NAJDROŻSZA FOTOGRAFIA ŚWIATA

rozmowa z Onibe

 

Andreas Gursky, Rhein II

Andreas Gursky, Rhein II

.

W 2011 roku, fotografia niemieckiego artysty wizualnego Andreasa Gursky’ego pt. „Rhein II”, została sprzedana na aukcji w nowojorskim Christie’s za $4,338,500. Niedawno trafiłem na artykuł brytyjskiego Guardiana (TUTAJ) o najdroższych fotografiach świata. Przypomniał mi on jeden z wpisów Onibe na ten temat, pod którym wywiązała się rozmowa, jaką pozwolę sobie teraz przytoczyć, bo podejmuje ona kilka istotnych aspektów sztuki współczesnej, a zwłaszcza rynkowej manipulacji w handlu dziełami sztuki. Czy ma w tym całym procederze jakiekolwiek znaczenie wartość artystyczna obiektu wystawionego na sprzedaż, za który płaci się bajońskie sumy? Pojawiają się w tej rozmowie także inne wątki: m. in. pytania o to, czym jest artyzm i czym jest sama sztuka.

.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Zawsze zacznie zgrzytać kiedy do sztuki (współczesnej) podłączymy kasę. Mnie interesuje dzieło sztuki samo w sobie – ewentualnie w związku ze swoim twórcą. Cała reszta to nadbudowa (nie twierdzę, że zbędna, ale dla mnie zawsze mniej ważna niż samo dzieło) i interpretacja (zawsze subiektywna i dyskusyjna).
A jego cena – to dla mnie właściwie tylko ciekawostka (często nie mająca wiele wspólnego z samą sztuką – bardziej z rynkiem i kupiecką umową).

ONIBE: cena jest składową dzieła. Moim zdaniem uwzględniamy walutową wartość dzieła praktycznie na równi z innymi parametrami. Często to właśnie wysoka cena powoduje, że czymś się zaczynamy interesować. Tym zdjęciem z pewnością nikt z nas by się nie zaciekawił, gdyby nie cena… W taki przekorny sposób potwierdza się mariaż kasy i sztuki.

StB: Trudno mi się zgodzić z tym, że cena jest składową dzieła. (Czy wszystko musi być wystawione na sprzedaż?) Ja na pewno nie „uwzględniam walutowej wartości dzieła praktycznie na równi z innymi parametrami.” Dla mnie najważniejszym parametrem jest artyzm, a nie metka, jaką się do dzieła sztuki przyczepia.
Piszesz, że „to właśnie wysoka cena powoduje, że czymś się zaczynamy interesować.”
To mi przypomina podejście tabloidowe: często tylko to, że zaczyna się o czymś mówić (pisać) powoduje, że zaczynamy się czymś interesować. Według mnie „twórca”, jeśli tworzy tylko po to, by się sprzedać, jest przede wszystkim handlarzem a nie artystą.
To dlatego o niebo wyżej cenię choćby takiego Van Gogha, (który za swojego życia nigdy niczego nie sprzedał), od takiego choćby Hirsta, (który zarobił na swoich „dziełach” miliony – zresztą, to nawet nie były jego dzieła, tylko seryjne produkcje, które zlecał on zatrudnionym w jego „firmie” wyrobnikom).
A wszystko przez to, że zwykle „kasa” robi na ludziach wielkie wrażenie, zwłaszcza teraz, w czasach rozbuchanego konsumpcjonizmu.

ONIBE: czy rzeczywiście cena nie gra roli? Idąc ulicą dowolnego miasta zatrzymujesz się przy każdym malowidle naściennym? Pochylasz się nad dokonaniami dresiarzy ze sprejami? Kiwasz głową i mówisz: tak, to jest sztuka, mimo że tania? Ile czasu poświęcisz muralowi przedstawiającemu pięć kresek na krzyż? A ile czasu poświęcisz bykowi Picassa?

sztuka jest powiązana z kasą, bo kasa wynosi sztukę ponad przeciętność. Sztuka bez kasy to puszka zupy pomidorowej – oczywiście możemy ochać i achać nad takimi cudami, ale czy sztuka pozbawiona wartości materialnej jest w stanie obronić się sama przed czymkolwiek? Gdyby nie tezauryzacyjna funkcja sztuki, to by jej dzisiaj nie było. Niestety. Albo i stety. Artyści też jedzą. VanGogh nic nie sprzedał za życia, ale z tego co kojarzę, z jednego z jego obrazów wykrojono jakiś fragment, który spodobał się kupującemu – pośrednio więc jednak dokonał sprzedaży…

StB: Jest taki klasyk w polskiej literaturze, autorstwa Jana Białostockiego, pt. „Sztuka cenniejsze niż złoto”. I właściwie to powinno wystarczyć na odpowiedź Tobie.
Ja nie chodzę po muzeum i nie sprawdzam ceny każdego zawieszonego tam obrazka (na szczęście nie wpadli jeszcze na ten pomysł, by do każdego obrazu przyczepiać metkę z ceną). Nawet jeśli jestem w galerii, gdzie każdy obraz wystawiony jest na sprzedaż i ma swoją cenę wypisaną obok, to mnie interesuje głównie to, co jest na tym obrazie – moje oko ustala niejako jego wartość artystyczną. Cenę sprawdzam czasami z czystej ciekawości. Gdyby było tak jak piszesz, to wpierw sprawdzałbym cenę, a później dostosowywał do niej mój odbiór.
Dla mnie sprawy merkantylne związane ze sztuką są absolutnie drugo… a może nawet trzeciorzędne.

Oczywiście nie mam nikomu za złe, że chce się utrzymać ze swojej sztuki sprzedając to, co tworzy. I jeśli ktoś płaci za to duże pieniądze – to bardzo dobrze: jego wygrana. Sądzę jednak, że dla prawdziwego artysty najbardziej liczy się sama sztuka, samo dzieło, które on tworzy – i którym chce przekazać pewne wartości intelektualne, moralne czy duchowe – i raczej nie jest to związane z podniecaniem się na widok jego ceny detalicznej.
Taki np. Rubens, moim zdaniem artysta genialny, był także znakomitym biznesmenem, który w swoim warsztacie rozkręcił niebywały interes, wspaniale prosperujący. Ale dla mnie to jest tylko ciekawostka, i jestem pewien, że kiedy Rubens malował swoje obrazy, to wkładał w nie cały swój artyzm, kunszt, idee… – tworzył przede wszystkim sztukę, a nie towar na sprzedaż. I z taką świadomością staję przed jego dziełem i to jest źródłem mojego podziwu: jego czysto malarski geniusz.

