POGAŃSKA MSZA I MELANCHOLIE NA SPRZEDAŻ

*

Koncert jako rytuał, ekspresja, wyzwolenie energii i manifestacja (Roger Waters z zespołem na rockowej scenie)

*

Zimny wieczór, zbiera się na deszcz… Przez dwie godziny jedziemy – przepychając się przez korki – do Tinley Park, na koncert Rogera Watersa. Procesja samochodów sunie z wolna na olbrzymi parking; tuż obok sceny oblężone budki z piwem Budweisera i stoiska z junk-foodem. Audytorium i trawnik wypełnione po brzegi tłumem w różnym wieku, oczekiwanie na show…

*

ROCK JAKO SZTUKA?

„Pink Floyd”, dla którego Waters był głównym artystycznym animatorem, to zespół mojej młodości i mimo że od tamtego czasu dzieli mnie już ładnych parę dziesiątków lat, to muzyka ta nadal mocno siedzi w mojej głowie i wszystko wygląda na to, że usadowiła się tam na dobre i na złe – i to na zawsze.

Istnieje jakaś niepisana umowa by w tzw. wyższych „intelektualnych” sferach kultury nie traktować poważnie rocka, wciskając go w jedną z nisz kultury masowej, o której mówi się często z lekceważeniem. Oczywiście wiele tzw. gwiazd rocka mocno pracuje na to, by podobne zapatrywania miały rację bytu: bufonada, poza, ekscesy, pretensjonalność, kicz, płycizny, pusty wygłup… tak to wszystko jest w tym światku rocka na porządku dziennym. A jednak sądzę, że pewne aspekty pop-kultury – w tym także i muzyki rockowej – mają nie tylko znaczenie socjologiczne, ale mogą też być rozpatrywane w kategoriach sztuki i artyzmu. Moim zdaniem Gilmour, Waters, Mason i Wright sięgnęli czegoś, co bez wątpienia nazwać można geniuszem. Wrażenie to nie opuszcza mnie nigdy kiedy słucham zwłaszcza „The Dark Side of the Moon” czy też „Wish You Were Here”.

Czy mamy się wstydzić naszej afektacji rockiem, kiedy np. słuchamy Mozarta, czytamy Flauberta czy oglądamy Tycjana? Na pierwszy rzut oka (czy ucha) wydaje się, że światy te dzieli przepaść, ale po głębszym zastanowieniu się można dojść do wniosku, że wbrew pozorom zbudowane są one z tych samych artystycznych monad i poruszają te same struny wrażliwości. A nawet wyrażają to samo – czyli nasze fundamentalne uczucia, stosunek twórczego człowieka do świata i własnej egzystencji. Niewykluczone, że Beethoven, gdyby się urodził w tym samym czasie co Waters, wybrałby grę na syntezatorach i założyłby kapelę grająca progresywnego rocka, a np. Paganini zrewolucjonizowałby jazz… Nie zawsze autentyzm i głębia, a zwłaszcza spontaniczność odbioru muzyki, wiąże się z jej subtelnością, wyrafinowaniem i złożonością.

WATERS O WEBBERZE

To, że Roger Waters jest par excellence artystą, przyznają nawet jego wrogowie. On sam o sobie mówi – nie grzesząc zbytnio skromnością – że jest jednym z pięciu najlepszych kompozytorów muzycznych powojennej Anglii. Przy czym, na pewno nie zaliczył do tej piątki Andrew Lloyd Webbera, którego twórczość uważa za nonsensowną i płytką, za bezwartościowa kupę śmieci… Kiedyś chciał się przekonać czy tak jest naprawdę i w domu swoich przyjaciół sięgnął po płytę z „Upiorem w operze”. Nieco się obawiał, że okaże się ona dobra, czy nawet średnia. A jednak się nie zawiódł, bo, jak powiedział: „‚Phantom Of The Opera’ is absolutely fucking horrible from start to finish”.
Oczywiście trudno jest traktować podobne anegdotki zbyt poważnie i zasadniczo, ale uświadamiają nam one ogromną różnicę w „poetyce” (i formie) jaką uprawiają ci dwaj wybitnie przecież uzdolnieni gentelmani.
Tołstoj również wypisywał druzgoczące rzeczy o operze (i o sztuce w ogóle), a Gombrowicz o malarstwie (i, jak dobrze wiemy, o naszych wieszczach również), ale nikomu rozsądnemu nie przyjdzie do głowy, aby tylko na tej podstawie negować osiągnięcia, dajmy na to Wagnera czy Pucciniego, wyrzucić na śmietnik płótna Goyi czy Rembrandta, tudzież uznać Mickiewicza i Słowackiego za grafomanów. Podobne opinie są bowiem bardziej sprawą indywidualnych gustów i preferencji, niż obiektywną oceną wartości artystycznej dzieła.

