ZERO DARK THIRTY – DOKUMENT CZY PROPAGANDA?

Na ekrany polskich kin wchodzi „Wróg numer jeden” – kontrowersyjny film Kathryn Bigelow o amerykańskim polowaniu na Osamę bin Ladena.

Uzbrojone po zęby komando Navy SEALs szturmuje kryjówkę bin Ladena ("Wróg numer jeden")

Uzbrojone po zęby komando Navy SEALs szturmuje kryjówkę bin Ladena („Zero Dark Thirty”)

*

Abstrahując od sposobu, w jaki Kathryn Bigelow, reżyserka „WROGA NUMER JEDEN” (ech, co za tytuł!), przedstawiła na ekranie polowanie na Osamę bin Ladena i akcję komandosów SEALs, w które został on zabity, trwające ponad dekadę poszukiwanie przywódcy Al-Kaidy było dla Amerykanów jednym długim pasmem upokorzeń, błędów i nieskuteczności. Na dodatek, to właśnie w tym czasie, katastrofalna polityka zagraniczna, jaką prowadziły Stany Zjednoczone (na równi z posunięciami militarnymi tego państwa), spowodowała drastyczny spadek popularności Ameryki w całym świecie (nawet wśród dotychczasowych popleczników), a z kolei w krajach muzułmańskich – dramatyczny wzrost poziomu nienawiści. Nawet jeśli spektakularna akcja amerykańskich wojskowych jednostek specjalnych w Pakistanie, zakończona uśmierceniem bin Ladena, wygląda jak sukces, to jednak, tak naprawdę sukcesem nie jest – a ściślej: jest sukcesem złudnym. Nie, nie można posądzać Bigelow o to, że zrobiła film propagandowy (wprawdzie były takie głosy, ale mój stosunek do nich jest raczej sceptyczny). Ona zrobiła dość solidny, choć przewidywalny, para-dokumentalny film, gdzie na podstawie faktów jakimi dysponowała, starała się odtworzyć proces poszukiwania bin Ladena przez CIA, nadając mu za pomocą filmowych środków dramaturgię i zachowując przy tym pewien dystans, dzięki któremu nie musiała zajmować stanowiska sędziego, a bardziej obserwatora. Jednakże, biorąc pod uwagę tylko to, co pokazano w filmie, można bez podniecania się ostatnią akcją, skonstatować: największe imperium współczesnego świata, posiadające najbardziej rozbudowane służby specjalne i najsilniejszą armię, wydając na ten cel dziesiątki miliardów dolarów, przez dziesięć lat nie może namierzyć jednego człowieka, którego podobiznę nota bene zna cały świat. Czy zaangażowanie tak gigantycznych środków do walki z rozproszoną – i zepchniętą do podziemia – organizacją liczącą raptem kilkuset (kilkudziesięciu?) aktywnych członków, nie jest absurdem? A może klucz do zrozumienia tego absurdu to wspomniane… miliardy dolarów? Globalna „walka” z terroryzmem jako dojna krowa dla wybranych – czyli tych wszystkich, którzy obsługują amerykańskie służby specjalne i system bezpieczeństwa narodowego, tracąc przy tym rozsądek, umiar, a często i poczucie zwykłej przyzwoitości?
Cóż, niech mi apolityczni miłośnicy kina razem z panią Bigelow wybaczą, ale nie mogę się przy tej okazji powstrzymać przed pewną małą polityczną tyradą. Bowiem trudno nie zauważyć, że w Stanach Zjednoczonych – zwłaszcza ostatnimi laty – obyczajem stało się drenowanie społeczeństwa przez korporacje prowadzące wojenny biznes. Pseudo-„patriotyczne” załganie osiągnęło teraz niebotyczne szczyty: polityczny establishment wmawia ludziom, że wojny prowadzone przez USA (zwykle na drugim krańcu globu) leżą w interesie państwa i są prowadzone w celach obrony amerykańskiego społeczeństwa przed (bliżej jednak nieokreślonym) zagrożeniem. Jest dokładnie na odwrót! Niemal wszystkie działania militarne USA (wliczając w to handel bronią i cyniczną militaryzację Bliskiego Wschodu) działają na szkodę Ameryki, a co ważniejsze: powodują wzrost napięcia międzynarodowego i zagrożenie nowymi wojnami. Ale wszyscy nabierają wody w usta i… nic. Amerykanie są coraz bardziej ogłupiani – przez konsumeryzm, media, reklamę, propagandę, polityczne machinacje i kłamstwa. I coraz bardziej bezsilni. Przydałby się jakiś nowy Orwell aby to wszystko opisać.

