WIELKI PRZEŁOM RIO GRANDE, czyli na szlaku do Rio Bravo

ZAPISKI Z PODRÓŻY DO NOWEGO MEKSYKU I TEKSASU

(cz. II)

Nad (niemal wyschniętą) Rio Grande – ta skała w tle to już Meksyk a rzeka o tej porze wcale nie wygląda jak Rio Bravo

*

NA SZLAKU – GÓRY GUADALUPE

Zachodni Teksas to płaska pustynna równina, której monotonia daje się we znaki nawet dzisiaj, w dobie klimatyzowanych wehikułów i dobrych amerykańskich dróg, które zaprowadzić mogą człowieka do każdej teksaskiej dziury, nawet tej in the middle of nowhere gdzie kojoty d… szczekają (ciekawa sprawa że tutaj właśnie tak się mówi, co zrodziło moje podejrzenie, że mogli w tym maczać palce nasi wszędobylscy rodacy – jak by nie było pierwsza polska osada Panna Maria, założona została przez Polaków właśnie w Teksasie).
Jednak owa równinna monotonia zostaje przerwana, kiedy zbliżamy się do granicy z Nowym Meksykiem – już z daleka widać wysoką na kilometr ścianę, która była kiedyś rafą powstałą na obrzeżach permskiego morza. Ale to było prawie ćwierć miliarda lat temu. Znacznie później, bo zaledwie przed kilkoma milionami lat, ruchy tektoniczne wypiętrzyły ją ponad teren, tworząc w ten sposób góry Guadalupe.

Ja wiem – geologia większości z nas wydaje się nudna… ale nie dotyczy to mojego przyjaciela, geologa z wykształcenia, który niedawno napisał do mnie: kiedy będziesz w Guadalupe, koniecznie wybierz się do kanionu McKittrick, bo to prawdziwe geologiczne cudo. Cóż więc miałem robić? Poszliśmy zobaczyć kanion. To było wczoraj.
Dziś wspomnienie cudu nieco się rozwiało, bo zdobyliśmy najwyższą górę w Teksasie, którą jest Guadelupe Peak (na mój własny użytek nazwaną przeze mnie Pikiem Kapitalizma – to przez tę naftę dookoła). Zajęło nam to zaledwie 6 godzin.

Na teksaskim szlaku – czyli nie tylko pustynia

Teraz jest już wieczór, czuję przyjemne zmęczenie w kościach, siedzę sobie w jakimś motelu w mieścinie Van Horn, wyglądam za okno i … widzę, że budynek otoczony jest przez dziesiątki policyjnych wozów straży granicznej, której przedstawicieli jest tu więcej niż lokalnych mieszkańców i przejezdnych podróżnych razem wzietych. Czy dzięki temu będziemy się czuć bardziej bezpiecznie?

Przez dwa dni żyliśmy górami Guadalupe. Obawiałem się nieco, że może już być za gorąco na dłuższe szlaki, ale nie było tak źle, zwłaszcza z podejściem na Guadalupe Peak (2760 m. n.p.m.) Spodziewałem się, że pójdziemy otwartą granią i będziemy musieli się smażyć na słońcu (temperatura na dole sięgała 40 st. C. w cieniu… choć o ten cień nie jest na pustyni łatwo).  Jednak im wyżej prowadził szlak, tym powietrze było chłodniejsze, od przełęczy wiał przyjemny orzeźwiający wiatr, a w pewnym momencie weszliśmy nawet do… sosnowego lasu, którego można by się spodziewać raczej w miejscu położonym kilkaset kilometrów na północ, niż tutaj – w tej strefie klimatycznej. Co za kontrast ze skąpą i wyschniętą florą pokrywającą leżącą u stóp Guadalupe równinę.
Siedmiokilometrowe podejście na szczyt pokonaliśmy w niecałe trzy godziny. Tempo niezłe.

Uwielbiam tę transformację, jaką zwykle się przechodzi na górskim szlaku. Bakcyla wałęsania sie po górach połknąłem jeszcze za szczenięcych lat, kiedy to wyruszaliśmy całą paczką na rajdy po Bieszczadach. To właśnie wtedy po raz pierwszy poznałem smak owej przemiany, jakiej dokonać mogą w nas góry. Komuś, kto lubi podobne wędrówki, nie potrzebne są żadne wyjaśnienia. Byłoby to przekonywaniem już przekonanego. A kto jest jeszcze nie przekonany, tego żadne słowa przekonać raczej nie mogą, tylko własne doświadczenie. Prawdziwie głębokim przeżyciem wędrownym może być tylko wielodniowy trekking, choć całodzienne lub nawet kilkugodzinne wypady na szlak także robią swoje.

