PLUSKWY A SPRAWA POLSKA

Nocny nalot ABW na redakcję WPROST

nocne zmiany

.

Paradoksem jest to, że ci wszyscy podsłuchani politycy mówili prawdę. Ale ta prawda ich nie wyzwoli, wręcz przeciwnie: najprawdopodobniej wysadzi ich z siodła…
I już skompromitowała.

Problemem nie jest więc to, że oni powiedzieli prawdę, tylko, że sprawowali swoje urzędy, jakby prawda była zupełnie inna. Jeśli minister Sikorski uważał, że to jest źle, żeby „robić laskę” Amerykanom, to powinien starać się zmienić politykę zagraniczną państwa tak, żeby Polska nie przypominała dziwki obciągającej pytę Wuja Sama. A jeśli nie był w stanie zapobiec tej politycznej felacji, to po prostu powinien podać się do dymisji, a nie robić za alfonsa. Ale tak postąpiłby człowiek, który ma klasę, honor, dumę a nie taki, który jest typowym reprezentantem polskiej klasy politycznej – która, jaka jest, to każdy teraz zobaczył i usłyszał.

Podobnie jest z ministrem spraw wewnętrznych B. Sienkiewiczem, którego trafne diagnozy („polskie państwo praktycznie nie istnieje”; inwestycje rządowe, to nic innego, jak „ch.uj, dupa i kamieni kupa”) oraz stwierdzenie, że ma on związane ręce i nie może ruszyć (zreformować) podległych mu służ specjalnych, bo dysponują one na wszystkich „hakami” (wpisuje się w to także wypowiedź ministra Rostowskiego o polskim rządzie: „Szambo. To jest szambo”) – można wręcz uznać za raport o stanie państwa.
A jeśli taki jest stan państwa, to odpowiedzialni są za to ci, którzy dotychczas nim rządzili i rządzą.

To wszystko przypomina jakąś tragikomedię, ale tak naprawdę bardziej jest tragedią niż komedią, bo wszystko wskazuje na to, że w Polsce nie ma żadnej sensownej ekipy, która by mogła nią dobrze rządzić.

* * *

Obwinianie NAGRYWAJĄCYCH o to, że polscy politycy totalnie się skompromitowali – są hipokrytami, ludźmi bez kultury, knującymi, zdradliwymi, geszefciarskimi – uprawiającymi denną politykę, prowadzącymi (nota bene przesiąknięte chamstwem i obscenicznością) rozmowy, które, jak się okazuje, destabilizują państwo i są niezgodne z polską racją stanu – to kompletna paranoja. A jeśli nie paranoja – to jest to szczyt cynizmu.

* * *

Kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada. Służby specjalne zabierające się za inwigilowanie społeczeństwa, kręcą bicz na swoją skórę. Anglosasi (na czele ze Stanami Zjednoczonymi), robią to już na skalę totalną (globalną). Nie spodziewałem się, że pierwszy taki bicz zadziała w Polsce, która jest jeszcze daleko za Echelonem (bo afera „taśmowa” jest takim właśnie odpryskiem tego, co dzieje się w cywilizacji inwigilacji i podsłuchu – poza naszą wiedzą).

Dobrze byłoby, aby afera taśmowa doprowadziła także do tego, by bliżej przyjrzeć się sposobowi, w jaki służby specjalne inwigilują polskie społeczeństwo i czy jest to w ogóle proceder kontrolowany przez państwo. Im prędzej się to zrobi, tym lepiej. Później może być za późno i rzeczywiście będziemy mieli do czynienia z „demokracją” „hakową”, która – opierając się na szantażu i zastraszeniach – z prawdziwą demokracją nic już nie będzie miała wspólnego.