US Army vs. bin Laden, czyli polowanie na Wroga numer jeden amerykańskiego imperium

US Army vs. Osama bin Laden, czyli polowanie na Wroga numer jeden amerykańskiego imperium

Tak więc, oglądając „Zero Dark Thirty”, bez większego entuzjazmu patrzyłem na to, co dzieje się na ekranie. Tym bardziej, że już na samym początku zaserwowano mi taką dawkę tortur, że zostałem wtłoczony w fotel. Były to sceny tym bardziej niemożliwe do zniesienia, że przecież wiedziałem, iż nie są to jakiejś wyssane z palca bondowskie fantazje, ale twarde, udokumentowane fakty. A jednak, mimo tego przywiązania do faktografii, daje się zauważyć pewne wyabstrahowanie filmowej akcji ze współczesnego kontekstu. Wydawać by się to mogło dziwne, ale Bigelow, opisując przecież konkretne wydarzenie będące jednym z najważniejszych epizodów na najnowszej amerykańskiej historii, w swoim filmie niemal zupełnie pominęła najwyższe osoby w państwie, mające przecież decydujący wpływ na rozwój wydarzeń. Przepraszam, prezydent Obama pojawił się na ekranie… raz. Żeby było śmieszniej (straszniej?), można było usłyszeć, jak mówi z tą swoją udawaną pewnością i naciskiem: „America don’t torture!”, a ja nie wiedziałem czy mam się śmiać, czy płakać, patrząc jak wydłużający się coraz bardziej nos Obamy przebija płótno ekranu i – niczym w jakimś koszmarnym 3D – kole mnie prosto w oczy.
To dobrze, że Kathryn Bigelow nakręciła ten film. Chcąc nie chcąc bowiem sprowokowała do dyskusji, dzięki której można było się zastanowić nad pewnymi aspektami dotyczącymi polityki państwa, które uzurpuje sobie prawo do moralnej oceny innych, ustawiając się przy tym w pozycji jedynego sprawiedliwego, a samo postępuje w sposób – delikatnie mówiąc – moralnie dwuznaczny, gwałcąc zarówno prawa człowieka, jak i łamiąc prawo międzynarodowe (przykładem są tu zbrojne ataki dokonywane przez USA na terytoriach obcych państw, w którą giną osoby cywilne). Podejrzewam, że także w Polsce podniosą się głosy protestu po tym, jak wszyscy zobaczą na ekranie napis: „POLSKA – GDAŃSK” oraz: „CIA black site”, a następnie muzułmanina przesłuchiwanego przez agentów z uzbrojonym w karabin strażnikiem w tle. Jak wiemy nasi politycy też mają długie nosy i pewnie znów będą (jak zwykle nieudolnie) tłumaczyć się z tego, dlaczego pozwolono, by duże suwerenne państwo w środku Europy zostało potraktowane przez Amerykanów niczym jakaś, będąca na ich usługach, bananowa republika.