Możesz w to wierzyć, albo nie, lecz rzeczywiście zdarza mi się dość często, że zatrzymuję się przed muralem, czy przy ulicznym rysowniku czy rzeźbiarzu – i jestem pełen podziwu, jeśli uświadamiam sobie, że to co widzę ma wartość artystyczną, mimo, że w danej chwili warte jest grosze (albo zgoła nic, bo nikt tego nie kupuje) i jest wytworem kogoś doskonale anonimowego.

Sugerujesz, że podziwiam jakiś obraz (np. Picassa) tylko dlatego, że jest wart ileś tam milionów dolarów? Obrażasz mnie trochę, bo ja jednak takim snobem nie jestem.
Z drugiej strony to, że puszka zupy (już nie mówię – kału, jak było to w przypadku Manzoniego) ma cenę dziesiątków tysięcy dolarów, nie czyni tej puszki w moich oczach sztuką (a raczej jest dowodem tego, jak nisko ta sztuka upadła – że zabrnęła w ślepy i absurdalny zaułek, skupiając się na handlu, czyniąc z niego wartość najważniejszą i nadrzędną). Moim zdaniem, samym przyczepieniem metki z astronomiczną ceną sztuki się nie robi, bo jaki może być w tym artyzm? Może tylko handlowy i kupiecki. Ja jednak nie zaliczam go do sztuki (bo nadal dla mnie – w przeciwieństwie do kryteriów wartościowania i oceny sztuki, jakie lansuje się od jakiegoś czasu, i to zarówno w modernizmie, jak i postmodernizmie – nie wszystko jest sztuką).

ONIBE: nie sugeruję, że podziwiasz jakiś obraz tylko dlatego, że jest wart milion dolarów. Niepotrzebnie bierzesz to do siebie. Próbujesz się wybielić podczas kiedy nikt Cię nie oczernia. Po prostu chodzi mi o to, że sztuka jest z założenia elitarna – oczywiście możemy wymienić tysiące przykładów dzieł sztuki powszechnej, banalnej, codziennej itd, ale nie o to chodzi. Sztuka nie byłaby sztuką gdyby polegała jedynie na zmianie wzornictwa telewizorów czy pralek. Sztuka musi stać wyżej od przeciętności, dzięki temu jest sztuką. A pieniądz daje możliwość wyniesienia sztuki ponad ową przeciętność. Jeśli zabierzesz pieniądze ze sztuki, to pośrednio odbierzesz jej elitarny charakter. Każdy z nas ma – załóżmy – dość gustu, by na targu staroci, w antykwariacie czy u sąsiada na wyprzedaży, kupić za parę złotych fajne cacko będące świetnym przykładem szeroko rozumianej sztuki, ale to, że nie kierujemy się ceną a gustem nie wyklucza wcale, że właśnie cena stanowi mechanizm wyznaczający trendy, nagradzający i karzący artystów.

W muzeum nie pytasz się o cenę obrazu, ale przecież domyślasz się, że żadne z dzieł sztuki w Luwrze nie kosztuje pięć złotych, prawda? To trochę tak jakbyś udał się do Braci Brooks i powiedział, że chcesz kupić dowolny garnitur, bo wcale nie jesteś snobem i cena nie ma znaczenia…

Cena puszki zupy jest dowodem przez zaprzeczenie. To przykład nadużycia mechanizmu nagrody, a zarazem próba zrównania sztuki z asfaltem. Jak widać sama kasa nie wystarcza aby regulować zjawisko sztuki, trzeba mieć jeszcze gust. Tym niemniej zauważ: ani o tym zdjęciu, ani o puszce zupy byśmy nie rozmawiali, gdyby nie pieniądz właśnie. Gdyby pieniądz nie miał w sztuce znaczenia, to każdy machnąłby ręką. Co z tego, że banalne zdjęcie kosztuje milion dolarów? To z tego, że jednak podświadomie oczekujemy, że zaistnieje możliwie obiektywna metoda wyceny dzieł sztuki…

StB: Moim zdaniem tym, co wynosi sztukę ponad przeciętność nie jest – jak piszesz – kasa, tylko artyzm (i to właśnie on jest, czy też raczej powinien być obiektywną metodą wyceny dzieł sztuki). To, że podnosi się cenę danego dzieła (artefaktu), nie ma żadnego wpływu na to, że wzrasta jego artyzm (wartość artystyczna). Czy obraz będzie się robił coraz lepiej namalowany, kiedy będziemy zwiększać jego cenę? To byłby absurd! To jest według mnie dowód na to, że sztuka (artyzm) nie jest (nie powinna być) funkcją ceny.
Ale sztuka jak najbardziej powinna być (i moim zdaniem jest) elitarna. jednakże tym, co powinno określać jej prawdziwą wartość (przynależność do elity) powinien być artyzm, a nie pieniądz.

ONIBE: a co to jest artyzm? Bo ja nie kumam tego pojęcia. Dla jednego artyzmem jest namalowanie czarnego kwadratu na białym tle, dla innego artyzmem jest stworzenie hiperrealistycznego obrazu z mnóstwem detali. A może artyzmem jest wszystko? W takim razie każdy przejaw takiej działalności jest zarazem działaniem elitarnym…

co to znaczy: „obraz lepiej namalowany”? masz jakieś obiektywne kryteria/definicje na te sprawy? Bo opisywanie zjawiska poprzez stosowanie słów-wytrychów niewiele tutaj pomoże…

StB: Onibe, jeśli „nie kumasz” co to jest artyzm, to może poczytaj trochę o teorii sztuki, gdzie są różne koncepcje artyzmu. Moja zbliżona jest do definicji klasycznej i oznacza z grubsza kunszt wykonania, doskonałość warsztatową, talent, biegłość, zdolność przekazu wrażeń, piękna, idei, głębi… etc.
Kwestionujesz to, że o jednym obrazie można powiedzieć, że jest lepiej namalowany od innego? Ja twierdzę, że jak najbardziej można określić, który obraz jest lepiej namalowany, a który gorzej – i nie potrzebna jest do tego znajomość jego ceny.
Na pewno obraz namalowany przez Rembrandta jest lepiej namalowany od tego, który namalował pan Mietek ostatniej niedzieli, bo zapragnął przedstawić jelenia na rykowisku. Na pewno Zimmerman lepiej zagra Chopina, niż pan Zenek, który dorabia na weselnych chałturach. Na pewno Michał Anioł lepiej rzeźbił od pana Janka, który taśmowo produkuje odpustowe świątki… itp.
Jeśli człowiek nie dał się zwariować różnym takim spekulantom współczesnym, którzy handlując sztuką wciskają ludziom kit i mieszają im w głowach, to kryteria oceny sztuki i artyzmu są w miarę proste i czytelne. I tylko wtedy można określić, kto jest artystyczną elitą.

