ZBRODNIA W RADOŚCI

*

dark street

*

WYMIAR (NIE)SPRAWIEDLIWOŚCI

Kolejna projekcja „Długu” w Chicago. Na tle zalewu polskich filmów „amerykańskich” babrzących się z upodobaniem w półświatku zbrodni i bandytyzmu, film Krzysztofa Krauzego dorobił się opinii dość poważnego studium genezy przestępstwa i sprowokował dyskusje na temat koślawości polskiego prawa karnego, a także granicy, jakiej nie można przekroczyć w obronie własnej.
To wydarzyło się naprawdę: z Wisły wyciągnięto dwa trupy z odrąbanymi głowami. Wszystko wskazywało na mafijne porachunki. Po jakimś czasie na policję zgłosili się jednak prawdziwi sprawcy tego czynu. Byli nim dwaj młodzi ludzie, niedoszli biznesmeni, od których – jak się okazało – przemocą i szantażem wyłudzano pieniądze. Doprowadzeni do ostateczności, nie wierząc w ochronę i skuteczność policji, za jedyne wyjście uznali fizyczną likwidację szantażysty, czyli po prostu zabójstwo. Zostali za to skazani na 25 lat więzienia.
Nie pierwszy raz czujemy coś w rodzaju współczucia, a już na pewno zrozumienia dla kogoś, kto dokonał zabójstwa. Nie mówię o przypadkach oczywistych, kiedy ktoś zabija w obronie własnej, lecz o sytuacji, gdy osoba maltretowana fizycznie i psychicznie, z ofiary przemienia się w zabójcę, sama niejako wymierzając sprawiedliwość, tyle że nie usankcjonowaną prawnie. Nie musimy tutaj sięgać ani do literatury, ani tym bardziej do filmu, który już z samej swej natury „manipuluje” naszymi emocjami, co z kolei mąci nam niekiedy rozum i zaburza ostrość widzenia. Sporo przykładów znajdziemy w otaczającym nas życiu.

Nie każde zabójstwo uważane jest za zbrodnię, np. zabijanie podczas wojny, lub w akcjach służb specjalnych przeciw terrorystom czy groźnym przestępcom – o egzekucji w „majestacie prawa” nie wspominając. W normalnie funkcjonującym społeczeństwie, pozbawienie kogoś życia zastrzeżone jest więc do powołanych do tego jednostek. Kiedy czyni tak kto inny, zawsze uważa się to za ciężkie przestępstwo, z wyjątkiem absolutnie koniecznej obrony przy bezpośrednim zagrożeniu własnego życia. Niezły (bo nie epatujący złem i przemocą) film Krauzego, umożliwia nam poznanie motywów zabójstwa, może nawet utożsamienie się z nieszczęsnymi bohaterami. Jednakże zrozumieć – zwłaszcza w kontekście kolizji z prawem – niekoniecznie już musi oznaczać: wybaczyć. Emocje nie mogą chyba mieć przystępu do sędziowskiej deliberacji, wpływając na decyzję i wyrok sądu. Temida jest nie tylko ślepa. Ona, niestety, musi być także pozbawiona serca… Chociaż w starożytności była nie tylko boginią sprawiedliwości, ale i – mityczną wprawdzie, ale zawsze – opiekunką pokrzywdzonych i potrzebujących pomocy.
Ci z nas, którzy długo nie byli w kraju nad Wisłą, niekiedy ze zgrozą śledzą wybuch przestępczości w Polsce. Oto sytuacja się odwróciła: czujemy się w miarę bezpiecznie w amerykańskim kraju, który – kiedy byliśmy jeszcze w Ojczyźnie – postrzegaliśmy (czasami) jako siedlisko zbrodni, występków, gangów, mafii i ulicznych strzelanin (co, z drugiej strony, w jakiś przedziwny sposób nie psuło nam wyobrażenia Ameryki jako wytęsknionej Ziemi Obiecanej – krainy wręcz mlekiem i miodem płynącej). Teraz, będąc po drugiej stronie Oceanu, patrzymy na polskie społeczeństwo terroryzowane przez oprychów szumnie nazwanych mafiozami (prawdziwa mafia terroryzuje państwo), widzimy Polskę dziczejącą obyczajowo, gdzie mało kto odważy się przejść samemu nocą po ulicy.
Jednak ile w tym prawdy? Czyżby znowu nasze spojrzenie było zmącone, zniekształcone złą perspektywą? A może dostrzegamy jedynie mały i to marginalny wycinek polskiej mozaiki – krajowego puzzla? Przejmować nas to tutaj na emigracji może jeszcze z innego względu: po prostu nie chcemy, by nasz kraj rodzinny stawał się nam coraz bardziej obcy.

