„NORMALNOŚĆ” JEST ABSTRAKCJĄ – mówi WOJCIECH PSZONIAK

.

Wybitny aktor sceny i filmu polskiego. Współpracował z najlepszymi twórcami kina w Polsce i Europie. Od kilkunastu lat mieszka w Paryżu, gdzie występuje w teatrze, tworzy nowe, znakomite kreacje w filmach. Nie stroni również od lżejszej, kabaretowej muzy, o czym świadczy choćby jego udział w najnowszym programie kabaretu „Pod Egidą” Jana Pietrzaka, prezentowanym Polonii kilkunastu miast amerykańskich. Pierwszym z nich było Chicago. Tu też miała miejsce rozmowa z artystą.*

.

Wojciech Pszoniak: Muszę panu powiedzieć, że wielu aktorów kłamie, a większość z nich udaje.   (zdjęcie własne)

Wojciech Pszoniak: Wielu aktorów kłamie, a większość z nich udaje (zdjęcie własne)

.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Co Pan – aktor, odtwórca znakomitych, poważnych ról dramatycznych – robi w towarzystwie satyryka, „kabareciarza”, Jana Pietrzaka?

WOJCIECH PSZONIAK: Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba się cofnąć do lat 70-tych, kiedy zaczęliśmy razem pracować. Znamy się jeszcze z czasów studenckich, kiedy ja, w Gliwicach, robiłem swój studencki kabaret. Gdy przeniosłem się do Warszawy, Jan Pietrzak zaproponował mi występy w swoim kabarecie. Nie umiem żyć bez śmiechu. Lubię jak ludzie wokół mnie się śmieją – sam lubię się śmiać, wygłupiać, powodować ten śmiech.
U Pietrzaka znalazłem odpowiednie miejsce, choćby z tego powodu, że mogłem sam improwizować, „przepuszczać” wszystko przez siebie i swoje poczucie humoru. Tutaj wreszcie znalazłem coś w rodzaju zawodowego wypoczynku, gdyż był to kabaret zarówno liryczny, jak i polityczny. Spotykali się w nim ludzie różnego pokroju, często doskonali autorzy. Z Jankiem jestem w Ameryce po raz drugi. Pierwszy raz byliśmy tu dokładnie 10 lat temu.

– W jakich rolach czuje się pan najlepiej? Czyżby komediowych? Skądinąd wiadomo, że nie wszyscy aktorzy potrafią z równym powodzeniem zagrać w tragedii i w komedii.

– W dobrych. Nie ma to dla mnie znaczenia. Każda rola dramatyczna dotyka w swojej istocie granicy śmiechu, tak jak rola komiczna – powagi i tragedii. Również i we mnie to się uzupełnia. Nie interesuje mnie rozśmieszanie za wszelką cenę. Śmiech musi mieć jakąś dodatkową funkcję – tzn. powinien nie tylko relaksować, ale i uczyć, nieść ze sobą jakąś refleksję. Wtedy to jest mądry śmiech, a nie chichot.

– Udzielił pan już w swojej karierze niejednego wywiadu. Czy lubi pan mówić o sobie?

– Nie lubię… Nie lubię mówić o sobie wprost. Nie uważam, żeby było to szczególnie fascynujące. Co innego, gdy opowiadam o tym, czym się zajmuję, co mnie otacza, co mogłoby mieć jakąś wartość dla innych.

– Krąży taka opinia – dosyć powszechna – że aktorzy to ekshibicjoniści. Ci zaprzeczają, mówiąc, że są zupełnie normalnymi ludźmi…

– Proszę mi pokazać takiego „zupełnie normalnego” człowieka. Jeżeli mi pan powie, kto jest normalny, to ja powiem, czy aktorzy są normalni. Pojęcie normalności jest pojęciem abstrakcyjnym – coś takiego w ogóle nie istnieje. Takiego „normalnego” człowieka, to nawet bałbym się spotkać.

– W takim razie, czym aktorzy wyróżniają się spośród innych śmiertelników?

– Trudno powiedzieć. Przede wszystkim – aktor do aktora niepodobny. Może gdybyśmy zrobili jakąś ankietę socjologiczną, wyłoniłyby się jakieś charakterystyczne, szczególne cechy. Na pewno istnieje coś takiego, jak cecha zawodowa. Np. taksówkarze są na całym świecie w jakimś stopniu do siebie podobni. Również marynarze, lekarze, nauczyciele…

– Czy aktorzy uważają się za społeczność wybraną?

– Trudno mi jest mówić o aktorach, bo właściwie nie mam z nimi wiele do czynienia. Nigdy nie zamknąłem się w aktorskim getcie, m.in. dlatego uciekłem od teatru w Polsce, by nie zamykać się w jakichś ramkach. Interesuje mnie świat i wiele różnych rzeczy w życiu. Tak też się układa krąg moich znajomych, wśród których są reżyserzy, lekarze, malarze, muzycy… Nie uważam się za reprezentanta środowiska aktorskiego.

– A jednak jest to pański zawód.

– Tak, choć z wykształcenia jestem muzykiem – gram na skrzypcach, saksofonie, oboju. Robiłem w życiu bardzo wiele rzeczy: byłem skoczkiem spadochronowym, sternikiem, wspinam się w górach, piszę…
Po co to panu opowiadam?
Ponieważ w żadnej z tych dziedzin nie byłem na tyle zdolny, żebym mógł naprawdę w niej do końca się zrealizować, wyrazić to, co czuję. Aktorstwo – jeżeli potraktuje się je poważnie – może być jedną z najpiękniejszych dziedzin sztuki.

Wojciech Pszoniak: Gdy gram, nie ma kogoś innego – to zawsze jestem ja (zdjęcie własne)

Wojciech Pszoniak: Gdy gram, nie ma kogoś innego – to zawsze jestem ja (zdjęcie własne)

– Jaką cenę przychodzi płacić za to, że jest się aktorem?

– Ja nic za to nie płacę. Ba!… to inni mi za to płacą (śmiech). Staram się mieć bardzo trzeźwy stosunek do siebie – do tego, co robię, do tego, co o mnie mówią.
Jednakże niebezpieczeństwo tego zawodu polega na tym, że w pewnym momencie próżność niekontrolowana (a próżność to cecha, która istnieje u każdego człowieka) zaczyna dominować. I jeżeli straci się nad tym kontrolę, to wtedy może być to groźne. trzeba mieć w życiu jakąś bazę, konkretne miejsce zaczepienia, do którego zawsze można wrócić i się tam schronić.

– Jak reaguje pan na niepochlebne krytyki dotyczące pańskich kreacji? Słyszałem, będąc jeszcze w Polsce, jak zarzucano panu manieryczność, niekiedy wręcz histeryczność gry.

– W ogóle się tym nie przejmuję. Dużo zależy od tego, kto to pisze i jakie ma intencje. A kto powinien o tym pisać? Otóż aktorzy, reżyserzy! A to się bardzo rzadko zdarza. Piszą więc ludzie, którzy nie potrafią ani reżyserować, ani grać. Poza tym, trzeba dać ludziom prawo do tego, że może im się coś nie podobać. Czasem zdarzają się krytyki słuszne i mądre. Wtedy nawet można coś na tym skorzystać. Innym razem są głupie i złośliwe. Iluż to muzyków, pisarzy, poetów nigdy by nie zaistniało, gdyby się przejmowali niepochlebnymi krytykami.
Aktorstwo wymaga od człowieka potwornej siły i odporności psychicznej. Dlatego swoich studentów zawsze staram się przygotować na wypadek niepowodzenia.

– Właśnie – z jednej trony aktor musi być silny psychicznie, a więc mieć osobowość mocno zintegrowaną; a z drugiej – musi być w jakiś sposób „rozchwiany”, by posmakować różnych stanów emocjonalnych, zagłębić się we własne wnętrze w poszukiwaniu nowych uczuć, często nieznanych sobie dotąd reakcji.

– To wymaga niezwykłej dyscypliny. Żadnych półśrodków – podpierania się alkoholem czy narkotykami. To musi być świadome.
Muszę panu powiedzieć, że wielu aktorów kłamie, a większość z nich udaje. Największy błąd polega na tym, że próbują się utożsamić z kimś innym, a z „samym sobą” tego nie potrafią, gdyż bardzo często „sami” nie istnieją. A aktor przede wszystkim sam musi mieć osobowość. Jeżeli jej nie posiada, to będzie się utożsamiał z kimś innym, będzie „kogoś” grał. W moim przypadku, gdy gram, nie ma kogoś innego, to zawsze jestem ja: ja-Robespierre, ja-Korczak, ja-Makbet… Odwołuję się więc tylko do siebie.
Proszę sobie wyobrazić, że jest pan w środku kółka i zaprosił pan do tego kręgu matkę, narzeczoną, dyrektora, kumpla, szefa, policjanta… Dla każdego z nich będzie pan kimś innym. I to właśnie jest aktorstwo – to, co wynika z reakcji z drugim człowiekiem.

– Od wielu lat mieszka pan, gra i kręci filmy na Zachodzie Europy. Jakie zasadnicze różnice dostrzega pan w systemie pracy – jeśli chodzi o świat kina i teatru – w Polsce i za granicą? Odnieśmy to pytanie do stanu sprzed kilku lat, ponieważ podejrzewam, że obecnie w Polsce żadnego systemu jeszcze nie ma – wszystko ulega teraz restrukturalizacji, przeformowaniu – a to nowe jeszcze w powijakach.

– Wobec tego, że aktorów jest na Zachodzie bardzo wielu, konkurencja jest okrutna. Dlatego najważniejszą rzeczą dla aktora tutaj jest dostanie jakiejś roli, bo dzięki niej może jutro wypłynąć, dostać do zagrania coś większego, zrobić w końcu karierę. W Polsce samo otrzymanie roli nigdy nie było problemem, ponieważ wszyscy mieli przydzielone etaty w teatrach czy telewizji. Nie było walki, która jest tutaj.
Kiedy zaczynałem w Paryżu, miałem takie np. obawy: jak powiedzieć właścicielce mieszkania, że nie zapłacę czynszu, bo nie dostałem roli? To są rzeczy, które do tej pory nie były znane polskiemu aktorowi, bo ten był przed nimi w Polsce chroniony.
Teraz nic się nikomu nie należy, trzeba samemu walczyć – udowodnić, że się umie mówić czy tańczyć. Trzeba pracować i zarabiać na siebie.

– Głośna była pańska rola Robespierra w „Dantonie” – w filmie nakręconym przez Andrzeja Wajdę we Francji. Podobno Francuzom ten obraz bardzo się nie podobał; byli wręcz oburzeni, że „jak to! Polacy śmieją im relacjonować ich własną historię!” – na dodatek tak doniosłe wydarzenie, jak Wielką Rewolucję!

– Nieprawda. To nie tak. Ale zdarzyło się, że niektórzy pisali takie głupoty o tym filmie, jak np. to. że Wajda chciał pokazać Jaruzelskiego – jako Robespierre’a, Wałęsę – jako Dantona etc. Wierutne bzdury, takie pie…nie! „Danton” odniósł nawet niemały sukces komercyjny. Nie był to na pewno film zajadle krytykowany.

– Zagrał pan w nim razem z Gerardem Depardieu, aktorem, który ostatnio robi także karierę tutaj, w Stanach – w tym roku dostał np. nominację do Oscara.

– Znamy się się już od 14 lat. W 1977 roku przyjechałem do Paryża grać w sztuce, w której również grał Depardieu. Niezwykle go cenię, bardzo lubię, poza tym jesteśmy kolegami. Uważam, że jest jednym z najwybitniejszym z aktorów francuskich, może nawet europejskich. Grałem z nim także w wielu innych filmach. Mam nadzieję, że zrobimy coś jeszcze razem w przyszłości.

– Rozmawiając tutaj, w Ameryce, nie można się obyć bez pytania o pańskie zdanie na temat aktorstwa amerykańskiego. Kogo darzy pan szczególnym uznaniem?

– Jak wiadomo, istnieje tutaj tzw. „star system”, który nie ma nic wspólnego z prawdziwym aktorstwem, dlatego bardzo trudno jest określić stan aktorstwa amerykańskiego. Jednakże z tego systemu wyłania się kilku naprawdę świetnych aktorów, których bardzo cenię. Są nimi np. Robert De Niro, Dustin Hoffman, Jack Nicholson, Meryl Streep… Oni potrafią łączyć „gwiazdorstwo” ze sztuką prawdziwą. Ale taki np. Schwarzenegger – to już zupełnie inny świat…
Nagą prawdą jest teatr. Człowiek musi stanąć na scenie, żeby udowodnić, że jest aktorem. Bardzo to dziwne, wydaje się może nawet anachroniczne, ale według mnie dopiero teatr nobilituje aktora.

– Dziękuję w imieniu Czytelników naszego pisma za rozmowę i życzę udanego pobytu w Stanach.

greydot

* Rozmowa z Wojciechem Pszoniakiem miała miejsce w 1995 roku i została opublikowana w formie wywiadu w tygodniku „Relax”.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

.

KOSZ OD KWIATKOWSKIEJ, BASIA, JOASIA I DYLAN…

ze wspomnień wywiadowcy

Wielu artystów zjeżdża nam z Polski do Chicago. Czasem są oni sprawcami wydarzeń, co do których nie można mieć żadnych wątpliwości, jeśli chodzi o kunszt, autentyzm, zaangażowanie i solidność wykonania. Niestety, są też takie, które sprawiają wrażenie kolejnej kwesty zasilającej ubożejącą kiesę artystów w tych ostatnich przemianach często dziwnych i ogólnej pauperyzacji środowisk twórczych w kraju. Chociaż znaleźli się również i tacy, którzy uważali, że przyjeżdżając do Ameryki, nie tylko, że nie zarabiają, ale i dokładają wprost do interesu: ot, taka charytatywna wycieczka kupiecko-krajoznawcza, która czasami, po cichu, nazywana jest po prostu chałturą.

Bob Dylan, Grażyna Szapołowska, Basia Trzetrzelewska, Joanna Trzepiecińska, Irena Kwiatkowska - ze wpsommnień wywiadowcyNie chciałbym jednak, żeby to, co przed chwila napisałem, odnosić do programu „Gwiazdy piosenki kabaretowej”, który pojawił się w listopadzie tego roku* w Chicago. Choćby dlatego, że jego wykonanie – choć miejscami nierówne – to jednak w ogólnym wrażeniu satysfakcjonujące. A brali w nim udział artyści z polskiej czołówki estradowo-filmowo-teatralnej, z których większość to przecież kawał historii polskiej rozrywki: Irena Kwiatkowska, Grażyna Szapołowska, Wojciech Młynarski, Wiesław Gołas; a także pokolenie młodsze: Joanna Trzepiecińska, Zbigniew Zamachowski, Piotr Machalica… Jako wywiadowca, nie mogłem takiej okazji przepuścić. Wziąłem więc „namiary” na Grażynę Szapołowską. Powody? Kiedy pojawiła się na scenie, na widowni rozległo się głębokie westchnienie – i to nie tylko wydobywające się z męskich piersi. To zadecydowało. Poza tym, ta aktorska przeszłość Grażyny i fama polskiej sex-bomby. Przy najbliższej sposobności więc, zadzwoniłem do hotelu w Bensenville, gdzie organizatorzy ulokowali cały zespół. Myślałem, że połączono mnie z pokojem Szapołowskiej:
Ja:
– Dobry wieczór. Nazywam się Stanisław Błaszczyna. Czy mógłbym rozmawiać z panią Szapołowską?
Głos w słuchawce:
– Czy to Filip?
– Nie, Stanisław. Czy to pokój Grażyny Szapołowskiej?
– Ale czy Filip?
– Nie, nie Filip. Czy rozmawiam z panią Ireną Kwiatkowską? (Trudno nie rozpoznać głosu pani Ireny – przyp. StB)
– Tak, Kwiatkowska. A kto pan jest, jak nie Filip?
– Piszę do chicagowskich gazet. Chciałbym przeprowadzić z panią wywiad.
– Ale Szapołowskiej nie ma.
– Jednak mi zależy również na wywiadzie z panią.
– To niech pan zadzwoni do Szapołowskiej.
– Chciałem obie panie prosić o rozmowę.
– Szapołowska tu nie mieszka.
– Najmocniej przepraszam, ale widocznie pan Zamachowski podał mi zły numer telefonu. Myślałem, że dzwonię do pokoju, w którym mieszka pani Szapołowska.
– Niech się pan nie tłumaczy i dzwoni do Szapołowskiej.
– Ale mnie naprawdę zależy na spotkaniu z panią.
– Dzisiaj już miałam 50 wywiadów i nie chcę więcej.
– To może jutro lub pojutrze znajdzie pani dla mnie chwilę?
– Nie znajdę!
– W takim razie bardzo mi przykro. Przeprasza, że niepokoję. Jest pani pierwszą osobą, która mi odmówiła wywiadu.