Ktoś powiedział, że jedyną prawdziwą podróżą, jaką człowiek może odbyć, jest podróż wgłąb samego siebie. A właśnie na szlaku człowiek ma możliwość wsłuchać się w swoje wnętrze. To jest pewien paradoks, bo tak naprawdę słyszymy wtedy otaczające nas zewsząd głosy natury. A może właśnie tylko wtedy możliwe jest nasze zestrojenie się z przyroda? Może to dowód na to, że jednak ciągle bliżej nam do natury niż do cywilizacji, że cywilizacja oddala nas od naszego prawdziwego ja, czegoś pierwotnego? Ale przecież staliśmy się ludźmi tylko dzięki kulturze, którą stworzyliśmy. To jest nasze rozdwojenie: znaleźliśmy się na rozdrożu, na którym nigdy nie stanęło żadne ze stworzeń żyjących na ziemi.
Stąd być może wynika nasz ambiwalentny stosunek do natury.

Natura jako źródło lęku i fascynacji (wąż napotkany w Teksasie)

*
Z jednej strony wzbudza ona w nas zachwyt, dostrzegamy w niej piękno, potrafimy ją kochać; z drugiej zaś strony wzbudza nasz lęk, może nawet przeraża – niekiedy rodzi wręcz odrazę, postrzegamy ją jako coś obcego, wrogiego… czasem nawet próbujemy się wobec niej buntować.
Czy nie świadczy to o tym, że człowiek pragnie swojej emancypacji, chce się usamodzielnić, wyrosnąć wreszcie ze swych zwierzęcych powijaków? Zachowuje się podobnie, jak wchodzący w dorosłe życie młody człowiek, który musi – po to, by stać się sobą – odciąć pępowinę, więzy łączące go ze swoimi rodzicami. (Kto z nas nie przeżył tych emocji, kiedy dorastając, jednocześnie potrafiliśmy mocno kochać i nienawidzić naszych rodziców?)

Pisze to wszystko lekko oszołomiony, czując jakże przyjemne zmęczenie w mięśniach, łagodne ciepło w całym ciele… Parę dni fizycznego wysiłku sprawia że organizm zaczyna pracować na innych obrotach, umysł się przejaśnia, świat wygląda bardziej kolorowo, życie nabiera innego smaku … Czułem jak na szlaku strzepują się ze mnie wszelkie cywilizacyjne brudy (a że takie nas otaczają, – zwłaszcza w wielkich miejskich metropoliach – temu raczej trudno jest zaprzeczyć); rozluźniają się szczęki stresów, jakie powoduje życie i praca, utrzymująca nas na powierzchni cywilizowanego społeczeństwa. I tutaj może się w nas zrodzić pewna konsternacja: czy w naszym nowoczesnym domu nie zaczyna nam brakować natury, której – choć jest ona naszą rodzicielką – spychamy na cywilizacyjne obrzeża?

HOTEL GAGE

Przydrożne logo hotelu Gage

Wprawdzie o hotelu Gage słyszałem wcześniej od znajomych, którzy gościli w nim kilka lat temu, to osobiste spotkanie z nim było dla nas pełnym zaskoczeniem.
Po wyjechaniu z Van Horn odbiliśmy na południowy wschód, jadąc drogą prowadzącą przez niezbyt ciekawe rudo-buro-żółte pustkowie, wątpliwie urozmaicone mijanymi co jakiś czas osadami, które, mimo że zamieszkałe, przypominały bardziej ghost towns, czyli miasta-widma, niż normalne, zamieszkałe przez ludzi miasteczka.
Podobne scenerie otaczały nas zanim dotarliśmy do miejscowości zwanej Marathon (Eh, to amerykańskie nazewnictwo: wszystkie te Warszawy, Paryże, Londyny, Moskwy, Ateny, Florencje, Syrakuzy i Lizbony… tak jakby chciano tu przeszczepić całą Europę, mimo że wcześniej z tej Europy do Ameryki uciekano.)
Tam, w położonym w samym sercu pustyni Marathonie, trafiliśmy do hotelu, którego nie powstydziłby się najbardziej ekskluzywny resort, choć akurat nie resortowej wygody szukaliśmy na teksaskiej pustyni. Na szczęście okazało się, że urok hotelu Gage nie wynikał z jakiegoś pretensjonalnego i snobistycznego luksusu, lecz z autentycznej atmosfery łączącej najlepsze tradycje amerykańskiego Zachodu i południowego pogranicza. Wybudowany 80 lat temu przez „bydlęcego” (tzn. posiadacza olbrzymich stad była) magnata, podupadł nieco z biegiem czasu, jednakże w latach 70-tych trafił w ręce człowieka nie tylko bogatego (choć 30 tys. dolarów, jakie zapłacił on za hotel nie było raczej ceną wygórowaną), ale i wykształconego (co w Ameryce niekoniecznie musi iść w parze) i to w dodatku historyka, który odnawiając go dokonał renowacyjnego cudu, zdobiąc go i wyposażając w sprzęt, meble i obiekty najciekawsze, jakie tylko można było znaleźć w całym rejonie Trans-Pecos.
Jeśli chodzi o architekturą, to hotel Gage jest połączeniem stylu Santa Fe i adobe – widzimy tu mocne wpływy hiszpańskiego kolonialnego Południa (hacjenda) z elementami architektury indiańskiej (pueblo).

