OBRAŻALSKIE UCZUCIA albo o smaku (i sensie) prowokacji

Scena w The Brooklyn Museum of Art. Zgorszony widz wystawy 'SENSATION" zamalowuje białą farbą pracę Ofili'ego "The Holy Virgin Mary", do stworzenia której artysta użył m.in. zwierzęcych odchodów. Kardynał Nowego Jorku John O'Connor uznał obraz za atak na katolicką religię.

SKATOLOGII CIĄG DALSZY

Największa awantura kulturalna (jeśli w ogóle jakaś awantura może być kulturalna) końca ubiegłego wieku miała miejsce we wrześniu 1999 roku w Nowym Jorku. Brooklinskie Muzeum sztuki wystawiło kolekcję marszanda Saatchi’ego złożoną z dzieł młodych brytyjskich artystów. Kolekcja nazywała się „SENSATION”.
I rzeczywiście, jak stwierdzili jej bywalcy, obcując z tą sztuką można było doświadczyć „sensacji”… głównie żołądkowych. W salonach szacownego Muzeum czekały bowiem na zwiedzających m.in.: rozkładająca się głowa zjadana przez żerujące na niej muchy i robaki, przecięta na połowę świnia z wywalonymi na zewnątrz wnętrznościami, głowa mężczyzny uformowana z  zamrożonej krwi autora, zamarynowany rekin… etc. Lecz największy szok wywołał portret podpisany jako „The Holy Virgin Mary” i udekorowany… wycinkami z pornograficznych gazet i łajnem słonia.

Wybuchł skandal, który wkrótce przerodził się w otwartą wojnę między dyrekcją Muzeum a władzami miasta Nowy Jork z burmistrzem Rudolpho Gulianim na czele. Wstrzymał on wynoszącą 7 mln. dolarów – dotację dla brooklynskiej placówki i polecił zamknąć wystawę. Sprawa trafiła do sądu federalnego, który rozstrzygnął ją na korzyść Muzeum, powołując się na pierwszą poprawką do konstytucji dotyczącą wolności wypowiedzi. W werdykcie napisano, że władze miejskie muszą finansować Muzeum „nawet gdy wystawia on przedmioty (czyimś zdaniem) obsceniczne, obrażające uczucia religijne, nacechowane agresją, chore, obrzydliwe i pełne nienawiści”.
W ankiecie CNN zwolennicy i przeciwnicy obu stron podzielili się równo fifty-fifty.

Podczas kazania w Katedrze Św. Patryka na Manhattanie, kardynał Nowego Jorku John O’Connor powiedział: „Jestem zasmucony tym co wydaje się być atakiem nie tylko na naszą Błogosławioną Matkę… ale można zapytać, czy nie jest to atak na naszą religię i w szczególny sposób na Kościół katolicki”. Głos zabrała także Hilary Clinton, nie aprobująca posunięć burmistrza: „Jest to niewłaściwe, by karać taką instytucję, jak Muzeum Brooklynskie”; co Guliani skomentował w słowach: „Cóż, w takim razie ona się zgadza, by używać publicznych funduszy do ataków na religię katolicką”.

Nazajutrz po tych wystąpieniach, do sal wystawowych ruszyły tłumy. Pierwszego dnia sprzedano ponad 9 tys. biletów po 10 dolarów każdy. W 175-letniej historii Muzeum padł frekwencyjny rekord. Ktoś jednak zasugerował, by do każdej wejściówki dołączyć torebkę na wypadek wymiotów, podobną do tych, jakie dostają pasażerowie w samolotach.

Skutek potępień był taki, że na pniu wykupiono wszystkie dostępne – wykonane podobną techniką – obrazy autora, płacąc za każdy z nich po 45 tys. dolarów. Dla Chrisa Ofili’ego, czarnoskórego Brytyjczyka, którego najsłynniejszym dotychczas obrazem było dzieło zatytułowane „The Adoration of Captain Shit”, burza ta i kondemnacja okazały się żyłą złota. A wszystko zaczęło się podobno w Zimbabwe, gdzie artystę zainspirował robiący kupę słoń. Tam też zaopatrzył się on po raz pierwszy w materiał „malarski”, który następnie uzupełniał w londyńskim zoo.
Groteskę tę ubarwił dodatkowo pewien 72-letni pan, który przemycił na wystawę białą farbę, a następnie rozsmarował ją gołymi rękami na obrazie (action painting?) Natychmiast powstał problem, który z restauratorów będzie w stanie oczyścić… gówno z farby.

Jakie są granice protestu? Obrażony Daniel Olbrychski w Zachęcie tnie szablą wizerunki znanych aktorów przebranych w nazistowskie mundury.

BURZE W ZACHĘCIE

Również warszawska Zachęta przeżywała swego czasu burzę po burzy. Pierwszą wywołał Daniel Olbrychski rzucając się z szablą (Kmicica) na portret przedstawiający go w hitlerowskim mundurze, a pokazany na wystawie „Naziści”. Druga to skutek umieszczenia w galerii figury Jana Pawła II przywalonej meteorytem i reakcji jednego z polskich posłów, który eksponat częściowo rozmontował.

Na pytanie: „kto się w Zachęcie wygłupił?” odpowiedziałbym: wszyscy – zarówno autorzy, jak i protestujący w ten (dość histeryczny) sposób panowie. I chyba jednak Olbrychski z posłem bardziej.
Argumenty Olbrychskiego są wg mnie niepoważne i zgoła sztubackie, zaś Wojciech Tomczyk powinien działać tam, gdzie jego miejsce, czyli w Sejmie. Obaj zdecydowali się na „obronę” pewnych wartości stosując metodę trącącą groteską i chuligaństwem.
W  moim pojęciu „Naziści” byli dość niewinną zabawą z powszechną jednak, choć nie do końca uświadomioną, fascynacją niemieckim mundurem, którą – głównie wśród powojennych pokoleń – rozbudziła kultura masowa, zwłaszcza fikcja kina. Z kolei pomysł włoskiego artysty Maurizia Cattelana raził bardziej niedorzecznością, niż bluźnierstwem przeciwko Papieżowi, i jeśli już kogoś ośmieszał, to swojego autora.
Olbrychski i Tomczyk, chcąc zaprotestować wobec domniemanym przez siebie obrazoburcom, popełnili błąd kardynalny: dali się sprowokować, poświadczając (i uwiarygodniając niejako) swym ostentacyjnym zachowaniem rangę i trafność prowokacji, wyprowadzając ją przy okazji na szersze wody.

UKRZYŻOWANA ŻABA

Swoją hecę z „obrazą uczuć religijnych” mieli także parę lat temu Włosi, kiedy to Museion Museum w Bolzano wystawiło dzieło nieżyjącego już artysty niemieckiego Martina Kippenberga pt. „Zuerst die Fuesse” przedstawiające rozpiętą na krzyżu półtorametrową, pomalowaną na zielono drewnianą żabę z wystawionym językiem, która w jednej ręce trzymała kufel do piwa, zaś w drugiej jajko.

O dziele Martina Kippenberga pt. "Zuerst die Fuesse" wypowiadał się sam papież Benedykt XVI, a szef lokalnych władz strajkiem głodowym domagał się usunięcia żaby z muzeum.

Wśród włoskich katolików zawrzało, nie obyło się nawet bez strajku głodowego przewodniczącego lokalnych władz, który w  ten sposób domagał się usunięcia żaby z muzeum. Głos w tej sprawie zabrał nawet sam Papież Benedykt XVI stwierdzając: „krzyż jest symbolem miłości bożej i naszego odkupienia” i dlatego praca ta „obraża uczucia religijne wielu ludzi”, (dla których właśnie krzyż jest takim symbolem.)

Cóż, pomyślałem wtedy, że jeśli tak bardzo owi Chrześcijanie się oburzyli i poczuli śmiertelnie wręcz obrażeni, to symbol krzyża mogą rozumieć dość infantylnie i raczej płytko, bo kojarzą go (utożsamiają niejako) z dwiema deskami z drewna, zbitymi przez człowieka, który umieścił na nich wyrzeźbioną przez siebie żabę. I tyle… I przez to ma się rozwiać prawdziwa istota symbolu krzyża, który konstytuował przestrzeń religijną Chrześcijaństwa przez dwa tysiące lat?! Dlaczego tak trudno było dostrzec to, że jest to po prostu absurdalne?
Jeśli czyjaś wiara zachwieje się na widok wyrzeźbionej z drewna i pomalowanej na zielono żaby na krzyżu, to co to za wiara?
Konkludując: czy nie byłoby lepiej gdyby papież zignorował po prostu ów pseudo-artystyczny wybryk (nazywam to wybrykiem, bo moim zdaniem żaba ta większej wartości artystycznej nie ma) – a nie wypowiadał się o nim, na dodatek w tak inkwizytorskim tonie? Czyniąc coś podobnego, można jedynie nadwyrężać i podkopać swój autorytet (tym bardziej, że muzeum w Bolzano polecenia papieża nie usłuchało i żaba wisiała sobie dalej).

PROWOKACJA – PO CO?

Reakcja na prowokację przede wszystkim ją uwiarygodnia, z czego nie zdają sobie sprawę ci, którzy dali się sprowokować. Bezwartościowa sztuka jest bezwartościową sztuką dopóki ktoś nie przyda jej wartości – a to może się odbywać także niejako a rebours, np. poprzez jej potępienie, „wyklęcie”, zwrócenie na nią nadmiernej uwagi, wyniesienie jej na widok publiczny w atmosferze skandalu…
Opisane przeze mnie reakcje oburzonych i (w swoich uczuciach) obrażonych nie zawsze jednak świadczą tylko o tym, że połknęli oni haczyk prowokatora, bo przejrzeli wymowę „dzieła” i zrozumieli intencje artysty. Czasem jest wprost przeciwnie: zdarza się, że ich przewrażliwiona i na wskroś neurotyczna reakcja wynika z nieporozumienia, albo wręcz z niezrozumienia utworu czy gestu artysty. Jednak zazwyczaj z artysty nie ma co robić niewiniątka, zwłaszcza jeśli jest kutym na cztery nogi kontestatorem i programowo ustawia się okoniem do powszechnego porządku oraz „tradycyjnie” szanowanych wartości, kwestionując obowiązujące w danym społeczeństwie normy i reguły. Ponadto artysta nie może się dziwić, że wkładając palec między drzwi, ktoś mu może ten palec przytrzasnąć (na co on zwykle woła z bolesną miną: „auć!”)

Jaka może być wartość prowokacji?
Nie mówimy o rzeczy trywialnej: zaistnienie w świecie „sztuki” i rosnące konto w banku (choć kto wie, czy właśnie trywialność nie jest tym, co najbardziej trafia w sedno rzeczy?)
Czy zakwestionowanie albo odrzucenie powszechnie przyjętych zasad i wartości może mieć samo w sobie jakąś wartość? Czy też raczej wprowadza w ludzkie głowy zamęt i zwątpienie w sens tego, w co dotychczas wierzyli? Scala, czy też rozbija? Jeśli jest to walka o inny porządek, to jaki to jest porządek i czy będzie on lepszy od dotychczasowego? A jeżeli lepszy – to dla kogo? A może jednak gorszy?
Czy prowokacja nie bywa po prostu zwykłą agresją i czy nie wynika z charakterystycznego dla człowieka instynktu destrukcji? Może to cios w społeczeństwo – bo skoro ja nie wierzę, to i ty nie możesz  wierzyć, bo skoro ja ginę, to i ty musisz zginąć – tak więc zróbmy jakąś zadymę, dajmy komuś po mózgu, zabalujmy raz jeszcze… a po nas choćby potop.
A może chodzi tu tylko o zabicie nudy?

Wróćmy jeszcze do obrażonych uczuć, zwłaszcza uczuć religijnych, które jakoś szczególnie – jak to często widzimy – podatne są na obrazę.
Sądzę, że dla dobra społecznej terapii, warto byłoby uzmysłowić sobie (zrozumieć) i ponownie ustalić granice między sacrum a profanum – czyli wydzielić obszary, na których obie te sfery byłyby w pewnym sensie autonomiczne, a mówiąc trywialnie – gdzie nie wchodziłyby one sobie w paradę. Mam tu na myśli także – a może nawet przede wszystkim – wymiar umysłowy i psychiczny, czyli dotyczący ludzkiej myśli i psyche.
A wyrażając się prościej: niech sobie Ofili maluje gównami Matkę Boską, a Cattelano przygniata kamieniem kukłę papieża w muzeum; niech wieszają sobie w Zachęcie fotosy idoli pop-kultury w szwabskich mundurach, a we Włoszech przybijają do krzyża drewnianą zieloną żabę z wywalonym na wierzch ozorem; niech sobie pani Nieznalska wiesza (swoje i nie swoje) genitalia gdzie chce, a inny polski artysta tarza się po podłodze, stając się dzięki temu magistrem sztuki i robiąc przy okazji swoich nauczycieli w balona…
Chodzi o to, abyśmy w balona nie dali się zrobić sami. I nie byli aż tak bardzo obrażalscy.

*  *  *

Marcel Duchamp, "Fontanna" - przez wielu europejskich krytyków sztuki pisuar ten uznany został za najważniejsze dzieło sztuki XX wieku (Muzeum Sztuki Współczesnej, Paryż, zdjęcie własne)

„KONCEPT” W SZTUCE WSPÓŁCZESNEJ – PRZYKŁADY


Długi nos sztuki współczesnej – Musée d’Art Moderne, Paryż (zdjęcie własne)

*

Dopóki w sztuce panowały określone kryteria jej tworzenia i odbioru, dopóty była ona w miarę spójna i dość łatwo można było określić co jest dziełem sztuki, a co nim nie jest. Kiedy po kolei zaczęto wszystkie te kryteria kwestionować, lekceważyć, ignorować i pomijać, taka klasyfikacja stawała się coraz bardziej trudna, aż wreszcie – czego doświadczamy obecnie – wręcz niemożliwa.
Z czasem naruszono wszelkie możliwe tabu i dziś za sztukę uznaje się wszystko, przez co samo pojęcie „sztuka” czy „artyzm” straciło swój sens. Nie wyróżnia już bowiem niczego.