***

W taki oto sposób dostałem „kosza” od Ireny Kwiatkowskiej.
Chwilę później zorientowałem się, że jednak popełniłem nie tylko faux pas, ale i małe kłamstwo. Parę lat wcześniej nie udało mi się także namówić na dłuższą rozmowę Basi Trzetrzelewskiej. Choć nie było to chyba skutkiem jej niechęci, ani też złej woli. Przyczyny były bardziej natury techniczno-sytuacyjnej. Otóż po bardzo udanym koncercie Trzetrzelewskiej w Chicago Theatre, gdzie olbrzymią, prestiżową w mieście salę wypełniły po brzegi tysiące amerykańskich fanów naszej artystki, poszedłem za kulisy, by się z nią spotkać, pogratulować świetnej formy i namówić na wywiad. Basia była szczęśliwa, zachwycona reakcją publiczności i bardzo miła, ale niestety zwróciła mi uwagę, że to już pierwsza po północy, sama pada ze zmęczenia, a jutro rano jedzie na następny koncert do Indianapolis.
– To może choćby kilka słów – nalegałem.
Na co Basia:
– Proszę zostawić mi pański numer telefonu. Zadzwonię jutro do pana.
W to, że Basia do mnie zadzwoni nie wątpiłem, powiedziałem jej jednak, że niestety już jutro rano wylatuję na Florydę i nie znam jeszcze nowego numeru telefonu.**
– To w takim razie dam panu telefon do mojego studia w Londynie. Proszę zadzwonić za jakieś trzy tygodnie, to sobie porozmawiamy – powiedziała Basia i zapisała numer na moim koncertowym programie.
A jakże, dzwoniłem później z Miami do Anglii kilka razy, lecz zawsze trafiałem na maszynę. Raz jednak odebrała jakaś panienka i poinformowała mnie, że artystki nie będzie w domu przez dłuższy czas, i że zmieniła plany. Wreszcie w mojej redakcji zdecydowano się na jakiś przedruk (obiecanego już wcześniej) wywiadu.
Napisałem wtedy recenzję z tego koncertu, okraszonego w „Relaxie” zdjęciem, na którym osoba mi towarzysząca uwieczniła moment mojego przystąpienia do Basi, przedstawienia się i propozycji. Widać na nim kawałek mnie – wywiadowcy, oraz w pełnej krasie rozpromienioną Basię – roześmianą od ucha do ucha, z obiema rękami w górze a pod zdjęciem podpis: „Basia z radością przyjmuje propozycję udzielenia wywiadu naszej gazecie”. Miała to być odpowiedź redakcji (nie przeczę: nieco złośliwa) na famę, że Basia z reguły bardzo niechętnie traktuje Polonię i w zasadzie jej unika.

***

Mniej więcej w tym samym czasie – bodajże tydzień wcześniej, również w Chicago Theatre – miał miejsce koncert Boba Dylana. Pomyślałem: dlaczego nie spróbować? Spotkać się z człowiekiem, którego wielu uważa za żyjącą legendę, za kogoś kto kształtował pewną epokę… To mogła być prawdziwa gratka wywiadowcza.
Pomysł był zupełnie realny. Wiedziałem, że trzeba to przygotować na parę tygodni wcześniej. Wszedłem więc w kontakt z dyrektorką programową Chicago Theatre, jak również z samym kierownikiem trasy koncertowej Dylana (oczywiście przy wsparciu mojej redakcji), który powiedział, że naturalnie jest to możliwe, że porozmawia z menedżerem Dylana i ustalimy jakiś termin.
Wypadało więc przypomnieć sobie twórczość „barda Ameryki”. Przygotowałem sporo kwestii do poruszenia i tak uzbrojony w determinację, pojechałem do downtown.
Niestety, ludzi, z którymi wcześniej rozmawiałem, jakby wymiotło – ani dyrektorki, ani kierownika, ani menedżera… Za kulisy nie było wstępu. Koncert zaczął się opóźniać. W końcu zjawili się jacyś muzycy, podszedłem do jednego z nich i powołując się na wcześniejsze ustalenia (i nazwiska), wręczyłem mu list polecający z redakcji z prośbą o przekazanie menedżerowi.
Wreszcie, po dobrej godzinie koncert wystartował: na scenę wtoczył się mało przytomny Dylan i zaczął coś tam mamrotać pod nosem (nie przesadzam – to było właśnie mamrotanie – taki był wówczas styl śpiewania Boba). To nie był ten sam człowiek, którego znałem z „Highway 61 Revisited”, „Blond on Blond”, „John Wesley Harding”, „Blood on the Tracks”, „Slow Train Coming” czy „Desire”. Niestety. Zupełnie zwątpiłem w powodzenie mojej misji wywiadowczej. Jakimś cudem Dylan nie tylko dotrwał do końca koncertu ale i zaczął bisować. Po pierwszym wszak bisie na estradę wkroczył rosły osobnik i dosłownie zwinął brutalnie „barda”, który i tak pewnie mało rozumiał z tego, co sie wokół niego działo – z zamkniętymi oczami, na chwiejących się nogach, przygarbiony, ze zmierzwionymi włosami i głębokimi bruzdami wokół ust… Budził raczej współczucie. Nie zwlekając, zapakowano Boba do samochodu i odjechano czym prędzej w nieznanym kierunku. Z takim obrotem sprawy mogłem się jednak liczyć. Nawet jeśli Dylan zgodziłby się na wywiad (zakładając, że byłby w stanie go udzielić), to na zasadzie eksperymentu i ciekawostki, gdyż z tak egzotycznego kraju, jakim niewątpliwie jest dla niego Polska, nikt nigdy go chyba jeszcze nie nachodził (po raz pierwszy Bob Dylan nad Wisłę zawitał dopiero trzy lata później).

***

Wróćmy jednak do kosza od Kwiatkowskiej. Tak więc, wyszły nici z wywiadu z „kobietą pracującą, która żadnej pracy się nie boi”, ale jak widać, wywiadów udzielać nie chce i obrusza się, że jej głos pomylono z głosem Szapołowskiej, i że do tej ostatniej dzwoni się przed nią. (Rzywiście, jak to się mogło zdarzyć! Sam do tej pory nie wiem.)
Jednak naprawdę żałowałem, że nie spotkałem się wówczas z panią Ireną. Niestety, nie spotkałęm się również z Grażyną Szapołowską, a na wywiadzie z nią mi zależało, zwłaszcza po tym, kiedy natknąłem się na rozmowę z aktorką, opublikowaną w polskim „Playboy’u”. Usiłowałem jeszcze skontaktować się z nią nazajutrz, ale poinformowano mnie, że artystka porwała rano samochód przeznaczony do dyspozycji całej grupy i wszelki ślad po niej zaginął.

Spotkałem się natomiast z Joanną Trzepiecińską, jedną z najbardziej urodziwych przedstawicielek młodego pokolenia polskich aktorek, znanej mi z kilku wcześniejszych filmów, które można było obejrzeć na Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce. Wywiad ukazał się w prasie polonijnej i nosił tytuł: „URODA NIE JEST WAŻNA”. Trzeba zaznaczyć, że obok tytułu znalazła się podobizna aktorki w stroju nader niekompletnym (ach te koronki, obnażone ramiona, biust, ręka na udzie i wyzywający wzrok… jednym słowem kwintesencja sex-appealu i uderzająca uroda Joasi w pełnej krasie!) Przyznaję, że nieco przewrotne to było zestawienie. I znów parę gromów posypało się na moją głowę wywiadowcy-zbereźnika ze strony Szanownych Czytelniczek (bo jednak nie Czytelników). Ale mam nadzieję, że przeczytały one przynajmniej wywiad, w którym pani Joanna powiedziała parę interesujących rzeczy, a w dodatku zrobiła to inteligentnie i rozsądnie.
Wśród tematów, nie można było jednak nie wspomnieć o tym, co biło wprost w oczy – o urodzie aktorek. Na ile jest ona ważna w karierze?
– Moim zdaniem uroda wcale nie jest tak ważnym czynnikiem w aktorstwie. Naprawdę, proszę to potraktować całkiem serio. Nie ma kanonu urody dla aktorki – stwierdziła Trzepiecińska.
Wskazałem wtedy, że ten komponent erotyczny zawsze był jednak mocny, jeśli chodzi o popularność, a czasem nawet i kult, aktorek. Dawniej gwiazdy ekrany były jednocześnie boginiami seksu. A i dzisiaj eksponuje się także urodę aktorki, szczególnie wtedy, gdy jest co eksponować. I niekoniecznie musi się to nazywać „kupczeniem” ciałem, ani nawet seksizmem. Joanna Trzepiecińska odparła:
– Wszystko zależy od tego, w jaki sposób to się robi, kto to robi i w jakim celu. Jeszcze raz powtarzam: uroda jest w prawdziwym aktorstwie sprawą drugorzędną. A erotyzmu nie należy uważać za domenę diabelską. Ważny jest gust, smak, wyczucie…
Muszę przyznać, iż wahałem się nieco przed zadaniem następnego pytania, którym ryzykowałem nietakt wobec Joanny. Niemniej jednak ośmieliłem się, powołując się zresztą na obce źródło, zapytać:
– Jedna z polskim gazet nazwała panią „pożeraczką serc” i podała – robiąc to dwuznacznie – że w karierze pomogli pani m.in. Jan Englert, Gustaw Holoubek, Piotr Fronczewski, Olaf Lubaszenko, Bogusławem Linda…
Tutaj Joanna Trzepiecińska odparowała:
– Proszę pana, mnie nie interesują plotkarskie tabloidy i brukowce! A takie w naszym kraju również już są. Niestety, przyszła taka moda z Zachodu.

Na zakończenie – gdy zgodziliśmy się z tym, że tak naprawdę nie ma większego znaczenie, gdzie się mieszka – choć, jak zapewniała aktorka, ona nigdy nie chciałaby wyjeżdżać z Polski – usłyszałem od Joanny słowa, które na pewno znalazły aprobatę i rezonans w sercach Czytelniczek (mojej konserwatywnej bądź co bądź, gazety). W Joannie Trzepiecińskiej, kobiecie z krwi i kości, odezwała się także kobieca dusza:
– Dla mnie ważne jest to, z kim się jest, czy się kogoś kocha, czy się ma rodzinę, czy się człowiek czuje szczęśliwy, czy odczuwa satysfakcję… Ważne jest to nasze małe szczęście, które sobie budujemy wokół nas. I to rzeczywiście może być na Alasce, na Grenlandii, jak i w Południowej Afryce.

Amen.

greydot

* Chodzi o rok 1994. Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego” 12 maja, 1995 r.
** Należy pamiętać, że wszystko odbywało się jeszcze w epoce przed-komórkowej (1991 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ

greydot

.

APENDYKS. 

Korzystając ze wspominkowej okazji odgrzebywania moich niegdysiejszych wywiadów ze znanymi postaciami polskiej kultury, chciałbym też zamieścić na mojej stronie zdjęcia, które wpadły mi w ręce w czasie przygotowywania tego cyklu. Zdecydowana większość z nich nie była do tej pory publikowana w internecie – jest to więc ich oficjalna premiera w sieci. Żałuję jedynie, że stanowią one zaledwie małą cząstkę mojego archiwum, które podczas ostatnich dwudziestu lat zostało mocno przetrzebione – wiele zdjęć zaginęło, a te, które się zachowały nie są zbyt wysokiej jakości. Niemniej jednak postanowiłem je odkurzyć i zaprezentować – przedstawiają bowiem postacie wszystkim dobrze znane, również ludziom młodym, choć przynależące raczej do starszego pokolenia, a przy tym takie, które zapisały się już w historii polskiej estrady, filmu, teatru czy piosenki.
Zdjęcia pochodzą głównie z występów polskich artystów w Stanach Zjednoczonych (przede wszystkim w Chicago) w latach 90-tych ubiegłego wieku. Mają więc pewną wartość archiwalną. Być może wzbudzą też sentyment wśród nieco starszych Czytelników Wizji Lokalnej, którzy tu również trafiają, choć niezbyt często zostawiają ślad. Skądinąd wiem, że ten sentyment może być dość silny, bo oto kilka dni temu na Facebookowej stronie fanów Czesława Niemena (i innych, dawnych artystów polskiej estrady) zamieściłem nigdy nie publikowane zdjęcie Niemena, co spotkało się z nadspodziewanie gorącym przyjęciem jego wielbicieli (TUTAJ). To właśnie zainspirowało mnie do zamieszczenia tej galerii, jako załącznika do ostatniego wpisu z cyklu „ze wspomnień wywiadowcy”.

.

Czesław Niemen

Czesław Niemen

.

Michał Urbaniak

Michał Urbaniak

,

Urszula Dudziak

Urszula Dudziak

.

Jacek Kaczmarski

Jacek Kaczmarski

.

Ewa Bem i Jan Ptaszyn Wróblewski

Ewa Bem i Jan Ptaszyn Wróblewski

.

Elżbieta Adamiak

Elżbieta Adamiak

.

Grażyna Szapołowska

Grażyna Szapołowska

.

Ewa Wiśniewska, Wiesław Michnikowski i Joanna Szczepkowska

Ewa Wiśniewska, Wiesław Michnikowski i Joanna Szczepkowska

.

Alicja Majewska

Alicja Majewska

 .

© ZDJĘCIA WŁASNE

MIŁOŚĆ, ZDRADA I POLITYKA (rozmowa z Krystyną Jandą)

 

Najpopularniejsza współczesna aktorka polska. Przez wielu uważana za najlepszą. Jest niewątpliwie jedną z ważniejszych postaci polskiej kultury ostatnich kilkudziesięciu lat. Niedawno* odwiedziła Chicago dwukrotnie, grając w monodramie „Kobieta zawiedziona” oraz ożywiając Fredrę w „Mężu i żonie”. Ubiegły rok przyniósł dwa znaczące filmy z jej udziałem. Były to „Pestka” i „Tato”. Wątki tej rozmowy są niejako echem problematyki związanej z kreacjami teatralnymi i filmowymi Krystyny Jandy. Czy to przypadek, że łączy się w nich obyczaj i polityka?


STANISŁAW BŁASZCZYNA: Zadebiutowała pani w ubiegłym roku w roli reżysera, kręcąc „Pestkę” – grając ponadto w tym filmie główną bohaterkę. Niedawno zrobiła to samo Liv Ullman, która jednakże zerwała z aktorstwem, stwierdzając, że to zajęcie przestało ją interesować. Czy rzeczywiście, kiedy się zasmakuje reżyserii, na aktorstwo zaczyna się patrzeć jak na coś mniej prestiżowego, twórczego, poważnego, atrakcyjnego?

Krystyna Janda: ...  (zdjęcie własne)

Krystyna Janda: „Jestem rasową aktorką” (zdjęcie własne)

KRYSTYNA JANDA: Nie. Myślę, że jestem rasową aktorką, naprawdę lubię przede wszystkim grać i nie myślę z tego rezygnować. To, że zaczęłam reżyserować, wynikło z kilku powodów. Zawsze starałam się kierować swoją karierą, wybierać to, co gram i wydawało mi się już od kilku lat, że zrobienie „Pestki” jest bardzo dobrym pomysłem. Poza tym, nikt inny nie chciał tego zrobić.

– To znaczy, że Liv Ullman nie jest rasową aktorką?

– Nie. Chciałam tylko powiedzieć, że mnie interesuje przede wszystkim granie, a nie reżyseria. Poza tym, ona jest aktorką głównie filmową, a ja teatralną. To są dwa światy prawie że nieprzenikalne. W teatrze, interesujące role dla kobiet są właściwie do końca życia. W filmie, aktorka 40-letnia tak naprawdę wypada z gry. Bardzo rzadko zdarzają się interesujące propozycje w tym wieku. W Polsce do kin przychodzą głównie ludzie, którzy mają od 14 do 22 lat, a oni nie chcą oglądać historii 40-letnich kobiet.