Co tu kryć… pustynia na dłuższa metę jest męcząca, skały i piasek gorący, tudzież słońce palące… Wzrok nuży się monotonią terenu, nigdzie nie widać żywego ducha (ani nawet martwego), tylko od czasu do czasu na drogę wejdzie zabłąkany cielak, czy też przejedzie nią jakiś pogiętym leniwy i wyblakły pick-up.
Aż tu nagle: taka oaza! Trafia się jak zbawienie!

Oaza na pustyni – patio hotelu Gage

Lecz ta oaza to nie tylko zielone palmy, barwne oleandry i basen pełen nęcącej chłodnej wody… ale i ciekawe wnętrze złożone z interesujących zakątków i pomieszczeń wypełnionych różnymi eksponatami. Na każdym kroku znajdujemy coś, co przykuwa nasz wzrok: a to misternie rzeźbione skrzynie, ławy i piedestały z kutego ręcznie żelaza, lampy z rogów, brązu i mosiądzu, myśliwskie trofea, skóry i futra, malowane obrazy, rzeźby przeróżne, a nawet… wypchana puma oraz łeb białego bizona (chociaż dzieł sztuki można tu spotkać znacznie więcej, niż tych ostatnich kuriozów, wątpliwej jednak artystycznej jakości).
Wszak najlepsze wrażenie robią mozaiki  terakoty, pokryte stucco ściany i piękne, podparte dekoracyjnymi belkami sufity. Wszystko to razem tworzy unikalną, aczkolwiek swobodną atmosferę – klimat prawdziwej i niewymuszonej gościnności.

Jakby tych estetycznych – architektonicznych, dekoracyjnych i wystrojeniowych – przyjemności było mało, w lokalnej kuchni czekają nas rozkosze kulinarne. Cafe Cenizo słynie w całym Teksasie jako jedna z najlepszych restauracji stanu. Nic dziwnego: chef to wykształcony na klasycznej francuskiej kuchni restaurator, który przybył tu jakiś czas temu z Manhattanu i zrobił bez mała furorę. Zaczął od rewolucji: założył własne, zaopatrujące kuchnię we wszystko, gospodarstwo z paro-hektarowy ogrodem. Z piwnic powyrzucał wszystkie wina podłe i sikacze, zastępując je trunkami, jakich nie powstydziłyby się najlepsze winiarnie Włoch czy Francji.

I cóż mogę do tego wszystkiego dodać? I ja tam byłem, pyszne potrawy jadłem, doskonałe wina piłem… A pisząc to o wybaczenie proszę i obiecuję, że już się więcej w podobnym hedonizmie tak nurzał nie będę!
PS. Gwoli formalności i jasności podaję (choć dżentelmenom podobno o pieniądzach pisać nie wypada), że nocleg w hotelu Gage kosztuje kilkakrotnie mniej, niż w podobnym, jeśli chodzi o standard, hotelu europejskim – polskie w to wliczając.

Nad Rio Grande w Big Bend – granica z Meksykiem

WIELKI PRZEŁOM RIO GRANDE

To właśnie Big Bend skusił mnie najbardziej, by wybrać się w tę podróż. Obszar o powierzchni 1100 mil kwadratowych wydzielony z północnych rubieży pustyni Chihuahua, rozłożony w „siodle” przełomu granicznej rzeki Rio Grande, która właśnie tutaj, w południowo-zachodnim Teksasie tworzy kilkuset-kilometrową pętlę, rzeźbiąc w skałach głębokie kaniony.
W sercu tego zakola wznoszą się zaś wysokie na dwa i pół kilometra góry Chisos, tworząc z kolei w swoim obrębie nieckę Chisos Basin, która jest prawdziwą oazą chłodu i zieleni, otoczoną bezkresnymi przestrzeniami niegościnnych pustkowi. Kotlina ta jest niczym ostatni bastion bogatszego życia broniącego się przed napierającą zewsząd pustynną posuchą czyli słynna Rio Bravo)

Czuję się jednak teraz jak dekadent zepsuty współczesnymi dogodnościami, siedząc na tarasie widokowym Chisos Mountains Lodge, pisząc te słowa i popijając orzeźwiająco zimną iced tea. Wróciliśmy właśnie z Kanionu Santa Elena, uznanego za jeden z najbardziej spektakularnych gardzieli amerykańskiego Desert Southwest (czyli Pustynnego Południowego Zachodu).
To poczucie dekadencji wynika jeszcze z czegoś innego. Otóż kilka godzin temu dokonałem… czynu nielegalnego. Brodząc po kolana w Rio Grande przebrnąłem na drugą stronę rzeki i postawiłem swoją stopę (a nawet dwie) na meksykańskiej ziemi. Gdybym nie miał szczęścia i trafił na strażnika-służbistę, to przyjemność ta mogłaby mnie kosztować nawet 5 tys. „bucksów”. Taką bowiem, po atakach 11 września, nałożono karę za „dzikie” przekroczenie granicy.