To, co się dzieje we współczesnych galeriach sztuki, przechodzi niekiedy ludzkie pojęcie. „Artyści” przebijają się w swoich szokujących i absurdalnych pomysłach. W ich kontekście, nawet nieśmiałe wspomnienie o takich wartościach, jak dobro czy piękno, grozić może jedynie ośmieszeniem.

Wymiotująca głowa. Nathaniel Mellors – „The Object (Ourhouse)”, British Art Show 7

KILKA POMYSŁÓW NA WYSTAWĘ W GALERII

Grzegorz Klaman chciał w Gdańsku wystawić na pokaz prawdziwe ludzkie płody, lecz spotkały go niejakie trudności z uzyskaniem embrionów ze szpitali, więc zaprezentował jedynie ich zdjęcia.. Wcześniej wykreował eksponat z ludzkich jelit.
Tracy Amin w Brytyjskiej Akademii Królewskiej rozbiła namiot, na jego płótnie powypisywała imiona swoich licznych kochanków, a na środku umieściła embrion, który był rezultatem aborcji po jednej z jej seksualnych przygód.
Bracia Chapman wykreowali grupkę małych dziewczynek, którym z nosów wyrastały męskie członki w stanie erekcji. Inne ich dzieło w postaci wykastrowanych i poćwiartowanych ciał, jest już bardziej konwencjonalne.
– Na oczach publiczności, rozebrany do naga polski artysta, tarza się po leżącym na podłodze krucyfiksie (praca dyplomowa w warszawskiej ASP).
Chris Ofili używa zwierzęcego łajna do dekoracji swych obrazów, a Andres Serrano wsadza krzyż do moczu i fotografuje w locie swoją spermę podczas wytrysku.
Katarzyna Kozyra ustawiła piramidę z wypchanych zwierząt, co w jej deklaracji było protestem przeciw ich zabijaniu i konsumpcji. Artystka chciała nam w ten sposób uświadomić, że zjadamy martwe zwierzęta. (Ja przyznaję się tylko do koguta – przyp. LA.) Kozyra wspomina, że płakała, gdy przyszło do zabicia – co było konieczne do stworzenia tej pracy – konia, który „miał tak samo na imię, jak ja – Kasia”. Mimo to, moment uboju, jak również ćwiartowania mięsa nagrała na taśmie video, co również uznała za sztukę – część swojej pracy dyplomowej. Innym jej artystycznym pomysłem było nakręcenie w łaźni (oczywiście bez wiedzy i przyzwolenia ukazanych osób) filmu, który ukazywał stare kobiece nagie ciała. Zachęcona sławą jaką jej to przyniosło, przyprawiła sobie sztuczny członek i wybrała się do łaźni męskiej, gdzie stworzyła równie wymowne i (nomen omen) odkrywcze video.
– Kariera holenderskiej artystki Tinkebell zaczęła się od tego, że złamała ona kark swojemu (choremu podobno) kotu, obdarła go ze skóry i wystawiła w galerii jako „torebkę”. Rozgłos jaki jej to przyniosło spowodował, że Tinkabell poszła „za ciosem” i zaczęła wypychać inne zwierzęta „domowe”, takie jak świnka morska (zrobiła z niej zdalnie sterowaną zabawkę), psy (jednemu ze szczeniaków przykręciła kółka, inny znów pies służył jako „ozdoba” do powieszenia na ścianie), koty (zszywając je np. z psami w dziwaczną hybrydę)… Wszystkie zwierzęta zabija własnoręcznie, a cały proces przerabiania ich w przedmioty nagrywa na video. Kupców na owe „dzieła sztuki” nie brakuje, także właścicieli galerii, gdzie są one wystawiane na widok publiczny.
–   …etc.

Kilka z powyższych przykładów, (z których większość podlega chyba bardziej domenie psychiatrii niż sztuki) wymienił podczas jednego z polskich kongresów kultury, znany krytyk sztuki Andrzej Osęka, który stwierdził przy tej okazji, że „do muzeów i salonów artystycznych weszła sensacja – ta sama, którą sprzedaje się w  telewizji i kolorowych pismach: trupy ludzkie i zwierzęce w kałużach krwi, fotografie morderców i ich ofiar oraz wywalone na wierzch wnętrzności; ponadto rozmaite substancje, które przedstawia się jako ślinę, kał, mocz, spermę.” A swoją wypowiedź skonkludował następująco: „W kręgu sztuki dzisiejszej wszystko da się powiedzieć. Wszystkie komentarze są w jednakowym stopniu niemożliwe do zweryfikowania. Wszystko może być dziełem sztuki, (do którego) można dołączyć dowolne hasła i słowa, a i tak nie będzie to miało żadnego znaczenia.”

Nihilizm w sztuce współczesnej nie ma wymiaru nietzscheańskiego. Rzadko kiedy przybiera wartość konsekwentnej negacji porządku świata, (co kiedyś było udziałem prawdziwych buntowników przeżywających autentyczny dramat). Wyraża się zwykle nie przez bunt czy gniew, lecz poprzez beznadziejną, przygnębiającą jałowość, świecąc (?) przy tym pustką.

Złom jako sztuka – uchwycone w Los Angeles County Museum of Arts, Kalifornia (zdjęcie własne)

*

KLUB WTAJEMNICZONYCH

Wiele nurtów sztuki współczesnej powstało w opozycji do istniejących dotychczas wartości estetycznych, często zwalczając przy tym „elitarność” sztuki tradycyjnej, klasycznej – tej o ustalonych kanonach, „uświęconych” umieszczeniem ich w muzeach, czy w innych (salonowych) galeriach świata. Była to walka o własną estetyczną „Lebensraum”, która zawsze – bardziej lub mniej świadomie – łączyła się z dążeniem do zastąpienia elit istniejących elitą własną (za taką elitę uważała się np. grupka ludzi skupiona wokół Warhola w jego „Factory”).
A wiadomo, że za każdą elitą cięgnie się „ogon”, czyli dwór i świta wyznawców oraz apologetów, którzy się snobują mając wrażenie, iż elitarność ta udziela się także im samym.

Lecz za poczuciem (pragnieniem) wyjątkowości, (czy też swoiście pojmowanego „arystokratyzmu”) kryje się jeszcze coś innego. Krzysztof Zanussi napisał kiedyś: „Rynek sygnowanych dzieł sztuki interesuje rzeczywiście inwestorów i krytyków, dwie kategorie pasożytów obsługuje się nawzajem (…). (Publiczność) zastępują ‚wtajemniczeni’ – kategoria z natury rzeczy podejrzana, bo zupełnie nie tożsama z elitą. Wtajemniczeni to członkowie klubu, którzy zmówią się na jakiś temat i tworzą na własny użytek wewnętrzną skalę wartości (…) – przypominają klub hobbystów. Kiedy oglądam publiczność na pokazach ewidentnie niedorzecznych ‚instalacji’ czy równie pustych ‚performances’, poza wrażeniem hibernacji (bo to samo widziałem już w Nowym Jorku przed dwudziestu laty) mam wrażenie, że wśród widzów dominuje potrzeba uczestnictwa w ekskluzywnym klubie, którego znakiem rozpoznawczym jest obecność na artystycznym obrzędzie. To, jak ten obrzęd czy dzieło opisuje świat, stało się sprawą, podejrzewam, drugorzędną, a tymczasem prawdziwe życie sztuki na takim oddziaływaniu się powinno zasadzać (…).
Czemu służą różne instalacje i ‚performances’ w sztuce współczesnej i jakie wyższe wartości reprezentuje malarstwo, o którym zmowa przekupnych krytyków orzekła, że jest wybitna a nikt nie chce z nim obcować na co dzień? Oskarżenie o przekupność (może w końcu troszkę przesadzone), wysnuwam z faktu, że współczesny obraz służy najczęściej jako lokata pieniędzy i często spoczywa w sejfie, a więc służy raczej do operacji handlowych, a nie dostarczaniu estetycznych wzruszeń.”

WIRTULANDIA I ERZACIARNIA

Wiek XX spustoszył Europę nie tylko materialnie (dwie wojny światowe, masowe ludobójstwo, totalitaryzm – katastrofy i szaleństwa mające na swym koncie blisko 200 mln. ofiar i anihilację całych miast), ale i „duchowo”, powodując ogromną aksjologiczną wyrwę i ogólną dehumanizację człowieka. Zakwestionowanie (i rażąca nieskuteczność) uznawanych dotychczas wartości (jakie niosła ze sobą nie tylko religia, ale i systemy filozoficzne usiłujące na swój sposób porządkować społeczeństwa – jak choćby marksizm) wywołało dezorientację, zamieszanie i pustkę, którą usiłowano wypełnić tworzonymi ad hoc i dość chaotycznie ersatzami, albo też nie tworząc zgoła nic, a nurzając się tylko w ekscesie, jałowości, absurdzie i nonsensie. I tak oto obudziliśmy się z ręką w postmodernistycznym nocniku.

Co ciekawe (ale i konsekwentne) pierwsi w sens dotychczasowych (w tym także konserwatywnie „tradycyjnych”) wartości zwątpili artyści, kwestionując nie tylko dorobek całego dziedzictwa europejskiej sztuki, ale i stworzonego przez śródziemnomorską cywilizację systemu etycznego. Stąd np. prowokacje i granie na nerwach „burżujom” uskuteczniane przez surrealistów, stąd absurd i infantylne gaworzenie tudzież wyplatanie bzdur i głupstw przez ruch da-da, stąd dramatyczne szukanie „niezbrukanego” przez cywilizację konkretu w prymitywizmie albo w fowizmie, stąd zanurzenie w konceptualnej pustce minimalizmu, stąd uczepienie się nadziei na „nowy wspaniały świat” w maszynie przez futurystów, stąd próby składania na nowo rzeczywistości z „klocków lego” przez konstruktywistów czy kubistów… etc.
Wszystko to uznano za awangardę, nie zauważając przy tym, że tak naprawdę są to tylko odpryski (i często śmietnik) europejskiej kulturalnej ruiny – taki chocholi taniec wśród rozkładających się trupów, „robiących” dotychczas za podporę cywilizacji.

Jednak warto przy tym pamiętać, że wszystko to było (naszego bankructwa kulturowego) skutkiem a nie przyczyną.
Nie przeceniałbym więc roli, znaczenia i rzeczywistego wpływu sztuki modernistycznej na tzw. rzeczywistość społeczną i kondycję współczesnego świata.
Jeśli już mamy do czynienia z jakąś maligną, to artyści są wtedy bardziej symptomami cywilizacyjnych chorób, niż ich zarazkami.

Całą tę pustkę (i wynikającą stąd bezbrzeżną nudę) usiłuje do dziś wypełnić kultura masowa (nota bene uciekając od wszelkiej głębszej refleksji), jak również naznaczona mocno nihilizmem sztuka współczesna, która błądzi po manowcach, (bo jak tu zbudować coś wartościowego i solidniejszego na „fundamentach” z niczego?) Powstają nowe kulty (mody, trendy, prądy, kierunki…) co niekiedy przypomina tworzenie się jakiejś pseudo-religii.
Wyobraźnia (ciągle wrażliwego przecież) człowieka buja więc we mgle, wymyślając coraz to inne wirtualne światy (vide: internet) – bałamucona przez innych i bałamucąc się sama. Współczesny Homo sapiens myśli o czymś coraz to innym, ale często po to, aby tak naprawdę nie myśleć. Gdy czuje ból – sięga po pierwszy lepszy z brzegu anestetyk (zwykle wątpliwej jakości); zaś gdy nie czuje już nic – stymuluje się (także często byle czym), niczym ów szczurek, który tak namiętnie i kompulsywnie naciskał dźwigienkę serwującą mu przyjemność, aż zaprzyjemnił się na śmierć i zdechł.

Również i my bywamy ofiarami tego stanu rzeczy. Ciągle zapominamy, że ersatz jest tylko i wyłącznie namiastką, i że nie możemy bez końca hasać radośnie i beztrosko w wirtulandii. A dzieje się tak dopóty, dopóki tzw. „twarda” rzeczywistość nie sprowadzi nas na ziemię. Lepiej jest jeśli stawia nas wtedy do pionu, gorzej – jeśli powala tak, że nie możemy się już więcej podnieść.

*  *  *

Sztuka współczesna jako śmietnik – jeden z eksponatów w Muzeum Sztuki Współczesnej Powiatu Los Angeles (LACMA), wraz z notką opisową pełną patronów (zdjęcie własne)

ANDY WARHOL – NICOŚĆ UOSOBIONA

Andy Warhol – biznesmen sztuki czy artysta biznesu?

*

1.

