O SAMOTNYM TŁUMIE, WIELKIEJ MIŁOŚCI I INNYCH DEMONACH

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XX)

.

zapiski notatki kajet notes

.

Demonstrujący tłum nigdy nie zaspakaja swoich potrzeb wyższych, bo w tłumie ich nie ma – następuje równanie do średniej, jak również zniżanie się do zachowań instynktownych, często irracjonalnych.
Tłum nie myśli.

Nawet jeśli tłum występuje w imię jakiejś wyższej idei, to w akcie tłumnej demonstracji następuje jej zglajszachtowanie – sprowadzenie do bezrefleksyjnego stereotypu, często do parodii samej siebie.

Tłum jest zazwyczaj narzędziem w rękach manipulatorów, którzy – by osiągnąć cel – zawsze wmawiają tłumowi, że nie tylko działają oni w imię jego dobra, ale że sam tłum może o czymś decydować i że jest w tych decyzjach suwerenny i nieomylny.

O zachowaniach tłumu decydują hormony – impulsy i popędy – a nie refleksja. (Tłum jest domeną emocji, a nie myślenia.)

Włączenie się w tłum najczęściej wiąże się z regresją – to niejako zejście na niższy próg człowieczeństwa. (To ciekawe i warte zastanowienia, że właśnie w takim momencie ludzie przeżywają często euforię.) Co oczywiście nie oznacza, że tłum z zasady jest agresywny.

Tłum zaczyna funkcjonować w innej rzeczywistości, która nie jest, w stosunku do obiektywnej rzeczywistości, ani komplementarna ani alternatywna, tylko efemeryczna. W końcu i tak – prędzej czy później – następuje (wtedy już indywidualne) otrzeźwienie.

greydot

Jednakże właściwości tłumu nie zawsze są wartością negatywną, przynoszącą samo zło. Można je również wykorzystać w dobrej sprawie – wtedy tłum jest siłą pozytywną. Szkopuł w tym, ze często nie wiemy, co jest złe, a co dobre – zło nam się przedstawia jako dobro, a dobro jako zło.

greydot

Sądzę, że prawdziwy bunt jest aktem indywidualnym.
Tak więc określenie „zbuntowany tłum” jest w pewnym sensie oksymoronem: bo ktoś, kto przyłącza się do takiego tłumu automatycznie staje się oportunistą (przejmując ideę tłumu staje się jego częścią, pozbawiając się tym samym suwerenności – w działaniu i myśleniu).
Y Gasset pisał o „buncie mas”, ale w rzeczywistości opisywał powstawanie zatomizowanego tworu – nowej wersji europejskiego społeczeństwa, której „bunt” polegał nie na zdobywaniu kolejnych poziomów wolności (wliczając w to wolność indywidualną), ale wręcz przeciwnie: na rozrastanie się w masę, która de facto wolność indywidualną niszczyła (co wkrótce urzeczywistniło się w postaci państw totalitarnych – w komunizmie i faszyzmie). Podobne fiasko ponosi dziś ideologia neoliberalna, obiecując człowiekowi wolność, a w rzeczywistości pozbawiając go tożsamości i zmuszając do zachowań szablonowych w rodzaju politycznej poprawności czy kompulsywnej konsumpcji.
Niestety, wygląda na to, że nadal – w skali społecznej – jeden rodzaj zniewolenia zamieniamy na inny.

greydot

Pewne zachowania społeczne są zaraźliwe. Wydaje mi się, że sporą część winy za takie tragedie, jakimi są ostatnie masowe zabójstwa w różnych stanach, ponosimy my sami – nasza fascynacja mordem, która przybiera maskę strachu, przerażenia i oczywiście (często głębokiego i szczerego) współczucia dla ofiar. Winna jest również wynikająca z tego wszystkiego orgia wiadomości, którymi główne media katują nas non stop przez wiele dni. Skądinąd wiadomo, że np. samobójstwa mają tendencje do tego, by przybierać formę epidemii w pewnych kręgach społecznych – rozprzestrzeniają się tak, jak wiadomości o nich. Wydaje mi się, że podobnie jest z masowymi morderstwami, tak mocno nagłaśnianymi przez media, które wręcz się nimi napawają. Kto wie, czy np. tragedia w szkole Sand Hook wydarzyłaby się, gdyby nie wcześniejsza strzelanina w Oregonie, czy uczynienie z Brevika światowej sławy „gwiazdą” masowego mordu. Kto wie, czy tych, którzy decydują się na taki straszny czyn, nie napędza właśnie narcystyczny pęd do zostania swego rodzaju anty-bohaterem (w przypadku muzułmanów: męczennikiem), którego nazwisko znajdzie się nagle na ustach milionów ludzi całego globu? Te warholowskie 15 minut sławy – nieważne, że nienawistnej, ale przynajmniej przełamujące doskonałą anonimowość i poczucie zupełnej bezwartościowości, jakie żywi wobec siebie zabójca. Albo wykrzyczenie wobec świata własnej desperacji, może nawet krzywdy, jaką według nich wyrządził im ten świat i najbliższe otoczenie?

Może więc przydałoby się więcej powściągliwości? Mniej medialnej burzy? Może lepsze byłoby też zachowanie anonimowości mordercy?
No i wreszcie, last but not the least: może wreszcie ktoś zrobiłby porządek z tymi wszystkimi karabinami i pistoletami, do których łatwy dostęp – jak widać – mają także szaleńcy, będący w stanie zgromadzić ich cały arsenał? Czy rzeczywiście na wszystkim można robić pieniądze? (bo tu nie chodzi o żadne prawo do posiadania broni w imię obywatelskiej wolności, tylko właśnie o FORSĘ – może więc nadszedł także czas by tych wszystkich hipokrytów i cyników z NRA rozgonić na siedem wiatrów?)

Jest jeszcze nasz prezydent. Wzrusza się albo peroruje, załamuje mu się głos, ociera ukradkiem łzy jakie mu się kręcą w oku (nie wątpię, że szczere). Ale czy kiedy podpisuje rozkazy ataku dronami w Jemenie czy Afganistanie, podczas których giną niewinni ludzie, w tym również i dzieci – to czy nie powinna mu przy tym zadrżeć ręka? Wbrew pozorom życie afgańskiego czy jemeńskiego dziecka jest tyle samo warte, co amerykańskiego – a ból rodziców na całym świecie jest taki sam.


greydot

Nie wiem jaki jest wpływ nauk Nietzschego na upodobnienie się świata do jego idée fixe. Natomiast jestem pewien, że próba wprowadzenia w życie jego postulatów (np. tych wynikających z afirmacji „mocy” i utworzenia kasty nadludzkich panów) byłaby koszmarem.
Aż się nie chce wierzyć, że ktoś – dokładnie pół wieku później – usiłował to zrealizować. Czy jednak można za to winić Nietzschego? Moim zdaniem nie. On był tylko rodzajem medium, za pomocą którego objawiły się symptomy choroby, na którą zaczęła zapadać europejska kultura, cywilizacja Zachodu.

Niestety, nie wahałbym się pewnych idei Nietzschego nazwać „banialukami” – jakimś absurdalnym „para-romantyzmem”, rodzajem idealizmu, do którego – idąc nad wyraz pokrętnymi ścieżkami – dotarł Nietzsche, wychodząc (żeby było jeszcze dziwniej) z naturalizmu i biologizmu.
Sądzę, że lepiej mu wychodziła krytyka, (ważna o tyle, że obnażała i wskazywała słabe miejsca europejskiej cywilizacji), niż jakakolwiek konstruktywna afirmacja.

Co ciekawe i znaczące, Nietzsche był również znakomitym krytykiem samego siebie. Może właśnie dlatego nie stworzył on żadnego naprawdę spójnego, koherentnego „systemu”.

Prawdę mówiąc, Nietzsche zawsze interesował mnie bardziej jako człowiek (myślący, wrażliwy, cierpiący, poszukujący, walczący…), niż jako filozof. Moje pochylanie nad nim bardziej jest humanistyczne (antropologiczne) niż filozoficzne.
Może dlatego nigdy nie potrafiłem go potępić.

Nie sądzę, że Nietzsche był człowiekiem okrutnym, jednakże to, co czasami pisał – jeśli by tak zastosować jego idee w praktyce, lub potraktować poważnie i dosłownie (a tak np. – po „nietzscheańsku” – potraktowali hitlerowcy osoby chore i „gorszej” rasy) – prowadziłoby do okrucieństwa.

Oczywiście, że od czasu Nietzschego doszło do pewnych przewartościowań w naszej kulturze. Nie zmienia to jednak faktu, że podjęta przez niego próba „przewartościowania wszystkich wartości” zakończyła się fiaskiem i popchnęła go w szaleństwo. Porwał się na coś, co go przerosło i za co „zapłacił” obłędem.

greydot

W pismach Nietzschego kilkakrotnie można znaleźć fragmenty, w których wyraża się on o ludziach jak o jakimś nawozie historii (sugeruje np. że można np. poświęcić życie milionów ludzi, jeśli służy to osiągnięciu jakiegoś wyższego – jego zdaniem – celu). Była to swego rodzaju antycypacja poglądów jakie reprezentowali (w praktyce) autokraci sprawujący władzę w systemach totalitarnych (i to zarówno faszystowskich, jak i komunistycznych).

Nietzsche potrafił zmieniać swoje poglądy dosłownie z jednego akapitu na drugi. Był takim eksperymentatorem – badaczem duchowych i myślowych ekstremów. Oprócz rzeczy genialnych, pisał też wierutne bzdury. Nie stworzył też jakiegoś spójnego systemu filozoficznego. Jego poglądy ulegały ciągłej ewolucji. Z tego też względu trudno uchwycić coś naprawdę stałego w jego myśli.
To co pisał często było bardziej literaturą, niż filozofowaniem, które można byłoby traktować serio. (Koniec końców, dla mnie Nietzsche bardziej jest artystą czy też poetą, niż filozofem, którego można pojmować dosłownie.)

greydot

Szaleniec niekoniecznie jest – jak ktoś napisał – istotą „bezgranicznie głupią”. Choć, jeśli ktoś „postradał zmysły”, to potocznie mówi się, że „zgłupiał”. A jednak szaleństwo nie jest tożsame z głupotą. Wystarczy zresztą popatrzeć, jak wielu szaleńców jest branych za mędrców… i vice versa. Bo któż, jak nie ludzie „szaleni”, byli założycielami największych religii? (vide: Budda, Chrystus, Mahomet…) Ponadto, czy człowiek nie musi być do pewnego stopnia „szalony”, aby zostać uznanym np. za „świętego”? Albo porwać się – wbrew wszystkim i wszystkiemu – na istniejący w świecie „porządek”?

Jeśli jednak geniusz staje się „szaleńcem i potworem”, to przestaje tym samym być człowiekiem mądrym. Według mnie „potworność” wyklucza mądrość.

Co miał na myśli Brecht, pisząc że w każdym geniuszu jest coś z szaleńca i potwora? Może to, iż często geniusze zachowują się amoralnie (czyli są na bakier z obowiązującymi normami obyczajowymi), a czasem wręcz nikczemnie?
Jednakże to, że geniusz staje się czasami nikczemnikiem nie powoduje tego, że przestaje on być człowiekiem genialnym.

Związek geniuszu i obłąkania to rzecz powszechnie znana, już choćby od czasów Arystotelesa, który stwierdził, że „każdy wielki geniusz ma coś z szaleńca”. Sama europejska psychiatria, która raczkowała w XIX wieku, wydała wtedy taką – uznaną już dzisiaj za klasyczną – pozycję, jak „Geniusz i obłąkanie” (autorem był Lombroso).
Przykłady ludzi, którzy zostali uznani za genialnych, a którzy zapadli na chorobę psychiczną, można mnożyć. Ale przecież nie każdy rodzaj ludzkiego „szaleństwa” podpada pod diagnozę psychiatryczną (czyli nie każdy szaleniec jest psychiatrycznym „wariatem” – tak jak nie każde „szaleństwo” klinicznym obłąkaniem). Np. podczas II wojny światowej „oszalała” prawie cała Europa i pół świata… lecz było to „szaleństwo” cywilizacyjne, kulturowe, a nie kliniczne.

greydot

Wobec zbrodni ludobójstwa rzeczowość jest zawsze czymś bardziej adekwatnym, prawdziwszym i uczciwszym, niż wszelka stylizacja i mimesis – czyli np. sentymentalizm, liryzm, mitologizacja, patos…
Tam gdzie zaczyna się mordowanie ludzi, powinna się kończyć literatura

greydot
Fragment „Dzienników” Jarosława Iwaszkiewicza pochodzący z czasów niemieckiej okupacji Warszawy. Otóż w czerwcu 1943 roku, na jednym z tajnych wieczorów autorskich, swoje nowe opowiadanie („Wielki Tydzień”) przeczytał Jerzy Andrzejewski (spotkanie miało miejsce w mieszkaniu Marii Morawskiej, wdowie po rektorze UJ; obecni, oprócz Iwaszkiewicza, byli także m.in. Zofia Nałkowska, Maria Dąbrowska, ksiądz Ziaja…). Utwór ten napisany został na gorąco przez Andrzejewskiego, zaraz po tragicznych wydarzeniach powstania żydowskiego w getcie warszawskim.
I oto co mówi Iwaszkiewicz (dla którego nota bene literatura była bardzo ważna w życiu, może nawet najważniejsza): „Opowiadanie Andrzejewskiego zrobiło bardzo niedobre wrażenie. Ja myślę, że jest ono bardzo dobrze napisane i porusza jedno z naszych najważniejszych zagadnień, zasadniczy problem moralny każdego z nas. A mimo wszystko opowiadanie opisujące to, cośmy przeżyli tak niedawno, robi wrażenie niepokojące. Zdarzenia opisane odnoszą się do końca kwietnia.(…) Nie ostygły jeszcze popioły getta, a on już pisał na ten temat opowiadanie. Transponował tę straszną rzeczywistość w jakiś świat zorganizowany, skomponowany. To chyba nigdy nie może się udać. A co najważniejsze, że możemy skonfrontować to, cośmy przeżywali przed chwilą (…) I oczywiście opis nie oddaje ani dziesiątej części naszych przeżyć (…). Pozostając jeszcze w sferze naszych świeżych przeżyć, nie sprosta tym przeżyciom, nie stając się dziełem sztuki.”