Na szlaku w Big Bend – w dole płynie Rio Grande (czyli słynna Rio Bravo)

*

Jednak przez wiele lat do tradycji należało swobodne przechodzenie z jednej strony na drugą. Odwiedzano meksykańskie wioski, korzystano z usług tubylczych przewodników, smakowano inną kulturę… Teraz już niestety tego nie ma, choć oczywiście nikogo się nie zamyka za taplanie się w Wielkiej Rzece, która tak naprawdę wcale nie jest tutaj o tej porze taka wielka. Z okolicznych wzgórz położonych po stronie amerykańskiej, widać biedne, prażące się w pustynnym słońcu meksykańskie osady. Szlaki biegną tuż obok granicy. Od czasu do czasu spotkać można na nich coś w rodzaju małych kramów z pamiątkami i rękodziełem, które wystawiają tu Meksykanie z nadzieją, że ktoś zostawi w puszce kilka „zielonych”.

Przez długi czas granica między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem istniała tylko na papierze. W rejonach Wielkiego Przełomu grasowały bandy Metysów. To właśnie stąd, każdej jesieni, wyruszali na południe Komancze, by grabić, mordować i brać jeńców. Jedni rozbójnicy warci byli drugich. Z pewnością nie przyczyniali się oni do tworzenia romantycznej legendy pogranicza. Trochę lepiej było z Apaczami, którzy jednak w rzeczywistości też nie byli aż tak szlachetnymi wojownikami, jakich wydumał sobie Karol May, opisując przygody Winnetou (nota bene nigdy nie będąc w tych rejonach i wysysający wszystkie swoje westernowe historyjki z palca, siedząc w więzieniu). Lecz mitologia Dzikiego Zachodu to odrębny temat, którego nawet nie śmiem tu zaczynać.

Człowiek z osiołkiem – po meksykańskiej stronie Rio Bravo

Big Bend interesujący jest dzisiaj głównie ze względu na przyrodę, walory rekreacyjne, scenerie… Park przecinają setki mil szlaków. Wielka przygodą jest kilkudniowy spływ po Rio Bravo (ta nazwa również uważana jest za historycznie poprawną) między sięgającymi 500 m. wysokości brązowo-żółto-czerwonymi skalnymi ścianami.
Mimo to, ze względu na odległości i oddalenie od dużych skupisk ludności, Big Bend National Park należy do najrzadziej odwiedzanych amerykańskich parków. Ilość jednak nie zawsze przekłada się na jakość. Wszyscy napotkani tutaj przez nas ludzie to zaprawieni w bojach podróżnicy, którzy nie trafili do Big Bend przypadkowo. Wczoraj np. spotkaliśmy Holendrów, parę – tak na oko – w wieku około lat 60-ciu, którzy są tu już po raz drugi, a jutro wybierają się na 25-kilometrowy szlak do Południowej Krawędzi Kotliny Chisos, co zajmie im jakieś 12 godzin. (Nawet się do tego nie przyznawaliśmy, że my za wyczyn uznaliśmy naszą 3-godzinną wspinaczkę na Szczyt Guadalupe.) Swoją drogą, Holendrzy ci wywarli na nas bardzo sympatyczne wrażenie, jak zresztą niemal wszyscy ludzie, z którymi się w tym miejscu zetknęliśmy). Ta sympatia nie zniknęła nawet wtedy, kiedy dowiedzieli się, że jesteśmy Polakami. Gdyż, szczerze mówiąc, do naszych rodaków mieli oni spore obiekcje, a to z powodu burd, pijaństwa i drogowych wypadków, którymi raczą ich kraj Polacy, masowo zjeżdżający się tam teraz do pracy i zakładający jakieś dziwne obozowiska. Ale darujmy sobie jednak tę socjologię.

Wyschnięte i spękane koryto Rio Grande

Big Bend poczuliśmy na własnej skórze – we wszystkich naszych mięśniach i kościach. Spędziliśmy tutaj kilka dni, większość czasu przebywając na szlakach, zarówno w górach Chisos, jak i tych biegnących wzdłuż Rio Grande. Skutecznie zdołaliśmy uniknąć upałów, wybierając się w piesze wędrówki rankiem oraz późnym popołudniem. Tylko wtedy bowiem pokonywanie szlaku mogło być dodającą sił przyjemnością, a nie wyczerpującą mordęgą w spiekocie.