O Andym Warholu przypomniała mi ostatnio* nie tylko „Rzeczpospolita” (jego postać pojawiała się w takich filmach, jak np. „The Doors”, „Basqiuat”, „I Shot Andy Warhol”…), choć związany z 10-tą rocznicą śmierci gwiazdy pop-artu artykuł Moniki Małkowskiej pt. „Warhol od A do B” mógł bulwersować pewnymi stwierdzeniami, wśród których znalazło się m. in. i takie: „[Warhol] to najpopularniejszy na świecie artysta, z którego sławą można porównać tylko sławę Picassa”.**

Dlaczego zajął mnie ten temat?
Otóż dlatego, że interesuje mnie to co się dzieje we współczesnej sztuce, a ponadto w przeszłości twórczości Warhola dość blisko się przyjrzałem, do czego doszło zresztą w sposób przypadkowy, gdyż do pasjonowania się sztuką pop-artu zawsze było mi daleko.
Wkrótce po śmierci artysty w 1987 roku, redakcja krakowskiego magazynu kulturalno-filmowego „Powiększenie”, poprosiła mnie o napisanie szkicu o twórczości plastycznej i filmowej Warhola, co też uczyniłem.***
Przypadek drugi: parę lat temu, podczas mojego pobytu w Phoenix w Arizonie, trafiłem na wielką retrospektywną wystawę produkcji Warhola, zorganizowaną przez uniwersytecki Instytut Sztuki – i uzupełnioną wykładami. Oprócz tego, z pracami Warhola spotykałem się w niemal wszystkich większych muzeach nie tylko amerykańskich, ale i europejskich. Miałem więc możliwość pewnych konfrontacji.
Ponadto, Warhol jak nikt inny nadaje się do naszego tematu**** „końca heroizmu”, czyli współczesnej skłonności człowieka do wybierania sobie bohaterów kontrowersyjnych – urobionych z materiału dość wątpliwej jakości.

Przypomnijmy sobie pokrótce fenomen „papieża pop-artu”.
Kim był Warhol? Co sobą reprezentował? Co jest kluczem do jego twórczości – i czy taki klucz w ogóle istnienie?

2.

W zasadzie wszyscy są zgodni co do tego, że przedmioty pop-artu (za sprawą takich artystów, jak m.in. – obok Warhola – Oldenburg, Lichtenstein, Paolozzi, Segal…) wyrosły wprost z kultury konsumpcyjnej społeczeństwa amerykańskiego. Wyrosły z pustki i powierzchowności tej kultury, urastając jednocześnie do rangi dzieł sztuki. Było to możliwe dzięki potraktowaniu ich całkiem serio z estetycznego punktu widzenia. Jednak istnieje podejrzenie (wątpliwość) czy jest to faktycznie sztuka, czy też patrzeć na to mamy jedynie jak na swoiste signum temporis – jak na przedmioty, które po prostu są tym, czym są, bez odwoływania się do ich wartości artystycznej (czy też jej braku).

Z początku świat sztuki „tradycyjnej” był przerażony tymi puszkami zupy, etykietkami, komiksami, opakowaniami, butelkami Coca-Coli, banknotami… czyli tym wszystkim, od czego sam uciekał. Pop-art był tej sztuki przeciwieństwem, zaprzeczeniem, antytezą. Dla wielu był to szok i zniesmaczenie, mimo że pamiętano przecież o sedesach i suszarkach Duchampa, czy innych szalonych pomysłach – choćby dadaistów – sprzed kilkudziesięciu już lat. Nie wszyscy byli tym jednak zbulwersowani. Wprost przeciwnie! Zaczęło się od zaprezentowania przez Warhola zwykłej odbitki zdęciowej jako dzieła sztuki. Ale zdaniem niektórych nie było to jeszcze takie złe. Najgorsze zaczęło się wtedy, kiedy została ona potraktowana zupełnie serio przez tzw. „poważnych” krytyków sztuki. Skutkiem tego w połowie lat 60-tych wśród dzieł sztuki znalazły się najbanalniejsze pod słońcem przedmioty.

Warhol w sposób oczywisty pozbawił swoją sztukę wszelkiej refleksyjności – jego rzeczywistość stała się rzeczywistością poznawaną przez filtry środków masowego przekazu. „Twórczość” ta z zasady „ślizgała się” po powierzchni zjawisk i rzeczy, była odintelektualizowana na podobieństwo obrazkowej wizji współczesnego świata – redukowała rzeczywistość do beznamiętnego obrazka. Same jej tematy, dzięki swojej przypadkowości, niewiele wyjaśniają, bo tematem mogło być dosłownie wszystko: zwielokrotnione portrety Marylin Monroe, Elvisa Presley’a, Jacqueline Kennedy, czy nawet samego Mao Zedonga; poddane plastycznej, ale mechanicznej, przeróbce zdjęcia katastrof, samobójstw, morderstw; wreszcie zwykłe puszki zupy czy opakowania różnych artykułów przemysłowych.

Jednak, już w pierwszej połowie lat 60-tych Warhol ogłosił się „emerytowanym artystą” i oświadczył, że odtąd… poświęca się całkowicie kinu.

3.

Było to jednak kino szczególne, także czysto mechaniczne („chciałbym być maszyną” – mówił Warhol)), a głównymi występującymi w nim „gwiazdami”, byli przedstawiciele słynnej „Factory”, pracowni artysty na Manhattanie, o której ktoś „wtajemniczony” powiedział, że przypomina „jedną wielką melinę dla narkomanów, alkoholików, pederastów i lesbijek”. (Jedna z bywalczyń „Factory” zwierzyła się kiedyś: „Zaczęło tam wiać grozą. W ‚Factory’ zaczęli zjawiać się całkiem zwariowani ludzie, którzy pili na umór, ćpali… Wszystko to odstraszało mnie i uprzytomniłam sobie, że robi się to wszystko coraz bardziej narkotyczne, chorobliwe i męczące”.)
Dla niektórych pracownia Warhola stała się niczym innym, jak „fuck-tory”.

Tak więc, cóż to było za „kino”, które zaczął tworzyć Warhol?
Oto np. „reżyser” ustawiał kamerę i filmował, jak komuś obcinają włosy (film pt. „Haircut”, 33 min.); jak ktoś je grzyby („Eat”, 55 minut); dalej: mogliśmy podziwiać przez 5 minut ramię tancerki („Shoulder”), czy trwające ponad godzinę zbliżenie kobiecej twarzy („Face”). Jednak najsłynniejszym dziełem Warhola stał „Empire” ukazujący manhattański wieżowiec Empire State Building filmowany nieruchomą kamerą z okna stojącego na przeciwko budynku i trwający… 8 godzin.
Daruję sobie opis dalszej twórczości filmowej Warhola. Dość wspomnieć, że stawała się ona coraz bardziej bezsensowna, wulgarna, a nawet otwarcie pornograficzna („Blow-Job”). Sam twórca mówił o jednym ze swoich (u)tworów w sposób rozbrajający: „Jest to film alogiczny, bez motywacji bohatera, no i zupełnie absurdalny. Jednym słowem, bardzo przypomina życie”. Jeden ze „scenarzystów” Warhola wspomina także, że jego praca polegała głównie na „dbaniu o to, żeby wszystko było bez znaczenia”.

Sarkastycznie zareagowano na to w „Cahier du Cinema”: „Z braku i niedbałości robi się prawdziwą sztukę” – pisano. „Time” skwitował całość słowami: „brudne, sprośne, plugawe, głupie”. Sugerowano, by takie filmy pozostały jednak na zawsze tam, gdzie ich miejsce: w podziemiu, blisko rynsztoka.
Jednak stało się inaczej.
Podobnie jak plastyczną twórczość Warhola, wpisano je w historię prawdziwej sztuki, powstały setki monografii, wydawnictw albumowych; tworzono kolekcje, brano masowo dzieła Warhola do muzeów, analizowano w uczonych rozprawach… i to zwykle bez cienia krytycyzmu.

4.

Mając wzgląd na to wszystko z uwagą przeczytałem wspomniany już artykuł w „Rzeczypospolitej”, w której pisze się o Warholu, jako o najpopularniejszym – obok Picassa – artyście na świecie.
Autorka pisze wprawdzie, że „wszystko co masowe, kiczowate i pospolite stało się znakiem firmowym Warhola”, że „zniósł on podział między twórczością wzniosłą i banalną”; lecz zaraz potem zaznacza jaki to „odkrywczy” był Warhol (film!) i że „nie zawiódł” on także w innych dziedzinach; wreszcie, że „dotarł on na szczyt sławy, potwierdzonej sukcesem finansowym i przynależnością do elity.

Właśnie: sukces finansowy. Warhol stał się milionerem.
Nie bez kozery funkcjonuje od dawna mądrość niemal już ludowa, głosząca że kiedy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.
Tym sposobem wkraczamy na obszar grząski i rozległy, jaki stanowią manipulacje i rozgrywki toczące się w świecie dealerów i handlarzy sztuką. Wiadomo, że zazwyczaj głównym motywem ich działania jest zysk – i to niekoniecznie powiązany z rzeczywistą wartością sztuki, którą handlują. Chodzi o sztuczne wykreowanie mody (szumnie zwanej wtedy „prądem” lub „kierunkiem”), o wylansowanie nazwiska. Bez znaczenia właściwie jest to, co się za tym kryje: bzdet, wygłup czy beztalencie. Robi się jak najbardziej cynicznie sztuczną zadymę, zazwyczaj jest to prowokacja (najczęściej dla zdrowego rozsądku), najlepiej jeśli obrazi się przy tym jak  największą liczbę ludzi, postawi na głowie powszechnie uznawane w społeczeństwie wartości… etc. Umieszcza się to w galerii, doczepia metkę z astronomiczną ceną, ogłaszając, że jest to głębokie, prekursorskie, odważne i piękne… jednym słowem – genialne.

I, rzeczywiście, prekursorem tego „nurtu” był Andy Warhol. Uczynił on z tego wszystkiego „prawdziwą” sztukę – światek artystyczny, snobistyczny (i nie tylko) przełknął to gładko… Nieważne – z bezmyślności, głupoty, nieświadomości, czy też z wyrachowania.

5.

Z największą powagą pani Małkowska pisze: „… odszedł artysta, który zrównał sztukę z biznesem. Komu poza nim to się udało?”; a „Rzeczpospolita” pod zdjęciem Warhola zdobywa się na podpis: „Z upływem czasu magia najsłynniejszego artysty-biznesmena działa coraz mocniej”. (sic!)

Cóż, sztukę z biznesem równa się dziś nagminnie i namiętnie, a czynią to – częstokroć z wielkim powodzeniem – tysiące marszandów. I nie ma w tym w zasadzie nic złego; problem zaczyna się, kiedy żąda się ogromnych cen za buble i wyroby o bardzo wątpliwej jakości – wmawiając przy tym wszystkim, że ma to wielką artystyczną wartość, że to nic innego jak arcydzieło.

Czy ci, którzy zachwyceni są Warholem, rzeczywiście świadomi są tego, co tak naprawdę reprezentował sobą ten artysta – czy też może bezkrytycznie ulegli obiegowej sugestii, że Andy Warhol Wielkim Artystą był? Czy kryła się za nim jakaś godna uwagi, oryginalna i budząca podziw wartość – czy też może kryła się za nim jałowość i pustka?
On sam, zwany „nicością uosobioną”, tak o sobie – i o tym co robi – powiedział: „Jeżeli chcecie wiedzieć wszystko o Andym Warholu, to wystarczy spojrzeć tylko na powierzchnię moich obrazów, moich filmów i moją własną – oto gdzie jestem. Pod spodem nie ma absolutnie nic.”

Trudno o lepszą definicję płycizny.

Art goes bananas (banan… sorry – banał staje się sztuką)

*

* artykuł powyższy opublikowany został w „Dzienniku Chicagowskim” (11 kwietnia, 1997 r.) oraz w „Dzienniku Związkowym” (2-4 luty, 2001 r.)
** Monika Małkowska, „Warhol od A do B”,  („Rzeczpospolita” Nr 45, 22-23 luty, 1997 r.)
*** „Powiększenie” Nr 3, 1988 r. (Kraków)
****  Cykl pt. „Manowce współczesności – koniec heroizmu” ukazywał się w latach 1999 – 2003 na łamach wydawanego w Chicago „Dziennika Związkowego”

ABSURD

*

*

Motto:
„…obrazy Opałki są naprawdę piękne”
Snoopy

„…wielki artysta, którego odwaga i unikalna twórczość od dawna mnie fascynowała. Bez dwóch zdań był to jeden z najoryginalniejszych twórców przełomu XX i XXI wieku.”
Laudate

„Twórca wyraził siebie  (…)
Roman Opałka nudny??? Dla mnie jest zdumiewający. „
Hirundo

*

Moja „przewina” w całej tej dyskusji polega na tym, że naprawdę starałem się dociec, co kryje się za zachwytem, z którym spotkała się twórczość Roma Opałki, (oraz czym tak naprawdę jest ta twórczość) – i że w końcu tego zachwytu nie podzieliłem. Jeśli poczułem pewien podziw dla Opałki, to był to podziw dla jego uporu i konsekwencji trzymania się swojego szalonego pomysłu (jak sam wyznał, musiał w kółko malować ten sam obraz, by zatrzymać swoje „wariackie papiery” – które od kilkudziesięciu lat umożliwiały mu jednak dostatnie życie.) Ale to wszystko są sprawy poza artystyczne. Moim zdaniem trudno traktować je poważnie w kategoriach sztuki.

Zauważmy jak absurdalnie by zabrzmiało choćby takie stwierdzenia o malarzu który od 40 lat wypisuje pędzelkiem kolejne liczby: „Mistrz konsekwentnie rozwija swój malarski talent, a z roku na rok jego mistrzostwo jest coraz bardziej oczywiste” ;)
Wg mnie jest to marnowanie – i sprzeniewierzenie się – swojej kreatywności artystycznej, wycofanie z twórczości, która winna być przecież ciągłym poszukiwaniem nowych tematów i środków ekspresji, udoskonalaniem swoich warsztatowych możliwości…
Ale nie, Opałka nie zamierza malować nic innego oprócz monotonnego i coraz bardziej niewidocznego ciągu liczb, bo nie chce, by jego obrazy „zaśmiecały świat”. (Można by z tego wywnioskować, że jednak wątpi on w swoje malarskie możliwości – bo uważa, iż obrazy, które by namalował, byłyby po prostu „śmieciami”.)
Niestety, rezultatem jest wg mnie niewyobrażalny banał.

