ŚMIERCIONOŚNY GEST

*

Ruiny Aleppo (Photo: Syrian Arab News Agency, McClatchy - Tribune)

Ruiny Aleppo (Photo: Syrian Arab News Agency, McClatchy – Tribune)

*

Kiedy wreszcie zrozumiemy to, że w świecie po II wojnie światowej, wojna niczego nie rozwiązuje? Że „rozwiązanie” siłowe jest doraźne i że zwykle jest to demonstracja siły, mocarstwowego „autorytetu” – że konflikt zbrojny to woda na młyn wszelkiej maści militarystów, handlarzy bronią i przemysłów zbrojeniowych, wszystkich tych, którzy obsługują wojenny biznes. Po Korei, Wietnamie, Kambodży, Iraku, Iranie, Afganistanie… kolej na klęskę w Syrii (piszę klęskę, bo przecież żadna z tych wojen nie została przez Amerykanów wygrana). Irak? No tak: Irak po naszym „zwycięstwie” przecież kwitnie – ludzie żyją w spokoju i coraz większym dobrobycie, jest pełna demokracja (tyrania została wreszcie przez nas zlikwidowana), nie ma już żadnych etnicznych podziałów generujących walkę na śmierć i życie. I wszyscy są nam wdzięczni, stali się naszymi przyjaciółmi, kochając nas za to nasze altruistyczne poświęcenie – za wszystkie te dobrodziejstwa, które żeśmy z tak wielkim wysiłkiem i poświęceniem im uczynili… etc
Podobnie jest w Afganistanie, podobnie będzie w Syrii.
Jeżeli rzeczywiście Ameryce (piszę „Ameryka” mając na myśli amerykańskich polityków, prezydenta i innych decydentów) zależałoby na opinii państwa, które działa na rzecz pokoju i demokracji na świecie, na rzecz sprawiedliwości i praw człowieka, to zaczęłaby stosowanie tych ideałów i wartości przez siebie samą. A dzieje się wręcz odwrotnie: nadal lobby zbrojeniowe ma ogromny wpływ na decyzje polityczne, nadal militaryzuje się Bliski Wschód i wskazuje na konieczność użycia siły i agresji, nadal przeprowadza się haniebne moim zdaniem (bo zabijające w większości przypadkowych ludzi), ataki dronów w Jemenie czy Pakistanie; nadal więzi się, urągając wszelkiemu prawu i sprawiedliwości, niewinnych ludzi w Guantanamo… etc. Czy tak postępuje ktoś, kto chce się mienić Sprawiedliwym Wśród Narodów Świata?
To co się stało niedawno w Syrii, gdzie zagazowano na śmierć blisko półtora tysiąca ludzi, jest potworną zbrodnią – to nie ulega wątpliwości. Ale skąd nagle to oburzenie i współczucie dla tych ofiar ze strony polityków? Czy do tej pory nie widziano jak masowo giną ludzie w tym kraju? Przecież od początku wybuchu wojny domowej w Syrii zginęło już ponad sto tysięcy ludzi!
A że użyto „broni” chemicznej? (nota bene, nazywanie śmiercionośnych narzędzi „bronią” wygląda na jakąś ponurą ironię). Tu kolejny dowód na naszą hipokryzję: to znaczy, że można komuś wyrywać wnętrzności bombardując jego dom (bo jest to zgodne z prawem narodowym), ale już nie należy wypalać mu tych wnętrzności chemią (bo to jest z prawem narodowym niezgodne). Co za absurd!
Już nie będę wracał do zbrodni jaką popełnił rząd Stanów Zjednoczonych podczas wojny w Indochinach, mordując i kalecząc ludzi „bronią” chemiczną, jaką był tzw. Agent Orange. Nigdy w dotychczasowej historii ludzkości nie użyto „broni” chemicznej wobec cywilów na taką skalę, jak wówczas, zabijając i okaleczając setki tysięcy ludzi – a skutki tego widoczne są do dzisiaj, bo nadal w Wietnamie rodzą się dzieci ze strasznymi defektami, wywołanymi zatruciem tym środkiem chemicznym ich rodziców a nawet dziadków.
Ktoś może powiedzieć, że to było dawno i dzisiejsi politycy nie mają z tym nic wspólnego. Czyżby? Istnieje coś takiego jak ciągłość historyczna, odpowiedzialność państwa za to co się działo w przeszłości – za czyny polityków, którzy w imię tego państwa działali. Tym bardziej, że – jak mówił kilka dni temu prezydent Obama – Ameryka chce podtrzymywać swoje tradycje wolności i sprawiedliwości jako „najdłużej istniejąca demokracja na świecie”. (To, czy naprawdę działa jeszcze w tym kraju demokracja – i czy w kraju tym mają jeszcze miejsce „rządy narodu, przez naród i dla narodu” – staje się kwestią coraz bardziej wątpliwą.)
Ameryka szykuje się do kolejnej wojny, a właściwie do uderzenia karzącego reżim Assada za użycie broni chemicznej i zabicie za jej pomocą półtora tysiąca swoich ludzi. Co jest jeszcze bardziej absurdalne, niż wysłanie na ziemie syryjską wojska: bo to przecież gest wojenny, który niczego nie rozwiąże a sprowadzi się do zabicia jeszcze większej ilości ludzi, destrukcji syryjskich dróg i budynków, zaostrzając tylko sytuację… grożąc nawet rozprzestrzenieniem się walk na kraje ościenne. Czy aby na pewno gotując się do kolejnej wojny, zyskamy pokój? Nie sądzę. Po raz kolejny pod płaszczykiem humanitaryzmu skrywa się ordynarne zagranie polityczne. Chęć udowodnienia światu (i sobie), że to my, ludzie Zachodu, jesteśmy tymi „good guys”, którzy bronią wolności, sprawiedliwości i stoją po stronie Dobra. Jak długo można tak się łudzić i okłamywać – siebie i innych?

