CHWIEJNA EPOPEJA

(zapiski VII)

*

Mit jest pewną konstrukcją myślową, dzięki której człowiek, dysponując ograniczonymi możliwościami poznawczymi i intelektualnymi, próbuje zrozumieć (przedstawić, opisać) jaka jest jego rola w świecie, czym jest los, w który został on uwikłany, jakie jest jego przeznaczenie.  Mit pozwala wyrazić nasze najgłębsze pragnienia, oswoić i zneutralizować lęk, nadać sens egzystencji w świecie, któremu rozum i racjonalizm nie są w stanie tego sensu nadać. Mit próbuje też uprościć wielką złożoność świata, który nas otacza; umożliwia w nim orientację ustalając pewne punkty odniesienia, jak również usiłuje “uwspólnić” nasze międzyludzkie doświadczenia egzystencjalne… Daje wskazówki jak mamy się zachować, co wybierać… Owiewa też poetycką aurą to, co bez tej otoczki mogłoby się nam wydać zbyt surową, krwistą tkanką nieludzkiej, bezwzględnej i ślepej Natury. Mit w zasadzie opiera się dychotomii “prawda – fałsz”, bo funkcjonuje na innym poziomie świadomości niż “zero-jedynkowe” metody weryfikacji. (Gwoli jasności muszę dodać, że jakkolwiek definicja ta może się nam okazać tutaj przydatna, to jednak nie wyczerpuje całej złożoności istoty i funkcjonowania tego fenomenu kulturowego, jakim jest mit.)

greydot

Kołakowski w swojej książce „Obecność mitu” napisał: “(…) kultura żyje zarazem z pragnienia syntezy ostatecznej między swoimi skłóconymi składnikami i z organicznej niemożności zapewnienia sobie taj syntezy. Dostąpienie syntezy byłoby śmiercią kultury tak samo, jak poniechanie woli syntezy. Niepewność zamierzeń i kruchość zdobyczy okazuje się warunkiem twórczego trwania kultury. Los kultury jest epopeją wspaniałą przez swoją chwiejność.”

Mimo wszystko (i poniekąd wbrew stwierdzeniu Kołakowskiego) – zdając sobie ponadto sprawę z ogromnej roli mitu w tworzeniu naszej kultury – wcale nie jest pewne to, czy musimy budować nasz świat archetypów, mitów i symboli. Biorąc jednakże pod uwagę obecny stan naszej kultury (czyli stadium rozwoju ludzkiej myśli i świadomości), to jak na razie wydaje się to koniecznością. Czy jednak tak samo będzie w przyszłości? Może odkryjemy w końcu jakieś kosmiczne “oprogramowanie”, które pozwoli nam zrównać się wszechmocą z Bogiem, albo okiełznać siły, które rządzą światem? (Co na jedno wychodzi.)
Wydaje się to nieprawdopodobne, ale czy niemożliwe? Rozsądek mi mówi, że to jednak science-fiction, ale czy zawsze możemy zawierzyć rozsądkowi?

A jednak (tu i teraz) skłaniam się do tego, by uważać, że na to oparcie w mitach jesteśmy skazani, gdyż najprawdopodobniej nigdy nie poznamy genezy Wszechświata, nigdy też nie dowiemy się “skąd przychodzimy”. Od biedy możemy się domyślać “kim jesteśmy”, ale i tak tajemnicą pozostanie najprawdopodobniej to “dokąd idziemy” – jak również to, czy tam, dokąd dojdziemy, nadal będziemy sobą.

greydot
Nie chodzi tu jednak tylko o konieczność akceptacji mitu. Mówimy o czymś jeszcze głębszym – bardziej radykalnym, bo odnoszącym się do sposobu naszej percepcji świata (a konkretnie do ograniczoności tej percepcji wskutek niedoskonałości poznawczej człowieka). A właśnie te ograniczenia mają swoje konsekwencje: np. w konieczności przyjęcia umownych paradygmatów, pewnego kodu, sposobu porozumiewania się, języka; innymi słowy –  komunikacji w kulturze, która jest w pewnym sensie czymś sztucznym, bo wykreowanym przez człowieka (czyli właśnie umownym).

Trudno nie docenić wagi i znaczenia mitu – jego funkcji scalającej i konstytuującej życie człowieka, zarówno w wymiarze indywidualnym (psychicznym), jak i społecznym (kulturowym, historycznym). Jeśli więc ktoś mówi, że nie interesują go mity, to tak, jakby stwierdzał, że nie interesuje go kultura, bo przecież rozwój naszej kultury jest w dużej mierze – jeżeli nie przede wszystkim – procesem mitotwórczym.

Mógłby też ktoś powiedzieć: “Mity zawierają wiele pułapek, dlatego warto je czasem dekonstruować, właśnie po to aby lepiej zrozumieć co nami powoduje. Doświadczenie uczy, że bezkrytyczna wiara w mit – a także posługiwanie się nim – prowadzi do uproszczeń, krótkowidztwa i niewrażliwości właśnie.”
Zgoda. Być może problem sprowadza się do tego, w jaki sposób ma się odbywać ta “dekonstrukcja” mitu, co jest jej rzeczywistą motywacją, jakie są prawdziwe intencje, i czy dekonstruując mit nie pozbawiamy ludzi jakiegoś oparcia – nie dając im niczego w zamian? Łatwiej jest burzyć, niż budować.

greydot
Nasze egzystencjalne lęki mają źródło w tym, że chcemy się odnaleźć i przetrwać w środowisku, które nieustannie zagraża naszemu życiu – bytowi jednostkowemu. Ta niepewność zaś wynika z naszej niewiedzy, czyli z niemożności ogarnięcia i pełnego zrozumienia otaczającego nas świata. Myślę, że cała nasza kultura jest taką epopeją (Kołakowski nazwał ją nawet “wspaniałą”), w której właśnie te dwa wątki mają największe znaczenie. Epopeja, która zrazu przypomina tragedię, to znów komedię czy farsę, ale zawsze jednak jest dramatem.

greydot
Często myślałem o tym czym jest “chaos”. Dlaczego niektórych z nas on przeraża, innych zaś pociąga?
I skłaniałbym się ku stwierdzeniu, że właściwie “chaos” jest czysto ludzkim określeniem tego, co jest dla nas (jeszcze) niezrozumiałe, niepojęte – czego reguł (praw, celu, sensu, zasad, działania) nie znamy.
Weźmy pod uwagę np. naukowca, który obserwuje pewne zjawisko, pozornie bezładne zachowanie się materii, zbioru cząstek, czy kwantów energii… Dopóki nie będzie on znał praw, które tym ruchem rządzą, dopóty będzie miał wrażenie, że zachowują się one chaotycznie. A tymczasem podlegają one ścisłemu prawu, tyle że jeszcze nie odkrytemu (przy czym, nie możemy mieć pewności, czy kiedykolwiek zostanie ono odkryte).
Również jestem skłonny uważać, że wszystko we Wszechświecie dzieje się według “żelaznych” reguł i praw, a problem różnicy między “chaosem” a “ładem” (“harmonią”), jest w rzeczywistości zagadnieniem pozornym, istniejącym tylko w naszej “ludzkiej” skali, niezdolnej objąć Wszystkiego.

greydot

Wiele wskazuje na to, że intuicję wykorzystujemy dlatego, że nasz rozum (a tym samym świadomość) jest zbyt ograniczona, by wszystkie docierające do nas informacje właściwie odebrać, przyswoić i opracować. Ponadto, co jest poniekąd paradoksalne, mimo tego całego nawału informacji o świecie, owych informacji mamy ciągle za mało (i często są one niezrozumiałe), by na ich podstawie wyrobić sobie o czymś ostateczny, nie podlegający wątpliwości, osąd. Wydaje się nam czasami, że ogarniamy świat cały – że potrafimy go przejrzeć na wylot – a w rzeczywistości podglądamy go przez dziurkę od klucza.