Niestety, na złą sprawę, minister spraw wewnętrznych Sienkiewicz powiedział w historycznej już rozmowie, że nie może podległych mu służb zreformować, ponieważ mogłaby być ona wtedy niedyskretna: „wszyscy, którzy pracują w BOR, mają syndrom sztokholmski. (…) Odebrałem 15 telefonów od wszystkich możliwych najważniejszych ludzi w tym kraju, żebym, broń Boże, nie robił żadnej krzywdy BOR-owcom, więc mam wykręcone ręce.(…) nie mogę sobie pozwolić na głębokie reformy w służbie, od której dyskrecji zależy parę istotnych kwestii w tym kraju…”, czyli, innymi słowy: deep (shit) state jest nie do ruszenia, bo dysponuje na wszystkich hakami.

Przy okazji pozwolę sobie zacytować jeszcze jeden znaczący tekst:

„To bezprawie: w Polsce dziewięć służb specjalnych zakłada rocznie od sześciu do kilkudziesięciu tysięcy podsłuchów. A w ubiegłym roku skontrolowały aż milion połączeń telefonicznych i internetowych!
KTO JEST „WIELKIM BRATEM”?
Prawo do inwigilacji mają: policja, Centralne Biuro Antykorupcyjne, Biuro Ochrony Rządu, Centralne Biuro Śledcze, Żandarmeria Wojskowa, Straż Graniczna, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz wojskowe służby wywiadowcze i kontrwywiadowcze.
Najgorsze jest jednak to, że tylko kilka osób w Polsce wie, ilu obywateli jest inwigilowanych, jak długo i dlaczego. Informacji na ten temat nie mają nawet posłowie sejmowej komisji ds. służb specjalnych.
W latach 90. śledzono telefony przestępców, dziś dziesiątków tysięcy Polaków… na wszelki wypadek.
Panująca psychoza podsłuchów nie jest wymysłem przestępców i mediów szukających sensacji. To są fakty, tyle że objęte tajemnicą. Na prośbę Brukseli Urząd Integracji Europejskiej ustalił, że pod względem stopnia inwigilacji społeczeństwa jesteśmy na pierwszym miejscu w Europie!”– pisze Gazeta Pomorska w artykule pt. „Jesteśmy najlepsi w Europie! Tajne służby podsłuchują Polaków na potęgę.” (11.11.2010)

Przy czym: prawo do podsłuchu nie oznacza tego, że wszystkich i wszystko można podsłuchiwać (a tym samym: nagrywać, bo to zwykle robi się przy podsłuchu). Potrzebna jest do tego zgoda sądu. Tylko, czy owe sądy nie zatwierdzają owych podań – podobnie jak w Stanach Zjednoczonych tzw. rubber stamps courts – „jak leci”? (Przecież w praktyce niemożliwe jest zbadanie zasadności takiego podania.)

Na rzeczy jest też pytanie, jaka część podsłuchów i nagrań jest nielegalna (czyli: jak często wiadome służby nagrywają ludzi bez zgody sądu? Znając samowolę niekontrolowanych w praktyce służb, można założyć, że odbywa się to na masową skalę).

Warto zwrócić także uwagę na to, co powiedział w tej sprawie Bogdan Święczkowski, były szef ABW: „Jeśli Sienkiewicz twierdzi, że nagrywanie trwało kilka lat, to deprecjonuje i ośmiesza szefostwo służb specjalnych zajmujących się bezpieczeństwem wewnętrznym, a także szefów BOR. To oznacza, że w państwie realizowane są – nie wiadomo przez kogo – działania, które mogły doprowadzić do zachwiania bezpieczeństwem państwa.”

I to jest clue całej sprawy. Tracimy kontrolę nad państwem, nad strukturami, które same siebie chcą szantażować i niszczyć – a to uderza w nas wszystkich. I przestaje mieć już cokolwiek wspólnego z demokracją, mogąc być w przyszłości zagrożeniem dla naszej wolności.

* * *

Reklamy

WIĘŹNIOWIE

Rozszerzając nieco formułę bloga, chciałbym w najbliższej przyszłości zamieścić na stronie Wizji Lokalnej kilka artykułów napisanych przeze mnie przed laty i opublikowanych w prasie (głównie polonijnej). Pod pewnymi względami nie utraciły one bowiem swojej aktualności. (Tekst „Więźniowie” ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 28 lutego 1997 r.)