Ale Opałka mówi także inne rzeczy, które niestety, zbywane są milczeniem przez jego admiratorów (a o których pisałem w moich komentarzach).
Czytałem kilka wywiadów z Opałką, i spotkałem także inne jego stwierdzenia, nad których znaczeniem i sensem się zastanowiłem.
Np. takie: „Czas jest elementem przestrzeni. Pojęcie czasu jest, przynajmniej dla mnie, czymś niepojętym. To po prostu ruch, który jest również przestrzenią i materią.”
O tyle jest ono istotne, bo odnosi się do czasu, który jest jedynym tematem jego obrazu od 46 lat (Opałka: „maluję czas”)
Artysta mówi, że „pojęcie czasu” jest dla niego czymś „niepojętym”, ale już w następnym zdaniu stwierdza: „to po prostu ruch, który jest również przestrzenią i materią”. A jedno zdanie wcześniej: „czas jest elementem przestrzeni”.
Według tego, co przekazywano nam na studiach na wykładach z fizyki, te stwierdzenia są niedorzeczne.

Opałka jest dla mnie artystą na „jedną chwilę”, miał w mojej świadomości 15 minut sławy. Ale nie zamierzam do końca swojego życia kontemplować jego monotonnych i coraz bledszych cyferek (których na ostatnich obrazach już prawie nie widać). I szukać sensu w tym jego bezsensie.
Wolę pozostać przy innych malarzach… Takich jak np. Van Gogh, który jest ze mną od dzieciństwa, i pewnie zostanie ze mną do końca moich dni – bo bogactwo tego, co zostawił na swoich płótnach jest dla mnie niewyczerpane.

*  *  *

ZACHWYT NAD BEZSENSEM (cyfry Romana Opałki)

*

Roman Opałka, „OPAŁKA 1965 / 1 – ∞”, „Detale 5583850 – 5595003”, akryl na płótnie.

*

W związku ze śmiercią malarza Romana Opałki pojawiły się tu i ówdzie teksty poświęcone temu artyście. Na jeden z nich natrafiłem na blogu Laudate, który wyraził u siebie chęć zapoznania się z moją opinią na temat twórczości Opałki. Napisałem więc komentarz, który porusza na tyle istotne kwestie związane za sztuką współczesną, że zdecydowałem się zamieścić go także na Wizji Lokalnej, jako odrębny wpis, (mając przy tym nadzieję, że nikt moim tekstem nie poczuje się urażony i być może wyłoży swoje racje w sposób pełny – bardziej kompleksowy i przekonujący.)

1.

Czuję się wywołany do tablicy, więc pozwolę sobie dorzucić kilka swoich myśli związanych z konceptem Opałki.

Przede wszystkim: jeżeli już wyrażamy się o Opałce jako o Wielkim Artyście (niektórzy dodają: Największym polskim artystą współczesnym) to proszę sobie (w duchu, szczerze, bez pozy i uczciwie) odpowiedzieć, co ten artysta tak naprawdę nam daje (dał), co mu zawdzięczamy, na czym polega jego mistrzostwo, czy rzeczywiście do tej pory przejmowaliśmy się jego sztuką (a skoro był Wielki, to chyba wypadałoby śledzić jego twórczość, podziwiać ją, uczyć się z niej – i o niej… etc.)
Jeśli tak nie jest, to nasz aktualny zachwyt nad jego dziełem jest zachwytem cokolwiek okazjonalnym (wywołanym poprzez śmierć Opałki) i poniekąd koniunkturalnym (bo związany jest z promocją polskiego artysty) – nie mówiąc już o tym, że również dość powierzchownym, a i mechanicznym, czy też automatycznym).

Bo cóż wynika z jego koncepcji? *
Że wszystko przemija, że się starzejemy, że zapadamy w nicość?
Czy rzeczywiście są to myśli tak odkrywcze, że aż genialne?
Przecież te myśli towarzyszą człowiekowi od zarania jego świadomości – i właściwie cała nasza kultura wokół nich się obraca i prawdopodobnie w nich ma swoją genezę.

Nie uważacie, że jeśli twórczość jakiegoś człowieka od kilkudziesięciu lat polega tylko i wyłącznie na tym, że maluje on ciągle ten sam obraz składający się z samych cyfr i coraz bledszego tła – to jest ona cokolwiek… nudna i nad wyraz monotematyczna?
Ale – ktoś może powiedzieć – właśnie przez to artysta chce nam uświadomić to, że nasza egzystencja jest nudna i że tak naprawdę wszystko jest nicością?
Jeśli takie jest przesłanie Opałki, to ono do mnie nie dociera (a raczej go odrzucam)  i wcale nie uważam tego za jakieś wielkie, emanujące geniuszem, odkrycie.
Zresztą: Opałka się trochę zapętla, kiedy na początku mówi, że „jesteśmy jedynką i do jedynki wrócimy” czyli nie do zera, które on nazywa „nicością” (taki był jego oryginalny i pierwotny zamysł, kiedy zaczął malować te cyfrowe obrazy). Zaś później twierdzi, że wszystko jednak jest nicością i bez sensu.

Konkludując: oprócz zachwytu, powinniśmy sobie jeszcze uświadomić (i wyjaśnić) to, czym tak naprawdę się zachwycamy.

* Dla przypomnienia: koncept Romana Opałki poległa na tym, że przez 39 lat malował on na płótnie białą farbą jedynie ciągi kolejnych liczb, stopniowo rozjaśniając tło obrazu.

2.

„Kto spróbuje robić to samo, będzie nędznym epigonem…”

A dlaczego, Laudate? Czy inny człowiek nie ma prawa by robić to samo co Opałka – uznając że w ten sposób może najlepiej wyrazić swoją egzystencję i przemijanie?

„… i nikt nie zapłaci mu miliona zł za obraz”

Oczywiście – bo nikt by tego już nie chciał lansować i promować, ponieważ byłoby to wtórne i na pewno by się nie udało.

I jeszcze jedno: ten wspomniany przez Ciebie „milion” jest wg mnie kluczem do zrozumienia tego, co dzieje się na rozległych obszarach sztuki współczesnej. I być może mówi też coś o sukcesie (przede wszystkim komercyjnym), jaki osiągnął Opałka.

A wracając do sztuki prawdziwej.
Od kilku dni przeglądam album z działami wszystkimi Van Gogha. Boże, jak ten człowiek cudowanie malował!
Ileż tam barw i kształtów, ile koncepcji na jednym centymetrze kwadratowym płótna! Jakie bogactwo…
I to wszystko stworzył ktoś, kogo życie było jedną wielką raną.

Doprawdy, trudno mi jest porównywać Vincenta z kimś, kto inkasuje co miesiąc kilkadziesiąt tysięcy dolarów (good for him!), spaceruje sobie w nieskazitelnym ubraniu wśród sielankowej scenerii zielonych łąk – rozprawiając przy tym o nicości czy (bez)sensie własnej (ale też i cudzej) egzystencji.
Opałka: „O czym myślę? O wszystkim. Rozmyślam czym jest naprawdę moja postawa twórcza i moje życie? Po co żyjemy-istniejemy? Czy to wszystko ma sens? (Moim zdaniem nie ma sensu…)”
Czyli, idąc za tokiem myśli artysty, jego „Detale” też nie mają sensu.
A czy możemy się zachwycać czymś, co nie ma sensu?

*  *  *

PRZYPIS. Myślę, że na rzeczy będzie, jeśli przytoczę tutaj również komentarz, który zamieściłem swego czasu na blogu Maga-Mary pod jej wpisem pt. „Obrazy ulotne jak motyle” dotyczącym Nagrody Turnera dla Richarda Wrighta i jego wystawy w londyńskiej Tate-Modern:

„Zwróćcie uwagę, że nie ma tutaj właściwie mowy o tym co jest na obrazach Wrighta, a o tym, na czym polega jego pomysł, co też on może znaczyć… Bo wygląda na to, że to jest głównie pomysł. Jeśli to jest forma protestu wobec komercji jaka zalała współczesną sztukę (vide: Damien Hirst), która w dużej części stała się (m.in. za sprawą takich guru rynku sztuki jak Saatchi) jednym wielkim merkantylizmem, to ja jestem za.

Przyznam się, że już czasami nie mogłem czytać bez pewnej melancholii o całym tym zachwycie nad Damienem Hirstem – „twórcą”, którego „twórczość” polegała głównie na przyjmowaniu snobistycznych zamówień (przeważnie nadzianych krezusów, którzy kupowali sztukę, bo to była inwestycja) i zlecaniu tego do wykonania ludziom zatrudnionym w jego warsztacie, gdzie produkowano owe „dzieła” taśmowo i bywało, że ręka „artysty” nawet tego „dzieła” nie tknęła, no może tylko po to, by je sygnować swoim nazwiskiem.
(Ten cynizm we współczesnej sztuce zawdzięczamy w pierwszej linii choćby Warholowi, którego „Fabryka” działała na podobnych zasadach i który ze swojej „sztuki” zrobił prawdziwy biznes.)

Warto, moim zdaniem przyjrzeć się teraz dyskusji krytyków sztuki wokół Hirsta właśnie. Nagle wszystko co robi, jest „be”, chociaż jeszcze parę lat temu (często przez tych samych krytyków) wynoszony był pod niebiosa i uznawany za geniusza. Ale koniunktura się odwróciła (ceny jego prac spadły ze swej absurdalnej, nakręconej sztucznie wysokości, więc już na nich nie można zarobić) i naraz wszyscy przejrzeli na oczy i zauważyli prawdziwą wartość jego sztuki, czyli taką sobie i niewielką, albo w ogóle brak jakiejkolwiek wartości.

Tak, wiele hucpy jest w sztuce współczesnej, bo zanikły wszelkie kryteria jej oceny (a właściwie, jak to w postmodernizmie bywa, każdy może owe kryteria ustalać sobie sam – według swojego widzimisię – stąd ten bałagan, manipulacje, dezorientacja i nabieranie ludzi, którzy chcą być w awangardzie i się snobują na wielkich miłośników współczesnej sztuki).
I dlatego często nie wiadomo o co chodzi. A jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi najczęściej o pieniądze – a także o układy, koneksje, zwykłą modę i sztucznie lansowane trendy.”

*  *  *

CZYM JEST SZTUKA?

Oto fragmenty listu do jednego z moich przyjaciół, dotyczące ogólnych zagadnień związanych ze sztuką i jej odbiorem. Zdecydowałem się na ich publikację z nadzieją, że znajdzie to zainteresowanie również wśród czytelników tego bloga.

*

Przezwyciężając opór materii – rzeźby w Muzeum d’Orsay, Paryż (zdjęcie własne)

*

CZĘŚĆ I: KLASYKA, CHAOS, SZTUKA  A  RZECZYWISTOŚĆ

Mój Drogi W.
na spieraniu się o to czym jest sztuka można życie strawić, a wszystkich książek na ten temat spisanych nie pomieściłaby pewnie żadna normalna biblioteka (już nie wspominam o ich przeczytaniu). Ale na swój własny pożytek mamy zapewne jakieś pojęcie o tym, czym jest sztuka – coś tam sobie o niej mniemamy, coś przedstawiamy.
A nieporozumień co do istoty sztuki było przez wieki co niemiara (mistrzem zamętu był pod tym względem wiek XX), także współcześnie ich nie brakuje. Dość wspomnieć, że jeszcze w Średniowieczu nie zaliczano do sztuki ani rzeźby ani nawet malarstwa! Żeby było śmieszniej, dzisiejsze historie sztuki zajmują się prawie wyłącznie dziejami malarstwa, rzeźby i architektury.

Moje rozumienie sztuki zbliżone jest chyba do tego jakie wyszło z Oświecenia, które to wprowadziło pojęcie sztuk pięknych.
Sztuka wyrosła w prehistorii z obrzędów magicznych – i coś z tej magii dotrwało do naszych czasów. Może właśnie dlatego, zawsze, kiedy mam do czynienia z wielkim dziełem sztuki, odnoszę wrażenie, iż dotyka ono czegoś metafizycznego, nienazwanego, nieosiągalnego w żaden inny sposób (stąd artyści, wg mnie, stanowią coś w rodzaju antropologicznej elity, są kastą wybraną, obdarzoną talentem, zdolną do natchnienia i tworzenia czegoś wyjątkowego). To dlatego m. in. uważam, że pogląd Platona o wygnaniu poetów (zazwyczaj zresztą trywializowany) należy do historii ludzkiej głupoty, a nie mądrości.