PRYWATYZACJA ZBRODNI

Jakby na potwierdzenie tych obaw, w ostatniej książce Stanisława Lema „Świat na krawędzi”, natrafiłem na taki oto passus: „Czy ktoś sobie dawniej wyobrażał, że w Polsce naśladować się będzie Ala Capone i organizować napaści na banki? System miniony leżał na wszystkim jak betonowa płyta, tym samym jednak także udaremniał ruchy osób zbyt skorych do złego. Zbrodnia była upaństwowiona, obecnie zaś uległa prywatyzacji i reprywatyzacji. Zbrodniarzem może być każdy, komu się zechce, jeśli jest dostatecznie zręczny…”
Takie to są historyczne paradoksy i ironia losu. Ceną wolności w Polsce okazuje się być wzrost przestępczości. Powołując się na Lema, możemy spekulować, że skoro zbrodniczość zbankrutowanego systemu nie ma już racji bytu, to niejako drogą osmozy przechodzi ona na indywidualnych ludzi, stając się inicjatywą bardziej prywatną. I znowu jest równowaga (?) – tak jakby ilość zła na świecie musiała być wielkością stałą.
Zło jest zdecydowanie bardziej spektakularne od dobra, a niektórzy twierdzą, że i bardziej pociągające. Stąd dowcipy o nudnym niebie i ekscytującym piekle.
Zło jest agresywne, dobro bardziej pasywne; zło jest krzykliwe, dobro zaś ciche, o czym łatwo się przekonać, zestawiając choćby obok siebie Hitlera i Jana Pawła II – dwóch przywódców z księstw ciemności i światła.
Zło ulega paranoi, dobro skłania się ku melancholii. Dobro (zgoda) – buduje, zło (nienawiść) rujnuje.
Co jest silniejsze?
Lem stwierdza bez ogródek: „Moc sprawcza, moc niszczycielska, a nawet moc przekonująca zła jest daleko większa aniżeli dobra.”
Sąd to głęboko pesymistyczny. Jeśli miałby być prawdziwy, nie wróżyłby naszej cywilizacji dobrej przyszłości. Któż z nas – oprócz etycznych popaprańców zafascynowanych złem – chciałby w to uwierzyć, może nawet pragnąć ostatecznego zwycięstwa zła?
Lem jest ateistą i to może tłumaczyć jego pesymizm. Żaden człowiek wierzący w (dobrego) Boga nie mógłby podzielić jego wiary w dominację zła.

PRĘŻĄC ATLETYCZNE MUSKUŁY

Dość przypadkowo trafiłem niedawno na wystawę pt. „The Nazi Olympics. Berlin 1936”, mającą miejsce w Muzeum Stanu Missouri w St. Louis. Oglądałem jak sport wyglądał dawniej, kiedy jeszcze nie był zepsuty pieniędzmi, technicznymi gadżetami i sztucznym dopingiem, ale kiedy już zaczęła nim manipulować polityka. Przypomniały mi się sylwetki Jessego Owensa i Janusza Kusocińskiego, lecz czułem, jak te moje wrażenia przytłaczane są przez panoszącego się już tam wtedy potwora faszyzmu: wszystkie te, widoczne na każdym kroku swastyki, mundury, bojowość, musztra i wojskowy dryl zaczadzonych już faszystowską ideologią Niemców.
Za każdym razem, kiedy stykam się z faszystowskim fenomenem – szaleństwem jakie ogarnęło Niemcy pod wodzą Hitlera i pod wpływem nazistowskiej ideologii –  dopada mnie nieme, pełne przerażenia, zdumienie. Te nieprzeliczone tłumy ludzi i żołnierzy, składające w ekstazie hołd „Führerowi”! Tym bardziej, że nie stało się to udziałem narodu prymitywów czy ignorantów, a „artystów, poetów i filozofów”!
Być może te kadry z filmowych kronik, czy propagandowych obrazów Leni Riefenstahl, straszą nas tak mocno dlatego, że zdradzają nie tylko opętanie ducha niemieckiego narodu, ale wprost wystawiają świadectwo ludzkiej naturze w ogólności. Najczęściej nie chcemy się do tego przyznać, lecz podświadomie to właśnie przeczuwamy: równie łatwo moglibyśmy się w takim tłumie znaleźć my sami.
Do dziś zdumiewają mnie przemówienia Hitlera czy Goebbelsa. Ta histeria, paranoja i wręcz psychopatia ziejąca wprost z ich gestów, twarzy, mimiki i słów. Trudno mi uwierzyć w tak raptowną przemianę ludzkiej natury – w nagłą mądrość społeczeństw i tłumów – ale prawdą jest przecież, iż nie do pomyślenia w dzisiejszym świecie zachodniej cywilizacji byłoby to, aby zachowujący się podobnie mówca czy polityk, mógł zdobyć jakieś szersze poparcie społeczne. Owszem, co jakiś czas wyskakuje tu i ówdzie podobne indywiduum, tyle że jest to wybryk raczej lokalny, kacyk będący co najwyżej utrapieniem tubylców, a nie zagrożeniem globalnym. Któż by go więc traktował poważnie na międzynarodowej arenie?
A może jednak jest to tylko złudzenie i nasza stadna straceńczość niepoprawnych lemingów czyha gdzieś w ukryciu, by ponownie przewrócić świat do góry nogami?

