SCENY Z ŻYCIA (POZA)MAŁŻEŃSKIEGO, czyli soft-porno w wersji feministycznej (o filmie Małgorzaty Szumowskiej „SPONSORING” )

*

Z jednej strony trudno mi jest pisać o tym filmie, bo nie dostrzegłem w nim większej głębi ani treści istotnej – brakło mi w nim artystycznej klasy oraz intelektualnej nośności (więc istnieje pokusa, by ten film po prostu zlekceważyć, dojść do wniosku, że nie wart jest on uważniejszej recenzji – a przecież nie chcę tego robić).
Z drugiej zaś, aż nadto łatwe wydaje mi się wskazanie na jego słabe strony – na to wszystko, co według mnie w „Sponsoringu” nie zadziałało, co sprawiło, że film wydał mi się nietrafiony, nieudany, niewiarygodny… po prostu zły.
Pójdę więc chyba na kompromis i wymienię pokrótce te aspekty filmu, które wydają mi się szczególnie felerne – ale po uprzednim, uważniejszym jednak wglądzie i rozważniejszej refleksji.

*

1.

Większość z reżyserów wzbrania się przed tym, by wyjawić wprost tezę, jaka kieruje nimi przy tworzeniu filmu. A przecież bez tezy nie może powstać żadne dzieło artystyczne, a tym bardziej film. (Taki film bez tezy byłby po prostu filmem bez sensu – czymś w rodzaju bełkotliwej brei.) Jednakże Szumowska (w wywiadach) swojej tezy nie ukrywała. A i na podstawie tego, co widzimy na ekranie, możemy się domyślić, jaka też ona była: reżyserce chodziło o to, by (bez oceniania – co wielokrotnie podkreślała) przedstawić portrety kobiet „sponsorowanych” czyli sprzedających swoje usługi seksualne, jako kobiety niezależne, będące – wg słów samej Szumowskiej – „u władzy”, nie będące ofiarami, a wręcz przeciwnie: lubiące to (czyli uprawianie seksu za pieniądze) robić, czerpiące z tego przyjemność…
Czy jej to się jej udało? Moim zdaniem nie – i to zdecydowanie nie.
Bo przecież ewidentne jest dla nas, że te młode kobiety uzależniają się, choćby od pieniędzy swoich sponsorów – nie wspominając o przesiąkaniu prostytucją, która staje się swego rodzaju nałogiem i to znacznie poważniejszym niż palenie papierosów (to porównanie do palenia można w filmie usłyszeć parokrotnie).
Te kobiety nie są też „u władzy” (wręcz przeciwnie – są one na swój sposób „zniewolone”, choćby przez pewne mechanizmy społeczne, przez „chory” – jak się wyraża Szumowska – system; również przez swoją sytuację materialną, przez własne konsumpcyjne wymagania… etc.)
Są jednak również ofiarami: choćby społecznego ostracyzmu, zrywanych więzów z najbliższym otoczeniem (rodzina, partnerzy), poczucia winy (bo zmuszone są kłamać), wreszcie samego gwałtu per se (jak choćby w przypadku butelki Chyry).
Trudno mi też sobie wyobrazić, że przyjemnie jest tym kobietom uprawiać seks z obcym na dobrą (a raczej złą) sprawę facetem, zwykle znacznie od niej starszym, zupełnie jednak przypadkowym. Warto tu wspomnieć, że wszyscy mężczyźni w „Sponsoringu” zachowują się raczej żenująco (są ulegli, słabowici, miękcy, mazgajowaci) – co jest oczywiście arbitralnym wyborem autora scenariusza, czyli także samej Szumowskiej. Trudno mi uwierzyć w to, że te dziewczyny cieszą się tym seksem nawet wtedy, kiedy jakiś tatuś zechce na nich oddać mocz (o słynnej butelce Chyry – wpychanej im w odbyt – litościwie już nie wspominając).

2.

(niezaspokojona seksualnie) kobieta na skraju załamania nerwowego (Juliette Binoche w filmie „Sponsoring”)

Szumowska wielokrotnie podkreślała, że nie chciała swoich bohaterek oceniać. (Osobny tekst oraz dyskusję na ten temat przeczytać można TUTAJ.) W porządku – rzeczywiście takiego obowiązku nie miała. Ale czy jednak nie mamy prawa oczekiwać od każdego twórcy czegoś w rodzaju… hm… ustalenia etycznej bazy, ustawienia pewnej aksjologicznej perspektywy? W końcu każde prawdziwe dzieło sztuki pretenduje do tego, by nieść ze sobą jakieś moralne ziarno, posiadać etyczny rdzeń, bo tylko wtedy może mieć ono dla nas wartość kulturową, czasem nawet katarktyczną. Musi być czymś w rodzaju zakamuflowanego moralitetu, przesłania, bo inaczej pozostawi nas w jakiejś cywilizacyjnej próżni, tudzież w konsternacji, bo nie będziemy w stanie przejrzeć sposobu widzenia świata (i jego interpretacji) przez twórcę (a przecież wyrażanie siebie samego na tym właśnie polega: na wzajemnej relacji między nami a światem i innymi ludźmi – na konfrontacji naszych kulturowych status quo i przyjętych przez nas wartości).
A jak możemy określić nasz stosunek wobec zachowania innych ludzi bez jego oceny? Moim zdaniem jest to niemożliwe. Nie ma moralności bez oceniania. A ocenianie wcale nie musi być moralizowaniem.