ĆWIERKANIE NAD BITEWNYM ZGIEŁKIEM

Waters należy do tej grupy rockmanów, którzy wypowiadają sią na tematy polityczne, społeczne… W muzykę rockową zawsze wpisane były bunt i kontestacja, ale tylko niewielu jej twórców zdołało wyartykułować treści, które miały ciężar kompleksowych argumentów zdolnych trafić do zbiorowej świadomości i zostawić tam trwały ślad. „Pink Floyd” nigdy nie miał jednak tak wielkiego wpływu na wartości i zachowanie młodzieżowego pokolenia, jaki mieli np. „Beatlesi”. Przy czym, tu nawet nie chodzi i o skalę popularności tych zespołów, co o rodzaj przekazu i jego intelektualną kompleksowość. Lennon i McCartney odwoływali się do najprostszych uczuć pod postacią bezpretensjonalnych i chwytliwych piosenek, zaś Waters i Gilmour – w formie rozbudowanych rockowych suit oraz wyrafinowanych instrumentalnie i myślowo kompozycji, nie gubiąc jednak przy tym swoistego popowego ear-appealu, który umożliwił im drogę na szczyty list przebojów. („The Dark Side of the Moon” to najlepiej sprzedająca się płyta wszechczasów.)
Są też inne różnice. „Beatelsi” byli jednak bardziej siłą afirmacyjną, „Pink Floyd” zaś – pod przytłaczającym wpływem Watersa – krytycznie pesymistyczną wizją człowieka i stworzonej przez niego cywilizacji, wyrazem współczesnego post-industrialnego zagubienia i alienacji, pacyfistycznym odrzuceniem przemocy i niezgodą na wojenne zabijanie. Jakąż jednak skuteczność mogły mieć te syntezatorowo generowane przez „Pink Floydów” ptaszki ćwierkające nad bitewnym zgiełkiem zabijania w Iraku, Libanie czy w Afganistanie?

Waters na koncercie w Tinley Park przywołał swoje wspomnienie z Libanu, który odwiedził jako 17-letni chłopiec. Schronienia udzieliła mu wówczas pewna arabska rodzina i temu wydarzeniu poświęcił on utwór „Kill the Child”, który opublikowal zrazu tylko w internecie. Włączył go jednak do repertuaru tegorocznego tournée. W moim odczuciu nastąpiło tu jednak pewne przerysowanie – ckliwość i łatwy sentymentalizm (ilustrowany czymś w rodzaju komiksu wyświetlanego na olbrzymim ekranie – vide: zdjęcie powyżej) przydusiły coś, co mogło się stać przejmującym protestem przeciwko bezwzględnej wojskowo-politycznej machinie, której ofiarą padają zwykli i niewinni ludzie. W takim kontekście bezpośrednie ataki na Busha („George, your Texas education must have fucked you up when you were small”) zabrzmiały zbyt obcesowo i mało przekonywująco.