Tak więc okazuje się, że aby sprostać wyzwaniu literackiej próby ogarnięcia życiowego koszmaru, potrzebny jest dystans – i to nie tylko czasowy, ale i psychiczny. W przeciwnym razie do gardła rzuca się nam rzeczywistość, a literatura wydaje się mrzonką.

greydot

Lepiej jest żyć, niż o życiu czytać.
Czy to samo odnosi się do pisania?

greydot
Literatura jest zawsze czymś wtórnym dla doświadczenia życiowego. Co nie oznacza, że nieważnym.

greydot

Świadectwo Borowskiego. Obawiam się, że dzięki niemu (i temu co zrobił) mogła się nam objawić pewna okrutna prawda: jeśli człowiek w pełni pojął i „zrozumiał” Auschwitz, to jedynym dla niego wyjściem z tej opresji (wiedzy i świadomości) jest samobójstwo.
Ucieczka jest niemożliwa.
Tym bardziej płonna jest ucieczka w literaturę.

 

greydot

Po lekturze „Losu utraconego” Imre Kertésza.
Oczywiście, że wielu ludzi, którzy przeżyli obóz, zadawało sobie pytanie: dlaczego właśnie ja? Trudno mi uwierzyć, że wobec koszmaru, którego doświadczyli, przeszło im przez myśl, aby dziękować za to jakiejś „Opatrzności” (gdyż wobec tego co się stało, pojęcie „Opatrzności” wydaje się być jakąś Monstrualną Ironią!)
Czy wszyscy z nich byli winni? Czy można obwiniać nawet tych, którzy dopuścili się w obozie czynów nagannych, czy wręcz nikczemnych?

Początkowo, kiedy pisałem o zwątpieniu w człowieka, którego doświadczyłem przy zderzeniu się z Auschwitz, bardziej miałem na uwadze właśnie owo zło, które wyzwoliło się w więźniach, niż to, które było udziałem niemieckich (najczęściej) oprawców. Esesman w czarnym mundurze i z pejczem w ręce, zrazu wydawał mi się bardziej jakimś kosmitą, niż człowiekiem – dopiero później zdałem sobie sprawę z jego „ludzkiej” natury i z konsekwencji, jakie miało jego zachowanie na ogólny sąd o człowieku.

Tak więc na początku było przerażenie tym, czego dopuszczali się wobec siebie sami więźniowie.
Jak sobie dałem z tym radę? Otóż pomógł mi w tym np. Herling-Grudziński i jego słowa, że nie można sądzić człowieka (oskarżając go o „nieludzkość”), którego zmuszono do życia w nieludzkich warunkach.
Tadeusz Borowski tego nie zaakceptował (nie zrozumiał?) i dlatego się zabił. Pisząc, że Borowski poznał „pewną okrutną prawdę” o człowieku – i wskazując przy tym na to, że uświadomienie takiej „prawdy” musi konsekwentnie prowadzić do samobójstwa – nie wyraziłbym się jednak ściśle. To była bowiem „prawda” Borowskiego. A w takim miejscu jak Auschwitz, jest jeszcze wiele innych „prawd” (podobnie jak istnieje wiele „prawd” o Powstaniu Warszawskim).

Dlaczego piszę „prawda”, ujmując to słowo w nawias?
Ponieważ sądzę, iż owa „prawda” bardziej jest ludzką opinią, stanowiskiem, perspektywą, niż prawdą absolutną, (do której według mnie nie mamy dostępu w naszym ludzkim świecie).
A więc relatywizm?
Niekoniecznie.
Jeśli bowiem przyjmujemy już pewien system wartości (czyli potrafimy w naszym sumieniu odróżniać Dobro od Zła… co jest według mnie naszą ludzką powinnością – moralnym imperatywem), to nie powinniśmy mieć większych kłopotów z tym, co uznać za naszą prawdę.

Naturalnie, będzie to dotyczyć tylko jakiegoś fragmentu rzeczywistości… Ale nie mamy innego wyjścia, gdyż pełni rzeczywistości nie jesteśmy w stanie ogarnąć.
To właśnie dlatego nie mogę zgodzić się z tym, że samobójstwo Borowskiego było, jak ktoś napisał, „jedynie słuszną odpowiedzią” na rzeczywistość. Może wikłam się tu w jakieś sprzeczności, ale inaczej chyba myśleć nie mogę.

A jaka jest np. prawda o Maksymilianie Kolbe?
Otóż ja już dawno temu żywiłem podejrzenie, że było to samobójstwo. Kolbe wykorzystał sytuację, by zakończyć życie i wyzwolić się z koszmaru. Zastanowiłem się jeszcze nad tym, czy aby nie poczuł się on winny, bo przecież jego pisemko publikowało przed wojną teksty antysemickie, co można uznać jako pewien przyczynek do tworzenia atmosfery anty-żydowskiej histerii, która doprowadziła w końcu – a co najmniej ułatwiła – „ostateczne rozwiązanie” i zagładę większości europejskich Żydów. Ale o tym nikt nie mówi, bo wszak uznany on został człowiekiem „świętym”.
Jednakże później przyszła inna refleksja: może Kolbe, zdjęty litością, rzeczywiście chciał dostrzec w drugim człowieku Chrystusa i oddał za niego życie? Tym samym stając się symbolem ostatecznego poświęcenia dla bliźniego? Tej prawdy uchwycili się jego wyznawcy. I trudno się temu dziwić, gdyż ludziom trudno jest żyć bez nadziei (bo jakkolwiek uznalibyśmy ją może za naiwną „matkę głupich”, to jest ona również nam potrzebna jak powietrze do oddychania i woda do picia…)

W ludziach jest zarówno Kain i Abel, ale w końcu kogoś jednoznacznie potrafimy nazwać Kainem i Ablem. To jest ten bilans, dzięki któremu możemy dość jednoznacznie powiedzieć: ten człowiek jest zły, a ten dobry. Pisząc kiedyś, że były momenty kiedy utożsamiłem się również z tym esesmanem-oprawcą w obozie, pisałem o jakieś abstrakcji, którą pomyślałem chcąc przeniknąć ludzką naturę. Przecież, tak naprawdę, zawsze utożsamiałem się tylko z tymi, których krew wsiąkała w ziemię Auschwitz, a ciała ulotniły się przez kominy krematoriów.
Czasem jednak ogarniał mnie lęk i męczyła niepewność, czy zawsze w tych warunkach zachowywałbym się po ludzku, i czy nie zacząłbym patrzeć na świat oczami Borowskiego, co mogłoby być jednoznaczne z niezgodą na dalsze przebywanie na takimż świecie.

greydot

Bardzo byłbym ciekaw świata, jaki stworzyliby ludzie, których zabito w obozach zagłady, gdyby przeżyli wojnę. A wyginęły ich legiony. Byli wśród nich genialni naukowcy, artyści, myśliciele… Czy można sobie coś takiego wyobrazić? Na pewno nie. Talmud mówi, że kiedy umiera człowiek, to tak, jakby ginął z nim świat cały. A tu – w sposób okrutny i w tak krótkim czasie – zginęły tych ludzi miliony.

greydot

Kiedy wiadomo było, że wojna jest przegrana, samobójstwo popełniło tysiące Niemców. Ale czy z powodu poczucia winy, że było się po stronie katów? Wątpię. Głównie powodował nimi strach przed nadciągającą sowiecką „barbarzyńską” hordą.
Wrażliwość na wyrządzone zło?
Raczej strach przed karą i przed nowym „porządkiem” zwycięzców.

greydot
Jak wyglądałaby Europa bez zagłady? Można by próbować sobie to wyobrazić, ale prawdopodobieństwo tego, że wyobrazimy sobie stan, który odpowiadałby rzeczywistości, jest nikłe. Obawiam się, że zafundowalibyśmy sobie jakąś inną, równie potworną katastrofę, ponieważ w całej Europie panowała wówczas taka – prąca do konfrontacji – mentalność straceńczo-kombatancka, (która była m.in. skutkiem problemów i konfliktów nabrzmiałych po I wojnie światowej.) Być może Hitler uprzedził – i niejako ustrzegł – inne państwa przed popełnieniem podobnej zbrodni? Może wśród tych państw znalazłaby się i Polska?

greydot

Wata… wata, którą się owijamy, by się zbyt boleśnie nie poobijać; zasłona dymna, którą się okadzamy, by cała potworność świata nagle nie wypaliła nam oczu.

greydot

Pewnego razu (po opublikowaniu przeze mnie tekstu „Anus Mundi”) usłyszałem oświadczenie: „Nie byłam w Oświęcimiu i nie wybieram się. Mam wrażenie, że nie muszę tego miejsca oglądać. Świadomość tego, co się działo, wystarcza mi. Natomiast nie wiem, czy widziałeś video „Holocaust Survivor’s Death Camp Dance Flap”. Mężczyzna, który przeżył obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, wraca tam z wnukami, by na miejscu zagłady zatańczyć do piosenki „I will survive”. Zszokowało to Niemców i Polaków, mnie się zaś wydało cudowną apoteozą celebracji życia i przezwyciężeniem duchów przeszłości.”

Mnie to ani nie szokuje, ani nie oburza. Ale mogę tylko mówić za siebie. Skoro jednak protestują przeciw temu video ci, którzy faktycznie przeżyli Zagładę, to trudno to ignorować i nie brać tego pod uwagę. Może jednak, po prostu, warto ten fakt uszanować?
Wydaje mi się, że nieporozumienia wokół tych kontrowersji wynikają z polaryzacji dwóch odmiennych postaw. Bowiem z jednej strony jest bezbrzeżny smutek, rozpacz i przerażenie, jakie ogarniają ludzi w konfrontacji z tą potworną zbrodnią (i trudno się przecież tej reakcji dziwić, bo jest ona jak najbardziej uzasadniona i ludzka); z drugiej zaś – radość z ocalenia, afirmacja życia. Trudno jest takie reakcje przejawiać w tym samym czasie, a niektórzy uważają, że także i w tym samym miejscu – zwłaszcza w miejscu, gdzie miała miejsce Zagłada.
Istnieje przy tym jeszcze jedno niebezpieczeństwo: banalizacji i wyparcia czegoś, o czym jednak trzeba pamiętać w całym rzeczywistym wymiarze, także i w tym mało komfortowym, bolesnym, wręcz przerażającym. Według mnie pamięć taka jest konieczna do tego, abyśmy jednak byli świadomi tego, jak łatwo w naszej europejskiej cywilizacji (którą ponoć tak się szczycimy) o dokonanie podobnych zbrodni (a były one możliwe właśnie i dzięki temu, że pewne rzeczy wypierano ze swojej świadomości; że nie chciano ich dostrzegać; że dokonywano wygodnej i życzeniowej interpretacji faktów).
Kogoś, kto tańczy na zgliszczach (czy też popiołach pomordowanych), można jednak podejrzewać o to, że czyni to bez świadomości tego, jak potworny i bolesny był to pożar (zbrodnia) ewentualnie ze swojej świadomości to wypiera – bez faktycznego i dogłębnego zrozumienia tego, czym ta hekatomba była spowodowana.

greydot

Nie wyobrażam sobie życia nudnego, choćby z powodu tej jego właściwości, o której mówił Nietzsche: „Żyć, to znaczy być w ciągłym zagrożeniu”. A poza tym – ileż to ekscytujących rzeczy dookoła.
Czy ci, którzy tęsknią za spokojem, wiedzą za czym tęsknią? Czy nie ma w tym czegoś z zakamuflowanego pragnienia bezruchu, może nawet śmierci?
A swoją drogą: jakże często ceną, jaką się płaci za doznanie tzw. „świętego spokoju” jest właśnie nuda. Przypomina mi się tutaj to, co o nudzie napisał Pascal w swoich „Myślach”: „Nie ma dla człowieka nic równie nieznośnego, jak zażywać pełnego spoczynku., bez namiętności, bez spraw, rozrywek, zatrudnienia. Czuje wówczas swoją nicość, opuszczenie, niewystarczalność, zależność, niemoc, próżnię. Bezzwłocznie wyłoni się z jego duszy nuda, melancholia, smutek, troska, żal, rozpacz.”

greydot

Starość? Może nie tyle czuję już oddech starości na swoim karku, co odczuwam (niekiedy) przejmującą melancholię przemijania – siebie samego, moich bliskich, nas wszystkich i wszystkiego, co wokół nas.
Ale przecież wiem, że bez przemijania niemożliwa byłaby jakakolwiek zmiana, ewolucja, rozwój.
Czy z wiekiem to odczucie przemijania się wzmacnia? Myślę, że u większości ludzi tak. Jeśli chodzi o mnie, to również tak odczuwam, ale – jak tak zwracam się ku przeszłości – przemijalność wszystkiego, z całą jaskrawością i z wielkim przejęciem uświadomiłem już sobie w dzieciństwie, czy też (bardzo) wczesnej młodości. I od tamtego czasu ta świadomość jest ze mną – z większym lub mniejszym nasileniem – przez cały czas.

greydot

Miłość ma różne oblicza a występujący w niej egoizm maskujemy na wiele sposobów, zwłaszcza kiedy chcemy miłość uszlachetnić, wysublimować. Niezbyt z ową szlachetną wizją miłości współbrzmi to, że bardzo często nasza miłość jest zaborcza – tzn. zwykle chcemy kogoś posiąść na własność (psychicznie i fizycznie). To dążenie w skrajnych przypadkach jest silniejsze od instynktu samozachowawczego, więc kiedy nie może się zrealizować, kończy się czasami samobójstwem (lub zabójstwem).