Trudno mi się jednakże zgodzić z Naomi Wolf, która w brytyjskim Guardianie nazwała Bigelow „orędowniczką tortur”, a już zupełną przesadą jest według mnie obecne także w tym artykule porównanie reżyserki do słynnej faszystowskiej dokumentalistki Leni Riefenstahl, która stała się częścią machiny propagandowej hitlerowskich Niemiec. Rzeczywiście, wygląda na to, że twórcy „Zero Dark Thirty” korzystali ze ściśle tajnych materiałów CIA, jak również z pomocy US Navy i Pentagonu (senator John McCaine uznał to za niedopuszczalne i zażądał nawet w tej sprawie śledztwa), ale nie sądzę aby Bigelow została tym „przekupiona” do lansowania jakiejś pro-militarnej propagandy. W każdym razie ja tego w filmie nie zauważyłem. Wprawdzie nie zauważyłem także, aby w jakikolwiek sposób twórcy filmu odnieśli się krytycznie do poczynań amerykańskiego wywiadu (w tym do „programu zatrzymań” – jak eufemistycznie nazywano oficjalnie tortury), czy też wojskowej machiny: „Wroga numer jeden” nie sposób jednak nazwać filmem anty-wojennym. I mam jednak spore pretensje do Bigelow o tę amoralną w sumie neutralność, tym bardziej, że wcześniej reżyserka dość otwarcie wyrażała swoje, skłaniające się ku pacyfizmowi, poglądy oraz sprzeciw wobec wojennego bezsensu i okrucieństwa, (który był przecież wyraźnie widoczny we wcześniejszym jej filmie, słynnym „The Hurt Locker”, gdzie przedstawiła wojnę jako morderczą pułapkę i narkotyk). Czyżby więc jednak miał na to wpływ fakt, że amerykańskie wojsko wypożyczyło realizatorom filmu swój sprzęt (wliczając w to „supertajne”, wypasione helikoptery), a służby specjalne udostępniły im niektóre dane z szuflady oznaczonej top secret?

Finałowe sceny ataku amerykańskiego „elitarnego” komanda na kryjówkę bin Ladena w pakistańskim mieście Abbottabad spotkały się ze zgodnym aplauzem zarówno widzów, jak i krytyków, mnie natomiast zachwyciły średnio. Nie wiem, może gdybym to oglądał w wieku kilkunastu lat, to i bardziej bym się tą akcją uzbrojonych od stóp do głów zabijaków podniecił? (A gdybym miał lat kilka to pewnie też chciałbym mieć taki bajerancki hełm jak oni?) Nie powiem aby te sceny nie trzymały mnie w napięciu (jeśli bowiem chodzi o aspekt czysto filmowy, to zrealizowane zostały niezwykle sprawnie), ale jednak świadomość tego, że ci – dysponujący setkami ton uzbrojenia – żołnierze wylądowali tu w środku nocy, by zabić jednego człowieka, który w tym czasie spał razem ze swoją, liczącą kilkanaście osób rodziną (na dodatek w grupie tej większość stanowiły dzieci), jakoś odbierała mi całą ewentualną radość, a nawet zwykłą przyjemność z kibicowania tej dysproporcjonalnej walce i de facto egzekucji kogoś, kto został skazany na śmierć jednym autorytarnym podpisem prezydenckiego pióra. Muszę się też tutaj przyznać, że znane na całym świecie zdjęcie przedstawiające Obamę i jego najbliższych współpracowników obserwujących całą akcję „na żywo” z Waszyngtonu wpędziło mnie swego czasu w konsternację, może nawet przygnębienie, bo to „urzędnicze” kibicowanie temu – bądź co bądź – krwawemu polowaniu, przypominało mi jakieś niezdrowe igrzyska.