Wróćmy więc do „Sponsoringu” i deklaracji reżyserki, że ona nie chce nikogo oceniać. Szkopuł w tym, że w wywiadach Szumowska wyraziła się dosłownie i jednoznacznie: swojej córce, pomysł oddania się sponsoringowej prostytucji, wybiłaby z głowy; podobnie jak swojemu synowi wydawanie pieniędzy na seks z uniwersytutką. Dlaczego? Oczywiście dlatego, że uważa ona takie postępowanie za złe. Czyli jak to jest?: w swoim filmie pani Szumowska tego nie ocenia, ale jeśli chodzi o własną rodzinę, to uważa to za złe? Czyż nie jest to klasyczny przykład podwójnej moralności, a w konsekwencji – hipokryzji? Inne miarki przykłada się do siebie, a inne do drugiego człowieka.
Na jakim stanowisku stoi więc Szumowska? Cóż ona chce nam w swoim filmie przekazać, co udowodnić? To, że dawanie „d…y” za pieniądze to fun i coś, czego można pozazdrościć (jak zazdrości grana przez Binoche Anne dziewczynom, które to robią)? Kto się da na to nabrać oprócz tych, którzy w tę fantazyjną bajeczkę są w stanie uwierzyć?

3.

Czym jest tak naprawdę zafascynowana Anne? Co ją tak gwałtownie zmienia (w ciągu jednej doby!)? Co dobrego (albo złego) widzi ona w świecie uniwersytutek? Co ją w nim pociąga – oprócz chuci i seksu?
Trudno mi to pojąć i zrozumieć, bo sposób w jaki przedstawia ten świat Szumowska, czyni go moim zdaniem zupełnie czymś… nie tylko, że nie atrakcyjnym, co zdecydowanie wręcz odpychającym. I nie chodzi tu o to, że ta wizja jest niemoralna i że ja się przy niej oburzony i zgorszony trzęsę. Nie, to nie to. Ona jest po prostu dla mnie nieprzekonywująca. A nie jest to zarzut natury etycznej, tylko estetycznej. Prawdę mówiąc, nie przeszkadzałoby mi to, jeżeli twórca byłby libertynem (sytuacja byłaby przynajmniej jasna), albo nawet złym człowiekiem. Tutaj przeszkadza mi to, że twórca jest niestety… złym reżyserem.

Juliette Binoche stara się jak może, ale co może zrobić, skoro scenariusz wpycha ją w jałowe rozmowy (z dziewczynami) oraz w sytuacje, w których grana przez nią Anne zachowuje się co najmniej dziwnie, jeśli nie zabawnie? Czy takie naiwne pytania może zadawać rasowa, inteligentna reportażystka? Bez cienia krytycyzmu? Bez żadnej socjologicznej (ale i psychologicznej) głębi? Bez drążenia tematu? Bez chęci otrzymania odpowiedzi na pytanie: „dlaczego”? (A Anne się zachowuje tak, jakby prowadząc te wywiady, powodowana była tylko i wyłącznie voyeurystyczną ciekawością).
Poza tym: gdzie ona widzi romantyzm w tych – excuse my french – kurewskich schadzkach? (Scena, kiedy Anne wyobraża sobie, że podczas wspólnej kolacji ze znajomymi w jej domu, do stołu przysiedli się klienci uniwersytutek, jest wg mnie nader kuriozalna: to ma być ta alternatywa dla jej pustego ponoć la vie bourgeoise (Szumowska: „Ok, ja bywam mieszczańska, np. kiedy zajmuję się gotowaniem, swoim synem itd. Mam takie naleciałości, choć bardzo tego nie lubię.”) – cała ta galeria żałosnych typów, to alfonsowate panoptikum pretensjonalnych lovelasów i krypto-perwertów? (Ktoś napisał, że wszyscy ci mężczyźni są atrakcyjni… Niestety – a raczej na szczęście – nie dla mnie.)

Można zrozumieć to, że człowiek wyposzczony seksualnie (zwłaszcza jeśli posiada urodę i temperament Juliette Binoche), zdolny jest do czynienia największych głupstw, a nawet do desperacji, by głód seksu zaspokoić. Ale po co od razu dorabiać do tego jakąś wielką historię ze sponsoringiem i udawać, że się opisuje świat, którego tak naprawdę się nie zna, nie rozumie i zupełnie nie czuje?
Czy w tym wszystkim przypadkiem nie chodzi o coś całkiem innego?
Może o to, by na nośnym temacie przemycić film soft-pornograficzny – coś, co tak naprawdę zajmuje się niemal wyłącznie „d…ą Maryni”?