KOMEDIANCI CZY MISJONARZE?

– Jedni postrzegają aktorstwo, jako powołanie, odpowiedzialną misję, wpływanie na ludzkie losy, kreowanie wyższych wartości; drudzy zaś uważają aktorów za „komediantów”, narcyzów, czy wręcz kabotynów, mówiąc, że to zawód niegodny człowieka z poważniejszymi aspiracjami. Kto ma rację?

– Wie pan, zdarza się, że po spektaklach przychodzą do mnie ludzie, płacząc. Dostaję listy od kobiet, które piszą, że zmieniłam ich życie, grając np. „Shirley Valentine” czy „Kobietę zawiedzioną”. Dostałam nieprawdopodobne ilości listów po rolach w „Kochankach mojej mamy”, czy w „Człowieku z marmuru”, nie mówiąc już u „Przesłuchaniu”, które zrobiło na wielu ludziach ogromne wrażenie i było dla nich czymś bardzo ważnym… Jeżeli człowiek oglądający aktora zastanowi się chociażby przez 10 minut nad sobą, nad losem, nad Polską, to warto być aktorem.

– Do pewnych ludzi to nie dociera. Z czego to wynika? Z niechęci do teatru, aktorstwa, sztuki? Obojętności, niezrozumienia?

– To nie jest sprawa nieprzychylności, tylko niewrażliwości tych ludzi. Po prostu, niektórzy ludzie nie odbierają piękna obrazu, dzieła sztuki, wytworu kultury… W ogóle nie chcą się nad tym zastanawiać. Nie chcą chodzić do teatru, kina… I wcale nie muszą. Niech więc sobie żyją u siebie, w swoim miejscu. A aktor jest całkowicie poddany krytyce wszystkich. Każdy może powiedzieć o nim, co chce, bo taki to jest zawód. Trzeba się z tym pogodzić.

– Sama pani kiedyś uznała, że – cytuję – „proporcje między zdrowymi i chorymi psychicznie w środowisku aktorskim nie są takie same, jak w innych zawodach. Nienormalnych jest wśród aktorów znacznie więcej.”

– Ja panu powiem teraz prawdę. Opowiadałam to wtedy żartem… absolutnie! I zdanie to było w pewnym kontekście.
Mąż jednej z moich przyjaciółek jest poważnym przedsiębiorcą, zajmującym się jakąś ważną dziedziną przemysłu… a ona zajmuje się wierszami, śpiewa poezję, ma związane z tym problemy i kłopoty, depresje i płacze. Ten mężczyzna – pragmatyczny, logiczny – powiedział kiedyś do nas, widząc naszą popremierową histerię: „Dziewczynki, sztuka to jest coś sztucznego! Ludzie wybudowali takie domki, pudełka, które nazywają teatrami, gdzie wy chodzicie coś odreagować, a inni wariaci was oglądają. Resztę społeczeństwa to nie interesuje.”
To żart, to zabawne – ale coś w tym jest.
Musimy właściwie pamiętać o tym, że dla ludzi nie mają tak naprawdę żadnego znaczenie te nasze histerie, problemy związane z nieudana rolą; z tym wieczorem w teatrze, kiedy publiczność nie była do końca zadowolona, że premiera się nie udała… To wszystko powoduje olbrzymie stresy, które nikogo nie obchodzą i dla ludzi z zewnątrz mogą się wydawać śmieszne. Ale taki to jest już zawód – wymaga użycia całych naszych emocji, nerwów… a potem są tego konsekwencje.

– Aktorzy są też tradycyjnie częstymi bohaterami wywiadów, wypowiadając się na tematy niekoniecznie związane z ich profesją. Czy jest to usprawiedliwione, by akurat aktora, spośród laików uznawać za wyrocznię, eksperta czy też autorytet w jakiejkolwiek pozascenicznej, niezwiązanej z jego profesją, sprawie?

– Nie. Jednak gazety chcą sprzedawać swoje nakłady, chcą zarabiać pieniądze – a aktorzy są ludźmi znanymi, popularnymi. W związku z tym dziennikarze zmuszają nas do odpowiedzi na najróżniejsze tematy. Przynajmniej trzy razy dziennie mam telefon, który związany jest z jakąś ankietą, quizem, tylko dlatego, że mam znane nazwisko. Oczywiście, nie odpowiadam na te pytania, przerywam i odkładam słuchawkę.

MIŁOŚĆ I ZDRADA

– Zarówno „Pestka”, jak i „Tato” – dwa najnowsze filmy z pani udziałem – podejmują problemy istotne dla naszej współczesnej obyczajowości. „Tato” wydaje się ostro zwracać nam uwagę, że prawa rodzicielskie ojców w Polsce są gwałcone, głównie przez kobiety, które totalitarnie opanowały w kraju wszystko, co dotyczy praw wychowawczych. Z kolei „Pestka” obraca się wokół domowego ogniska, dotykając problemu wierności małżeńskiej oraz zdrady, ukazując go jako konflikt między moralną powinnością, a wzniosłą i prawdziwą miłością.
Czy jest to przypadek, czy też rzeczywiście zachodzą w Polsce jakieś zauważalne przemiany w sferze obyczajowości, które np. kino zaczyna odzwierciedlać?

– Nie potrafię odpowiedzieć panu na to pytanie. Natomiast niewątpliwie film w Polsce zaczął walczyć o widza, ponieważ publiczność odwróciła się całkowicie od polskiego filmu i obecnie, do realizacji skierowywane są scenariusze, które dają szansę na to, ze dotkną w sposób bezpośredni widowni.

– Podobno nadeszły czasy „człowieka średniego”?

– Nie wiem, być może, ale uważam, że nie ma to nic wspólnego z poziomem. Można zrobić naprawdę wybitny film opowiadający o rzeczach codziennych. Przez ostatnie lata problem polskiego kina polegał na tym, że reżyserzy robili filmy, które kompletnie nie znajdowały zainteresowania wśród widowni i dzięki temu, obecnie w Polsce sytuacja jest dramatyczna: to być albo nie być polskiej kinematografii! Albo zdobędziemy na nowo widza, albo kino polskie padnie, przestanie istnieć poza produkcją dla telewizji. Co roku sprowadza się na krajowe ekrany ponad 100 amerykańskich filmów. Toczy się więc teraz walka o przetrwanie.
Niestety, nadal są reżyserzy, którzy tego nie zauważają i robią coś dla samych siebie. Porozumiewają się z Bogiem, z filozofami… ponad głowami publiczności.
Umówmy się! zapomnijmy o jakichś nieprawdopodobnych ambicjach, postarajmy się natomiast przyjrzeć bliżej publiczności i zastanówmy się, co by im sprawiło przyjemność, radość… co by ich mogło wzruszyć. Zajmijmy się publicznością!

Miłość i wierność małżeńska, cudzołóstwo i moralne rozdarcie... "Myślałam, że w kraju, gdzien wszyscy mówią, że są katolikami, warto taką historię opowiedzieć." (Krystyna Janda i Daniel Olbrychski w filmie "Pestka")

Miłość i wierność małżeńska, cudzołóstwo i moralne rozdarcie… „Myślałam, że w kraju, gdzie wszyscy mówią, że są katolikami, warto taką historię opowiedzieć.” (Krystyna Janda i Daniel Olbrychski w filmie „Pestka”)

– Tygodnik „Wprost” opublikował niedawno recenzję „Pestki” pisząc, że jest to film o tym, jak homo sovieticus romansował w czasach Gomułki. Krytyka właściwie dotyczyła książki, na podstawie której powstał scenariusz, niemniej jednak odnosi się także do moralnych i obyczajowych aspektów „Pestki” filmowej. Oto fragment:
„Jeżeli kobiecie przytrafi się pokochać żonatego mężczyznę, powinna raczej rzucić się pod tramwaj, niż rozbić jego małżeństwo – takie przesłanie powtórzyła Krystyna Janda w ‚Pestce’ za Anką Kowalską, która napisała przed laty powieść pod tym samym tytułem. Pisarka powieliła zaś przekonanie powszechne w czasach sekretarza Gomułki i prymasa Wyszyńskiego.”
Czy rzeczywiście takie było przesłanie tego filmu?

– I w filmie, i w książce, to samobójstwo jest, moim zdaniem, całkowicie usprawiedliwione. Poza tym, jest właściwie przypadkiem. Nie jest to przemyślana decyzja bohaterki, a wynik trudnego momentu, chwili, samotności… Zresztą, w filmie tak to jest zrobione, że nikt do końca nie wie, czy to był wypadek, czy samobójstwo.

 – W „Pestce” opowiadała pani historię miłości i niewierności małżeńskiej. Czy nie obawiała się pani banalności?

– Nie, poza tym ludzie lubią banał. Chciałam opowiedzieć nie tyle o miłości, co o problemie moralnym. Myślałam, że w kraju, gdzie wszyscy mówią, że są katolikami – a przynajmniej 97 % tak deklaruje – warto taką historie opowiedzieć. Oczywiście nie w tonie nagany, ani przestrogi, ani pouczenia… Po prostu, zwyczajnie podzielić się problemem.

– Czy nie uważa pani tego za paradoks, że to właśnie ludzie posiadający mniej wrażliwe sumienie, mniej skrupułów, a więc jakby mniej moralni – właśnie oni czynią zazwyczaj mniej szkody zdradzając małżonka, niż ci, którzy z faktu niewierności robią wielką tragedię?

– Absolutnie prawda! Muszę panu powiedzieć, że przygotowując się do „Pestki” rozmawiałam np. z psychologami, psychiatrami, którzy leczą kobiety, i to zarówno „żony”, jak i „kochanki”. Dowiedziałam się, że kobieta najczęściej podejmuje decyzję dużo szybciej i drastyczniej, jeżeli dojdzie do zdrady, natomiast mężczyzna ma problemy, nie potrafi podjąć decyzji, latami zadręcza ją i siebie.

– Czy wielka autentyczna miłość może usprawiedliwić zdradę małżeńską?

– Myślę, że tak. To jest jak choroba – coś, nad czym nie można zapanować.

– Miłość jest wątkiem odwiecznym w kulturze. Patrząc na to, jak była traktowana przez literatów, poetów, malarzy, dramaturgów, można by dojść do wniosku, że ci, którzy są wierni, znają jedynie jej trywialna, „letnią” stronę. Zaś tylko „niewierni” mogą poznać prawdziwą tragedię i dramatyzm miłości. Czy zgadza się pani z tym stwierdzeniem?

– Chyba nie jest ono prawdziwe. Zdarzają się wielkie namiętne miłości, które kończą się szczęśliwie i trwają całe życie. I są głębokie. Naprawdę, sama znam takich ludzi. Ale nikt o nich nie robi filmów.

– Czy brak miłości między dwojgiem ludzi pozostających w związku małżeńskim czyni zdradę bardziej „moralną”, czy choćby tylko w jakimś sensie usprawiedliwioną i zrozumiałą? Benjamin Franklin powiedział kiedyś, że tam, gdzie jest małżeństwo bez miłości, będzie też miłość bez małżeństwa.

– Jeżeli człowiek doznaje takiego szczęścia, jakim jest miłość, to nie jest ważne w jakim momencie to się mu zdarza. Miłość jest jednym z najwspanialszych, najbardziej konstruktywnych, ale też i destruktywnych uczuć, jakie istnieją. Ostatnio zrobiono w Polsce ankietę, z której wynika, że 40% Polaków nigdy się nie zakochało. To straszne!

POLITYKA

– Sama uznaje pani role w „Przesłuchaniu” czy też w „Człowieku z marmuru” za najlepsze w swojej karierze. A były to wystąpienia o mocnej wymowie politycznej. Ne mogła więc ta problematyka polityczna być pani obojętna. Skądinąd wiem jednak, że obecnie do polityki jest nastawiona pani raczej sceptycznie. A przecież, zdawałoby się, że właśnie dzisiaj dochodzi do politycznych rozstrzygnięć, które zadecydują o przyszłości Polski. Czy wobec tego odsunięcie się od polityki, zobojętnienie na nią, nie jest dziś rodzajem rejterady, niejako oddaniem pola przeciwnikowi?

– Ja bardzo proszę, żebym mogła być już dzisiaj tylko aktorką. Jest demokracja… podobno. Robi się referenda, wybory i każdy naród ma to, na co sobie zasłużył. W tej chwili, kiedy mamy wolność prasy i mediów myślę, że sztuka nie musi się zajmować takimi sprawami.

– Można jednak patrzeć na to właśnie jak na obywatelski obowiązek, związany ściśle z demokracją. Są momenty – jak choćby podczas wyborów – kiedy musimy bardziej zdecydowanie poprzeć to, co nam się wydaje słuszne – dobre dla nas i dla naszego kraju. Nie chcę to popadać w patos, ale od tego przecież zależy przyszłość Polski. Aktorzy są jakby większą i głośniejszą tubą, mają szerszy dostęp do mediów, więc mogliby to wykorzystać.

– Tak było kiedyś, ale to już się skończyło. Dziś nie ma żadnego znaczenia to, na kogo głosuje jakiś aktor. Zresztą, wielu aktorów nadal wypowiada się politycznie, ale w tej chwili nie ma to już żadnego znaczenia. I wiedzą to już sztaby wyborcze wszystkich polityków.

– W krajach zachodnich, gdzie panuje względna stabilizacja społeczna, większości ludzi w ogóle nie obchodzi polityka. Polacy stają się teraz na nią bardziej obojętni, ale z zupełnie odmiennej przyczyny – o czym pani zresztą już wspomniała: polityka zaczyna ich mierzić, są nią zmęczeni, zdegustowani… A właśnie w takich momentach przełomowych, rozstrzygających wręcz, zachodzi potrzeba działania, dokonywania wyborów, lansowania i popierania odpowiednich ludzi.

– Ale dlaczego sztuka ma to robić?

– Nie tyle sztuka, co ludzie, Polacy, którymi także są ludzie kultury i sztuki. Jeżeli nie mamy polityków z prawdziwego zdarzenia, to ktoś ich musi wykształcić, wylansować.

– Musimy wykształcić przy tym właśnie pewną kulturę. Niech więc aktorzy się tym zajmą. Np. tym, żeby nowe pokolenia miały nawyk chodzenia do teatru. Rosną całe zastępy młodych ludzi, którzy w ogóle nie doznają takich elementarnych wzruszeń związanych ze sztuką, kulturą. Myślę, że właśnie tym powinniśmy się zająć, a polityką niech się zajmą ci ludzie, którzy mają temperament polityczny i społeczny. Niech się tym zajmie telewizja, prasa… Naprawdę nie warto wydawać tych 15 milionów – a tyle kosztuje film – żeby się zająć jakimś problemem interwencyjnym. A pieniądze przyznawane kulturze są i tak śmiesznie małe. Myślę, że lepiej wystawić za nie „Hamleta” czy kupić książki do biblioteki.

– Być może chodzi tu także jeszcze o coś innego? Czy aby artyści nie odchodzą teraz w Polsce od polityki, gdyż ta przestała być im potrzebna? Dawniej czerpali z niej korzyści w dwojaki sposób: bycie w opozycji nakręcało, inspirowało twórców artystycznie i intelektualnie, natomiast współpraca z „przewodnimi siłami narodu” oznaczała korzystanie z przywilejów, które były przecież niebagatelne. Nie bez kozery przypomina się teraz tzw. „pieszczochów” PRL-u. Teraz to się skończyło. Jak znoszą to pani koledzy?

– To, co pan teraz mówi nie ma kompletnie żadnego związku z tym, co się dzieje obecnie. Trzeba pamiętać, że film nie istnieje w pudełku, teatr nie istnieje bez widzów, aktor nie istnieje, jeżeli nie ogląda go publiczność… Zawsze więc robiło się coś, co – jak się wydawało – zainteresuje publiczność i nawiąże z nią dialog. I właśnie wtedy teatr, kino zajmowały się polityką, bo to było potrzebne widowni. W tej chwili widownia nie chce oglądać filmów politycznych. Demonstracyjnie nie chce! Dlatego, po prostu, nikt się tym nie zajmuje, bo widzi, że to kompletnie nie znajdzie odbiorcy. My jesteśmy ludźmi wynajętymi dla publiczności. Nawet w czasach PRL-u robiło się filmy nie po to, by zmienić ustrój, tylko po to, żeby porozmawiać z publicznością. To było potrzebne.

