PRZEBIĆ SIĘ NA DRUGĄ STRONĘ – THE DOORS

JIM MORRISON – PŁOMIEŃ DUSZY CZY FAJERWERK POZERA?

*

Jim Morrison - bożyszcze, prorok, heros, szaleniec, dandys, bufon, straceniec, poeta, grafoman?

Jim Morrison – bożyszcze, prorok, heros, szaleniec, dandys, bufon, straceniec, poeta, geniusz, pijak, grafoman?

*

When the doors of perception are cleansed
Man will see things as they truly are, infinite
William Blake

Wybrańcy bogów umierają młodo. Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison – jakie bóstwa zazdrosne były o tajemnice wykradane im przez śmiertelników? Apollińskie – z ich uduchowieniem i idealizmem, wszechogarniającą harmonią, czystą miłością i pięknem? Czy też dionizyjskie – kipiące pełnią istnienia, nienasycone i zmysłowe, pijane cielesną ekstazą?
Nietzsche postradał zmysły rozdarty przez te siły. Idealizm czy zmysłowość? Duch czy materia? Odwieczny dualizm ludzkich i boskich istot – bieguny między którymi dzieje się czas, pośród których zawisło gdzieś nasze przeznaczenie.
Janis Joplin była opętana (przez bluesa). W Średniowieczu niechybnie spłonęłaby na stosie. W epoce Dzieci Kwiatów zabiły ją narkotyki. Jimi Hendrix sam był płomieniem. Płomieniem też była jego gitara: w przenośni, gdy na niej grał; dosłownie – gdy palił ją na estradzie. Udusił się własnymi wymiocinami po przedawkowaniu narkotyków i zatruciu alkoholem. Koniec to jednak mało godny, jak na króla i geniusza gitary, który jej brzmienie zmienił po wsze czasy.
Jimi Morrison w XVII-wiecznej Anglii mógłby być Williamem Blakiem, w XIX-wiecznej Francji Rimbaudem, w XX-wiecznej Ameryce był natomiast tragicznym prorokiem konsumpcyjno-odpadkowej cywilizacji i straconego pokolenia, dandysem kontestacji poetą przeklętym epoki napalmu. A może „Bingiem Crosby z Piekła” – jak go ktoś tutaj nazwał? Może to Jesus Christ Superstar trzymający na koncercie w swoich ramionach baranka? Może sam Belzebub wcielony, obnażający swe genitalia przed opętaną orgiastycznym amokiem widownią?
Kto kwituje ten fenomen wzruszeniem ramion, pogardą nawet, czy jednym słowem: „szaleństwo”, ten nie docenia szaleństwa w kreowaniu tego świata, wyznaczaniu biegu historii – ucieka przed świadomością jego wszechobecności; odrzuca fakt, że ciągle z nim obcujemy.
Z Janis Joplin i Jimim Hendrixem łączyła Morrisona nie tylko śmierć (jak każda śmierć) tragiczna. Wszyscy oni identyfikowali się ze sztuką jaką tworzyli, nie odróżniali muzyki od własnego życia, niczego nie udawali. Podobnie, jak i oni, Morrison nie uznawał kompromisu. Aby być wiernym samemu sobie, wybrał drogę, która była drogą ćmy lecącej prosto w ogień. Łaknąc transcendencji, chcą przebić się na Drugą Stronę („Break on Through”), musiał podążyć za szaleństwem. Nic go nie było w stanie powstrzymać, nawet świadomość tego, co w swoim motcie do „Portretu Doriana Grey’a” napisał Oscar Wilde: „Kto sięga pod powierzchnię, ten czyni to na własną odpowiedzialność”. Jim Morrison przed tym ryzykiem się nie cofnął, jego śmierć okazała się być jedynie konsekwencją jego tragicznego wyboru.
A ile było w nim z dandysa? On sam mówił o sobie, jako o „inteligentnym, wrażliwym człowieku z duszą clowna”. Clown? To taki śmieszny człowieczek do zabawiania gawiedzi? Nie! To tragiczna ludzka istota objawiająca nam pewną prawdę. A że nazywano go jeszcze „Bogiem rock&rolla”, „Apollem bluesa”, „Jaszczurzym Królem”… ? Cóż, świadczy to jedynie o bogactwie skojarzeń i wyobrażeń, jakie wywoływał własną osobowością. Narkotyki, alkohol, seks, burdy i ekscesy? Nie, to nie było jego istotą – to produkty uboczne życia poety ograniczonego ułomnościami ludzkiej natury i jej słabością.