Weźmy np. pierwszy lepszy metr sześcienny gleby (z pola albo lasu): zwykle, patrząc nań od zewnątrz, widzimy tylko kupę ziemi. Jednak kryje on w sobie takie bogactwo informacji, tak wiele się w nim dzieje, że na poznanie tego wszystkiego życia naszego by nie starczyło. A co tu dopiero mówić o całym Wszechświecie? 100 miliardów galaktyk, a w każdej galaktyce 100 miliardów gwiazd… i gdzieś w tym wszystkim zagubiona mikroskopijny atom naszej planety z jej maleńkimi istotkami, które próbują cokolwiek z tego wszystkiego zrozumieć.

A może tak silna u wielu ludzi idea Boga to również pewnego rodzaju intuicja? Lecz w takim razie co począć z intuicją ateisty, któremu “coś” mówi, że Boga nie ma?

greydot

Jeśli weźmiemy pod uwagę cierpienie człowieka, które wynika z niepewności jego egzystencji i braku rozeznania w otaczającej go rzeczywistości, to “ucieczka w świat archetypiczno-mitycznej ułudy” jest właśnie ucieczką przed tym cierpieniem. Działa tu bardzo powszechny – i dość prosty – mechanizm psychologiczny, obecny nie tylko w chorobach psychicznych, ale i znany bez wątpienia nam wszystkim. Uciekamy w świat (większej lub mniejszej) iluzji, bo w nim owa niepewność jest niejako znoszona (taką m.in rolę pełnią wszystkie religie – stąd tzw. “mocna” wiara, stąd dogmaty, stąd “prawdy”, które są “prawdą i tylko prawdą”, czyli nie podlegające podważeniu ani nawet dyskusji…).
Czy jest to jednak sytuacja stawiająca nas przed wyborem “albo-albo”? Czasem tak (jak choćby w przypadku Kierkegaarda – nie mówiąc już o innych “skokach” w metafizykę dokonywanych np. przez Pascala, czy innych filozofów metafizycznych); czasem nie – lęk egzystencjalny nie musi być doświadczany przez wszystkich ludzi, a nawet jeśli jest doświadczany, to nie jest to doświadczenie dojmujące, stałe… Niekiedy są to tylko (jak np. u Sartre’a) mdłości. Czasem wybieramy coś zupełnie innego (wydawałoby się: przeczącego ułudzie) – np. hedonizm lub sarkazm, łagodność lub cynizm, zaangażowanie lub obojętność, pasję lub stoicyzm, wolę poznania lub sceptycyzm. A jednak zawsze pogrążamy się we mgle i nieprzejrzystości, mimo okazjonalnych olśnień i złudzeń wszechwiedzy.

greydot

Ktoś, kto zarzuca ślepotę religii, przeciwstawiając jej racjonalną (ponoć) naukę, nie dostrzega ślepoty tej ostatniej. Nauka nie jest też w stanie zapewnić nam poczucia bezpieczeństwa (często zwiększając nawet poczucie naszego zagrożenia… za przykład weźmy choćby dostęp do energii atomowej lub manipulacje genami).
Przede wszystkim nie potrafi ona zaspokoić metafizycznych potrzeb człowieka – innym słowy: jest dość bezradna wobec ontologii. Ale również wobec teleologii: do tej pory np. nie może rozwikłać problemu celowości we Wszechświecie, przez co nie może dostarczyć człowiekowi poczucia (a tym bardziej wiedzy) sensu istnienia. A chodzi tu o sens zarówno człowieka, jak i świata, w którym on żyje.
Zresztą, epoka pozytywizmu i WIARY we wszechmoc ludzkiego rozumu odeszła już w przeszłość. Również nasz racjonalizm okazuje się być czymś niewystarczającym w określaniu nas samych – naszego miejsca, pozycji, istotności, charakteru – we Wszechświecie. („Ratio”, jak sama nazwa wskazuje, wszystko dzieli i analizuje – to mu dość dobrze wychodzi, ale już z syntezą, ujęciem wszystkiego w spójną całość, ma często wielkie problemy.)

Rzeczywiście wiemy już sporo, lecz w porównaniu z tym co nam jeszcze pozostało do zbadania we Wszechświecie, nasza wiedza jest doprawdy znikomo mała. Ale po co sięgać aż tak daleko w Kosmos? Przecież nie poznaliśmy do końca naszego mózgu i nie wiemy tak naprawdę jak działa, nadal nie wiemy dokładnie co jest we wnętrzu Ziemi; nie wiemy jak zaistniał Wszechświat, jak się rozwija, ani tego jak powstało życie (stać nas tu tylko na hipotezy); nie mamy pojęcia jak sobie skutecznie poradzić z rakiem; mimo rozszyfrowania genomu, nadal nie wiemy w jaki sposób z tego zapisu genetycznego powstaje żywy organizm… i tak dalej, i tak dalej…
Jak można przy tym wszystkim WIERZYĆ we wszechmoc nauki – w jej wszechwiedzę?
Dlaczego wielu wybitnych naukowców “nawraca się” religijnie? I to naukowców dziedzin tzw. “ścisłych”. Dlaczego zaczynają wierzyć w jakąś nadrzędną moc stwórczą, jakiś byt absolutny? I nie są to bynajmniej naukowcy podrzędni, ale wykładowcy renomowanych uczeni, o znacznym dorobku naukowym, laureaci nagród Nobla, cieszący się naukowym autorytetem… Czy aby nie dlatego, że uznali, iż nauka nie może dać im odpowiedzi na nurtujące ich fundamentalne pytania?
Nauka jest fascynująca, ale nie ma duszy (sama jej istnieniu zaprzeczyła), jest zimna i w pewnym sensie nieludzka… Tak właśnie: pod względem humanistycznym jest “ślepa” i bezduszna. I też zagląda tylko przez dziurkę od klucza., choć wydaje jej się czasem, że otwiera bramy.

greydot

Rola religii w kształtowaniu ludzkiej cywilizacji jest nie do podważenia. Człowiek jest istotą religijną – to ten homo religiosus, który m.in. przez swoją religijność zaczął tworzyć kulturę i wyróżniać się ze świata zwierzęcego. Religia pełniła kluczową rolę w spajaniu i organizowaniu ludzkich społeczności, w kształtowaniu się własnej tożsamości kulturowej, czy wreszcie – w dążeniu do sfery sacrum i transcendentnym wyniesieniu człowieka poza czysty byt materialny – spełniała jego potrzeby metafizyczne, nadawała sens światu i własnej egzystencji. “Obsługiwała” wreszcie mit, bez którego nie mogłaby się rozwinąć żadna ludzka kultura.
Na temat znaczenia religii w historii ludzkiej cywilizacji spisano tysiące tomów – trudno, by można to było skwitować w kilku zdaniach.
Religia zawsze miała swoich wrogów (to byli najczęściej ci, którzy nie zgadzali się z porządkiem społecznym opartym na zasadach wywiedzionych z religii – przyczyny tej anty-religijności były więc bardziej natury politycznej, niż światopoglądowej). Najbardziej znaczące odejście od religii zaznaczyło się chyba w epoce Oświecenia – to od tamtego czasu datuje się znaczne rozpowszechnienie ateizmu, który znalazł adwokatów wśród wielu myślicieli i filozofów. Czy jednak gloryfikacja Rozumu, skompromitowanie religii i odrzucenie wszelkiej metafizyki wyszło nam na zdrowie? Nie jestem tego taki pewien – wystarczy spojrzeć na to, co się zaczęło dziać podczas Rewolucji Francuskiej, czy w okresie terroru ateistycznych totalitaryzmów komunistycznych (Rosja, Chiny). Czy światopoglądy ateistyczne, “wyzwalające” człowieka z religijnych “pęt”, uszczęśliwiły go? Moim zdaniem fakty temu przeczą.