Seks za pieniądze – pożyteczny fun czy gra w rosyjską ruletkę? (Andrzej Chyra jako klient i Anaïs Demoustier jako żywa oferta)

4.

Dlaczego soft-porno? (Soft dlatego, że nie widzimy genitaliów aktorów, a porno?… to zaraz postaram się wyjaśnić.)
W jednym z wywiadów Szumowska rozbrajająco stwierdziła, że chciałby aby widzowie oglądający jej film w kinie, poczuli nagle chęć do tego, aby się kochać. Teraz może sobie poczytać, jakie odczucia wśród widzów oglądających jej sceny ukazujące seks przeważały: żenada, niesmak, niekiedy wręcz obrzydzenie… Ja jeszcze mogę dodać reakcję wielu widzów podczas projekcji filmu w Chicago: śmiech na sali. Być może Szumowska chciała nas sprowokować perwersją – ale wg mnie nawet ta jej perwersja jest sztuczna i aseptyczna, jak genitalia aktorów, którzy musieli przed zagraniem tych scen zakleić je jakimiś plastrami.
Swoją drogą, właśnie wtedy, kiedy kręci się film z intencją, aby przede wszystkim wzbudzić podniecenie seksualne widza, można to uznać za przesłankę do zakwalifikowania takiego obrazu jako pornograficznego. Erotyzm w kinie jest OK, ale kiedy nie angażuje naszych wyższych funkcji myślowych, to redukuje nas tylko do konsumenta pornografii, czyli do opanowanego popędem płciowym zwierzątka. To też jest (czasami) OK, ale w konsekwencji film, który to robi, musimy uznać nie za dzieło sztuki, tylko właśnie pornografii, bez jakiejś większej  intelektualnej czy duchowej wartości.
Z filmem Szumowskiej nie jest aż tak źle, ale jednak balansuje on na tej cienkiej granicy dzielącej pornografię jawną od zakamuflowanej.

5.

Tak się złożyło, że niemal w tym samym czasie co „Sponsoring”, pojawił się w kinach „Wstyd” – obraz także zajmujący się borykaniem współczesnego człowieka z seksem, ale w jakże odmienny sposób. Niestety, zestawienie obok siebie tych filmów tylko podkreśla przepaść dzielącą „Wstyd” od „Sponsoringu” – jeśli wziąć pod uwagę ich artystyczną klasę oraz zdolność potrząśnięcia wrażliwością i myśleniem widza. Także w filmie McQueena nie brakuje scen ukazujących seks w sposób „ostry” i nie zawoalowany. Jednak nie ma w nich krzty pornograficznej… nie wiem jak to nazwać… lubieżności, prostactwa – właśnie tej chęci epatowania erotyzmem dla samego efektu wzbudzenia podniecenia u widza. One są tam tylko po to, by łatwiej nam było wejść do wnętrza i psychiki bohatera – poczuć jego ból i poznać dramat człowieka, który ulegając seksualnej obsesji, niszczy siebie samego i swoje relacje ze światem. I McQueen też wcale nikogo tam nie ocenia – ale tak przedstawia sprawy, że to my oceniamy, choć też nie robimy tego wprost. Lecz oceniamy nie dlatego, że chcemy kogoś potępić za niemoralne czyny, tylko po to, by nazwać złem coś, co niszczy człowieka.
A filmie Szumowskiej? Szkoda jednak gadać. Anne też ogarnia seksualna obsesja, ale pokazuje się ją nam tylko po to, by ugloryfikować seksualne „wyzwolenie” uniwersytutek, które skądinąd dla nas widzów nie jest żadnym „wyzwoleniem”, ani tym bardziej czymś, co ma w sobie choć odrobinę glorii. To jest jednak porażka – nie tyle moralna, co właśnie artystyczna.

6.

Tytuł francuski filmu stanowi słowo „Elles”, czyli „One”. I to – nie tylko moim zdaniem – znacznie lepiej oddaje treść samego filmu, którą tak naprawdę nie jest jest zjawisko sponsoringu, lecz seksualność występujących w filmie kobiet. Moim zdaniem, jeszcze lepiej byłoby, gdyby film nosił tytuł „Ona”, bo właściwie tylko grana przez Binoche Anne stanowi centralną postać, która mogłaby uwiarygodnić dla nas cały film i to jego seksualne „halo” – gdyby tylko pozwolił jej na to scenariusz i dostarczył jej do tego kontekstu – pretekstu. Ale tak się niestety nie stało i dlatego Anne jak gdyby miotała się w pozbawionej większego sensu próżni. Szkoda mi było aktorstwa Juliette Binoche. Wydaje mi się że jej zaangażowanie w rolę wypływało nie tylko z tego, że jest ona profesjonalistką i perfekcjonistką – na pewno aktorką solidną i ponadprzeciętną – ale również z tego, że ona cały czas myślała, iż gra w lepszym filmie. A teraz, kiedy widzi gotowy efekt na ekranie, kiedy czyta w recenzjach, że wystąpiła w niewiele znaczącej wydmuszce, to może poczuć, że ktoś zawiódł jej zaufanie.
Podobnie zawiodła mnie Małgośka Szumowska, której „33 sceny z życia” rozbudziły we mnie pewne wobec niej – a właściwie wobec jej reżyserskiej kompetencji – oczekiwania. Miejmy nadzieję, że następnym razem będzie jednak lepiej.