W miejscach podobnych do tego, często dociera do mnie to, jak bardzo powierzchowny jest jednak nasz ogląd przyrody. Wystarczy bliżej zapoznać się z pierwszym lepszym gatunkiem fauny czy flory, by uświadomić sobie, jak olbrzymia jest nasza niewiedza dotycząca wszystkich pozostałych. Lecz w jaki sposób można tego uniknąć nie studiując tematu latami, nie spędzając większości życia na łonie przyrody, albo też w laboratorium? Czy jednak ta głęboka i obszerna wiedza jest niezbędną do tego, by zestroić się w jakimś stopniu z naturalnym środowiskiem? A może wręcz przeciwnie – większa wiedza i świadomość rządzących nami mechanizmów w tym zespoleniu się z naturą przeszkadza?

Jaki rodzaj świadomości potrzebny jest nam do tego, by cieszyć się życiem? Oto idziemy górska ścieżką, otaczają nas kolorowe skały o przeróżnych kształtach; wokół rosną drzewa, krzewy, kaktusy, trawy… (w Big Bend można znaleźć ponad 1000 gatunków roślin); słychać śpiew ptaków (w Big Bend fruwa ok. 400 gatunków ptaków); tu i ówdzie przebiegnie jaszczurka, przepełznie wąż, spojrzy na nas sarna – możemy nawet spotkać pumę czy niedźwiedzia… Chłoniemy przyrodę, rozkoszujemy sie naturą… W takich chwilach wystarcza nam sama świadomość własnego istnienia, poczucie tego, że się żyje, że jesteśmy nieodrodną cząstką tego świata. Bo to jest nasz świat i nasze w nim życie.

.

Część I zapisków z podróży do Nowego Meksyku i Teksasu przeczytać można TUTAJ.

.

Radosne spotkanie z wielką skałą w Big Bend o zachodzie słońca

© ZDJĘCIA WŁASNE

Zdjęcia Parku Narodowego Wielkiego Przełomu rzeki Rio Grande w Teksasie obejrzeć można w Brulionie Podróżnym (ilustrowanym) – TUTAJ, a hotelu Gage – TUTAJ. (Zapiski pochodzą z podróży, która miała miejsce w maju 2008 roku.)

BALLADA O PUSTYNI I GÓRACH, czyli tam gdzie jest bliżej nieba i piekła

ZAPISKI Z PODRÓŻY DO NOWEGO MEKSYKU I TEKSASU

(cz. I)

EL PASO

Pustynia jako miejsce opuszczone – ale czy opustoszałe? (Miasto-widmo gdzieś na pograniczu Nowego Meksyku i Teksasu.)

Jeszcze kilka godzin temu czułem chłodne chicagowskie powietrze, a oto teraz smaga mi twarz gorący pustynny wiatr wiejący gdzieś znad doliny Rio Grande. Jestem w El Paso, mieście pogranicza. Na sąsiednich wzgórzach, tuż za rzeką, która stanowi granicę, hiszpańskie napisy obwieszczają meksykański patriotyzm mieszkańców Ciudad Juarez. Lecz Meksyk czuje się wszędzie już w samym El Paso, gdzie twarze białe gubią się wśród smagłych, gdzie częściej na ulicy słyszy się język hiszpański niż angielski, gdzie zewsząd dochodzą zapachy meksykańskiej kuchni. A wokół wieżowce, dość eleganckie, dobrze utrzymane budynki… Tak pewnie wyglądałby Meksyk gdyby poszedł amerykańską drogą.
Na przejściu granicznym znowu była dziś strzelanina. Zginęli ludzie. Sytuacja się powtarza. Pamiętam, kiedy zawitałem tu po raz pierwszy 10 lat temu, zastrzelono nad Rio Grande kilku przemytników kokainy.

Rio Grande… Wielka Rzeka. Tutaj jest taka tylko z nazwy. W rzeczywistości wygląda bowiem jak mały potok, który można by przeskoczyć jednym susem. Wąski ściek rudawej wody obwiedziony zielonkawym paskiem drzew i krzewów. Aż dziw bierze, że to granica między dwoma wielkimi państwami, które dzieli ekonomiczna i kulturalna przepaść.
El Paso nie jest jednak miastem – bohaterem mojego romansu. Zatrzymujemy się tu tylko na chwilę, by – po zdobyciu jakiegoś środka lokomocji – uderzyć w prawdziwe pustynie Nowego Meksyku i Teksasu.  Zatopić się w krajobraz, który uśmierzyłby chicagowskie, cywilizacyjne stresy.

WSTĘP DO PUSTYNI

Zawsze fascynowały mnie pustynie, a na ziemi amerykańskiej zetknąłem się z nimi po raz pierwszy. Utah, Nevada, Arizona, południowa Kalifornia… obszary rozległych pustyń o zdumiewających obrazach, nie znanych nam w Europie, tym bardziej więc dla nas egzotycznych.