POGAŃSKA MSZA  

Koncert rockowy jest czymś w rodzaju pogańskiej mszy, przypomina często bachanalie, nie brak więc też w nim elementów orgiastycznych. I jak każda tego typu ceremonia, obok funkcji katarktycznych spełnia też rolę pewnego eskapizmu – ucieczki od samego siebie i swojej kondycji; od rutyny powszechności, banału i nudy własnego życia. Oczywiście bywa również zjawiskiem artystycznym i muzycznym, w którym wszystkie te elementy się ze sobą mieszają.
Istnieje jeszcze jeden fenomen koncertu: doświadczenie indywidualne uczestnictwa w nim, zlewa się dość paradoksalnie z doświadczeniem bycia w tłumie i to ostatnie jest tu chyba dla większości uczestników najistotniejsze i najbardziej pociągające. Wspomagają to wszystko wszechobecne, przyjmowane masowo na koncertach używki – alkohol, nikotyna, marihuana… sprowadzające wszystkich do tego samego poziomu ekstatycznej komunii, afirmując tym samym przynależność do tej samej grupy. W solidarności bowiem łatwiej jest znieść bojaźń i drżenie, łatwiej uśmierzyć ból istnienia i zwykły strach o przyszłość.
Poza tym, tłum łatwo ogarnia euforia, gdyż moment uczestnictwa w nim znosi (tymczasowo) konieczność walki o byt, zawiesza powszechny wyścig szczurów i ciążenie imperatywu konsumpcji. Przestajemy wtedy być dla siebie wilkami: nie musimy ze sobą konkurować ani bić się o pierwszeństwo i dominację. Jednoczymy się we wspólnocie oddawania czci i wyrażania naszego podziwu dla bóstwa – czy jest to reprezentujący owego bożka kapłan, polityczny przywódca, czy też właśnie idol kultury masowej.

* * *

PS. Tekst dotyczy koncertu Rogera Watersa, który odbył się w Tinley Park pod Chicago we wrześniu 2006 roku.

*

Korzystając z okazji tych rockowych dygresji, chciałbym się tu teraz jeszcze bardziej cofnąć w czasie – konkretnie do roku 1994-go, kiedy to zespół „Pink Floyd” wydał płytę „The Division Bell”. Napisałem wówczas o swoich wrażeniach – zarówno muzycznych, jak i lirycznych – jakich dostarczyło mi obcowanie z tym krążkiem i jego zawartością.

*

MELANCHOLIA NA SPRZEDAŻ (o płycie „The Division Bell” zespołu „Pink Floyd”)

*

No dobrze, ostrzegano mnie. „Najpotężniejsi” krytycy rocka w Ameryce: „Trudno sobie wyobrazić nawet najbardziej zagorzałych fanatyków ‚Pink Floyd’, by usłyszeli coś więcej, niż nikłe echo dawnej świetności swoich herosów w tej dziwnej masie dźwięków” – pisali. Dla mnie jednak zespół, który nagrał coś tak fenomenalnego, jak „The Dark Side of the Moon” zawsze pozostanie czymś godnym uwagi. Na przekór miażdżącym i zgryźliwym recenzjom, odrzucając wszelkie uprzedzenia, włożyłem srebrny dysk „The Division Bell” do koperty odtwarzacza.

*

Pod koniec lat 60-tych znaleźli się tacy, którzy twierdzili, że zespół „Pink Floyd” skończył się wraz z odejściem swojego założyciela Syda Barretta, spowodowanym jego załamaniem nerwowym. Podobnie, na początku ósmej dekady mówiono, że opuszczenie grupy przez Rogera Watersa jest równoznaczne z jej artystyczną śmiercią. Bowiem, po wielkim sukcesie „The Wall”, powszechnie sądzono, że „Pink Floyd” to właściwie Waters (pierwszym, który tak uważał, był sam zainteresowany). Kiedy jednak David Goilmour zmobilizował ponownie pozostałą dwójkę (Wright, Mason) i (mimo sądowych batalii protestującego Watersa) pod szyldem „Pink Floyd” zaczął nagrywać płyty i dawać koncerty, duch zespołu ponownie zaczął się kołatać wśród starych i młodych wielbicieli rocka progresywnego.