W miłości odwzajemnionej egoizm staje się walutą wymienną – dwoje ludzi ofiarowuje się sobie nawzajem (mając przy tym często poczucie bezinteresowności). Jednak zdarza się również, że człowiek w miłości niejako się „zatraca się” – tzn. osoba kochana staje się dla niego ważniejsza od niego samego. I to w pewnym sensie można uznać za najwyższy stopień miłości, na jaki nas stać (choć, przyznaję, jest to dość desperackie i straceńcze). W tym przypadku rzeczywiście możemy powiedzieć, że został przezwyciężony wrodzony nam egoizm.

greydot

Miłość jest wytworem kultury, która w mit ujmuje hormonalną burzę, jaką miłość jest w wymiarze biologicznym. Zważmy na to, jaką rolę odgrywa miłość w każdej kulturze – i jak zmienia się jej obraz w zależności od mitologicznej fluktuacji danej kultury, która najlepiej widoczna jest w sztuce, w literaturze…
Każda epoka (i każdy rodzaj kultury) ma ten obraz miłości inny – i to właśnie jest dowodem na to, jak mocno – nierozerwalnie wręcz – miłość jest z kulturą sprzężona.
Można więc napisać wprost: bez kultury nie byłoby miłości, podobnie zresztą, jak nienawiści.

Erotyzm to nic innego, jak nasze „kulturalne” podejście do zwierzęcej (w swej istocie i proweniencji) „chuci” – do pożądania, seksu.

greydot

Miłość a przywiązanie?
To są pokrewne sobie uczucia, jednak różnią się od siebie, choćby intensywnością. Warto przy tym dodać, że miłość może przerodzić się w przywiązanie… chociaż nie musi (zdarza się przecież zamieniać w nienawiść).
Ale też przywiązanie może zaistnieć bez miłości.
Każdy z nas jednakże pojmuje miłość inaczej.

greydot
Miłość to nie kwestia wiary, ale „emocji i przeżywania”. Zdarza się, że ktoś tej emocji nie przeżył i wtedy mówi, że w miłość nie wierzy. (Gdyż nie wie, że miłość to nie sprawa wiary a doświadczenia.)

greydot
Miłość wielka i prawdziwa to rzadki ptak, trochę jak Feniks… Nie może to więc być ptak żyjący w stadach, bo wtedy wszyscy byśmy spłonęli.

greydot
Nie wiem, czy Bóg jest miłością, jak twierdzą ludzie „wierzący”. Tak naprawdę, to na temat Boga jest mi trudno cokolwiek powiedzieć. Mogę Go sobie tylko wyobrażać. To samo zresztą robią wszystkie bez wyjątku religie świata, (dlatego np. teologię uważam za wiedzę o ludzkich wyobrażeniach o Bogu, a nie za samą wiedzę o Nim samym).
Natomiast wiem, że człowiek pozbawiony miłości, albo taki, który miłości nigdy nie zaznał (a więc w nią nie wierzący) – jest człowiekiem nie tylko nieszczęśliwym (nieszczęsnym) ale i niebezpiecznym, bo skłonnym do destrukcji, będącej rodzajem zemsty na świecie za swoje uczuciowe upośledzenie i prostrację.

greydot

Hołd oddawany miłości „najwyższej”. Ktoś mówi, że w takiej miłości „człowiek niejako ‚zatraca się’ – tzn. osoba kochana staje się dla niego ważniejsza od niego samego”; ktoś inny, że „miłość ma w gruncie rzeczy wyraz desperacki i straceńczy.”
Należy jednak zdawać sobie sprawę z tego, że jest to bardzo romantyczne spojrzenie na miłość – jak również, że jest to właściwie sięganie do jej mitycznych źródeł (rozpropagowanych głównie przez literaturę i sztukę).
Taka miłość najbardziej chyba działa na nasze emocje, uczucia i wyobraźnię, ma tylko jeden – niebagatelny wszak – mankament: jest destruktywna.
A przecież ta prawdziwa, pożądana przez nas miłość, nie powinna być czymś co niszczy, tylko tym co buduje.

greydot

Istnieje (materialistyczne w zasadzie) przekonanie, że wszystko co dzieje się w naszym mózgu jest sprawą chemii, a konkretnie reakcji chemicznych. Jednakże redukowanie wszystkich naszych fenomenów kognitywnych do materii (chemii) wynika moim zdaniem (po części, przynajmniej) z naszej bezradności wobec mocno jednak ograniczonych, możliwości poznawczych człowieka. Nauka, podobnie jak religia, także z czasem ustępowała ze swoich zarozumiałych – i w istocie dyletanckich – besserwisserskich pozycji.
Tak więc, kto wie? – może rzeczywiście „środki psychoaktywne” pozwalają nam przynajmniej przeczuć coś takiego, jak wieczność? Umożliwiają wejście w inne wymiary rzeczywistości, może nawet dotknięcie absolutu?

greydot

Tautologia. Czy aby czasem nie jest emfazą prawdy?

greydot

A jeśli by tak poezję uznać za próbę wyrażenia czegoś niewyrażalnego, wyobrażenia czegoś niewyobrażalnego, wypowiedzenia czegoś niewypowiadalnego…?

greydot

Oglądając album z malarstwem Jacka Malczewskiego po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego, jak odważnym był Malczewski kolorystą (o jego precyzyjnym rysunku, mistrzowskim ujęciu formy, bujnej, symbolicznej wyobraźni nie wspominając). Daltonizujące snoby mogą kręcić nosem, ale ja lubię czasami popatrzeć sobie na taką orgię barw.
Rezygnacja z koloru (odnosi się to zarówno do malarstwa, jak i fotografii) musi mieć jednak swoje uzasadnienie – w przeciwnym razie staje się czymś pretensjonalnym. Do Malczewskiego na szczęście to się nie odnosi, bo on najwyżej redukował czasami (rzadko) kolorystykę swych obrazów do jednej tonacji, która i tak pulsowała bogactwem walorów, tonów i odcieni (jak np. w „Śmierci Ellenai”).

greydot

Pamiętam, że przed „Ofelią” Millaisa w londyńskiej Tate siedziałem dobry kwadrans. Już sam landscape można było studiować godzinami (Millais poświęcił mu pięć miesięcy pracy – malując po 11 godzin dziennie), ale to w końcu tylko tło (choć rojące się od symboli), bo najważniejszy jest tu trup Ofelii. Oczywiście, że jest w tym obrazie Śmierć (w kontraście do bujnej – i kolorowej – natury) ale warto zwróć uwagę, że Ofelia ma otwarte oczy – więc przy odrobinie erotycznej wyobraźni można odnieść wrażenie, że ona ma minę tak trochę jak przy orgazmie (nie bez kozery Francuzi nazywali orgazm La petite mort – a oni, jeśli chodzi o miłość i Erosa, to wiedzieli co mówią).

greydot

Malczewski „pisał” pędzlem (ten jego symbolizm jest przecież bardzo literacki, podatny na narrację i bogate interpretacje), ale „literacki” był też Matejko – niemal wszystkie jego obrazy to próba opisania historii, a w niektórych przypadkach, to nawet… jej tworzenia – głównie mitologizacji, idealizacji…

Malczewski i „Śmierć Elenai”. Jest jednak pewna omdlałość w ciele kobiety z tego obrazu, która odróżnia tu śmierć od snu. W tym stanie Ellenai już śnić nie może.

greydot

Ludzka twarz jako enigma. To jest ten paradoks: twarz potrafi ujawnić prawdę, ale też i prawdę skrywa. Mało tego – potrafi nas wprowadzić w błąd albo ukazać coś, co w istocie jest fałszywe. W każdym przypadku jednak, określa charakter i osobowość człowieka, który jest jej „właścicielem”.

greydot

No cóż, malarze byli różni… Zwłaszcza ci wielcy. Tym co ich łączyło była wrażliwość na kolor i fakturę, determinacja, by na płótnie oddać swoją wersję widzenia świata. To ich wyróżniało spośród innych ludzi.
Byli niezwykli, ale czy wszyscy byli szaleni, jak się czasami twierdzi?
To jest trochę taki romantyczny mit, który utrwaliła zwłaszcza secesja, dekadencja, bohema… bo wtedy wypadało być szalonym, więc wśród malarzy szaleństwo kwitło (tak bardzo, że nawet zaczęto podejrzewać, że przyczyną tego jest ołów, którego używano do wyrobu farb).

Ale tak po prawdzie to malarze charaktery mieli bardzo różne: od wyciszenia i skromności Fra Angelico, po wybujały, gwałtowny macho-izm Picassa. Byli wśród nich mordercy (Caravaggio) i ludzie powszechnie szanowani (Tycjan, Poussin), biedacy (Van Gogh, Rembrandt) i bogacze (van Dyck, Rubens); bon vivanci (Courbert, Delacroix) i stateczni sztywniacy (David, Ingres)… Niektórzy byli elokwentni i zostawili po sobie interesujące pisanie, inni zaś byli milczkami i opowiadali głównie za pomocą swojej malowanej sztuki. Było sporo geniuszy wyobraźni (Bosch), intelektu (da Vinci), pasji (Goya), oryginalności (Klee), cierpienia (Michelangelo), pracowitości (Durer)…
Innymi słowy: malarze to bardzo kolorowy i ciekawy ludek.

greydot

John Constable: „There is nothing ugly; I never saw an ugly thing in my life: for let the form of an object be what it may, – light, shade, and perpective will always make it beautiful.”

Constable napisał, że nic nie jest brzydkie pewnie dlatego, że dobry malarz nawet brzydotę potrafi zamienić (za pomocą swojej sztuki) w coś pięknego.

greydot

Sztuka – a tym samym i piękno – nie istnieje w naturze bez człowieka.

greydot

Czym innym jest dla nas ciemność, a czym innym jasność, lecz w naturze nie ma między nimi różnicy bo wszystko w niej ma takie samo znaczenie.
Na palecie malarza czekają barwy, które oddać mogą czarne chmury i burzę równie dobrze jak czyste niebo i słońce.
W naszych oczach rzeczywistość się zmienia więc chcemy utrwalić jej chwile nie wiedząc o tym, że Wszechświat i tak w końcu cały znieruchomieje. (A może już teraz jest nieruchomy i widzimy tylko jego kolejne zastygłe w bezruchu stop-klatki?)

greydot

Czyli wszystko dzieje się mimochodem i mimochodem też przemija – jak burza, jak słońce, jak człowiek, jak śnieg…
Jak życie…

greydot

Każda sztuka pozostaje martwa dopóki jej nie ożywimy naszą uwagą.

greydot

Na pewno dbanie o (rzeczywiste) proporcje nie jest w malarstwie najważniejsze, zwłaszcza w malarstwie pejzażowym. Przykład wielu malarzy – nawet tych klasycznych – pokazuje, że musieli oni pewne proporcje „naciągać”, podporządkowywać je niejako własnej koncepcji kompozycyjnej. (Przykłady: choćby El Greco, Tycjan, Giorgione, Mantegna, Maniasco, Rembrandt, Goya, Gainsborough… by wymienić tylko niektórych.)
Jak się tak zastanowić, to właściwie zdecydowana większość najsłynniejszych malarzy nie była wierna rzeczywistym proporcjom człowieka, o tych innych, występujących w przyrodzie, nie wspominając. I to wszystko mimo renesansowej dbałości – właśnie o proporcje i harmonię.
Bowiem najbardziej liczy się jednak harmonia kompozycyjna i kolorystyczna.

greydot

Czy ukazując (patrząc na) piękną kobietę, która wygląda „kwitnąco”, musimy się zamartwiać tym (a choćby tylko uświadomić sobie), że prędzej czy później ona przekwitnie – że jej uroda przeminie jak piękno kwiatu, który więdnie?
Tutaj wpadamy chyba w pułapkę snucia dość niepewnych paraleli i metafor – porównywania roślin z ludźmi. Kwiaty, które przekwitły, wyrzuca się, kobiet – jednak nie (zwłaszcza jeśli się je kocha).

greydot

Znany ze swoich kwiecistych portretów Fantin-Latour był jednak intrygującą postacią. Zdziwiło mnie np. jego zainteresowanie muzyką Wagnera (swoją wizytę w Bayreuth na premierze „Pierścienia Nibelungów” zaliczył do jednych z najważniejszych wydarzeń w swoim życiu), bo jakoś nie mogłem sobie skojarzyć tej wagnerowskiej fascynacji z psyche malarza ładnych kwiatków (co innego ubóstwiający muzykę Niemca Nietzsche, który do Wagnera bardzo mi pasował – mimo, że w końcu stał się jego wrogiem).