POZNAJ SAMEGO SIEBIE

Henry Miller napisał kiedyś, że studiowanie zbrodni należy zacząć od poznania samego siebie. Dostojewski wcale nie musiał tego pisać – takie to było dla niego oczywiste (i z tej oczywistości właściwie powstały jego arcydzielne studia zbrodniczej psychiki, takie jak „Biesy”, „Bracia Karamazow”, wreszcie sama „Zbrodnia i kara”).  W afekcie stać nas na czyny, o które w normalnej sytuacji nigdy byśmy siebie nie podejrzewali. Nikt z nas nie zna bowiem siebie do końca. Jeśli by tak było, moglibyśmy przewidzieć swoje zachowanie w każdej sytuacji. A na to przecież nas nie stać – bo nie we wszystkich potencjalnie możliwych sytuacjach już byliśmy. Znamy się więc na tyle, na ile nas sprawdzono – lub na ile sprawdziliśmy się sami.
Jak np. zareagowalibyśmy na jawny bandytyzm? Czy w przypływie gniewu nie użylibyśmy drastycznych a dostępnych nam środków, nawet jeśli sami nie bylibyśmy zagrożeni? Czy gdybyśmy tylko mogli, nie zemścilibyśmy się na kimś, kto w bestialski sposób zamordował kochanego przez nas człowieka? Czy zważanie na prawo, miałoby dla nas w takim momencie jakiekolwiek znaczenie?
Usłyszałem niedawno rozmowę z Arturem Pazderskim, współautorem książki „Przestępczość – jak uniknąć jej wpływu?”, który na pytanie dlaczego powstała ta książka, odpowiedział: „Bodźcem do jej napisania było zakatowanie w sierpniu 1997 roku mojego serdecznego przyjaciela. Stało się to w biały dzień w pobliżu dworca w Radości. Obok przechodziło wielu ludzi i nikt nie zareagował. Winni zbrodni byli znani, ale z braku dowodów sprawę umorzono. Policja nie uczyniła nic. W godzinach rozpaczy spotkałem znajomych, którzy pracowali w Komendzie Stołecznej Policji i zwróciłem się z zapytaniem, co możemy zrobić? Okazało się, że nic.”
Również w Chicago znamy tę bezsilność, kiedy żadna moc – nawet policja i prawo – nie mogą zapewnić zadośćuczynienia sprawiedliwości. (Swoją drogą, to jednak ewenement, by reakcją na bandycki napad było napisanie książki.)

SUMIENIE POLICJANTA

Parę tygodni temu popełnił samobójstwo jeden z dziewięciu policjantów z Jefferson Park, podejrzanych o wymuszanie haraczy od zatrzymanych na ulicy (i nie tylko) polskich imigrantów, których straszono aresztowaniem i deportacją. Proces dopiero się rozpoczął, więc nie można tu jednoznacznie stwierdzić winy, choć wiadomo, że FBI oraz wydział Internal Affairs zebrały sporo dowodów obciążających. I powiedzmy sobie szczerze, że te dowody muszą być oczywiste, skoro zdecydowano się na spektakularne wzięcie „kapów” za kołnierz.
Co uderzające, Charles Bowery, ojciec trojga dzieci, który strzelił sobie w głowę w swoim garażu, nie należał do czwórki głównych oskarżonych, przeciwko którym wytoczono najcięższe zarzuty. Nie wyrzucono go nawet z policji. Przeniesiono jedynie do pracy biurowej.
Co więc popchnęło go do takiej desperacji? Jakie to musiało być poczucie winy, które czyniło jego dalsze życie nie do zniesienia? Skądinąd wiadomo przecież, że zbrodnie daleko większe od tych, o jakie podejrzewało się Bowery’ego, niejednemu złoczyńcy zupełnie nie przeszkadzały w kontynuowaniu wygodnego i niczym niezmąconego żywota.

Bardzo nierównie są ludzkie sumienia. To co dla jednego człowieka jest boleśnie gryzącym molem, dla drugiego bywa zaledwie mało znaczącym wspomnieniem (lub w ogóle nie jest pamiętane). Jest w tym jakiś rodzaj (a)moralnej ironii, może nawet złośliwości losu: to właśnie ta cząstka dobra, która jeszcze pozostała w czyniącym zło człowieku, powoduje jego destrukcję. Czasem ma się więc wrażenie, iż najlepiej w świecie mają się ludzie zupełnie tego sumienia pozbawieni. Ale czy wtedy można ich uznać za ludzi?
To jest naprawdę tragiczne i na swój sposób okrutnie paradoksalne: ten policjant na pewno by się nie zabił, gdyby był zwyczajnym sukinsynem. Jak podała prasa, Charles Bowery uważany był za „…wspaniałego ojca, męża i sąsiada. Był praktykującym katolikiem, ochotniczym trenerem szkolnych i parkowych drużyn baseballowych i koszykarskich. Jeździł z dziećmi na wycieczki szkolne. Ścinał trawę sąsiadom…”

FRAGMENTY

Łatwiej jest nam opisywać – i zrozumieć – świat, posługując się uogólnieniami, ale stajemy się przez to bardziej niesprawiedliwi, ulegając na dodatek stereotypom. Równocześnie, popełniając błąd uogólnienia, sami zafałszowujemy sobie rzeczywistość – często pod pozorem jej uproszczenia. Czym, tak naprawdę, niewielu z nas się przejmuje, bo zwykle ułatwia nam to życie i poruszanie się w labiryncie świata. Jednakże, według mnie, sprawiedliwiej – i bliżej prawdy – jest z całości sądzić o cząstkach, niż z cząstki sądzić o całości. Gdyż postrzegamy  zaledwie jakiś niewiarygodnie maleńki wycinek rzeczywistości. To powinno wywołać w nas pokorę, ale – gdzież tam! – zachowujemy się tak, jakbyśmy naszym umysłem świat cały ogarniali
Niestety, bycie zupełnie obiektywnym, nikomu zbyt dobrze nie wychodzi. Potrafimy wygłaszać kategoryczne sądy i opinie o całych grupach ludzkich, narodach i rasach, często nie znając dobrze spośród ich przedstawicieli nikogo. I zwykle posługujemy się właśnie wtedy stereotypami, których nigdy nam raczej na podorędziu nie brakuje. Co znaczące, często taki radykalizm wydaje się źródłem siły i skutecznego wpływu, o czym świadczą chociażby polityczne sukcesy, jakie w pewnych momentach politycznych odnosili ekstremiści, fanatycy i dyktatorzy – o wszelkiej maści populistach nie wspominając.
Dla dobra rozumu jednak nie jest dobrze dać się zakleszczyć ograniczeniami naszego środowiska i redukować całego świata do klatki subiektywizmu, w której najczęściej siedzimy. Nie można chyba sądzić całej ludzkości po wybrykach niektórych osobników, czy nawet pokoleń. Nie oceniajmy człowieczej natury po zwierzęcym zachowaniu się ludzi w sytuacjach ekstremalnych. Gdyż człowiek w warunkach nieludzkich, sam często staje się nieludzki.
Niestety, dobre mniemanie o Człowieku, nie przychodzi łatwo. Wymaga wysiłku – trzeba o nie zabiegać, nieustannie walcząc z mizantropią w sobie.