„Pink Floyd” – „The Division Bell” (cover)

Bez wątpienia osobista tragedia Syda Barretta – założyciela i lidera grupy w okresie uprawiania przez „Pink Floyd” rocka odjazdowo-psychodelicznego, była ciągle z nimi obecna. Do końca jednak nie jestem pewien na ile jego szaleństwo było wykorzystywane jako inspiracja artystyczna, a na ile stało się czymś komercyjnym, wystawionym na sprzedaż. Nie mam powodu by podważać szczerość zadedykowania Sydowi pięknej muzyki z albumu „Wish You Were Here” („Szkoda, że cię tu nie ma”). Wątpliwości mogą nas jednak ogarnąć, gdy słuchamy „Wearing the Inside Out” z wydanej w tym roku płyty „The Division Bell” *:

Nie usłyszycie słowa z moich ust
Zbyt długo moje wnętrze
było zwrócone na zewnątrz
Moja skóra jest chłodna i obojętna
na ludzki dotyk
Moje zranione serce nie bije
już tak mocno

Chór zaś odpowiada w tle:

Stoi tam płonąc gniewem
– przeklinając to miejsce.
Rozrywany we wszystkich kierunkach
czeka, aż przedrze się płomień

Ten sam motyw psychicznej prostracji odnajdujemy w „Keep Talking”, utworze najsilniej chyba lansowanym ostatnio przez radio, rzeczywiście przypominającym dawną – melodyjną i aranżacyjną – świetność grupy. Także i tu penetruje się ciemne otchłanie melancholii człowieka wyobcowanego, (a wszystko ogarnięte jest orkiestralnym patosem):

Dlaczego nic nie mówisz?
O czym myślisz? Co czujesz?
Dokąd stąd wszyscy idziemy?

I odpowiedź:

Czuję, jak tonę
Nie mogę oddychać
Idziemy donikąd, idziemy donikąd…

Szczerość i głębia uczucia czynią, że banał przemienia się w autentyczne, przejmująco ludzkie doświadczenie. Manipulacja słowami, za którymi czai się pustota i zmyślenie, staje się zwodniczą mistyfikacją i irytującą pretensją. Kto więc pisał powyższe słowa? W jakim momencie? Czy sam to wszystko przeżył, poczuł, zrozumiał? To pytania istotne. Musimy znać na nie odpowiedzi, by oddalić posądzenie o grafomanię koszmaru i wydumany katastrofizm.

Czy wzruszenie możemy uznać za probierz szczerości i autentyzmu poezji, z którą się stykamy? Czy istnieje liryczne powinowactwo, poetycka wzajemność doświadczeń, które drzemią we wszystkich nas głęboko i umożliwiają swoisty duchowy rezonans? „Lost for Words” usiłuje je obudzić:

Byłem przygnębiony, zanurzony
w kotle nienawiści
Czułem się prześladowany
i pełen niemocy
Myślałem, że wszystko może poczekać

Kiedy marnujemy czas
na naszych wrogów
trawieni gorączką złości
Rzeczywistość wokół nas
zamglona ginie jak cienie w nocy

Czy nie widzisz, że twoje dni
rdzewieją w ciemności?
Czy to prawda, że biłeś pięściami o podłogę
odizolowany od świata,
podczas gdy bluszcz zarastał twoje drzwi?

Ja otwarłem te drzwi przed moimi wrogami
i zapytałem czy nie moglibyśmy
o wszystkim zapomnieć
ale odpowiedzieli mi:
„Go fuck yourself!”
… Wiesz, czasem jest tak,
że nie możesz wygrać

Inny motyw: przemijanie. Nie dziwi mnie tęsknota za młodością, która zawsze wydaje mi się uczuciem prawdziwym i czystym, niemal zawsze zabarwionym nostalgią i melancholią. I wierzę Gilmourowi, gdy śpiewa:

Poza horyzontem miejsc naszej młodości
w świecie magii i cudów
Nasze myśli błądziły bez granic
Teraz zaczął nam bić dzwon
(…)
Opętani na zawsze pożądaniem i ambicją
głodem nie mogącym się nasycić
ciągle wpatrujemy się zmęczonymi oczami
w daleki horyzont
choć na tej drodze byliśmy już tyle razy
… (wtedy)
Trawa była bardziej zielona
światło jaskrawsze
smak czuliśmy ostrzejszy
otoczeni byliśmy przyjaciółmi…
Noce pełne były cudów
mgła o świcie jaśniała
wody płynęły
rzeką bez końca
… na zawsze