Podchodzę do sztuki dość egocentrycznie, ale za to wprowadza to do mojej głowy pewien ład : w moich oczach sztuką jest to, co mnie porusza (głównie są to doznania estetyczne, choć nie tylko takie – mogą być one również etyczne, poznawcze, emocjonalne, zmysłowe… etc.); albo to, co jest mnie w stanie poruszyć (w innych okolicznościach np.). Jest to bowiem jedyny sprawdzalny dla mnie probierz.
Nie roszczę sobie pretensji, aby była to jakaś wiążąca kogokolwiek definicja sztuki. Jest to jedynie pojęcie, jakie sobie stwarzam na swój własny, prywatny użytek.
Oczywiście są wytwory sztuki, które działają na innych, ale nie za bardzo na mnie, ale wtedy podchodzę do nich sceptycznie. Godzę się z tym, że może to być dzieło sztuki, ale dla mnie jest to dzieło sztuki cokolwiek nominalne, czyli tylko tak nazwane. Tym sposobem w moim najgłębszym doznaniu odmawiam uznania za sztukę różnych zlewów na wystawie, gówien w muzeum, krwi miesięcznej na płótnie, wszelkich dziwacznych instalacji… etc. Oczywiście i one mogą mnie poruszyć, ale to poruszenie jest dla mnie czymś negatywnym (obrzydzeniem np.), czasem jakąś konstatacją pustki, pomieszania, manipulacji, nieszczerości, pozerstwa… Niczego mi nie dają, nie wnoszą niczego konstruktywnego do mojej wizji świata – nie oddziaływają na mnie pozytywnie. I właśnie dlatego odmawiam zgody na taką sztukę – ja przynajmniej nie chcę mieć z nią nic do czynienia.
Odkrywam także u siebie jakiś wewnętrzny, instynktowny wręcz sprzeciw wobec uznania za sztukę czegoś co wydaje mi się nieestetyczne, ale z drugiej strony zdaję sobie sprawę z tego, że dzieło sztuki wcale nie musi posługiwać się estetyką, którą akceptujemy, i która się nam po prostu „podoba”, bowiem w sztuce nie wszystko musi nam się wydawać „ładne”.
Poza tym, sztuka „lekka, łatwa i przyjemna” to ledwie margines twórczości artystycznej – i to ten najbardziej (jeśli chodzi o kreatywność) konformistyczny.
*

Jan Vermeer, „Ważąca perły”, Galeria Narodowa w Waszyngtonie (zdjęcie własne)

*

Nie wiem W. skąd ta Twoja niechęć do klasyki (zresztą nie jestem pewien jak Ty definiujesz klasykę?)
Czy nie powiesiłbyś na ścianie rysunku Leonarda czy Rafaela?
To są wszak szczyty ludzkiego geniuszu – i tego przecież nikt o zdrowych zmysłach nie może kwestionować.
Wg mnie to właśnie klasyka stanowiła wyraźne i bardzo czytelne kanony sztuki – dziś wiemy, że arcydziełem jest i nigdy nie przestanie być np. „Pieta” Michała Anioła, Bazylika Św. Piotra, rzeźby Canovy, Carpeaux, płótna Rubensa, Caravaggia, Vermeera czy Ingresa.
(Nota bene, dzięki tym kanonom możliwe było ongiś dość precyzyjne ustalenie definicji artyzmu i piękna.)

Tam zresztą podoba mi się też jeszcze coś innego: aby stworzyć takie rzeczy, trzeba było mieć ogromny talent i niesamowite zdolności twórcze; także wiedzę, warsztat, technikę, manualną i mentalną biegłość; często być tytanem pracy i wysiłku… To choćby (bagatela!) różni twórców klasycznych od wszelkiej maści współczesnych „artystów” – samozwańców, błaznów i cwaniaków, którzy srają do słoików (nie ważne – czy robią to z głupoty, z wyrachowania, z chęci wywołania skandalu czy też prowokacji) i sprzedają to jako dzieła sztuki (a inni kombinatorzy i idioci to kupują).
Tak więc nominalnie – te kible Duchampa, czy nawet fekalia Manzoniego – są uznawane za sztukę (gdyż jakby nie było mówi się o nich w kontekście historii sztuki), to jednak wg mnie są tej sztuki upadkiem, wpisują się raczej do historii ludzkiej głupoty i zdezorientowania, a nie artyzmu.
(Wystarczy dogłębniej prześledzić właśnie casus pisuaru Duchampa – nota bene uznanego przez wielu krytyków sztuki za najważniejsze „dzieło” sztuki XX wieku – by uświadomić sobie dezorientację i hucpę jaka zapanowała w sztuce współczesnej.)

Nie jestem też do końca pewien o co Ci chodzi z tym chaosem. Piszesz, że w sztuce musi być jakiś czynnik chaosu.
Czy jednak nie pojmujesz go tak jakoś metafizycznie? Czy aby zbytnio go nie nobilitujesz?
Dla mnie sztuka jest właśnie czymś przeciwnym: swoiście ludzkim wysiłkiem uporządkowania tego chaosu – wyodrębnieniem zeń (czy też uformowaniem), czynnika ludzkiego.
Nie wahałbym się nawet nazwać rzecz drastyczniej: sztuka to walka człowieka z nieludzkością chaosu (a  ściślej: z tym co się nam chaosem wydaje); oswajanie przygniatającego nas, bezkresnego i niezrozumiałego, nieogarnionego myślą i niedostępnego zmysłom Wszechświata (brzmi to być może trochę mętnie, nieco patetycznie i nazbyt metafizycznie, ale coś w tym chyba jest, bo ten Wszechświat to również skała, drewno, farba… urabiana przez artystę materia).
Jeśli więc taki Francis Bacon (niewątpliwie wybitny artysta i znakomity wg mnie malarz) twierdzi, że jemu chaos jest potrzebny, to jest mu on potrzebny tylko po to, by móc ten chaos ujarzmić w procesie twórczym i kontrolować. I choć ta jego (widoczna na płótnach) figuratywność do grzyba nie jest podobna, to ma w sobie właściwość skończonego dzieła sztuki – właśnie poprzez swoje formalne uporządkowanie, wyodrębnienie z chaosu.
(Takim wyodrębnieniem, wbrew pozorom, jest również abstrakcja.)
*

Francis Bacon, „Three Studies For Figures at Base of Crucifixion”, Tate Gallery, Londyn (zdjęcie własne)

*

I wracając jeszcze do tego co piszesz o Platonie: pomstujesz na klasyków, by następnie powyrzucać ich z państwa jako naśladowców natury (bo tak ich widział ponoć Platon). Otóż (faszyzujący przy tym) Platon nie dlatego chciał ich (a ściślej poetów – trzymajmy się klasyki) wyrzucić, że usiłowali naśladować naturę, ale za to, że za bardzo niby to mieszali ludziom w głowach, odwodząc ich właśnie od rzeczywistego oglądu świata.
Jest to wszak pewne pojęć pomieszanie, więc nie rozwódźmy się już nad tym.

Te odwieczne spory – jaki jest stosunek sztuki do tzw. rzeczywistości? – chyba już teraz (w dobie wszelkich „izmów” – z postmodernizmem na czele) ucichły, bowiem zgoda nastąpiła co do tego, że sztuka może być i taka i taka i taka…
Tak więc może zarówno naśladować rzeczywistość, jak i ją odzwierciedlać; może przemawiać symbolami, metaforą, budować mity i fantazje – odnosząc się jednak do rzeczywistości; jak również – i to jest jedno z naszych ostatnich odkryć – budować światy autonomiczne. (Niestety, pod to ostatnie podciągnąć można zarówno wszelką sztukę bezprzedmiotową – np. abstrakcję – jak i muzykę Bacha… coś mi więc tutaj nie pasuje i będę się musiał nad tym zastanowić).

CZĘŚĆ II: DE GUSTIBUS…

*

Czy rzeczywiście o gustach nie można dyskutować?
W jaki sposób nasz gust wpływa na wartościowanie przez nas sztuki?
Walka na śmierć i życie – w salonach, galeriach i poza nimi…

*

Jak patrzymy na sztukę? Scenka z Luwru, Paryż (zdjęcie własne)

*

De gustibus non est disputandum – jak głosi znana, stara łacińska sentencja. Czyli, mój Drogi W. o upodobania nie ma się co spierać. Ale ludzie i tak się spierają. Dlaczego? Otóż wydaje mi się, że z kilku przyczyn, ale głównie dlatego, że chcą udowodnić, iż ich gust jest coś wart (to jest bardziej szlachetne), albo że jest lepszy od innych (to już jest szlachetne mniej).
Czasem chcą po prostu pokazać, że górują nad kimś innym (to taki stary atawistyczny instynkt, jak również zakamuflowany sposób wywyższenia samego siebie). Jednak odrobina mądrości i tolerancji pomaga w konstatacji, że zwykle warto jednak unikać wartościowania w sferze naszych gustów – bowiem są one względne i jak najbardziej subiektywne.

Ależ W., oczywiście że można usprawiedliwiać własny smak, objaśniając dlaczego coś podoba nam się bardziej a coś innego mniej, ale dobrze mieć świadomość, że to jest tylko nasze zdanie, niekoniecznie lepsze czy też gorsze od innych – po prostu inne.
Tak więc zazwyczaj sąd nad smakiem jest czymś zbyt arbitralnym – lepiej i rozsądniej jest jednak wyrabiać sobie ten smak na własny użytek i niekoniecznie zbywać pogardą smaki innych. Bo i po co? Wcale to nie pomaga delektować się własnymi upodobaniami, a wręcz przeciwnie – człowiek najczęściej stawia się tylko w całkiem niepotrzebnej opozycji, która wysysa z niego jakąś pozytywną energię.

Z tychże (m.in.) względów nie potępiam w sztuce niczego „w czambuł”, nawet zielonej żaby na krzyżu, czy rekina w formalinie. Może wydawać mi się to głupie, albo po prostu nie podobać się, ale się z tego powodu nie oburzam, nie grzmię, nie protestuję… Dlatego też nigdy nie wzywałbym do tego aby coś tam usunąć siłą z muzeów, nie rzucałbym się z szablą na obrazy (jak Olbrychski w Zachęcie), tudzież nie próbowałbym usunąć kamienia, którym przygnieciona była figura papieża (jak to usiłował zrobić jakiś polski parlamentarzysta w tym samym muzeum).

Louis-Léopold Boilly, „A trompe-l’oeil” (fragm.) Luwr (zdjęcie własne)

Koniec końców: a propos sztuki i estetyki trzeba mieć własne zdanie, ale raczej nie narzucać je siłą innym. Bowiem różnice między naszymi gustami są – na szczęście! – nie do uniknięcia. Gdyby nagle wszystkie stały się takie same – wtedy niechybnie nastąpiłby definitywny upadek całej sztuki.

Nota bene cała rzeczywistość istnieje dzięki wzajemnej relacji różniących się elementów. Całkowita zgodność, zerowa entropia, to byłby tylko punkt bez czasu i przestrzeni, czyli absolutna nicość. A coś takiego jest po prostu niemożliwe – czego dowodem jest choćby to, że ja piszę te słowa a Ty je czytasz, czyli – jednym słowem – że istniejemy. Nie wierzę bowiem, że z niczego mogłoby powstać coś, jak również, że coś może się zupełnie unicestwić.

Gusta są różne, dlatego Ty W. lubisz Renoira, ja wolę Degasa, Ty powiesiłbyś na ścianie Pollocka a ja raczej Constable’a a nawet Repina… etc.
Już Demokryt parę tysięcy lat temu zauważył, że to co my nazywamy kolorem, smakiem, ciepłem nie jest w zasadzie żadnego przedmiotu właściwością, tylko sposobem w jaki postrzegają go nasze zmysły, w przeciwieństwie np. do ciężaru czy gęstości, które są już rzeczywistymi tego przedmiotu własnościami. To tłumaczy, dlaczego to samo dzieło sztuki tak różnie postrzegamy: bo nasze zmysły się różnią! Jest to tak oczywiste, że aż szokujące – gdyż wygląda na to, że wszyscy w swoich sporach wartościujących sztukę o tym zapominają. A to jest przecież od wieków zapisane w ludzkiej mądrości: de gustibus non est disputandum! Moje zmysły nie są twoimi zmysłami! Czy trzeba bardziej oczywistego dowodu?
Smak macintosha jest dla kogoś lepszy niż jabłek jonagold. Nie można obiektywnie stwierdzić, które z tych jabłek są smakowo lepsze, gdyż w ocenie takiej zawsze uczestniczy subiektywny zmysł.

Jednak z drugiej strony (ach ten Tewie Mleczarz!), pisząc o sztuce (czy choćby tylko obcując z nią) nie sposób jest wartościowania uniknąć. To jest przecież oczywiste: jedne obrazy (piosenki, książki, filmy… ) uznajemy za lepsze od innych (nawet jeśli chodzi o utwory tych samych autorów).
Zgodzimy się chyba z tym, że Strawiński jest lepszy od Rubika, Maria Callas od Dody, Marlon Brando od Pazury, Rubens od malującego jelenie na rykowisku pana Mietka, Dąbrowska od Mniszkówny, Stephane Grappelli (jeśli chodzi o grę na skrzypcach) od Zbigniewa Wodeckiego… etc.

Są osoby, które – chcąc być lojalne wobec własnych liberalnych zapatrywań – starają się (publicznie) nie wartościować artystów, ale przecież trudno ukryć nieszczerość, jaka spod takiej postawy wyziera. Zwłaszcza, jeśli takie osoby uważają, że o gustach warto dyskutować.
Ale czy jest to możliwe bez wartościowania?

Również uważam, że dyskusja na temat naszych upodobań, gustów, smaków, preferencji może mieć sens, ale jedynie w tym przypadku, jeśli prowadzona jest w dobrej wierze (przede wszystkim: bez wywyższania się i wzajemnej pogardy!); jeśli ma służyć wzbogaceniu naszej wiedzy, rozszerzeniu horyzontów, umożliwiając nam spojrzenie na coś z innej perspektywy; and last but not the least: jeśli służy wzajemnemu porozumieniu, a nie budowaniu niepotrzebnych barier i kreowaniu sztucznych podziałów.
Bardzo ważne są jednak intencje i ton, w jakim ten dyskurs się odbywa.
*

Obrażone uczucia, urażone gusta… czyli starcie w paryskim salonie sztuki. (Obraz znajduje się w Musée d’Orsay, jednakże autor umknął mojej uwadze.) *

O tym jak koresponduje smak z wartościowaniem sztuki – i to na tle przemian historycznych i społecznych – mogłem się przekonać niedawno w paryskim Musée d’Orsay, które wydało mi się zresztą jednym z najbardziej fascynujących miejsc, jakie widziałem w swoim życiu. Nigdzie indziej tak namacalnie wręcz – i obrazowo! – nie spotkałem się z możliwością prześledzenia jednego z najbardziej burzliwych i rewolucyjnych okresów w historii – i to nie tylko sztuki.