Dlaczego „The Doors” przetrwali? Dlatego, że przetrwała ich muzyka. Dlaczego więc przetrwała ta muzyka? Dlatego, że jest niepowtarzalna i ponadczasowa. Banalne – może ktoś powiedzieć. Tak, ale prawdziwe.
Nie ma wątpliwości, że Jim Morrison był istotą i duszą „The Doors”. Jego ogień rozpalał pozostałych członków grupy i kiedy zgasł, niezdolni byli oni wykrzesać z siebie choć iskry dawnej świetności. I to prawda, że po jego śmierci „The Doors” stali się pustą nazwą – ich wielkość Morrison zabrał ze sobą do grobu.
A jednak, gdyby Robby Krieger, Ray Manzarek i John Densmore nie dysponowali cechami dobrych muzyków, to sztuka wyzwolenia z nich talentu nie udałaby się nawet komuś tak charyzmatycznemu, jak Jim. Przecież wszyscy razem tworzyli to niesamowite brzmienie, które poraża nawet dzisiaj, w epoce komputerowych generatorów dźwięku, tysięcy rodzajów syntetyzatorów, instrumentów elektronicznych i przeróżnych gadżetów. To więc, że mieli do dyspozycji jedynie proste, czy wręcz prymitywne środki, świadczy jedynie na ich korzyść.
Robby Krieger – gitarzysta, którego gra łącząca bluesa z flamenco, nadawała psychodelii brzmienia jego gitary nowych kolorów i odcieni. To także utalentowany kompozytor („Light My Fire” jest utworem jego autorstwa). John Densmore – perkusista o jazzowym wyrafinowaniu, nadawał brzmieniu „Doorsów” hipnotycznej motoryczności. I wreszcie Ray Manzarek – wykształcony klasycznie pianista, narzucał grupie muzyczny rygor i precyzję, jego organy brzmiały zarówno klasycznie, jak  undergroundowo, garażowo i psychodelicznie (podobno w jego żyłach płynie polska krew – stąd być może te cytaty z Chopina). „The Doors” byli czwórką, a czwórka była jednością. Związani swoimi wizjami, nigdy żaden z nich nie stworzył poza zespołem czegoś, co miałoby choć namiastkę wielkości tego, co tworzyli razem.
Wspomniany „Light My Fire”, „Riders on the Storm”, „Break on Through”, „LA Woman”, „Touch Me”… czy wreszcie monumentalne suity „When the Music is Over” i „The End” to utwory bez mała genialne, umiejscowione gdzieś ponad (pogardzaną wszak z cicha) sferą pop-music, której niezbyt chętnie przypisuje się status sztuki prawdziwej. Dźwięczny i pełny, diaboliczny wręcz baryton Morrisona, to rodzaj głosu w rocku raczej niespotykany. Połączony z jego elektryzującą poezją, bluesową wrażliwością i egzystencjalnym tragizmem, docierał do samego Jądra Ciemności dramatycznego rocka. Słuchając tego głosu, jesteśmy gotowi przyznać, że być może dobiega on do nas gdzieś z tamtej Drugiej Strony, na którą udało się przedrzeć Jimowi.

Aldoux Huxley, penetrując świat narkotycznych wizji – rozszerzających jego zdaniem granice ludzkiego poznania – opisał je w swoim słynnym eseju „The Doors of Perception”, zapożyczając tytuł z poezji Blake’a: „Kiedy Drzwi Poznania uchylają się, rzeczy jawią się człowiekowi takie, jakie są naprawdę, nieskończone”.
Mianując się „The Doors”, Jim, Bob, John i Ray zdradzili swe pragnienie poznania Tajemnicy. Morrison ośmielił się spojrzeć w oczy temu, co w niej olśniewające i porażające – a my ciągle lękamy się, co mógłby nam o tym powiedzieć.

*  *  *

PS. Wypada jednak zaznaczyć, że tekst powyższy napisałem dawno temu – w wieku dwudziestu paru lat, kiedy moja fascynacja pewnymi mitami rocka czy literatury obywała się bez żadnej krytyki. Pewne otrzeźwienie przyszło później – przeszedłem coś w rodzaju kontestacji własnej kontestacji, kiedy to zacząłem patrzeć na wszystko z innej nieco perspektywy, bardziej krytycznie – i chyba jednak wnikliwiej, ustawiając to w szerszym kontekście psychologicznym, etycznym i kulturowym. Dziś – zachowując wobec siebie pewną uczciwość – podobnego tekstu o Morrisonie nie mógłbym jednak napisać. Zresztą, wiele lat po jego powstaniu, wróciłem do fenomenu Morrisona i jego zespołu przy okazji pisania recenzji z filmu Olivera Stone’a „The Doors”. I złapałem się na tym, że wyglądało to tak, jakbym pisał o zupełnie innym człowieku – tak ten nowy obraz Morrisona różnił się od tego, jaki zakreśliłem wcześniej. Niestety rewizja ta przepadła i teraz nie byłbym już chyba w stanie tego tekstu odtworzyć.
Artykuł „The Doors”, który stanowi powyższy wpis, ukazał się w ramach cyklu „Rock i okolice”, jaki prowadziłem w latach 90-tych na łamach prasy polonijnej. W najbliższym czasie chciałbym na moim blogu zamieścić małą jego próbkę – kilka tekstów nawiązujących do fascynacji rockiem, który był bez wątpienia muzyką naszego pokolenia.

*