Muszę przyznać, że z początku Fantin-Latoura znałem tylko z jego obrazów kanonicznych, czyli tych przedstawiających kwiaty. Dopiero później dowiedziałem się o jego próbach portretowych, a jeszcze później – o jego litografiach i kompozycjach alegorycznych odwołujących się nie tylko do muzyki Wagnera, ale i Berlioza, Brahmsa czy Schumanna.
Co ciekawe – sam Fantin-Latour te ostatnie prace cenił najbardziej, ale paradoksalnie były one przez krytyków i odbiorców raczej ignorowane i w końcu sławę artyście przyniosły te jego kwiaty, którymi właściwie zarabiał na życie. Choć zapewne nie malował je tylko z przykrego obowiązku – wręcz przeciwnie: on musiał to malowanie ich bardzo lubić, w przeciwnym razie nie byłyby takie piękne.

greydot

Niektórzy wolą obrazy przedstawiające pewną anegdotę, wypełnione jakimś pierwiastkiem antropologicznym – bo tylko wtedy (jak mówią) może on mieć – i przekazywać – „emocję”.
Ja to widzę nieco inaczej. Dla mnie np. martwe natury nie są emocjonalnie puste, ani zimne. Mam wrażenie, że czuję w nich właśnie te emocje, które zapewne odczuwał artysta, kiedy je malował.
Nie wiem, może to jakaś nadinterpretacja, ale np. każdy z kwiatów Fantin-Latoura wydaje mi się mieć swoją „osobowość”. Tak je chyba traktował sam malarz – jako coś indywidualnego i żywego.

greydot

Ktoś ciekawie napisał: „Muzea to miejsca niezwykłe. Każdy obraz, który w nich jest, bez względu, jaki nosi tytuł, nie jest ‚martwą naturą’, jak mówią Polacy, tylko ‚cichym życiem’, jak mówią Niemcy, i to ukryte życie decyduje o ich życiu w nas, w naszej świadomości, bo innego życia nie ma. Malarstwo i postrzeganie sztuki wzrokiem jest swoistą umiejętnością. Słuchowcy umieją to zrozumieć. Widzenie jest taką samą łaską, jak słyszenie. Ale ma też coś więcej: łaskę niesłyszenia, łaskę ciszy. Łaska ciszy jest być może przywilejem największym, bo daje nam spokój. W zakończeniu Mistrza i Małgorzaty padają słowa znaczące: on nie zasłużył na niebo, on zasłużył na spokój. Malarstwo od swoich początków, od czasów grot z Lascaux, daje nam taki właśnie spokój, jest ciszą, nie gra i nie mówi, choć zawiera w sobie tak wiele dźwięków i tak wiele słów.”

Właśnie – nie „martwa natura” ale „ciche życie” (Stilleben, still life) – to tłumaczenie też mi się bardziej podoba.
Trafne spostrzeżenie o powiązaniu malarstwa z ciszą. Choć niektórzy widzą w nim muzykę, której nie można usłyszeć uchem. Ale malarstwo, choć odbywa się bez dźwięcznych słów, dla wielu jest jednak czymś bardzo wymownym.

greydot

Zauważyłem, że od jakiegoś czasu (XIX wiek?) zbyt wiele poświęca się w dyskusjach energii na spory czym jest sztuka, kim jest artysta, co to jest dzieło sztuki. Często sprowadza się to do sporu czysto językowego (definicji) – a przecież, w gruncie rzeczy, nie powinno to być takie ważne. Ważne jest meritum – sens. Także swoista uczciwość artystyczna.
Moim zdaniem, jeśli ktoś idzie na skróty, to przestaje być artystą. Niekoniecznie ekstremalność jest wyznacznikiem artyzmu – zwykle nie jest. Stąd np. moja rezerwa wobec ekscesów, szokowania, prowokacji – „rewolucyjnej” demolce wszystkiego, co było do tej pory. Według mnie więcej w tym destrukcji niż kreacji.

greydot

Tak często obecny w sztuce współczesnej masochizm i ekshibicjonizm to fetysz, nie sztuka. Tak więc, bardzo często w tej sztuce mamy do czynienia z fetyszyzacją.

Zresztą, najprawdopodobniej, na samym początku sztuki był fetysz. Innymi słowy: to właśnie ludzkie zapotrzebowanie na fetysz było pierwotnym źródłem sztuki.

greydot

Marina Abramović super star. Najsłynniejsza współczesna performerka. Jej sztandarowym wyczynem było patrzenie przez parę miesięcy w oczy ludzi, którzy tłumnie walili na to wydarzenie drzwiami i oknami Muzeum Sztuki Nowoczesnej na Manhattanie.
W związku z wystąpieniem Abramović ciekawe pytania zadała na swoim blogu latająca pyza. Jak sama autorka napisała, są to jednocześnie pytania o kondycję współczesnego człowieka, o sens współczesnej sztuki.

„Pytanie (a właściwie pytania) pierwsze.
Dlaczego w dwudziestym pierwszym wieku tak ogromne emocje wywołuje coś tak prostego, pierwotnego jak spojrzenie drugiej osoby? Dlaczego w erze, gdzie nagość w sferze publicznej jest powszechna, gdzie swoboda seksualna jest synonimem nowoczesności krępuje nas proste spojrzenie w oczy? Dlaczego tak unikamy dłuższego kontaktu wzrokowego z innymi? Z iloma osobami dziennie wymieniamy pospieszne spojrzenia, ale tak naprawdę nigdy na siebie nie patrzymy? Jak często zdarza się nam spuścić wzrok rozmawiając z kimś? Boimy się siebie nawzajem? Pojedyncze spojrzenie może zadecydować o dalszych relacjach, może wyrazić coś, co chcielibyśmy zachować dla siebie, może sprowokować nieporozumienie. Nie chcemy aby inni wyczytali z naszej twarzy towarzyszące nam emocje, ale równocześnie też sami zamykamy się na innych. A równocześnie wszyscy chcemy być zauważani, chcemy aby ktoś nam poświęcił chwilę uwagi, aby patrząc na nas dostrzegł nasze ja. Czy gigantyczny sukces tej wystawy bierze się z głodu, z naszej potrzeby uwagi, której nie zaspokaja codzienność? A może sprawił to fakt, że ludzie poczuli się komfortowo siedząc na przeciw kogoś, kto bezinteresownie daruje im chwilę uwagi, równocześnie nie chcąc nic w zamian, nie naruszając ich otoczki bezpieczeństwa?

Pytanie drugie.
A gdyby to był ktoś inny? Gdyby zwyczajna osoba usiadła sobie w parku i oferowała darmowe, szczere spojrzenie w oczy? Coś na kształt free hugs? Czy również tutaj ustawiałyby się kolejki? A może o sukcesie zadecydowała postać samej artystki, którą film wyraźnie kreuje na postać kultową. Patrząc na jej błogi, dobrotliwy wyraz twarzy przychodzą mi skojarzenia ze świętą, istotą uduchowioną, ale też z gwiazdą, która przyciąga uwagę samym nazwiskiem. I tu pojawia się…

Pytanie trzecie.
Na ile ten performance to zwyczajne show artystycznej autokreacji, egoistyczna, tania celebracja własnego ja? W końcu sam tytuł performance’u wskazuje jego główny temat – artystka, nic więcej. Rzadko mamy do czynienia bezpośrednio z twórcami dzieł, które podziwiamy – obrazów, filmów, instalacji… Artysta zazwyczaj chowa się gdzieś za kulisami, a w projekcie Abramović jest obecny, jest w centrum uwagi, wystawia się na widok, oceny, zagrożenia. Czy artysta, który staje się sztuką, który sam uznaje się za własne dzieło, nie sięga niebezpiecznej granicy? To artystyczne dno czy artystyczny olimp?Ale też co takiego ma nam do zaoferowania dziś sztuka współczesna, która wydaje się desperacko szukać nowych tematów i form ekspresji, miota się między martwymi rekinami a dmuchanymi pudlami, pomiędzy agresywnością i banałem. Postawić samego siebie w centrum wydaje się aktem najbardziej desperackim, ale trzeba przyznać nie pozbawionym sensu…”

Tyle pyza. Nie wiem czy istnieją jednoznaczne odpowiedzi na te pytania, jednak chciałbym się pokusić przynajmniej o pewną próbę odpowiedzi cząstkowych:

1. Może dlatego boimy się szczerości (za jej synonim można uznać spojrzenie prosto w oczy) bo żyjemy w swoistej bańce pozorów i często spojrzenie kogoś obcego uważamy za inwazję w naszą prywatność, a poza tym nie wiemy czego się po takiej osobie spodziewać? Ale przecież tę potrzebę kontaktu (w tym i wzrokowego) można zaspokajać w gronie naszych przyjaciół, rodziny, bliskich – wśród tych, których kochamy. Dlaczego tak się nie dzieje i wybieramy sztuczną sytuację (taka jak ta z Abramović)? Czy nie dlatego, że jesteśmy – albo czujemy się – samotni? Często – samotni w tłumie? I samotność tę próbujemy zabić w przestrzeni wirtualnej – prowadząc blogi, strony na Facebooku, udzielając się na różnych forach… etc. Nie wydaje mi się, że Abramović siedziała w MOMie i patrzyła w oczy ludziom bezinteresownie. Ale ważne było to, iż odbywało się to w sytuacji jakby „rozbrojonej” – ludzie kontaktujący się wzrokowo z artystką czuli, że przebywają w strefie bezpiecznej, a na dodatek wśród ludzi im podobnych, co zapewniało im coś w rodzaju poczucia wspólnoty. Czuli się też w ten sposób wyróżnieni – stawali się ważni.

2. Nie, gdyby to był ktoś inny, niż uznana artystka Abramović – i w innej sytuacji (nie w tej sztucznie wykreowanej i kultowo namaszczonej w MOMie) – to moim zdaniem nic by z tego nie wyszło. Mamy tu do czynienia z wyraźną idolatrią – Abramović to z jednej strony kapłanka, a z drugiej strony postać kultowa, „celebrytka”, jak byśmy to niezbyt elegancko dzisiaj nazwali. To tworzyło pewne napięcie związane z wyzwoleniem się – często silnych – emocji.

3. Performance Abramović to ani dno ani Olimp – ot, dość banalny pomysł (okazał się mimo to kontrowersyjny) znalazł swoje urzeczywistnienie w jednej z najważniejszych „świątyń” sztuki współczesnej, odnosząc (choćby tylko frekwencyjny) sukces, dzięki czemu zapisze się z pewnością w historii tejże sztuki.

greydot

Owszem, ja również – od czasu kiedy wszystko zaczęło być uważane za sztukę – sam sobie przyznaję prawo decydowania o tym (uznawania tego) co według mnie jest sztuką, a co nią nie jest (nie mam innego wyjścia – postmodernizm postawił mnie niejako pod ścianą i takich wyborów muszę dokonywać sam).
Lecz sprawy mają się już inaczej, kiedy weźmiemy pod uwagę przeszłość, czyli odniesiemy się do historii sztuki, kiedy to kryteria jej oceny były w miarę czytelne (w zasadzie wszyscy się zgadzali co do tego, co można nazwać sztuką).

Jednakże o tym co jest sztuką nie może decydować TYLKO efekt, jaki na nas dane dzieło (sztuki) wywiera. Bo skoro żadnego wrażenia nie robi na kimś muzyka Bacha, to czy nie byłoby czymś bezczelnym twierdzić, że nie jest ona sztuką? Albo jeśli nie podobają się komuś freski Rafaela, tudzież jest ktoś doskonale obojętny patrząc na rzeźby Michała Anioła czy obrazy Rembrandta, to czy na tej podstawie ma prawo twierdzić, że to co stworzyli ci twórcy nie jest sztuką? (Owszem, powiedzieć tak można, ale nikt nie będzie tego brał poważnie.)
Oczywiście, że liczy się efekt (czyli to, jak na kogoś działa czyjaś twórczość), ale powinny się także liczyć (i liczą się) również inne rzeczy – takie właśnie jak forma, biegłość warsztatowa artysty, jego przesłanie, wrażliwość, pasja, wpływ jaki on ma na twórczość innych… etc.

greydot

Uznaję emocje za coś ważnego – nie tylko w naszych kontaktach z innymi ludźmi i światem – ale i w samym procesie poznawania świata. Rozum to według mnie za mało. Sam podchodzę do niego (rozumu i jego możliwości) z rezerwą (bo widzę, że czysty racjonalizm ze swoim utylitaryzmem, zrobił jednak w świecie wiele złego).
Oprócz emocji, ważna jest także intuicja. (Przyznaję, że mój stosunek do ludzi bardziej chyba jednak kreuje „serce”, niż intelekt.)

Myślę, że większość ludzi odbiera świat (a zwłaszcza sztukę – kino, literaturę, muzykę…) przede wszystkim „trzewiami” (to jest ten pierwotny impuls poznawczy leżący ponad progiem naszej świadomości, czyli od nas niezależny), a dopiero później ten swój odbiór (reakcję, doświadczenie) racjonalizuje.

Istnieją w nas pokłady wrażliwości nieprzewidywalnej i nieoswojonej.
Żyją jak taki pół-dziki – i pół-kulturalny – zwierzak.

greydot.

GUŁAG PEŁEN RADOŚCI

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XVIII)

.

zapiski notatki kajet notes

.

“Ja będę twoim Dostojewskim, jeśli ty będziesz moim Tołstojem. Nasze życie razem będzie wypełnione taką rozpaczą, że śmierć będzie się nam wydawać gułagiem pełnym radości.” (Jarod Kintz)

* * *

Objaśnianie Putina Tołstojem byłoby podobnie bezsensowne, jak objaśnianie Hitlera Goethem. Ale już objaśnianie Putina Dostojewskim miałoby większy sens, podobnie jak objaśnianie Hitlera Nietzschem. To świadczy o tym, że objaśnianie życia literaturą może być równie sensowne, co bezsensowne.
Innymi słowy, autonomia literatury jest na tyle duża, że nie może być ona zakładnikiem społecznego kodu, czy nawet historycznego momentu. Wielka literatura ma wartość uniwersalną. Dlatego rosyjscy pisarze cieszą się takim poważaniem na Zachodzie. (Ale to niestety nie oznacza, że takim samym poważaniem cieszą się Rosjanie jako naród. Nic w tym zresztą dziwnego, bo nie można utożsamiać literatów z narodem, a tym bardziej z jego przywódcami czy politykami.)