Jeszcze raz możemy się zapytać: ile w tym banału?
Pojawia się też inna kwestia: jak pogodzić ową melancholię i wszechobecny pesymizm tekstów z potęgą komercyjną korporacji zwanej „Pink Floyd”? Podejrzenie o wyrachowanie może zabić spontaniczność odbioru muzyki. Może więc dać sobie z tym spokój?
Jest na „The Division Bell” sporo momentów przypominających starsze nagrania zespołu. Syntezatorowa introdukcja „Cluster One” z miłą dla ucha melodyką, tak charakterystyczną dla klarownej i pełnej emocji gitary Gilmoura. „What Do You Want From Me” ożywia nieco swoją motorycznością skojarzenia z albumem „The Animals”. Klimat New Age wyczuwany jest w „Marooned”. Kompozycja Wrighta „Wearing the Inside Out” – lekko jazzująca, wykorzystująca spleen w prostej melodyce o bluesowej proweniencji, która niestety w „Coming Back to Life” może już nieco nużyć…
Do trzech ostatnich nagrań na płycie wracam najczęściej: „Keep Talking” (ze znakomitym chórkiem R&B w tle oraz – tym razem już pełną pasji ale nadal nieskazitelną grą Gilmoura); „Lost for Words” i „High Hopes” – za każdym razem dostarczają mi równie intensywnych emocji.

* * *

Prawie trzy miliony biletów na koncerty „Pink Floydów”, których trasa obejmuje 39 największych amerykańskich miast, zostało wyprzedanych na pniu. Co za mamucia impreza! Trzy potężne stalowe konstrukcje ważące 700 ton każda, 200 osób personelu obsługi technicznej. Każdy dzień trzy i pół-miesięcznego tournee kosztuje producentów pół miliona dolarów. A jednak i tak spodziewają się co najmniej 50 mln. dolarów zysku.
Na inaugurującym trasę koncercie, który miał miejsce na Florydzie w Miami, był obecny Greg Kot, krytyk muzyczny „Chicago Tribune”. Oto jego wrażenia:
„… wspaniała wizualnie uczta, w której kalejdoskopowe kolaże przewalają się nad głowami koncertujących muzyków, podczas gdy złote i różowe lasery tną przestrzeń, wybiegając daleko poza stadion lub tworząc nad nim fantastyczne wzory. Gigantyczne, nadmuchane świnie ulatują z głośników, a abstrakcyjne filmy ilustrują mocno melancholijne przesłanie muzyki. (…) W tę noc tryumfu efektów specjalnych, było kilka momentów wartych wzruszenia. W zasadzie jednak „Pink Floyd” okazali się soundtrackiem dla wizji. W tym jednym z najbardziej ekstrawaganckich widowisk w historii, muzyka stała się niewolnikiem spektaklu.”

Nie chcę jednak wierzyć w to, że „Pink Floyd” robią to wszystko dla pieniędzy. Powinni przecież pamiętać, co śpiewali kiedyś na „Ciemnej stronie Księżyca”:

Zgarnij szmal obiema rękami
nowy samochód, kawior,
czterogwiazdkowe marzenia
Pomyśl, że możesz sobie kupić
zespół futbolowy
(…)
Nie wciskaj mi więc
tego świętoszkowatego kitu
Podróżuję pierwszą klasą
i myślę, że przydałby mi się
odrzutowiec
Pieniądze to zbrodnia
Dziel się nimi równo
ale wara od mojej doli
Mówi się, że pieniądze
to źródło wszelkiego zła
kiedy jednak prosisz o podwyżkę
nie dziw się, że nikt nie jest skory
ich rozdawać

* * *

* wszystkie tłumaczenia własne

*

PS. Artykuł „Melancholia na sprzedaż” został opublikowany w „Dzienniku Chicagowskim”, 1 lipca, 1994 r.

David Gilmour („Pink Floyd”)

*