POCIĄG DO HOLLYWOOD

(ze wspomnień wywiadowcy)

.

California dreaming in PRL?  ("Pociąg do Hollywood")

California dreaming in PRL? („Pociąg do Hollywood”)

W filmie „Pociąg do Hollywood” Radosława Piwowarskiego Kasia Figura grała dziewczynę, która marzyła o wyjeździe do tego kalifornijskiego raju filmowców. Z perspektywy polskiej bowiem, nadal to miejsce jawi się jako szczyt sukcesu – Parnas kina – obiekt westchnień i snów o potędze bożyszcza.* Mitu skąpanego w luksusie Hollywood nie są nawet w stanie rozwiać krytycy tego tinsel town – miasta błyskotek, fabryki złudzeń, zdroju eskapizmów i targowiska próżności. Lecz mity – jak wiemy – bywają żywotne i nie poddają się byle sceptykom, nie mówiąc już o cynikach.
Dlaczego ów mit Hollywood jest tak mocny i kuszący? Dlatego, że kusząca jest sława i pieniądze, które niewątpliwie – i to w wielkiej obfitości – są jego udziałem. To nic, że ta grupka pławiąca się w hedonistycznych rozkoszach (tak to sobie wyobrażają postronni) jest przeraźliwie hermetyczna i na swój sposób elitarna. Pokusa jednak jest nieprzemożna i w zasadzie ślepa, a rozczarowanie przychodzi dopiero podczas zderzenia się z realiami.
Czy jednak aż tak wielu polskich filmowców i aktorów zdobyło się na podejście do tej konfrontacji? A ilu z tych, którzy już odważyli się zmierzyć z Ameryką, odniosło liczący się sukces?
Roman Polański? Zgadza się, zrobił w Stanach co najmniej dwa znaczące i dobre filmy („Dziecko Rosemary” i „Chinatown”), ale skompromitował się małolatą, podpadł prawu i musiał stąd uciekać. Jerzy Skolimowski? Również wystartował ostro, ale także i jemu utarli nosa i do tej pory siedzi bezczynnie w Santa Barbara obrażony na cały świat (chodzą słuchy, że bawi się w malarza). Andrzej Żuławski? Ten, gdyby się nie pokazywał w Polsce, już dawno poszedłby w zapomnienie. Walerian Borowczyk? On właśnie poszedł w zapomnienie. Agnieszka Holland? Trzeba przyznać, że trafiła do „elity” right away i już czuje się tam podobno jak u siebie. Tak trzymać! Rybczyński? Zdobył Oscara za krótki metraż, ale… no właśnie… co dalej? Tylko nazwisko bez przerwy mu przekręcają. Bogayevitch? Jeśli chodzi o nazwisko, to już się przystosował, nie wychodząc jednak, jak na razie, poza klasę C-video.

W tym zestawie reżyserów mierzących się z pociągiem do Hollywood, wymienia się także Lecha Majewskiego, z którym miałem okazję spotkać się podczas ostatniego Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce. Przywiózł on do Chicago swój film „Ewangelia według Harry’ego”, będący rodzajem alegorii usiłującej poddać krytyce pewne zjawiska społeczno-obyczajowe współczesnej Ameryki. Innymi słowy: obraz z pretensjami zdecydowanie artystycznymi. Zapytałem się więc Majewskiego, jak on widzi ten notoryczny konflikt między kinem komercyjnym, a właśnie artystycznym. W odpowiedzi zabrzmiał wątek Hollywood nie tyle hermetycznego, co totalitarnego:
– Żadnego konfliktu nie ma, ponieważ jedynym królem jest tutaj kino komercyjne. Kino artystyczne na dobrą sprawę nie ma szans. Pracuję w umierającej branży i trochę mnie to przeraża. Znam wiele osób, zarówno w Polsce, jak i w Hollywood, które nie mogą się przebić ze swoimi pomysłami. Bo to, w czym żyjemy, to nie żadna demokracja, ale totalitaryzm ukryty. W Ameryce nie da się nic zrobić. To kraj totalitarny, maoistyczny… Rządzi tu jeden typ kultury, a kto się wyłamuje, skazany jest na śmierć. Ja, przyjechawszy tu, stanąłem przed wyborem: wsiąść na ten band-wagon i jechać z tym dzikim tłumem Schwarzeneggerów albo nie wsiadać. Wybrałem samotną podróż w innym kierunku.
I rzeczywiście. Ze swoją „Ewangelią” idzie sobie Majewski w innym kierunku… samotnie.**

greydot
Widzimy więc, że nie ma co przesadzać z tymi wielkimi sukcesami Polaków na artystycznym Zachodzie. Ale tacy już jesteśmy, my z narodów lekko (?) zakompleksionych. Aby się dowartościować, wygrzebujemy z naszej historii bardziej lub mniej mitycznych bohaterów, rozdmuchujemy legendy, wyolbrzymiamy zasługi… No i taki np. nieszczęśnik i pechowiec Kazimierz Pułaski staje się „najbardziej zasłużonym Polakiem w historii Stanów Zjednoczonych”. (Pulaski, you are a rocker! – usłyszałem niedawno okrzyk aprobaty wydany przez jednego z prezenterów młodzieżowej stacji radiowej, który dowiedział się, że właśnie dzięki Pułaskiemu, dziatwa w Illinois nie musi iść – z okazji „Dnia Pułaskiego” – do szkoły.)
To dlatego cyniczny, złośliwy i odzierający ze złudzeń Gombrowicz, pisał w swoim „Dzienniku”: „Chopin z Mickiewiczem służą wam tylko do uwypuklania waszej małostkowości. Jesteście jak biedak, którego chwali się, że jego babka miała folwark i bywała w Paryżu. Jesteście ubogimi krewnymi świata, który usiłuje imponować sobie i innym.”
No i tak to już z Gombrowiczem jest: albo człowiek ma ochotę dać mu w gębę za bezczelność, albo podziwiać za przenikliwość, szczerość, odwagę i trafność sądów.

greydot

Katarzyna Figura w "Pociągu do Hollywood"

Katarzyna Figura w „Pociągu do Hollywood”

A jeśli chodzi o polskie aktorki? Czy czują one wielki pociąg do Hollywood? Jako wywiadowca usiłowałem dociec tego osobiście, kontaktując się z dwiema popularnymi aktorkami młodego pokolenia: Kasią Figurą i Joanną Trzepiecińską.
Katarzyna Figura przyjechała parę lat temu do Chicago w doborowym towarzystwie. Wraz z Anną Dymną, Janem Englertem, Krzysztofem Kolbergerem i Mariuszem Benoit zagrali w spektaklu „Kochajmy się” opartym na motywach „Pana Tadeusza”.
Przyznaję, że przymierzałem się zrazu tylko do Kasi, lecz kiedy zaszedłem za kulisy, by umówić się z nią na wywiad, zostałem wręcz zakrzyczany przez pozostałych aktorów: „To my zaraz schodzimy!” No i tym sposobem zostałem „zmuszony” do przeprowadzenia wywiadu z nimi wszystkimi (czego absolutnie nie żałuję, zwłaszcza rozmowy z Anną Dymną). Zajęło to sporo czasu. Kiedy więc przystąpiłem ze swoim sprzętem wywiadowcy do Kasi, wszystko musiało się odbyć szybko, ponieważ koledzy i koleżanki nie chcieli poczekać na Katarzynę nawet te kilka minut… tak się nagle zaczęli śpieszyć. Spotkanie z popularną i urodziwą aktorką więc się odbyło, ale niejako „na pół gwizdka”. A byłem przygotowany na więcej.
Niemniej jednak zdążyłem się zapytać właśnie o Hollywood – o to, kiedy pani Katarzyna się tam wybiera. Na co ta odparła:
– Jedziemy do Los Angeles pod koniec naszego tournee. Bardzo się z tego cieszę, bo tam również mam przyjaciół, których będę mogła dzięki temu odwiedzić. Zamierzam zatrzymać się tam parę dni dłużej. Może zdążę coś zobaczyć, poznać… Zawsze marzyłam, aby tam pojechać.
– Tamten pociąg nie dojechał – przypomniałem.
– Tamten pociąg nie dojechał, niestety. Ale może dlatego, że właściwie nie ma pociągów do Hollywood.