– W tym momencie przypomina się „Człowiek z marmuru”, „Przesłuchanie”… Te tytuły do dzisiaj uważane są za jedne z najważniejszych filmów ostatniego dwudziestolecia. Np. „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego – podobnie jak „Matka królów” Janusza Zaorskiego – to były te słynne polskie ocenzurowane „półkowniki. Z drugiej strony sam słyszałem – nawet od ludzi kultury – takie określenie, jak np. „stary trup” (Jan Nowicki o „Przesłuchaniu”), czy też „polityczny kicz” (Bożena Janicka o „Matce Królów”). Proszę mi powiedzieć, po czyjej stronie pani zdaniem leży racja: po stronie tych, którzy filmy te uznają za  symbol sprzeciwu, protestu, niezależności; czy też tych, którzy uważają je za artystyczny niewypał, swego rodzaju polityczne nudziarstwo?

– Trzeba zapytać o to publiczność. Myślę, że miały one ogromne znaczenie dla polskiej kultury i polskiej historii.

– Powiedziała pani kiedyś, że młodym reżyserom nie jest już pani do niczego potrzebna, że w ogóle nie obchodzi ich kobieta 40-letnia. kategoryczne stwierdzenie. Czy jednak słuszne? Być może znajdzie się wśród nich człowiek na miarę Wajdy, którego – czego pani wcale nie ukrywa – uznaje pani niemalże za swojego mentora?

– No może, ale ja dotychczas nie dostałam takiego scenariusza do ręki. Żadnej, naprawdę interesującej propozycji od siedmiu lat.

– Życzę więc pani tego, aby wreszcie tak się stało.

greydot

Krystyna Janda: "Jeżeli ktoś doznaje takiego daru łaski i się zakochuje, to nie pytajmy się, czy to jest moralne, czy to jest niemoralne... Ważne, że się zdarzyło." (Na zdjęciu: jako Margaret w sztuce Tennessee'go Williamsa "Kotka na rozpalonym blaszanym dachu")

Krystyna Janda: „Jeżeli ktoś doznaje takiego daru łaski i się zakochuje, to nie pytajmy się, czy to jest moralne, czy to jest niemoralne… Ważne, że się zdarzyło.” (Na zdjęciu: jako Margaret w sztuce Tennessee’go Williamsa „Kotka na rozpalonym blaszanym dachu”)

.

* Rozmowa z Krystyną Jandą miała miejsce w 1996 r. (Wywiad ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 1 marca, 1996 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

CHCĘ SIĘ WYZWOLIĆ Z POLSKICH KOMPLEKSÓW – mówi Jerzy Stuhr

Jeden z najpopularniejszych twórców polskiego filmu i teatru, aktor, rektor PWST w Krakowie, a ostatnio – także i reżyser. W ciągu ostatnich tygodni* Chicago było świadkiem prawdziwego festiwalu Jerzego Stuhra. Zaczęło się od prezentacji Szwejka – filmu, w którym z rolą dzielnego wojaka zmierzył się krakowski aktor; później był „Spis cudzołożnic” – debiut reżyserski Stuhra; no i wreszcie „Kontrabasista” – monodram, z którym Stuhr objechał niemal cały świat. Obecność artysty w Stanach Zjednoczonych sprowokowała nas do rozmowy, głównie o polskiej kulturze i zachodzących w naszym kraju przemianach.

Jerzy Stuhr:   (zdjęcie własne)

Jerzy Stuhr: „Sam nie znoszę rozmamłania i chcę być wewnętrznie schludny” (zdjęcie własne)

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Czy wykorzystuje pan swoje zdolności aktorskie w sytuacjach codziennych, do osiągnięcia jakiegoś celu? Albo innymi słowy: czy zdarza się panu grać w życiu codziennym?

JERZY STUHR: Ja jestem na to bardzo uczulony i bardzo się przed tym bronię – przed nakładaniem tej maski aktorskiej na życie. Na to pytanie lepiej by odpowiedziała moja rodzina, gdyż oni mnie widzą na co dzień bez tej maski. Oczywiście gram na tyle, na ile każdy gra. Wyznaję teorię Gombrowicza, że jeden człowiek robi drugiemu „twarz”. Na przykład pan mi w tej chwili robi twarz interwistowanego, a ja robię panu twarz dziennikarza. Ja trochę w to wierzę, że każdy istnieje inaczej w różnych relacjach. Nie mógłbym na przykład uprawiać polityki, gdyż wiedziałbym, że moje możliwości wykorzystuję już w innych celach. Jest kilka takich zawodów, które ocierają się o kłamstwo, czy też – jak to się nazywa – interpretację prawdy. Takim zawodem jest polityk – interpretuje prawdę; takim zawodem jest dziennikarz i właśnie aktor. Tyle, że z tych wszystkich zawodów, aktor swoją interpretację prawdy, czy też kłamstwem, nie robi krzywdy, a wszyscy inni mogą tę krzywdę zrobić.

– Czy istnieje prawda obiektywna, a nie tylko „interpretacja” prawdy?

– Tak. Jestem człowiekiem wierzącym, więc wierzę, że istnieje prawda obiektywna, niewzruszony kanon; wierzę, że świat jest urządzony „z zewnątrz”.

– Czy dane jest nam poznać tę prawdę?

– Nie. Dane jest nam dążenie do jej poznania. I to jest piękne. Ale poznać? Nie, nie! Niech zostanie ta Tajemnica. Ale ja nie chcę na takie tematy rozmawiać. To są dla mnie pytania za poważne.

– To dobrze, bo ja jednak i o Polsce chciałem z panem pomówić. Czym dla pana jest tradycja? Czy w kraju dają się teraz zaobserwować jakieś zmiany w podejściu do naszej tradycji narodowej?

– Ja bardziej wierzę w tradycję europejską, niż polską. Wolę być Europejczykiem, niż Polakiem.

– A jednak podkreśla pan swoje przywiązanie do Polski, do Krakowa…

– Ale do miejsc, do ludzi, do pewnego sposobu wychowania… Natomiast ja nie mam w sobie czegoś takiego, że biało-czerwony kolor wywołuje we mnie łzy, a orzeł biały rzuca mnie na kolana. Mam jednak wielkie przywiązanie do Europy Środkowej. Dlatego bardzo źle czuję się w Ameryce.

– A co z tą przemianą świadomości narodowej, jeśli chodzi o tradycję. Czy nadal ważna jest tzw. narodowa „tożsamość”? Czy też idziemy teraz bardziej w stronę „europejskości”, czyli, de facto – w stronę kosmopolityzmu?

– Mogę to panu przedstawić na przykładzie młodzieży. Otóż nasza młodzież jakby się z tego wyzwalała. Także z kompleksu polskiego. Oczywiście ja także mam w sobie te polskie kompleksy. Na przykład kompleks rozdmuchiwania w sobie symboli, do rozgrzebywania tradycji, do motywowania swego nieudacznictwa tragicznym losem… Z tym, że ja się z tego strasznie chcę wyzwolić. Nie chcę, żeby było tak, aby moje mankamenty były tłumaczone losem Polaka. Wydaje mi się, że młodzież z tego wszystkiego już się wyzwala – i już nie jest tak obciążona tymi kompleksami.

– Wyzwala się z tych kompleksów, ale i „wyzwala się” chyba przy tym z polskiej tradycji, która pełni przecież także funkcję pozytywną, budując narodową tożsamość.

– Dlatego naszym obowiązkiem jest im to przypominać. Osobiście ciągle to robię. Mówię: „Jesteś polskim aktorem, pracujesz w polskim słowie, które jest bardzo piękne.” Chcę, żeby ten student był dumny z tego, że operuje polskim językiem; dumny, że ma takie miasto, jak Kraków.

– Dumny… ale konkretnie – z czego?

– Z tego, że jego rodacy wypracowali taki pomnik historii i że ktoś to ochronił.

– Za pomnikiem musi się jeszcze coś kryć. Nie tylko mit i legenda.

– Kultura! Na przykład Włosi mają to w sobie fantastycznie rozwinięte.

– Ich kultura jest przebogata.

– To prawda. Ale oni nie płaczą nad swoją flagą, a będąc na emigracji nie rozrywają ran.

– Może dlatego, że mają prawdziwe powody do dumy. Nie muszą się więc zastępczo czepiać symboli.

– Ale przecież my także mamy powody do chluby.

– Dlatego powinniśmy dojść do tych wartości konkretnych, prawdziwych, wymiernych. A hołubienie samych symboli wyrasta z niewiedzy, nieuctwa, wygodnictwa, ulegania złudzeniom i iluzji… Tak naprawdę, to nie chce się nam poznawać polską historię, odkrywać kulturowe dziedzictwo.

– Jeśli chodzi o mnie, to ja chronię w sobie przynależność do Europy.

– Co pan w takim razie rozumie przez te wartości europejskie? W Polsce krzyczy się obecnie: „Idziemy do Europy!” albo: „Nie idziemy!”.

– To są zszargane hasła i bardzo mnie to mierzi. Europę każdy ma w sobie albo… jej nie ma.
Taki Tadeusz Kantor nie musiał iść do Europy. On w niej zawsze był, i był jej liderem. Do Europy chcą się teraz pchać sami nuworysze, z telefonem komórkowym wystającym z kieszeni.
Co to są te wartości europejskie w moim mniemaniu? Otóż chcę chronić w sobie pewną dyscyplinę. Bycie wśród ludzi jest pewnym obowiązkiem, a nie tylko takim – jak mówił Gombrowicz – „rozmamłanym byciem”. Sam nie znoszę rozmamłania i chcę być wewnętrznie schludny. I to jest według mnie europejskie. Chcę mieć poczucie estetyki, chcę umieć patrzeć na dzieła kultury, sztuki – rozumieć je, czuć ich potrzebę. Można tak jeszcze dalej wymieniać, gdybyśmy się chcieli zagłębić w temat. To wszystko chcę w sobie chronić, pielęgnować. Szczególnie dyscyplinę… Nie niemiecką czy pruską ale anglosaską.

– Ale przecież jesteśmy Słowianami…

– Aaaaa! Tu się zaczyna! Rozmamłanie…

– I ten stary już problem: bliżej nam do kultury bizantyjskiej (tej wschodniej), czy też śródziemnomorskiej?

– My jesteśmy zdecydowanie w lidze śródziemnomorskiej, bo w niej żyliśmy cały czas – od przyjęcia Chrztu. Więc na pewno ciążymy w tym kierunku.

– A co z Rosjanami? Bądź co bądź wywodzimy się z tego samego plemienia.

– Właśnie, tym bardziej że jesteśmy zagrożeni od tamtej strony, powinniśmy mieć na uwadze tę „europejskość”. Ze mną sprawa ma się trochę inaczej, gdyż płynie we mnie trochę krwi austriackiej. I to się gdzieś tam odzywa. Dziwne, że jak jadę przez Austrię – po niemiecku mówię haniebnie – to jednak czuję się tam bardzo dobrze i bezpiecznie. Może to jest właśnie ten zew krwi?

Jerzy Stuhr w monodramie "Kontrabasista"  (zdjęcie własne)

Jerzy Stuhr w monodramie „Kontrabasista” (zdjęcie własne)

– Kraków jest blisko Wiednia.

– Od Triestu do Krakowa znaleźć można bardzo wiele wspólnych cech – dawna monarchia habsburgska. Zauważyłem na przykład, że mieszkańcy starych miast zachowują się inaczej, niż mieszkańcy miast nowych. Długo pracowałem we Florencji i mogę stwierdzić, że tam ludzie są bardzo podobni do Krakowian, gdyż same miasta są bardzo podobne. A mieszkańcy takich miast zawsze są bardziej skłonni chronić, niż burzyć. Stąd też nasze konflikty: choćby Kraków – Warszawa – często powstają właśnie na tym styku. W Warszawie wszyscy do burzenia są pierwsi, a w Krakowie już nie za bardzo… i oni mają nam to za złe. Uważają się bowiem za rewolucjonistów, a nas – za konserwatystów. Także za ludzi nieodważnych. To jest nieporozumienie.

– Warszawę już taki los dotykał. W czasie wojny zamieniona była w ruinę, stąd ludzie maja poczucie pewnej nietrwałości rzeczy. No a wcześniej bywała zarzewiem buntów, powstań…

– To prawda – do rewolucji Warszawiacy chcą iść pierwsi, gorzej z wykończeniem. A kiedy już zrobią tę rewolucję, to wszyscy zaraz uciekają – albo są za granicą, albo w gabinetach ministerialnych… A przecież wiadomo, że dopiero po rewolucji trzeba zakasać rękawy i tyrać!

– Wydaje mi się, że w kraju pomieszały się teraz rodakom wszelkie wartości, i to na niekorzyść tej sfery duchowej. Z jednej strony Polacy zachłystują się (albo właściwie chcą się zachłysnąć) zachodnim konsumpcjonizmem; z drugiej zaś deklarują się jako społeczeństwo katolickie, (które ponoć odrzuca materializm).

– To jest nasz mankament odwieczny, historyczny… Jak przyjechała do nas Bona Sforza, to wszyscy nagle zaczęli jeść sałatę. Potem zaczęto mówić po francusku. To jest szczególna cecha Polaków, bo już Rosjanie tego mnie mają – a też Słowianie. Oni nie chcą nikogo naśladować, a my ciągle chcemy kogoś naśladować. No i dzisiaj też jest to ogromne niebezpieczeństwo – znów lecimy na lep. Dziwne jest to zapatrzenie w Amerykę. Dlaczego my się nie chcemy zapatrzeć w taką Anglię, na przykład?

– A jednak to nasze zapatrzenie w obce wzory zawsze jest powierzchowne.

– Tak, to polskie naśladownictwo, myślenie o Ameryce, jest strasznie stereotypowe. Mieszkam na wsi pod Rabką, z której połowa ludzi jest w Ameryce. Tu, w Chicago, co drugi z mojej wsi siedzi. No i oni nic nie wiedzą o Ameryce… nawet nie chcą wiedzieć. To jest dla nich tylko taka kopalnia dolarów. Byle tu szybko zarobić, wrócić z powrotem i kamienice stawiać, ale na wzór amerykański. I chodzić po Rabce w czapce z napisem UCLA, nie wiedząc nawet, co on oznacza. Chodzą i mówią: „helloł”. To jest wada i ubogość jakaś. Tak dzieje się zawsze z ludźmi, którzy stawiają przed sobą tego bożka konsumpcji. A sprawa jest taka, że on tu w Ameryce jest naturalny. Jak mój szwagier Amerykanin mówi, że on sobie kupi to, tamto; całe życie przelicza na to, co on sobie kiedyś kupi – tu dom, tu dwa auta, potem vana, dom drugi w Kalifornii – to jest to jego życie, on w tym żyje i to jest naturalne, on tego nie fałszuje. Natomiast kiedy nasi zaczynają w te wartości iść, to nie jest to już takie naturalne, bo Polska, Europa, zawsze szczyciła się nieco innymi wartościami. To mnie drażni. Ale cóż – mogę to tylko pokazywać, wykpiwać… Nic więcej nie mogę zrobić.

– Może musi wyrosnąć w Polsce nowe pokolenie, by tę mentalność zmienić?

– Ale takie, które się tym nie zachłyśnie, będzie to traktowało jako coś normalnego.

– Wróćmy jeszcze na chwilę do pańskiego pokolenia. W jednym z wywiadów wspomniał pan, że dawniej artyści w Polsce „chodzili w szatach królów, posłów, senatorów, opiniotwórczych demiurgów”. Co tu kryć – PRL podlizywał się artystom, cieszyli się oni mimo wszystko specjalnym statusem. Nie żal więc panu tamtej sielanki?