No dobrze, ale jaki jest sam film? Do tej pory bowiem pisałem właściwie o jego polityczno-moralnych kontekstach, nie odnosząc się właściwie do jego – nazwijmy to – wartości artystycznej, czysto filmowej. Cóż, pod tym względem jest to obraz zrealizowany z właściwą dla Bigelow sprawnością warsztatową, tyle że jednak dość jałowy intelektualnie i pustawy etycznie. Ot, sensacyjne widowisko z elementami politycznego thrillera i filmu wojennego wywiedzione ze śledztwa, które trwało ponad dekadę i – powiedzmy sobie szczerze – nie obfitowało raczej w dramatyczne zwroty, akcje i sensacje. Innymi słowy: w całej swej rozwlekłości było pewnie nudne, jak flaki z olejem. Również postać kobiety numer jeden (granej przez Jessicę Chastain), która wreszcie zlokalizowała bin Ladena, jest przez twórców „Wroga” udramatyzowana niejako „na siłę”: to była jednak sztuka z kogoś bezbarwnego – właściwie z urzędniczego „zera” (cipher – tak wyrazili się ci, którzy tę kobietę w rzeczywistości znali) – stworzyć postać zaprzątającą uwagę widza, stawiającą czoła wymogom filmowej dramaturgii i specyfice gatunku. Lecz, niestety, mimo niewątpliwie dużej klasy aktorskiej Chastain, grana przez nią postać sprawia wrażenie jakby pojawiła się „znikąd”, zaczęła działać obsesyjnie, z determinacją, ale i automatycznie jak „cyborg”, a po spełnieniu zadania ponownie zapadła się w jakiś odpersonalizowany „niebyt” (vide: scena końcowa w pustym wojskowym samolocie).
Najbardziej z tego wszystkiego podobała mi się chyba powierzchowna aparycja obrazu Bigelow: ten zakurzony, przyszarzony, surowy, militarny – w kolorze khaki – męski, pozbawiony sentymentu, choć nie wyprany jednak z emocji i nie wyzbyty estetycznej wartości image. Ale niezła forma to za mało. Najważniejsza, mimo wszystko, powinna być treść.

*

KRZYŻ

INRI

„Ukrzyżowanie” (Michał Anioł)

*

Uprzedzam, że poruszony tu zostaje temat kontrowersyjny. Jeśli więc dla kogoś sprawy wiary nie podlegają dyskusji, to osobie takiej czytania tego tekstu nie rekomenduję. Stanowi go wymiana opinii miedzy mną a Telemachem, jaka wywiązała się w komentarzach pod wpisem „Ukrzyżowana żaba” na moim poprzednim blogu „Brain Graffiti”.

*

Telemach: Drogi Logosie, dziwię się.
Dziwię się bo zdanie:
„W świecie chrześcijańskim, krzyż jest jednak najważniejszym symbolem, i właśnie dlatego wykorzystuje się go tak często do „artystycznych” prowokacji.” zawiera zawirowanie logiczne, z którym nie mogę sobie poradzić.
Uważam mianowicie, że w dyskusji o krzyżu jako symbolu umyka nam jeden istotny aspekt. Wybór krzyża jako symbolu religii opartej na miłości i miłosierdziu jest sam w sobie prowokacją. Otóż – jakbyśmy na to nie patrzyli – wybór narzędzia kaźni jako skrótu wizualnego myślowego jest megaprowokacją. Szczególnie jeśli uwzględnimy, że znakiem pierwotnych chrześcijan był symbol ryby. Nie wiem w czyjej głowie zrodził się ten pomysł. Nie wiem również co uczyniliby chrześcijanie gdyby Chrystusa – co mimo iż szokujące jest teoretycznie możliwe – skazano na śmierć przez powieszenie. Czy klasy szkolne zdobiłyby obecnie symbole szubienicy? I co powiedzielibyśmy gdyby wierni należący do jakiejś nowoczesnej sekty wybrali sobie jako symbol wizerunek krzesła elektrycznego bądź komory gazowej?
Nie jest tak łatwo z tymi symbolami. A jeśli chodzi o „obrazę uczuć religijnych” to nasze poglądy pokrywają się. Z zastrzeżeniem, że uczucia jako takie się nie obrażają. Skłonni jesteśmy do personifikacji emocji zakładając ich tożsamość a nawet uniwersalność. Tak nie jest. Nie można obrazić uczuć religijnych. Można odczuwać osobisty dyskomfort wynikający z konkluzji że nasze, osobiste uczucia zostały skonfrontowane z czymś trudnym dla nas do zaakceptowania. A to nie to samo.