greydot

Śledziłem później poczynania Katarzyny Figury w Hollywood. I zobaczyłem, że mierzyła ona wysoko. Mignęła mi bowiem kiedyś przez parę sekund w kadrze filmu Roberta Altmana „The Player”. Siedziała przy stole wśród innych ludzi i biła brawo. Ale już jej agenci mogli napisać w resume, że zagrała u Mistrza Altmana (nie biorąc jednak pod uwagę tego, że sam Altman – rzeczywiście jeden z bardziej znaczących reżyserów w historii kina – jest de facto hollywoodzkim outsiderem, tyle że z wyboru). Zresztą, tak naprawdę wcale mnie tego typu wystąpienie nie dziwi – takie niekiedy muszą być początki.
W następnym filmie Altmana „Prêt-à-Porter”, nazwisko Figury znalazło się już za czołówką głównej obsady, którą stanowił nie byle kto, bo takie gwiazdy, jak m.in. Sophia Loren, Marcello Mastroianni, Julia Roberts, Kim Basinger… Kasia wypowiedziała kilka słów, krygując się następnie przez parę minut na drugim planie, wdzięcząc się i uwidaczniając swe niewątpliwe wdzięki. Zresztą, scena z jej udziałem była udana, żywa, a nawet ujmująca, tudzież objawiająca największe atuty aktorki. Podobnie jak następna: mniej już mówiona, za to bardziej „pokazywana”… od tyłu (czyli w pozycji, w jakiej Rush Limbaugh lubi najbardziej ruch kobiet feministek). A tak à propos: podczas naszego spotkania w Chicago, zadałem Figurze również pytanie o to, jaki jest jej stosunek do pojawiania się w filmach aktorek w stroju – nazwijmy to delikatnie – niekompletnym: Jak reaguje pani na takie propozycje? Figura odparła:
Jeżeli scenariusz jest dobry, jeżeli sceny są dobre, tak samo postać, to wtedy w ogóle nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia. Jeżeli mam zaufanie do reżysera, do operatora i wiem, że to wszystko ma jakiś sens i uzasadnienie w filmie – nie mam żądnych oporów. Natomiast, jeśli mam się pokazywać tylko po to, żeby ktoś zobaczył jakie mam ciało – żeby się to komuś podobało albo nie – to wówczas zupełnie mnie to nie interesuje. Co do innych aktorek – uważam, że jest to ich sprawa. Jeżeli są piękne – i chcą się pokazywać – niech się pokazują.

Aktorka potwierdziła, że będąc na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Miami – właśnie ze swoim „Pociągiem do Hollywood” – miała propozycje sesji zdjęciowej od „Playboya”, ale odmówiła. Tak się złożyło, że tego samego wieczoru, w klubie Made in Poland (gdzie wystawiano „Kochajmy się”) spotkać można było również Bognę Sworowską, która jako pierwsza Polka trafiła na okładkę „Playboya”. Nota bene w charakterze… Rosjanki, ubranej w (rozchylone oczywiście) białe futro i puszystą szubę z carskim orłem (!) Cover story miała tytuł „Women of Russia” i podtytuł: „From Inside the USSR, A Naked Look at Glasnost”, no a w środku… cała (roz)wiązanka młodych Rosjaneczek. Niestety, na okładkę tygodnika, dla którego przeprowadzałem wywiad, Bogna nie trafiła, gdyż nie można było później się z nią skontaktować (mimo wysiłków m.in. ex-Skalda Andrzeja Zielińskiego). Wcześniej bowiem zaznaczyła, że musi być na to zgoda agenta, z którym podpisała kontrakt na wyłączność swojego image. A slajdy wyszły pięknie.***

greydot

Joanna Trzepiecińska w "Papierowym małżeństwie"

Joanna Trzepiecińska w „Papierowym małżeństwie”

Prawdę pisząc, żadna z polskich aktorek nie zrobiła na Zachodzie większej kariery (może z wyjątkiem Teresy Orlowski, ale to jakby inna sfera). Elżbieta Czyżewska pojawiła się w paru filmach; na życie aktorstwem jest w stanie zarobić Joanna Pacula (w produkcjach, niestety trzeciorzędnych). Beata Poźniak, Liliana Głąbczyńska, Małgorzata Zajączkowska… kołatają się tam gdzieś na ekranach w rolach nader epizodycznych oraz w telewizyjnych operach mydlanych. Gosia Dobrowolska usiłuje coś zdziałać w Australii. I to już chyba koniec.

Jest jeszcze Joanna Trzepiecińska, kręcąca w Europie Zachodniej („Papierowe małżeństwo”). Ją także spytałem czy czuje jakiś pociąg do Hollywood, na co odparła zdecydowanie:
Otóż tu pana zaskoczę… zupełnie nie!
Musiałem mieć chyba lekko wątpiący wyraz twarzy, bo usłyszałem natychmiast uzupełnienie:
Absolutnie mnie to nie interesuje. Twierdzę, że jestem częścią polskiej kultury – i taką kulturę mam zamiar tworzyć. Nie tylko wychodząc na scenę ale kulturę szerzej pojętą – w sensie np. należenia do pewnej elity intelektualnej… To mnie ze wszech miar interesuje.
Wtedy zwróciłem uwagę na to, że jednak bariera językowa wydaje się być dla aktorów spoza kręgu anglosaskiego nie do przebicia. Metoda „na małpkę”, czyli wkuwanie na pamięć obcego tekstu bez znajomości języka i głębszego jego zrozumienia – ma krótkie nogi. Karierę w Hollywood próbowali zrobić nawet aktorzy formatu światowego, jak np. Gérard Depardieu. Ale jednak, właśnie ze względu na akcent, skazani byli oni na rolę cudzoziemców, emigrantów… Tak naprawdę, jedynym człowiekiem, któremu się to ostatnio udało, jest Austriak i kulturysta, Arnold Schwarzenegger.
Ja niestety nie mam jego gabarytów – wyznała z rezygnacją pani Joanna i dodała – A przyjeżdżać tutaj i być ograniczoną do jednego tylko rodzaju ról, to nie ma większego sensu. Byłoby to skazanie się na bardzo wąski przedział propozycji. Po co mi to?

c.d.n.
greydot

(Artykuł ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 23 czerwca, 1995 r.)

* Należy wziąć tutaj pod uwagę to, że tekst powstał 20 lat temu – w czasie, kiedy jednak inaczej postrzegało się w Polsce Amerykę i samo Hollywood.

** Wtedy, kiedy to pisałem, to nie wiedziałem, co piszę. Lech Majewski, przez ostatnie ćwierćwiecze wcale samotnie nie zmierzał. To prawda, że szedł we własnym kierunku i nigdy nie mieszał się z mainstreamem, realizując konsekwentnie swoje oryginalne pomysły artystyczne, które zazwyczaj spotykały się z wielkim uznaniem, choćby tylko niewielkiej grupy koneserów. W rzeczywistości stał się jednym z najbardziej aktywnych i wszechstronnych polskich twórców, i to zarówno w Polsce, jak i wielu innych krajach świata (Wielka Brytania, Niemcy, Stany Zjednoczone, Argentyna, Litwa). Para się reżyserią nie tylko filmową, ale i operową, jest autorem wystaw i instalacji w renomowanych muzeach sztuki współczesnej. Przy okazji polecam przeczytać sobie o jego osiągnięciach TUTAJ. Niedawno pisałem o jego niezwykłym filmie – wspaniale łączącym ze sobą kino i malarstwo – „Młyn i krzyż”.