greydot

Oczywiście, że istnieje również ta druga – ciemniejsza, negatywna, gorsza – strona religii, ale skupianie się tylko na niej jest pewnym fałszowaniem rzeczywistości i nie przyjmowaniem do wiadomości pewnych oczywistości i faktów. Naturalnie, że wojny religijne były złem (nikczemne były zwłaszcza wyprawy krzyżowe); zbrodnią były prześladowania religijne i zabijanie ludzi przez Inkwizycję (przy czym, miała ona nie tylko wymiar religijny); haniebnym wypaczeniem było to, co działo się na “dworze” watykańskim przez wiele wieków… etc. Lecz to wszystko były nadużycia, które miały bardziej podłoże polityczne (represje, bezwzględne dążenie do utrzymania władzy i przywilejów), niż religijne per se (to, co się działo np. w Watykanie, było zaprzeczeniem idei Chrześcijaństwa – więc, tak naprawdę, niewiele miało z nim wspólnego). Niestety, dzięki temu, dzisiejszym nieprzejednanym wrogom religii amunicji nie brakuje. Ale – jak to zazwyczaj dzieje się wtedy, kiedy zapalczywie i ślepo zwalczają się dwie strony – obraz wroga staje się stereotypowy, płaski i jednostronny: jest on samym Złem wcielonym, dokładnym przeciwieństwem nas – prawych, godnych, nieomylnych, posiadających niezbywalną rację. I niestety, skrzywienie to dotyczy obu tych stron (a w takim razie jedni warci są drugich).

greydot

Każda religia ma w sobie ziarno totalitaryzmu – w tym sensie, że stara się ująć człowieka i świat w swoje ramy, objaśnić WSZYSTKO, czyli totalnie. Zwykle też ma swój własny system etyczny, który – siłą rzeczy – uważa za najlepszy, czyli taki, który powinien obowiązywać wszystkich. Przy czym najczęściej sankcjonuje ów system jakąś wyższą – metafizyczną – racją moralną. A takiej przecież nie może podważać ten, który chce się uważać za danej religii wyznawcę.
Religia, w samej swej istocie nie jest więc demokratyczna – jest teokratyczna. Nie może też być do końca apolityczna, ponieważ usiłuje także porządkować życie (i zachowanie) swoich wyznawców – a ci zawsze znajdują się w jakimś kontekście społecznym, czyli są członkami społeczeństwa, które jest także porządkowane przez państwo. Stąd konflikty na granicy (zinstytucjonalizowanej) religii i państwa – ostre zwłaszcza w krajach, gdzie zasięg tej religii jest powszechny (jak np. w Polsce). Podobnie jest w krajach arabskich (niektóre z nich, jak np. Iran czy Pakistan, usiłują ten konflikt zlikwidować, uznając islam religią państwową – podporządkowując w dużej części prawo państwowe zasadom wywodzącym się z religii.)
Jeśli chodzi o mnie, to jestem zdecydowanie za rozdziałem kościoła (religii zinstytucjonalizowanej) od państwa. I tu nie mam problemu z uznaniem tego, że było to jedno z największych osiągnięć świata zachodniego, (do którego nota bene walnie przyczyniło się Oświecenie).

Napisawszy to wszystko, muszę podkreślić, że nie nie jest mi jednak po drodze z nieprzejednanymi wrogami religii, którzy widzą ją tylko w złym, negatywnym świetle. A to jest jednak pewien rodzaj zaślepienia: ignorowanie, niezauważanie tego, co jest w religii dobre, oraz tego, jak ważną – i pozytywną – rolę pełniła ona w rozwoju ludzkiej cywilizacji. Ponadto: wrogowie religii są także ślepi (bo napisać, że pozbawieni wyobraźni, empatii i serca – to mało) na to, jak ważna może być religia dla człowieka w jego wymiarze indywidualnym, egzystencjalnym – wzmacniając go, pomagając w życiu, dając mu poczucie sensu istnienia, także nadzieję.
Tak więc, mimo moich osobistych przejść z religią (skłaniając się ku agnostycyzmowi, nie mogę się uważać za członka jakiejkolwiek instytucji religijnej), nie zamierzam z nią walczyć – raczej chcę zrozumieć.

Jestem przekonany, że mimo wyznawania różnych religii (i wiary w różnie pojmowanego Boga), ludzie mogą żyć obok siebie w sposób pokojowy i bezkonfliktowy. Przykłady widzę wokół siebie: cokolwiek by nie powiedzieć o amerykańskim społeczeństwie, ta multi-religijność sprawdza się jednak w Stanach Zjednoczonych bardzo dobrze. Ludzie nie zieją tu do siebie nienawiścią tylko dlatego, że chodzą do innych świątyń: synagogi, meczetu, kościoła… Kluczem jest chyba tolerancja, szacunek dla „innego”, demokratyczne usposobienie… i właśnie: rozdział religii od państwa. Amen.

greydot

11 WRZEŚNIA 2001 – POCZĄTEK KOŃCA?

Cios w Amerykę – początek końca Imperium?

Na swoim blogu staram się nie pisać o tym, o czym piszą wszyscy i czego pełno jest w prasie i innych mediach. Dlatego prawie w ogóle nie ma w nim tzw. „aktualiów” – zwłaszcza jeśli chodzi o wydarzenia polityczne czy społeczne. Dobierając tematy kolejnych wpisów kieruję się własnym rytmem i tym, co mnie interesuje w danej chwili. Co nie oznacza, że nie śledzę tego, co dzieje się we współczesnym świecie i że jest mi to obojętne. Wręcz przeciwnie. Oto dzisiaj, podczas zwyczajowej weekendowej lektury polskich i amerykańskich periodyków, natrafiłem w „Polityce” (Nr 37 ’11) na wywiad z amerykańskim politologiem, wykładowcą uniwersyteckim i pisarzem Benjaminem Barberem. Skończyłem go czytać dosłownie przed chwilą i – choć tego w ogóle nie planowałem – postanowiłem podzielić się tutaj fragmentem, który niezwykle mnie poruszył, uderzając w czułe punkty moich własnych sądów i wrażeń, jakich doświadczam obserwując dzisiejszy świat i Amerykę

Benjamin Barber: – Terroryzm jest strategią bezsilnych. Gdyby mieli armię, zaatakowaliby nas przy pomocy armii. Gdyby mieli miliardy, zaatakowaliby nas system finansowy. Gdyby mieli potężną kulturę albo ideologię, konkurowaliby z nami książkami i wizjami świata. Niczego takiego nie mają. Nie mogą nas zniszczyć. Więc próbują sprawić, żebyśmy zniszczyli się sami. I to im się częściowo udało.

Jacek Żakowski: – W jakim sensie?

– Sam w sobie 9/11 był dla Ameryki tym, czym ugryzienie komara może być dla niedźwiedzia. Dla ofiar i ich rodzin to była tragedia. Dal osób takich jak ja (związanych z Nowym Jorkiem), to było straszne przeżycie. Ale cynicznie licząc, 2 tys. ludzi i dwa duże biurowce to nie jest nawet promil amerykańskiej potęgi. Gigantyczne szkody, jakie Ameryka poniosła, nie były skutkiem samego ataku. Były skutkiem strachu jaki nas ogarnął. Przy naszej potędze Al-Kaida była bezsilna. Ale wygrała używając naszego własnego strachu. Sparaliżowała nas. Skłoniła do zmiany priorytetów. Sprawiła, że zamiast pomagać innym i korzystać ze współpracy ze światem, zaczęliśmy „wojnę z terroryzmem”, czyli walkę z dużą częścią świata.
Wyrzekliśmy się największej siły Ameryki, jaką była otwartość, przyciąganie innych, różnorodność, wielokulturowość. Popsuliśmy nasze relacje z innymi. W Ameryce wszyscy jesteśmy obcy poza Indianami. A nagle zaczęliśmy się bać obcych. Przestaliśmy obcym ufać. Sami się ukaraliśmy na życzenie Osamy ibn Ladena. Na jego życzenie zaatakowaliśmy Afganistan i Irak, tracąc biliony dolarów i tysiące żołnierzy. Ameryce te wojny nie były do niczego potrzebne. Powinniśmy Afgańczykom i Irakijczykom pomagać, wspierać ewolucję tych krajów w kierunku demokracji. A zamiast tego zabiliśmy 100 tys. Irakijczyków i stworzyliśmy w Iraku tysiące terrorystów, których tam nigdy wcześniej nie było.

A Afganistanie byli?