O podobnym dylemacie pisał nie tak dawno w jednym ze swoich felietonów Lech Falandysz: „Adwokat, podobnie jak policjant, prokurator czy sędzia, nie powinien oceniać ludzi i moralnego stanu społeczeństwa na podstawie przypadków, z którymi spotyka się w pracy. Musiałby bowiem dojść do wniosku, że ludzie są nieuczciwi, kłamliwi, interesowni i podstępni, a w życiu społecznym króluje oszustwo i przemoc.”
Podobnie, jeśli chodzi o całe społeczeństwo amerykańskie, nie powinno się na jego temat wyciągać ogólnych wniosków tylko na podstawie – dajmy na to – niewiarygodnie głupich telewizyjnych talk-shows. Czy też o amerykańskiej demokracji sądzić jedynie z wyborczego cyrku, jaki miał niedawno miejsce na Florydzie. Stany Zjednoczone są bowiem krajem tak różnorodnym i niejednoznacznym, że wszelkie kategoryczne uogólnienia na jego temat z gruntu muszą być błędne – jako że nie są one zdolne objąć całości (mimo, że noszą pozory słuszności). O Ameryce można wygłosić dwa sprzeczne ze sobą sądy i każdy będzie wyglądał na prawdziwy, gdyż można tu znaleźć dowolną ilość przykładów na poparcie dowolnej tezy. A nic tak nie potrafi zagmatwać sporu jak „nieodparte” argumenty obu stron.

greydot

PS. Rozszerzając nieco formułę bloga, postanowiłem co jakiś czas zamieszczać na stronie Wizji Lokalnej artykuły napisanych przeze mnie przed laty i opublikowane w prasie (głównie polonijnej). Pod pewnymi względami nie utraciły one bowiem swojej aktualności. (Tekst „Zbrodnia w Radości” ukazał się na łamach „Dziennika Związkowego”, 5 – 7 stycznia 2001 r.)

*

WROGOWIE LUDU – KILLING FIELDS REVISITED

Nuon Chea, najbliższy współpracownik Pol Pota, o niemal dwóch milionach ofiar komunistycznego reżimu Czerwonych Khmerów w Kambodży: wszystkiemu są winni Wietnamczycy i Amerykanie (w kadrze z Thetem Sambathem, współtwórcą filmu dokumentalnego „Wrogowie ludu”)

W chicagowskiej siedzibie Towarzystwa Sztuki, można było obejrzeć niedawno jeden z najważniejszych i najbardziej wstrząsających dokumentów ostatnich lat – film „Wrogowie ludu”, traktujący o zbrodniach kambodżańskiego reżimu Pol Pota i Czerwonych Khmerów.

PYTANIA BANALNE

Zawsze, w obliczu ludobójstwa, zawisa nad nami to pytanie: Dlaczego? Jak to było możliwe? Jakim sposobem człowiek mógł się dopuścić tak niewyobrażalnych zbrodni?
Zwykle jednak większość z nas nie chce sobie zaprzątać tym głowy i – chcąc uniknąć konieczności, a może nawet sposobności zadawania (sobie i innym) takich pytań – wypiera ze swojej świadomości niewygodne fakty. Zasłania się więc brutalną rzeczywistość kurtyną nieświadomości,obojętności, niepamięci, ignorancji i niewiedzy.
Jednakże, prędzej czy później, owe pytania w nas się pojawiają i – chcąc nie chcąc – musimy sobie dawać z nimi radę. Także  próbować znaleźć na nie odpowiedzi.
Czy będzie to ponowna konstatacja o banalności zła? O tej wiecznie obecnej w człowieku ciemnej stronie? O przyrodzonej ludzkiej naturze skłonności do gwałtu, przemocy i destrukcji? O zgubnej sile popędów i instynktów? O machiawelicznym dążeniu do władzy i kontroli nad innymi ludźmi? O braku skuteczności, nie tylko świeckiej etyki, ale i świętych kodeksów? O fiasku naszych wzniosłych ideałów i pięknych humanistycznych deklaracji?

 Takie oto myśli trywialne przyszły mi do głowy kiedy oglądałem dokumentalny film Theta Sambatha i Roba Lemkina „Wrogowie Ludu”, którego jednak banalnym żadną miarą uznać już nie można.
Również dlatego, że postawione przed chwilą pytania nie są banalne dla twórców filmu, a zwłaszcza dla Theta Sambatha, którego ojciec i brat zostali zamordowani na kambodżańskich killing fields przez siepaczy Czerwonych Khmerów. Stracił on wówczas także matkę, która zmarła przy porodzie, zmuszona wcześniej do poślubienia jednego z członków milicji, zabójców jej męża.