*** Niestety, slajdy te zaginęły, podobnie jak wiele innych moich materiałów (zdjęcia, artykuły) z tamtego okresu. (Tak to jest, kiedy często zmienia się miejsca zamieszkania – tak, jak to było wówczas w moim przypadku.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

.

ZABAWKA DLA MĘŻCZYZNY (rozmowy z Juliuszem Machulskim)

.

Juliusz Machulski często gościł w Chicago, a to z racji odbywającego się tutaj Festiwalu Filmu Polskiego. Przywoził nań swoje kolejne filmy: „Deja Vu”, „V.I.P.”. „Szwadron”… Miałem więc okazję spotkać się z tym reżyserem kilkakrotnie.

.

Juliusz Machulski: "Jestem chyba bardziej kinomanem, niż reżyserem. Zostałem reżyserem, gdyż lubiłem oglądać filmy, a nie dlatego, że chciałem zbawiać świat."

Juliusz Machulski: „Jestem chyba bardziej kinomanem, niż reżyserem. Zostałem reżyserem, gdyż lubiłem oglądać filmy, a nie dlatego, że chciałem zbawiać świat.” (zdjęcie własne)

Muszę przyznać, że kiedy jeszcze byłem w kraju, Machulski imponował mi jako reżyser tak lekkich, zabawnych i znakomitych filmów, jak np. „Vabank”, który można śmiało zaliczyć do grona najlepszych komedii w historii powojennego kina polskiego. Trochę mniej udane – ale nadal niezłe – były: „Seksmisja”, „Vabank II”, „Kindgsajz”, bijąc w Polsce wszelkie rekordy popularności i ratując kiesę krajowej kinematografii w najgorszych dlań momentach. W pojęciu wielu widzów nazwisko reżysera gwarantowało rozrywkę na najwyższym poziomie: profesjonalizm i warsztatowa rzetelność, atrakcyjna forma i zajmująca anegdota; lekkość i swoboda połączona z błyskotliwością narracji – to były komplementy jakimi darzono obrazy Machulskiego, nie takie znów na wyrost.
Tym większy był mój zawód, kiedy oglądałem te filmy, które Machulski prezentował w Chicago osobiście.
Podczas pierwszego wywiadu w 1992 r. miałem jeszcze na względzie te przeboje ekranowe Machulskiego, na które publiczność waliła drzwiami i oknami. Aby nadać naszej rozmowie pewnej dialektycznej ostrości, a może i sprowokować samego reżysera, ustawiłem się niejako w opozycji do kina rozrywkowego, komercyjnego, zawierając w pytaniach argumenty popierające tzw. kino artystyczne, również to zajmujące się „poważną” problematyką. Zwróciłem więc uwagę, że jest on wśród polskich reżyserów w pozycji uprzywilejowanej, a to właśnie na rodzaj filmów, jakie robi. Przy czym, nie chodziło mi o to, że są one wytworem wysokiej sprawności warsztatowej reżysera, a o ich charakter. Mogą więc liczyć na większą widownię, gdyż nie są utworami „problemowymi”, nie burzą ludziom spokoju, nie stawiają niewygodnych pytań. Na co Machulski odparł:
– Nie do końca zgodziłbym się z tym, że moje filmy nie są filmami problemowymi. To, że lekko się coś ogląda i śmiejemy się na tym w kinie, nie musi oznaczać, iż mamy do czynienia  z filmem problemowym, natomiast kiedy jest ciężko, smutno i ponuro – to z problemowymi. Otóż nie na tym to polega. „Seksmisja” w swoim czasie poruszyła nie mniej problemów, niż filmy, które o tej rzeczywistości mówiły wprost, jak np. „Wodzirej”, czy „Bez znieczulenia”. Tak samo inne filmy – zawarłem w nich to, co mnie boli, męczy i na co się nie zgadzam. Choć przyznaję, że „Vabankiem” – pierwszym i drugim –  bardziej się bawiłem, niż starałem się dawać coś do myślenia.

Nie dałem jednak Machulskiemu spokoju i przypomniałem, że przy okazji komplementowania jego twórczości, powiedziano, że dotyka ona „nowej wrażliwości” lat 80-tych i 90-tych. Co jednak można rozumieć przez tę „nową wrażliwość”? Może ta nowość polega na tym, iż jest to wrażliwość bardziej plebejska?
Oto odpowiedź Machulskiego:
– Kino, generalnie rzecz biorąc, jest sztuka plebejską. Za drogo to kosztuje, by można sobie pozwolić na robienie filmów do szuflady. Zawsze starałem sią robić filmy dla szerokiej publiczności – to prawda. Moim zdaniem, film powinien być opowiadany na kilku płaszczyznach, a nie tylko skierowany do widza elitarnego, co w praktyce oznacza, że przychodzi do kina 15 osób.
Trudno było nie przyznać Machulskiemu racji, oświadczyłem jednak, że chodzi mi o coś innego. Odkąd bowiem zaczęto w kraju głosić potrzebę kina masowego, na polskich ekranach zaczęło się dziać coś niedobrego. Nie tylko coraz bujniej rozwijał się i plenił zachodni – niestety, ten bardziej szmirowaty – gatunek rozrywkowy, ale co gorsza, niejako prawem mimikry, zaczęli to naśladować polscy filmowcy. Powstało coś tak groteskowego, jak „polskie kino amerykańskie”, czyli „poetyka” kina amerykańskiego przeniesiona na nasz rodzimy grunt. Rezultat jest znany: sztuczność, naiwność, śmieszność…
Machulski odparował:
– Nie wiem jakie filmy ma pan tu na myśli. Nie uważam, abym w swoich obrazach naśladował kino amerykańskie – są na tyle oryginalne i na tyle polskie. Być może profesjonalizmem przypominają tamte wzorce. Jeżeli „polski” ma oznaczać nieudany, upośledzony, to ja się na to nie zgadzam.
– Jednak musi pan przyznać – odpowiedziałem – że widz w Polsce staje się podobny do widza amerykańskiego, czyli szuka w kinie tylko rozrywki. Nie miałby tutaj szansy powodzenia w kinach film poruszający głębsze zagadnienia społeczne, polityczne, światopoglądowe, chyba że przemyciłby to w komercyjnej formie. Czy jest to nasza droga do tej tak długo wyglądanej „normalności”, czy też upadek etosu artyzmu w filmowej sztuce?
Machulski:
– Muszę panu powiedzieć, że gdyby ktoś z Hollywood słuchał tej naszej rozmowy, to nic by z niej nie zrozumiał. To jest jakaś polska choroba, że co innego „sztuka”, a co innego „sztuka dla widza”. Moim zdaniem to się nie kłóci i cały czas jest to ta sama sztuka. Nie można bowiem oddzielać: to jest film artystyczny, a to jest film dla widza. Trzeba to umieć łączyć, nie tylko w kinie, ale i w każdej dziedzinie sztuki, która powinna być przecież przeznaczona dla jak największej liczby ludzi. Poza tym, skończył się już czas, gdy dystrybutor w Polsce brał wszystko, jak leci. Dziś trzeba się liczyć z widzem, co niekoniecznie musi oznaczać, że rozprowadza się tylko szmirę.

greydot

Podczas tej pierwszej rozmowy zgodziliśmy się z tym, że prawdziwie wartościowym kinem polskim może być tylko takie, które zajmuje się w szerokim rozumieniu sprawami człowieka, społeczeństwa, narodu. Tylko takie obrazy mogą wzbudzić zainteresowanie za granicą. Filmy rozrywkowe wszyscy kupują tam, gdzie robione są one najlepiej, czyli w Ameryce. Poza tym, niedobrze byłoby zaprzepaścić to, co w naszej kinematografii było wyjątkowe, oryginalne i wybitne, a co raczej nie związane było z tym nurtem „rozrywkowym” kina.
– Zgadzam się – powiedział Machulski – jeżeli kino polskie ma istnieć, to powinno mówić o sprawach polskich. Jestem, przeciwnikiem naśladowania kina amerykańskiego. Jeżeli już – to naśladujmy profesjonalizm, rzetelność, gdyż to są te jego niepodważalne zalety.