– Afganistan nie był naszym problemem. I teraz nim jest. I gdzie Osama ibn Laden spędził te wszystkie lata? W Afganistanie? Nie. Pod bokiem naszych sojuszników: w Pakistanie.
Zmarnowaliśmy tę dekadę pod wieloma względami, straciliśmy masę energii i wydaliśmy biliony dolarów, wpędzając się w długi. Ale na dłuższą metę najgorsze jest to, że popsuliśmy demokratyczne instytucje Ameryki. Popsuliśmy amerykańską demokrację.

Co się stało z waszą demokracją?

– Fundamentem Ameryki była wolność i prawa obywatelskie. Z nich czerpaliśmy siłę. Moralną, polityczną i ekonomiczną. Wiedzieliśmy to. Zawsze strzegliśmy ich jak źrenicy oka. Po 11 września wolność przestała być najważniejsza. Uwierzyliśmy, że najważniejsze jest bezpieczeństwo. Zgodziliśmy się na inwigilację. Na łamanie praw człowieka w imię wojny z terroryzmem. Do dziś działa więzienie w Guantanamo. Nawet tortury zaczęliśmy akceptować. pozwoliliśmy by strach zmienił fundamenty naszego społeczeństwa, na których wyrosła potęga Ameryki.

Pana zdaniem słabnięcie tej potęgi ma związek z 11 września?

– Z naszą reakcją na zamach. Tyle uwagi, energii, zasobów poświęciliśmy na wojnę a terroryzmem i na zabezpieczanie się przed terrorystami, że przestaliśmy się zajmować większością realnych wyzwań stojących przed Ameryką i światem. Obsesja bezpieczeństwa sprawiła, że nie zwracaliśmy uwagi na  narastająca w świcie nierównowagę – nędze, ekscesy rynków, nieodpowiedzialność sektora finansowego, zadłużanie się państw, słabnięcie innowacji, degradację infrastruktury, chaos w ochronie zdrowia, problemy edukacji, erozję naszego autorytetu na świecie.
Świat stracił wiarę, że Ameryka chce sprawiedliwości dla wszystkich. To sprawiło, że dziś jest nam dużo trudniej pracować z innymi krajami nad uregulowaniem światowej gospodarki. Nie mamy dość siły, żeby wprowadzić regulację rynków, jakich wymaga interes w Ameryce i wszędzie indziej na świecie. Zużyliśmy tę energię na obsesyjną wojnę z terroryzmem, która nikomu nie była potrzebna. Chcieliśmy uczynić świat bezpieczniejszym, a sprawiliśmy, że stał się jeszcze mniej bezpieczny.

(…)

MOJA ZIEMIA ULRO

*

„Ziemia Ulro” to jest dla mnie ten rodzaj lektury, który wykracza poza… literaturę (literackość?) Podobną właściwość ma np. czytanie Biblii (jakkolwiek pretensjonalnie by to zabrzmiało). Innymi słowy: to jest trafienie w sam rdzeń – znów niestety powiewa patosem, ale cóż mam na to poradzić, nie pisać tego? –  mojej egzystencji. Mam nieodparte uczucie,  że Miłosz, dzięki swojej wielkiej władzy nad słowem, wyraża niejako mnie samego. Czyli dotyka tych samych rozdarć, które i mnie bolą, obnaża to samo kalectwo, które i mnie nęka.

Napisać, że jest to konflikt miedzy Wiedzą a Wiarą – toż byłoby to śmiesznie łatwe, może nawet trywialne. Ale nie. Tak nie można. Bo błąkanie się po Ziemi Ulro to nie jest taka sobie wycieczka znudzonego turysty, który nie wie, czy bardziej pociąga go Cywilizacja, czy Natura; tudzież: bardziej boi się Cywilizacji czy Natury? Refleks tego co JEST w ciemnym zwierciadle i rozjaśnione słońce Wyobraźni, która obleka świat niebieskim płaszczem naszych Złudzeń? Ta walka Nadziei ze Zwątpieniem –  to jest jednak sprawa życia i śmierci, taki metafizyczny survival. Ach – marzy Miłosz? – być tak do końca ateistą. Ale też marzenie o czymś skrajnie przeciwnym: wierzyć w Boga bez wątpienia – być pewnym tego, że On jest (i że jest przy tym Dobry), jak 2 plus 2 równa się 4.

A zamiast tego?: „Zupełny pesymizm i zarazem zachwyt, hymn ekstatyczny”, zdolność do ludzkiej rozkoszy, radość, śmiech, humor… i z drugiej strony: błądzenie nad krawędzią nicości, wyrażanie siebie na granicy krzyku.

Czy jednak w tej nienawiści do Ziemi Ulro nie ma też i miłości? Być na nią skazanym – czyż w tym gorzkim i cierpkim horrendum nie ma także słodyczy? Może za szczęście i rozkosz wcale nie trzeba płacić przerażeniem, bólem i cierpieniem, gdyż są to tylko dwie strony tego samego medalu, tej samej monety, którą gramy z naszym istnieniem – groszem, którym wkupiliśmy się w życie na świecie, gdzie czekały na nas piękne i bestie, anioły i potwory, ukojenie i strach, Matka Teresa i kaci? Czy nie kochamy Ziemi Ulro właśnie dlatego, że jesteśmy także w stanie ją znienawidzić?

Poza Ziemią Ulro jest być może wszystko, ale dla nas nie ma tam chyba nic.

*  *  *

(zdjęcie własne)

BŁAZNY I DEMONY

I. PIEPRZYĆ CZY NIE PIEPRZYĆ?, czyli odwieczny problem z przyprawami

Rebelianci, obrazoburcy i prowokatorzy są nie tylko solą w oku dobrze ułożonego społeczeństwa. Są również jego przyprawą – pieprzem, który zdecydowanie polepsza proces trawienia.
Wiadomo jednak, że nadmiar przypraw może w końcu doprowadzić do niestrawności i niewydolności różnych układów.
I tu staje przed nami ten odwieczny problem cywilizowanej ludzkości: pieprzyć czy nie pieprzyć?

Te konflikty są stare jak świat: między wolnością a restrykcją, między anarchizmem a porządkiem, między nonszalancją a taktem, między otwartością a cenzurą, między szczerością a wyrachowaniem, między moralizatorstwem a permisywizmem, między liberalizmem a konserwatyzmem, między wygłupem a powagą…
Czy jednak dla równowagi nie jest konieczne istnienie owych przeciwieństw?

* * *
Trudno sobie wyobrazić, aby całe społeczeństwo składało się z rebeliantów, obrazoburców i prowokatorów. Dlatego też istnieje w nim pewna cienka linia, której przekroczenie wiąże się z negacją, może nawet z ostracyzmem i potępieniem. Działa tu mechanizm obronny społeczeństwa wspomagany lękiem przed dezintegracją i chaosem.
A jednak to samo społeczeństwo przyzwala na istnienie pewnej grupy ludzi, którzy biorą na siebie owo wichrzycielskie zadanie. Aczkolwiek stosunek do nich jest ambiwalentny, pełen kontrowersji. Przez jednych podziwiani, przez innych potępiani; budzą respekt, albo też nimi się pogardza… Patrzy się na nich z rozbawieniem, to znów z odrazą i niesmakiem. Stawia sie na piedestały albo marginalizuje…
A wszystko to balansuje na granicy aprobaty i odrzucenia.

* * *
Po co społeczeństwu tacy ludzie?
Powodów jest wiele.
Są oni pewnym probierzem wartości, wentylem bezpieczeństwa, moralnym katalizatorem. Pełnią katarktyczną rolę błaznów. Pozbawieni pruderii i konwenansów, wygrywają ciemne, tudzież skrywane popędy „ułożonej” i statecznej grupy; wreszcie pozwalają na pewne przewartościowania niezbędne dla rozwoju danego społeczeństwa.
Bycie takim dyżurnym obrazoburcą nie jest łatwe. Ustawianie się pod włos jest bowiem permanatnym stresem. Ciągle ma się poczucie uczestnictwa w jakiejś batalii.
Bycie na świeczniku wymaga nieustannego wysiłku, zwłaszcza wtedy, kiedy rzuca się stamtąd pieprznymi żartami, tudzież mięsem, czy też kalumniami. Kiedy zadziera się z „wielkimi i zacnymi” tego świata, krytykując, często niewybrednie, establishment
Na powierzchni utrzymują się tylko najsilniejsi.