„Sponsoring” – pusta i zimna mieszczańska wegetacja contra gorący, witalny i zmysłowy świat studenckiej prostytucji?

*

PS. Przeczytaj również poprzedni tekst nawiązujący do wywiadu z reżyserką M. Szumowską TUTAJ, a zwłaszcza dyskusję jaka się wywiązała pod tamtym wpisem.

*

*

POLKI TO NIE SĄ PICZKI ZASADNICZKI – twierdzi reżyserka filmu „SPONSORING” Małgorzata Szumowska

*

*

To nie będzie recenzja z filmu „Małgośki” Szumowskiej vel „Szumy” *, którego jeszcze nie widziałem. To będzie próba odpowiedzi na pytanie w jakim stopniu nadążamy za kolejną rewolucją seksualną, która z seksu uczyniła jeszcze jeden towar w epoce rozpasanego konsumpcjonizmu? Czyli, innymi słowy: czy zdajemy sobie sprawę, że podobnie jak rynek konsumpcyjny, również seks (jako zjawisko społeczne) wymknął się naszej kontroli, czego przejawem jest choćby zupełny chaos aksjologiczny – nasza niemoc (nieumiejętność, niechęć, odrzucenie, dystans…) w ocenie moralnej niektórych współczesnych zachowań seksualnych człowieka.

*

UNIWERSYTUTKI

W dobie, kiedy wypada być kimś „otwartym”, jak również „wyzwolonym”, nie uchodzi wydawanie jakichkolwiek ocen moralnych, bo pociąga to za sobą stygmat moralizatora i nudziarza, który został w tyle i nie idzie już z duchem czasu. Dlatego każdy, kto chce być uważany właśnie za człowieka „otwartego” i „wyzwolonego”, unika jednoznacznego ustosunkowywania się do pewnych zjawisk społecznych, nie poddając ich jakiejkolwiek ocenie etycznej. (A przecież liberalizmu nie można mylić z amoralizmem – postawa wolnościowa nie może przekreślać, ani tym bardziej unieważniać, konieczności istnienia systemu etycznego.) Tym sposobem, paradoksalnie, to właśnie ci, którzy zwykle ochoczo oskarżają moralizatorów o hipokryzję, sami stają się hipokrytami – najczęściej nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

1.

Do podjęcia tego tematu sprowokował mnie wywiad z reżyserką filmu „Sponsoring”, Małgorzatą Szumowską jaki przeczytałem w polskim wydaniu „Newsweeka”.** Nosił on tytuł „Wystawiam język światu” a otwierało go takie następujące oświadczenie Szumowskiej: „Bohaterki mojego filmu lubią to, co robią. Prostytucja to dla nich bezproblemowa droga do wygodnego życia.” Nie muszę chyba tego wyjaśniać, ale dodam, że film opowiada o tzw. „uniwersytutkach”, czyli młodych kobietach, które sprzedają swoje seksualne usługi mężczyznom, zarabiając w ten sposób nie tylko na studia, ale także (może nawet przede wszystkim) na tzw. „wygodne” życie, utożsamiane przez nich zazwyczaj z dobrymi ciuchami, luksusowymi kosmetykami, jadaniem w dobrych restauracjach, wyjazdami w atrakcyjne miejsca… etc. – czyli z dobrami konsumpcyjnymi, do których dostęp mają ludzie majętni (Szumowska: „te dziewczyny aspirują do tego, by funkcjonować na burżuazyjnym wypasie”.) Zjawisko nie jest żadnym socjologicznym marginesem. Ostatnie badania potwierdziły, że w Polsce temu rodzajowi prostytucji oddaje się jedna piąta wszystkich studentek.

