieć na ile się zmieniamy, a na ile pozostajemy tacy sami?
Wbrew pozorom i wbrew widocznym faktom, stojąc wśród ruin dawnych imperiów uporczywie odrzucamy prawdę o naszej przmijalności. Zaginione cywilizacje, zagrzebane w piaskach czasu metropolie, zatarte ślady dawnych bogów, rozsypujące się w proch zamki i pałace, groby i cmentarze…Tak, przemijają inni, ale nie my, świadkowie dawnej zagłady – ale jeszcze nie tej, jeszcze nie tu i jeszcze nie teraz. Śmierć nas nie dotyczy, ząb czasu nie gryzie, w mogiłach i sarkofagach leżą i rozkładają się inni.

* * *
Jedziemy z lotniska Heathrow, wjeżdżamy do miasta i oto trafiamy na zjawisko, które ma posmak cokolwiek surrealny: ruch uliczny zostaje wstrzymany i obok nas przejeżdża w wielkiej pękatej limuzynie królowa Elzbieta II. Tym bardziej wydaje się to osobliwe, że nikt specjalnie nie zaprząta tym sobie uwagi i w ciągu kilku sekund ulica wraca do swego życia powszedniego.
Czyżby więc te pojawienia się królowej były dla Londyńczyków tak zwyczajne jak bicie Big Bena?
Jest że rodzina królewska czymś żywym w organizmie społecznym Brytyjczyków, czy tylko jakimś reliktem minionej epoki? Ozdobą i rozrywką, tematem plotek bulwarowej prasy, kwiatkiem do kożucha? Czy nadal scala w jakiś sposób ten wyspiarski naród, będąc symbolem jego tożsamości?
Jakkolwiek groteskowe wydają się królewskie ceremonie zewnętrznemu światu, to trudno sobie wyobrazić co mogłoby wypełnić pustkę po zniknięciu monarchii i całej tej zabawy z koroną. To może właśnie dzieki jej przetrwaniu Anglicy mogli znieść tak wielkie upokorzenie, jakim był dla nich upadek brytyjskiego imperium?
A jednak to dziwne – przywiązanie do korony, najbardziej chyba zakrwawionej z wszystkich europejskich koron.

* * *
Bez swojego humoru Anglicy byliby nie do zniesienia. Powiem więcej: bez poczucia humoru nie mogliby oni znieść samych siebie – a zwłaszcza swojej historii.
To właśnie dlatego trupa Monthy Pythona uznawana jest wręcz za narodową instytucję. Jest jeszcze jej wersja plebejska – Benny Hill i mieszczuchowska – Jaś Fasola.
Gdyby nie oni, „Ziemia jałowa” Eliota byłaby katastroficznym „skowytem” (podobnym temu, jakim w Ameryce „zawył” Ginsberg), tym bardziej niebezpiecznym, że bez przeciwwagi – lecz inteligentnym, suchym i przenikliwym.
Dickens też jest mroczny niczym spowite mgłą londyńskie slumsy, ale nie pozbawiony jednak ciepła i swoistego uroku. Oliver Twist czy Pickwick to właśnie takie ludzkie wyspy leżące w strefie cieplejszych klimatów, mimo że szarych i pozbawionych słońca.

* * *

Royal Crown

Londyn sprawia wrażenie olbrzymiej głowy smoka pozbawionego korpusu – odciętej od olbrzmiego cielska imperium, które już dawno się rozsypało. Jakimś dziwnym jednak zrządzeniem głowa ta żyje a nawet się rozrasta…i wyglada na to, że nawet nie spadła z niej korona.
Ba! Nadal ma pretensje do bycia pępkiem świata.

Wielkim zaskoczeniem była dla mnie w Londynie inwazja współczesnej architektury. Wcale się nie dziwię księciu Karolowi, że z dezaprobatą wyrażał się o tej ekspansji modernizmu. Wypiera on sukcesywnie estetykę królewskiego Londynu, która swoje apogeum miała w epoce wiktoriańskiej. Książę Albert, ten ambitny niemiecki pozytywista, którego nie mogła zadowolić jedynie asysta u boku swojej epokowej żony Wiktorii, też pewnie przewraca się w grobie – tak wielka przepaść dzieli jego klasycyzujące Albertopolis (jak nazywają Londyńczycy zespół budowli wokół Royal Albert Hall) z nowoczesnym City (pełnym szklanych brył z wyróżniającym się architektonicznym wygibasem Lloyda).

Rzut oka na dzisiejszy Londyn wiąże sie więc z pewnym estetycznym szokiem.
Niestety, miasto traci swoją jednolitość a współczesne wstawki pogłębiają tylko budowlany bałagan miasta. Wydaje się, że Londyn rozwija się teraz żywiołowo i bez żadnej kontroli, potęgując pomieszanie różnych stylów. Być może pewnym rozwiązaniem byłoby zgrupowanie podobnych stylowo budynków w odrębnych rejonach, lecz dzieje się inaczej a rezultatem jest jeden wielki urbanistyczny kogiel-mogiel.
Milenijne Oko kręci się ponad miastem blisko Parlamentu, wielkie jajo ze szkła i stali wyrasta ponad Tower of London, olbrzymia lustrzana beczka ratusza osiadła tuż obok Tower Bridge, wkrótce zaś londyńską skyline zdominować ma srebrna szpica London Tower Bridge – najwyższego drapacza chmur w Europie (jak widzimy, cokolwiek na siłę nazwa wieżowca chce się wpisać w historyczną tradycję). The times they are a-changin…

*  *  *

London by Night (widziany z tarasu Tate Modern)

(Zdjęcia autora)

Wybór zdjęć z jesiennego wypadu do Londynu można zobaczyć TUTAJ .  Zapraszam.