* * *
Jak postrzegamy takich ludzi?
Bardzo różnie. Jest to wszak sprawa indywidualna, w każdym przypadku inna. Zależy to od naszego poczucia humoru, preferencji, nastroju, otwartości, wykształcenia, charakteru, obycia, poziomu kultury, pruderii… etc.
I zależy oczywiście od tego, kim są ci ludzie, jaki prezentują poziom, jakie są ich intencje, dowcip, inteligencja, talent… Wreszcie: w jakiej sytuacji to się odbywa.

Niekiedy trudno nam sobie wytłumaczyć, dlaczego wobec kogoś czujemy sympatię, a do kogoś innego zaś antypatię, mimo, że osoby te mogą wyrażać tę samą treść, używać tych samych słów.
Jest to więc także sprawa pewnej charyzmy.
Instynktownie wyczuwamy np. czy jakaś satyra podszyta jest jadem i złośliwością, czy też tego jadu i złośliwości jest pozbawiona.
Ważny jest także moment.
Są sytuacje, w których zawieszamy niejako naszą powagę, moralne kategoryzacje i sądy, dopuszczając do głosu żart, ironię i dowcip.
Ma się wtedy poczucie ulgi i wyzwolenia.
Bez tego nasz świat mógłby kiedyś eksplodować, zalewając nas wszystkich żółcią i trując stęchłą atmosferą – morowym powietrzem nadętych smutasów.

 

II. DEMON POD KRAWATEM

Historia mogłaby nauczyć nas unikania kardynalnych błędów, jednak bardziej uczy nas sceptycyzmu.
Czy np. istnienie w przeszłości niewątpliwych i wielkich autorytetów zdołało ustrzec ludzkość przed szaleństwem światowych wojen, przed wzajemnym unicestwianiem się milionów ludzkich istnień? Czy zapobiegła temu wspaniała europejska tradycja humanistyczna, tudzież chrześcijańska?
Jak wszyscy wiemy, na nic się to zdało.
XX-wieczne kataklizmy ludobójcze jak drzazga tkwią więc w naszej świadomości, zmuszając do ciągłych rewizji poglądów i ludzkich złudzeń. Poza tym, pozwalają nam jednak na właściwą ocenę i analizę przyczyn, które do tych katastrof doprowadziły.

I co się okazuje? Otóż trudno by – zarówno w przypadku Niemiec jak i Rosji – wskazać, że podłożem, na którym rozwinęły się zbrodnicze ideologie, była zliberalizowana kultura czy rozluźnienie obyczajów. Wprost przeciwnie: starano się wprowadzać tam rygorystyczne zasady, restrykcje w sferze obyczajowej i seksualnej; cenzura stała się jedną z kluczowych instytucji; dążono do stworzenia zdyscyplinowanego, zuniformizowanego społeczeństwa, – sztywnego, na baczność, na rozkaz, na każde zawołanie władzy, która zmierzała do totalnej kontroli wszystkich i wszystkiego.

I właściwie nie ma to żadnego znaczenia, czy ów totalitaryzm był pochodną ideologii lewicowej czy prawicowej, ateistycznej czy deistycznej, albowiem każda ideologia może się zdegenerować, czego skutki mogą być podobnie tragiczne.

* * *
Wobec powyższych spostrzeżeń, jedno wydaje się być pewne: do społecznych katastrof nie prowadzą występki bohemy, dziwactwa artystów, wybryki odmieńców, wygłupy błaznów, sztuczki kuglarzy, rozwiązłość erotomanów, wrzaskliwość rockmanów, eksperymenty pacykarzy, dziwaczne instalacje pseudo-artystów, ani jakieś tam świntuszenia. Nie ta osobliwa i w sumie niegroźna w skali społecznej menażeria będzie odpowiedzialna za następne holocausty, (do których oby nie doszło).

Cała demoniczność tego niebezpieczeństwa polega na tym, że kryje się ono w gabinetach skądinąd ułożonych, ustawionych, zasadniczych i z pozoru nawet przyzwoitych gości w czystych koszulach, pod krawatem i w garniturach, ewentualnie w mundurach.
Politycy z chorymi ambicjami, zakadzeni ideologią, pozbawieni skrupułów, przedkładający własny albo zgoła abstrakcyjny interes ponad dobro indywidualnego człowieka z krwi i kości; święcie przekonani, że jedynie macchiawelizm może zapewnić im skuteczność.
Pod tym względem bardziej groźny jest amoralizm polityczny niż obyczajowy.

Przy współczesnych zagrożeniach globalnych, stary dobry dekalog zaczyna przypominać jakiś przykurzony eksponat z lamusa.
Kto dziś zagląda do wytartych kamiennych tablic, mając przed sobą lśniacy ekran nowoczesnego komputera – domenę globalnych korporacji, megalomańskich imperiów, szemranych konsorcjów, aroganckich bankierów i wirtualnych a nieludzkich sił?

A jednak podobnie niebezpieczni mogą się okazać ci, którzy sądzą iż mają monopol na moralność i prawdę, wszyscy ci szermujący jedynie słuszną ideologią i światopoglądem, powołujący się na „boski” porządek wykonawcy  „woli Boga”…

Czy Mojżesz był to w stanie przewidzieć?
Czy mógł to przewidzieć sam Bóg?

* * *

Ilustracje: Na głazie rozłożony – oczywiście, król błyskotliwej i zjadliwej ironii oraz paradoksu, enfant terrible Oscar Wilde; postaci z obrazu Andrégo Deraina „Arlequin et Pierrot” (Muzeum Oranżerii, Paryż, zdjęcie własne); Hitler z dziećmi (archiwum).

*

NATURA – piękno, zachwyt, bojaźń i drżenie

*

Piękno to jeden z atrybutów, jakie przydajemy Naturze

* * *
Żyć, to znaczy być w ciągłym zagrożeniu – jak pisał Nietzsche.
Ale życie to także poddanie się owemu „flow” Natury – skore lub bezwiedne płynięcie z jej nurtem, poczucie harmonijnego z nią współistnienia, współdziałania, swoistego sojuszu i zjednoczenia.
Poddając się tej kolaboracji jesteśmy zazwyczaj przez Naturę wynagradzani: spokojem, przyjemnością, radością, wrażeniem pełni – czasem wręcz błogością lub zachwytem, co możemy nawet nazwać szczęściem.
Taki stan nie trwa jednak stale. Tym bardziej więc należy go docenić – w jakiś sposób starać się zatrzymać i utrwalić.

Coś podobnego można przeżyć będąc na szlaku w górach, w lesie, idąc jakąś dziką plażą, mając tuż obok siebie morze lub ocean.
Ciągnie mnie w takie miejsca zawsze, bowiem obietnica przeżycia tego wszystkiego, doświadczenia takich chwil, działa na mnie jak narkotyk, który (dający się niekiedy we znaki) ból istnienia zamienia zwykle w jego przeciwieństwo, czyli w radość, a czasem nawet i w pewien rodzaj euforii.

* * *

Chmurnie, śnieżnie i strzeliście

Błędem jest chyba traktowanie Natury jako jednego organizmu (choć sam Wszechświat uznaje się za swego rodzaju Jednię). Takie homogeniczne podejście do Natury jest jednak uproszczeniem, bo przecież Natura – biorąc pod uwagę naszą ludzką skalę – nie jest ani czymś jednorodnym, ani nawet koherentnym. To właśnie wskutek traktowania przez nas Natury niczym jakiejś spójnej i zwartej, nieomal osobowej jedności (co przejawia się choćby w pisaniu jej imienia z dużej litery), wikłamy się w cały szereg sprzeczności, a w nasze myślenie wdziera się pewien relatywizm. Oto rodzi się bowiem choćby taka kwestia: jak Natura może być wobec nas jednocześnie opiekuńcza i okrutna, łagodna i przerażająca – spełniać zarówno rolę Matki i Kata, Akuszerki i Grabarza…? Albo też wydawać się nam czymś cudownie pięknym i zarazem absolutnie wstrętnym?