Piszesz: „A może artyzmem jest wszystko? W takim razie każdy przejaw takiej działalności jest zarazem działaniem elitarnym…”
Ależ ja właśnie do znudzenia powtarzam, że to nieprawda, iż artyzmem jest wszystko, albo że wszystko może być sztuką. Gdyby tak było, to właśnie pojęcie elitaryzmu byłoby bez sensu – bo co to za elitaryzm, jeśli wszystkich uznamy za artystów, i wszystko, co ktokolwiek (czyli byle kto) raczy spłodzić, nazwiemy sztuką?

A czy Ty uważasz, że wszystko może być artyzmem (sztuką)? Może więc czas abyś – tak sam dla siebie, aby nie ulegać bełkotowi współczesnych „znawców” sztuki, jej sprzedajnym „kuratorom” i spekulatorom-handlarzom – ustalił, czym dla Ciebie jest artyzm i sztuka? Bo jeśli tego nie zrobisz, to zrobią to za Ciebie inni i nadal nie będziesz wiedział z czym to się je.
Jeśli zaś chcesz oceniać wartość sztuki na podstawie metki z ceną, którą ktoś sobie podpiął do zupełnie przeciętnej fotografii czy malunku, to Twoja sprawa. Ja wolę bardziej zajmować się elitą twórców-artystów, niż elitą handlarzy sztuką.

ONIBE: ok, czyli Twoim zdaniem, jeśli jestem zwolennikiem ekonomiczno-syndykalnej teorii doboru sztuki, to tym samym nie jestem skłonny do oceny sztuki samemu, muszę się zdać na wybór innych, tak? Natomiast Ty, będąc zwolennikiem czystej sztuki (nie wierzę w to pojęcie) sam decydujesz co jest sztuką a co nie, tak? Czyli, pewnie w przeciwieństwie do mnie, nie chodzisz po muzeach (gdzie selekcją dzieł sztuki zajmują się „inni” i robią to często na bazie finansów), nie czytujesz i nie przeglądasz albumów malarskich (znowu: dobór, druk, komentarz – to jest coś, co robią „inni”). Prawdziwej sztuki szukasz chodząc po studiach malarskich, zaglądając do starych, zdezelowanych komórek, w których biedni ale natchnieni ludzie generują sztukę niezauważeni przez takich jak ja zwolenników kasy. Hmm… nie wiem skąd przekonanie, że skoro oglądamy tych samych twórców i często ich tak samo oceniamy, Ty czynisz to obiektywnie, a ja subiektywnie…

wspominasz o panu Mietku. Skąd mam wiedzieć, że pan Mietek nie jest porównywalny z Rembrandtem skoro Twoim zdaniem cała otoczka finansowo-celebrycką jest zbędna? Jeśli dobrze Cię rozumiem, to Mietek może generować porównywalny artyzm co van Gogh a różnica wartości ich obrazów nie ma nic do rzeczy. Podając jako przykład zderzenie uznanej marki z no-namem sam przeczysz swojej teorii, przyznajesz natomiast rację mnie. Bo mnie właśnie o to chodzi, że potwierdzeniem umiejętności i pozycji artysty jest jego rozpoznawalność połączona z kwestiami pieniężnymi.

StB: Skąd mam wiedzieć, że pan Mietek nie jest porównywalny z Rembrandtem skoro Twoim zdaniem cała otoczka finansowo-celebrycka jest zbędna?
Otóż wystarczy zestawić obok siebie obrazy Rembrandta i pana Mietka. Wtedy Twoje oczy powinny dostrzec, czy jego malarstwo jest lepsze czy gorsze od Rembrandta – a nie powinna o tym decydować metka, którą im doczepiono, ani nawet to, że jakiś obraz powieszono na ścianie w muzeum. (I oczywiście może się tak zdarzyć, że sztuka pana Mietka będzie porównywalna ze sztuką Rembrandta, choć jest to bardzo mało prawdopodobne. A jeśli chodzi o muzea, to niestety, ale one również mogą być – i są – wypełnione badziewiem, zwłaszcza współczesnym.)
Jestem przekonany, że oceniając dzieło sztuki nie można kierować się metką, ani nawet tym, że jakieś muzeum ma to w swoich zbiorach.
Ja (nie wiem, może to zarozumialstwo) uważam, że na tyle lubię malarstwo, na tyle je znam, że jestem w stanie powiedzieć, który obraz jest dobry, bez zaglądania do cennika.

Jeszcze raz (do znudzenia pewnie) powtórzę: dawniej kryteria oceny sztuki były dość jasne i rzeczywiście artyzm decydował o tym, jaki malarz miał wzięcie i jakiego artysty sztukę ceniono, uznawano mistrzem (to była właśnie artystyczna elita par excellence). I zazwyczaj twórcy ci dobrze zarabiali, ich działa miały swoją wymierną wartość (dlatego są teraz w muzeach – które nota bene odwiedzam dość często).
Ze sztuką współczesną jest już zupełnie inaczej: tutaj zwykle decyduje nie artyzm (warsztat, talent, praca, talent) ale widzimisię tych, którzy właśnie przyczepiają metki, którzy kreują sztuczną zadymę (tzw. trend), często wykorzystując przy tym głupotę i naiwność snobów, albo też wyrachowanie kupieckie handlarzy. (To dlatego m. in. za sztukę – i to wysoko cenioną – uznano puszki z gównem Manzoniego, czy kibel Duchampa, który nota bene w pewnej ankiecie poważanych krytyków uznano za „najwybitniejsze dzieło sztuki XX wieku”. Ja dziękuję za taką elitę.)

Tak, to prawda, wygląda na to, że jesteś zwolennikiem ekonomiczno-syndykalnej teorii doboru sztuki. Ja jednak kieruję się innymi kryteriami, (o których już chyba napisałem wystarczająco dużo, więc nie chcę się powtarzać).

ONIBE: dzięki za ciekawą dyskusję

greydot

Powyższa konwersacja miała miejsce dobrych kilka lat temu, na początku naszej znajomości blogowej z Onibe – może dlatego można w niej wyczuć pewną dozę zniecierpliwienia, może nawet sarkazmu… Odnoszę też wrażenie, iż nie została ona przeprowadzona do końca, pozostawiając pewne kwestie otwarte. Od tego czasu poznaliśmy się lepiej, tudzież przeprowadziliśmy wiele innych rozmów na różne tematy (choćby TUTAJ), co zawsze było dla mnie przyjemnością, bo Darek to rozmówca interesujący, inteligentny i uważny, z którym wymianę zdań wielce sobie cenię.