greydot*

Jako konkluzję pozwolę sobie tutaj przytoczyć to, co napisałem w jednym z komentarzy:

Atak na Syrię, jeśli dojdzie do skutku, będzie po prostu nieracjonalny – w tym sensie, że najprawdopodobniej doprowadzi do eskalacji walk, nie wyeliminuje użycia broni chemicznej (wręcz przeciwnie: istnieje wielkie niebezpieczeństwo, że sprowokuje do jej ponownego użycia), wzmocni wrogość państw regionu wobec Stanów Zjednoczonych, nie usunie reżimu Assada, zmobilizuje jeszcze bardziej Al Kaidę i inne skrajne ugrupowania dżihadystyczne (przysparzając im jeszcze więcej zwolenników), uwikła Amerykę w nowy konflikt (może nastąpić efekt domina – jeden ruch pociągnie za sobą konieczność poczynienia kolejnego)… itd. Już nie wspomnę o takim “drobiazgu” jak jeszcze liczniejsze ofiary w ludziach, także wśród ludności cywilnej (uderzenie “chirurgiczne” to moim zdaniem bzdurny wymysł militarystycznych pasjonatów i teoretyków, którzy usiłują wmówić nam, że wojna może być “czysta”, kliniczna i precyzyjna i że wszystkie działania w jej ramach mogą być pod kontrolą). Wobec takiego stanu rzeczy – biorąc pod uwagę te wszystkie niebezpieczeństwa – decyzja amerykańskich polityków by zaatakować Syrię, jest nie tylko irracjonalna, ale wygląda też na zwykłą głupotę – i jest chyba jednak także nikczemnością pomieszaną z cynizmem (bo nie wierzę w humanitarny aspekt tego posunięcia, wbrew oficjalnym deklaracjom, które czynione są “pod publikę”). Chodzi po prostu o gest polityczny, ambicjonalny, “prestiżowy”, bez liczenia się z opinią większej części amerykańskiego społeczeństwa i samych Syryjczyków, którzy – nawet ci zwalczający reżim Assada – także są przeciwni temu „dobroczynnemu” aktowi obcego państwa. Niestety, nie można też wykluczyć tutaj rozdętego EGO amerykańskich decydentów, zachłyśniętych swoją władzą – poczuciem własnej wagi i omnipotencji). A aspekt ekonomiczny tego wszystkiego to jeszcze inna historia i dużo by o tym pisać (jest oczywiste, że na ostatnich amerykańskich wojnach zarabiają tylko wybrani – państwo jako całość traci: zwiększa się zadłużenie, następuje zubożenie społeczeństwa, pogłębia się kryzys, tnie się wydatki na edukację i programy socjalne… etc. – o dziesiątkach tysięcy zabitych, okaleczonych i zdewastowanych psychicznie żołnierzach nie wspominając.)
No i – last but not least – owo wskrzeszanie i karmienie ducha militaryzmu oddziałuje przecież na wszystkich ludzi globalnie, w dalszą przyszłość odsuwając czas, kiedy wreszcie ludzkość zmądrzeje i przestanie rozpętywać kolejne wojny, które są niczym innym jak orgiami destrukcji, pozostawiającymi za sobą zgliszcza, cierpienie i śmierć.

greydot*

Więcej o mechanizmach psychologicznych i propagandowych wojen: „CZAS PRZEMOCY

*