* * *

Wydaje mi się, że nie zrozumiemy istoty zbrodniczych systemów (takich np. jak faszyzm czy komunizm) jeśli będziemy demonizować ich twórców czy przywódców, przypisując im samo zło i radykalną “nieludzkość”.
Cała przewrotność ich “sukcesu” (poparcie szerokich rzesz społecznych), polegała na tym, że ludzie uwierzyli, iż czynią oni dobro. I rzeczywiście, pod wieloma względami, efekt ich rządów był pozytywny (np. wydobycie Niemiec przez Hitlera z zapaści gospodarczej).

Zło jest zdradliwe, bo często posługuje się dobrem.

Największa “demoniczność” masowych morderców – przywódców politycznych, polega na tym, że mają oni ludzką twarz.

* * *

Dopóki w krajach Zachodu kapitalizm był kompatybilny z demokracją (tzn. dopóki kapitaliści potrafili się dogadać z reprezentującymi społeczeństwo socjalistami), dopóty jakoś to wszystko grało, a większość ludzi żyła dostatnio (pomijam tutaj turbulencje światowych wojen). Lecz to się zaczęło psuć już w latach 70-tych ubiegłego wieku (konkretnie: w Stanach Zjednoczonych), z tym że istniały mechanizmy, które odwlekły nastanie głębokiego kryzysu o dobrych kilkadziesiąt lat.
Ten kryzys – wbrew pozorom polepszenia sytuacji – trwa w Stanach do dzisiaj, i niestety, zaczyna go również doświadczać Europa. A to dlatego, że kapitalizm (dzisiaj lepiej byłoby mówić o systemie bankowym i korporacyjnym) zaczyna się “rozjeżdżać” z demokracją – co widać doskonale na przykładzie kryzysu w Grecji.
Na szczęście – mimo tego, że wielkie pieniądze “wykupują” (de facto: przekupują) politykę i polityków (o mediach nie wspominając) – ludzie dysponują jeszcze narzędziami demokratycznymi, by się temu sprzeciwić (kiedy przestaną dysponować takimi narzędziami, to najprawdopodobniej dojdzie do rewolucji – lub masowych migracji).
Problem w tym, że sam sprzeciw to za mało. Trzeba jeszcze znaleźć sposób na samorządność – na wprowadzenie ustroju, który działałby dla dobra całego społeczeństwa, a nie tylko “elit” finansowo-partyjno-oligarchicznych. A to, niestety, nie będzie łatwe.

* * *

Nie dość, że nie ogarniamy (myślą, zrozumieniem) świata, w którym żyjemy (nigdy nie ogarnialiśmy), to jeszcze tworzymy systemy, których sami nie ogarniamy (jak np. system monetarny i bankowy).
Tylko besserwisserzy myślą, że to wszystko rozumieją – ale przecież to jedynie tak im się wydaje.
We are lost… Błąkamy się, jak te dzieci we mgle, nadrabiając miną i śpiewając (pisząc, tworząc, komentując świat) dla dodania sobie odwagi (i znaczenia).

* * *

Można zauważyć, że na internetowych forach publicznych (ale nie tylko tam, także we wszelkich dyskusjach w radio czy telewizji) wszyscy uważają się za besserwisserów. Własnej racji, (która często jest niczym innym jak naszym widzimisię) broni się jak niepodległości. Mało tego: opinię, która się różni od naszej własnej, odbiera się jak osobistą zniewagę – jak atak na nas samych.

Człowiek to jednak zarozumiałe zwierzę (a przecież pozbawiony jest kontroli nawet nad swoim mózgiem – nie wspominając o tym, że nadal, tak naprawdę, nie wie jak ten mózg działa – tzn. co jest istotą myślenia, pamięci, świadomości… etc.).

* * *

Wierzyciele pożyczają pieniądze, których sami nie mają. Dłużnicy je wydają – zarabiają na tym ci, którzy coś sprzedają. I to jest właśnie ten finansowy cud: pieniądze powstają ex nihilo. Ale w końcu i tak zapadają się w czarną dziurę.
Wszyscy uzależniają się od wirtualnego świata – nawet (a może nawet przede wszystkim) banki. Niestety, na dłuższą metę konkretnej rzeczywistości nie da się oszukać i następuje twarde lądowanie.

* * *

Stany Zjednoczone uzależniły świat od dolara (teraz to wygląda tak, że nigdy np. nie będą niewypłacalne, bo zawsze będą mogły spłacić dług papierkami, które – w przeciwieństwie do innych państw – sami mogą drukować i to bez limitu).
Podobnie najsilniejsze kraje Europy (Niemcy, Wielka Brytania, Francja) uzależniają kraje słabsze od siebie – właśnie za pomocą euro – nazywając to zwykle współpracą albo – jeszcze częściej – pomocą. A to jest taki ciekawy sposób pomocy, który zawsze – prędzej czy później – działa na szkodę tych, którym się (rzekomo) pomaga. (Grecja!)
W finansach nie ma sentymentu (a pomoc należy właśnie do kategorii sentymentalnych). (A ściślej: nie ma sentymentu z wyjątkiem miłości/żądzy pieniędzy; vide credo: Greed is good!)

* * *

Wywiad Jacka Żakowskiego z profesorem Guyem Standing ekonomistą, wykładowcą Uniwersytetu Londyńskiego.
Żakowski: “Wizja sfrustrowanych, która się wyłania, jest groźna dla demokracji?”
Prof. Guy Standing: “Sfrustrowani bronią demokracji zagrożonej przez postępujące utowarowienie polityki zdominowanej przez wielkie pieniądze. Od 30 lat demokracji ubywa. Coraz mniej osób czuje się reprezentowanych przez partie parlamentarne i ich polityków. Powstała demokracja manipulacyjna. Wielkie pieniądze manipulują partiami, mediami, wyborcami. To najbardziej wkurza sfrustrowanych. Dlatego instynktownie i intuicyjnie domagają się demokratyzacji.” (…)

Przykre to, ale w Polsce media i politycy dały się właśnie “utowarowić”, stając się jednym z elementów mechanizmu zagrażającego demokracji (a nie broniącego demokracji, jak łudzi się red. Żakowski i inni publicyści z kręgu „Polityki” i „Gazety Wyborczej”).

* * *

Niestety, kiedy walczy się o demokrację, największą ofiarą tej wojny może być sama demokracja.

* * *

Każdy naród ma poczucie wyższości nad innymi narodami. Czasami, to poczucie wyższości wyrasta – tak jak w naszym (Polaków) przypadku – z kompleksu niższości (kompleks ten ma różne przyczyny, zazwyczaj od nas niezależne).
Pretekst (do poczucia wyższości) zawsze się znajdzie, podobnie jak argumenty.

* * *

Niektórzy uważają, że „Polska musi przyjąć walutę euro, aby się liczyć w Unii”. Formując w ten sposób ten postulat, wyrażają niechcący pewną prawdę: Polska nie liczy się w Unii.
Według mnie posiadanie waluty euro nie ma wpływu na to, że kraj Unii liczy się bardziej lub mniej. Exemplum: Grecja licząca się w Unii, ale à rebours – czyli jako bankrut.
Przykład Grecji pokazuje także, iż nawet jeśli kraj posiada walutę euro, to wcale się jest łatwiej się z nim rozliczyć (czy też policzyć).

W przytoczonym na początku zdaniu zawarta jest jeszcze jedna bałwochwalcza wiara we wszechmoc pieniądza – waluta jako cudowny środek, którym można regulować rynek i gospodarkę (w praktyce rozregulowując – tak jak to jest w przypadku dolara w ostatnim kryzysie w Stanach Zjednoczonych).
Jeśli najważniejszymi instytucjami bankowymi świata kierują tacy ludzie jak kłamca Bernanke, cynik Wolfowitz czy krętacz Strauss-Kahn, to co tu mówić o etycznej wiarygodności całego tego systemu i towarzystwa?

Państwo to zbyt poważna sprawa, aby uzależniać go od bankierów i finansistów.

* * *

Bez wątpienia istnieje coś takiego jak kod społeczno-kulturowy narodu (wpierw jednak należałoby ustalić jego definicję, by można było na jego temat sensownie dyskutować). Nie uważam jednak, że tłumaczy on zachowania osobnicze (konkretnych ludzi). Bo o tym zachowaniu decyduje bardziej sytuacja – warunki i położenie człowieka. Również jego charakter, wyznawany (i stosowany przez niego) system etyczny, wzory i zasady wyniesione z domu, przyjęte wartości, rola społeczna… etc.
Czyli “kod kulturowo-społeczny” jest pojęciem zbyt ogólnym, by według niego tłumaczyć (odczytywać) zachowanie człowieka.
Nie stanowi on także żadnego usprawiedliwienia dla takiego, a nie innego zachowania i postępowania.
Ponadto, ważniejsza od “ewolucji” tego kodu, jest zmiana polityczna, ustrojowa, społeczna, która może być bardzo szybka, wręcz błyskawiczna. To ona bardziej wyznacza nowe zachowania ludzkie, a nie wolno (ewolucyjnie) zmieniający się kulturowo-społeczny “kod”. (Żeby to lepiej zrozumieć, dobrze byłoby zapoznać się w pewnymi ustaleniami behawioryzmu.) Przecież w słynnym eksperymencie Zimbardo wszyscy, którzy wzięli w nim udział, podlegli byli temu samemu kodowi kulturowo-społecznemu (bo przecież byli reprezentantami tego samego społeczeństwa), a jednak zaczęli się zachowywać zupełnie inaczej – w zależności od tego, czy zostali “strażnikami” czy “więźniami”. Czyli różnica w ich zachowaniu nie wynikała z ich podległości jakiemuś “kodowi kulturowo-społecznemu”, tylko z odmienności sytuacji w jakiej się znaleźli – a i te się różniły w zależności od charakterów poszczególnych uczestników eksperymentu.
Tak więc “kod kulturowo-społeczny” nie jest dobrym kluczem do tłumaczenia ludzkich zachowań, zwłaszcza w homogenizującym się, eklektycznym, otwartym na przepływ informacji i idei świecie – i to nie tylko dlatego, że to wszystko sprawia, iż ów kod ulega zaburzeniu.

* * *

Jak twierdzą niektórzy, “sprawczość” kodu społeczno-kulturowego, czyli jego efekt w społeczeństwie, może być zweryfikowana tylko statystycznie. Jeśli tak, to nie ma sensu “weryfikować” go w zachowaniach osobniczych, indywidualnych. Każdy bowiem człowiek jest podległy swojej własnej mentalności (lepiej chyba mówić tu o charakterze, osobowości), a nie jakiejś ezoterycznej “mentalności zbiorowej”.

Philip Zimbardo zamierzał zbadać, czy w jakimś społeczeństwie istnieje szczególna podatność ludzi na uleganie autorytetom aż do okazywania okrucieństwa. Kolejne badania potwierdziły tezę, że nie istnieją różnice w kodach społeczno-kulturowych, które ten eksperyment mógłby wykryć. Niezależnie od kraju badań wyniki były takie same.
To z kolei świadczy o tym, że o zachowaniach ludzkich bardziej decyduje “natura” gatunku Homo sapiens (rzeczywiście zapisana w genach), niż “kod społeczno-kulturowy” poszczególnych narodów czy grup społecznych – a jeszcze mocniej odnosi się to do zachowania konkretnego człowieka.

* * *

Czy można wierzyć statystyce?

Ogół to nie szczegół. Suma nic nam nie mówi o składnikach dodawania.
Statystyka jest elastyczna i płynna, tylko fakty mogą być twarde i konkretne.
Statystyka jest jedynie czymś w rodzaju poznawczej atrapy, za pomocą której usiłujemy opisać (rozpoznać) rzeczywistość, która wymyka się naszej percepcji. Tak więc, statystyka nie jest najlepszym narzędziem do poznania prawdy (nie bez kozery Mark Twain kiedyś powiedział, że istnieją trzy rodzaje kłamstwa: kłamstwa, cholerne kłamstwa i statystyka).

* * *

Prawdopodobieństwo: coś podobnego do prawdy, ale prawdą nie będące.
Niestety, im bardziej (głębiej) drążymy rzeczywistość, tym bardziej się nam ona wymyka (im bardziej Puchatek zagląda do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie ma). Tak, jakby ta “rzeczywistość” bawiła się z nami w ciuciubabkę, podstawiając (przedstawiając) nam to, co chcemy (możemy?) – albo spodziewamy się – zobaczyć. Stąd zamęt, który “robi” za ład. Zamęt, z którym jakoś próbujemy sobie radzić, często przywdziewając maskę besserwissera (w końcu – najczęściej – się z nią utożsamiając).
W sumie większość z tych, którzy prowadzą zażarte dysputy, uważają się właśnie za besserwisserów, zwykle traktując swojego interlokutora jako Schlechterwissera, czyli tego, który „wie gorzej” (więc się myli).

* * *

Sprzeciw dla referendum.
Czyli NIE dla wypowiedzenia się społeczeństwa w istotnych dla niego sprawach? Czy aby nie jest to obawa przed “ciemnym” ludem? Czyli społeczeństwo jest za głupie, by o sobie decydować?
Tego rodzaju myślenie ma swoją długą tradycję. Ot, weźmy choćby klasyka José Ortegę y Gasseta, który prawił o buncie “mas”.

Każde myślenie o społeczeństwie w kategoriach masy jest myśleniem totalitarnym. Każde traktowanie społeczeństwa jako “ciemnego ludu” jest odruchem autorytarnym.