Pustynia jest naturalnym fenomenem, który zawsze splatał się z pewnymi aspektami kultury człowieka. Co ciekawe, często największy ferment cywilizacyjny miał miejsce na jakimś stosunkowo niewielkim a życiodajnym obszarze otoczonym rozległymi, niezbyt gościnnymi obszarami pustynnymi lub półpustynnymi. Przykładami mogą tu służyć choćby Egipt, Bliski Wschód, dorzecze Tygrysu i Eufratu, Dolina Indusu, czy nawet sama Grecja.
Pustynia jest jak archetypiczny pejzaż, stanowiąc scenę, na której zawrzeć można z bogami przymierze, albo z nimi się wadzić – lub nawet boga ukrzyżować. Nagi i ascetyczny krajobraz to także arena, na której bardziej wyraźnie i ostro widać walkę człowieka o przetrwanie – zwłaszcza wtedy, gdy człowiek ten jest samotny, zdany tylko na siebie, pozbawiony rzeczywistego oparcia w świecie, w którym nie ma już ludzkiej, ani nawet boskiej sprawiedliwości.

Znikomość ludzkiej drobiny (na Białych Piaskach)

Czym była – i jest – dla ludzi pustynia?
Żywiołem, z którym trzeba było się zmierzyć, udowodnić własną wytrzymałość? Odpowiednikiem Kosmosu, w którym człowiek czuł się zagubiony i przytłoczony? Odzwierciedleniem niszczycielskich sił natury? Przejawem boskiej władzy nad człowiekiem?
Tak, ale nie tylko. Pustynia stała się metaforą, miejscem gdzie ścierały się w człowieku różne tendencje, skłonności, dążenia… gdzie rodził się pewien kulturowy kanon. To na pustynie uciekali eremici, by odnaleźć drogę do Boga i samego siebie.
A więc pustynia jako sztafaż ascetyczny – swego rodzaju czyściec. To na pustyni Św. Hieronim tłumaczył Biblię. To na pustyni miały miejsce kuszenia Jezusa i Św. Antoniego. To na pustyni przemówił do Mojżesza krzak gorejący. A więc pustynia jako arena zmagania się tego co ludzkie, z tym co boskie czy też nawet diabelskie.

Pustynia w literaturze, w kinie…
Dla wielu z nas zaczęło się od przygód Stasia i Nel opisanych przez Sienkiewicza w nieśmiertelnej, pełnej afrykańskiej egzotyki powieści „W pustyni i w puszczy”. Później był Saint-Exupéry ze swoją przerażającą przygodą w „Ziemi, planecie ludzi”; dalej: fantastyczna „Diuna” Franka (przeniesiona na ekran przez Davida Lyncha), „Kobieta z wydm” Abe Kobo, Coelho… Nasze wyobrażenie pustyni kształtowały też filmy: „Lawrence z Arabii”, „Pożegnanie z Afryką”, „Faraon”, westerny… można by tak wymieniać długo.
Specyficzną rolę zaczęła odgrywać amerykańska pustynia w kinie hollywoodzkim ostatnich dekad. Często miała ona obraz pustyń właśnie zachodniego Teksasu, obszaru Trans Pecos. Przypomnijmy sobie „Ostatni seans filmowy” Bogdanovicha, „Paris, Teksas” Wendersa, „Bonnie and Clyde” Peckinpaha, „Badlands” Malicka….
A ostatnio? Choćby „No Country For Old Men” braci Cohen, czy „There Will Be Blood” ze wstrząsającą kreacją Daniela Day Lewisa, wyciskającego bezlitośnie z pustyni płynne „czarne złoto”.
Tutaj pustynia była miejscem, gdzie kwitły egzystencjalne lęki bohaterów, gdzie wreszcie rodził się i nękał ich obłęd. Ale była również „ziemią obiecaną”, którą człowiek czynił sobie poddaną, jak robili to choćby Mormoni w Utah.

Jednym zdaniem – pustynia zagościła na dobre w naszej indywidualnej i masowej wyobraźni…. przy czym niekoniecznie tu mam na myśli pustynię kulturalną.

BIAŁE PIASKI NOWEGO MEKSYKU

Białe Piaski Nowego Meksyku. Największa gipsowa pustynia na świecie. Nieogarniony wzrokiem obszar wydm białych jak śnieg, sypkich jak mąka. Można dostać zawrotu głowy, stając na szczycie jednej z tysięcy gipsowych gór i rozglądając się wokół na rozlewające się aż po horyzont morze falujących hałd, kopców, stożków, kopuł… zwałów gipsowych ziaren, które od tysięcy lat przemieszcza z miejsca na miejsce niespokojny wiatr.
Ta biała pustynia jest tu w ciągłym ruchu, ale schwytana w pułapce kotliny Tularosa, niczym gigantyczna klepsydra pełna miliardów ton białego piasku, odmierza czas mijający od ostatniego zlodowacenia, kiedy nieckę tę wypełniało olbrzymie jezioro. Jednak te przesypujące się drobiny pamiętają czasy jeszcze dawniejsze. Są one właściwie pozostałością po organicznych depozytach, jakie odłożyły się na dnie morza, które znajdowało się tutaj 250 mln. lat temu.