*

za kratami więźniowie

*

KRAJ WOLNOŚCI I WIĘZIEŃ

Liczba amerykańskich więźniów przekroczyła 2 miliony. Statystycznie, relatywnie wobec liczby mieszkańców, jest ich tu ponad 5 razy więcej, niż w jakimkolwiek innym rozwiniętym państwie. (Innymi słowy, w Stanach Zjednoczonych jest 25% więźniów przebywających w więzieniach całego świata.) Żadna cywilizacja w dziejach ludzkości nie miała tak rozwiniętego systemu penitencjarnego (mówimy o więzieniach, a nie obozach koncentracyjnych czy obozach pracy w państwach totalitarnych, wliczając w to Chiny). Jak na ironię Ameryka w oczach świata zawsze – nawet w epoce niewolnictwa – mieniła się krajem wolności i obywatelskich swobód – co, w obliczu tych faktów, wygląda na wielce ironiczny paradoks.
Bogate Stany Zjednoczone mogą sobie pozwolić na luksus (?) odizolowania od społeczeństwa całej armii skazańców, za utrzymanie każdego z nich płacąc 20 – 30 tysięcy dolarów rocznie. My, podatnicy, chcielibyśmy wierzyć, że nam się to opłaca. Lecz wiara ta nie jest w nas zbyt silna. Możemy być jednak pewni, że opłaca się to prywatnym kompaniom obsługującym cały ten więzienny biznes. I, niestety, podejrzenia o to, że taka olbrzymia ilość więźniów motywowana jest właśnie doraźnym zyskiem „przemysłu” więziennego, nie są chyba w tym kontekście bezpodstawne.
Woodrow Wilson przypomniał kiedyś publicznie, że to nie używaniem bata można zrobić z kogoś człowieka, a raczej kusząc go rzeczami, które warte są tego, by je kochać. Wątpliwe jednak by recydywista mógł tę poezję zrozumieć. Już sama miłość jest dla niego zwykle pojęciem jakby z innego świata. Niewątpliwie też, słowa Tagorego mówiące, iż chłostać może tylko ten, który kocha, przyjąłby z osłupieniem. A przecież i w samej Biblii można znaleźć upomnienie, iż ten kto szczędzi rózgi, nienawidzi swego syna (!).
Mało kto wierzy w możliwość pełnej resocjalizacji więźniów. Milcząco przyznaje się więc rację tym, którzy dążą do skutecznej (bo permanentnej) izolacji „niereformowalnych” skazańców. Ową tendencję reprezentuje ustawa amerykańskiego kongresu sprzed 6 lat, przewidująca surowe kary – i to bez możliwości ich złagodzenia – dla kryminalistów, którzy po raz trzeci popełnili poważne przestępstwo.
W to, że karą można poprawić człowieka, wątpiono zawsze. Nietzsche w „Pochodzeniu moralności” pisał: „Ogólnie mówiąc, kara czyni człowieka twardym, uodparnia go i znieczula, wzmaga koncentrację, wyostrza świadomość alienacji, wzmacnia siłę sprzeciwu.”