Wracając jednak do meritum. Fotografia Gursky’ego, za którą zapłacił ktoś absurdalnie wysoką cenę, to jedynie pretekst do zastanowienia się nie tylko nad sztuką współczesną, ale i nad kondycją dzisiejszego świata i ludzkiej kultury en bloc. Dom aukcyjny Christie opisał „dzieło” Gursky’rgo, jako „dramatyczne i głębokie spojrzenie na ludzką egzystencją i nasze relacje z naturą na zakręcie XXI wieku”, co jest stwierdzeniem trafnym, tyle że jego trafność wynika bardziej z całej tej artystyczno-socjologicznej otoczki i zamieszania jakie sprowokowała fotografia (a konkretnie: jej sprzedaż), niż z samej jej wartości artystycznej. Warto przy tym nadmienić, że zdjęcie Renu autor zmanipulował, usuwając z niego za pomocą Photoshopu ludzi spacerujących z psem, rowerzystów, fabrykę na horyzoncie… Nie widzę w tym nic złego ale czy w takim razie może to zdjęcie obrazować „naszą relację z naturą”? W tym kontekście dość niepoważnie brzmią zachwyty, jak np. ten, recenzentki „Daily Telegraph”, która napisała: „Ten obraz jest żywy, piękny i niezapomniany. To współczesna wariacja na temat Niemiec i ulubionego w kraju romantycznego krajobrazu oraz relacji człowieka z naturą.” Jak się okazuje, napisać można wszystko. Co jednak weryfikuje taką ocenę i sąd? Czy na pewno jest to konkretne współczesne dzieło sztuki? Czy naprawdę nie jest tak, że jednak przestaje być ono istotne, a liczy się tylko czyjeś ludzkie „widzimisię” – to, co sami sobie wymyślimy?

greydot.

Gwoli żartu (broń Boże nie po to by porównywać się z Gurskym) zamieszczam przy okazji dwie moje fotografie, które mi się w tej chwili przypomniały, bo trochę są podobne w tematyce i minimalizmie:

.

Fale w słońcu (Pacific Rim NP, British Columbia, Canada)

Fale w słońcu (Park Narodowy Pacific Rim, Kanada)

GENIUSZ W METRZE

Joshua Bell (fot. Chris Lee)

W waszyngtońskim metrze usiadł pewien człowiek i zaczął grać na skrzypcach. Był mroźny styczniowy poranek. W ciągu około 45 minut zagrał 6 utworów Bacha. Szacuje się, że w tym czasie, 1.100 ludzi przeszło przez stację metra udając się do pracy. Po upływie trzech minut pewien pan w średnim wieku zauważył, że gra jakiś muzyk. Zwolnił kroku i zatrzymał się na parę sekund, po czym pośpiesznie ruszył dalej, aby nie zakłócić swego harmonogramu dnia. Minutę później skrzypek otrzymał pierwszego dolara: jakaś kobieta rzuciła mu go do futerału i poszła sobie dalej, nie zatrzymując się. Kilka minut później jakiś człowiek oparł się o ścianę, aby posłuchać gry, ale zaraz potem spojrzał na zegarek i odszedł. Najwyraźniej był już spóźniony do pracy. Osobą, która poświęciła skrzypkowi najwięcej uwagi, był 3-letni chłopczyk. Jego matka kazała mu się pośpieszyć, ale chłopczyk zatrzymał się, aby jeszcze spojrzeć na skrzypka. W końcu popchnęła go mocno; chłopiec ruszył z miejsca, ale cały czas odwracał głowę. Takie samo zachowanie powtarzało się u kilkunastu innych dzieci. Wszyscy rodzice, bez wyjątku, kazali im iść dalej.

Podczas 45 minut gry tylko 6 osób zatrzymało się na chwilę. Około 20 dało mu pieniądze, potem jednak odeszło, nie zwalniając kroku. Zebrał 32 dolary. Kiedy przestał grać i zapadła cisza, nikt tego nie zauważył. Nie było oklasków, ani żadnych słów uznania. Nikt nie wiedział, że owym skrzypkiem był Joshua Bell, jeden z najbardziej utalentowanych muzyków świata. Zagrał właśnie kilka najtrudniejszych utworów, jakie kiedykolwiek zostały skomponowane, na skrzypcach wartych 3,5 milionów dolarów. Dwa dni wcześniej, wszystkie bilety na koncert Joshua Belli w Bostonie zostały wyprzedane. Średnia cena biletu wynosiła 100 dolarów.

To jest prawdziwa historia. Joshua Bell, grający incognito na stacji metra, brał udział w eksperymencie społecznym zorganizowanym przez Washington Post. Eksperyment dotyczył percepcji, gustu i ludzkich priorytetów. Pytania brzmiały:
Czy w zwykłym otoczeniu i o niesprzyjającej godzinie potrafimy ujrzeć piękno? Czy potrafimy dostrzec talent w nieoczekiwanym miejscu? A może przestajemy je doceniać?

* * *

Na powyższą notkę trafiłem przypadkowo w sieci. Uderzyła mnie. Jeszcze wczoraj miałem okazję być w nowojorskiej MoMie, czyli Muzeum Sztuki Współczesnej (Museum of Modern Art), gdzie musiałem przepychać się wśród nieprzebranych tłumów, podziwiających (ponoć) zgromadzone tam dzieła sztuki, wśród których było sporo takich, na które nikt by nie zwrócił uwagi (może z wyjątkiem psa z kulawą nogą, który by to obsikał), gdyby nie były namaszczone wyborem do owego modernistycznego sanktuarium. Ale magia miejsca działa. Podobnie jak zbiorowa (auto)sugestia – w ludzkich głowach, w których moderna i post-moderna nieźle namieszały. Rytuał współczesnej konsumpcji pseudo-artystycznych bibelotów „robiących” za sztukę wysoką. Albo za niską. Albo za byle jaką. Tak więc snują się tłumy wśród różnych śmieci, drutów, prętów, bohomazów i wszelkiego innego badziewia, robiąc „dobrą” (koneserską?) minę do „złej” (snobistycznej?) gry, często ledwo maskując konsternację. Ale tak trzeba, bo przecież wpierw się stało godzinę – lub dłużej – po bilety, następnie kilkanaście minut na zdanie swoich toreb i płaszczów do przechowalni, później jeszcze kwadrans po audio guide, (wyróżnia się także tasiemcowa kolejka do kas w muzealnym sklepie, gdzie dość wielkim popytem cieszą się różne garnuszki, zakładki, klocki, ołówki… oczywiście z wyeksponowanym napisem MoMa). Choć później i tak się nic z tego wszystkiego zwykle nie pamięta.