 

Ja: Telemachu, no cóż… zadziwienie już nas chyba nigdy nie opuści – choćby przy tworzeniu pytań na zadane odpowiedzi.
Powiedz mi jednak, co Cię tak naprawdę „zawirowuje” w moich zdaniach?
Oto pierwsze:
„W świecie chrześcijańskim, krzyż jest (jednak) najważniejszym symbolem”.
Drugie:
„Właśnie dlatego (…) wykorzystuje się go (krzyż) tak często do artystycznych prowokacji”.
A może tu chodzi o ten łącznik „właśnie dlatego” ?

Twój wywód jest rzeczywiście bardzo sugestywny, i jak zwykle świetnie i elegancko napisany, a jednak pozwolę sobie zwrócić na coś uwagę.
Moim zdaniem, Twoje szokujące asocjacje (krzyż – szubienica – krzesło elektryczne) nabierają logicznego znaczenia tylko dlatego, że – jak mi się wydaje – błędnie odczytujesz znaczenie symbolu, mylisz też symbol ze znakiem.
Bowiem symbol, w odróżnieniu od archetypu, (który jest czymś pierwotnym, rdzennym) jest czymś umownym. Ludzie zastępują symbolem rzecz konkretną, przy czym ów symbol wcale nie musi odnosić się do rzeczywistych znaczeń, funkcji i samej istoty tej rzeczy, a nabiera takiego znaczenia, jakie jest potrzebne tworzącym go ludziom. (Np. kaganek symbolizujący oświatę.) Czyli, w pewnym sensie, zaczyna on żyć własnym życiem w przestrzeni mitologicznej, a nie konkretnej, dosłownej, utylitarnej.
Symbol krzyża jest tak mocno wpisany w naszą, liczącą już dwa tysiące lat, cywilizację, że nikt go już nie kojarzy (przepraszam za to mało adekwatne słowo „kojarzy”) z narzędziami egzekucji.
Krzyż był takim narzędziem w momencie, kiedy przybijano doń Jezusa, ale kiedy zaistniał w religijnej świadomości (mitologicznej) – stał się już zupełnie czymś innym.
Czym?
Pozwól że zacytuję kogoś bardzo kompetentnego w tej sprawie, a mianowicie samego papieża Benedykta XVI, który powiedział (w związku zresztą z „ukrzyżowaną żabą”): „krzyż jest symbolem miłości bożej i naszego odkupienia” i dlatego, zdaniem papieża, ta ukrzyżowana żaba „obraża uczucia religijne wielu ludzi”, (czyli po prostu ludzi, dla których właśnie krzyż jest takim symbolem.)
Jeśli tak jest (a rzeczywiście ludzie we Włoszech, gdzie wystawiono żabę, oburzeni byli bardzo – nie obyło się nawet bez strajku głodowego), to moim zdaniem chrześcijanie ci swój symbol rozumieją bardzo płytko – bo kojarzą go (utożsamiają jakby) z dwiema deskami z drewna, zbitymi przez człowieka, który umieścił na nich wyrzeźbioną przez siebie żabę. I tyle…
I przez to ma się rozwiać prawdziwa istota symbolu krzyża, który konstytuował przestrzeń religijną Chrześcijaństwa przez dwa tysiące lat?!
Dlaczego myślący ludzie nie mogą dostrzec tego, że jest to po prostu absurdalne?
Z tego też względu uważam, że papież raczej nie powinien się wypowiadać w tak inkwizytorskim tonie o tej nieszczęsnej żabie. Robiąc coś podobnego, może jedynie nadwyrężać i podkopywać swój autorytet (tym bardziej, że muzeum w Bolzano polecenia papieża nie usłuchało i żaba wisiała sobie dalej).
PS. And by the way: czy nie sądzisz, że jednak bardziej poprawnie zabrzmiałoby zdanie: „Symbolem pierwotnych chrześcijan był znak ryby” ?