CZYŚCI I BRUDNI

Jakże różni mogą być więźniowie. Czasami jednego z drugim łączy tylko to, że przebywają za kratami – w zamknięciu. Poza tym – wszystko inne może ich dzielić. Wątpimy, że więzienie może poprawić człowieka, co chyba jest prawdą w stosunku do notorycznych recydywistów i większości pospolitych kryminalistów. W innych przypadkach zmiany pozostawione w psychice uwięzionego człowieka są bardziej skomplikowane i czynią więzienną transformację godną większej uwagi. Wszystko zależy od charakteru, formatu i osobowości człowieka pozbawionego wolności – także od okoliczności (i przyczyn) jego uwięzienia.
Jednych więzienie łamie, drugich umacnia. Jedni zamieniają się w zwierzęta (bo okazuje się to jedynym sposobem by przetrwać), inni chronią w sobie człowieczeństwo, zachowując wewnętrzną godność, mimo zewnętrznego upodlenia. Herling-Grudziński pisze, że najbardziej godnie i odważnie zachowywali się w sowieckich obozach ludzie wierzący. Pewnie takich miał na myśli ks. Jan Twardowski, mówiąc: „Wyobraźmy sobie więźnia łagru, niewinnie pokrzywdzonego skazańca z czystym sercem. Pije brudną wodę, je brudną ręką z brudnej skorupy, na brudnym stołku przykrytym brudną szmatą. Tyle brudu wokół niego, a on został czysty.”
Na wszystkich jednak więzienie pozostawia niezatarte piętno, deformując w jakiś sposób postrzeganą przez nich rzeczywistość. Z tego też chyba względu, niektórzy z polskich opozycjonistów pozbawionych wolności przez komunistyczne władze w czasach PRL-u, kiedy nastąpił przewrót, nie byli w stanie udźwignąć steru władzy, zdradzając nawet czasami symptomy manii prześladowczej, wykazując też skłonność do tworzenia tzw. „teorii spiskowych”, które są jednak zwykle niczym innym, jak pewną formą paranoi.
Czy można porównywać więzienie dla zwykłych przestępców z obozami faszystowskimi lub komunistycznymi, gdzie trafiali ludzie w całej swej różnorodności – często szlachetni i światli? Zresztą, nawet w pospolitym zakładzie karnym, znaleźć można wszelkie ludzkie typy.
Na ścianie więzienia w Edynburgu widniał kiedyś taki oto napis:

„Więzienie jest domem opieki,
Miejscem, gdzie nikt się nie rozwija.
Kamieniem probierczym, by sprawdzić przyjaciela.
Grobem dla tych co żyją.
Czasem to miejsce sprawiedliwości,
Czasem – miejsce krzywdy i bata.
Znajdziesz w nim złodzieja i uczciwego,
Znajdziesz ofiarę i kata.”

WIĘZIEŃ NR 1: NAWRÓCONY

Wraca co jakiś czas sprawa ukarania zabójców księdza Jerzego Popiełuszki, sprawców najsłynniejszej zbrodni politycznej w powojennej Polsce. Przypomnijmy, że w 1985 r. do więzienia trafiło czterech pracowników Służby Bezpieczeństwa: Piotrowski i Pietruszka z wyrokiem 25 lat pozbawienia wolności, Pękala – 15 lat i Chmielewski – 14 lat. Rok później, na podstawie amnestii, dwóm pierwszym zmniejszono kary do 15 lat, pozostałym – do 10 i 7 lat. Z kolei, już w następnym roku kary Piotrowskiego i Pietruszki stopniały do 10 lat, a pozostałych – do lat 6. W latach 90-tych byli już na wolności wszyscy, z wyjątkiem Piotrowskiego, którego jednakże wypuszczano co jakiś czas na przepustki.
Kilkakrotnie próbowano pociągnąć do odpowiedzialności wyższych funkcjonariuszy SB i MSW – generałów: Płatka, Ciastonia i Kiszczaka, lecz – jak wiemy – nic z tego nie wyszło.

Wraca po latach to wspomnienie dreszczu, jaki wielu z nas odczuwało patrząc na zaciętą twarz Piotrowskiego, jego bezlitosne oczy, wypowiedzi ostre, tnące i bezwzględne. Z tego człowieka emanowała wówczas siła, jaką często mają w sobie ludzie opętani złem, zaślepieni ideologią, która w ich głowach przemienia się w paranoję. Ci, którzy odczuli kiedyś grozę stalinizmu na własnej skórze, poczuli jego terror, niewątpliwie mogli przeżyć podczas procesu Piotrowskiego jakieś upiorne deja vu, reminiscencje z czasów zarazy: znowu stanęły im przed oczyma sceny z obozów, gułagów, więzień i kazamatów – ponownie zobaczyli twarze swoich katów. Natomiast ci, których w czasach stalinowskich nie było jeszcze na świecie, mieli oto przed sobą żywy relikt – obraz komunistycznego obłąkania, które wychodząc od „wzniosłych” przesłanek,”szczytnych” ideałów „dobra, sprawiedliwości, równości społecznej i szczęśliwości ludów” oraz „nowego ładu”, kończyło prześladowaniami i mordem – przypieczętowując utopię zbrodnią.