* * *

A wracając do genialnego skrzypka grającego w metrze, na którego sztukę nikt nie zwraca większej uwagi, pędząc za swoimi sprawami: niestety, nie wystawia nam to dobrego świadectwa. Zachowujemy się stadnie – zachwycamy się jak na komendę, podoba się nam to, co się nam wmawia, że ma się podobać. Bardzo często popularny odbiór sztuki „nie-masowej” to jest jedna wielka gra pozorów. Choć niekoniecznie jest to związane ze snobizmem. Dochodzi do tego pośpiech – właśnie to gonienie nie wiadomo za czym, podczas gdy prawdziwe piękno przemija obok nas niezauważone.

* * *

PS. Niezwykle ciekawy artykuł dotyczący tego zdarzenia można przeczytać TUTAJ, na stronie Washington Post – gazety, która cały eksperyment zorganizowała.

PS2. Zainteresowanych tematem zapraszam także do przeczytania artykułów pt. „KONCEPT W SZTUCE WSPÓŁCZESNEJ – PRZYKŁADY” oraz „OBRAŻALSKIE UCZUCIA albo o smaku (i sensie) prowokacji”.

* * *

ANDY WARHOL – NICOŚĆ UOSOBIONA

Andy Warhol – biznesmen sztuki czy artysta biznesu?

*

1.

O Andym Warholu przypomniała mi ostatnio* nie tylko „Rzeczpospolita” (jego postać pojawiała się w takich filmach, jak np. „The Doors”, „Basqiuat”, „I Shot Andy Warhol”…), choć związany z 10-tą rocznicą śmierci gwiazdy pop-artu artykuł Moniki Małkowskiej pt. „Warhol od A do B” mógł bulwersować pewnymi stwierdzeniami, wśród których znalazło się m. in. i takie: „[Warhol] to najpopularniejszy na świecie artysta, z którego sławą można porównać tylko sławę Picassa”.**

Dlaczego zajął mnie ten temat?
Otóż dlatego, że interesuje mnie to co się dzieje we współczesnej sztuce, a ponadto w przeszłości twórczości Warhola dość blisko się przyjrzałem, do czego doszło zresztą w sposób przypadkowy, gdyż do pasjonowania się sztuką pop-artu zawsze było mi daleko.
Wkrótce po śmierci artysty w 1987 roku, redakcja krakowskiego magazynu kulturalno-filmowego „Powiększenie”, poprosiła mnie o napisanie szkicu o twórczości plastycznej i filmowej Warhola, co też uczyniłem.***
Przypadek drugi: parę lat temu, podczas mojego pobytu w Phoenix w Arizonie, trafiłem na wielką retrospektywną wystawę produkcji Warhola, zorganizowaną przez uniwersytecki Instytut Sztuki – i uzupełnioną wykładami. Oprócz tego, z pracami Warhola spotykałem się w niemal wszystkich większych muzeach nie tylko amerykańskich, ale i europejskich. Miałem więc możliwość pewnych konfrontacji.
Ponadto, Warhol jak nikt inny nadaje się do naszego tematu**** „końca heroizmu”, czyli współczesnej skłonności człowieka do wybierania sobie bohaterów kontrowersyjnych – urobionych z materiału dość wątpliwej jakości.

Przypomnijmy sobie pokrótce fenomen „papieża pop-artu”.
Kim był Warhol? Co sobą reprezentował? Co jest kluczem do jego twórczości – i czy taki klucz w ogóle istnienie?

2.

W zasadzie wszyscy są zgodni co do tego, że przedmioty pop-artu (za sprawą takich artystów, jak m.in. – obok Warhola – Oldenburg, Lichtenstein, Paolozzi, Segal…) wyrosły wprost z kultury konsumpcyjnej społeczeństwa amerykańskiego. Wyrosły z pustki i powierzchowności tej kultury, urastając jednocześnie do rangi dzieł sztuki. Było to możliwe dzięki potraktowaniu ich całkiem serio z estetycznego punktu widzenia. Jednak istnieje podejrzenie (wątpliwość) czy jest to faktycznie sztuka, czy też patrzeć na to mamy jedynie jak na swoiste signum temporis – jak na przedmioty, które po prostu są tym, czym są, bez odwoływania się do ich wartości artystycznej (czy też jej braku).

Z początku świat sztuki „tradycyjnej” był przerażony tymi puszkami zupy, etykietkami, komiksami, opakowaniami, butelkami Coca-Coli, banknotami… czyli tym wszystkim, od czego sam uciekał. Pop-art był tej sztuki przeciwieństwem, zaprzeczeniem, antytezą. Dla wielu był to szok i zniesmaczenie, mimo że pamiętano przecież o sedesach i suszarkach Duchampa, czy innych szalonych pomysłach – choćby dadaistów – sprzed kilkudziesięciu już lat. Nie wszyscy byli tym jednak zbulwersowani. Wprost przeciwnie! Zaczęło się od zaprezentowania przez Warhola zwykłej odbitki zdęciowej jako dzieła sztuki. Ale zdaniem niektórych nie było to jeszcze takie złe. Najgorsze zaczęło się wtedy, kiedy została ona potraktowana zupełnie serio przez tzw. „poważnych” krytyków sztuki. Skutkiem tego w połowie lat 60-tych wśród dzieł sztuki znalazły się najbanalniejsze pod słońcem przedmioty.

Warhol w sposób oczywisty pozbawił swoją sztukę wszelkiej refleksyjności – jego rzeczywistość stała się rzeczywistością poznawaną przez filtry środków masowego przekazu. „Twórczość” ta z zasady „ślizgała się” po powierzchni zjawisk i rzeczy, była odintelektualizowana na podobieństwo obrazkowej wizji współczesnego świata – redukowała rzeczywistość do beznamiętnego obrazka. Same jej tematy, dzięki swojej przypadkowości, niewiele wyjaśniają, bo tematem mogło być dosłownie wszystko: zwielokrotnione portrety Marylin Monroe, Elvisa Presley’a, Jacqueline Kennedy, czy nawet samego Mao Zedonga; poddane plastycznej, ale mechanicznej, przeróbce zdjęcia katastrof, samobójstw, morderstw; wreszcie zwykłe puszki zupy czy opakowania różnych artykułów przemysłowych.

Jednak, już w pierwszej połowie lat 60-tych Warhol ogłosił się „emerytowanym artystą” i oświadczył, że odtąd… poświęca się całkowicie kinu.

3.