– Nie, gdyż to było przesadzone, fasadowo wyolbrzymione i ogromnie sztuczne. Wydaje mi się, że teraz to wszystko normalnieje. Teatr akurat – bo o nim mogę się wypowiadać – sprowadzony zostaje do takich wymiarów, jak na całym świecie. Co tu dużo mówić – to jest sztuka dla wybranych, dla garstki fanatyków. PRL się podlizywał, bo komuniści także mieli swoje kompleksy. Dobrze też było pod płaszczykiem sztuki mówić: „No proszę! Jaki to nasz socjalistyczny kraj jest twórczy.” A trafiało to na podatny grunt, bo Polacy są zdolni artystycznie. Jak każdy naród, gdzie wybijają się jednostki. A my jesteśmy narodem jednostek… później dopiero są „masy”.
To prawda, że mojemu pokoleniu trudno jest się teraz przystosować. Mieliśmy to „państwo opiekuńcze”, które niby wszystkimi się opiekowało. Ciężko się teraz przyzwyczaić do tego, że jednak wszystko od ciebie zależy. Też bym się skłaniał do tego, że to pokolenie, o którym mówimy, jest przegrane, ma rysy tragiczne. Ale z drugiej strony – jakby ktoś chciał obalić tę tezę – można powiedzieć: No dobrze, ale kto teraz rządzi w Polsce jak nie ludzie z tego pokolenia, począwszy od Kwaśniewskiego po lewej, na Wałęsie skończywszy. To jest właśnie moje pokolenie – i to jest paradoks tego pokolenia. Prawdą jest też to, że ono jakby zostało zrobione „w konia” przez historię.

– A może samo się zrobiło „w konia”?

– Nie umiem już na to pytanie odpowiedzieć. Do tego trzeba byłoby pewnie socjologa. Może i samo… może i ideały jeszcze jakieś miało? Mnie też nie jest przyjemnie, kiedy mi wypominają, że ja w PRL-u pobierałem nauki i że to właściwie nie powinno się liczyć, bo to się liczy dopiero od 1989 roku. Czy dlatego więc całe moje życie spisać mam na straty? Mam się nie przyznawać do tego, że byłem w tamtym systemie, że się uczyłem, że kochałem? Gdzie to miałem robić? Czy to moja wina, że się urodziłem i mieszkałem w PRL-u? To jest właśnie ten kompleks naszego pokolenia. Ale ono nie jest jeszcze takie zmarnowane. Jest dość prężne, no i jest u steru władzy.

– A co z tymi ludźmi – z ludźmi kultury, nauki, sztuki – którzy dawniej siedzieli na tych swoich małych pensyjkach, ale i potrafili się poświęcić w imię tzw. celów wyższych. Zdarzało się nawet, że nie brali pieniędzy (aby np. zamanifestować swoją nieprzynależność do systemu), robili coś z pobudek czysto artystycznych, ideowych…

– Oni są teraz upokorzeni. Dla nich świat wywrócił się do góry nogami.

– Podkreśla też pan, że pańskie pokolenie jest ostatnim pokoleniem, które nie bało się uczuć.

– Tak. Było bardziej romantyczne. My wiedzieliśmy, że sfera uczuć jest najważniejsza i że uzewnętrznianie uczuć jest czymś bardzo ważnym w kontaktach międzyludzkich. Na pewno nie jest czymś wstydliwym, ani też przejawem słabości. Młodzież teraz jest inna. Ma ten sam bagaż uczuć – bo każdy człowiek zawsze ma taki sam bagaż uczuć – tylko tak ogromnie skryty, tylko bardzo schowany – i męczy się z tym strasznie. To jest ich wielki problem. Widzę to po moich dzieciach, po studentach, których uczę… i to właśnie w takiej dziwnej szkole, gdzie uczucia jednak trzeba okazywać, bo to w tym zawodzie podstawa. Z tym mam największe trudności: żeby przekonać tych młodych ludzi aby odważyli się pokazać kawałek uczucia, otworzyć się.

– Nawiązał pan do swojej pracy pedagogicznej. W jakim charakterze czuje się pan najlepiej: jako aktor, czy też Jego Magnificencja Rektor?

– Rozdzielam te funkcje. To są dwa odrębne rozdziały mojego życia. Oczywiście to, że jestem rektorem, wpływa w jakiś sposób na moje aktorstwo. Bo to jest rzecz poważna: zajmowanie się ludźmi, pieniędzmi, administrowanie, układanie programu szkoły. W pewnym sensie bycie rektorem traktuję jako oddanie długu wdzięczności tej szkole, która mnie wyuczyła.

– Powiedział pan kiedyś, że aktorstwo panu nie wystarcza. Czym w takim razie chciałby się pan jeszcze zająć?

– Gdybym miał alternatywę, to bym pisał. Pisanie – to jest jednak ta prawdziwa arystokracja sztuki.
Dlaczego aktorstwo mi nie wystarcza? Przede wszystkim, ja jednak nie jestem typem, który się z łatwością psychicznie obnaża. Mnie to bardzo dużo kosztuje i coraz bardziej ciąży. Po drugie: męczy mnie powtarzalność.

– Dlaczego więc wybrał pan ten zawód?

– Gdyż, mimo wszystko, wydawało mi się, że będę to robił lepiej, niż wszystkie inne rzeczy w życiu.

greydot

* Wywiad opublikowany został w „Dzienniku Chicagowskim”, 28 kwietnia, 1995 r.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

 

JESTEŚMY SPOŁECZEŃSTWEM WSPANIAŁYM, ALE TRUDNYM… (rozmowa z Danielem Olbrychskim)

.

Daniel Olbrychski to ćwierć wieku* historii polskiego kina. Dzięki filmowi Andrzeja Wajdy „Wszystko na sprzedaż”, przejął jak gdyby sukcesję najpopularniejszego aktora polskiego po tragicznie zmarłym Zbigniewie Cybulskim. Utrwalił ją wcielając się w Azję i Kmicica – postacie sienkiewiczowskiej trylogii. Wydaje się, że bohaterowie literaccy byli jego specjalnością. Grał bowiem w ‚Popiołach” wg Żeromskiego, „Brzezinie” i „Pannach z Wilka” wg Iwaszkiewicza, w „Ziemi obiecanej” wg Reymonta, „Weselu” wg Wyspiańskiego…
Od prawie 10 lat mieszka w Paryżu. Dużo kręci na Zachodzie – współpracował z takimi sławami światowego kina, jak np. Volker Schlöndorff, Joseph Losey, Claude Lelouch, Burt Lancaster, Ben Kingsley, Michael York…
Do Wietrznego Miasta przyjechał ze znakomitym teatrem „Rampa”, by wspólnie z jego zespołem, w klubie „Made in Poland” dać świetne przedstawienie „Czerwonego Stoliczka” wg wierszy Brzechwy, które niespodziewanie okazały się wielce aluzyjne względem powojennej historii kraju i postaci polskich „czerwonych książąt”.

Daniel Olbrychski: .... ((zdjęcie własne)

Daniel Olbrychski: „Gdybym nie uprawiał tego zawodu, nie wyładowywał się na scenie, to najprawdopodobniej byłbym dużo trudniejszym – właśnie bardziej egocentrycznym, ekshibicjonistycznym i megalomańskim – człowiekiem na co dzień, niż będąc aktorem… i to dosyć popularnym – bo to zaspokaja moje kompleksy, ekwilibruje te kompleksy i pewne zaburzenia psychiczne, jakie niewątpliwie posiadam.” (zdjęcie własne)

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Zwykło się mówić, że Zbigniew Cybulski był symbolem aktorstwa polskiego w latach 60-tych, a o panu, że jest pan takim symbolem lat 70-tych. Wtedy, bodajże, pana popularność była największa. Ludzie, którzy wyjechali z Polski na początku lat 80-tych, znają pana z tamtego okresu, ale nie wiedzą co się z panem działo później.

DANIEL OLBRYCHSKI: O! Bardzo dużo ludzi wie o tym co robiłem!

– To dla tych, którzy nie wiedzą.

– Po stanie wojennym nie bardzo miałem co robić. Byłem silnie związany z „Solidarnością”, do tego stopnia, że 13 grudnia 81-go roku – nie będąc internowanym – brałem udział w najrozmaitszych akcjach, które się władzy nie bały – a to pisanie listów do rządów, które Wolna Europa przekazywała „ku pokrzepieniu serc”, a to pomaganie internowanym… itd. W związku z tym – wydaje mi się, że władza wykorzystała taki moment, iż miałem kontrakt we Francji, więc dostałem paszport dość szybko – żebym wyjechał i nie zawracał głowy w Polsce.

– Nie było pana w kraju dość długo.

– Nie było mnie długo, gdyż w kraju nie miałem żadnej pracy, a na Zachodzie miałem jej wtedy bardzo dużo.

– O ile dobrze sobie przypominam, to grał pan w jednym z paryskich teatrów w „Przeminęło z wiatrem”.

– Tak. 100 razy na Champs Élysées. No i bardzo dużo filmów zrobiłem.

– Pamiętam. Głośno było o „Blaszanym bębenku” Schlöndorffa, „Pstrągu” Losey’a… W Polsce pokazał się pan dopiero z okazji kontraktu z warszawskim teatrem Ateneum, gdzie zagrał pan Cyda. W tym czasie puszczono też łaskawie w telewizji „Otella”, który zrobił pan z Piotrem Fronczewskim kilka lat wcześniej, a który do tego momentu leżał na półce.

– Wtedy też Gorbaczow doszedł do władzy. Miałem pełne gwarancje władz, że nie będę szykanowany, że będę mógł wrócić do swego domu, który był już wtedy w Paryżu.

– Skoro już mówimy o tamtych czasach, to jak pan z perspektywy dzisiejszej patrzy na bojkot artystów, jaki miał miejsce po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce?

– Powiedziałem o tym – i to jest właśnie moje stanowisko – w książce pt. „Komedianci, czyli bojkot”. Uważam, ze ten bojkot nie był wymysłem aktorów, tylko potrzebą publiczności. A aktor musi uważnie słuchać publiczności. Jeżeli ona chce go oglądać, to on powinien pracować. Jeżeli zaś publiczność dostawała wtedy drgawek na widok widok aktorów pojawiających się w telewizji obok panów ubranych w mundury, to nawet gdyby grali Mickiewicza, ich życzenie należało uszanować – i się w tym towarzystwie nie pokazywać.
Ale potem, gdy mijały miesiące i lata, zależało to już od sumienia. Na pewno w pierwszych miesiącach nie należało występować. I to była solidarność ze społeczeństwem, które nie chciało nas oglądać w telewizji. Ale chciało nas oglądać w teatrach, w kościołach…

– Jak wówczas odbieraliście sygnały docierające do was „z góry”?

– Otóż wyśmiewanie nas przez takich szyderców, typu Urban, czy grożenie nam, typu Rakowski, było po prostu niemoralne, jeśli chodzi o Urbana i śmieszne politycznie ze strony Rakowskiego.

– Do jakich granic może sięgać kompromis artysty z – nazwijmy to – władzą, z którą się artysta nie zgadza… mało – której jest przeciwny? To był jednak dylemat dla ludzi, którzy robili filmy choćby w latach 70-tych – stąd ta aluzyjność polskiego kina, przejścia reżyserów z partyjną cenzurą… itd.

– W tamtych czasach ja takich kompromisów nie widziałem. Ale jeżeli już zgodzimy się z tym, że one miały jednak miejsce, to również władza szła na kompromis. Bowiem władza pozwalała na produkowanie za „własne”, czyli państwowe pieniądze. Produkowano filmy, które z tą władzą – nie powiem, że walczyły, ale na pewno – z nią się przynajmniej spierały. I poruszały tematy, których władza być może nie chciała, żeby były poruszane, a mimo to przymykała na to oczy.

– Czy to było mądre politycznie?

– Tak, to było mądre politycznie, bo kanalizowało pewne emocje, które tak naprawdę wybuchły dopiero w 1980 roku. Wydaje mi się, iż wypłynęłyby one wcześniej, gdyby tej kanalizacji nie było. Te filmy – z punktu widzenia dnia dzisiejszego – były nawet grzeczne, ale wtedy takie grzeczne się nie wydawały. Ale były opłacane przez władze. Jeśli więc mówimy o kompromisie, to na ten kompromis starali się również iść, ci ostatniej dekady, komuniści.

– A pan jak się w tym wszystkim znajdował?

– Ja również szedłem wówczas na pewien kompromis, bo przecież brałem za swoją pracę od państwa pieniądze

– Pewna forma lojalności?

– Można tak to nazwać. Do 75-go roku zdarzało mi się nawet wystąpić, gdy na widowni siedział Gierek. Ale po 76-tym już nie. Od strajków robotników i od pierwszych moich podpisów, bo uznałem, że ta odnowa komunizmu, jaką zaproponował Gierek, prowadzi znowu do systemu totalitarnego – do ograniczania wolności, do represji i ZOMO na ulicach. Od tego momentu – już jako dorosły człowiek- na żaden kompromis nie poszedłem.

– W ostatnich latach mówi się dużo o Katyniu, stalinizmie, o gehennie Polaków po 39 roku, jaką zawdzięczamy naszym wschodnim sąsiadom. Nie mówię o sąsiadach zachodnich, bo o tym byliśmy informowani doskonale – choć też pod pewnym kątem – przez dziesięciolecia. Czy jednak wałkowanie tego typu tematów nie powoduje jakiejś dewaluacji pojęć, stępienie pewnych wartości, może nawet zniecierpliwienia…?

– Jest potrzeba mówienia o tym wszystkim, skoro się nie mówiło przez tyle lat. Ale Polacy – już to widzę – przetrwali to bardzo mądrze. Ta wiedza, którą tak naprawdę posiadało w naszym kraju każde dziecko przez 40 lat, nie wzbudza nienawiści do sąsiadów. Tak, jak mówienie o Oświęcimiu, nie wzbudza dziś nienawiści do Niemców. Wręcz przeciwnie – bardzo chętnie jeździmy tam… np. do pracy. Nienawiść nie jest niczym konstruktywnym, zwłaszcza w międzysąsiedzkich stosunkach, które – modliłbym się, żeby były jak najlepsze. A po to, żeby były dobre, potrzebna jest oczywiście informacja – ale nie zmanipulowana – i bez nienawiści.

– Chciałem właśnie w tym kontekście nawiązać do „Przesłuchania” Ryszarda Bugajskiego, o którym to filmie teraz dość dużo się tutaj w Stanach mówi. Widziałem recenzje w tygodniku „Time”, „Playboy’u” nawet. Niedawno rozmawiałem z Janem Nowickim, od którego usłyszałem: „Bugajski? To co, on dalej ciągnie tego starego trupa?” Czy takie wypowiedzi nie świadczą o zmęczeniu tematem – w tym przypadku – stalinizmem i esbeckimi kazamatami? Nawet jeśli prezentowany jest on w tak wybitnym filmie, za jaki uznano „Przesłuchanie”? Dla mnie ten obraz niesie ze sobą pewne niezbywalne wartości.

– Dla mnie też. Oczywiście, dzieje się tak, kiedy film się pokazuje ciągle. Trzeba go pokazywać do momentu, kiedy ludzie chcą go oglądać. Jeżeli nie chcą, to należy zrobić coś takiego, co chcieliby oglądać. Ja np. chętnie zobaczyłbym film o Marku Piotrowskim.** O tym, jak ten chłopiec dopiął swego. Poznałem go tutaj w Chicago. Jestem nim zafascynowany.

– Jak pan sądzi – w jakim kierunku zmierzają obecnie zmiany w naszym kraju? Zdaję sobie sprawę, że to temat rzeka, a na dodatek obrabiany na wszelkie strony, chociaż przy tym trudny (bo przyszłość trudno przewidzieć), niemniej jednak chciałbym usłyszeć pańską opinię na ten temat. Czy robi się coś konstruktywnego? Bo widzi pan, w listach do mnie z Polski, ludzie smutne rzeczy piszą…

– Wie pan, w ogóle to jesteśmy społeczeństwem trudnym… Wspaniałym, czasami, ale trudnym. Potrafimy się znaleźć wtedy, kiedy protestujemy, kiedy się przeciw czemuś słusznie buntujemy…

– Wtedy, kiedy wszyscy mamy wspólnego przeciwnika, wroga…

– Właśnie. Kiedy się konsolidujemy przeciwko okupantowi lub przeciw systemowi totalitarnemu. Wtedy jesteśmy razem, wtedy jesteśmy porywający. Natomiast potem jesteśmy narodem bardzo niezdyscyplinowanym, co w momentach, kiedy trzeba powiedzieć „nie” jest wspaniałą cechą; natomiast kiedy trzeba powiedzieć „tak” i skupić się na czymś budującym, konstruktywnym – to ten brak dyscyplina raczej nam nie pomaga. Dlatego nie byliśmy tak podlegli systemowi totalitarnemu, jak np. Czesi, czy Niemcy z NRD. Bo jesteśmy narodem niepokornym, ale i niezdyscyplinowanym właśnie. Prawdę powiedziawszy, u nas ten „komunizm” też był jednym wielkim bałaganem, a nie systemem totalitarnym.