Tymczasem wpadł mi w ręce polski „Super Express”, gdzie zamieszczono wywiad, jaki reporterzy tej gazety przeprowadzili z Piotrowskim podczas jednej z jego półrocznych przepustek, która miała miejsce w 1997 roku. Wypowiedzi Piotrowskiego sprawiają rażenie wręcz pokazowych. Jeśli są szczere, nie mogą chyba nie wywołać satysfakcji – w myśl chrześcijańskiej przesłanki, iż Boga cieszy bardziej jeden nawrócony grzesznik, niż dziesięciu wiernych i cnotliwych (tezy nie do końca przeze mnie zrozumiałej, bo sprzeciwiającej się logice wymierności dobra.)

Grzegorz Piotrowski:

Grzegorz Piotrowski: „Większość służb specjalnych w Polsce żyje w świecie fikcji. Walczy za ogromne pieniądze z fikcjami wytwarzanymi na własny użytek (…) To był kabaret. Tyle, że ja myślałem, że gram w dramacie.”

Oto rozlega się donośne uderzenie w pierś własną Piotrowskiego:
„Byłem zanarkotyzowanym maniakiem. Z całą pewnością nie byłem człowiekiem zdrowym psychicznie. O tym jak myślałem może świadczyć fakt, iż byłem przekonany, że Katyń jest jedynie propagandowym wymysłem. Miałem poczucie posłannictwa. Każdy atak na Służbą Bezpieczeństwa traktowałem jak napaść na mnie samego (…) Zbrodni nie usprawiedliwia nic. Natomiast maniacy zarażeni ideologią są niesłychanie niebezpieczni (…) Więzienie jest najlepszym lekarstwem dla narkomanów, takich jak ja. Proszę mi wierzyć, ze lepszego lekarstwa nie ma.”
Jednak większość uderzeń pada na piersi cudze, głównie „firmy” i panującej w niej ideologii:
„Byłem tak mocno przesiąknięty ideologią, że nawet ryzykując skazanie na śmierć, czego chciał prokurator, postanowiłem, że trzeba bronić interesów ‘firmy’ (…) Na oczach miałem takie bardzo duże klapki. Z procesu wynikało, że zamordowanie księdza to mój wymysł, wybryk spowodowany moimi skłonnościami patologicznymi. Tak to próbowano sprzedać. A ja byłem przesiąknięty nie tylko ideologią partyjną, ale ideologią służb specjalnych. Mój umysł został ‘spacyfikowany’ mentalnością służb specjalnych.”
Niczym cała masa rewolucyjnych buntowników i ideowych prekursorów totalitaryzmu, stawiał się Piotrowski poza dobrem i złem:
„Tak, to trzeba było zrobić (tzn. ‘oczyścić’ ojczyznę z ‘wichrzycieli’ i ‘podburzaczy’ – przyp. LA). Działałem w poczuciu wyższej racji (…) Uważałem, że nawet cierpienia zadawane jednostkom są usprawiedliwione, gdy zapewniają spokój w państwie. Wówczas państwo kojarzyło mi się z władzą”.