Wspomnienia zabójcy: „(Pewnego dnia) poderżnąłem tak dużo gardeł, że zaczęła mnie od tego boleć ręka. Wtedy przerzuciłem się na dźganie w szyję.”

POWRÓT NA POLA ŚMIERCI

Jest to film wyjątkowy pod wieloma względami.
Thet Sambath, dziennikarz z Phnom Penh, poświęcił mu ponad 10 lat swojego życia, kręcąc go w czasie wolnym od pracy zawodowej.
Po raz pierwszy słyszymy w nim jak na temat masowego ludobójstwa, jakie miało miejsce w Kambodży w latach 1976 – 79, wypowiadają się sami mordercy: ci, którzy zabijali ludzi własnoręcznie, jak również człowiek będący drugim po Pol Pocie najważniejszym twórcą i funkcjonariuszem reżimu Czerwonych Khmerów (chodzi o ministra Nuon Chea, zwanego także Bratem nr 2), który całą tę potworną ludobójczą maszynerię wprowadził w ruch.

Sambath nie szuka zemsty, on chce poznać prawdę. Robi to w sposób zdumiewający: jeździ do kambodżańskich wiosek, szuka świadków tamtych wydarzeń, a wśród nich – samych zabójców. (Porównuje to do poszukiwania „igły w oceanie”, bo cały kraj ogarnęła przecież mgła powszechnej amnezji, zwłaszcza wśród tych, co w zbrodni brali udział bezpośredni.) Znajduje ich i… stara się z nimi zaprzyjaźnić, zdobyć ich zaufanie i sprowokować do zwierzeń i konfesji. A trwa to latami! Lecz w końcu mu się to udaje. Nawet Nuon Chea – z którym Thet, mimo niezwykle sekretnej i powściągliwej natury Chea, nawiązuje nie pozbawioną autentyzmu i szczerości międzypokoleniową relację – po trzech latach zaczyna mówić (przed kamerą) o zabijaniu.

O PODRZYNANIU GARDEŁ I PICIU ŻÓŁCI

Na polach śmierci

Sambath, spotykając się ze swoimi „bohaterami” zachowuje wielki spokój i opanowanie, nieustannie się uśmiecha, jest miły, sprawia wrażenie człowieka delikatnego i ciepłego i – co ciekawe – postawa ta nie wydaje nam się  być udawana ani fałszywa. (Ale czy nie jest jednak podstępna?)
Zapewne, w sposób niemal szokujący, kontrastuje z obrazowymi i drastycznymi opisami zbrodni, które przywołują w obecności kamery Sambatha jego nowi znajomi. Jeden z nich demonstruje nawet sposób w jaki powalał ludzi na ziemię, przygniatał ich nogą, chwytał za głowy i podcinał gardła „tak, aby nie krzyczeli”: „[Pewnego razu] poderżnąłem tak dużo  gardeł, że zaczęła mnie od tego boleć ręka. Wtedy przerzuciłem się na dźganie w szyję.” Inny wspomina zaś o wyrywaniu z ludzkich zwłok woreczka żółciowego i wypijaniu jego zawartości, która podobno miała chronić przed chorobami.
Oto zaś innym razem, kiedy Sambath wraz ze swoimi towarzyszami siedzi przy sielsko-wiejskiej drodze niczym na pikniku, przechodzi obok nich starsza kobieta i zagadnięta o miejsca gdzie znajdują się masowe groby ofiar, wskazuje na znajdujące się tuż obok pole ryżowe, mówiąc: „tu leżało wiele z tych trupów, a jak się rozkładały, to wydawały taki dźwięk, jakby się gotowały – coś jak pękające bąble”.

WINNI – NIEWINNI

Jednak tym, co najbardziej mnie zdumiało podczas oglądania filmu Sambatha, było to, że ja nie tylko nie zapałałem nienawiścią, ale zacząłem ukazanym w nim mordercom… współczuć. Czy też raczej… wzbudzili  oni we mnie pewien rodzaj żalu. Zobaczyłem w nich bowiem zwykłych, normalnych ludzi, jacy zostali dość bezwłasnowolnie uwikłani w okoliczności, które następnie uczyniły z nich morderców.
Dziwne?
Ale czyż nie dziwniejsze było zachowanie Theta, który rzeczywiście i po ludzku się do nich zbliżył? A kiedy aresztowano Nuona Chea i helikopter zabierał go, by odstawić przed oblicze trybunału, który miał go osądzić, Sambath wyznał: „Nie mogę powiedzieć, że był on dobrym człowiekiem, ale czuję teraz wielki smutek”.

Thet Sambath nagrywa wyznania Brata nr 2

Myślę że jest to bardzo charakterystyczna i w sumie niezwykle rzadko spotykana w filmach tego rodzaju cecha: pewne fatalistyczne wyciszenie, brak jakiejkolwiek chęci konfrontacji, nieobecność radykalnych stwierdzeń, zupełnie wyzbycie się nienawistnych resentymentów…
Tak, jak już wspomniałem: Sambath nie szukał zemsty ale zrozumienia co rzeczywiście było przyczyną tego, że jedni (zwyczajni) ludzie zaczęli mordować drugich ludzi – równie zwyczajnych i niewinnych, często swoich sąsiadów.