Wyobraź sobie Paryż drugiej połowy XIX-go wieku i początku wieku XX-go, kiedy niemalże równolegle istniały (teraz uznajemy, że równoprawne pod względem artystycznym) takie kierunki w sztuce, jak realizm, symbolizm, romantyzm, impresjonizm, akademizm, naturalizm, post-impresjonizm, fowizm, nabizm, kubizm, orientalizm… a wszystkie powiązane z przemianami w świadomości nie tylko społecznej, ale i tej wśród pisarzy, filozofów, architektów, pedagogów – wszelkiej maści liderów tamtej epoki, (przy tym działo się to w czasach, które widziały choćby Wiosnę Ludów, wojnę francusko-pruską, paryską komunę i zaranie I wojny światowej).
W d’Orsay cały ten ferment można prześledzić na podstawie zgromadzonej tam arcy-ciekawej i niezwykle bogatej kolekcji dzieł sztuki, które w owym okresie powstały.

Pozwól, że wspomnę tylko o jednym moim wrażeniu.
Dotyczy ono dwóch słynnych – bardzo odmiennych w stylu, ale przy tym niewątpliwie arcydzielnych – obrazów: „Narodzin Wenus” Cabanela oraz „Olympii” Maneta.
Oba przedstawiają nagie kobiety, ale w jakże odmienny sposób.
Wenus Cabanela to uosobienie wyidealizowanego erotyzmu – kobiece ciało gładkie niczym pupa niemowlęcia i delikatne w kolorze jak najsmaczniejsza brzoskwinka (zignorujmy tu tymczasem owe fruwające nad nią nieszczęsne amorki).
Olympia Maneta to kobieta z krwi i kości, blada na ciele, ale dość przeciętna na twarzy, obdarzona niezłym biustem (choć zbyt dużą głową i nieco przykrótkimi nogami), próżna i znudzona – z czarną wstążeczką na szyi, niczym erotyczny towar czekający na swojego klienta.

Alexandre Cabanel „Narodziny Wenus” (Musée d’Orsay, zdjęcie własne)

Eduard Manet, „Olympia” (Musée d’Orsay, zdjęcie własne)

W przeciwieństwie do ludzi, którzy w 1863 roku toczyli boje o to, która (malarska) wersja kobiecości jest lepsza (Cabanela sławiono w elitarnych salonach i w Akademii, obdarzano tłustymi apanażami; Maneta zaś z Salonu wyrzucono – poszło oczywiście nie tylko o „Olympię”, ale zwłaszcza o „Śniadanie na trawie”), ja mam dzisiaj ten komfort, że mogę z wielką przyjemnością patrzeć na oba obrazy i na każdym cieszyć oczy czym innym (i wcale się nie przejmować tym, że na pierwszym z nich przeciąga się laska nieziemska, a z drugiego patrzy na mnie prostytutka.)
Wprawdzie nie mogę stwierdzić, jak Łysiak (który w przedmowie do „Malarstwa białego człowieka” napisał, że kiedy widzi przed sobą piękny obraz to mu „staje”), to jednak lubię zarówno szmaragdowo-różową „ładność” i roztkliwiającą seksowność Wenus wymuskanej przez Cabanela, jak i cielesny realizm metresy rzuconej dość bezczelnie na płótno przez Maneta.
Zola, który pisał o obu obrazach, nie mógł sobie na taką wspaniałomyślność pozwolić… i to nie tylko dlatego, że był przyjacielem Maneta. Bowiem wówczas walka na śmierć i życie zaczęła się toczyć nie tylko na polu artystycznym, ale i humanistycznym: chodziło o stosunek do człowieka, który uwzględniał nie tylko jego sublimację, ale i naturalizm – wszystko to powodowało społeczne reperkusje, doprowadziło wkrótce do Komuny Paryskiej, a Marksa skłoniło wcześniej do zajęcia się klasą robotniczą, denuncjacją wyzysku oraz analizą stosunków produkcji.

Tak więc „smak” Maneta, (podobnie jak członków Akademii, tudzież reprezentantów sztuki tradycyjnej, klasycyzującej) determinowany był nie tylko czystą estetyką czy też moralnością, ale i czymś w rodzaju… światopoglądowego partykularyzmu (związanego także z pozycją społeczną i statusem).
Podobnie zresztą z tym „smakiem” bywa do dzisiaj, ale ja przynajmniej staram się temu nie poddawać.
*

Tycjan, „Scena pastoralna” (Luwr, zdjęcie własne)

Eduard Manet, „Śniadanie na trawie” (Musée d’Orsay, zdjęcie własne)

Teraz chyba wiem dlaczego wychyliłeś się z tymi klasykami. Wydaje mi się, że utożsamiasz klasykę z pewnym skostnieniem, jakiemu uległ np. klasycyzm, gdzie coraz mniej było miejsca właśnie na ten element nieprzewidywalności, nieokreśloności, (który kojarzysz z chaosem).
Ja za klasyków uważam gości, którzy w jakimś kierunku sztuki osiągnęli największą biegłość – stali się najwybitniejszymi reprezentantami jakiegoś prądu. Tak więc są klasycy renesansu, baroku, romantyzmu… etc.
(Dałby Bóg, żebyśmy mogli sobie na ścianie powiesić obraz któregokolwiek z nich – nawet tych z rokoka – gdyż bylibyśmy wtedy milionerami. Ale to raczej nam nie grozi…)
*

CZĘŚĆ III: MAGIA, GENIUSZ, INDYWIDUALIZM A KOLEKTYWIZM W SZTUCE

*

Zmienność w sztuce.
Czy w sztuce pozostało coś z magii?
W jakim stopniu arcydzieło jest tworem geniusza, a na ile produktem swojego czasu?

Tworzyć – razem czy osobno?

*

Ależ W., ja nie napisałem, że sztuka to magia, tylko że sztuka wyrosła z magii – w czasach prehistorycznych. I że mam czasem wrażenie, że w prawdziwych dziełach sztuki coś z tej magii dotrwało do naszych czasów.
Również uważam, że dzieło sztuki wymyka się jakby tworzącemu go artyście (w jakimś sensie go przerasta), bowiem staje się czymś autonomicznym i uniwersalnym (być może tylko na tej podstawie możemy się zgodzić, że jest to prawdziwe dzieło sztuki; wszystko inne to wspomniany już subiektywizm.)

Piszesz, że rysunki anatomiczne Leonarda nie są odkrywcze… Nie zgadzam się z tym. Oczywiście, że były odkrywcze, ale… dla jego epoki, a nie dla studenta medycyny XX wieku, którym byłeś. Podobnie, nie patrzę z jakimś estetycznym uwielbieniem na jego sztychy inżynierskie – te skądinąd niezmiernie ciekawe, choć dość fantastyczne (czytaj: fantazyjne) rysunki techniczne. Ale już szkice do jego obrazów, zwłaszcza ludzkie postacie czy fizjonomie – to co innego.
Jednakże chyba jeszcze lepszym rysownikiem był Rafael. W jednym z mediolańskich muzeów widziałem jego szkice do fresków, które namalował później w Rzymie (muszę przyznać, że zrobiły na mnie większe wrażenie, niż gotowe malunki, czyli słynne stanze z Muzeum Watykańskiego – być może właśnie dlatego, że były jeszcze nie dokończone i zostawiały więcej miejsca dla wyobraźni, przez co bardziej były otwarte na interpretacje).
Gdybym miał u siebie jakiś rysuneczek Rafaela, to na pewno sprawiałby mi on radość nie tylko z tego powodu, że wart byłby ileś tam milionów dolarów, ale po prostu dlatego, że bardzo by mi się podobał.
Bałbym się jednak wieszać go na ścianie.
*

Pablo Picasso, „Plażowicze”, Musée Picasso, Paryż (zdjęcie własne)

Francis Picabia, „Sphinx”, Musée National d’Art Moderne, Paryż (zdjęcie własne)

W., to Ty deklarujesz się jako zwolennik sztuki współczesnej (ja podchodzę do niej z większym krytycyzmem), chcesz wieszać u siebie jakieś abstrakcje, malujesz coś à la Kandynski, więc nie wymagaj ode mnie abym Ci wskazał coś, co w tej sztuce jest dziś – jak piszesz – „metafizyczne, magiczne i nieosiągalne” (czy zresztą zauważasz tę sprzeczność: coś, co dałoby się osiągnąć, przestałoby być nieosiągalne… oczekiwałbyś więc czegoś, co jest niemożliwe.)

Współczesna sztuka zbytnio mnie nie pasjonuje. (Co nie oznacza, że czasem coś nie zwróci mojej uwagi.  Muszę np. przyznać, że ostatnia wizyta w Muzeum Sztuki Współczesnej w paryskim Centrum Pompidou była dla mnie samego niespodzianką – niby wiedziałem czego się tam spodziewać, a jednak z zainteresowaniem spędziłem w tej galerii prawie pół dnia.)

Ogólnie rzecz biorąc, nie widzę jednak aby powstawały teraz jakieś oszałamiające, znakomite dzieła sztuki.
Może to sprawa braku odpowiedniego dystansu? Może niemożność spojrzenia z perspektywy innej epoki?
Nie wiem.
Natomiast w przeszłości człowiekowi zdarzyło się stworzyć tak wiele wspaniałych rzeczy, że starczy tego dla kontemplacji na całe nasze życie.
I na pewno nie jest to… chark Picassa.
(Przypis: ten – za przeproszeniem – „chark” to należy jednak wyjaśnić. W. wspomniał w swoim liście o Picassie, który zniecierpliwiony bezkrytycznym i merkantylnym traktowaniem jego twórczości, dość sarkastycznie stwierdził, że wystarczyłoby, gdyby napluł na płótno i oprawił to w ramki, a i tak znalazłby się klient, który gotów byłby zapłacić za owo „dzieło” kilkadziesiąt tysięcy dolarów.)
*

Misterne wnętrze gotyckiego arcydzieła: Sainte-Chapelle, Paryż (zdjęcie własne)

Fragment fasady katedry Notre Dame w Paryżu (zdjęcie własne)

Pytasz się o kolektywizm w sztuce.
Wydaje mi się, że my trochę jesteśmy zaślepieni jednak tym indywidualizmem. Skupiamy uwagę na poszczególnych indywiduach bo tak łatwiej jest nam pojąć pierwiastek ludzki w rozwoju sztuki.
Analogicznie zresztą postępujemy z całą naszą historią.
Posłużę się przykładami skrajnymi: Ghandi i Hitler.
To nieprawda, że byli oni jakimiś gigantami ludzkiego geniuszu, którzy samodzielnie wzięli za pysk Historię. Po prostu trafili ze swoimi obsesjami (czy też determinacją) w czas, w którym mogło to zmobilizować tysiące, a nawet miliony ludzi (te ich idee były niejako w ludzkich masach potencjalnie gotowe, czekając tylko na inicjację, uświadomienie, zwerbalizowanie, organizację i wprawienie w ruch.)
Podobnie mówimy: Sokrates, Platon, Arystoteles… ależ to byli kolosalni myśliciele! Ale kiedy się tak im bliżej przyjrzeć, to można dojść do wniosku, że byli to wybitni, znakomici (oczywiście nie pozbawieni pewnego geniuszu) kompilatorzy, którzy wykorzystali do kreślenia swoich poglądów myśli setek innych, poprzedzających ich, ludzi.
Nie było jednego Homera – tylko wielu wierszokletów.
Tak samo jest ze sztuką: pewni artyści w sposób genialny wyrazili dążenia swojej epoki, wykorzystując sztafaż, który już istniał wcześniej dzięki innym twórcom, bardziej lub mniej anonimowym.
Nic nie rodzi się w próżni.
Oczywiście to wszystko nie przeszkadza nam czcić artystyczną wielkość takiego Michała Anioła, Leonarda da Vinci, Szekspira, Bacha, Mozarta… i innych, bo to byli ludzie obdarzeni niewątpliwie olbrzymim talentem, który można nawet nazwać boskim (gdyż wydaje się pochodzić z głębin przez nas niepojętych i do końca nieuświadomionych).
Prawdą bowiem jest, że to właśnie w mózgu konkretnego człowieka przeskakuje niekiedy ta boża iskra, która może następnie zmienić cały świat. Wtedy rzeczywiście taki człowiek zasługuje na miano geniusza.
I wart jest ludzkiej chwały (lub nienawiści).