– Niepokora może się podobać, niezdyscyplinowanie już trochę mniej…

– Teraz, niestety, mamy raczej to drugie. Bardzo szybko przyzwyczajamy się do dobrego. Przecież jeszcze półtora roku temu nam się nawet nie śniło, że wszystko runie jak domek z kart, że będziemy mieć u władzy tych ludzi, których pragniemy, wolność słowa, paszporty w kieszeniach… itd. I wszystko to mamy – wciągu jednego roku! Tak szybko, że mi się to nie śniło – człowiekowi mieszkającemu na Zachodzie, a bywającemu również – i to często – w Moskwie. Widzę więc jak żeśmy szybko odskoczyli od naszego wschodniego sąsiada – oczywiście w kierunku na lepsze. Ale ludzie tego jakby nie widzieli. Nie widzą, że mają pełne sklepy, nie widzą, że jeszcze chwila a zacznie funkcjonować wiele innych rzeczy. I nie patrzą na siebie, że sami są bardzo niezdyscyplinowani, że nie umieją pracować, że chcą aby im nadal dawano wszystko – do czego nas zresztą przyzwyczajano skutecznie przez ostatnie 40 lat.

– To, co się teraz dzieje przed wyborami na prezydenta, jest niewiarygodne.

– Proszę pana, niech pan sobie wyobrazi, że jeszcze 2 lata temu, jakby ktoś powiedział, że za parę lat będziemy mieli swego prezydenta – a będziemy wybierali między Mazowieckim a Wałęsą. Przecież byśmy myśleli, że to jakiś sen – o raju! A w tej chwili już są ci, co krzyczą na Mazowieckiego, i ci, co wymyślają na Wałęsę. I pewnie jedni i drudzy mają swoje racje. Ale bez przesady! Bardzo mi się spodobała wypowiedź Mazowieckiego: „Jeżeli przegram, nie będę przeszkadzał prezydentowi, który ze mną wygra. Przejdę do konstruktywnej opozycji.” Żałuję, że tak mądrych i wyważonych wypowiedzi nie słyszę ze strony Lecha Wałęsy. Jestem więc za mądrością i wyważeniem w polityce, a nie za – w tej chwili – watażkowatym podchodzeniem do zmian polityczno-gospodarczych, bo to nie jest nam teraz potrzebne. Dlatego będę głosował na Mazowieckiego.

– A co się stanie, jeśli prezydentem zostanie Wałęsa – choć trudno mi jest go sobie w tej roli wyobrazić?

– Przejdę do konstruktywnej opozycji. To będzie oczywiście zależeć od tego, jak on się będzie zachowywał. Ale z tego, co teraz widzę, będę w opozycji.

– Może jednak damy już sobie spokój z tą polityką. To również nas charakteryzuje, że jesteśmy narodem bardzo rozpolitykowanym. Może więc porozmawiamy o pańskim zawodzie? Podobno kiedyś chowano aktorów, podobnie jak samobójców, za cmentarnym murem. Czy rzeczywiście aktor to takie kuriozum?

– W tej chwili aktorzy są na świecie ludźmi bardzo szanowanymi, bardzo bogatymi nieraz. A Polsce ten ostatni aspekt nie wchodzi w rachubę, bo tak naprawdę aktorzy są u nas biedakami. Ale cieszą się ciągle wielkim szacunkiem i miłością w społeczeństwie.

– W jaki sposób – i w jaki stopniu – postacie, w które wciela się aktor, wpływając na jego osobowość, charakter, życie wewnętrzne?

– Ja bardzo lubię grać komedie – szczególnie wtedy, kiedy jest mi smutno. Bo przynajmniej przez dwie godziny się bawię. To w ogóle jest zawód dobry, jako psychodrama. Bo my jesteśmy ekscentrycy…

– Ekshibicjoniści?

– Raczej nie. W życiu prywatnym jesteśmy o wiele bardziej zamknięci, niż normalni ludzie (a jednak, wg. Olbrychskiego, ludzie dzielą się na aktorów i „normalnych” – przyp. stb). I nie upijamy się ekshibicjonizmem, ponieważ nagramy się wystarczająco dużo na scenie, więc już nam nie trzeba tego w życiu. Ten zawód trzyma – mnie przynajmniej – w pewnej równowadze psychicznej. Gdybym nie uprawiał tego zawodu, nie wyładowywał się na scenie, to najprawdopodobniej byłbym dużo trudniejszym – właśnie bardziej egocentrycznym, ekshibicjonistycznym i megalomańskim – człowiekiem na co dzień, niż będąc aktorem… i to dosyć popularnym – bo to zaspokaja moje kompleksy, ekwilibruje te kompleksy i pewne zaburzenia psychiczne, jakie niewątpliwie posiadam.

– Pytanie banalne: co sądzi pan o kinie amerykańskim? Pytam dlatego, że słyszę na ten temat diametralnie różne opinie – i to ze strony ludzi bliżej zajmujących się kinem.

– Wobec tego odpowiedź też będzie banalna, ale prawdziwa: według mnie jest to najlepsze kino na świecie. Choć może nie w tym stopniu, w jakim dominuje nieproporcjonalnie – w sensie dystrybucji – nad wszelkimi innymi kinami. Ale mogę powiedzieć Amerykanom, że ja podziwiam ich filmy – te najlepsze; podziwiam ich aktorów, natomiast bardzo im współczuję, bo ja mogę podziwiać ich filmy, natomiast oni nie mają okazji podziwiać filmów europejskich. Dlatego są skrzywdzeni. Ale ja mam to w nosie – jeżeli nie chcą, to ja się pchać nie będę. Oni na tym tracą, a nie ja. Ja oglądam filmy – i europejskie, i japońskie, i amerykańskie, i rosyjskie… a oni nie. Więc są przez to zubożeni. W takim razie niech sobie jedzą te swoje hot dogi, ja wolę czasem dobry befsztyk.

– Skoro już mówimy o tutejszej kinematografii: w filmie jakiego reżysera chciałby pan zagrać – przy czym, nie tyle chodzi mi o konkretne nazwiska, ale raczej o typ kina – w filmie Spielberga czy Scorsese’a? Jako Azja czy Kmicic przydałby się pan pewnie temu pierwszemu, jako aktor Wajdy, Schlöndorffa czy Losey’a – temu drugiemu.

– Scorsese’a bardziej.

– Dlaczego?

– Ponieważ on robi kino jakby poważniejsze psychologicznie. Chociaż ja lubię Spielberga. Bardzo bym chciał zagrać np. w takim „Indianie Jonesie”.

– To jest właśnie to kino prawdziwe?

– Tak. Uwielbiam film „ET” – piękny! Akurat tam dla mnie roli nie było. Natomiast jako aktor bardziej bym się przydał Scorsese’owi. Ale on ma już swojego De Niro, więc też mu nie będę potrzebny.

– Na jakiego polskiego reżysera warto w tej chwili zwrócić uwagę?

– Spoza tych, o których pan oczywiście słyszał, to – z tego młodszego pokolenia, które dało już o sobie znać – to… Boże, jak on się nazywa?… Wstyd!…

– Bajon, Gliński?…

– Gliński? Na pewno! Bajon już jest znany… nooo, taki blondyn, zrobił z Krysią Jandą „Kochanków mojej mamy”

– Wiem! Rozmawiałem z nim nawet parę tygodni temu: Radosław Piwowarski.

– Tak! Znakomity, zawodowy reżyser! Umie robić takie kino, które wzruszyć potrafi wszędzie.

– Co się teraz z nimi wszystkimi stanie?

– Są w tej chwili w trudnej sytuacji. Nie wiem czy potrafią się w tym wszystkim odnaleźć teraz, jak już ich państwo przestało głaskać po głowie. Czy potrafią robić filmy, które będą musiały przynosić pieniądze, a przynajmniej na siebie zarobić?

– Właśnie: w jaki sposób te zmiany zachodzące w Polsce wpływają na polskie kino?

– Na razie to jest chaos. Ci ludzie poczuli się zagubieni, odtrąceni przez łagodnych dozorców więziennych, którzy im jednak dawali pieniądze i umożliwiali robienie filmów. Wydaje mi się, że oni nie rozumieją jednego zasadniczego problemu – że muszą się brutalnie zderzyć z tym, o czym ja bardzo dobrze wiem pracując na Zachodzie: robić to, co każe producent jest niekiedy trudniej, niż robić to, co każe minister. I że znaleźć pieniądze na to, co by się chciało robić – tak jak to jest na Zachodzie – jest trudniejsze, niż wyciągnąć je od Józefa Tejchmy.

– Pan, jako Europejczyk i wzięty aktor odbierający gaże w walutach wymienialnych, kłopotów finansowych raczej nie odczuwa.

– Ja jestem w tej luksusowej sytuacji, że nie przyjechałem tu ze względów zarobkowych. Ja jestem człowiekiem, jak na europejskie warunki, bardzo bogatym. Przyjechałem dlatego, że kocham ten teatr i że pracuje w nim moja żona; że szanuję dyrektora i artystę – Andrzeja Strzeleckiego. Ten teatr pewnie by tutaj nie przyjechał, gdyby nie miał lokomotywy w mojej postaci.

– Bardzo mi się podobał „Czerwony Stoliczek”, który przed chwilą zobaczyłem. Czy jedziecie z nim gdzieś dalej?

– Pojadę ze „Stoliczkiem” do Francji, ale dla publiczności francuskiej. Moja żona przetłumaczyła te wiersze Brzechwy na francuski. Piosenki będą po polsku, ale narrację będę mówił po francusku. Myślę, że to się sprzeda.

– Co potem?

– Może zrobię jakiś film we Francji w lutym, a pod koniec sezonu zacznę próbować w teatrze w Warszawie sztukę Sartre’a w reżyserii mojego teścia, Andrzeja Łapickiego. Przypuszczam, że nie będziemy musieli brać dużo pieniędzy od pani Cywińskiej.

– Ja też mam taką nadzieję. Życzę więc realizacji tych wszystkich planów, a w imieniu czytelników „Dziennika Chicagowskiego” i „Gazety Polskiej” dziękuję bardzo za rozmowę. Czekamy na dalsze znakomite kreacje.

greydot

* Wywiad z Danielem Olbrychskim odbył się jesienią 1990 roku i został opublikowany w wydawanej w Chicago „Gazecie Polskiej”.

** Marek Piotrowski: polski kickbokser i bokser, wielokrotny zawodowy mistrz świata w kick-boxingu. W 1988 roku wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie rozpoczął swoją pełną sukcesów międzynarodową  karierę.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

ZAWSZE JEST SIĘ Z CZEGO ŚMIAĆ… (rozmowa z Anną Dymną, Krzysztofem Kolbergerem i Janem Englertem)

.

Chicagowski klub „Made in Poland” stał się miejscem, przez które przewija się ostatnio cała plejada gwiazd polskiego aktorstwa. Niedawno mogliśmy zobaczyć w nim Annę Dymną, Katarzynę Figurę, Jana Englerta, Mariusza Benoit i Krzysztofa Kolbergera w przedstawieniu „Kochajmy się”, opartym na fragmentach mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza”.

Anna Dymna: .... (zdjęcie własne)

Anna Dymna: „Są takie miasta na świecie, za którymi się tęskni, do których chciałoby się wrócić. Dla mnie takim miastem jest Kraków.” (zdjęcie własne)

 Z artystami rozmawiałem po jednym z wieczornych spektakli. Z Krzysztofem Kolbergerem zdołałem zamienić zaledwie kilka zdań, bowiem nasza rozmowa odbywała się niezbyt dogodnym do tego celu miejscu. Przez ogłuszające dźwięki muzyki z trudnością docierały do mnie wypowiedzi popularnego i lubianego aktora:

– Byłem tu w Chicago już kilkakrotnie, ale po raz pierwszy czuję się tak, jakbym nie wyjeżdżał z kraju. I zastanawiam się, dlaczego tak jest. Może już teraz czuję się tu jak u siebie? Może to na tym polega?

– Objechali państwo z „Panem Tadeuszem” całe Stany?

– Tak. Nowy Jork, Filadelfia, Los Angeles… W Kanadzie byliśmy z tym przedstawieniem w zeszłym roku. Tam zresztą była premiera. Potem był Londyn, gdzie niejako bisowaliśmy, bo byliśmy tam dwa razy.

– Ale zajmuje się pan teraz jeszcze czymś innym? Czy kręci pan aktualnie jakiś film?

– Tak. Gram w nim razem z Krystyną Jandą. Jest to historia o Angielce, która przyjeżdża z mężem Polakiem do kraju w okresie stalinizmu. Niestety, trafia na postać, którą ja gram, bardzo niesympatyczną – sekretarza partii.

– Czyli nadal są w modzie pewne tematy? A co z przyszłością polskiego teatru?

– Oczywiście stan, w jakim znajduje się teraz kraj odzwierciedla się również w położeniu naszego teatru. Ale są szanse, że tak jak wszędzie zacznie brać górę inicjatywa, i ludzie, którzy ją przejawiają. Będzie może ciężej, ale za to ciekawiej.

– Czy jednak nie będzie to negatywnie wpływać na repertuar. Czy nie stanie się on przez to np. bardziej komercyjny?

– Może przez jakiś okres – tak. Ale my\ślę, że w którymś momencie musi się znaleźć rada na to, żeby mogły mieć miejsce także artystyczne przedsięwzięcia, do których musi się dopłacać, by w ogóle zaistniały.

– Tutaj, w Stanach, też wszyscy chcą zarobić i musi się to wszystko opłacać, a i tak, mimo wszystko, mają wspaniałe artystyczne wydarzenia w teatrze.

– Uważam, że i u nas będzie podobnie.

– Jest więc pan optymistą.

– No a jak inaczej żyć?

***

Również i Annę Dymną zapytałem o to, jak bardzo jej obecne wrażenia z pobytu w Chicago, różnią się od tych sprzed kilkunastu lat, kiedy gościła tu w czasie kręcenia filmu „Kochaj albo rzuć”, jednej z części komediowej sagi o Pawlakach i Kargulach.

– Kiedy widzę siebie teraz w tym filmie, to myślę że to moja córeczka tam biegnie. Oczywiście, że czuję się tu już zupełnie inaczej. Nic mi nie jest tutaj tak obce, jak kiedyś, nic mnie tu już tak nie zaskakuje. Ale zawsze jest to dla nas wielkie przeżycie, głównie w sensie zbierania doświadczeń życiowych, co jest bardzo ważne dla aktorów, bo jeżeli chodzi o przeżycia artystyczne, to różnie z tym bywa.
Na przykład, dzisiaj przed południem graliśmy dla szkolnej publiczności. To było dla nas zupełnym szokiem. Było bardzo dużo młodzieży, lecz ich typ zachowania i reakcji, który jest nam w Europie zupełnie obcy… zaskoczył nas. Kiedy zgasło światło, to rozległy się takie gwizdy i krzyki, że myśleliśmy, że coś się stało. Bardzo spontaniczne reakcje, gumy do żucia… itp. Poza tym, jestem pewna, że oni nie rozumieją wszystkiego po polsku, więc staraliśmy się grać zupełnie inaczej.

– Wydaje mi się, że jeśliby nawet zrozumieli wszystko pod względem językowym, to z pewnością mieliby problem ze zrozumieniem tych wszystkich narodowych odniesień zawartych w dziele Mickiewicza.

– Oni tego nie rozumieją. A jednak myślę, że warto grać dla nich. Oni po prostu nie są przyzwyczajeni do chodzenia do teatru. Reagowali tak, jak na jakimś meczu rugby, albo na koncercie rockowym. Nie ukrywam, że było to dla nas niemal szokiem. Zmusiło nas też do tego, aby inaczej zagrać.

– Mimo ogromnego doświadczenia zawodowego, są sytuacje, które wam, aktorom, ciągle dają coś nowego.