Jak widzimy, Piotrowski przyznaje, że państwo utożsamiał z władzą, zdradzając tym samym istotę każdego państwa totalitarnego, w którym siła, przymus i władza stawiane są ponad człowiekiem (tzn. ponad człowiekiem z krwi i kości, a nie wyimaginowanym człowiekiem idealnej szczęśliwości, którą ma się osiągnąć w jakiejś bliżej nieokreślonej „świetlanej” przyszłości.”)
Morderca wypowiada się również w sprawie sumienia:
„(Oprzytomniałem), kiedy zobaczyłem w telewizji pogrzeb księdza Popiełuszki. Wstrząsnęły mną te tysiące ludzi. Dotarło do mnie wówczas, co się w istocie stało. Rodziców Popiełuszki widziałem jedynie w kilku migawkach, ale tak głęboko zapadli mi w pamięć, że bez trudu rozpoznam ich na ulicy (…) Bywały momenty, jeśli rozmawiamy szczerze, że siłą woli przywoływałem postać księdza Popiełuszki. Mówiłem do niego per ‘Jurek’. Jednak były to monologi – z tamtej strony była to tylko cisza.”
Czy mamy się w tym momencie wzruszyć? Na ile jest to wyznanie szczere, na ile wyrachowane?
Czy rzeczywiście tak cenne może być dla nas to „nawrócenie” i samokrytyka Piotrowskiego? (Nota bene, „samokrytyka” to był żelazny punkt w repertuarze komunistycznej gry i perfidii.) Jestem pewien, że gdyby układy polityczne z tamtego okresu przetrwały w niezmienionej postaci do dzisiaj, Piotrowski pozostałby przy swojej Ideologii, przy swoich Panach, przy swoim żłobie i dalej by uważał, że „cierpienia zadawane jednostkom są usprawiedliwione”, a nienawiść społeczeństwa do Służby Bezpieczeństwa to „przejaw głupoty i niezrozumienia naszej misji.”
Jego „nawrócenie” się i pokajanie jest więc niczym innym, jak kolejnym „nawróceniem” koniunkturalnym, czyli takim, które wynika z warunków zewnętrznych, a nie z własnej wewnętrznej potrzeby, ludzkich przemyśleń, głosu sumienia…
Lepsza chyba jednak taka przemiana, niż żadna.

Może się to wydać zdumiewające, ale dało się słyszeć wśród Polaków opinie świadczące o podziwie dla charakteru Piotrowskiego, dla jego „nieugiętej”, „twardej” postawy podczas procesu. Taka admiracja jest dla mnie dość wstrętna, nawet jeśli przyjmiemy, iż rzeczywiście wynikało to z żelazności charakteru esbeka. A może jednak było to efektem przeświadczenia, że mimo wszystko zbrodnia ta pozostanie bez kary? (Tak, jak bez kary pozostały inne zbrodnie komunistycznego reżimu.) Właściwie tylko przypadek sprawił, że towarzyszący Popiełuszce Chrostowski uciekł i dzięki temu wszystko wyszło na jaw.
Poza tym, gdzie ten charakter Piotrowskiego, lojalnego wobec własnych wyborów? (Choć przyznaję, że to pretensja cokolwiek przewrotna.) A może nie był to żaden podziwu godny charakter, a ordynarne zaślepienie, omamienie, poczucie bezkarności i buta? Czyli – koniec końców – bezmyślność, głupota i nikczemność. A takimi cechami charakteru trudno doprawdy się zachwycić.
Możemy odnieść wrażenie, iż – udzielając wywiadu – Piotrowski rozumuje w miarę trzeźwo i krytycznie, dochodzi jednak do mylnej konkluzji:
„Większość służb specjalnych w Polsce żyje w świecie fikcji. (Zresztą nie tylko w Polsce – przyp. autora) Walczy za ogromne pieniądze z fikcjami wytwarzanymi na własny użytek (…) To był kabaret. Czytałem ostatnio fragmenty ‘Białej Księgi’. To jest pewien przykład na to, że to jest jednak cały czas kabaret. Tyle, że ja myślałem, że gram w dramacie.”
To prawda, służby specjalne w Polsce często przypominały groteskowy, acz potworkowaty kabaret. Niestety, choć obsada artystyczna i dekoracje nieco się zmieniają, to rodzaj występów pozostaje ten sam, o czym mogliśmy się niejednokrotnie przekonać, czytając choćby wspomnianą przez Piotrowskiego „Białą Księgę” (będącą zapisem rozmów funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa), o której swego czasu było dosyć głośno. Doprawdy, lektura ta mogła wpędzić człowieka w przygnębienie. Po raz kolejny byliśmy w stanie uświadomić sobie jak małym rozumem ten świat jest rządzony – od jakich chamów, bandziorów i kretynów zależy czasem sytuacja w świecie, a tym samym jego (i nasze) losy. Śledząc polskie komentarze na temat „Białej Księgi” odnosiłem niekiedy wrażenie, iż pewnymi ludźmi w kraju nadal powoduje strach (a w najlepszym razie asekuracja), dlatego w ocenie tego arcydzieła polskiej myśli wywiadowczej są tacy ostrożni i powściągliwi. Ostatecznie, obciążona komunistycznym dziedzictwem i nawykami „bezpieka” działa do dziś, a jej macki dalej w dalszym ciągu mogą być silne, długie i chwytne.
Wróćmy jednak do Piotrowskiego i jego stwierdzenia, iż miał wrażenie, że gra w dramacie, a w rzeczywistości był to jednak kabaret. Jeśli już był to kabaret… to tylko do momentu, kiedy w tym kabarecie zamordowany został człowiek. Zdarzyła się tragedia, która farsę zamieniła w dramat. Czy rzeczywiście – do dzisiaj – Piotrowski uświadomił to sobie naprawdę?