Krucyfiks – sztylet. (Pochodzące z XVII wielu kuriozum znajduje się w zbiorach muzeum Pałacu Inwalidów w Paryżu. Zdjęcie własne)

Telemach: Zawirowanie logiczne (zważ, że nie użyłem słowa „błąd”) wynika dla mnie z kontekstu wypowiedzianego zdania, nie zaś z jego treści.
Kilka uwag wstępnych:
Każdy symbol, również symbol krzyża, kiedyś zaczął tym symbolem być (nawet biblijni ortodoksi nie wpadną na pomysł aby nadać mu naturę wieczną i ponadczasową).
Ty interpretujesz znaczenie symboli, mnie interesuje o wiele więcej moment w którym one się takimi stają, proces tego stawania sie. Bo jest to moment fascynujący, pozwalający lepiej zrozumieć naszą mentalną przeszłość. Zrozumienie to jest dla mnie osobiście wytrychem do naszej (mentalnej) teraźniejszości. Chyba zgodzisz się ze mną, że świat wierzeń i związane z nim mitologia i symbolika nie są stanami lecz dynamicznymi procesami. Nieprawdaż? A jednak mamy skłonność do postrzegania naszej percepcji symboli i mitów jako statycznych stanów. Odzwierciedla to Twe zdanie:
„W świecie chrześcijańskim krzyż JEST najważniejszym symbolem”.
Dla mnie jest fascynujące jak do tego doszło że się takim stał. Po części nawet został uczyniony, po części nakazany. Świat chrześcijański nie był i nie jest jednolity, (za krzyże koptyjskie i ortodoksyjne palono na stosie i ekskomunikowano). Szczerze mówiąc mam trudności z ustaleniem kogo konkretnie masz na myśli mówiąc „świat chrześcijański”. Nie to jednak jest dla mnie najważniejsze.
A co do zawirowań? Ja po prostu chciałem zwrócić uwagę, że na początku długiej drogi – od narzędzia kaźni do symbolu wiary – mamy do czynienia z wyborem, który z dzisiejszego punktu widzenia jest prowokacją. Archetypy funkcjonują w głowach i potrzebują czasu aby się w nich zagnieździć. Z tego wynika dla mnie, że pierwsi Chrześcijanie nie mogli kierować się naszymi archetypicznie uwarunkowanymi emocjami i wyobrażeniami. Te są odległym skutkiem ich decyzji, decyzji podjętej w momencie gdy było to jeszcze narzędzie kaźni. Gdy zatem widzę obecne oburzenie, nie mogę się powstrzymać nad refleksją jak szybko tracimy z oczu paradoksy, by zadowolić się analizą stanu nie będącego niczym innym, jak jedynie jedną klatką lecącego od dwóch godzin filmu.
PS. Ze znakiem ryby masz naturalnie rację. Przepraszam za językowe niechlujstwo. Ukłony
 

Ja: Telemachu, odnosząc się do Twoich dywagacji co do zasadności wyboru „narzędzia kaźni” jako znaku (a później i symbolu) Chrześcijaństwa – z którymi nota bene w głównych zrębach się zgadzam – zaryzykuję i poddam tu symbol krzyża pewnej psychologiczno-znaczeniowej dekonstrukcji (bynajmniej nie dlatego, że czuję się dekonstrukcjonistą… wprost przeciwnie).
Oczywiście będzie to bardziej osobiste niż uniwersalne, tudzież ograniczone moim dyletantyzmem. Niektórym zaś wydać się może wręcz herezją (skoro jednak stosy już nie płoną, to czuję się raczej bezpiecznie). Jeszcze raz zaznaczam, że  jest to tylko i wyłącznie moje… czyli nader subiektywne odczucie, ignorujące niejako obecne funkcjonowanie tego symbolu w świadomości religijnej ludzi wierzących.