Cóż nam jednak mówią owe czasowe interwały? Miliard lat nie robi na nas większego wrażenia jak milion, ponieważ nasza wyobraźnia jest pod tym względem mocno ograniczona czasem, jaki przebywamy na ziemi i trudno jest jej sięgnąć poza czubek nosa własnego krótkiego żywota. Bowiem w skali Wszechświata jest on niczym mgnienie oka jakiegoś kapryśnego bóstwa.

Dyskretne i delikatne piękno niemiłosiernej (skądinąd) pustyni

To nieprawda że pustynia jest pusta. Lepiej chyba i bardziej adekwatnie określa ją nazwa angielska a desert, bo sugeruje ona bardziej opuszczenie, niż pustkę. Opuszczenie przez człowieka, ale nie przez życie w innych formach, które w zadziwiający sposób radzi sobie w tych ekstremalnych warunkach. I odnosi się to zarówno do roślin, jak i do zwierząt.
Zdolności adaptacyjne organizmów żywych są wprost niewiarygodne, chciałoby się napisać – wielce „pomysłowe”, ale przecież mówimy tu o ewolucji, która ponoć jest ślepa i bezrozumna, zdana na przypadek i dyktaturę środowiska, podległa jednak ściśle prawom przyrody. Co byśmy jednak nie sądzili o planie stworzenia i matrycy bytów ożywionych na naszej planecie – siły witalne istnień ją zamieszkujących wydają się być niewyczerpane. Trudno mi jest uwierzyć, że jest to jedynie dziełem przypadku. No ale pisać o Bogu… nie czuję się wszak być do tego powołany.

Wróćmy jednak do Białych Piasków. Jest to bez wątpienia jedno z najbardziej niezwykłych miejsc, do jakich udało mi się w moim życiu dotrzeć. Wiedziałem o nim już od dawna, i mimo że do tej pory kilkakrotnie znalazłem się w jego pobliżu, to jednak nigdy nie zdołałem tutaj trafić.
Wiedziałem, że ponad pół wieku temu wybuchła tu pierwsza bomba atomowa, wymyślona przez Oppenheimera i spółkę w ramach tajnego projektu „Manhattan”, realizowanego w laboratoriach położonego nieopodal urokliwego miasteczka Santa Fe. Wiedziałem również, że Białe Piaski otacza jeden z największych poligonów doświadczalnych na świecie (należące do US Army 4000 mil kwadratowych ziemi), gdzie testuje się najnowszą amerykańską Wunderwaffe. Nie wiedziałem jednak tego, że jest to miejsce tak spektakularne. Trzeba było dopiero samemu to wszystko zobaczyć na własne (zdumione) oczy.

JASKINIE KARLSBADZKIE

Czy zdajemy sobie sprawę z tego, że pędzimy wszyscy w Kosmosie z zawrotną prędkością? Czy uświadamiamy sobie to, że żyjemy na wulkanie, a pod nami kipi gigantyczny kocioł pełen roztopionej, rozgrzanej do białości skały? Oczywiście większość z nas o tym wie, ale sobie raczej tego nie wyobraża, więc nie robi to w sumie na nas większego wrażenia…
Może jednak jest tak lepiej, że nasze zmysły ślizgają się zaledwie po powierzchni zjawisk, bo tym sposobem możemy zachować pewną równowagę?

Czy jednak ci, którzy wymyślili piekło, wiedzieli o płonących, pełnych żaru czeluściach kryjących się w głębi ziemi. Być może coś takiego przeczuwali i dlatego właśnie tam je umieścili? Otóż byli by mocno zdumieni, gdyby zobaczyli Jaskinie Karlsbadzkie. Gdyż w niczym nie przypominają one piekła, a wręcz przeciwnie – wyglądają bardziej jak bajeczna kraina pełna niewyobrażalnych cudów i dziwów.

Z wielu jaskiń jakie do tej pory widziałem, żadna nie dorównuje tej karlsbadzkiej pod względem różnorodności występujących tam tworów; żadna nie jest tak piękna i osobliwie dekoracyjna. Nie jest to właściwie jedna jaskinia, a cały system olbrzymich komnat, pełnych stalaktytów, stalagmitów, kolumn, draperii, heliocytów i kryształów, które tworzą zdumiewający obraz podziemnego świata o cudownej kompozycji, nieprzebranym bogactwie form i kształtów.
Koronkowa robota natury?

Maleńkie ludzkie postacie giną w nieziemskim otoczeniu ogromnej pieczary (Jaskinie Karlsbadzkie)

Jednakże obawiam się, że i tak nie ma większego sensu o tym pisać, gdyż mało kto uwierzy mi tu na słowo, być może posądzając na dodatek o pewna egzaltację. Podobnie nie chciano wierzyć młodemu „chłopakowi od krów” Jimowi White, który odkrył i eksplorował te jaskinie ponad sto lat temu. Dopiero fotografie, które trafiły do Waszyngtonu, a konkretnie na biurko prezydenta Coolidge’a, przekonały decydentów o konieczności nadania tym terenom specjalnego statusu – wpierw pomnika przyrody, a kilka lat później (w 1930 r.) – parku narodowego. Na swoją listę chronionych miejsc Światowego Dziedzictwa Ludzkości wpisało również jaskinie UNESCO.