Wszystko to można wg mnie wyjaśnić pewną oczywistością: natura sama jest pełna sprzeczności, istnieją w niej przeciwstawne sobie siły – jest ona czymś nieskończenie złożonym, działającym w wielu kierunkach.
Owe sprzeczności pojawiają się wtedy, kiedy Naturę zaczynamy – tak po ludzku – personifikować.

Nie chciałbym jednak aby ta konstatacja o ścieraniu się różnych – a niekiedy i przeciwstawnych – sił w Naturze, zabrzmiała niczym jakiś współczesna wersja manicheizmu, gdyż złożoność Natury jest czymś o wiele bardziej kompleksowym i skomplikowanym, niż ów manichejski, prosty (bo dwubiegunowy) podział na Dobro i Zło, wyróżnienie tylko sił konstruktywnych i destruktywnych.
Ogólnie można powiedzieć, że każde zastosowanie wobec natury jakichkolwiek ludzkich pojęć nieuchronnie wiąże się z trudnością uchwycenia jej sensu, a wynika to po prostu z naszych ograniczeń. Może też być skutkiem mitologicznych właściwości tworzonej przez nas kultury.

* * *
To co w Naturze wydaje się nam być destrukcją, jest najczęściej jej transformacją.
Albo inaczej (i mocniej): destrukcja w Naturze jest tożsama z transformacją. (Jest to nic innego, jak przemiana jednej formy energii w drugą.)
Na nas, jak zwykle, większe wrażenie robi zagłada (rozpad) istniejącej dotychczas formy – zwłaszcza kiedy nie jesteśmy jeszcze w stanie dostrzec tej nowej, (a przywiązani jeszcze jesteśmy do starej).

* * *
To zabawne, ale i straszne zarazem, jak różnie postrzegamy Naturę.

Zabawne, bo „przyginamy” ją do naszych pragnień, tęsknot i wyobrażeń, dokonując wygodnej projekcji tego co nasze (czyli naszej kultury), mając przy tym złudne nadzieje, że możemy Naturę urabiać i kształtować wedle naszych widzimisię – gdyż jest nam to potrzebne, bo mamy z tego korzyści, bo to jest przyjemne, bo mamy „fun” … etc. Czyli totalny i dość bezczelny utylitaryzm, który zakradł się nawet do naszych najświętszych ksiąg, które wszak mówią: „Czyńcie sobie ziemię poddaną”. Bo człowiek ma być przecież „panem wszelkiego stworzenia”.
Straszne, bo z drugiej strony zdarza się nam patrzeć na Naturę jak na okrutnego Potwora bez czucia, działającego bez celu i bez sensu – doskonale obojętnego na nasze cierpienie, ból i przerażenie. Wobec takiej Natury jesteśmy ledwie mikroskopijnym trybikiem, jedną z „biliona bilionów śrubek wielkiego mechanizmu” (Miłosz) – niewiele znaczącą, bezbronną istotką wykorzystywaną bezdusznie przez gigantyczną, będącą w ciągłym ruchu machinę przemian i transformacji na kosmiczną skalę.

Tutaj zresztą również rzutujemy na Naturę nasze lęki, widma, strachy i demony (jednakże sama świadomość tej projekcji nie jest dla nas żadną pociechą).
Wobec horrendum jakim niekiedy jawi się nam świat przyrodzony, istnieją wszak środki uśmierzające: przymknięcie oczu, zamglenie świadomości, ucieczka w mit, wypełnienie nicości naszą ludzką treścią, powołanie sensu, wytyczenie kierunku i celu… wreszcie uznanie Stwórcy za demiurga dobrego.
Czy też uznanie, że jakiś Stwórca wogóle istnieje.

Czy przebywanie w zażyłej bliskości z Naturą może nas zmienić?

* * *
Miejsce zwane Krainą Czarów, miejsce zwane Rajem – miejsce zwane Piekielną Kuchnią, miejsce zwane Ogrodem Diabła (nota bene wszystkie te nazwy istnieją naprawdę).
Czyli: Natura jako poletko Pana Boga – natura jako dantejskie Inferno.
Wieczne odradzanie – skazanie na zagładę.
Anielskie harmonie niebiańskich sfer, boski ład stworzenia – szatański chaos Universum, pustka zimnego Kosmosu.
To właśnie pomiędzy tymi skrajnościami mieszczą się nasze wyobrażenia o Naturze.

* * *
Człowiek jako boskie ziarno, żywa cząstka Wszechświata, jedna z nieprzeliczonych monad martwo-żywego kosmicznego Organizmu – wypełniony tęsknotą za Stwórcą, próbujący koić się wiarą w Boga.
Człowiek wydarty siłą z niebytu i rzucony bezwolnie w istnienie; marny „pyłek” i „trybik” – jednakże obdarzony jaźnią, czuciem a niekiedy i świadomością absolutnej samotności – wyobcowany, drżący, zagubiony i zalękniony; zawieszony nad otchłanią Nicości.

Kim jesteśmy?
Albo jeszcze mocniej i konkretniej: kim jestem?
Kim jestem wobec Natury, którą chcę zgłębić – lękając się jej i zachwycając się nią? Przerażony i zafascynowany?

* * *
Czy kilkanaście dni spędzonych w górach i lasach – na „łonie przyrody” – mogą kogokolwiek zbliżyć do odpowiedzi na te wszystkie pytania?
Czy jest to możliwe, by w tak krótkim czasie strząsnąć z siebie cywilizacyjne naleciałości, pozbyć się ciężaru narzuconej mi (i przyjętej przeze mnie) kultury, która określa perspektywę z jakiej widzę (i oceniam) Naturę? I wejrzeć w nią nieuprzedzony i tak obnażony?
Czy jest to wogóle możliwe, gdy chce się jednocześnie pozostać człowiekem?
Wszak, już tylko używając języka i słów, stwarzamy swój własny świat – nadajemy imiona roślinom i zwierzętom, kreślimy topograficzną mapę uczuć krajobrazu i przyrody, obdarzamy góry, jeziora, drzewa i kwiaty osobowością.

We mgle…

Nazywając świat kreujemy go dla siebie na nowo. Czy jednak ten werbalizm nie oddala nas od poznania tego, co naprawdę JEST? Ale czy zbliżyłoby nas do tego milczenie? Przecież zdarza się, że kiedy milczymy, czujemy jeszcze mocniej, w przeciwieństwie np. do głazu. Czucie wywołuje emocje, a te z kolei „mącą” nam umysł, przez co poznanie staje się jeszcze trudniejsze.
Ideałem bezczucia byłby więc kamień, dzięki czemu, być może, to właśnie on jest najdoskonalej zespolony z Naturą, bo sam należy do jej esencji. W tym kontekście wydaje się, że na przeszkodzie do zgłębienia istoty Natury stoi nasza świadomość.

* * *
To prawda, Naturę można pokochać na wiele różnych sposobów: od infantylnego i naiwnego – po głęboki i fundamentalny (choć radykalna miłość jest tu dla mnie czymś zgoła wątpliwym).

Ale prawdą jest również to, że Naturę można znienawidzieć – choć ta nienawiść nigdy już nie jest infantylna, a bywa wręcz po ludzku głęboka. Dzieje się tak wtedy, gdy uznajemy (czy też mamy wrażenie), iż zaczyna ona działać przeciwko nam – unicestwiając nasz ludzki świat, niszcząc kogoś kogo kochamy, albo też nas samych.

Jednym słowem, nasz stosunek do Natury jest nie tylko ambiwalentny, ale i dziwny. Dziwny, jak my sami.
(No właśnie: może to nie dziwny jest ten świat, a tylko my sami?)