*  *  *

Zauważyłem, że ostatnio (gdzieś tak od wyborów prezydenckich w Polsce i niespodziewanego sukcesu pospolitego ruszenia pod wodzą Pawła Kukiza) na moim blogu nastąpiło gwałtowne zainteresowanie “Buntem mas” Ortegy y Gasseta, której to książce poświęciłem jeden ze swoich wpisów.
Przypomniałem sobie ów tekst, jak również komentarze, które się wtedy pojawiły. Mimo, że było to pisane jakieś 7 – 8 lat temu, uderzyła mnie aktualność treści tam zawartej, ot – dla przykładu – choćby w poniższej wymianie zdań.

MIZIOL: „Wydaje się, że te problemy, które poruszał Jose Ortega y Gasset w swoich esejach dzisiaj stały się dużo bardziej widoczne i odczuwalne. Masy wybierają swoich przedstawicieli, bo tak jest skonstruowana demokracja. Jest to system, w którym władza jest wybierana dzięki populizmowi i demagogii. Dzięki takiemu stanowi rzeczy władzy nie sprawują fachowcy, specjaliści od rządzenia, ludzie szlachetni, ludzie z misją, lecz konformiści i oportuniści. Jest to system, w którym poziom (we wszelkich dziedzinach życia) jest zaniżany do poziomu masy. Z jednej strony to przykre i może być dla niektórych nawet bolesne, ale chyba taka jest logika rozwoju świata jako całości. Świat jako całość musi się dostosować do poziomu reprezentowanego przez większość społeczeństwa czyli ‚masy’. Z tym się wiąże wiele pomniejszych problemów jak np. upadek sztuki – o czym Ortega y Gasset też pisał. I dzisiaj te problemy nabrały dużo większej ostrości w porównaniu z jego czasami. Populacja ludzkości zwiększyła się i coraz bardziej skupia się w dużych organizmach organizacyjnych jakimi są miasta. Kiedy idziesz na wsi i spotykasz drugiego człowieka, to nawet nie znając go dajesz w jakiś sposób do zrozumienia, że go widzisz. Pozdrawiasz, kiwasz głową, nawiązujesz kontakt wzrokowy, cokolwiek. Na ulicy Chicago, Warszawy czy Dublina to już niewykonalne. Ludzi jest za dużo i dla każdego z nas reszta zlewa się w jedną, przewalającą się masę, której sami jesteśmy elementem. Pozdrawiam z irlandzkiej wsi. My tu ciągle jeszcze jesteśmy jednostkami.”

Moja odpowiedź: Mam wątpliwości czy „masy” wybierają dziś swoich przedstawicieli. „Masom” poddaje się teraz zwykle na tacy do wyboru kandydatów, którzy już wcześniej zostali przez kogoś (czyli elity, lobbing, partie, organizacje…) wybrani i „namaszczeni”. System ten sprawdzał się w początkach demokracji, ale kiedy struktury państwa (władzy) ulegają skostnieniu (umacnia się choćby kapitalistyczny „beton”, mają miejsce jakieś pozakulisowe porozumienia, tworzą się „elity” korporacyjno-bankowe, media tracą swoją niezależność… etc.) to zachodzi podejrzenie, że ci kandydaci będą wyłaniani spośród tych, którzy będą reprezentować interesy tychże grup właśnie, a nie całej „masy” wyborców. Nie wiem czy „świat jako całość musi się dostosować do poziomu reprezentowanego przez większość społeczeństwa”, jak piszesz. Ludzie, którzy posiadają rzeczywistą władzę, mają jednak tendencje do podporządkowywania sobie społeczeństwa – a konkretnie do tworzenia warunków, w których będą chronione ich partykularne interesy, a nie interesy „ogółu”, czyli „masy”. (Oczywiście, wmawiając owemu „ogółowi”, że to wszystko robi się dla jego dobra.) Każda władza korumpuje w tym sensie, że wzmacnia się zwykle jej podmiotowość, przez co staje się ona coraz bardziej „arogancka” w stosunku do ludzi, nad którymi sprawuje władzę. W jakiś sposób więc się alienuje, dążąc przy tym stopniowo do zniesienia jakiejkolwiek (np. społecznej) kontroli nad sobą. I to jest niebezpieczne. (…) (Koniec odpowiedzi.)

Czy nie pasuje to jak ulał do obecnej sytuacji w naszym kraju?

* * *

Ktoś w komentarzach pod artykułem o książce y Gasseta napisał również: „Wydaje mi się, że indywidualizm jest zanikającą cechą. Ludzie sprawiają wrażenie masy bez własnego zdania. Nieliczni indywidualiści wybijają się ponad przeciętność, inni – osaczeni, siedzą cichutko, część legnie zdeptana przez pędzący na oślep tłum.”

Trudno jest mi się zgodzić ze stwierdzeniem, że indywidualizm jest cechą zanikającą. Warto zauważyć, że WSZYSCY jesteśmy skłonni właśnie innych uznać za „masę bez własnego zdania”, ale już sami siebie uznajemy za indywidualistów.
Parafrazując Sartre’a możemy powiedzieć: tłum to inni.

* * *

Są różne rodzaje tłumów. Mamy tłum w filharmonii, mamy tłum na meczu futbolowym, mamy tłum w kościele, mamy tłum na zebraniu partyjnym… etc. Ważne jest to, jakie emocje mogą tym tłumem zawładnąć, kto chce przejąć władzę nad tym tłumem (lub choćby nań wpływać), jakie idee tłum opanują…

Nie przepadam za byciem w tumie, ale jest to niechęć raczej… fizyczna. Po prostu nie lubię być popychany, trącany, deptany – wolę przestrzeń, swobodę i dopływ świeżego powietrza. Kiedy jesteśmy w tłumie to musimy – chcąc nie chcąc – pogodzić się, że jednak stanowimy część tego tłumu. Czasem jest to przyjemne, czasem nie, niekiedy budujące, to znów destruktywne… wszystko zależy od sytuacji i okoliczności.

* * *

Nie każdy tłum zieje „czymś przeraźliwym”, jak ktoś to określił. Bycie w tłumie może także oddziaływać na nas pozytywnie (większość z nas tego doświadczyła: od pokolenia solidarnościowego zrywu i uwielbienia dla Jana Pawła II, po uczestnictwo w jakiejś zbiorowej imprezie – choćby w koncercie rockowym czy symfonicznym.)

Tłum znosi do pewnego stopnia naszą indywidualność – co ma zarówno swoje dobre, jak i złe strony.
Do tych dobrych należy np. poczucie solidarności, więzi z innymi ludźmi, uniesienia, a nawet euforii – jeśli to jest budujące, oparte na pozytywnych emocjach.
Złe: jeśli mechanizmy te wyzwalają w nas wrogość, nienawiść – czyli są destrukcyjne, oparte na emocjach negatywnych.

Nie bez znaczenia jest również to, że zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku możemy poprzez uczestnictwo w tłumie „oszukać” własną samotność.

* * *

Ostatni kryzys w Stanach Zjednoczonych udowodnił m.in. i to, że nadal „człowieka masowego” można robić „w trąbę”. Inne niebezpieczeństwo: Chiny. Tam cięgle ludzi traktuje się bardziej jako „masę” niż zbiór ludzkich jednostek – indywidualności. I tą masą można będzie kiedyś pokierować tak, że wystąpi ona z brzegów i podtopi nieco nasz glob.

* * *

Niektórzy uważają, że Ortega y Gasset wynosi się poza „tłum”, gardzi „pospólstwem”, denuncjuje pośledniość „gawiedzi”… itp.
Czytając „Bunt mas” nie odniosłem takiego wrażenia, iż autor „gardzi” masą (choć dość ostentacyjnie pojęciem „masy” i „człowieka masowego” się posługuje). Wydaje mi się, że jest on bardziej historyczno-politycznym analitykiem, rodzajem socjologicznego proroka, próbuje ostrzegać przed nadchodzącym wielkimi krokami totalitaryzmem.
Jednakże sam nie „utylizuje” ludzkiej indywidualności, wprost przeciwnie: ukazuje, jak taką indywidualność w jego czasach zaczęto utylizować.
Według mnie cała krytyka „masowego” społeczeństwa wyrosła u Ortegi y Gasseta z jego przywiązania do elitaryzmu – i niezgody na ekspansję oraz panowanie przeciętności, banalności, bezmyślności (tudzież uzurpowania sobie przez to wszystko prawa do dominacji w społeczeństwie, zarówno jeśli chodzi o kulturę, jak i samą historię).

* * *

Ortega y Gasset jest jednak „intelektualnie” przenikliwy, mimo tych swoich wahań i niekonsekwencji, które wynikały po prostu z trudności jakie stwarza zarówno analiza socjologiczna, jak i przewidywanie przyszłości historycznej społeczeństwa. Mimo wszystko udało mu się to doskonale. Oprócz tego, jak się okazuje, wiele jego spostrzeżeń do dzisiaj zachowało swoją aktualność.

Czy Ortega Y Gasset był mizantropem? Nie wiem. Zbyt mało wiem o nim jako o człowieku. Ale w pewnym sensie ten jego esej świadczy o nim. Kiedy więc czytałem “Bunt mas”, to oczywiście zauważałem to jego krytyczne nastawienie do pewnych ludzkich cech, skłonności czy zachowań, które mogłyby świadczyć o mizantropii. Z drugiej jednak strony, przeczy temu jego autentyczne zaangażowanie po stronie – nazwę to ogólnie i w uproszczeniu – humanizmu. I ta postawa dobrze o nim świadczy. Koniec końców, uwzględniał on dobro człowieka.

Myślę, że na miejscu będzie przytoczenie tu jednej z wypowiedzi y Gasseta, która sporo mówi o nim samym oraz jego nastawieniu do świata i innych ludzi: „Zdziwienie, zaskoczenie to początek zrozumienia. To specyficzny i ekskluzywny sport i luksus intelektualistów. Dlatego też charakterystycznym dla nich gestem jest patrzenie na świat rozszerzonymi ze zdziwienia źrenicami. Cały otaczający nas świat jest dziwny i cudowny, jeśli nań spojrzeć szeroko otwartymi oczami. To właśnie, uleganie radosnemu zdziwieniu, jest rozkoszą dla futbolisty niedostępną, natomiast dzięki niej intelektualista idzie przez życie pogrążony w nie kończącym się, wizjonerskim upojeniu, którego oznaką zewnętrzną jest zdziwienie widoczne w oczach. Dlatego też dla starożytnych symbolem Minerwy była sowa, ptak, którego oczy są zawsze szeroko otwarte, jak gdyby w niemym zdziwieniu.”

* * *

Podoba mi się konstatacja, którą ostatnio usłyszałem, że ludzie mają skłonność do tego, aby czuć się “wyjątkowymi w swojej nie wyjątkowości”. Co ciekawe, nawet bycie w tłumie wzmacnia owo poczucie bycia kimś wyjątkowym, bo przecież jest się w “wyjątkowym” tłumie, tzn. w tłumie mającym pewien szczególny cel, aspirację, odczuwającym coś specjalnego… – chodzi tu jednak o tłum “aktywny”, okazjonalny, “eventowy”.
Czym innym jest jednak tłum – nazwę go tutaj – zwykłym, “powszednim”. To taki, który widzimy codziennie np. na ulicach wielkich miast. W takim tłumie można się już “zgubić”, zatracić – zachować swoją anonimowość, nie tracąc jednak poczucia własnej wyjątkowości, która wszak w takim środowisku staje się na wskroś niewyjątkowa.
Tak, sporo pisze się książek (i kręci filmów) o tzw. przeciętnym, “średnim” człowieku – Everymanie (Jedermannie). Jednakże, moim zdaniem, autorzy takich utworów (bardziej lub mniej świadomie) czynią z takiego człowieka kogoś (mimo wszystko) wyjątkowego, szczególnego. Prawdę mówiąc, gdyby było inaczej, to by się pewnie nim nie zajęli. Ja zresztą uważam, że każdy człowiek jest kimś wyjątkowym.

Pytanie: czy aby nie utonąć w „masie”, musimy iść z samym sobą na ustępstwa? Może dzieje się odwrotnie: toniemy właśnie wtedy, kiedy idziemy na te ustępstwa (bo – ulegając prawu mimikry – upodabniamy się do tłumu, z tym tłumem się zlewamy)?

* * *

Z wypowiedzi UW: „Niedoskonale działające ustroje demokratyczne, to efekt tego, że nad ekonomią zaczęła dominować polityka. Równość jak najbardziej istnieje, tylko każdemu zdaje się że takowa musi opierać się na braku różnic, a jest właśnie odwrotnie. Jedyny wymóg to odpowiednie proporcje tych różnic. Ja mimo wszystko sądzę, że nie ma indywidualizmu i nie ma masy.”

Nad ekonomią zaczęła – oprócz polityki – dominować zachłanność i irracjonalna, bezczelna spekulacja. W pewnym sensie wielkie systemy korporacyjne i finansowe nabierają cech systemów totalitarnych (nie tylko poprzez swoją globalizację, również wskutek sposobu w jaki traktują człowieka – czyli instrumentalnie, przedmiotowo, a-humanitarnie, lekceważąc jego prawa i potrzeby).

Nie ma indywidualizmu o tyle, że każdy człowiek jest uwikłany w stosunki społeczne, funkcjonowanie państwa i kultury, zdeterminowany genetycznym podporządkowaniem się prawom swojego gatunku… etc. (Totalne zaprzeczenie indywidualizmu równałoby się zaprzeczeniu istnienia wolnej woli.)
Nie ma masy o tyle, że społeczności ludzkie (tłum) składają się z poszczególnych osobników, indywiduów… (jeśli już tak nieelegancko nazywać człowieka).
Jednakże faktem jest, iż na każdego człowieka wywiera wpływ bycie w tłumie, stąd wrażenie, że tłum jest rodzajem „organizmu” o specyficznych właściwościach. I rzeczywiście tak jest, dlatego badania nad zachowaniem się tłumu (i nad jego cechami) mają swój sens i uzasadnienie.