Sambath też nikogo właściwie nie oskarża, choć stara się dociec, gdzie – i na czym polegała – geneza tej zbrodni. On nawet nie szuka winnych – chce jedynie wiedzieć, kto podjął decyzję o zabijaniu, na jakim szczeblu ona zapadła i w jakich okolicznościach.
I co się okazuje?
Jak zwykle w takich sytuacjach: nikt nie jest winny – wszyscy wypełniali jedynie rozkazy, bo gdyby wykonania rozkazów odmówili, to sami zostaliby zabici. Wina zostaje rozmyta w jakimś bezosobowym partyjnym aparacie, Jednak, jak się okazało, wystarczyła jedna decyzja Pol Pota i jego świty, a masowe mordy w Kambodży ustały, jak ręką odjął. [1]*

JUŻ NIGDY NIE ZOBACZĘ WSCHODU SŁOŃCA JAKO CZŁOWIEK

Thet Sambath wiele lat czekał z wyjawieniem Nuonowi Chea, w jaki sposób zginęła jego rodzina. Okłamał go mówiąc, że jego rodzice zmarli w latach 80-tych. Jak (pewnie słusznie) uważał, gdyby Chea się o tym się dowiedział, to Thet nigdy by nie wyciągnął od niego zwierzeń i przyznania się do tego, że to właśnie on, wraz z Pol Potem, zadecydowali o rozpoczęciu etnicznych czystek: „gdybym okazał tym ludziom litość, mój kraj byłby stracony” – powiedział przy tej okazji, dodając, że ich rząd z założenia miał być „czysty, pokojowy, o jasnym spojrzeniu”. Zaczęli jednak od fizycznej eliminacji „wrogów ludu”.
Wcześniej Thet nie omieszkał jednak pokazać Nuonowi filmu z nagraną egzekucją Sadama Hussajna, którą ten skomentował następująco: „To straszne, że w ten sposób skończył prawdziwy patriota. Ale on i tak jest zwycięzcą”. A kiedy zaprosił do domu Chea dwóch wspomnianych już ludzi, którzy dokonywali masowych egzekucji własnymi rękami, ten ich zaczął pocieszać, że walczyli po właściwiej stronie i że wg nauk Buddy, nie można ponosić winy za czyn, którego intencją było co innego, niż to, co się stało.

Lecz Thet w końcu musiał powiedzieć Chea prawdę. I fragment filmu ukazujący moment, w jakim to robi, należy do najbardziej poruszających i zapadających nam w pamięć obrazów.

A skoro mowa o buddyzmie. Jeden z występujących we „Wrogach ludu” zabójców uznaje się za buddystę. Wierzy w reinkarnację. Wie, że będzie musiał przejść wiele bolesnych wcieleń, zanim ponownie odrodzi się w ludzkiej postaci. Tak naprawdę, to on już teraz nie uważa się za członka ludzkie wspólnoty, zwierzając się nam przed kamerą: „Już nigdy nie zobaczę wschodu słońca jako człowiek”.
I właśnie w takiej chwili widzimy w nim prawdziwe człowieczeństwo.

*  *  *

[1]* PRZYPIS: odrębnym tematem jest tu amerykańskie uwikłanie się w relacje z reżimem Czerwonych Khmerów. Już w 1975 roku, Henry Kissinger, podczas swojej wizyty w Tajlandii, powiedział do tamtejszego ministra spraw zagranicznych: „You should also tell the Cambodians that we will be friends with them. They are murderous thugs, but we won’t let that stand in our way. We are prepared to improve relations with them.” („Powinniście też powiedzieć tym w Kambodży, że będziemy ich przyjaciółmi. To są morderczy bandyci, ale my i tak nie pozwolimy, aby to stanęło na naszej drodze. Jesteśmy gotowi, by poprawić nasze relacje z nimi.”) Źródło: „Cambodian Genocide Program” (publikacja Uniwersytetu Yale).
Niestety, nawet po 1979 roku, kiedy już wiedziano wszem i wobec o krwawej łaźni jaką urządzili Khmerowie swoim rodakom  (anihilując  blisko czwartą część całej populacji Kambodży), amerykańskie poparcie dla „morderczych bandytów” wcale nie ustało (choć nie było już takie oficjalne).

Tym, którzy zainteresowani są amerykańską polityką w Indochinach w latach 70-tych (z uwzględnieniem morderczych ataków lotnictwa USA na Kambodżę, w których poniosło śmierć ok. 600 tys. ludzi, a które de facto umożliwiły przejęcie władzy przez Czerwonych Khmerów w 1974 r.), polecam artykuł Z. M. Kowalewskiego pt. „Czas Czerwonych Khmerów”, jaki ukazał się w polskiej edycji „Le Monde Diplomatique” w 2010 roku.

ANEKS

Nie tak dawno trafiłem na – nazwijmy to – ciekawą stronę występującą pod szyldem „Trzeci Świat”. Jej autorami (autorem?) jest „organizacja trzecioświatowego maoizmu”, mianująca siebie także jako „Organizacja Czerwonej Gwardii”. W pierwszej chwili pomyślałem, że jest to jakaś kolejna kuriozalna stronka (jakich w internecie jest wiele), ale nie…  pomijając  ewidentne oderwanie od rzeczywistości obsługujących tę witrynę „polskich trzecioświatowych maoistów”, znaleźć tam można naprawdę wiele interesujących materiałów, które mają jednak dużą wartość historyczną i archiwalną.
W związku z podjętym przeze mnie w tym wpisie tematem, chciałbym przedstawić fragmenty kilku artykułów nawiązujących do Czerwonych Khmerów. Pozostawię ich do oceny tym, których to zainteresuje – powstrzymując się tu od własnego komentarza.