WIĘZIEŃ NR 2: OCALONY

To była rozmowa z katem. Kolej teraz na rozmowę z ofiarą.
Harry H. Wu wiele lat swego życia spędził w laogai – chińskich obozach pracy. Zdołał w końcu wyjechać do Stanów Zjednoczonych, gdzie został dyrektorem The Laogai Research Foundation. Swego czasu odwiedził też Polskę z życzeniem, by ta potępiła laogai w sposób konkretny – a więc nie tylko moralny, ale i polityczny – zakazując jednocześnie importu produktów powstających w niewolniczych obozach pracy: „Biznesmenów zachęcam do inwestowania w Chinach, bo do nich rzadko trafiają argumenty o prawach człowieka. Przypominam jednak, że komuniści zagarnęli po rewolucji własność prywatnych przedsiębiorców krajowych i zagranicznych. Biznesmeni uczą się tylko na własnych stratach, a trzeba pamiętać, że komuniści nie wyparli się dotąd celów swojej rewolucji”.

Harry Wu:

Harry Wu: „Jeśli zejdziesz do poziomu zwierzęcia, te problemy znikają. Co cię obchodzi godność albo miłość? To są ludzkie wymysły. Czy ktoś dyskutuje z psem o znaczeniu wolności?”

Mam przed sobą niezwykle interesującą rozmowę z Harrym Wu przeprowadzoną przez Adama Szostkiewicza i opublikowaną w „Tygodniku Powszechnym”.
„Kim Pan jest? Demokratą” – pyta się rozmówca, a Harry Wu odpowiada: „Jestem człowiekiem, który ocalał z laogai. Świadkiem chińskiego koszmaru.”
Tak więc, nie zamierza się on określać politycznie, uznając za istotę swojej osobowości (i postawy) to, co ukształtowało się w nim podczas pobytu w laogai i po późniejszym ocaleniu. Okazywanych mu teraz w świecie objawów szacunku i podziwu nie bierze do siebie. Cóż on bowiem znaczy? To, że świat zna jego twarz i nazwisko liczy się tylko dlatego, że za nim kryją się imiona i twarze milionów anonimowych ludzi. Tylko dlatego ważne jest jego ocalenie. Nadal jednak w jakimś sensie czuje się więźniem – psychicznie bowiem nie opuścił tamtego świata, a jego mieszkańcy wciąż mu towarzyszą. Odzyska wolność dopiero wtedy, kiedy laogai przestaną istnieć.
Jak trafił do obozu? Jak kształtowały się jego poglądy i świadomość? Jak wygląda historia jego życia duchowego i ideowego?
To skomplikowane.
W dzieciństwie był człowiekiem bardzo religijnym, ochrzczono go gdy miał 11 lat. Był więc katolikiem. Po wybuchu rewolucji życie religijne wygasło. Zaczął studia, czytał Marksa, Lenina i Mao, chciał przyjąć ich punkt widzenia. Nawet wtedy, gdy w 1960 roku aresztowano go za „działalność kontrrewolucyjną” (ośmielił się publicznie krytykować interwencję sowiecką na Węgrzech) i wysłano go do jednego z licznych obozów „reedukacji przez pracę”, to nawet wtedy uważał, że zasłużył na karę, że nie miał racji – jak może mieć rację, skoro wszyscy dookoła myślą inaczej, niż on? („99,99% ludzi sądziło, że komunizm jest dobry, a Mao jest bogiem” – mówi Wu.)