– Ma pan rację, to są cenne doświadczenia dla aktorów. Mamy tu do czynienia z sytuacją, w której publiczność reżyseruje sobie aktora. Męczyliśmy się tak strasznie – to była orka, potworny wysiłek fizyczny i psychiczny. Nie mogliśmy dać się złamać, bo wtedy zaczyna się grać okropnie. Ale jesteśmy tak zwartą grupą, że się nie złamaliśmy i zagraliśmy to przedstawienie do końca. Nie wiem, czy był to sukces, czy nie, ale młodzież wytrzymała i my również. Myślę, że oni coś jednak z tego spektaklu wynieśli.

– Ale na wieczornym przedstawieniu było już zupełnie inaczej?

– Oczywiście, bez porównania.

– Bywała pani w różnych miejscach na świecie, więc zapewne ma pani jakieś porównanie, jeżeli chodzi o publiczność.

– Ja, z innym spektaklem, przejechałam pół świata, więc dokładnie wiem, jakie gdzie są publiczności. Muszę panu szczerze powiedzieć, że tu w Chicago, nie jest to publiczność najlepsza. W Kanadzie na przykład jest już zupełnie inaczej, w Australii wręcz wspaniale. Czuje się to po reakcjach widowni. Pamiętam jak w Kanadzie, po zakończeniu spektaklu, wszyscy wstali i zaśpiewali „Jeszcze Polska nie zginęła”. To są dla nas przeżycia w pełni niezapomniane. W Polsce na pewno nie zdarzyłoby się nam coś takiego. To cudowne, kiedy cała sala jest wzruszona na wspomnienie kraju lat dziecinnych, ojczyzny, a my wiemy, że to nasza mała zasługa… i poezji Mickiewicza.

– A co czeka panią w kraju po powrocie? Cały czas mieszka pani w Krakowie?

– W Krakowie mieszkam od urodzenia. Jestem też nadal – od moich aktorskich początków – w Teatrze Starym.

– Nigdy nie miała pani ochoty przenieść się – np. do Warszawy?

– Kiedy byłam młodą aktorką, dość już znaną (bo wystąpiłam w bardzo wielu filmach w tamtym czasie), to Warszawa ciągnęła mnie bardzo. Ale powiedziałam sobie: nie. Poza tym, Teatr Stary w Krakowie, był podówczas bez wątpienia najlepszym pod każdym względem teatrem w Polsce. Teraz panuje regres ogólny, również w teatrach, ale ten krakowski zachował jednak swoją specyfikę. Chodzi mi zwłaszcza o atmosferę pracy, jakiej nie spotkałam gdzie indziej. Wspaniały zespół.

– A pani zdaniem, co będzie z teatrem w Polsce w związku z tymi wszystkimi zmianami społecznymi i politycznymi, które – tak na dobrą sprawę – nie wiemy w jakim kierunku zmierzają?

– Dobre teatry na pewno przeżyją wszystkie kryzysy. Prawdziwy teatr i prawdziwa sztuka zawsze się obroni, bo jest potrzebna jak tlen do życia. Choć są czasem takie momenty, w których wydaje się, że kultura nic nie produkuje, że jest może niepotrzebna. Nic bardziej błędnego!
Prawdę powiedziawszy, kryzys dotyka aktorów w bardzo bolesny sposób. Trzeba ich zwalniać, robi się bardzo duża konkurencja. Uważam jednak, że to akurat może wyjść teatrowi na dobre. Do tej pory, co roku, szkoły teatralne kończyło ze sto osób i każdemu wydawało się, że jak ma dyplom w kieszeni, to musi dostać pracę, zostać zaangażowanym i otrzymać jakąś rolę. Czegoś takiego nie ma nigdzie! Jeżeli mam dyplom, to muszę jeszcze udowodnić, że jestem dobrym aktorem, a o pracę trzeba walczyć. U nas tego nie było.
Tutaj w Stanach na przykład, to, że aktor jest kelnerem, bo nie ma z czego żyć, nie jest żadną ujmą. Ale w Polsce już kończy się to liczenie na pieszczenie. Mnie to jednak nie dotknie, bo już jestem… za stara.

– Chyba nie chce mnie pani zmuszać do tego, aby temu zaprzeczyć. Ma już pani wielkie osiągnięcia na swoim koncie, to prawda…

– Ja w tym zawodzie pracuję już ponad 20 lat! I teraz czuję się usatysfakcjonowana, bo nie czekam z założonymi rękami, ciągle coś robię. Widzi pan, koledzy z Warszawy biorą mnie sobie z Galicji, z prowincji i razem pracujemy.

– Tak a propos. Z jakim reżyserem się pani najlepiej pracowało?

– To jest trudne pytanie, dlatego że w tym zawodzie najważniejsza jest dla mnie możliwość pracowania z różnymi ludźmi. Jeżeli zaczęłabym pracować tylko z jednym reżyserem, to pewnie przy piątej pracy znienawidziłabym go, no i najprawdopodobniej zatrzymała się w miejscu. A tak, pracuję z różnymi reżyserami, każdy jest inny – za każdym razem są to więc inne doświadczenia.
Kto jest moim ulubionym reżyserem? Może to śmieszne co powiem, ponieważ grałam u tego reżysera tylko dwa razy – i to w epizodach. Jest to Tadeusz Konwicki. Pałam do niego jakąś sympatią, której nie da się niczym wytłumaczyć. Ja po prostu bardzo go lubię. Grałam u Tadeusza Konwickiego w „Dolinie Issy” wg powieści Czesława Miłosza i w „Jak daleko stąd, jak blisko”. Moi rodzice pochodzą ze Wschodu, on też, więc może stąd ta sympatia.

– Chciałbym jeszcze kiedyś zobaczyć panią w jakimś bardzo dobrym filmie.

– Z filmami jest wielki problem, bo robi się ich teraz coraz mniej. Poza tym z czasem nabiera się coraz większego dystansu do zawodu. Gdy byłam młodsza, to grałam w filmach, w których może nie powinnam była grać. Obecnie w wielu z nich już bym nie zagrała, bo szkoda byłoby mi czasu.

– Pani jest w tej komfortowej sytuacji, że może wybierać.

– Dlatego dość dużo scenariuszy ostatnio odrzucałam. W Polsce robi się ostatnio dużo filmów w koprodukcji z Zachodem, lecz oni przyjeżdżają najczęściej z pełnymi swoimi obsadami; dla nas zostają epizody, a ja przed tym uciekam. Można oczywiście zarobić pieniądze, zagrać epizod u boku amerykańskich, angielskich, francuskich aktorów, ale to nie dałoby mi żadnej satysfakcji.

– A co z produkcjami polskimi?

– Dostałam ostatnio wspaniałą rolę. Dużo się już nad nią napracowałam, ale do zdjęć nie doszło, ponieważ pieniądze przeznaczone na ten cel, ze względu na dewaluację, okazały się za małe i realizację odłożono na czas bliżej nieokreślony. Miał powstać film o Stanisławie Wyspiańskim w reżyserii Janusza Morgensterna, a ja miałam w nim grać rolę, po której pewnie wszyscy by mnie znienawidzili, mianowicie żonę Wyspiańskiego. Jest to fascynująca rola i gdybym ją zagrała, to zrobiłabym wszystko, żeby tę postać obronić. Ona naprawdę miała nieprawdopodobne zalety, poza tym była też potworem. To taka prosta, z ziemi wyjęta baba… taka… rzepa. Potem się rozpiła. Gdy jej mąż umierał, mówiła: „gnije, gnije i nie może zdechnąć”. Bo ona uważała, że jak cielak chory, to mu się daje w łeb, a jak człowiek umiera, to lepiej by było, żeby „zdechł”, no bo po co się ma tak męczyć. Była właśnie taka wprost i Wyspiański ją za to kochał. Wspaniała postać do grania. Ale tego nie robimy, bo nie ma pieniędzy.
A kiedy dostaję takie propozycje, żeby na przykład tyłek pokazać, to ja już czegoś takiego nie mogę przyjąć. Te tyłki to niech już inne pokazują. Ja już się dosyć napokazywałam, mnie to już nie interesuje.

– Dziękuję pani za rozmowę i naprawdę bardzo się cieszę, że spotkałem panią tu w Chicago.

– Muszę się panu przyznać, że Chicago nie jest miastem – marzeniem mojego życia. Nie tęsknię za tym miastem. Są takie miasta na świecie, za którymi się tęskni, do których chciałoby się wrócić. Dla mnie takim miastem jest Kraków. Prawdopodobnie bez tego miasta bym umarła. Dlatego ja nigdy nigdzie nie wyjadę na stałe.

***

Podziękowałem pani Ani za niezwykle miłą rozmowę i poprosiłem z kolei Jana Englerta – znakomitego i popularnego aktora, ostatnio także reżysera i rektora PWST w Warszawie – o parę zdań dla „Relax”-u.

– Czy również według pana, nadchodzą ciężkie czasy dla aktorów teatru i filmu w Polsce?

– Uważam, że narzekanie na ciężkie czasy w tej chwili nie ma większego sensu. Robi się konkurencja, a ja się konkurencji nie boję. Wprost przeciwnie. Dlatego jestem zadowolony z tego, co się dzieje.

– Słyszałem takie opinie z gdańskiego festiwalu filmów, że prezentowane tam obrazy, które mogły stać się świadectwem „pokolenia stanu wojennego”, spóźniły się o parę miesięcy, że ich „ciosy trafiają w próżnię”.

– Nic sie nie spóźniło. Prawdziwe dzieło sztuki nie musi mieć aktualiów – broni się samo. Poza tym, każde dzieło sztuki weryfikuje czas. Jeżeli film jest dobrze skonstruowany, to nieważne, czy trafia bezpośrednio, czy pośrednio, czy spóźnił się, czy nie… Wytrzymuje próbę czasu. Nie można już teraz robić karier za pomocą np. żartu, że Urban ma odstające uszy. To się już skończyło.

– Podobno nasze społeczeństwo bardzo ostatnio spoważniało. Kabarety nie mają się z czego śmiać…

– Zawsze jest się z czego śmiać. Uważam – i tu się pewnie narażę niektórym – że polski kabaret, z małymi wyjątkami, jest na bardzo niskim poziomie. Trafia w gusty najbardziej poślednie. Utrzymywał się przez wiele lat właśnie dzięki aluzjom politycznym. Natomiast w momencie, w którym skończyła się możliwość zarabiania pieniędzy za pomocą „mrugania do widza”, zaczęło się weryfikowanie umiejętności warsztatowych, aktorskich, literackich. Uważam, że poza Wojtkiem Młynarskim, który jest wysokiej klasy tekściarzem, nie ma już nikogo.

– Swego czasu bardzo popularny był kabaret Jana Pietrzaka.

– Ja nie jestem zwolennikiem tego kabaretu. Pietrzak schlebia pewnym gustom, zupełnie mi obcym.

– Nie wypada im się teraz śmiać z ludzi, których dawniej popierali.

– Ale już śmieją się z innych. To nie jest sprawa tego, co się mówi, tylko jak się mówi i do kogo się mówi. A Pietrzak mówi do grupy najliczniejszej w naszym narodzie, tzn do „średnicy”. Mówi do tej „prostej”, „niewyrobionej” publiczności. Do niej zawsze będzie trafiał ze swoim sposobem bycia i stylem. I nie ma tym nic złego, choć sam tego nie lubię.

– Dla mnie jest to oczywiste. Nie podejrzewam bowiem pana o taki egalitaryzm.

– Teraz już można o tym mówić i nie jest to wstydliwe: jestem za elitami, nie odpowiada mi egalitaryzm jako hasło. Jestem przeciwny równości i jestem za tym, żeby było zróżnicowanie, elity, podziały… itd.

– Dlatego, że jest to bardziej naturalne?

– Oczywiście! Niby naturalne, a przez 40 lat w Polsce wszyscy nauczyli się, że wszystkim się wszystko należy. Niby obalili „komunę”, ale myślą nadal w ten sposób.

– Na pewno jest pan człowiekiem bardzo zajętym.

– To prawda. Dość dużo reżyseruję, ale w teatrze i w telewizji; no i rektoruję w warszawskiej szkole teatralnej. Uważam, że dla jednego człowieka jest to wystarczająca porcja.

– Właśnie: na którym miejscu widzi pan siebie jako pedagoga – w porównani z aktorem, reżyserem?

– Na pierwszym. To moja pasja.

– A jednak! Dziękuję za rozmowę i życzę udanego pobytu w Ameryce.

***

(Wywiad opublikowany został w chicagowskim tygodniku „Relax”, 12 stycznia, 1991 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

SZKLANE KLOSZE

(zapiski X)

aniol z gitarą (Watykan)

.

Papiestwo a teatr.
„Przed sklepem jubilera” – jedna z sześciu sztuk teatralnych napisanych przez Karola Wojtyłę, wystawiona w Chicago przez grupę artystów z Nowego Jorku. *
Ciekaw jestem, co też ludzie lekceważący albo nawet gardzący teatrem czy poezją, a jednocześnie uważający się za katolików, robią z fantem, jakim jest fakt, że ów wielki autorytet moralny jakim jest (a przynajmniej powinien być) dla nich Jan Paweł II, zajmował się ongiś teatrem, poezją, a nawet występował na scenie jako aktor (nota bene pierwszą sztuką, w jakiej zagrał młody Wojtyła, była „Nie-Boska komedia” Krasińskiego).
Otóż najprawdopodobniej nic sobie z tego nie robią.
A tu sprawy z teatrem nie zawsze tak gładko się układały. Oto parę faktów z amerykańskiej historii.

W XVIII wieku prawie wszystkie brytyjskie kolonie miały prawny zakaz wystawiania teatru. Jeszcze pierwszy kongres kontynentalny obradujący w Filadelfii, wystąpił z apelem, by unikać „wszelkich form rozprzężenia, jak wyścigi konne, hazard, walki kogutów, wystawy i sztuki teatralne”.
Profesor Michał J. Rozbicki z Saint Louis University, w rozdziale o kulturze brytyjskiej Ameryki kolonialnej (z wydanej niedawno wielotomowej historii Stanów Zjednoczonych) pisze: „Teatr postrzegany był zarówno przez kwakrów jak i purytanów jako próżna, godna potępienia rozrywka, rodzaj zbytecznej ekstrawagancji równej moralnie pijaństwu i hazardowi. Wytaczano argumenty, że teatr wywołuje demoralizację obyczajów. Kupcy i rzemieślnicy przytaczali argumenty ekonomiczne: teatr odciąga ludzi od pracy i czyni z rozrywki cnotę.”
Miały nawet miejsce procesy, w których ludzi stawiano przed sądem za wystawianie sztuk teatralnych. (Czyżby purytanie woleli para-teatralne happeningi na żywo w rodzaju polowania na czarownice z Salem i wieszania na szubienicy niewinnych kobiet?)

Później stosunek do teatru zmieniał się wielokrotnie. Dla prezydenta Lincolna, (który powiedział kiedyś, że komedię i farsę najlepiej odgrywać w teatrze, tragedię zaś czytać w domu) jak wszystkim wiadomo, przygoda z teatrem skończyła się śmiertelnie.

Prawdą jest, że we wszystkich epokach, w każdej z warstw społecznych, znajdowali się bardziej lub mniej zagorzali przeciwnicy, czy choćby tylko kontestatorzy teatru. Nawet jeszcze w czasach, kiedy teatr dorobił się statusu sztuki nobliwej, znaleźli się ludzie, którzy uważali, że paranie się aktorstwem czy robienie teatru nie licuje z godnością szanującego się człowieka.
Na pewno nie należał do nich młody Karol Wojtyła w czasach swojej młodości, a podejrzewam, że i później – kiedy już wstępował na coraz to wyższe szczeble kościelnej hierarchii – nie zatracił przychylności i zainteresowania dla pewnych teatralnych form i treści (czyż ceremonie kościelne, same w sobie nie mają czegoś z teatru?).
Tak więc, związki papieża z teatrem powinny wytrącić broń z ręki tym, którzy teatr lekce sobie ważą en bloc. Ale najprawdopodobniej nie wytrącą.

greydot

Oglądając i słuchając żarliwych wyznań miłości w przedstawieniu „Przed sklepem jubilera” na deskach Fundacji Kopernikowskiej, uświadomiłem sobie parę istotnych spraw.
Przede wszystkim to, że wartości bliskie ideału – aby przetrwać w realnym świecie – muszą być w jakiś sposób chronione: przykryte szklanym kloszem.
Te szklane klosze budowane są różnie. Może być nim np. świątynia, ołtarz, kościół; są nimi wyobrażenia świętych, idoli, bohaterów; jest nim czasami jakiś zakątek ludzkiej duszy; wreszcie są nimi wytwory kultury, dzieła sztuki… a więc także i teatr, gdzie wyobraźnia autora – niczym ten demiurg wszechmocny – kreować noże swój idealny świat. To, że ów „demiurg” tworzący kiedyś „Przed sklepem jubilera”, jest dziś (a przynajmniej winien być) moralnym zwierzchnikiem, etyczną busolą dla ponad miliarda ludzi żyjących na naszej planecie, nie może być tutaj bez znaczenia. Jego sztuka nabiera więc nie tylko znamion symbolu, ale i wręcz pewnych cech dogmatycznych.