Wywiad z Szumowską to istne lawirowanie wśród słów i sprzeczności. Moim zdaniem doskonale oddaje to problem, o jakim wspomniałem na samym początku: udajemy, że się do oceny pewnych zachowań dystansujemy, ale podskórnie – często w skrytości – jednak osądzamy (bo przecież bycie człowiekiem związane jest z koniecznością przyjęcia jakiegoś kodeksu etycznego, który jest dla nas nie tylko rodzajem życiowego drogowskazu czy punktu odniesienia, ale i wręcz podstawą naszego funkcjonowania w społeczeństwie).
Oto kilka przykładów. Szumowska mówi: „Uważam, że jeśli ktoś jest reżyserem i wystawia moralne oceny, to robi słabe filmy. Nie wydusi pani ze mnie, że to, co robią te dziewczyny, jest złe.”
Ładnie, prawda? Całkiem słuszne i politycznie poprawne – brzmi jak brzmieć powinno i oddala (kompromitujący) zarzut o moralizatorstwo. Szkopuł w tym, że dosłownie w następnym zdaniu czytamy już coś takiego: „Na pewno zapłacą za to wysoka cenę w przyszłości (…) Gdybym miała córkę, to bym stała nad nią i wkładała jej do głowy, że to jest złe…” Czyli na to „złe” nie trzeba było aż tak długo czekać (jakieś 3 sekundy), ani tym bardziej z Szumowskiej tego „wyciskać”. Zdanie, które przerwałem kończy się następująco: „… ale kategorie osobiste to co innego, niż stosunek do wymykającego się zjawiska”. A może to zjawisko wymyka się właśnie dlatego, że nie chcemy ujmować go (pojąć, ocenić) naszymi kategoriami osobistymi? To jest właśnie ta „liberalna” hipokryzja, o której wspomniałem na samym początku. Szumowska mówi dalej: „Kiedy mój syn będzie nastolatkiem, na pewno mu wytłumaczę, że sypianie z byle kim to słaby pomysł, a już za kasę to w ogóle. Jednak dziewczyny są dorosłe, wiedzą co robią. (…) Ja ich nie krytykuję, ja przede wszystkim krytykuje system i to, że wszystkim zawiaduje pieniądz. To jest chore.”
A ja nie jestem pewien czy te dziewczyny naprawdę wiedzą co robią i czy zdają sobie sprawę, że będą musiały w przyszłości ponieść konsekwencje swojego postępowania. Poza tym: jeśli ktoś zgadza się funkcjonować w ramach systemu, który jest zły (przyjmując jego zasady), to czy można takie postępowanie usprawiedliwiać mówiąc, że nie jest ono złe – ponieważ nie jest to wina człowieka, tylko systemu, w którym on funkcjonuje?
Swoją drogą, ciekaw jestem bardzo czy Szumowska rzeczywiście w swoim filmie skrytykowała „system”, ukazując że jest on „chory”? Wątpię. Coś mi się wydaje, że to tylko deklaracje, które się jej wymknęły post factum, jak zresztą wiele innych sprzecznych ze sobą stwierdzeń, jakie przeczytać można w tym wywiadzie. Wszystko to moim zdaniem świadczy o ambiwalencji z jaką traktujemy pewne społeczne zachowania, zwłaszcza te, które wiążą się z seksem.
Pewien światowej sławy seksuolog (Volkmar Sigusch w „Der Spiegel”) na pytanie „Czy ludzie mówią kiedykolwiek prawdę o seksie?” odpowiedział: „Gdy w grę wchodzi sfera seksualna, lubią się mijać z prawdą (czyli po prostu kłamią – przyp. LA). Więcej kłamstw można usłyszeć tylko w kwestii pieniędzy.”

2.