* * *
Relacje między cywilizacją człowieka a światem przyrodzonym (czyli Naturą), to jest temat-rzeka, którego nawet nie próbuję tutaj poruszać, bo mógłby mi on niechybnie eksplodować, roznosząc skromne ramy tego bloga.
Może więc tylko wspomnę o tej disney’owskiej, infantylno-naiwnej perspektywie z jakiej wielu z nas postrzega przyrodę podczas turystycznych, rutynowych wypadów „za miasto”. (A mogłem się na to napatrzeć do woli – choćby podczas częstych wizyt w parkach narodowych.)

Sarenki jak z bajki?

Wynieśliśmy to po części z naszego dzieciństwa, w którym karmiono nas całą masą antropomorfizujących zwierzęta bajek, dzięki czemu przypisujemy teraz nasze ludzkie atrybuty nie tylko zwierzętom, ale samej Naturze. Obdarzamy cechami istot żywych przedmioty martwe, ale również zjawiska przyrody – i temu animizmowi ulegają prawie wszyscy z nas.

Jest to niczym innym jak zwyczajnym oswajaniem świata (albo oswajaniem się z tym światem nas samych); i bywa zwykle czymś bardzo powierzchownym. Z jednej strony niezwykle ujmująca wydawać się może nasza „miłość do zwierzątek”, (dajmy na to głaskanie misia po futerku czy kózki po brodzie – wszystkie te nasze „żabcie” i „kiciusie”, „myszki” i „kaczucie”, „pieseczki” i „cipusie”).
Z drugiej – jakże naiwne i infantylne (ale i niebezpieczne) jest to przeświadczenie, że taki zwalisty niedźwiedź grizzly, tudzież ważący ponad tonę bizon, nie mogą nam zrobić żadnej krzywdy (więc pokarmy ich z ręki, więc posadźmy im na grzbiecie nasze dziecię).

Istnieje również pojmowanie przyrody głębsze – w sposób, w jaki robią to pasjonaci, entuzjaści, naturaliści… a i takich przecież spotkałem: byli to często pracownicy parku, naukowcy, artyści – ludzie, których wiedza przyrodnicza była niczym bezkresny i głęboki Ocean, na swój sposób onieśmielająca i nieco przytłaczająca.
Jednakże i oni nie byli w stanie przekroczyć naszej ludzkiej kondycji, ograniczeń, percepcji. Także i ich wiedza miała swoje granice – i gdy do tych granic docierali, zaczynało się niezrozumienie, które mogło być tylko przełamane wiarą (a u tych „niewierzących” – kolejnym domysłem lub hipotezą).

Dmuchawce, latwce i wiatr w drzewach

* * *
Oto kilka (pierwszych z brzegu) paradoksów, kóre wyłaniają się na styku naszego człowieczeństwa z naturą:

Nie wiadomo gdzie nas prowadzi cywilizacja (choć na pewno coraz dalej od Natury), ale jednak to właśnie ona czyni z nas ludzi.

Do Natury mamy ambiwalentny stosunek, gdyż z jednej strony jesteśmy jej dzieckiem; z drugiej zaś – chcemy się od niej wyemancypować.

Natura nas przyciąga i odpycha zarazem. (Możemy odczuwać wobec niej wstręt, ale również ją kochać.)

Walczymy z naturą a jednocześnie chcemy się stać jej sprzymierzeńcem.

Oddalamy się od natury (czesem wręcz od niej uciekamy), a jednocześnie lgniemy do niej i szukamy w niej ukojenia.

Z jednej strony natura nas rozstraja, z drugiej zaś – harmonizuje.

Zrazu natura wydaje się nam prymitywna, to znów czymś niewiarygodnie złożonym.

* * *

Cisza przed burzą – a w tle dramatyczne pasmo gór Teton (Wyoming)

* * *
Wydaje się, iż poddając się tylko naiwności i ufności dziecka, możemy uznać Naturę za Matkę, a jej dramatyczne teatrum ciągłych a bezlitosnych przemian za „łono” przyrody.

* * *
Mam pewne podejrzenia, że kiedy tak idę szlakiem zachwycając się otaczającym mnie splendorem przyrody, to oglądam tylko jej powierzchnię. Wchodzę wgłąb mojej wrażliwości estetycznej, ale nie w istotę Natury.
To być może tłumaczy paradoks naszego odbioru Natury: z jednej strony może być ta percepcja po ludzku głęboka, a z drugiej powierzchowna, omijająca istotę rzeczy – czyli po prostu nieadekwatna.

* * *
Niezwykła i zadziwiająca jest ta transformacja w sposobie jaki wielu z nas potrafi zmienić ucieczka przed cywilizacją na owo „łono” przyrody. Muszę się jednak przyznać, że nie lubię tego ostatniego określenia, bowiem wydaje mi się ono trywializować coś, co wg mnie może być głębokim doświadczeniem egzystencjalnym, a nie tylko piknikowym.

Co pozostaje…?

Jest w tym coś z katarktycznego przeczucia: będąc na szlaku – idąc w górach, w lesie, nad oceanem – odnoszę wrażenie, iż staję się innym człowiekiem. Wówczas uświadamiam sobie, że my wszyscy, przytłoczeni dobrodziejstwami i okropieństwami cywilizacji, prowadzimy jak gdyby podwójne życie.
Z jednej strony są w nas trzewia, krew i kości – prawieczna bestia, zwierzę, istota, która wyłoniła się z gliny, mułu i wody; z drugiej zaś – otaczają nas cywilizacyjne przybrania i protezy, które stały się dla nas bardziej realne, niż ta rzeczywistość pierwotnie nam przyrodzona.
Czyni to z nas istoty cudowne, ale i dziwaczne zarazem, rozkraczone między zwierzęcością a człowieczeństwem, miedzy naturalizmem a sztucznością, której już od dawna nie śmiemy nazwać pozytywizmem.
Na razie czekamy co też przyniosą nam te kolejne eksperymenty: z globalizacją i oplątaniem się informacyjną siecią, z manipulowaniem przy genach, nano- i bio-inżynierią, z coraz większą ilością protez, sztuczności i substytutów.

* * *
Moment, chwila, wrażenie,uczucie, impresja…
Może tym tylko jesteśmy?
Może tylko po to żyjemy?
Czyż nie z tego składa się nasze życie?

Czym (dla innych) będą „buty i telefon głuchy”, które po nas pozostaną?

* * *
Czy wobec potęgi przyrody nie przypominamy mrówki… biegającej tam i z powrotem swoją dróżką, krzątającej się wokół swoich spraw?
Pewnie tak.
Istnieje jednak między nami fundamentalna różnica: my jesteśmy, w przeciwieństwie do niej, obdarzeni świadomością i wiemy, że kiedyś i gdzieś na tej naszej drodze padniemy.
Mrówka pada – ot, tak sobie.
Ale czy my padamy metafizycznie?

* * *

WSZYSTKIE ZDJĘCIA ILUSTRUJĄCE  TEKST  (z wyjątkiem jednego, ukazującego Grand Teton) POCHODZĄ Z POŁOŻONEGO W STANIE WASZYNGTON PARKU NARODOWEGO MT. RAINIER. WIĘKSZY ICH WYBÓR MOŻNA OBEJRZEĆ TUTAJ – ZARÓWNO TYCH WYKONANYCH WIOSNĄ, JAK I LATEM.

( ©  FOTOGRAFIE WŁASNE )

CUDA TWOJE I MOJE

„Zadziwienie” (Playa de Carmen, Jukatan, Meksyk)

 

I.

Zadziwiony wszystkim co dookoła mnie
w dziwnym i cudownym spektaklu się mieni
od wschodu do zachodu słońca
także i w mroku co tajemnicą kuszącą tchnie
w noc kochanków przemienione drżenia
rozkoszy, która spazmem chwyta ten jeden sens
zagubienia w tak rozszumiałej i rozdygotanej dżungli
zmysłów zamkniętych w ciele pełnym
ciemnej i jasnej materii

Wszelkie odcienie szarości i barwy
rozszalałe na firmamencie nieba i ziemi
okrytej gęstą siatką życia wciskającego się
w każdą piędź ziemi i betonu z rozlaną plamą
ropy i rozległym brudnym kalejdoskopem śmietniska

To miasto udaje świetlistą katedrę a jest tylko
sztucznym ludowiskiem pełnym kominów
banków, spiżarni, latryn i kościołów
z wysuniętymi ku niebu czułkami wież

A jednak cuda nie tylko się zdarzają
ale i płyną nieustannym strumieniem
w moich żyłach i nerwach drżących
ciągłym podnieceniem, gdy tak patrzę i czuję
jak kaskadą spływa na moje ramiona, barki
i głowę… cała ta lekkość i cały ten ciężar
małych i dużych niesamowitości

 

„Krzątająca się pszczoła” (Mt. Rainier, stan Waszyngton, USA)

 

II.