W walce o świetlaną przyszłość – młodzi bojownicy Czerwonych Khmerów

*

1. Cytaty z artykułu pt. „Korzenie intelektualne i ideologiczne ruchu Czerwonych Khmerów”.

Organizacja Czerwonej Gwardii: „Przedstawiamy niezwykle interesujący tekst omawiający ideologię jednej z najbardziej fascynujących organizacji rewolucyjnych XX wieku – Komunistycznej Partii Kampuczy, znanej szerzej jako Czerwoni Khmerzy. Po obaleniu rządów KPK w Demokratycznej Kampuczy przez rewizjonistów wietnamskich partia ta była szkalowana i oczerniana przez rewizjonistów i pierwszoświatowców, wymyślających brednie o „ludobójstwie”, czy „totalitaryzmie”. Mit „pól śmierci” zaciemnia prawdziwy obraz i historię ruchu Czerwonych Khmerów, utrudniając poważnym badaczom dotarcie do prawdy. Dla Organizacji Czerwonej Gwardii historia Rewolucji Kampuczańskiej jest tym bardziej interesująca, że często Pol Pota i jego towarzyszy oskarża się o maoizm. Prawda jest jednak bardziej złożona, czego można dowiedzieć się z tekstu Adama Jelonka. OCG krytycznie ocenia Czerwonych Khmerów, nie ze względu na Tuol Sleng, czy pola śmierci, ale ze względu na ich ultralewicowe odchylenie, które doprowadziło do rewizji marksizmu-leninizmu” – pisze „redakcja” OCG, a następnie przestawia tekst Jelonka, z którego pozwolę sobie wyłuskać parę cytatów:

„Większość elementów radykalnej rewolucji Czerwonych Khmerów znajduje bowiem swe odniesienia w dokonaniach rewolucji chińskiej. Na konferencji prasowej w Pekinie w drugiej połowie 1977 roku Pol Pot po raz pierwszy potwierdził wczesne związki między rozwojem ruchu rewolucyjnego w Kampuczy, a myślą Mao: “W 1957 roku założyliśmy komitet… zdecydowaliśmy, że parlamentarna droga wiedzie donikąd. Czerpaliśmy… szczególnie z prac towarzysza Mao Tse-tunga, doświadczeń chińskiej rewolucji, odgrywającej niezwykle doniosłą rolę w tym okresie.”
(…)

Mao i Pol Pot (w tle)

Potwierdzenie wpływów myśli Mao znalazło swój wyraz w innych publicznych wystąpieniach. Jesienią 1977 roku Pol Pot oświadczył: “W walce rewolucyjnej w naszym kraju, w sposób twórczy i z powodzeniem wcielaliśmy w życie myśl Mao Tse-tunga od chwili gdy nie dysponowaliśmy niczym, prócz gołych rąk, po 17 kwietnia 1975”.
(…)
„Zrozumienie celów maoistowskiej idei wielkiego skoku i rewolucji kulturalnej rzuca więcej światła na związki doktrynalne z przywódcami Demokratycznej Kampuczy. Idee maoistowskie sprowadzały się do pragnienia przekształcenia chłopstwa w nowoczesnych producentów, oddanych dla idei kolektywizmu. Mao uznawał konieczność realizacji trzech etapów rewolucji:
1. Likwidacji starej elity wiejskiej i właścicieli ziemskich dzięki realizacji programu reformy rolnej;
2. Zlikwidowania chłopskiego przywiązania do własnej ziemi i własności prywatnej przez ustalenie własności kooperatywnej;
3. Masowej restrukturyzacji organizacji pracy, która dokonać się miała dzięki procesowi budowy komun ludowych.”

2. Fragmenty artykułu pt. „Recenzja książki Malcolma Caldwella „Bogactwo niektórych narodów”.

OCG: „Malcolm Caldwell był jednym z kilku mieszkańców Zachodu, którzy kiedykolwiek odwiedzili Kambodżę w trakcie władzy Czerwonych Khmerów.(…) napisał kilka wartych uwagi książek i artykułów. Opublikowana w roku 1977, rok przed jego śmiercią, „Bogactwo niektórych narodów” była ostatnią książką, którą napisał.
(…) Caldwell ma całkowitą rację mówiąc, że jedyną drogą do rozwoju Trzeciego Świata jest walka zbrojna.(…) Śmierć Mao i powrót Deng Xiaopinga były tylko ostatnimi gwoździami do trumny. Wietnamski socjalizm z kolei był od samego początku martwy, wskutek wpływów rewizjonizmu i radzieckiego socjalimperializmu. W tamtym okresie, gdy po heroicznych walkach przeciwko ludobójczemu imperializmowi amerykańskiego, socjalizm zanikał na całym świecie, wydawało się, że Czerwoni Khmerzy przeprowadzają radykalną wersję rewolucji socjalistycznej. W 1977 nadzieje Caldwella, podobnie jak wielu innych, ulokowane zostały w pozornie radykalnych propozycjach społecznych Czerwonych Khmerów. Jednak, jak się okazało po ujawnieniu ich błędów w wyniku wietnamskiej agresji i okupacji ich kraju, nadzieje te były chybione. Pomimo, że Caldwell mylił się chwaląc domniemany „sukces” Kampuczy, miał on jednak rację wskazując, że drogą do rozwoju jest walka zbrojna i socjalizm. Dzisiaj jest to droga globalnej wojny ludowej, prowadzonej przez trzecioświatowy maoizm.”