Małgorzata Szumowska tak określiła zmiany w mentalności współczesnej młodzieży: „Do seksu podchodzi się tak samo jak do jedzenia, picia i dobrej balangi. Teraz strasznie ważne jest fajne życie. A fajne życie jest wtedy, kiedy stać cię na dobre kosmetyki, knajpy, narty w Alpach, czyli na to wszystko, na co stać przedstawicieli klasy średniej. Jak taka studentka może sobie na to wszystko pozwolić, udzielając korepetycji czy niańczyć cudze dzieci? Przecież tak nie zarobi nawet na czynsz.” A na pytanie dziennikarki („czyli pani twierdzi, że prostytucja to jedyna droga do wygodnego życia?”) odpowiada tak: „Nie jedyna, ale najprostsza, najszybsza i dla wielu bezproblemowa”.
Według mnie to właśnie ta „bezproblemowość” jest tu najbardziej problematyczna, bo czyż nie jest ona po prostu złudzeniem? Pozwolę sobie tutaj jeszcze raz przywołać zdanie samej Szumowskiej, która – mimo że za wszelka cenę chce się trzymać liberalnych pozycji – powiedziała o uniwersytutkach, że „zapłacą za to wysoką cenę w przyszłości”. Czyli jednak, te dziewczyny – jeśli nawet jeszcze nie mają – to z pewnością będą miały problem, i to problem duży.
Bo prostytucja nadal jest mimo wszystko czymś stygmatyzującym, a przekonanie o niemoralności takiego zachowania w dalszym ciągu jest głęboko zakorzenione w każdym społeczeństwie, mimo różnych rewolucji „seksualnych”, które przetoczyły się przez kraje Zachodu, zwłaszcza w ciągu ostatnich 100 lat. Tak było zresztą w każdej epoce – nawet wtedy, kiedy „instytucje” kurtyzańskie były nieodłącznym elementem społecznej konstrukcji, a same „utrzymanki” zdobywały dość wysoki status, jeśli chodzi o wpływy, majątek czy znaczenie w państwowej hierarchii (hetery w starożytnej Grecji, gejsze w Japonii, kurtyzany we Francji… etc.), to w gruncie rzeczy ich nie poważano i były one uważane za „margines” – zawsze wisiało nad nimi to „k… e” odium. Więc mimo deklaracji „wyzwolonych” panienek oferujących własne ciało za pieniądze (że one to lubią i mają z tego fun), kobiety te w głębi ducha odczuwają wstyd, poddają się niskiej samoocenie, może nawet sobą w skrytości gardzą. I oczywiście wszystko przed swoim najbliższym otoczeniem ukrywają. Jedna z nich mówi: „Męczyło mnie to ciągłe kłamanie, ten strach przed wpadką. Najgorzej jest, jak jakimś cudem rodzinka się dowie. Wtedy zaczyna się tornado. Moi zachowywali się tak, jakbym kogoś co najmniej zabiła. Do dziś im nie przeszło, choć minęło już kilkanaście miesięcy od wpadki. Ciągle traktują mnie tak, jakbym była trędowata. Myślałam, że są bardziej wyzwoleni.” (Znów to „wyzwolenie”, które najwidoczniej wszyscy mylą z amoralną obojętnością na czyjeś niemoralne prowadzenie się.)
A co mówi ojciec tej dziewczyny (po odkryciu, że jego córka, studentka psychologii, się prostytuuje)?: „Jestem psychiatrą, ale jak biegłem do domu zastanawiałem się tylko, czym jej przyłożyć, choć przysięgam – nigdy nie dostała ode mnie klapsa. (…) Do dziś, jak o tym pomyślę, to zalewa mnie krew. (…) Nie sądzę, żebym kiedykolwiek mógł jej to wybaczyć. Niedawno wróciła z podkulonym ogonem. Wymiętoszona przez tych wszystkich facetów. (…) Udaję, że w domu jej nie ma. (…) To doświadczenie kompletne mnie powaliło.”
Nie poważają też tych kobiet sami sponsorzy: „Dopiero z czasem, kiedy nabierają doświadczenia, kiedy pożyją już z kilkoma panami, tracą świeżość, zaczynają mieć ten obrzydliwy uśmieszek prostytutki” – mówi o swojej „utrzymance” jeden z nich.
One same okłamują siebie na różne sposoby. Oto jedna z nich oświadcza: „Jestem kobietą z klasą, trzeba się wysilać, żeby zaciągnąć mnie do łóżka”. Ha! Kobieta z klasą! Czy naprawdę wyciągnięcie z portfela  kilkuset dolarów więcej to taki wielki wysiłek dla kogoś kto nieźle zarabia?

Film Szumowskiej sprowokował całą serię artykułów w tzw. pismach „opiniotwórczych”. I oczywiście każdy z nich napisany jest w tonie zgodnym z programową „linią” polityczno-światopoglądową reprezentowaną (propagowaną) przez to pismo. Oto w lewicującej i liberalnej „POLITYCE” czytam tekst Joanny Podgórskiej pt. „Uniwersytutki” (tu warto wspomnieć, że twórcą tego określenia jest socjolog, prof. Jacek Kurzępa z Wrocławia), zaczynający się od zdania: „Jak się zeszmacić, to z klasą – deklarują studentki dorabiające seksem.”  (A więc jednak „zeszmacenie” – przyp. LA) Jak przystało na „POLITYKĘ” autorka pisze tekst raczej wyważony, ale i tak nie pozbawiony sprzeczności i lawirowania wśród wartości etycznych, w którym nie brak intencji usprawiedliwiania, łagodzenia, wybielania i swoistej utylizacji opisywanego zjawiska. Dzięki temu spotkać możemy w nim np. takie oto stwierdzenie: „(Sponsorzy) płacąc mają poczucie, że inwestują w młodych, wspierają ich aspiracje edukacyjne, pomagają uzyskać wykształcenie. To też nobilituje.” He, he, he… dobre sobie!

3.