* * *

Sądzę, że każdy człowiek ma prawo do posiadania własnego zdania i to również w sprawach, w których nie jest ekspertem. Uważam jednak, że kluczowe są tutaj te oto słowa autora „Buntu mas”: „Człowiek, który przypisuje sobie prawo posiadania własnego zdania na jakiś temat, nie zadając sobie uprzednio trudu, by go przemyśleć”. (Kimś takim, według y Gasseta, jest właśnie „człowiek masowy”).

Ortega y Gasset ma tutaj na uwadze człowieka bezmyślnego, czyli takiego który poddaje się „owczemu pędowi”, ulega stereotypom i obiegowym opiniom, kieruje się impulsem, popędem i instynktem – takiego, któremu po prostu nie chce się (albo który nie jest w stanie) samodzielnie myśleć, (choć oczywiście nie jest on zbyt skory, aby się do tego przyznać).
Z tego typu człowiekiem mamy do czynienia choćby w kulturze tzw. „masowej”. Również na niwie politycznej, gdzie rozpolitykowany „człowiek masowy” ulega zbiorowemu amokowi bezkrytycznego opowiadania się za taką a nie inną partią – uważając przy tym, że jego wybór jest jedynie słuszny, mądry i prawdziwy (i naturalnie – niezależny). Ach te złudzenia społeczeństw liberalno-demokratycznych.

* * *

Gust człowieka masowego obowiązuje w przestrzeni komercyjnej. Wynika to z prostej zasady maksymalizacji zysku. Dotyczy to więc również kultury masowej – filmu, muzyki, sztuki… tego wszystkiego, co ma zarobić pieniądze. Sprawą otwartą pozostaje wieczny dylemat: w jakim stopniu ów „gust człowieka masowego” (można to nazwać bardziej elegancko „gustem publiczności”), może być kształtowany przez media, artystów, producentów – czyli przez twórców kultury masowej; a na ile jest on „niereformowalny”, czyli zdeterminowany specyficznymi cechami występującymi u wielu ludzi „masowych”, jak np. niewybredność, prostactwo, upodobanie kiczu i pospolitości, lenistwo w myśleniu, uleganie stereotypom,, kulturalna gnuśność, konsumpcyjny schematyzm… etc.

Mało kto uświadamia sobie to, że ten sam człowiek może przejawiać zarówno cechy, które plasują go w obrębie elity, jaki takie, które potwierdzają, że jest człowiekiem masowym. Jednak, opisując społeczeństwo, siłą rzeczy zmuszeni jesteśmy dokonywać pewnych klasyfikacji, uogólnień, dzielenia ludzi na grupy wyróżniające się jakąś statystyczną normą czy wielkością.
I co jest ważne: wszyscy – zapoznając się z podobnymi klasyfikacjami – mamy tendencje do identyfikowania się z tymi, których umieszczono w lepszej „szufladce”.

Na pewno nie chcemy być uważani za część składową masy, choć dość ochoczo szafujemy takim określeniem wobec innych (nadmieniłem o tej skłonności wcześniej, parafrazując Sartre’a, że… „tłum to inni”.)

„Bunt mas” został opublikowany dawno temu, lecz nie odniosłem wrażenia, że książka y Gasseta pisana była „w jakimś innym świecie”. Wprost przeciwnie. To jest ciągle „nasz” świat – stąd ciągła aktualność idei y Gasseta. Choć zgodziłbym się z tym, iż nieuprawnione było twierdzenie autora, że żadna z poprzednich epok nie była tak wyjątkowa, jak ta, w której aktualnie żyje on sam. Moim zdaniem wyjątkowa jest każda (bez wyjątku) epoka. Innymi słowy: każda epoka jest specyficzna i niepowtarzalna.
Mimo to heraklitejski postulat o zmienności (i przemijalności) wszystkiego obowiązuje nas nadal i obowiązywać będzie zawsze. (W odróżnieniu od nietzscheańskiej idei „wiecznego powrotu”, która, moim zdaniem, bardziej poetycka jest, niż realistyczna.)

* * *

Nie jestem pewien, czy wyznacznik „nie zgadzania się z tłumem” jest w pełni adekwatnym wyznacznikiem elitarnej supremacji „autentycznej mniejszości”. Poza tym: czy tłum nigdy nie ma racji? Wszyscy przecież znamy sentencję: Vox populi, vox Dei.

* * *

Marzenie o byciu kimś wyjątkowym oznacza najczęściej marzenie o wyniesieniu się ponad tłum, (czyli ponad ludzką „masę”) – pragnienie doznania swoich „15 minut sławy”. Ludzie – w swojej masie – są banalni, a mimo to każdy – w swojej indywidualności – jest jednak wyjątkowy.

* * *

TŁUM

*

Tłum na przejściu dla pieszych na Times Square w Nowym Jorku (kliknij aby zobaczyć zdjęcie w pełnym wymiarze)

*

Tłum. To ciekawe, że nigdy nie identyfikujemy się z tłumem, mimo że bywamy jego częścią. Tłumy są coraz większe. A wtedy, kiedy rośnie tłum, my stajemy się coraz mniejsi.

Czasem dobrze jest być w tłumie – czuć jego energię, która udziela się nam samym – poddać się jego ruchowi, który nas porywa – poczuć euforię, która jest zaraźliwa, podobnie jak inne uczucia, które nas w tłumie przenikają, niczym jakieś tajemne fluidy. Nie chcemy wtedy być czymś osobnym, nasz indywidualizm się rozpływa, stajemy się częścią większej masy – silniejszej, mocniejszej, cięższej niż my sami z naszą dokuczliwą zazwyczaj lekkością bytu. Nie potrzebujemy wtedy poczucia sensu – bo sensem staje się sam tłum – on sam ten sens nam wyznacza.

Ale bywa też tak, że jesteśmy przez tłum zniewoleni – schwytani w jego sidła, bez żadnej możliwości manewru. Nasza osobność staje się wtedy jeszcze bardziej osobna. Czujemy się jak ofiara w potrzasku – bezbronni, zdani na łaskę i niełaskę żywiołu, który wydaje się nieskończenie nas przerastać, i który na naszych oczach staje się tratującym nas potworem – Lewiatanem o tysiącu twarzach.

Tłum może nas połknąć, ale może też nas wypluć. Czasem połknięcie jest dla nas korzystne, czasem nie – to zależy od okoliczności. Podobnie jest wtedy, kiedy tłum nas wypluwa.

greydot

Tak się złożyło, że cały ubiegły tydzień mieszkałem tuż obok Times Square na Manhattanie. Przy placu, przez który przewijają się i przelewają nieustannie nieprzebrane tłumy. Ponoć jest to pępek świata. Jeśli tak, to jest to pępek niezwykle ruchliwy, niczym mrowisko – centrum, w którym skupia się nie tylko amerykański, ale i globalny tygiel – tysiące i  miliony ludzi z wszystkich kontynentów, wszystkich ras i kolorów skóry, wszelkich możliwych ludzkich typów.

Times Square jest plebejski, jaskrawy, krzykliwy – jest jednym wielkim neonowym kiczem, tworem migotliwej, zmerkantylizowanej, zreklamizowanej do cna cywilizacji – oślepiającej, ogłuszającej… ogłupiającej. Wmawiającej wszystkim szczęście, a tak naprawdę, pod podszewką hedonistycznych uciech, skrywającą dekadencki koszmar chylącego się ku upadkowi imperium.

greydot

Gdy znalazłem się na amerykańskiej ziemi, ta obecna tutaj różnorodność ras, przebogata i kolorowa etniczna mozaika, mnogość ludzkich typów, które mimo swych różnic, potrafiły żyć obok siebie bez większych konfliktów i tolerancyjnie… to wszystko, dla mnie – przybysza z kraju ze zhomogenizowanym totalnie (jak mi się wtedy wydawało) społeczeństwem – było nieustannym źródłem fascynacji. Poczułem się w tej przebogatej mieszance dobrze jak u siebie w domu, Jednym słowem: bardzo mi się to spodobało. I podoba nadal. Kiedy więc wchodziłem (oczywiście z tłumem) do nowojorskiego metra i kiedy spotykałem tam tych wszystkich tłumnie zgromadzonych w przedziale ludzi, i kiedy patrzyłem na ową niesamowitą różnorodność ludzkich twarz, sylwetek, ubiorów… (w żadnym innym miejscu na świecie nie spotkałem tak oszałamiającej różnorodności ludzkich typów), to coś w moim wnętrzu się cieszyło i uśmiechało, choć przecież spotykałem tam też sennych, zmęczonych i milczących ludzi (pewnie groziłyby to i mnie, gdyby metro stało się częścią kieratu mojego powszedniego, w jaki niewątpliwie było schwytanych wielu z tych ludzi).

Jednakże tłum z Time Square był zupełnie inny. Prawdopodobnie dlatego, że składał się w większości z przybyszów z zewnątrz, z turystów – z ludzi, którzy tu wpadli na krótszą lub dłuższą chwilę ze wszystkich zakątków świata. Jak już pisałem, mieszkałem przy Time Square przez dłuższy czas, więc mój stosunek do wypełniających ten plac tłumów z czasem się zmieniał: zrazu było to zaciekawienie i niewątpliwa fascynacja, następnie wynikające ze spowszednienia zobojętnienie, na koniec zaś lekkie zmęczenie, może nawet irytacja?  (Być może więc nie powinienem się wówczas wybierać do MoMy, zwłaszcza że był to koniec tygodnia i w Muzeum Sztuki Współczesnej zastałem niemożliwe do wyobrażenia tłumy, które zmuszone były udawać, że podziwiają w tych warunkach dzieła sztuki współczesnej, która wszak łatwa w odbiorze nie jest. Przyglądając się w MoMie tej snującej się po wystawowych salach ciżbie, w pewnym momencie uderzyło we mnie poczucie… absurdu: większość tych ludzi, tak naprawdę, zgromadzonymi tam obrazami, rzeźbami i instalacjami nie była zainteresowana: równie obojętnie przechodzili obok pięknego aktu namalowanego przez Modiglianiego, co obok zupełnie nieczytelnych kleksów Motherwella. Tłoczna ta procesja to przypominała mi jakiś rytuał – haracz spłacany nawykowi turystycznej konsumpcji – w miejscu, które ciszy się famą jednej z największej atrakcji Nowego Jorku. Ale to temat na inną rozprawę).

A sam Manhattan, mimo wszystko jest fascynujący i na szczęście ma również taką enklawę przestrzeni i zieleni jak Central Park, gdzie można nawet zagubić się na leśnej ścieżce, wśród szumu liści drzew i śpiewu ptaków – z dala od tłumnej cywilizacji. Każdy z nas potrzebuje takiego oddechu.

greydot

(Fot. własna. Zdjęcia powiększone tłumu przeniesione zostały TUTAJ – na stronę z komentarzami)

MASOWY CZŁOWIEK ZBUNTOWANY (José Ortega y Gasset – „Bunt mas”)

RZECZ O „BUNCIE MAS”  ORTEGI Y GASSETA

 

1. Dobrze jest czasem sięgnąć po klasykę.
Choćby tylko po to, by się dowiedzieć, czym ona jest naprawdę – jaką niesie treść, ile jest teraz warta, czy przystaje do naszych czasów…
Bowiem zbyt często nasza wiedza przypomina jakiś bryk – coś tam o czymś wiemy (ale nie do końca), ktoś tam o tym coś napisał (a my na tym dość bezmyślnie się opieramy), znamy jakieś chwytne hasło, (które wyjęte z kontekstu nabiera innego znaczenia, niż miało pierwotnie – tak jak to jest np. z „religią – opium dla mas” Marksa, czy z „biczem na kobiety” Nietzschego… etc.)
Pod tym względem wszyscy jesteśmy dyletantami.

2. Od czego wychodzi Ortega Y Gasset pisząc swój słynny esej o „buncie mas”?
Otóż od statystyki.
I już tutaj powinniśmy zachować czujny sceptycyzm, bo statystyka, oprócz tego, że może ujawnić prawdę o rzeczywistości, to równie dobrze może tę rzeczywistość fałszować.
Czy np. to, że w ciągu 114 lat (od 1800 roku do 1914) ludność świata ze 180 mln. wzrosła do 460 mln. uprawnia kogokolwiek do potraktowania ludzkości jako rozrastającej się „masy”?
(Cóż w ogóle mówią te liczby, skoro nie ma tu rozróżnienia przyrostu ludności na poszczególne kontynenty, cywilizacje, kultury… ani uwzględnienia sytuacji społeczno-politycznej w jakiej ten przyrost  naturalny się odbywa?)

Ponadto, czy tłok, jaki spotyka Ortega y Gasset w kinie, w tramwaju, na ulicach upoważnia go do wydawania kategorycznych sądów o tłumie, jako tworze amorficznym, niezindywidualizowanym, masowym?
Czy nie jest to po prostu uleganie iluzji wobec niemocy uchwycenia fenomenu, jakim jest poszczególna ludzka istota (w tłumie) i zamiast tego tworzenie jakiejś zbiorowej abstrakcji?