Jak się okazało, Machulski postarał się własne słowa zamienić w czyn i dwa lata później przywiózł na Festiwal do Chicago swój „Szwadron”. Była to zaiste w filmografii reżysera pozycja nietypowa, zrywająca z tak charakterystyczną dla Machulskiego konwencją komediową – dość zamaszyty dramat kostiumowy, dotykający jednej z boleśniejszych polskich ran narodowych, a mianowicie powstania styczniowego.
Rezultat?

Juliusz Machulski: "Prawdziwą tragedią powstania było to, że część społeczeństwa w ogóle ono nie interesowało, część uważała, że to nie jest ich sprawa, a część po prostu stchórzyła." (kadr z filmu "Szwadron")

Juliusz Machulski: „Prawdziwą tragedią powstania styczniowego było to, że część społeczeństwa w ogóle ono nie interesowało, część uważała, że to nie jest ich sprawa, a część po prostu stchórzyła.” (kadr z filmu „Szwadron”)

Sam Machulski nazwał wtedy „Szwadron” mastodontem. Lecz do końca nie byłem pewny, czy miał on na myśli potencję i rozmiary, czy też kopalny anachronizm. Ale na bok z żartami. Można było docenić wysiłek reżysera podejmującego już temat cięższy gatunkowo. Choć „Szwadron”, oparty na opowiadaniach Rembeka, nie miał ambicji skrupulatnego studium historycznego. Był raczej impresją, wrażeniem, fragmentarycznym postrzeganiem powstańczej rzeczywistości z perspektywy widzianej oczami wroga. Kadry odwoływały się do kossakowskiej malowniczości, ze wskazaniem na konia, mundur i oręże. Powiewało kawaleryjskim romantyzmem i matejkowską, upozowaną batalistyką. Krew znaczyła martyrologię. Polskie lasy, polne drogi, kapliczki i wiejskie chudoby – to wszystko również znalazło należne im ojczyźniane miejsce. Wszystko warte milion dolarów, a może i więcej (na tyle ocenił koszty realizacji „Szwadronu” sam twórca filmu).
O co chodziło Machulskiemu? On sam twierdził, że o rozszerzenie naszego wglądu w powstanie styczniowe, złamanie pewnych stereotypów; także o spopularyzowanie tematu u młodzieży – wreszcie spowodowanie, by film stał się „kulturowym faktem”… Intencje zgoła szlachetne.

Mój drugi wywiad z reżyserem poświęcony był właśnie głównie „Szwadronowi”. Na moją uwagę, że zmitologizowaliśmy powstanie styczniowe, tak jak wiele innych momentów naszej historii, gdyż etos romantyczny musiał się czymś żywić, a dowartościowywanie się jest potrzebą każdego narodu, Machulski odpowiedział:
– Nie mówiło się nam o podziale Polaków w okresie powstania styczniowego. Jesteśmy przygotowani do wersji „hurra-patriotycznej” utrzymującej, że całe społeczeństwo, jak jeden mąż, stanęło w obronie wolności i niezawisłości kraju, co jest nieprawdą. Prawdziwą tragedią powstania było to, że część społeczeństwa w ogóle ono nie interesowało, część uważała, że to nie jest ich sprawa, a część po prostu stchórzyła. Wielu oficerów, którzy wcześniej byli w związkach tajnych, w momencie wybuchu powstania się przestraszyło, że duża była stawka, że duże ryzyko… Jest więc sporo rzeczy wstydliwych, o których się często nie mówi, a o których mówić jednak wypada, jeżeli mamy wyciągnąć jakieś sensowne wnioski z naszej historii.
W „Szwadronie”, który sam Machulski porównywał do „Plutonu” Olivera Stone’a, można było także wyczuć pewną pacyfistyczną nutę, ostrzeżenie przez pułapką zabijania. Zapytałem się więc reżysera, czy aby nie brzmi ona zbyt cieniutko wobec tego, co się dzieje na świecie? Wszak sam Bergman stwierdził kiedyś, że jego obrazy są niczym ćwierkania ptaszka nad bitewnym zgiełkiem.
Jestem w duszy pacyfistą – wyznał Machulski – lecz nie jestem aż tak naiwny, by wierzyć, że kiedy zrobię film o wymowie pacyfistycznej, to że to coś zmieni. Nie ma on takiej siły. Lecz wydaje mi się, że podłącza się on jakby do ogólnej światowej tendencji, którą nazwałbym ekumeniczno-pacyfistyczną, znoszącą podziały religijne i narodowościowe.

greydot

Wiedziałem, że Juliusz Machulski przymierza się do następnego „poważnego” tematu, chcąc jakby udowodnić, że stać go na „problemowość”, a więc film, który nie byłby czystą rozrywką, komedią, produktem komercyjnym. I przyznam, że z przykrością przeczytałem niedawno w polskiej prasie recenzję z najnowszego filmu reżysera, opartego na własnym scenariuszu pt. „Jury”. Oto ona: Początek był interesujący, ale później rzecz stawała się coraz bardziej podobna do do dzieł Mosfilmu, który wyprodukował wiele podobnych filmów o łajdakach. Dobra obsada aktorska miała uczynić natrętną dydaktykę i propagandę bardziej znośną. Domyślam się, że film „Jury” miał być bardzo zabawnym, złośliwym i dowcipnym widowiskiem satyrycznym. Istotnym powodem klapy jest prymitywny i schematyczny scenariusz.
Nie jest to moja opinia i prawdę mówiąc chciałbym, aby okazała się ona mylna. A jeśli jednak Machulski potwierdził swoją niemoc w mierzeniu się z tzw. poważnym tworzywem? Czy przypadkiem nie wyszło szydło z worka wtedy, gdy zapytałem go o pobudki, które skłoniły go do wyboru zawodu reżysera? Machulski wtedy wyjaśnił:
Jestem chyba bardziej kinomanem, niż reżyserem. Zostałem reżyserem, gdyż lubiłem oglądać filmy, a nie dlatego, że chciałem zbawiać świat.
Moja uwaga: Z tego też pewnie względu jest coś infantylnego w pańskich obrazach.
Machulski: Samo robienie filmów jest infantylnym zajęciem, zabawą. Musimy się z tym pogodzić, że filmami niczego ważnego nie jesteśmy w stanie zdziałać ani zmienić. Moim zdaniem to najlepsza zabawka dla mężczyzny.

greydot

(Artykuł ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 9 czerwca, 1995 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

.

LATARNIA MAGICZNA

PRAWDA I POZÓR KINA

Na zakończenie trwającego tutaj od dłuższego już czasu maratonu filmowego, chciałem przedstawić tekst, który powstał wieki temu, ale który zachował chyba jednak swoją aktualność, traktując kino w sposób ogólny, uniwersalny. Napisałem go będąc młodym (jeszcze) człowiekiem – w czasie, kiedy moja przygoda z pisaniem o filmie, tudzież bliższa zażyłość z kinem dopiero się zaczynały (można więc ewentualne uchybienia tekstu złożyć na karby niedoświadczenia i tremy debiutanta). Przy okazji chciałbym zwrócić uwagę na powstanie nowej strony, gdzie zebrałem w porządku alfabetycznym moje recenzje i teksty filmowe, które dotychczas pojawiły się na Wizji Lokalnej. Znaleźć ją można w górnym pasku bloga pod nazwą FILMOTEKA. Mam nadzieję, że umożliwi ona lepszą orientację w topografii tematycznej bloga, ułatwiając odnalezienie czegoś, co ewentualnie może zaciekawić i zainteresować tych, którzy odwiedzają Wizję (a są najczęściej cichymi konsumentami jej zawartości).