W sztuce „Przed sklepem jubilera” Karol Wojtyła na ołtarze swego teatru wynosi Miłość, traktując ją jako wielki dramat ludzkiej egzystencji i stawiając w centrum idealnej duchowości człowieka. Miłość jako fundamentalne doświadczenie sensu w życiu każdego autentycznego chrześcijanina i człowieka dobrej woli. Chodzi tu oczywiście także o miłość między kobietą a mężczyzną.
Czy jednak taki fenomen może się obejść – uchronić – bez szklanego klosza?

greydot

Ksiądz, biskup, kardynał i papież pisze o różnych odcieniach miłości między kobietą a mężczyzną.
Czy można tak przekonująco pisać o miłości nie zaznawszy jej we własnym sercu, ale też… i na własnej skórze?
Pomińmy pewne pomówienia i insynuacje odnośnie Wojtyły, co do jego intymnej przeszłości i młodzieńczych namiętności, które jakoby nie zatrzymały się na uczuciach platonicznych.
Jeśli już o tym mówimy: dla mnie osobiście kwestia prawdziwości czy fałszu owych rewelacji nie ma większego znaczenia i w najmniejszym stopniu nie rzutuje na mój stosunek do jego autorytetu. Innymi słowy: w moich oczach nie rzuca to żadnego cienia na tego człowieka, nawet w kontekście sprawowanych przez niego kościelnych „godności”.

„Przed sklepem jubilera” daje natomiast świadectwo temu, jak bardzo Karol Wojtyła pragnąłby widzieć miłość między kobietą a mężczyzną jako uczucie sakralne.
Ale czy takie uczucie nie wymaga ochrony szklanego klosza?
Ta tęsknota za czystą miłością nieobca jest żadnemu poecie, żadnemu idealiście, romantykowi i marzycielowi, który składa swe uczucie na ołtarzu sztuki, wiary, religii… Przypomina jako żywo pasję, jaka spalała choćby Kierkegaarda w jego poszukiwaniu idealnej – i utraconej – kochanki.

Bohaterowie „Przed sklepem jubilera” są ludźmi spośród nas, ale nie mówią do siebie językiem jakim mówimy między sobą. Ich sentencje, wypowiedzi są w rzeczywistości tezami autora. Czy tę sztuczność można tolerować w zakresie umowności jaką zakłada teatralna forma? Oczywiście, że tak – jeżeli tylko popatrzymy na to jak na symbol. Ale przecież symbol gubi się często w niejasności, nieokreśloności… Może więc lepiej spojrzeć na to tak, jak zrodziło się to w umyśle twórcy: jako na przesłanie człowieka, który zaczął odczuwać swoje wielkie powołanie filozofa, myśliciela i moralisty.

greydot

Na scenie pełni energii, pasji, uczucia  i wrażliwości, bardzo utalentowani młodzi ludzie. Na widowni seniorzy: niemal całą publiczność stanowili ludzie powyżej 60 roku życia.
Czy religia nie staje się częstszą domeną w świecie ludzi starszych? Czy papież zyskuje rezonans tylko wśród seniorów? Perspektywa zbliżającego się kresu życia wydaje się wzmagać w człowieku metafizyczne pragnienia, a mówiąc prościej: potrzebę oparcia, pociechy, ukojenia, poszukiwania nadziei… także w wierze.
Ale przecież do papieża lgną na całym świecie ludzie młodzi – Jan Paweł II ma szczególny dar trafiania do młodzieży – poprzez swoją szczerość, otwartość, bezpośredniość… brak „zadęcia”. Miłość i szacunek do tego człowieka niewiele ma więc wspólnego z różnicami wieku. Natomiast ma wiele wspólnego z pragnieniami ładu serca, z poszukiwaniem życiowych drogowskazów w świecie aksjologicznego chaosu.

A więc młodzież wyśpiewująca (na przedstawieniu) hymny o miłości przed chylącymi się ku ziemi staruszkami. Czy jednak zmarszczki, wiotka skóra, zruojnowane chorobami i wiekiem ciało nie kryją w sobie żywej wrażliwości? Te łzy, które widziałem w ich oczach nie mogły mieć swojego źródła w wyschniętych sercach. I nic nie miały wspólnego z płytką ckliwością.

greydot

Czysty, uwznioślony, uduchowiony szklany klosz „Przed sklepem jubilera” z górującym nad nim obrazem Czarnej Madonny częstochowskiej. Autentyczne wzruszenia, nie tylko dewocyjnej, religijnej natury. Dla wielu: enklawa ideału, oaza miłości…
W jakim to wszystko stopniu realne-nierealne?
Po wyjściu z teatru widzowie napotykają na parkingu grupę wyrostków.Te klną, wymachują rękami, wydając przy tym, jakieś dzikie wrzaski i odgłosy.
Jedna ze starszych kobiet zwraca się w ich stronę: „Are you guys nuts?” W odpowiedzi słyszy głupkowaty rechot i wystawiony środkowy palec.
Klosz pęka.
Młodzież na scenie, młodzież na samochodowym parkingu. Zderzenie, konfrontacja.
Gdzie jest szaleństwo, gdzie rzeczywistość? Gdzie patologia, gdzie normalność? Gdzie prawda – zmyślenie, gdzie realizm – złudzenie?
Czy istnieje wyraźna granica? A może wszystko to zmieszane jak w bosko-diabelskim tyglu?

greydot

Książka Jana Pawła II „Przekroczyć próg nadziei” światowym bestsellerem. Miliony sprzedanych egzemplarzy.
Zapytajmy się jednak:
Jak wielu spośród tych, którzy książkę kupili, również ją przeczytało?
Jak wielu spośród tych, którzy ją przeczytali, jednocześnie ją zrozumiało?
Jak wielu spośród tych, którzy ją zrozumieli, również się nią przejęło?
Jak wielu spośród tych, którzy się przejęli, doznało objawienia, czy choćby tylko… zmieniło siebie i swoje przyzwyczajenia?

Redukcja ad sacrum: ilu tych prawdziwych świętych i czy w ogóle są tacy?
Oto co zostało z milionów. Ale czy nie za dużo wymagamy od czegoś, co jest po prostu tylko wywiadem?

greydot
Głoszenie ideałów, głoszenie konieczności moralnej odnowy, nawrócenia się, naśladowania Chrystusa, oddania się pod opiekę Matki Boskiej…
Nawoływanie do rezygnacji z drogi grzechu, do wyzwolenia się ze zgubnych skłonności, do wejścia na drogę cnoty – do poszukiwania i oddania się uniwersalnej Miłości…
Katastroficzne wizje, opętanie współczesnego świata przez Szatana; Sodoma, Gomora i Babilon; zbliżająca się zagłada świata, który stał się siedliskiem grzechu, wszelkiego zepsucia i występku.
Chrystus jako jedyny Wybawiciel; powrót do Boga, zaufanie Bogu, poddanie, modlitwy…

Większość ludzi normalnie funkcjonującego społeczeństwa odrzuca (lekceważy) ten mistyczno-religijny prozelityzm, tercjarską gorliwość i trącący katastrofizmem radykalizm, często uznając to – bardziej lub mniej otwarcie – za oderwanie od rzeczywistości ględzenie nawiedzonych kaznodziejów, czy też wprost za obłąkanie.

Parę miesięcy temu byłem w Nashville. Nie wszyscy o tym wiedzą, że miasto to, znane na całym świecie jako stolica muzyki country, jest równocześnie największym w Ameryce ośrodkiem życia religijnego. Taki protestancki Watykan Południa. To właśnie tutaj drukuje się lwią część literatury religijnej wydawanej w Stanach Zjednoczonych.
Trafiłem w Nashville przypadkowo na rodzaj giełdy książkowej, gdzie dosłownie za centy można było wynieść w torbie kilogramy książek.
A najwięcej było literatury zbawiającej świat i zaludniających go grzeszników.
Całe stosy dzieł nawiedzonych proroków, którzy na wylot przejrzeli zepsucie współczesnego świata i biją na trwogę w dzwony, by się opamiętać.
Tony książek pełnych wspaniałych receptur na odnowienie moralne ludzkości – walające się po ziemi, pod stołami, na straganach – pod brezentowym namiotem giełdy.

I zastanawiam się: jest to wszystko dowodem na stałość i nieśmiertelność pewnych tendencji ludzkiego myślenia, czy też bardziej wskazuje na marginalne traktowanie tego przez społeczny zdrowy rozsądek (jeśli takowy w ogóle istnieje).
Kiedy metafizyczne dreszcze i prorocze natchnienia zamieniają się w bezużyteczną makulaturę? Jeśli nawet na początku był autentyzm (nie mówimy tu o fałszywych prorokach ani o oszustach żerujących na ludzkiej naiwności), czy też religijnego doświadczenia, (które jednak było, jest i będzie jednym z elementów kształtujących świadomość człowieka i naszą cywilizację, czy nam się to podoba, czy nie) to na końcu nikt nie zwróci uwagi na to wypompowane, ludzkie szaleństwo wypełniające tekturowe pudła pod straganami w Nashville.

greydot

W ustach namaszczonych, uznanych filozofów, uduchowionych a mających posłuch proroków, wywyższonych katedralnie profesorów – szeroko uznanych i skanonizowanych autorytetów moralnych i moralnych – pewne stwierdzenia brane są za zdrój mądrości, za uniwersalne wytyczne, niekiedy nawet wręcz za katechizm.
W ustach Everymana – człowieka prostego, obskurnego – te same słowa mogą być zupełnie ignorowane, lub też wzięte na objaw szaleństwa. A przecież żadne usta nie mają patentu ani monopolu na mądrość, wzniosłość, patos, honor, dumę… nie wspominając już o prawdzie.

greydot

Wydaje się, że wszelkie rozważania człowieka dotyczące spraw zasadniczych, ostatecznych, absolutnych i fundamentalnych, odbywają się często na granicy obłędu.
Nic dziwnego: rzucony w otchłanie Kosmosu pyłek usiłuje pojąć Boga, Wszechświat, Wieczność, Absolut…

greydot

To, co uznajemy niekiedy za szaleństwo, jakże często inicjowało przełomy i wyznaczało tory, jakimi biegła i rozwijała się ludzka cywilizacja.
A więc szaleństwo jako nieodzowne ogniwo w łańcuchu ewolucyjnym ludzkich idei i umysłu Homo sapiens?
Jeśli tak, to skąd ta nieuniknioność?
Czy  aby nie stąd, że człowiek jako istota ułomna, ograniczona, śmiertelna i determinowana przez mechanizmy kosmiczne, nad którymi nie ma panowania, jest często bezradny, przyparty do muru, bezsilny? Staje przed sytuacjami, które go po wielokroć przerastają. A wtedy tylko szaleństwo daje mu złudzenie drogi wyjścia i ucieczki.

greydot

W którym momencie zostaje przekroczona granica, za którą świat ideałów i wartości wyższych staje się tylko światem urojonym bez zbawiennego, uszlachetniającego i uzdrawiającego wpływu na naszą rzeczywistość – na życie realne?
Jak cienka jest ścianka szklanych kloszy?

greydot

Jedna z moich znajomych pozostawiła mi pewnego razu plik swoich wierszy. Oto jeden z nich:

Czy tańczyłeś z Jezusem?
Ja tańczyłam,
był w białej szacie,
sandały miał na stopach,
był piękny jako kwiat lilii.
Twarz mu jaśniała od blasku promieni,
suknia powiewała jak smuga cienia.
Był lekki, taniec był jako wiatr
nieuchwytny, a wciąż był obok mnie.
Muzyka podkreślała poezję jego tańca.
Był jako jedwab, lekki, zwiewny,
był jak Bóg, bo Bogiem był.
Czy tańczyłeś z Jezusem?
Ja tańczyłam, jako Jego kwiat.

greydot

W czasach mojej młodości miałem przyjaciela, który do szaleństwa kochał Ewę.
Ewa była dziewczyną przepiękną: kształty bóstwa, cudowny biust, wspaniałe nogi i burza jasnych włosów okalających śliczną twarz… I jeszcze ta jej dusza: wrażliwa, uduchowiona, poetycka, dążąca do ideału…
To właśnie ta dusza stanęła na przeszkodzie, by spełniła się miłość mojego przyjaciela.
Ewa była bowiem zaangażowana w ruch oazowy. Doznała gwałtownego nawrócenia (nie bez znaczenia było to, że jej ojciec był wysoko postawionym działaczem partyjnym), przeżyła nagły przypływ religijnej gorliwości – zatopienie w modlitwie, jakieś myśli o wstąpieniu do zakonu…
Ewa, oprócz tatusia, kochała jeszcze mocno Jezusa. To był jej Pan, obiekt Wielkiej Miłości.

Kolega przeklinał oazy, przeklinał tatusia, przeklinał księży, przeklinał nawet Chrystusa; przeklinał wszystkich, którzy – o czym był przekonany – zabierali mu jego ukochaną.
A jej samej mówił: „Nie stać Cię na miłość do człowieka, do mężczyzny, który gotów jest dla Ciebie poświęcić wszystko! Wyimaginowałaś sobie jakąś miłość, która ma spełnić się gdzieś w zaświatach. Miłość do wymyślonego, bezcielesnego kochanka! Uciekasz od miłości ludzkiej, prawdziwej!”

Nic nie pomogło. Przyjaciel rozstał się z Ewą.
Ewa w końcu skończyła studia, dwa fakultety – prawo karne i cywilne.
Kolega wyjechał do Ameryki.
Po dwóch latach od jego wyjazdu Ewa wyszła za mąż, urodziła dziecko.
Minęło 6 lat.
Wiem, że przyjaciel myśli o nawiązaniu kontaktu z Ewą. Wiem, że Ewa chciałaby spotkać się z przyjacielem. Pierwszej Wielkiej Miłości nie zapomina się do końca życia.

greydot

„Pod szklanym kloszem” to jedyna powieść  – autobiograficzna zresztą – jaką napisała Sylvia Plath, poetka amerykańska. Tragiczna postać, o której do dzisiaj się nie zapomina. (O ile dobrze sobie przypominam, nawet Waldemar Łysiak poświęcił jej sporo miejsca w swoich „Wyspach bezludnych”.)
Dla Sylvii Plath jej szklany klosz do pewnego momentu był ochroną. Nadszedł jednak czas, kiedy świat za kokonem złudzeń stał się nie do zniesienia, a klosz za kruchy, by wytrzymać napór i uderzenia twardej realności.
A może to właśnie nie do zniesienia stał się świat urojony – ten wewnątrz jej szklanego klosza – a jego ściany za grube, by można było się poza nie wydostać?
Sylvia Plath popełniła samobójstwo, wkładając głowę do pieca kuchenki gazowej. Osierociła dwójkę małych dzieci.

greydot

Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy jednak skazani na budowanie szklanych kloszy – światów utkanych ze złudzeń i nadziei.
Jednakże z wszystkich tych światów najważniejsze są te, które dzielimy z innymi ludźmi. Ot, choćby jak najbardziej realny świat słońca, lasów, morza, gór… świat naszych rodzin, bliskich, przyjaciół… Świat życia naszego powszedniego – realny świat, w którym mimo wszystko możliwe jest prawdziwe szczęście, a choćby tylko jego momenty.

greydot

* Zapiski pochodzą z 1997 r. i opublikowane zostały na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 7 grudnia ’97.

(Zdjęcie własne: anioł ze zbiorów Muzeum Watykańskiego)

.