Było to jednak kino szczególne, także czysto mechaniczne („chciałbym być maszyną” – mówił Warhol)), a głównymi występującymi w nim „gwiazdami”, byli przedstawiciele słynnej „Factory”, pracowni artysty na Manhattanie, o której ktoś „wtajemniczony” powiedział, że przypomina „jedną wielką melinę dla narkomanów, alkoholików, pederastów i lesbijek”. (Jedna z bywalczyń „Factory” zwierzyła się kiedyś: „Zaczęło tam wiać grozą. W ‚Factory’ zaczęli zjawiać się całkiem zwariowani ludzie, którzy pili na umór, ćpali… Wszystko to odstraszało mnie i uprzytomniłam sobie, że robi się to wszystko coraz bardziej narkotyczne, chorobliwe i męczące”.)
Dla niektórych pracownia Warhola stała się niczym innym, jak „fuck-tory”.

Tak więc, cóż to było za „kino”, które zaczął tworzyć Warhol?
Oto np. „reżyser” ustawiał kamerę i filmował, jak komuś obcinają włosy (film pt. „Haircut”, 33 min.); jak ktoś je grzyby („Eat”, 55 minut); dalej: mogliśmy podziwiać przez 5 minut ramię tancerki („Shoulder”), czy trwające ponad godzinę zbliżenie kobiecej twarzy („Face”). Jednak najsłynniejszym dziełem Warhola stał „Empire” ukazujący manhattański wieżowiec Empire State Building filmowany nieruchomą kamerą z okna stojącego na przeciwko budynku i trwający… 8 godzin.
Daruję sobie opis dalszej twórczości filmowej Warhola. Dość wspomnieć, że stawała się ona coraz bardziej bezsensowna, wulgarna, a nawet otwarcie pornograficzna („Blow-Job”). Sam twórca mówił o jednym ze swoich (u)tworów w sposób rozbrajający: „Jest to film alogiczny, bez motywacji bohatera, no i zupełnie absurdalny. Jednym słowem, bardzo przypomina życie”. Jeden ze „scenarzystów” Warhola wspomina także, że jego praca polegała głównie na „dbaniu o to, żeby wszystko było bez znaczenia”.

Sarkastycznie zareagowano na to w „Cahier du Cinema”: „Z braku i niedbałości robi się prawdziwą sztukę” – pisano. „Time” skwitował całość słowami: „brudne, sprośne, plugawe, głupie”. Sugerowano, by takie filmy pozostały jednak na zawsze tam, gdzie ich miejsce: w podziemiu, blisko rynsztoka.
Jednak stało się inaczej.
Podobnie jak plastyczną twórczość Warhola, wpisano je w historię prawdziwej sztuki, powstały setki monografii, wydawnictw albumowych; tworzono kolekcje, brano masowo dzieła Warhola do muzeów, analizowano w uczonych rozprawach… i to zwykle bez cienia krytycyzmu.

4.

Mając wzgląd na to wszystko z uwagą przeczytałem wspomniany już artykuł w „Rzeczypospolitej”, w której pisze się o Warholu, jako o najpopularniejszym – obok Picassa – artyście na świecie.
Autorka pisze wprawdzie, że „wszystko co masowe, kiczowate i pospolite stało się znakiem firmowym Warhola”, że „zniósł on podział między twórczością wzniosłą i banalną”; lecz zaraz potem zaznacza jaki to „odkrywczy” był Warhol (film!) i że „nie zawiódł” on także w innych dziedzinach; wreszcie, że „dotarł on na szczyt sławy, potwierdzonej sukcesem finansowym i przynależnością do elity.

Właśnie: sukces finansowy. Warhol stał się milionerem.
Nie bez kozery funkcjonuje od dawna mądrość niemal już ludowa, głosząca że kiedy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.
Tym sposobem wkraczamy na obszar grząski i rozległy, jaki stanowią manipulacje i rozgrywki toczące się w świecie dealerów i handlarzy sztuką. Wiadomo, że zazwyczaj głównym motywem ich działania jest zysk – i to niekoniecznie powiązany z rzeczywistą wartością sztuki, którą handlują. Chodzi o sztuczne wykreowanie mody (szumnie zwanej wtedy „prądem” lub „kierunkiem”), o wylansowanie nazwiska. Bez znaczenia właściwie jest to, co się za tym kryje: bzdet, wygłup czy beztalencie. Robi się jak najbardziej cynicznie sztuczną zadymę, zazwyczaj jest to prowokacja (najczęściej dla zdrowego rozsądku), najlepiej jeśli obrazi się przy tym jak  największą liczbę ludzi, postawi na głowie powszechnie uznawane w społeczeństwie wartości… etc. Umieszcza się to w galerii, doczepia metkę z astronomiczną ceną, ogłaszając, że jest to głębokie, prekursorskie, odważne i piękne… jednym słowem – genialne.

I, rzeczywiście, prekursorem tego „nurtu” był Andy Warhol. Uczynił on z tego wszystkiego „prawdziwą” sztukę – światek artystyczny, snobistyczny (i nie tylko) przełknął to gładko… Nieważne – z bezmyślności, głupoty, nieświadomości, czy też z wyrachowania.

5.

Z największą powagą pani Małkowska pisze: „… odszedł artysta, który zrównał sztukę z biznesem. Komu poza nim to się udało?”; a „Rzeczpospolita” pod zdjęciem Warhola zdobywa się na podpis: „Z upływem czasu magia najsłynniejszego artysty-biznesmena działa coraz mocniej”. (sic!)

Cóż, sztukę z biznesem równa się dziś nagminnie i namiętnie, a czynią to – częstokroć z wielkim powodzeniem – tysiące marszandów. I nie ma w tym w zasadzie nic złego; problem zaczyna się, kiedy żąda się ogromnych cen za buble i wyroby o bardzo wątpliwej jakości – wmawiając przy tym wszystkim, że ma to wielką artystyczną wartość, że to nic innego jak arcydzieło.

Czy ci, którzy zachwyceni są Warholem, rzeczywiście świadomi są tego, co tak naprawdę reprezentował sobą ten artysta – czy też może bezkrytycznie ulegli obiegowej sugestii, że Andy Warhol Wielkim Artystą był? Czy kryła się za nim jakaś godna uwagi, oryginalna i budząca podziw wartość – czy też może kryła się za nim jałowość i pustka?
On sam, zwany „nicością uosobioną”, tak o sobie – i o tym co robi – powiedział: „Jeżeli chcecie wiedzieć wszystko o Andym Warholu, to wystarczy spojrzeć tylko na powierzchnię moich obrazów, moich filmów i moją własną – oto gdzie jestem. Pod spodem nie ma absolutnie nic.”

Trudno o lepszą definicję płycizny.