*

Był taki czas, kiedy wydawało się, że w dobie pośpiechu zwięzłe kino przejmie szlachetną rolę literatury – przez wieki jednego z najważniejszych nośników naszej kultury. Tak się jednak nie stało i film, zatoczywszy koło, wrócił do swych plebejskich korzeni, czyli do jarmarku. Przejawem tego jest  Hollywood i jego produkty. Amerykański repertuar w całej swojej masie traktuje film jako czystą rozrywkę dla mas. Pieniądze stały się głównym bodźcem, zysk bogiem a producent wyrocznią oraz alfą i omegą. Kino artystycznie ambitne, autorskie, przemyka się gdzieś po peryferiach.
Na szczęście jednak, zawsze można wrócić do starych mistrzów i klasyki, by przypomnieć sobie, że także i film może być traktowany z estymą należną prawdziwej sztuce. Bowiem obok potrzebnej rozrywki, kino jest zdolne nieść również treści poważne, o czym starają się pamiętać niektórzy twórcy. To właśnie ich pracy poświęcony jest ten tekst. Dlatego niekiedy film ośmielam się nazwać w nim filmowym dziełem, a kino sztuką.

POTĘGA ZŁUDZEŃ

„Pamiętać należy, że obraz, zanim stanie się koniem bitewnym, nagą kobietą lub jakąkolwiek anegdotą, jest przede wszystkim powierzchnią płaską pokrytym farbami w określonym porządku” – to słynne powiedzenie Maurice’a Denis z początku XX wieku można sparafrazować definiując film: pamiętać należy, że film, zanim zobaczymy w nim bitwę, nagą kobietę lub jakąkolwiek inną anegdotę, jest przede wszystkim uporządkowanym ciągiem obrazów i dźwięków, wyświetlonym na płaskim ekranie.
Być może wygląda to na paradoks, ale zagadkowa moc i siła sugestii kina wydaje się leżeć w jego zdolności do ukazywania iluzji jako rzeczywistości i na odwrót: rzeczywistości jako iluzji; do przedstawiania wytworów fantazji jako realności i rzeczy istniejących realnie jako fantomy. Jest to jedna z najważniejszych i najbardziej specyficznych właściwości filmowego obrazu w oddziaływaniu na naszą wyobraźnię. Kino czerpie więc swoją potęgę z napięcia jakie istnieje pomiędzy zawartymi w każdym dziele filmowym biegunami: irrealność – realność, fikcja – rzeczywistość, złudzenie – prawda, sen – jawa… etc. To właśnie ta swoista dialektyka powoduje, że film potrafi niekiedy tak sugestywnie do nas przemawiać.

Przypomnijmy sobie, że pierwsze filmy dokumentowały świat realny. Zrazu kamerę traktowano jako aparat fotograficzny. Widzowie reagowali bardziej spontanicznie na rzeczywistość przedstawioną na ekranie, niż na tę, która ich otaczała, w której żyli. Historia kina niezmiennie przytacza fakt ucieczki publiczności z sali kinowej przed nadjeżdżająca z ekranu lokomotywą. Późniejsze kino kreacyjne, a tylko takim tu się zajmujemy, już w pełni zaczęło korzystać z całego arsenału środków jakimi dysponuje film jako forma artystycznej wypowiedzi.

ZAPOMNIJMY I PAMIĘTAJMY

Wzajemne przenikanie się fikcji i rzeczywistości, które tak często spotykamy w całej sztuce – i to nie tylko filmowej – to jeden z częstych motywów występujących w utworach Bergmana, Buñuela, Chabrola, Saury, Felliniego, Altmana i wielu innych wielkich reżyserów. Jest to jednak zupełnie odrębne zagadnienie. Nie zajmujemy się tu bowiem takimi problemami, jak np. play within a play, motywy senne (oniryczne), fantazje i marzenia ekranowych postaci wbudowane obrazowo w fil mowy utwór i będące tylko jednym z wyrazów filmowego języka. Pomijamy też zagadnienia dotyczące takich zjawisk w historii kina, jak direct cinemacinema vérité, underground, dokument fabularyzowany, neorealizm, francuska Nowa Fala… i ich stosunkiem do tzw. obiektywnej rzeczywistości. Nas interesuje iluzja wynikająca immanentnie z samego charakteru filmowego obrazu i z fenomenu jego projekcji w kinie. „W filmie – pisze Jean Douchet w magazynie „Sight and Sound” – na pierwszy plan wysuwa się problem związku między prawdą a pozorem, między rzeczywistością a jej świetlanym odbiciem. Kamera chwyta rzeczywistość, którą rejestruje za pośrednictwem obiektywu. Robi to, aby potem rzucić ją na ekran pod postacią świetlanej zjawy, złudzenia. I tak, jakaś rzecz prawdziwa, mająca swój realny byt, w wyniku procesu technicznego staje się zjawą, fantazmem, fikcją”.

Zawsze więc należy mieć na uwadze umowność i fantasmagoryczny charakter filmowego obrazu. Jednak z drugiej strony, aby właściwie odebrać dzieło filmowe (czyli – aby znalazło ono w nas głębszy oddźwięk), należy się poddać jego hipnotycznemu działaniu. Sztuka bowiem wymaga od nas dwoistego przeżycia: jednocześnie trzeba zapomnieć, że jest ona zmyśleniem, i nie zapominać o tym. O tym dwuaspektowym charakterze percepcji sztuki i życia należy pamiętać w dyskusji o jakiejkolwiek artystycznej twórczości.
Tak więc film tworzy iluzje, lecz w przypadku wartościowego utworu jest to iluzja estetyczna, która pozwala na uruchomienie naszych mechanizmów psychicznych, dzięki czemu możemy tę iluzję przeżyć. Mimo więc, iż dzieje się to „tylko” w naszej wyobraźni, to jednak jakościowo są to uczucia podobne do tych, jakich doświadczamy w prawdziwym życiu (czyli do tych, jakich dostarcza nam rzeczywistość „poza-filmowa”). Tym samym potrafią być one nie mniej skuteczne. Stąd… choćby możliwości terapeutyczne kina.

NAPRAWDĘ I „NA NIBY”

Przejawia się w tym wszystkim także ludyczny charakter ludzkiej natury: ciągła potrzeba i skłonność człowieka do zabawy i jej przeżywania. Wyłania się też tutaj kwestia zdolności widza do empatii, bez której niemożliwe jest uczestnictwo w jakiejkolwiek formie wytworu artystycznej wyobraźni.
A więc film, jako „zaproszenie do wspólnego doświadczenia iluzji estetycznej” – używając sformułowania Zofii Rosińskiej, która odniosła to stwierdzenie do sztuki w ogóle. Zdolność do przeżywania tej iluzji jest warunkiem niezbędnym do uczestnictwa – zarówno poprzez tworzenie, jak i odbiór – w sztuce.
Jednak to wrażenie iluzji (a ściślej: balansu między nią a odczuciem realnym) może zostać naruszone. Dzieje się tak w przypadku, kiedy utożsamiamy obraz filmowy z samą rzeczywistością i przypisując mu nadmierne znaczenie – przeżywamy go wówczas silniej i bardziej intensywnie niż samą rzeczywistość; jak i wtedy gdy odmawiamy mu wszelkiego prawdopodobieństwa i znaczenia – a tym samym jesteśmy wobec niego obojętni emocjonalnie i intelektualnie.