Nie bez znaczenia jest również w tym naszym kulcie indywidualizmu jakaś atawistyczna potrzeba herosa – musimy mieć jakiś wzorzec, który ucieleśnia nasze najgłębsze dążenia, osiągnięcia, zachowania, aspiracje… który porządkuje nasz ludzki świat – składamy to na barki konkretnych ludzi.
Wszyscy ci nasi bohaterowie (włączając w to herosów sztuki) są częścią naszej mitologii, pozwalającej nam oswoić otaczający nas świat, znaleźć w nim swoje miejsce, nadać mu pewien sens i kierunek…
W tworzeniu kultury bierze udział wielu ludzi. Kiedy więc patrzymy na jakąś piękną katedrę, to przecież musimy sobie zdawać sprawę, że nie zbudował jej jeden tylko genialny człowiek (choć często przypisuje się to tylko jej architektowi). Ta budowla powstała dzięki wspólnemu wysiłkowi kolektywu – dzięki wielu artystom, z których niejeden nie pozbawiony był geniuszu. Wydaje mi się to oczywiste.
Myślę więc, że kolektywizm w sztuce jest równie ważny jak indywidualizm, tylko my skłonni jesteśmy skupiać uwagę na konkretnym człowieku. (Powody? – patrz to co napisałem powyżej i jeszcze parę innych, o których nie chcę się już jednak rozpisywać.)
Tym co determinuje ilość ludzi biorących udział w powstawaniu dzieła sztuki, jest jego specyfika. Wiadomo, że najlepiej jest malować (czy rzeźbić) samemu, choć przecież znane są przypadki grupowego rzeźbienia (np. Crazy Horse w Dakocie Południowej.), czy malowania (freski, panoramy; wielkie „płótna mistrzów” malowało niekiedy w warsztatach wielu ich uczniów i pomocników…).
Ale już teatr, opera, balet, film… nie sposób jest tego robić bez teamu.
* * *

André Derain, „Arlequin et Pierrot”, L’Orangerie, Paryż (zdjęcie własne)

*

FILMOWISKO („Sentyment ciała”, „Wszystko, co kocham”, „Erratum”, „Śmietnisko”, „Jak chcę gwizdać, to gwiżdżę”, „Ostatni raport Anny”, „Gąsienica”, „Tamara Drewe”)

festival.banner.wl

Jak co roku, w październiku odbył się w Chicago Międzynarodowy Festiwal Filmowy. Oto krótkie relacje z filmów, które udało mi się obejrzeć.

W poszukiwaniu erotycznego extremum („Sentyment ciała”)

*

„SENTYMENT CIAŁA” ( „Le Sentiment de la chair”, reż. Roberto Garzelli, Francja)
* * * * * *

Coś, co w zamierzeniu miało penetrować głębię relacji między dwojgiem ludzi zafascynowanych własnymi ciałami, ugrzęzło na płyciźnie pretensjonalnego szokowiska, które zamiast wstrząsnąć widzem pozostawiło go w stanie zdegustowania, dezorientacji, a w niektórych, skrajnych przypadkach, spowodowało odruchy wymiotne… z intelektualną percepcją wszak niewiele mającymi wspólnego.
Studentka ludzkiej anatomii (specjalizacja: medyczna ilustracja anatomiczna) spotyka młodego zdolnego lekarza, który ulega fascynacji nie tylko jej nad wyraz atrakcyjną (cielesną) powierzchownością, ale i … wnętrzem. Cóż, okazuje się, że owo wnętrze należy tutaj rozumieć jak najbardziej dosłownie: młody doktor zaczyna eksplorację…układu kostnego i narządów wewnętrznych młodej kobiety (zresztą, nie tylko za jej przyzwoleniem, ale wręcz natrętną zachętą). Proces ten zaczyna się całkiem niewinnie – od rentgenowskich prześwietleń i MRI, a na… hm… (co można łatwo przewidzieć) skończywszy.
Punktem wyjścia do tego są oczywiście banalne oświadczenia wszystkich kochanków świata: „chcę Cię poznać jak najlepiej/najbliżej”, „nie możemy mieć przed sobą żadnych tajemnic”, „rób z moim ciałem, co chcesz”… etc.
W tym świetle nowego znaczenia nabiera (choćby) powiedzenie: przez żołądek do serca. Problem w tym, że tego „serca” w całej tej (filmowej) anatomii „miłości” zupełnie nie widać. (Tak to jest, kiedy ciało kobiety zaczyna się postrzegać nie tyle przez pryzmat pochwy, co traktować jako pojemnik na krew i worek na kości.)
Nawet jeśli uznamy, że film Roberto Garzelliego to studium patologicznej obsesji, to nadal trudno mi jest zrozumieć zasadność powstania tego filmu, która ewentualnie mogłaby polegać na analizie jakiegoś pierwotnego (a na dodatek tabuistycznego) atawizmu, zderzającego się z kulturową komplikacją psychiki współczesnego „cywilizowanego” człowieka. Lecz, niestety, niczego takiego w tym filmie nie dostrzegłem.
Cóż poradzić – wyrosłem już chyba z tego, że gorące, namiętne, śmiałe i pełne seksualnej zachłanności „momenty”, (których w tym francuskim filmie nie brakuje) były dla mnie wystarczającym powodem, by się „dziełem filmowym” nasycić i usatysfakcjonować, a nawet – z wypiekami na twarzy -zachwycić.

„WSZYSTKO, CO KOCHAM” (reż. Jacek Borcuch, Polska)
* * * * * *

W poszukiwaniu gorzko-słodkiego smaku młodości („Wszystko, co kocham”)

Podróż (nawet ta filmowa) do czasów własnej młodości zwykle sprawia, że serce bije nam mocniej i szybciej. Bo było wtedy tak, jak w „High Hopes” śpiewa David Gilmour:

Trawa była bardziej zielona
Światło było jaśniejsze
Smak był słodszy
Otaczali nas przyjaciele
A noce pełne były cudów

I tak jest nawet wtedy, kiedy dookoła świat jest szary, beznadziejny, zakłamany, brzydki… czyli taki, jak np. w Polsce początku lat 80-tych, tuż przed i w czasie stanu wojennego.
Aaa… nie wspomnieliśmy jeszcze o cierpieniu. Tak, tak… wtedy także bardziej się cierpi. I może właśnie dlatego tak niezwykle intensywnie wszystko się wówczas przeżywa? Ta intensywność, ale i… lekkość, żywiołowość, świeżość, szczerość, spontaniczność – jednym słowem MŁODOŚĆ – obecna jest w filmie Jacka Borcucha. Filmie zrealizowanym na przekór wszelkim modom i trendom, pewnie dlatego, że kręconym z samych „trzewi”, bez póz i drętwoty obrazów silących się na „artyzm” i „głębię”.
Młodzieńczy bunt i pierwsza miłość – ileż razy przenoszono to na ekran? A jednak, kiedy jest w tym autentyzm, to nigdy nie wychodzi z tego banał i zawsze wrażliwy widz zdolny jest się tym wszystkim przejąć tak, jakby objawiło mu się to po raz pierwszy.

Borcuch skupia się na uczuciach i przeżyciach swoich młodych bohaterów, na tym, co dla nich najważniejsze, czyli na tym co kochają – co ich przywiązuje do świata i nadaje ich życiu (w tym świecie) sens. A że zarazem to, co kochają, sprawia im także największy ból? Nic w tym dziwnego, bo to dotyka przecież tego,  co w nich najbardziej intymne. Cóż, cierpienie wydaje się być ceną jaką płacimy za przywilej kochania i związane z tym poczucie szczęścia, euforię i rozkosz.
Tak się złożyło, ze przeżycia naszych bohaterów mają miejsce w jakimś nadmorskim kraju (który okazuje się być schyłkowym PRL-em) – a więc wszystko dzieje się w Polsce, czyli nigdzie i… wszędzie. Gdyż, jak się wydaje, byłyby one zupełnie podobne podobne, gdyby nasi bohaterowie żyli  w jakimkolwiek innym zakątku świata – w podobnym stanie zniewolenia, jakie na młodych ludzi nakłada społeczny dryl i polityka. Czyli to, czemu jeszcze nie ulegli i do czego sami jeszcze nie przykładają ręki.

„ERRATUM” (reż. Marek Lechki, Polska)
* * * * * *

W poszukiwaniu zagubionych więzi („Erratum”)

Trwało to dobrą chwilę, zanim film Marka Lechkiego przekonał mnie do swojego sposobu powolnej, mglisto-szaro-melancholijnej narracji. „Przekonał” nie jest tu chyba jednak odpowiednim słowem, bo właściwie „Erratum” w swoją (filmową) rzeczywistość mnie wciągnął, pochłaniając w końcu całą moją uwagę. Oto co potrafi zdziałać doskonałe wyczucie filmowego medium jakim bez wątpienia wykazał się nie tylko reżyser (a zarazem scenarzysta) Marek Lechki, ale i autor zdjęć (Przemysław Kamiński) oraz kompozytor (i równocześnie wykonawca) ścieżki filmowej (Bartosz Straburzyński).

„Erratum” to studium duszy (lub – jak kto woli – psychiki) człowieka, którego traf (a konkretnie wypadek drogowy), zmusza do wędrówki wgłąb własnego wnętrza. Także w poszukiwaniu straconego czasu,  co zawsze wiąże się z poczuciem utraty części samego siebie. Ta filmowa opowieść przypomina odyseję współczesnego człowieka, który stara się odnaleźć zagubione gdzieś uczucia i dawno pozrywane więzi z innymi, bliskimi ongiś ludźmi.
Tak więc „Erratum” jest filmem drogi, a jeśli chciałbym znaleźć dla niego jakiś odpowiednik muzyczny, to byłby to niewątpliwie blues, tyle że z małą optymistyczną nutką, która daje nadzieję i łagodzi ciążący nad tym wszystkim spleen.
Film bez mała mistrzowski, z wielką dozą artyzmu; z niuansami, które choć są czymś drobnym, to jednak nabierają uniwersalnego znaczenia, wypełniając przestrzeń duchową poszukującego swojej tożsamości bohatera, który zresztą wcześniej chciał od samego siebie uciec. Problem w tym, że uciekając od siebie, trafił w pustkę.

PS. Marek Lechki zdobył na chicagowskim Festiwalu Nagrodę Specjalną Jury dla reżyserskiego debiutu.

„ŚMIETNISKO” („Waste Land”, reż. Lucy Walker, Wielka Brytania/Brazylia)
* * * * * *

Sztuka współczesna i śmieci… Jakie skojarzenia wywołuje to zestawienie? Zazwyczaj negatywne, i to zarówno wtedy, kiedy uważamy że sztuka ta to w większości „garbage”, jak i wtedy, gdy uznajemy jej wartość.
Tak czy owak, wydawałoby się, że taka zapowiedź najnowszego filmu dokumentalnego Lucy Walker, nie zachęca do jego obejrzenia. A jednak… jak to dobrze, że nie ulegamy zbyt pochopnym konkluzjom, bo w przeciwnym razie ominęłaby nas kolosalna przyjemność, jaką było (nie tylko dla mnie przecież) spotkanie z „Waste Land” i jego głównymi bohaterami – współczesnym artystą brazylijskim Vikim Munizem i… zbieraczami największego, znajdującego się na obrzeżach Rio de Janeiro, śmietniska na świecie.

W poszukiwaniu piękna na… śmietnisku („Waste Land”)

Początek dokumentu to stereotyp: „Wielki” (czytaj: dobrze sprzedający się) artysta szuka kolejnego tematu, by stworzyć swoje kolejne „Wielkie” dzieło. Jego koncept na pierwszy rzut oka wygląda na dziwactwo, i to dość, rzec można, banalne: wybrać się na śmietnisko, by ze znajdujących się tam odpadków stworzyć coś, co można byłoby uznać za sztukę. Ale Viki Muniz nie jest takim pierwszym lepszym artystą ogarniętym na domiar złego obsesją poszukiwania oryginalności (czytaj: chcącym nade wszystko szokować i prowokować). Nie. Muniz zainteresowany jest… człowiekiem. A to w jego przypadku oznacza, że chce on za pomocą sztuki – konkretnie i „namacalnie” – pomóc ludziom (intencja wśród artystów współczesnych nie tak znowu częsta). Jego deklaracja nabiera wszak w naszych oczach wiarygodności, kiedy dowiadujemy się, że sam był on kiedyś biedakiem i tylko ślepy traf sprawił, że zdołał się wyrwać z potwornie przeludnionego Sao Paulo, stając się jednym z najsłynniejszych na świecie twórców współczesnych (Muniz został przypadkowo postrzelony w nogę przez człowieka, który, chcąc mu to powetować, opłacił jego wyjazd z Brazylii.)
I nasze przeczucie nas nie zawodzi: kiedy z czasem poznajemy ludzi, których na gigantycznym wysypisku na śmieci w Jardim Garamacho spotyka Muniz, dociera do nas stopniowo to, jak sztuka tego artysty rzeczywiście wpływa na ich życie, zmieniając ich mentalność i sposób postrzegania świata. Właśnie ci „garbeciarze” (catadores) stają się głównymi bohaterami filmu od momentu, kiedy odkrywamy ich ludzkość: godność, emocje, marzenia, barwność, żywiołowość, tragedie, rozpacze, radości i… bezmierne wzruszenie, które udziela się prawie większości widzom. Wszystko to jest spotęgowane świadomością, że oto mamy do czynienia nie z jakimiś wymyślonymi, fikcyjnymi postaciami filmowymi, ale z konkretnymi ludźmi – żywymi istotami z krwi i kości, których życie ulega przemianie in statu nascendi – wprost przed naszymi oczami. Mało tego, zaczynamy sobie zdawać sprawę z tego, że – i to nas może zdumiewać najbardziej – ta przemiana dokonuje się za pomocą… współczesnej sztuki, o której wszyscy ci ludzie nie mieli wcześniej większego pojęcia, i o której zwykle nie ma się dobrego zdania.
Film niezwykły. Wart poszukiwań.