Art goes bananas (banan… sorry – banał staje się sztuką)

*

* artykuł powyższy opublikowany został w „Dzienniku Chicagowskim” (11 kwietnia, 1997 r.) oraz w „Dzienniku Związkowym” (2-4 luty, 2001 r.)
** Monika Małkowska, „Warhol od A do B”,  („Rzeczpospolita” Nr 45, 22-23 luty, 1997 r.)
*** „Powiększenie” Nr 3, 1988 r. (Kraków)
****  Cykl pt. „Manowce współczesności – koniec heroizmu” ukazywał się w latach 1999 – 2003 na łamach wydawanego w Chicago „Dziennika Związkowego”

PARNAS I SUTERENA

Amerykańska podróż do jądra ciemności. Marlon Brando w „Czasie Apokalipsy” Coppoli.

Kino jako sztuka, źródło doznań „wyższych” – kino jako patrzydło, „guma do żucia” dla oczu. To samo medium – jakże różne, wydawałoby się, światy.
Kino europejskie, autorskie, artystyczne vs. kino hollywoodzkie, popularne, rozrywkowe…
Wygląda na to, że także i tutaj mamy do czynienia z konfliktem między kulturą masową a tzw. „elitarną”.
Czy jednak musi to być walka „na noże”, konflikt pełen resenstymrntów i animozji? Czy wysublimowany widz musi patrzeć z góry na odbiorcę filmowej pop-kultury? Czy tzw. widz „przeciętny” musi klękać przed wyniosłym artystą, albo też go profanować?

Czy jest to permanentny i nierozwiązywalny antagonizm? Czy naprawdę parnas nie może mieć nic wspólnego z sutereną, i czy aby suterena nie może czasem sięgnąć parnasu? Oto jeszcze jeden przyczynek do niegasnącej debaty o stosunkach kultury „wyższej” z tą uznaną za „niższą”.
Czy musi to być wojna?
Czy możliwy jest tu mezalians?

ZABAWKA MACHULSKIEGO

Dla lepszego zobrazowania dylematu, jakim chcę się tu zająć, pozwolę sobie przytoczyć dwa jakże odmienne spojrzenia na sztukę kina, posiłkując się wypowiedziami dwóch polskich twórców, reprezentujących kino diametralnie różne gatunkowo. Mam na myśli Juliusza Machulskiego oraz Krzysztofa Zanussiego.

Machulski: „Kino to najlepsza zabawka dla mężczyzny” (Komediowa „Seksmisja” )

Od Machulskiego, w jednej z rozmów jakie z nim swego czasu przeprowadziłem, usłyszałem:
„Jestem chyba bardziej kinomanem, niż reżyserem. Zostałem reżyserem, gdyż lubiłem oglądać filmy, a nie dlatego, że chciałem zbawić świat. (…) Musimy się z tym pogodzić, że filmami niczego ważnego nie jesteśmy w stanie zdziałać, zmienić. Moim zdaniem, to najlepsza zabawka dla mężczyzny. (…) Kino jest sztuką plebejską. (…) Zawsze starałem się robić filmy dla szerokiej publiczności. (..) Nie można oddzielać: to jest film artystyczny, a to jest film dla widza. Trzeba to umieć łączyć, nie tylko w kinie, ale i w każdej dziedzinie sztuki, która powinna być przecież przeznaczona dla jak największej liczby ludzi”.
Trudno o bardziej demokratyczne, egalitarne, a tym samym anty-elitarne podejście do kina. Machulski mówi o plebejskości i to wcale nie w znaczeniu pejoratywnym.

OCZY SPIELBERGA I SUBTELNY KOD ZANUSSIEGO

Zupełnie inaczej sprawy się mają z Krzysztofem Zanussim, który w swoim eseju traktującym o sytuacji sztuki współczesnej pisał:
„Jakkolwiek chciałbym dowartościować dziś obszar kultury masowej, nie mogę przemilczeć faktu, że niesie ona regres. Tradycyjne dziedziny sztuki w swym popularnym wydaniu produkują chłam, który nam, ludziom starej daty, wydaje się falą barbarzyństwa pozbawionego wszelkiej wartości kulturowej. (…) Wiem, że prosty kod porozumiewania nie potrafi unieść treści, dla których stworzony został kod subtelny, wyrafinowany”.

Zanussi: „… prosty kod porozumiewania nie potrafi unieść treści, dla których stworzony został kod subtelny, wyrafinowany”. (Kadr z „Iluminacji” )

Jednak w tym samym eseju znajdziemy ustęp, który jakby przechyla szalę racji na stronę Machulskiego.
Oto ten sam elitarystyczny Zanussi wyznaje:
„… Rozmyślam z żalem, dlaczego to ja nie potrafię dotrzeć do tych widzów, którzy mnie opuścili, a znajdują ukontentowanie w utworach grubaśnych, koślawych ale na swój sposób autentycznych i szczerych. Patrząc w oczy Spielberga odnajduję w nich całą naiwność, która jest w jego sztuce i nie mogę mu zazdrościć naiwności, ale wiem, że w swej sztuce nie kłamie – jego świat jest bliski świata średniej statystycznej publiczności, a ja muszę do tej publiczności schodzić, tak jakbym schodził do jakiejś sutereny. W tym miejscu winię się za to, że brak mi prawdziwej i szczerej solidarności z człowiekiem, który nie przywykł do mego kodu porozumiewania i że nie potrafię odmienić tego kodu tak, bym się porozumiał w prosty sposób na temat tego, co nieproste.”

No i proszę! Nawet Zanussi wyraża szczerą tęsknotę zstąpienia z wysokości wieży z kości słoniowej do sutereny „średniego” człowieka.

METAFIZYKA I JARMARK

Czy kino artystyczne, podejmujące głębsze wątki musi być „niestrawne” dla przeciętnego widza? ( „Milczenie” Bergmana)

Oto dwie różne perspektywy z jakich postrzegane jest kino (również cała kultura) zarówno przez jego twórców, jak i odbiorców czy krytyków.  Dwie odmienne opcje i zapatrywania – a każda wydaje się mieć po swojej stronie mocne argumenty.
Czy aby jednak próby godzenia ich ze sobą nie są pobożnym życzeniem? Mógłby ktoś powiedzieć, że przecież nie można być jednocześnie na piętrze i w suterenie. Zawsze więc będzie istniał podział na sztukę elitarną i masową.

Chodzi jednak o to, by nie budować dodatkowo i nie wzmacniać barier między nimi, a pozwolić na swobodne przenikanie się przez nie tym, którzy doświadczyć chcą zarówno jarmarku, jak i czegoś bardziej wyrafinowanego. Wierzę bowiem, iż w każdym plebejuszu może drzemać subtelny artysta, a w każdym artyście – plebejusz. Szkopuł w tym, że w plebejuszu stosunkowo rzadko ten artysta się budzi, a już nigdy nie budzi się w „masie”.