Rzeczywistość ekranowa – a więc wszystko co człowieka tam otacza: inni ludzie, całe jego środowisko naturalne i społecznie, przedmioty i sytuacje w jakie jest on uwikłany – jest równowartościowa wobec rzeczywistości naszej, (czyli tej, w której istniejemy „naprawdę”). Równowartościowa ale oczywiście nie tożsama. Jednak stopień jej wewnętrznej spójności, autentyzm i moc sugestii są w naszych oczach (sercach, umysłach, zmysłach i wyobraźni) miarą wiarygodności filmu. Zdolność do kreacji takiej właśnie rzeczywistości jest przypisywana jedynie wielkim artystom kina. Tym, co liczy się najbardziej, jest właśnie zdolność sugestywna obrazu w oddziaływaniu na naszą psychikę. Optyka ta z samej swej istoty zakłada jednak subiektywizm. Stąd też wielka niekiedy rozbieżność sądów na temat niektórych zjawisk w kinie.
Każdy twórca stara się przedstawić swój sposób widzenia świata, czyli tworzy (w filmie) swoją własną rzeczywistość. Wszystko w jego dziele podporządkowane jest tej dążności. A im większy jest stopień integracji owej rzeczywistości, a zarazem jej oryginalność, tym większa ranga artystyczna filmu i tym bardziej potrafi być ona dla nas przekonująca.

OSWAJANIE CHAOSU

Jedną z najistotniejszych funkcji sztuki jest jej zdolność oraz dążenie do porządkowania i narzucania ładu chaosowi, jaki wydaje się nas otaczać. Człowiek w konfrontacji z rzeczywistością, w jakiej jest zanurzony – wobec bezładu faktów, zjawisk, zdarzeń i wrażeń jakich doznaje – odczuwa lęk zmuszający go do uporządkowania wszystkiego, nadania temu sensu, stworzenia, czy też odnalezienia pewnych wartości. Tworzy on tym samym swoją „własną” rzeczywistość. Jest to nic innego jak próba zadomowienia się w świecie, oswojenia z nim, wprowadzenia weń ludzkiego porządku, określenia hierarchii wartości…
Takie też są funkcje religii, mitów, nauki, systemów światopoglądowych, całej kultury wreszcie. Jednak z góry skazani jesteśmy na niepowodzenie, ze względu na istnienie podstawowej sprzeczności: dokonywanie przez nas wyborów (będące dążnością, próbą i wysiłkiem na rzecz przezwyciężenia owej sprzeczności) prowadzi do konieczności bardziej lub mniej świadomego ograniczenia się, a to z kolei uniemożliwia całościowe ogarnięcie rzeczywistości.
Stworzenie przez nas integralnego modelu świata jest więc utopią. Człowiek wobec takiej niemożności zawsze uciekał (się) do magicznego myślenia – szukał środków, które byłyby mu w tym pomocne. Film – ta lanterna magica – ze względu na te wszystkie właściwości, o których tu była mowa, może bez wątpienia takie magiczne medium stanowić. Stąd jego wyjątkowość wśród form artystycznej ekspresji – w całej sztuce.

*  *  *

ANEKS. I może jeszcze refleksja nieco późniejsza:

Przegląd „odrestaurowanych” filmów Bergmana w chicagowskim kinie „Music Box”. Po raz kolejny wracam do tych obrazów, które przecież noszę w sobie od dawna, tyle że dość głęboko ukryte…
Teraz się zastanawiam, dlaczego w tych „głębiach” nie ma w zasadzie kina współczesnego. Czyżby zabrakło już tam dla niego miejsca?

Bergman kręcił swoje filmy w czasie, kiedy kino mogło być uznawane za sztukę wyższą, szlachetną, niosącą głębsze przesłania. Mówi się, że to on właśnie wyniósł film na takie poziomy, ale robili to również twórcy mu współcześni: Fellini, Antonioni, Kurosawa… A działo się tak najwidoczniej dlatego, że w ewolucji kina taka właśnie nastała epoka.
Można odnieść wrażenie, że podobnie sprawy się mają z operą, malarstwem, a nawet z literaturą: można odnieść wrażenie, że wszystkie te dziedziny sztuki mają już za sobą swoje apogea, w jakimś sensie się wypełniły, może nawet wyczerpały.

Oczywiście po tych tuzach kina pojawili się twórcy równie zdolni, może nawet podobnie genialni, ale już nikt nie przydawał im takiej wagi. Dlaczego? Pponieważ zmieniła się epoka – a i oni sami kręcili już w inny sposób.
Nawet Woody Allen, będący przecież synonimem kina autorskiego, nie mógł kręcić filmów w bergmanowskiej manierze (czy powadze), bo wyszłyby pewnie z tego jakieś wtórności. Zabrał się więc za parodie. Poważniej do sprawy podszedł np. u nas Zanussi – nota bene będący pod olbrzymim wpływem Bergmana – ale on istnieje w historii kina gdzieś na marginesie, jako reżyser bardziej lokalny. Oczywiście, sławę zyskują coraz to inni twórcy kina, ale czy zdolni są oni do stworzenia jakiegoś nowego kanonu sztuki filmowej? A jeśli tak – to na czym ten kanon miałby polegać?

A może w dziejach kina jego kanon już się spełnił (nie tylko zresztą ten klasyczny)?  Może nie ma też potrzeby jego rewizji, ani nawet suplementacji?

Może podobnie działa też nasza pamięć i związana z nią tożsamość? Bo wszystko to, co nas ukształtowało, już było?

Czy kanon kina się wyczerpał? (Gra w szachy ze Śmiercią - "Siódma pieczęć" Bergmana)

*

FILMOWISKO („Vicky Cristina Barcelona”, „Była sobie dziewczyna”, „Agora”, „Incepcja”)

festival.banner.wl

 

„VICKY CRISTINA BARCELONA” (reż. Woody Allen)
* * * * * *

Woody Allen z potworkiem Gaudiego

Wprawdzie film powinien obywać się sam – bez podpierania się reżyserskim ego – to jednak, odkąd Woody’ego Allena okrzyknięto geniuszem kina, cień tego jego (bez wątpienia wielkiego) EGO wisi nad każdym z obrazów, które dostarcza on rok w rok z regularnością nakręconej, produkującej filmy, maszynki.
No cóż… ani to dobrze, ani źle – tak po prostu już jest. I okazuje się być jedną z właściwości fenomenu, jakim jawi się ten amerykański reżyser z niewątpliwie europejskim zacięciem twórczego neurotyka i komika – intelektualisty.
Czy można wymienić inne?
Tak, wśród wielu np. to, że nie każde dotknięcie jego reżyserskiej ręki jest dotknięciem Midasa, jak również – zaskakująco duży rozstrzał tematyczny filmów.
To pierwsze puszcza się zwykle mimo uszu (a raczej oczu), drugie zaś bywa źródłem ciągłych niespodzianek, tak jak to ma np. miejsce w „Vicky Christina Bacelona” – współczesnej romantycznej (niemalże) psychodramie z udziałem bardziej lub mniej zdezorientowanych bohaterów nieustających w poszukiwaniu seksu, miłości, sensu, smaku życia i… samych siebie.

Scarlett Johansson na ulicach Barcelony

Początkowe (i najmocniejsze) wrażenie jakie wywiera na nas ten obrazek: kolory, egzotyka, nerwy, erotyzm, pasja, nuda, zagubienie, głód, konfuzja… a w tle tego wszystkiego – rozbrajająco seksowna i nieodparcie pociągająca Scarlett Johansson, tudzież inne postaci, które nie do końca wiedzą, co zrobić ze swoim seksualnym drive’em pakującym ich w sytuacje zgoła nieprzewidziane i konsternujące, tudzież (zwłaszcza kiedy na scenie pojawia się niezrównoważona emocjonalnie Penelope Cruz) bez wątpienia histeryczne.
No i słowa, słowa, słowa… (wszak to Woody Allen!), ogarnięte jednak atrakcyjną (choć cokolwiek oczywistą) malowniczością katalońskich zakątków (Barcelona, Oviedo, Costa Brava), owiane gorącem południa i naznaczone temperamentami latynoskich kochanków, (co uosabia sobą główny mężczyzna filmu, malarz Juan Antonio, wokół którego krąży erotyczny apetyt dwóch, wydawałoby się skrajnie różnych w swoim podejściu do seksu i miłości, młodych Amerykanek).