Czy owe fakty czynią moją opinie bardziej wiarygodną? Być może, ale i tak w niczym nie pomogą wyobrazić sobie tego fenomenu przyrody. Podobnie jest jeśli chodzi o fotografie: żadna nie jest w stanie przekazać prawdziwego obrazu bajecznie udekorowanych jaskiń; żadna nie zrobi takiego wrażenia, jakiego się doświadcza patrząc na nie własnymi oczami. Darujmy więc sobie tu dalsze opisy.

Zamiast tego chciałbym się tu podzielić pewną kwestią, która czasami zaprzątała mi głowę, kiedy spotykałem się z niezwykłymi tworami przyrody i obserwowałem przeróżne nań reakcje – i to zarówno własne, jak i innych ludzi. W jaki sposób estetyka natury koresponduje z estetyką, którą stworzył człowiek? Co było na początku – harmonia, którą dostrzegliśmy w przyrodzie i której elementy zaadoptowaliśmy dla potrzeb naszej sztuki, czy też kanon estetyczny stworzony przez nas, a który zaczęliśmy niejako rzutować w otaczający nas świat?
Problem ten można sprowadzić do jednego pytania istotnego: co powoduje, że w naturze dostrzegamy piękno? Pomijam kwestie indywidualne, a więc rodzaj wrażliwości, zdolność do estetycznej sublimacji, inne w każdym człowieku wyczulenie na grę światła, faktury, kształtów i barw… etc. Byłem np. świadkiem setek przeróżnych ludzkich reakcji na widok Wielkiego Kanionu rzeki Kolorado. Mieściły się one w przedziale od totalnej obojętności (ktoś ledwie rzucał na Kanion okiem, i pędził do świecidełek i tandetnych suwenirów, które oferowano tuż obok), po autentyczne łzy zachwytu, mniejszy lub większy estetyczno-emocjonalny szok.
Objawy to skrajne ale charakterystyczne i stanowiące jakby estetyczną i emocjonalną skalę reakcji na ten niezwykły twór przyrody, który niektórzy gotowi są uznać za cud Natury.

To prawda, zdarzają się ludzie estetycznie indyferentni, jednakże większość z nas zdolna jest dostrzec istniejące (czy tylko dla nas?) w naturze piękno. I nazywamy to pięknem – obcowanie z tym jest dla nas przyjemnością. I uznajemy, że jest to dla nas czymś dobrym. Dlaczego? Wydaje mi się, że właśnie dlatego, iż piękno w naturze widzimy w tym, co jest dla nas jednocześnie dobrem i przyjemnością. Zwykle łączy się to z ładem i harmonią, ale niekoniecznie, bo pozytywnie estetyczne wrażenie robią na nas także żywioły… ale pod warunkiem, że nie stanowią dla nas bezpośredniego zagrożenia.

Jednak dobrze się chyba stało, że nie zaprzątałem sobie tym wszystkim głowy, kiedy podziwiałem karlsbadzkie jaskinie. (Jest czas na doświadczenie, wrażenia i czas na refleksję). Oglądałem ten fantastyczny świat dla samej radości poznawania go i eksploracji, spacerując po ciągnących się kilometrami bajecznych komnatach, które z każdego miejsca wyglądały inaczej, ale równie pięknie i zadziwiająco.
Kto by przypuszczał, że to pogranicze Nowego Meksyku i Teksasu, które tworzy monotonna równina rozciągająca się u stóp gór Guadalupe, kryje pod swoją powierzchnią takie cuda? Nic bowiem tego nie zapowiada, kiedy jedziemy po tej rozległej pustyni, a jedynym urozmaiceniem są naftowe szyby i olejowe pompy zwane obrazowo końskimi łbami. no i może jeszcze czasami czmychający nam spod kół struś pędziwiatr, który wprawdzie pędzi gdzieś na złamanie karku, ale któremu chyba już za bardzo nie chce się latać.

.

Część II zapisków z podróży do Nowego Meksyku i Teksasu przeczytać można TUTAJ.

.

Widok pustynnej równiny teksaskiej z Guadalupe Peak – najwyższej góry stanu Teksas (2667 m. n.p.m.)

© ZDJĘCIA WŁASNE

Więcej zdjęć pustyni Białych Piasków w Nowym Meksyku obejrzeć można TUTAJ, jak również w Brulionie Podróżnym (ilustrowanym) – TUTAJ. (Zapiski pochodzą z podróży, która miała miejsce w maju 2008 roku.)

Ponadto, niezwykłe pustynne krajobrazy (położone na terenie Kalifornii i Arizony pustynie Sonora i Mohawe) zobaczyć można TUTAJ oraz (inny zestaw) TUTAJ (Światowid).