Naturalną konsekwencją różnic dzielących Machulskiego i Zanussiego, jest odmienność filmów jakie wychodzą spod ich ręki. Sposób widzenia świata, a także pojmowania roli, znaczenia i celów kina, zależy przecież od temperamentów i osobowości – to wszystko determinuje charakter ich twórczości.
Zanussi przejęty metafizyką, wydelikacony intelektualnie, elitarny, pytający o sprawy absolutne… chce traktować kino w kategoriach sztuki przez duże „S” – skutkiem czego powstały choćby „Iluminacja”, „Paradygmat”, czy też „Barwy ochronne” ; Machulski – nota bene przezwany kiedyś „polskim Spielbergiem” – wygarnia prosto z mostu, że kino jest ze swej natury plebejskie i… robi swoich „Killerów”, „Seksmisje”, czy „Girl Guidy”
Na ile jednak jest to konsekwencja, a na ile ograniczenie?
Skądinąd wiemy, że obaj twórcy tęsknią niejako do tego, by wypróbować siebie w tej odmiennej – ale przecież obcej im – poetyce kina. To dlatego Zanussi spoziera czasem tęsknie w „naiwne”, ale i „szczere” oczka Spielberga ( „Serce na dłoni” ), a Machulskiemu marzy się polemika na miarę Wajdy ( „Szwadron” ).

AMERYKAŃSKI CHŁAM ?

Niestety prawdą jest to, że kino „masowe” zalane jest głupotą, średniactwem, bezmyślnością; wypełnione fajerwerkami i krwią, tudzież klecone schematami i banałem. Rzeczywiście trudno w tym wszystkim znaleźć głębszą myśl, refleksję – jakąś treść pełniejszą.
Wygląda na to, że kino hollywoodzkie, zatoczywszy koło, wróciło do swych plebejskich korzeni, czyli właśnie do jarmarku. Prawdą jest również, że kino amerykańskie w swojej masie nastawione jest głównie na zysk i na to, by trafić do jak „najszerszej” widowni. I ma to swoje konsekwencje.
Kino rasowe: bardziej wyrafinowane, estetycznie wysmakowane, wyrobione myślowo – jednym słowem artystycznie i intelektualnie „ambitne” – przemyka się gdzieś po peryferiach.

A jednak nie mogę się zgodzić z tym, że „Hollywood produkuje wyłącznie chłam”, jak raczyła zauważyć jedna z moich komentatorek. Nie mogę przechodzić obojętnie obok totalnej krytyki amerykańskich produkcji, jakże ostatnio wyraźnie widocznej na ogólnej, powszechnej fali niechęci do wszystkiego co amerykańskie.
Według mnie jest to zbyt daleko idące uogólnianie i dlatego niesprawiedliwe. Argumentem są choćby takie filmy ostatnich lat, jak np. „The Hurt Locker”, „Doubt”, „Precious”, „A Serious Man”, „There Will Be Blood”, „Invictus”, „The Messenger”, „No Country For Old Men”, „Milk”, „A Single Man”… Żadnego z nich nie sposób nazwać chłamem – bo czyż tym obraźliwym w sumie słowem można określić, dajmy na to, reżyserię Clinta Eastwooda, aktorstwo Seana Penna i Meryl Streep, artyzm Toma Forda czy zdjęcia Janusza Kamińskiego?

Film jako pokoleniowy manifest (Dustin Hoffman w „Absolwencie” Nicholsa)

Należy pamiętać o tym, że także i w Hollywood powstawały (i jak widać – powstają nadal) filmy, zaliczane obecnie do światowej klasyki, bez których historia kina drastycznie by zubożała. Mam tu na myśli obrazy choćby Roberta Altmana, Olivera Stone’a, Stanley’a Kubricka, Martina Scorsese, Davida Lyncha, Mike’a Nicholsa, Petera Bogdanovicha… dzieła reżyserów takich, jak np. Kazan, Malick, Schlesinger, Wilder, Huston, Ford, Coppola…

CZAS NA SUSHI, CZAS NA KOTLETA

A jednak – Hollywood to nie tylko plebejska, płytka rozrywka. ( „Midnight Cowboy” Schlesingera)

Muszę przyznać, że lubię kino – towarzyszy mi ono w życiu od bardzo dawna. Staram się dostrzegać całe jego bogactwo, również te dzielące go różnice. Oczywiście, oglądam także filmy wyprodukowane w Hollywood, choć niejednokrotnie znalazłem się w takiej sytuacji, że mimo ochoty na obejrzenie jakiegoś filmu na dużym ekranie, nie było „żywcem” na co się wybrać: dziesiątki tytułów w tzw. „szerokim rozpowszechnianiu” i ani jednego filmu godnego uwagi. A jednak, mimo wszystko, każdego roku można znaleźć obrazy, które warto obejrzeć.

* * *
Należy pamiętać, że kino hollywoodzkie jest kinem głównie rozrywkowym, popularnym i jest oczywiste, że do takiego kina trzeba przykładać inne miarki, niż do filmów, dajmy na to, Bergmana, Felliniego, Buñuela, Kieślowskiego czy Herzoga. Nie ta liga, nie ta estetyka, nie ta sztuka, nie ten ciężar gatunkowy.
Zgadzam się, że większości filmów hollywoodzkich nie da się oglądać, ale część z nich posiada swoją niekwestionowaną wartość. Kto z nas nigdy nie przejął się, nie wzruszył – nie zachwycił nawet – oglądając film hollywoodzki, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Wszelkie uogólnienia są niebezpieczne, niesprawiedliwe i w sumie mylące. Nie można wszystkiego pakować do jednego wora. A skoro kino popularne ma tak ogromny wpływ na ludzi (a ma!), to moim zdaniem warto wskazywać na to, co jest w nim wartościowe, co dotyka wyższej sztuki… (bo czasami dotyka!).
My również, delektując się niekiedy jakimś wyszukanym daniem, na co dzień spożywamy to, co większość ludzi – chleb, ziemniaki, ryż, kotleta… Chodzi tylko o to, aby były to potrawy w dobrym gatunku, i raczej bez toksyn.
Nie mam zamiaru udawać, że nie jestem także odbiorcą tego, co kwalifikuje się jako pop-kultura.
Słucham nie tylko Handela, Strawińskiego, Góreckiego, Milesa Davisa, Tori Amos czy Charlie’go Parkera… Także Claptona, Springsteena, Dire Straits, Cockera…

Jest czas na kawior i sushi, jest czas na frytki i steka.
Jest czas na Bergmana i czas na Spielberga.

Artyzm w kinie amerykańskim („A Single Man” Toma Forda)

*