* * *
Muszę przyznać, że uznanie krzyża za „symbol miłości bożej” (jak to określił sam Benedykt XVI) wydaje mi się czymś absurdalnym. Podobnie można by było – idąc za Twoją sugestią o przypadkowym wyborze sposobu egzekucji Chrystusa – za taki symbol „miłości bożej” uznać szubienicę czy choćby elektryczne krzesło, (a to byłoby już zupełnie czymś groteskowym). Lecz moje skojarzenia związane z krzyżem odnoszą się nie tylko do jego utylitarnej funkcji (narzędzie egzekucji), ale i do obecnego w religii chrześcijańskiej motywu sado-masochistycznego, jaki przejawia się m.in. w uznaniu tego, że „człowiek narodził się po to, by cierpieć” (jak to kiedyś określił sam Jan Paweł II), któremu to stwierdzeniu sprzeciwia się nie tylko całe moje serce, ale i logika, gdyż nie mogę pojąć, jaki to „dobry Ojciec – Stwórca” powoływałby do życia swoje dzieci tylko po to, by cierpiały!
Przyznaję, że obecne w religii chrześcijńskiej cierpiętnictwo, martyrologia, (od)ruchy flagelacyjne, skłonność do masochistycznej ekspiacji… wszystko to zawsze wywoływało moją awersję. (Dla jasności: wychowałem się w rodzinie katolickiej, więc ten sposób myślenia miał w sobie również coś z dywersji.)

Zastanawiam się jednak, skąd rzeczywiście wzięło się to, że krzyż (narzędzie kaźni) stał się najważniejszym symbolem Chrześcijaństwa? Chodzi mi o jego źródło najgłębsze – archetypiczne, rdzeniowe, antropologiczne.
Myślę, że wiąże się to wszechobecną i ponadczasową trwogą człowieka przed śmiercią i cierpieniem, które jednak jest obecne w każdym żywym stworzeniu na świecie. Człowiek, zderzając się z tym wszech-cierpieniem oraz z własnym pojęciem o Bogu jako Stwórcy wszystkiego, dążył do tego, aby ten strach przezwyciężyć (m.in. poprzez składanie krwawych ofiar).
Chrześcijaństwo poszło swoją drogą – i to znacznie dalej. Dążąc do zbliżenia z Bogiem, musiało sobie jakoś dać radę z tym dysonansem (miłość dobrego Stwórcy do ludzi konfrontowana z jednoczesnym skazywaniem ich na cierpienie), więc uciekło się do rewolucyjnej prowokacji kulturowej, dość akrobatycznej zresztą: Bóg zniża się do ludzkiego poziomu, schodzi do ludzi, sam staje się człowiekiem, a takim może się stać tylko wtedy, jeśli odczuje egzystencjalną esencję ludzkiej (nie)doli – czyli strach, cierpienie i osamotnienie (przejmujące: „Eli Eli lama sabachthani?” umierającego na krzyżu Chrystusa).
Tak więc, czyż właśnie krzyż nie nadawał się do tego celu najlepiej? (Zważmy, że nadal krzyż jest synonimem bólu i cierpienia.)
Są jeszcze także przyczyny i przesłanki dalsze (oraz drugorzędne), które okazały się przydatne później, w czasach, kiedy chrześcijaństwo dokonywało swojej ekspansji w świat (np. podobieństwo krzyża do miecza). Także: prostota, dostępność, „poręczność”, zalety „architektoniczne”… etc.
Krzyż z czasem „obrósł” w setki nowych znaczeń, ujawnił się jako wielowątkowe „medium” kulturowe – zapuścił korzenie, odcisnął się w głowach, wypalił w sercach, a dla niektórych stał się nawet (za Teilhardem de Chardinem) krzyżem „kosmicznym”.

* * *

„Christ of St. John of the Cross” (Salvador Dali)

 *

„Pasja” (reż. Mel Gibson)

 *