„JAK CHCĘ GWIZDAĆ, TO GWIŻDŻĘ” („Eu cand vreau sa fluier, fluier”, reż. Florin Serban, Rumunia)
* * * * * *

W poszukianiu wolności i normalności… („Jak chcę gwizdać, to gwiżdżę”)

Kino rumuńskie przeżywa w ostatnich latach renesans (przynajmniej w oczach światowych krytyków filmowych), zdobywając przy tym tzw. „prestiżowe” nagrody na prominentnych międzynarodowych festiwalach. Do tej pory patrzyłem na to zjawisko dość sceptycznie, uznając za coś w rodzaju środowiskowego trendu (żaden z filmów, który opiewali krytycy, mnie osobiście raczej na kolana nie powalił), ale najnowszy film młodego reżysera Flroina Serbana, (o którym tu mowa) niezwykle mną poruszył.
Wszystko to, co dotychczas w rumuńskiej „nowej fali” po trochu mnie  irytowało – a więc intencjonalnie niedbała realizacja, rozdygotana kamera, obskurny minimalizm, podkreślanie i eksponowanie post-komunistycznej brzydoty i biedoty kraju – w tym filmie okazało się bardzo skutecznym sposobem na ukazanie kameralnego, ale naładowanego emocjami i urastającego do uniwersalnego ludzkiego doświadczenia, dramatu młodego człowieka, któremu wychowanie (a raczej jego brak) w rozbitej rodzinie złamało życie.
Niespełna 20-letni Silviu odsiaduje 4-letni wyrok (skazany za kradzież). Na kilka dni przed wypuszczeniem go na wolność dowiaduje się, że oto do jego domu wraca po długiej nieobecności matka, która postanawia zabrać ze sobą do Włoch jego brata (a jej syna), którego Silviu praktycznie sam wychowywał, z uwagi na ciągłą nieobecność tejże matki (oraz przebywającego na leczeniu ojca). Silviu, podejrzewając, że matka zrujnuje życie jego brata tak, jak zrujnowała jemu, postanawia do tego nie dopuścić, mimo że ciągle znajduje się za kratami.
Film jest bardzo powściągliwy jeżeli chodzi o słowo i obraz, akcja toczy się nieśpiesznie. Trudno tu właściwie mówić o akcji – to, co widzimy, to seria następujących po sobie scen z więziennego życia Silviu, dzięki którym wyczuwamy jednak podskórną wszechobecność tłumionej agresji i dewastujące działanie opresyjnego systemu, jakiemu poddani są młodzi ludzie.
Film nie epatuje brutalnością. Nie jesteśmy świadkami jakichś gwałtownych zwrotów akcji i dramatycznych wydarzeń, aż do… wstrząsającego i eksplodującego emocjonalnie finału, który pozostawia nas w stanie lekkiego szoku.
I dopiero po zakończeniu filmu dociera do nas jego złożoność, (jaka ukryta była pod pozorami zgrzebności i prostoty) oraz humanistyczna mądrość, (która chroni nas przed szafowaniem łatwymi sądami i piętnującym rozdzielaniem win).

PS. Film zdobył główną nagrodę Jury na ostatnim festiwalu w Berlinie.

„OSTATNI RAPORT ANNY” („Utolsó jelentés Annáról”, reż. Márta Mészáros, Węgry)
* * * * * *

W poszukiwaniu agentów i haka na dysydentów… („Ostatni raport Anny”)

Prawdę pisząc spodziewałem się więcej po najnowszym filmie Mészáros, tym bardziej, że był on (podobno) pierwszym filmem węgierskim, który zmierzył się z tematem tajnych współpracowników służb bezpieczeństwa krajów byłego bloku wschodniego. A tu, zamiast pogłębionego studium o dramatycznych podziałach społecznych, które były skutkiem narzuconego przez Wielkiego Brata ustroju, zastałem… gładko i sprawnie zrealizowaną (jak by nie było Mészáros jest najbardziej uznaną, kręcącą filmy Węgierką, weteranką z półwiecznym niemal, reżyserskim stażem) opowieść sentymentalną, pełną na dodatek schematycznych i banalnych wątków.
Niby podejmuje się w filmie próbę zarysowania najnowszej historii Węgier, sięgającej jeszcze do czasów przedwojennych – z punktami centralnymi, które stanowią: wojna domowa 1956 roku, okres względnej stabilizacji początku lat 70-tych i upadek muru berlińskiego w roku 1989 – jednakże siłą rzeczy jest to szkic powierzchowny, który nie jest w stanie dostarczyć wiarygodnego tła dla postaw i zachowań ludzi, których widzimy na ekranie.
Tak się zastanawiam czy aby mdławość filmu Mészáros nie jest pochodną mdławości charakteru głównego „bohatera” „Raportu”. A jest nim Peter – młody, specjalizujący się w literaturze romantycznej naukowiec, który zostaje zwerbowany jako TW przez węgierską „bezpiekę” i wysłany do Brukseli, gdzie ma wygłosić referat, a przy okazji zdobyć zaufanie Anny Kethly, głównej opozycjonistki reżimu Kadara za granicą, namówić ją do powrotu do kraju (co w oczach międzynarodowej opinii publicznej uwiarygodniło by „otwartość” i „ludzką twarz” komunistycznych Węgier) i oczywiście… pisać na jej temat codzienne raporty.
Rozumiem, że dla Marty Mészáros najważniejszym wątkiem filmu była „życiowa” (jak również ideowa) postawa Anny oraz jej miłość do człowieka (nota bene wuja Petera), który został w kraju, kiedy ona wyemigrowała, po wypuszczeniu jej z więzienia. (Ich rozłąka trwa już lat kilkanaście, co jednak nie wydaje się osłabiać ich miłości.) Problem w tym, że ja owej „wiecznie-trwałej” miłości nie odczułem. Zamiast tego widziałem odseparowanych, nie pasujących do siebie ani charakterem, ani aparycją… jednym słowem – „obcych” sobie ludzi, których wydaje się nie wiązać żadna chemia – zarówno cielesna, jak i duchowa. Moim zdaniem obsadzenie stosunkowo młodej aktorki w roli starzejącej się Anny było niezbyt fortunne, bo sztuczność charakteryzacji jakiej ją poddano, wyczuć można było na kilometr, co raczej nie przysparzało granej przez nią postaci ani naturalności, ani tym samym – wiarygodności. Niestety, ten ostatni zarzut można również odnieść do całego filmu. To co przebrzmiałe politycznie, może zainteresować współczesnego widza tylko wtedy, kiedy będzie niesione przez naprawdę zajmujący koncept dramaturgiczny – przez ciekawą opowieść o ciekawych ludziach, a więc przez coś, czemu i my z kolei damy się ponieść. A „Ostatni raport Anny” nie doniósł mnie nigdzie. Szkoda.

„GĄSIENICA” („Caterpillar”, reż. Koji Wakamatsu, Japonia)
* * * * * *

W poszukiwaniu ukojenia i sensu wśród cierpienia i absurdu wojny („Gąsienica”)

Publikacji opowiadania, na podstawie którego nakręcono ten film, w przedwojennej cesarskiej Japonii zabroniono. Podobno ze względu na drastyczny temat. Jednak wydaje mi się, iż rzeczywistym powodem tej cenzury było to, że utwór ten w sposób otwarty ukazywał nie tylko okrucieństwo wojny, ale i absurd bezwarunkowego poświęcenia się absolutyzmowi władzy (w Japonii – nie tylko autorytarnej, ale i „boskiej”) oraz – nota bene dość abstrakcyjnie pojmowanemu – społeczeństwu.
Teraz jednak, kiedy Cesarz nie jest już w Kraju Kwitnącej Wiśni bogiem, ani nawet władza państwowa nie jest autorytarna, taki film nie tylko mógł powstać, ale i krążyć po całym świecie, docierając w końcu do Chicago.
Przez te cholerne chicagowskie korki spóźniłem się na film kilkanaście minut i kiedy wszedłem na salę kinową, z ciemności, przed moimi oczami, wyłonił się taki oto obraz: pozbawiony wszystkich kończyn mężczyzna leży wyciągnięty na macie, podczas gdy młoda kobieta próbuje wsadzić sobie w pochwę jego członka. Na zmasakrowanej, pokrytej bliznami twarzy mężczyzny pojawia się przeraźliwy grymas, który równie dobrze mógł przedstawiać ekstazę, jak i cierpienie czy rozpacz.
Kim jest ta para?
On jest żołnierzem, który wrócił z frontu przeraźliwie okaleczony, przypominając ludzką gąsienicę; ona jest jego żoną, która się nim opiekuje, wypełniając swoje małżeńskie obowiązki, w tym również (a czasami odnosimy wrażenie, że głównie) te seksualne.
On jest uznany w swojej wiosce za „boga wojny” (i tak tytułowany), ona – za „modelową” żonę poświęcającaą się pielęgnacji wojennego bohatera.
Film Koji Wakamatsu ukazuje ich wzajemne, nacechowane dość desperackim sado-masochizmem stosunki – relację, w której kobieta z pełnej poświęcenia i współczucia postawy wiernej i obowiązkowej żony, zamienia się w kobietę świadomą prawdziwej istoty tego, co do ich tragicznej sytuacji doprowadziło. Z wolna, jej poświęcenie i współczucie zamienia się we wstręt i nienawiść, zwłaszcza na wspomnienie brutalnego traktowania jej przez męża z czasów, kiedy dysponował on jeszcze niezbędnymi do tego celu kończynami.
Film operuje prostymi ale i dosadnymi obrazami, co jednak nie pozbawia go pewnej „niuansowości”. Mimo, że gra aktorów sprawia wrażenie pozbawionej wszelkich zahamowań, to jednak wzmacnia ona wieloznaczność relacji, jaka zachodzi pomiędzy tym dwojgiem nieszczęsnych ludzi.
Lecz „Gąsienica” to nie tylko obraz ludzkiego cierpienia i uczuciowej ambiwalencji, ale także asumpt do wnikliwego spojrzenia na opresyjność sił (nazwijmy je społeczno-kulturowymi), które usiłują wtłoczyć człowieka w pewien schemat zachowania i podporządkować go systemowi.

PS. Grająca w „Gąsienicy” główną rolę Shinobu Terajima, na ostatnim festiwalu w Cannes zdobyła Srebrnego Niedźwiedzia dla najlepszej aktorki.

„TAMARA DREWE” (reż. Stephen Frears, Wielka Brytania)
* * * * * *

W poszukiwaniu miłości ("Tamara Drewe")

W poszukiwaniu miłości („Tamara Drewe”)

Stephen Frears robi bardzo dobre filmy („Dangerous Liasons”, „My Beautiful Laundrette”, „High Fidelity”, „Dirty Pretty Things”, „The Queen”) i oto mamy kolejny – osadzony w scenerii „wiejskiej” Anglii komedio-dramat, będący zarówno satyrą na pełną słabości, omylności i niekonsekwencji ludzką naturę, jak i tragi-farsą o niemal szekspirowskim rozmachu.
Komedio-dramat, tragi-farsa, satyra… a można jeszcze dodać pastisz, komedię sytuacyjną, studium obyczajowe, komedię pomyłek, a nawet karykaturę…
I tutaj mógłby się ktoś zapytać, czy aby nie za dużo tych gatunkowych przypisań? Otóż nie. Reżyseria Frearsa jest tak płynna i wirtuozerska, że te wszystkie odniesienia są jak najbardziej usprawiedliwione. I co ciekawe –  zupełnie nie odnosi się przy tym wrażenia, iż te różne gatunki ze sobą kolidują. Tak jak w życiu każdego z nas, które przecież jest tragi-farsą par excellence – czyli komedią i dramatem za jednym zamachem.
Skrzący się dowcipem i błyskotliwymi dialogami scenariusz, będący nota bene dość luźną adaptacją jednej z powieści Thomasa Hardy’ego, przedstawia nam żyjącą na angielskiej prowincji grupę indywiduów parających się pisaniem (lub – częściej – o pisaniu mówieniem). Owo barwne panopticum wytrąca z (i tak już mocno zachwianej) równowagi przybycie pięknej Tamary, ongiś wiejskiego brzydkiego kaczątka, obecnie zamienionej (przy wydatnej pomocy chirurgicznego skalpela) w porażającą sex-bombę, (która mimo tego aspiruje także do bycia a woman of letter, czyli literatką). Naturalnie, wśród mężczyzn intelektualistów (chociaż… nie tylko wśród mężczyzn i nie tylko wśród intelektualistów) wzbudza to (zrozumiały) ferment, stawiający – pozorny zresztą – ład ich… powiedzmy, że twórczego i intelektualno(?!)-pastoralnego życia na głowie.
„Tamara Drewe” to film niezwykły pod wieloma względami.
Przede wszystkim, jest on koncertem znakomitej gry aktorskiej i charakterologicznego bogactwa; następnie: zachwyca świetnym scenariuszem (co w filmach Frearsa jest właściwie normą); i wreszcie – last but not the least – ma niezwykle atrakcyjną aparycję (a odnosi się to nie tylko do grającej tytułową rolę Gemmy Arterton, ale i do samych filmowych kadrów i obrazów, z których niemal każdy posiada walor wręcz malarski).
Tak więc obrazy są sielskie i pastoralne (przywodzące mi na myśl romantyczne płótna angielskich XIX wiecznych pejzażystów, choćby Johna Constable’a), lecz owa stylizacja (tak, wydawałoby się, niewspółgrająca ze współczesną mentalnością i zachowaniem postaci zaludniających ekran), okazuje się tu nad wyraz efektywna, tworząc kontrast, dzięki któremu filmowy przekaz staje się nader wyrazisty, mocniej przykuwający uwagę. Nie wspominając już o tym, że całość dzięki temu staje się jeszcze bardziej malownicza i pieszcząca oko.
Krótko: świetne kino (oczywiście, w jak najlepszym tego słowa znaczeniu).

W poszukiwaniu równowagi w całym tym zgiełku tragi-farsy jaką jest życie („Tamara Drewe”)