Pol Pot – Brat Nr 1

3. Fragmenty artykułu „Kampuczańskie doświadczenie”.

OCG: Publikujemy tekst, który zrywa z mitem Demokratycznej Kampuczy stworzonym przez imperialistów i trockistów. Tekst jest szczególny, ponieważ jego autor, Ezrom Mokgakala był w Demokratycznej Kampuczy w roku 1978 i na własne oczy widział osiągnięcia rewolucyjnego rządu. Jego słowa powinny być wzięte na poważnie, w przeciwieństwie do kłamstw rozpowszechnianych przez wrogów rewolucji. Podpiera je jego rewolucyjny autorytet. Ezrom Mokgakala był członkiem Komitetu Centralnego Panafrykańskiego Kongresu Azanii, i członkiem Wysokiego Dowództwa Azańskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, która do dzisiaj toczy walkę o wyrwanie Południowej Afryki z łańcucha kapitalistycznego. (…) Poniższy tekst po raz pierwszy opublikowano w czasopiśmie Ikwezi z 11 marca 1979 roku.

Cytaty z „dzieła” Ezroma Mokgakali:

– „Z tej historii można wynieść dwie główne lekcje. Pierwsza jest taka, że lud Kampuczy jest ludem heroicznym, który walczył i pokonał lokalnych i zagranicznych ciemiężycieli, czasami walcząć gołymi rękami. Z tej lekcji możemy wywnioskować, że są oni naprawdę odważnym ludem, który zasługuje na zachwyt i pomoc wszystkich prawdziwych rewolucjonistów. Drugą lekcją jest fakt, że pomimo ich bohaterstwa, ich poświęcenia długo nie przynosiły rezultatów.”

„Poprawna linia polityczna wyrasta z samego ludu, nie może być kopiowana z innych krajów” powiedział Towarzysz Hong, przywódca Kampuczańskiego Komitetu Przyjaźni z innymi krajami. „Poprawna linia polityczna zapewni, że zwycięstwo ludu nie zostanie zdradzone” dokończył.
Towarzysz Hong położył nacisk na fakt, że „po poprawnym zrozumieniu lekcji z historii kampuczańskiego ludu, przywódcy rewolucyjnego ludu Kampuczy zrozumieli, że lud będzie zwalczał wroga aż do końca, pomimo jego brutalności.”

Odkurzanie czaszek wydobytych z masowego grobu na terenach obozu tortur Cheung Ek, gdzie trafiały ofiary terroru Czerwonych Khmerów

– (Pierwszy Zjazd Komunistycznej Partii Kampuczy) „zadecydował, by rozpocząć organizowanie chłopstwa w celu obalenia ciemiężycieli i zdobycia władzy politycznej. Wszystkie kadry partii zostały przeszkolone w celu wprowadzenia tej rewolucji w życie w najbardziej zdeterminowany i stanowczy sposób poprzez życie wśród chłopstwa i nie oczekiwaniu na żadne zagraniczne rady, które miałyby dotyczyć tego zadania. Mieli polegać całkowicie na pomysłowości i kreatywności mas. Droga do walki zbrojnej została wytyczona.”

– „MOBILIZUJĄC CHŁOPSTWO. Partia rozpoczęła dokładne badania kwestii chłopskiej. Kadry Partii zostały wysłane na wieś by żyć pośród chłopów w celu zrozumienia rzeczywistości ich egzystencji. (…) Ze względu na tą nędzną egzystencję, słabe zdrowie i wykształcenie, chłopi stali się twardym jądrem, oparciem Narodowo-Demokratycznej Rewolucji. Ze względu na strategiczne znaczenie tej klasy, Komitet Centralny Komunistycznej Partii Kampuczy zadecydował by przenieść się na wieś, blisko chłopstwa. W ciągu roku 90% członków Komitetu Centralnego znalazło się na wsi.”

„Trzeba pamiętać, że przeprowadzanie Rewolucji Ludowo-Demokratycznej oznacza dla uciskanych i wyzyskiwanych mas nowe, lepsze życie. (…) Od samego początku Komunistyczna Partia Kampuczy była tajną organizacją, ponieważ reakcyjny reżim zabronił istnienia partii komunistycznych w kraju i wszczął brutalną kampanię przeciwko tej idei. Eliminowano wszystkich znanych komunistów poprzez morderstwa i siano strach wśród ludu poprzez kłamliwą propagandę. Na przykład rozsiano plotkę, że komuniści używają sierpa by łapać ludzi za kark, a młota by rozbić im głowy. Ponieważ przeciwdziałanie tej propagandzie byłoby zbyt kosztowne, zdecydowano zignorować ją i działać w sekrecie pośród ludu. Komitet Centralny zbudował Zjednoczony Front Narodowy, który z sukcesem doprowadził lud do ostatecznego zwycięstwa.”

Kości ofiar Czerwonych Khmerów zgromadzone w Muzeum Ludobójstwa w Phnom Penh