William Blake napisał w „The Marriage of Heaven and Hell”, że więzienia zbudowane są z kamieni prawa, a burdele z cegieł religii. Czyli wynika z tego, że burdel jest pewnego rodzaju więzieniem. Zgadzam się, Blake był szaleńcem, któremu jednak nieobce były przebłyski nad wyraz przenikliwego geniuszu, więc często trafiał w egzystencjalne sedno. Tutaj zaś przejrzał na dodatek pewien fenomen socjologiczny. Tak często podkreślana przez prostytutki (a w przeszłości: kurtyzany) niezależność, jaką ponoć daje im uprawianie „najstarszego zawodu świata” jest jeszcze jedną ułudą i samo-okłamywaniem się: bowiem kobiety te są jak najbardziej zależne (choćby – bagatela! – od płacących ze ich seksualne usługi mężczyzn). Poza tym stają się uzależnione od samego procederu – pozwolę tu wyrazić się językiem typowym dla tego światka – „dawania d…y” za pieniądze. Rzadko której profesjonalnej prostytutce udaje się wrócić do „normalnego” życia (by np. założyć rodzinę), tak samo jak trudno jest zrezygnować z „łatwego” zarobku dziewczynom, które zakosztowały sponsoringu. Poza tym, jak mi się wydaje, swego przyszłego (stałego?) partnera (męża?) będą najprawdopodobniej traktowały instrumentalnie – jako kolejnego sponsora, tyle że bardziej usankcjonowanego społecznym układem.

4.

Muszę jeszcze napisać coś, aby uniknąć nieporozumień: jestem (i zawsze byłem) za tym, aby pozostawiać ludziom jak największe pole swobody jeśli chodzi o ich zachowanie (w tym seksualne). Ani mi więc w głowie jakieś jurysdykcyjne zapędy regulowania np. życia seksualnego dorosłych ludzi, wchodzenie im do łóżka z księdzem czy książeczką do nabożeństwa; daleki jestem od rzucania gromów na tych, którzy się zachowują prowokacyjnie czy „nieobyczajnie” – nie uważam, że za pomocą paragrafów należy „normować” przejawy ludzkiego erotyzmu (dopóki nie naruszają one wolności drugiego człowieka, a zwłaszcza nie krzywdzą dzieci). Jednakże to, co się dzieje ostatnio na polu walki między tzw. konserwatystami a liberałami (wg mnie, podział ten – jak zresztą każdy podział ludzi na kategorie – jest podziałem sztucznym… ale to inna spawa; ja sam np. nie uważam się ani za konserwatystę, ani za liberała) zmusiło mnie niejako do zabrania na ten temat głosu, który oczywiście (zdaję sobie z tego sprawę) będzie tylko kolejnym głosem wołającego na puszczy. Bardziej więc robię to, by uporządkować swoje myśli na ten temat. A jakie one są – to każdy widzi, bo pisanie jest dla mnie niczym innym, jak głośnym myśleniem.
Co więc myślę o tym sporze? Cóż, wydaje mi się, że jak każdy tego typu spór (o pryncypia), jest to walka o poszerzenie własnego obszaru światopoglądowego. Ci, którzy biorą w nim udział mają poczucie tego, że walczą o większą dla siebie swobodę, ergo – o samą wolność, bo wydaje im się, że ta wolność jest zagrożona. Pewnie dlatego tyle w tym sporze różnych podchodów, ciosów poniżej pasa i przewrażliwienia… często nawet wręcz histerii i zmącenia umysłów przez emocje. A tu nie chodzi moim zdaniem o zagrożenie ludzkiej wolności – dodajmy: wolności zachowań seksualnych (gdyż o takich tu mowa) – bo jednak prawo pod tym względem jest (przynajmniej jeśli chodzi o państwa Zachodu) coraz bardziej liberalne. Tu chodzi o to, by swobodnie mówić o tym, co wydaje się nam złe, niemoralne (tak, nie bójmy się wypowiedzieć czasami to słowo), godzące w godność człowieka – bez wściekłego i ślepego wysyłania głoszących tego rodzaje poglądów do kruchty, czy szydzenia z materiału, z jakiego zrobione są ich berety. Chodzi wreszcie o ochronę pewnych wartości (powszechnie uznawanych za tradycyjne, czy też konserwatywne, jak np. tzw. „wartości rodzinne”), które – jak by na to nie patrzeć – są niezwykle ważne dla ogólnej stabilności społeczeństwa, dla zdrowia rodziny, dla poczucia szczęścia… a to wszystko jest możliwe tylko dzięki wzajemnej przychylności, wyzbycia się wrogości, wreszcie – w naszych najbliższych relacjach – dzięki miłości i przyjaźni, (która jest zresztą jednym z wyrazów tej pierwszej).

Zdaję sobie sprawę z tego, że mogło to wszystko zabrzmieć po kaznodziejsku, więc chcę zawczasu odeprzeć jeszcze jeden zarzut i rozwiać pewne wątpliwości: ze zrozumiałych względów nie chcę tu uprawiać zbytniego ekshibicjonizmu, ale muszę przyznać, że sam niejednokrotnie zachowywałem się (zachowuję) niezgodnie z przyjętymi w moim społecznym środowisku normami obyczajowymi. I jeśli ktoś, biorąc to pod uwagę, nazwałby niektóre moje zachowanie niemoralnymi, to przyznałbym mu rację. Lecz sam nie uważam się jednak za amoralistę (czyli człowieka nie uznającego żadnych zasad moralnych). Bowiem kieruję się swoim własnym kodem etycznym, który – przyznaję – nie we wszystkich aspektach jest tożsamy z zasadami moralnymi przyjętymi powszechnie. Nie mieszam też w to wszystko religii – jako człowiek skłaniający raczej się ku światopoglądowi, który można (od biedy) uznać za sceptycyzujący agnostycyzm. Tak więc – żaden ze mnie święty. Może właśnie dlatego to co mówię o moralności-niemoralności ma większą „ludzką”, wolną od dogmatyzmu wartość? Któż bowiem lepiej zna grzeszny świat od samego grzesznika?