Film arcydziełem nie jest (ale przecież wcale być nie musi), jednakże przyjemności dostarcza sporej (a tak było przynajmniej w moim przypadku). Wystarczyło tylko przymknąć nieco oko na pewną scenariuszową sztuczność sytuacji i postaci wymyślonych przez Allena (ech, ten samolot unoszący dwie piękne kobiety na egzotyczną wyspę, pilotowany nieustraszenie przez namiętnego macho-artystę pośrodku szalejącej burzy; ech ten jego genialny ojciec-poeta, tworzący piękną poezję, której jednak nie wydaje bo uważa, że ludzie nie są tego godni; ech te artystyczne zdolności Cristiny-Johansson, której Woody wciska aparat fotograficzny cokolwiek na siłę, podobnie jak na siłę robi z niej poetkę; ech ta malarska ekspresja i szaleństwo barw Juanowych płócien; ech te palmy, słońce, Gaudi, Rambla i czerwone wino…) No i te dialogi jak z mokrego snu-fantazji erotomana. Oto Juan podchodzi do dwóch naszych bohaterek, nota bene nieznanych sobie kobiet i zaprasza ich na weekend do Oviedo mówiąc: „Będziemy dobrze jedli, będziemy pili dobre wino, będziemy się kochali”. „Kto się będzie kochał?” – pyta Vicky. „Mam nadzieję, że my, we trójkę”.

Wszystko wskazuje jednak na to, że Woody tym filmem nieźle się (w Barcelonie i nie tylko) bawił, a przy okazji do zabawy tej zaprosił także i nas samych.
Good for him! And… good for us!

W poszukiwaniu seksu, miłości, sztuki i smaku życia. Penelope Cruz, Scarlett Johansson, Javier Bardem i Woody Allen na planie „Vicky Cristina Barcelona”.

„BYŁA SOBIE DZIEWCZYNA” („An Education”, reż. Lone Scherfig)
* * * * * *

Gdybym napisał, że film ten jest klejnotem, to bym przesadził. Napiszę więc, że jest to klejnocik – co chyba lepiej oddaje format i klasę tego angielskiego filmu, nakręconego zresztą przez Dunkę (Lone Scherfig)
Dlaczego to zdrobnienie bardziej pasuje do „Edukacji”?  (Pozwolę sobie jednak pozostać przy tym tytule.)
Może dlatego, iż twórcy filmu nie mierzyli w to, by nakręcić jakiś wielki pokoleniowy epos o dojrzewaniu i budzeniu się kobiecości, a po prostu zajęli się postacią 16-letniej dziewczyny, która wchodzi w życie z wszystkimi dylematami swojego wieku, czyli: jak pogodzić głos serca i rozsądku; jak, kiedy i z kim ma być ten „pierwszy raz”, jacy tak naprawdę są mężczyźni; co jest lepsze dla poczucia pełni życia – wykształcenie, wyrzeczenia, poświęcenie, czy też czerpanie z tego życia pełną garścią, wykorzystywanie każdej nadarzającej się okazji, by dać się porwać przyjemnościom, jakie oferuje nam świat.

Na progu dorosłości. Carey Mulligan i Peter Sarsgaard w „Edukacji”.

I muszę napisać, że na nic by się zdały wszystkie te twórcze zapędy i ambicje, gdyby nie odtwórczyni głównej roli, czyli Carey Mulligan, która zagrała nastoletnią Jenny z taką lekkością, swobodą i błyskotliwością że możemy wręcz mówić o narodzinach… jeśli nie gwiazdy to prawdziwie wybitnej aktorki.
To właśnie jej kreacja, na równi ze swobodą prowadzenia akcji i komponowania filmu przez Lone Scherfig sprawia, że w przypadku „Edukacji” mamy do czynienia z małym arcydziełem, które już tak szybko nie wywieje nam z głowy, jak to się zwykle dzieje z większością filmowej konfekcji.

Tłem dla akcji jest Londyn początku lat 60-tych, co oczywiście ma swoje znaczenie: cokolwiek sztywna angielskość nie uległa jeszcze rozluźnieniu, jakie wkrótce miało dotrzeć na Wyspy (wpierw z Paryża, a wkrótce i z Ameryki); mieszczańska solidność ciągle brała górę wśród aspirujących do osiągnięcia pewnego życiowego statusu młodych Brytyjczyków. Jenny na swoim gramofonie słucha płyt Jacquesa Brela i Juliette Greco (zafascynowana najwyżej francuską czernią) – o Beatlesach nie ma jeszcze ani widu ani słychu, a tym bardziej o Stonesach (długa, dłuuuuga jeszcze była wówczas droga do „Trainspotting” i „Sex Pistols” .)

Jenny nie jest tuzinkową dziewczyną. Wśród swoich rówieśniczek wyróżnia się nie tylko inteligencją, ale i urodą (nie z darma racji w pewnym momencie filmu przypomina do złudzenia Audrey Hepburn). I bez wątpienia to właśnie jej aparycja sprawiła, że zaczyna się nią interesować starszy o 20 lat mężczyzna, który – jak wszystko na to wskazuje – odniósł w życiu sukces, nie tylko finansowy ale i, nazwijmy to – kulturalny (to właśnie on zaczyna wprowadzać Jenny w arkana hedonizmu, zarówno zmysłowego – drogi alkohol, dobre papierosy, modne stroje, sportowy samochód… jak i estetycznego – koncerty muzyki klasycznej i jazzu, kolekcje dzieł sztuki, literatura… co znajduje swój finał w samym – jakże by inaczej! – Paryżu, dyżurnej stolicy kochanków). Całkiem niezły i rozległy repertuar jak na inicjatora dorosłości i high life’ u w rozbudzonej (rozbudzanej) nastolatce (oczywiście dochodzi do tego również inicjacja seksualna).

Inicjacja w seks i kobiecą dojrzałość: kim tak naprawdę są mężczyźni? („Edukacja”)

Gdyby, wobec takiego szerokiego, ale i wrażliwego spektrum obyczajowego, (które dla wielu widzów jest jednocześnie drażliwe) film poszedł na skróty łatwych odpowiedzi i społeczno-obyczajowych gotowców, to niewątpliwie jego ranga spadłaby do poziomu stereotypowego moralitetu. Ale na szczęście tak się nie stało. Co nie znaczy, że „Edukacja” moralitetem nie jest. Otóż jest (o czym świadczy chocby zakończenie). Tyle, że nie stereotypowym a dość przekonującym. I dostarczającym tak cholernie dużo satysfakcji.

„AGORA” (reż. Alejandro Amenábar)
* * * * * *

Hypatia – mądra, piękna, uczona i w końcu tragiczna (Rachel Weisz w „Agorze”)

Jeśli starożytność rzeczywiście wyglądała tak, jak to sobie wyobrażają scenografowie kina – począwszy od pompatycznych dekoracji z klasycznej „Nietolerancji” Cecila B. DeMille’a, poprzez gipsowe teatrum „Spartakusa” po malowniczość i fotogeniczność „Gladiatora” , to równie dobrze świeża, młoda, piękna i naładowana sex-appealem Rachel Weisz może przypominać historyczną, działającą w Aleksandrii Hypatię, największą filozofkę antycznego świata, która swą mądrością, uczonością i rozwagą podbiła intelektualną i decydencką elitę basenu Morza Śródziemnego w IV wieku naszej ery.
Niestety, mam uzasadnione podejrzenia, że jednak starożytność tak nie wyglądała. A tym bardziej nie wyglądały tak: ani prawdziwa Hypatia, ani jej rzeczywiste relacje ze współczesnymi jej prominentami Aleksandrii, które chilijski reżyser Alejandro Amenábar zaserwował nam w swojej spektakularnej filmowo „Agorze”.