3. Chwali się Ortegę y Gasseta za przenikliwość wręcz proroczą – bo przecież przewidział on tryumf „człowieka masowego”, tudzież wskazał na grozę jaką niesie ze sobą omnipotencja nowoczesnego państwa i rodzący się totalitaryzm. Jednakże wiele jego uwag sformułowanych jest w taki sposób, że można je odnieść zarówno do sytuacji Europy w okresie między wojnami (Ortega y Gasset pisał swoją „La rebelión de las masas” w latach 20-tych XX wieku), do powojnia, jak i do czasów nam współczesnych.
Tu rodzi się pytanie: czy owa „kompatybilność” jest rzeczywiście dowodem na socjologiczno-historyczną przenikliwość, czy też po prostu świadczy o ogólnym i uniwersalnym charakterze tez autora, które da się zastosować do różnych okresów historii nowożytnej ?

4. Czym wg Ortegi y Gasseta jest „człowiek masowy” oraz sama „masa”?
Najlepiej będzie, jeśli oddamy głos jemu samemu:
„Masy możemy zdefiniować jako zjawisko psychologiczne, nie musi to być koniecznie tłum złożony z indywidualnych jednostek.”
„Masy to ‚ludzie przeciętni’. W ten sposób to, co było jedynie ilością, tłumem, nabiera znaczenia jakościowego; staje się wspólną społeczną nijakością. Masy to zbiór ludzi nie wyróżniających się niczym od innych, będących jedynie powtórzeniem typu biologicznego”.
„W diagram psychologiczny współczesnego człowieka masowego możemy więc wpisać dwie podstawowe cechy: swobodną ekspansję życiowych żądań i potrzeb, szczególnie w odniesieniu do własnej osoby, oraz silnie zakorzeniony brak poczucia wdzięczności dla tych, którzy owo wygodne życie umożliwili. Obie cechy są charakterystyczne dla psychiki rozpuszczonego dziecka”.
Jednym słowem, człowiek masowy to taki „zepsuty paniczyk”, którego cechuje również „skłonność do czynienia z zabawy i sportu głównej sprężyny życia; pielęgnacja własnego ciała, dbałość o urodę i strój; brak romantyzmu w stosunkach z kobietami; zabawianie się z intelektualistami z odczuwaniem w głębi duszy pogardy dla nich.” Tak naprawdę nie interesuje go nic, poza własnym dobrobytem.

Człowiek masowy to oczywiście niekoniecznie tylko ktoś przynależący do klasy robotniczej, proletariatu, plebsu… Może być on ównież naukowcem lub specjalistą; może wywodzić się zarówno z tzw. inteligencji, arystokracji, jak i burżuazji, czyli właściwie ze wszystkich warstw i klas społecznych.

Ortega y Gasset nie szczędzi nikogo:
„Prototypem człowieka masowego jest współczesny człowiek nauki. (…) Sama nauka – rdzeń cywilizacji – przemienia go w człowieka masowego, a więc czyni z niego prymitywa, współczesnego barbarzyńcę.”
O tzw. „specjaliście” zaś pisze: „Wobec polityki, sztuki, obyczajów społecznych i towarzyskich, a także wobec innych nauk przyjmuje postawę najgłupszego prymitywa; ale robi to z przekonaniem i pewnością siebie.”(…) „Każdy, kto chce, może zauważyć, jak głupio dziś myślą i postępują w takich sprawach jak polityka, sztuka, religia (…) ‚ludzie nauki’ i oczywiście, za ich przykładem, lekarze, inżynierowie, finansiści, nauczyciele, itp. (…) Oni to symbolizują obecnie imperium mas, które z nich w znacznej mierze się składa, a ich barbarzyństwo jest najbardziej bezpośrednią przyczyną demoralizacji Europy.”
„Nie są to głowy otwarte; stąd też bierze się ich notoryczna tępota i niezaradność.”

Dostaje się również politykom i to tym z najwyższej półki: „Na ogół polityk, i to sławny polityk, dlatego właśnie jest politykiem, że jest tępy.” Summa zaś może brzmieć tak: „Współczesny człowiek masowy jest faktycznie prymitywem, który bocznymi drzwiami wśliznął się na starą i szacowną scenę cywilizacji”.

I na koniec zdanie, które może nas jednak wpędzić w pewną konsternację: „Obecnie wszyscy to tylko masa”.
Zdanie, które na domiar złego Ortega y Gasset doprawia następującą konkluzją: „Taka właśnie jest straszliwa prawda o naszych czasach, przedstawiona brutalnie i bez osłonek”.

Jeśli chodzi o mnie, to również zgadzam się z tym, że jest to prawda straszliwa, ale nie dlatego, że ludzie nagle stali się „masą”, lecz dlatego, że właśnie za „masę” zaczęto ich uważać – i jak „masę” traktować.

5. Nie lubię kiedy ludzi określa się mianem „masa”.
Zważmy, że robiły to wszystkie państwa totalitarne, a konkretnie – przywódcy tych państw, którzy – wszyscy jak jeden – byli autokratami, dyktatorami i tyranami przepełnionym pogardą dla „mas”. Może właśnie dlatego byli jednocześnie tak skutecznymi „zamordystami”?
Hitler i Goebbels żywcem w swoich propagandowych tyradach cytowali np. Le Bona, który zanalizował zachowanie się ludzi „w masie”; podobnie zresztą jak Mussolini, który „Psychologię tłumu” tegoż autora trzymał nawet ponoć na nocnej szafce przy łóżku.

Czy to świadczy o tym, że Le Bon się mylił?
Nie, wręcz przeciwnie – często miał rację, (choć jego podejście do „tłumu” było jednak tendencyjne,  zabarwione ideologią i  pełne uprzedzeń.)
Tu chodzi jednak o coś innego, a mianowicie o humanitarny stosunek do społeczeństwa – o postrzeganie ludzkiej zbiorowości w całym jej zróżnicowaniu i złożoności, nie jako „masy”, a jako zbioru ludzkich indywidualności. W przeciwnym razie możemy mieć do czynienia z instrumentalnym traktowaniem nie tylko jednostki, ale i całego społeczeństwa: socjotechnika zamienia się wtedy w jedną wielką manipulację.

Rzeczywistość wokół nas ma również tę właściwość, że może się zmieniać w zależności od tego jak (i za pomocą jakich instrumentów) my ją postrzegamy i badamy (co ciekawe, ze zjawiskiem tym można się również spotkać w naukach tzw. „ścisłych” – vide: zasada nieoznaczoności Heisenberga).
Ludzie bardzo często zachowują się niczym lustro: odbijają swoim zachowaniem to, jak się ich traktuje, jak pojmuje, jaki się ma do nich stosunek…
Z takich samych ludzi składały się więc tłumy wiwatujące na cześć Hitlera, jak i tłumy zebrane na Placu Św. Piotra, by oddać hołd zmarłemu Janowi Pawłowi II.

6. Na czym wg Ortegi y Gasseta polega „bunt mas”?
Otóż na tym, że „masy” ośmielają się we współczesnej mu Europie sięgać po władzę, jakby posiadanie przez nich tej władzy rozumiało się samo przez się. Pisze on np., że „masy zhardziały w stosunku do mniejszości; nie są im posłuszne, nie naśladują ich ani nie szanują; raczej wprost przeciwnie, odsuwają je na bok i zajmują ich miejsce”.
„Dla chwili obecnej charakterystyczne jest to, że umysły przeciętne i banalne, wiedząc o swej przeciętności i banalności, mają czelność domagać się prawa do bycia przeciętnym i banalnym, i do narzucania tych cech wszystkim innym.”
„Człowiek masowy czując się pospolitym, żąda, by pospolitość była prawem i odmawia uznania jakichkolwiek nadrzędnych wobec siebie instancji.”

Mamy tu po prostu do czynienia z arogancją:
„Człowiek, który przypisuje sobie prawo posiadania własnego zdania na jakiś temat, nie zadając sobie uprzednio trudu, by go przemyśleć, jest doskonałym przykładem owego niezmiennego i absurdalnego sposobu bycia człowiekiem, który nazwałem ‚zbuntowaną masą’ „.
Otóż właśnie dlatego „dzisiejszy świat wszedł w okres poważnej demoralizacji, której jednym z objawów jest nieokiełznany bunt mas, a która bierze swój początek z demoralizacji Europy.”

7. Jakkolwiek wszystkie te wywody Ortegi y Gasseta na temat właściwości, cech i dążeń człowieka masowego, tudzież przejmowania przezeń władzy, nie wyglądałyby przekonująco i sugestywnie, to moim zdaniem nie jest jednak prawdą iż „masa” może przejąć władzę, a tym bardziej błędne jest założenie, że może ona rządzić. Jeśli już – to jest to władza i rządy podobne tym, jakie panują w pędzącym stadzie bydła, czyli coś, co jest impulsywne, okazyjne, chwilowe, instynktowne, żywiołowe, bezmyślne… jak np. zrywy rewolucyjne (dajmy na to zburzenie Bastylii, atak „tłuszczy” na Pałac Zimowy, czy pogromy „kryształowej nocy” w Niemczech).
W żadnym jednak razie podobne zachowania nie mogą konstytuować państwa, ani nawet egzekwować władzy.
Nawet jeśli przejmuje rządy ktoś, kto sam wywodzi się ze „stada” (np. plebejscy: Mussolini, Hitler, Stalin, Mao…) to w momencie, kiedy już ma on władzę w swoich rękach, z owego stada się wyodrębnia, dystansuje doń, a nawet wobec niego alienuje – przestaje tym sposobem zachowywać się stadnie (i choćby dlatego możliwy jest „kult jednostki”, stąd się też biorą partyjne „elity”), choć nadal ludzi, nad którymi zyskał władzę, traktuje on zazwyczaj jako „stado” (przy czym, należy podkreślić, że stwierdzenie to odnosi się do dyktatorów)..

Podobnie zresztą sprawy się mają w ustrojach, które nie są totalitarne, a liberalno-demokratyczne: „masa” może mieć złudzenie, że bierze udział w rządach, ale tak naprawdę władzę sprawuje elita rządowa (wraz z całą podległą jej – albo i nie – biurokracją i aparatem przemocy), nawet jeśli została ona wybrana spośród „masy”.
„Masa”, co najwyżej, może być mocą przyzwalającą (nota bene prawdą jest, że tylko wtedy państwo ma na tyle sił, by na dłuższą metę utrzymać istniejący ustrój, polityczne dążenia i ogólne status quo, jeśli ma na to przyzwolenie większości.)

Człowiek, który zdobywa władzę zmienia się diametralnie, bo zmienia się jego pozycja z podrzędnej na nadrzędną, inicjatywa i plan staje w jego gestii (jego wola może się zamienić w prawo), a tym samym przestaje być on częścią „bezwładnej” i „bezwolnej” „masy”.
Tego właśnie wydaje się nie brać pod uwagę Ortega y Gasset.

8. Język „Buntu mas” jest niezwykle sugestywny, Ortega y Gasset patrzy na współczesną sobie Europę przenikliwie i głęboko, analizuje i diagnozuje tak, że – jak podejrzewam – tym, którzy go wówczas czytali i rozumieli, cierpła ze strachu skóra a na głowie jeżył się włos. A i tak, to co się wkrótce zaczęło dziać, przerosło wszelkie wyobrażenia.

Wprawdzie nie podzielam jego metodologii, stosunku do „mas”, tzn. podchodzenia do grupy ludzkiej w sposób hurtowy, bez indywidualnego rozróżnienia, czyli traktowania społeczeństwa en bloc – właśnie jako „masy”, to jednak chylę czoła przed jego trafną dalekowzrocznością, jeśli chodzi np. o wskazanie największego zagrożenia ówczesnej Europy, jakim było rodzące się państwo totalitarne (i związane z tym przeradzanie się nacjonalizmu w faszyzm oraz uznanie przemocy i gwałtu za prima ratio funkcjonowania takiego państwa – wg Ortegi y Gasseta było to nic innego jak Magna Charta barbarzyństwa). I chodziło tu zarówno o faszyzm, (który Ortega y Gasset znał wówczas jedynie z dokonań Mussoliniego), jak i komunizm.

Jak mogę nie czuć szacunku i podziwu do człowieka, który – w 1929 roku! – pisze coś takiego:
„Bolszewizm i faszyzm są dwoma ‚nowymi’ w polityce wynalazkami, które odkryto w Europie i na jej krańcach. Stanowią one wyraźny przykład istotnego regresu. (…) To typowe ruchy ludzi masowych, kierowane przez ludzi poślednich, ponadczasowych, pozbawionych pamięci i ‚świadomości historycznej’, przybierają od początku formy przestarzałe, zupełnie jakby pojawiwszy się obecnie, należały zarazem do dawno wymarłej fauny.”
„Przekształcenie czegoś, co w samej swojej istocie jest zbrodnicze i niezdrowe, w coś zdrowego i normalnego, jest rzeczą niemożliwą, dlatego też jednostka stara się raczej dostosować do zastanej niezdrowej sytuacji, utożsamiając się w pełni z ową zbrodnią czy nieprawidłowością.”
„Rosyjski komunizm jest nie do strawienia dla Europejczyków, którzy w ciągu całych dziejów włożyli tyle zapału i wysiłku w sprawę indywidualizmu”.
I na koniec zdanie, które warte jest wprost czołobitnego chapeau bas:
„Niemniej – jeszcze raz to powtarzam – wydaje mi się rzeczą wielce prawdopodobną, że w najbliższych latach Europa zacznie entuzjazmować się komunizmem.”

Ortega y Gasset już wówczas (czyli jeszcze przed dojściem Hitlera do władzy) wiedział czym pachnie faszyzm. Ponadto, nie tylko, że nie dał się otumanić komunizmowi, ale i przewidział wysiew tych wszystkich zachwyconych bolszewikami „użytecznych idiotów”, który wkrótce miał nastąpić wśród zachodnio-europejskich „elit” i „intelektualistów”.

*  *  *

(ilustracje: Zdzisław Beksiński)