5.

Na koniec oddajmy jeszcze raz głos Małgorzacie Szumowskiej: „A społeczeństwo mamy pozamykane, odporne na zmiany. Również dlatego, że oburza się na różne sprawy moralne. Wg mnie takie oburzenie jest z gruntu fałszywe. Bo niemoralne to jest okłamywanie ludzi w imię jakiejś ideologii czy religii, a nie robienie filmów o trudnych problemach.”
Pomijając fakt, że Szumowska używa określeń cokolwiek kuriozalnych (bo cóż to znaczy „oburzać się na różne sprawy moralne”?), to nadal, niczym mantrę, powtarza liberalne pustosłowie o „z gruntu fałszywym” oburzeniu społeczeństwa, które jest „zamknięte”, bo jest przywiązane do swych starych a przeżytych wartości i nie może nadążyć za wyzwolonym duchem liberalnych przemian. Ponadto Szumowska zrównuje tu ze sobą „okłamywanie” ideologiczne z „okłamywaniem” religijnym – wpisując się tym samym w nurt antykatolicyzmu i dyskredytując religijne przesłanki postawy moralnej.

Symptomatyczne jest w tym kontekście to, że środowisko „konserwatywne”, ludzi o bardziej tradycyjnych poglądach, reprezentujących tzw. „wartości rodzinne”, „wyzwoleni” libarałowie za wszelką cenę usiłują zdyskredytować, często ośmieszyć (to dlatego kobiety, które starają się postępować wg pewnych zasad, nazywa się obraźliwym i pogardliwym w sumie określeniem „piczki-zasadniczki”, a samo środowisko „kruchtą” albo „ciemnogrodem”). Oto np. rada, jaką dała Szumowska Krystynie Jandzie grającej w jej filmie matkę jednej z uniwersytutek, (która oczywiście nie może się pogodzić ze stylem życia prowadzonego przez córkę). Szumowska: „Powiedziałam do niej: ‚Krystyna, musisz zagrać chamkę i wieśniarę’. A ona na to: ‚Nigdy takiej nie grałam’. Kiedy (jednak) zobaczyła kostium swojej bohaterki, już wiedziała, jak ma grać.”

Ciekaw jestem filmu Małgorzaty Szumowskiej. Ciekaw jestem czy reżyserka nie zwodzi w tym filmie nikogo i  ukazuje świat w jakim żyją kobiety „sponsorowane” takim, jakim jest on naprawdę. Czy te dziewczyny rzeczywiście są wolne i niezależne?
I czy jest w nim jakaś moralna puenta?
Bo jeśli jej nie ma – czyli jeśli z filmu nie wynika, że to co robią te prostytuujące się dziewczyny jest z gruntu złe (bo to tylko fun, zabawa, fajny sposób na wygodne życie); i że będą musiały za to słono zapłacić w przyszłości – to ten film po prostu wszystkich okłamuje.
Okłamuje wskutek fałszywie pojętego liberalizmu.

*  *  *

Ilustracja: fragment plakatu filmu „Sponsoring”

* Użyta przeze mnie forma imienia pani Szumowskiej nie jest przejawem lekceważenia. Tak bowiem jej imię pojawia się na plakacie reklamującym jej film – nie ma tam „Małgorzaty” tylko właśnie „Małgośka”. To jakiś nowy i chyba jednak cokolwiek pretensjonalny trend, który się pojawił ostatnio w kraju (podobnie jest z „Wojtkiem” Smarzowskim). No i jeszcze ta „Szuma”. Tak podobno zaprezentowano Szumowską w pewnym ogólnopolskim programie telewizyjnym. (A ja się cieszę, że za moich czasów, prezenterzy telewizyjni nie zwracali się do Zanussiego per „Krzysiek”, czy do Machulskiego per „Julek”.)

** W moim tekście wykorzystałem cytaty z wywiadu Magdaleny Rigamonti z Małgorzatą Szumowską opublikowanego w polskim wydaniu „Newsweeka” (6/2012), artykułu Violetty Ozminkowskiej pt. „3 razy sponsoring” (z tego samego numeru „Newsweeka”), oraz tekstu Joanny Podgórskiej pt. „Uniwersytutki” („POLITYKA”, 6/2012).