Weźmy taki wschód słońca, któremu wszak daleko jeszcze
do zachodu – tego morza krwawej czerwieni
albo pszczołę opętaną zapachem nektaru i lepką
od słodyczy upychanej w każdy plaster miodu

Weźmy lekką mgiełkę i ulewny deszcz,
szum wiatru, pisk kurczęcia lub odgłos pioruna
pajęczynę srebrną z kosmosem pająka
czekającego na zbłąkaną muchę
A także szkliste oko sarny, pomruk niedźwiedzia
wydrę z nosem zadartym do góry i bobra
machającego ogonem przy obgryzaniu drzewa

Czy to nie cud taka tęcza na przykład?
Albo cud jeszcze większy – chłopiec na plaży
z zadartą do góry głową i z oczami
utkwionymi w cudowne spektrum barw
– w ten wielki spektakl na niebie
pełen chmur skłębionych, rozświetlonych,
łapiących ostatnie promienie słońca
które kładą się gdzieś na dnie naszej duszy
uciekając przed nadchodzącą burzą

III.

Czyż nie jest to zdumiewające
jak mocno lgniemy
do materii, którą skądinąd mamy
za śmiertelnego wroga?

Jakże miły naszemu oku jest ten błysk
– ów refleks na krawędzi szafiru, opalu czy złota.
Srebrne łańcuchy, pyszne branzolety
jasny kryształ z wyrżniętymi zeń dłońmi
albo jedwab gładki niczym skóra niemowlęcia

Zachwycamy się kamieniem
rozświetlonym jak klejnot w górskim potoku
igraszkami porannego słońca.

Jest „gwiaździsty dyjament” Norwida
bajecznie kolorowe jajo Fabergé
niezwykłe desenie marmuru z Carrary
granit, którego abstrakcji
nie powstydziłby się sam malarz Pollock…
Stalowy, świetlisty ptak Brancusi’ego
i zwykły gliniany garnek Picassa
(nie wspominając już o boskiej Piecie
równie boskiego Michała Anioła)

IV.

Kto mówi, że nie ma cudów?
A czy on sam nie jest cudem
mimo, że nazywa siebie tylko
… workiem na stare kości?
Czy cudem nie jesteś Ty sam (albo sama)
– mimo, że czasem wstydzisz się spojrzeć
w lustro, albo zajrzeć wgłąb swego wnętrza?

Czy nie jest cudowne to, że zdołałaś (zdołałeś)
przeczytać ten wiersz do końca
i zrozumieć cokolwiek z tego co tu napisałem?
A może nawet poczuć to, co i ja poczułem?
I zamienić to w elegię, sonet, rapsod, poemat…
Albo zwykły żart, który na moment rozbudzi
Twoje niewątpliwe poczucie humoru?
Hm…

*  *  *

 

„Iluminacja na pustyni” (Białe Piaski, Nowy Meksyk, USA)

*

„Pajęczy mikrokosmos” (Park Narodowy Lodowców, Montana, USA)

 *

Kamienie w strumieniu igrają ze słońcem (Góry Skaliste, Kanada)

Wielki spektakl na niebie (zachód słońca nad rezerwatem Nawahów, Arizona, USA)

*

Uśmiech.
Czym byłoby życie bez uśmiechu?
Nawet nie możemy sobie tego wyobrazić, tak przywykliśmy do niego – uważamy go za coś zwykłego.
A przecież śmiech jest czymś cudownym.
Przegania smutki, wzbudza sympatię, zwycięża wrogość, rozprasza melancholię…
Rozjaśnia mroki egzystencji.

Świat bez uśmiechu byłby nie do zniesienia.

* * *

 
 © ZDJĘCIA  AUTORA 

Ilustrujące tekst fotografie pochodzą z następujących zbiorów:

– chłopiec na plaży   ( MEKSYK: JUKATAN )

– pszczoła na kwiatku   (  MT. RAINIER LATEM  )

– człowiek na piasku   (  WHITE SANDS )

– pajęczyna w lesie i kamyczki w strumieniu   (  WATERTONE – GLACIER

– chmury na niebie   (  GDZIE SŁOŃCE WSCHODZI I KĘDY ZAPADA )

– uśmiechy   (  LUDZIE INDIILUDZIE NEPALU,  LUDZIE JAMAJKI,  LUDZIE PERU  )

CUDOWNA PRZYGODA

 

* * *
Próbuję po swojemu demontować tę wielką machinę rzeczywistości, która mnie otacza; przejrzeć na wskroś ową gigantyczną konstrukcję, przyglądnąć się z bliska jej poszczególnym elementom…
A mimo to nie opuszcza mnie wrażenie, jakbym podglądał świat przez dziurkę od klucza.
I chyba tak powinno być, i chyba tak jest dobrze. Bowiem nie wiem czy zniósłbym ten widok, gdyby nagle drzwi otwarły się przede mną na oścież.

* * *
Czyż nie jest naszą największą mądrością – mądrością człowieka – właśnie świadomość własnej niewiedzy i zdolność do ciągłego poddawania w wątpliwość tego, co już „wiemy”?
Wydaje mi się, że tylko dzięki temu może istnieć postęp w ludzkiej kulturze – w naszym poznaniu i myśleniu…

* * *
Nie jesteśmy w stanie ogarnąć całego świata zewnętrznego.
Za pomocą naszych niedoskonałych i mocno ograniczonych receptorów (zmysłów, umysłów – dostępnych nam instrumentów poznania) tworzymy nasz mały, wyodrębniony po ludzku świat, bardziej lub mniej adekwatny do tego, co istnieje (niezależnie) poza nami. Stąd to nasze częste poczucie, że żyjemy w świecie iluzji, snu, marzenia – w szklanych cieplarniach, pod jakimś kloszem, w zamkach na piasku…
Ale cóż nam innego pozostaje?
Ktoś może powiedzieć: „Inaczej się nie da.”
Musimy więc – chcąc nie chcąc – przyjąć konwencję, wziąć udział w grze, posługiwać się tylko takimi narzędziami, które są nam dostępne – np. językiem, który stworzyliśmy… Inaczej się nie da.

Tak naprawdę niczego nie możemy być pewni. Jednak z taką świadomością życie jest niemożliwe – musimy więc uchwycić się czegoś. Stąd religia, normy, prawo, zasady, wartości, nadzieja, cała kultura wreszcie…
W dostępny nam sposób wypełniamy przestrzeń naszego świata – nie można bowiem żyć w próżni.

Kiedy więc – odrzucając choćby samobójstwo – decydujemy się na życie, to nie ma innej drogi, jak poddać się pewnym paradygmatom (które są częścią tworzonej przez nas kultury). Bez nich niczego byśmy się nie nauczyli, niczego nie pojęli, z nikim nie mogli się porozumieć… Istnienie naszego świata bez tych paradygmatów byłoby niemożliwe – tak jak np. mowa nie mogłaby istnieć bez języka.

Musimy budować nasz świat archetypów, mitów i symboli… próbując przy tym dotknąć tego świata zewnętrznego, zbliżyć się do innych ludzi, zrozumieć to, co możemy zrozumieć.
W przeciwnym razie będziemy mieli poczucie życia w próżni właśnie – w jakimś nadmuchanym balonie tymczasowej bytności, spowici oparami absurdu, nicości a może i rozpaczy.

* * *
Mimo wszystko uważam życie za cudowną przygodę, która nam się przydarza w tym niepojętym dla nas i nieodgadnionym Wszechświecie.
Na przekór wszechobecnemu cierpieniu i niepojętności.

* * *