Napisawszy to, pozwolę sobie na mały apel: zapomnijmy o tzw. historycznej prawdziwości tego wszystkiego co widzimy na ekranie, (czyli, poniekąd, dajmy sobie spokój z weryfikacją faktów). Zamiast tego skupmy się na tym, co chce nam przekazać film jako dramat, spektakl, przypowieść i rozrywka. A z tym „Agora” daje sobie – i to całkiem nieźle – radę. Przy czym atuty widowiskowe, dramatyczne i właśnie rozrywkowe górują jednak nad tymi, które odnieść można do „Agory” jako przypowieści i moralitetu z pewnym intelektualnym, a nawet filozoficznym przesłaniem.
To ostatnie jest dość (może nawet aż nazbyt) oczywiste, by nie napisać nachalne (a przez to banalne): religia jest zła (fanatyzm, fanatyzm i jeszcze raz fanatyzm!), natomiast nauka, racjonalizm, liberalizm – dobre. Stając na takich pozycjach, film Amenábara traci moim zdaniem wielowymiarowość, nabierając cech zbyt płaskiej, jednostronnej propagandy.
Co mam na myśli?
Otóż głownie przedstawienie występujących w filmie, antagonistycznych wobec siebie pogan, żydów i chrześcijan, jako (bez wyjątku) żądnych krwi, zaślepionych, agresywnych i morderczych fanatyków – w przeciwieństwie do tej jednej jedynej i jedynie sprawiedliwej, szlachetnej Hypatii, mędrczyni, która z gracją i godnością patrzy w niebo, chcąc przeniknąć matematyczną doskonałość Wszechświata, jego harmonię i reguły rządzące obrotami sfer niebieskich.

Spektakl czy moralitet? Historia czy fikcja? W „Agorze” reżyser Amenábar staje po stronie racjonalizmu przeciwko religijnemu fanatyzmowi.

To prawda, że twarde historyczne fakty świadczą bardziej na rzecz tej uproszczonej wizji rzeczywistości, która pozbawiona jest niuansów i względności (tak, rzezie na tle religijnym miały miejsce; tak, spalono bibliotekę w Aleksandrii; tak, rozszarpano w końcu na strzępy Hypatię… sorry za spoiler, ale to przecież historia, która powinna być nam znana), ale to, co do tego prowadziło, było znacznie bardziej złożone, skomplikowane i niejednoznaczne, niż każe nam w to wierzyć film.
Ale właściwie czemu ja się tak dziwię? Czy popularne, obiegowe i powszechne spojrzenie na historię (we wszystkich bez wyjątku narodach) nie jest właśnie takie – tendencyjne, życzeniowe, powierzchowne i przeraźliwie wybiórcze?

Mimo wszystko poczuwam się do solidarności z duchem „Agory” . Staje on bowiem po stronie czegoś, co jest na tym naszym zagubionym w kosmosie pyłku Ziemi ogromną rzadkością. Chodzi oczywiście o mądrość.
Tylko czy zawsze jest ona skuteczna w konfrontacji z nagą i pierwotną agresją? Kto w końcu weźmie w człowieku górę: mędrzec czy barbarzyńca? Co pozostanie nam w ręce: książka czy miecz?
Okażemy się zepsutymi bachorami kosmicznego chaosu czy też cudownymi dziećmi Wszechświata?

„INCEPCJA”  („Inception”, reż. Christopher Nolan)

 * * * * * * 

   (trzecia, dodatkowa gwiazdka – za wysiłek techniczny i rzetelne podejście do roli Leonarda DiCaprio)

Leonardo DiCaprio w „Incepcji”

Nie pierwszy to raz kinematyczne cuda technicznych możliwości kina epoki cyfrowej i komputerowej symulacji pożerają własne dziecko. Pisząc „dziecko” mam na myśli to, co leży u podstawy wszelkiej (wizualnej lub słownej) dobrej (przekonywującej i skutecznej) beletrystyki: zajmująca opowieść oraz postaci, których losami zaczynamy się przejmować (czyli bohaterowie, którzy stają się nam bliscy, wiarygodni emocjonalnie, wywołujący w nas odruch sympatii lub antypatii).

W mojej opinii „Incepcja” w reżyserii Christophera Nolana zawodzi właśnie na tych dwóch fundamentalnych poziomach: narracyjnym i psychologiczno-emocjonalnym. Zawodzi też intelektualnie – a jest to zawód, którego się skądinąd najmniej spodziewałem po filmie, który obwołano jako błyskotliwy, głęboki, intrygujący, kompleksowy, oryginalny, odkrywczy… Chociaż to, że obwieszczono go również pierwszym prawdziwym letnim hitem kina, powinno wzbudzić we mnie nieco większą czujność. Czytając wcześniej (tak, czasem nieopatrznie to robię) wszystkie te entuzjastyczne recenzje – i to zarówno zawodowych krytyków kina, jak i szeregowych widzów-amatorów – pomyślałem sobie, że również i ja z wielką przyjemności będę mógł napisać po projekcji, że oto obejrzałem film, który w swoim gatunku (science-fiction thriller) jest arcydziełem. Niestety, czegoś takiego napisać nie mogę, bo „Incepcja” wg mnie żadnym arcydziełem nie jest. Nie jest nawet filmem, który można byłoby umieścić w jednej klasie z „Matrix” – o Kubrickowej „Odysei kosmicznej 2001” (która już arcydziełem par excellence jest bez wątpienia) nie wspominając.

Tak oto kręci się… hotelowy korytarz.

Trudno jest mi się zgodzić z tymi wszystkimi pochwałami, jakich nie szczędzono filmowi Nolana. Nawet wizualnie (a właśnie jednym z najpowszechniej wyrażanych zachwytów była fascynacja widowiskowością obrazu) film ten (z wyjątkiem paru scen) nie sprostał moim oczekiwaniom. Akcja „Incepcji” rozgrywa się głównie we śnie bohaterów, ale niestety, ja tego oniryzmu zupełnie tam nie widziałem – zamiast tego czułem pewną… wręcz dziwaczność, dezorientację, przeładowanie i dyskomfort. Zamiast wielkiej inwencji spotkałem raczej zgrabne sztuczki; zamiast intelektualnego wyzwania – dość karkołomną łamigłówkę. Przy tym, zastosowana w filmie estetyka wydała mi się stylistycznie niespójna, podobnie jak niezborna była dla mnie sama akcja, przeskakująca z jednego poziomu snu na inny – niwecząc przy tym to, co w thrillerze jest najbardziej istotne: suspens.

I jeszcze jeden, koronny moim zdaniem zarzut: niemiłosiernie przegadany scenariusz, potoki słów, które na przemian z ogranymi w filmach akcji scenami pogoni, strzelanin i ucieczek, wylewają się nam nieustannie z ekranu na głowę. W tym filmie po prostu za dużo się mówi – najczęściej objaśniając to, co dzieje się przed naszymi oczami, tudzież to, co widz powinien wiedzieć, aby się w całym tym galimatiasie i pseudo-sennym labiryncie nie pogubić.

Szkoda mi również Leonarda DiCaprio. Wprawdzie jest on jedyną postacią w „Incepcji” , której próbowano nadać jakąś psychologiczną głębię (co też aktor sumiennie i – trzeba przyznać – świetnie starał się tym razem wypełnić), to niestety gubi się to w całym tym zgiełku przekonceptualizowanej akcji – wśród wybuchów, strzelaniny, technicznych gadżetów i efektów specjalnych, ale także wśród innych, zgoła papierowych protagonistów, jakimi usiłuje się zaludnić zimny, dziwny i katastroficzny świat serwowany nam przez dwie i pół godziny z kinowego projektora, który niestety w tym przypadku żadną latarnią magiczną nie jest. Bardziej już przypomina efektowną (i – jak się okazuje – efektywną) maszynkę do robienia pieniędzy.

Leonardo DiCaprio sprawdza czy jest aby jeszcze w dobrym wymiarze. Jeden z niewielu spokojnych i stonowanych kadrów gorączkowo-wyczynowo-delirycznej „Incepcji”.

*