Izolacja, dobrowolna czy narzucona, robi swoje. Zaślepia. Odbiera poczucie kierunku: „Strącają cię na dno, między żaby. Mijają lata, dziesiątki lat i zaczynasz wątpić w istnienie nieba. Prawda? Cóż jest prawda? Zaczynasz przeczyć najoczywistszym prawdom. Niebo? Nie, niebo wygląda inaczej. Przecież jesteś tylko żabą wśród innych żab.” Bunt nie ma sensu – nie ma dlań miejsca, ani uzasadnienia.
W pewnym momencie Wu przekroczył granicę między życiem a śmiercią. Groziła mu śmierć z głodu, był torturowany. W kopalni, w której pracował, miał prawie śmiertelny wypadek. W takich sytuacjach rodzi się w człowieku pytanie o sens życia: „Bo wszystko wydaje się warte tyle, co popiół z papierosa.”
Jednak istoty ludzkie różni od zwierząt wyobraźnia i nadzieja, plany, pragnienia… Życie więźnia także rządzi się nadzieją, gdyż człowiek to takie zabawne stworzenie, które – nawet jeśli nie widać znikąd żadnej nadziei – to ją sobie stwarza.
Wielu z jego towarzyszy-współwięźniów, popełniło samobójstwo. On sam próbował się zagłodzić na śmierć. Ale wybrał inny sposób wydostania się z laogai: zapomnieć, że jest się istotą ludzką – zamienić się w zwierzę: „Jeśli zejdziesz do poziomu zwierzęcia, te problemy znikają. Co cię obchodzi godność albo miłość? To są ludzkie wymysły. Czy ktoś dyskutuje z psem o znaczeniu wolności?”
Przestał więc byś człowiekiem.
W obozie modlił się tylko dwa razy: „Najpierw, na samym początku, zanim zamieniłem się w zwierzę. Wtedy jeszcze płakałem na myśl o ukochanej, o kolegach, o życiu na wolności. Później, może po półtora roku, przestałem płakać na długie lata. Po raz drugi modliłem się, kiedy mój współtowarzysz umierał z wycieńczenia, a ja czułem się moralnie współodpowiedzialny za niego i siebie: Boże, uczyli mnie, że jesteś wszechobecny. Gdzie jesteś? Giniemy tu, niewinni. Gdzie jesteś?! Krzyczałem: gdzie jesteś?! I przestałem się modlić. Kiedy mnie wypuszczono, wyjechałem do Stanów. Tam wróciłem do kościoła. Odkryłem, że Bóg jest nadal w mojej duszy.”

Wśród wypowiedzi Wu znaleźć też można fragment, który znakomicie potwierdza tezę głoszącą, że totalitaryzm ma szansę choćby tylko czasowego utrzymania się jedynie w społeczeństwie o odpowiedniej tradycji autorytaryzmu i absolutyzmu, sięgającej wieki wstecz. Podobnie było ze społeczeństwem rosyjskim, które od stuleci carat wychowywał na naród niewolniczy (dzięki czemu, do dzisiaj nie milkną głosy sceptyczne, co do szans powodzenia autentycznych przemian demokratycznych w tym kraju).
Harry Wu mówi o Chinach: „Trzeba pamiętać, że chińska kultura i tradycja nie zaczynają się w czasach komunizmu, tylko sięgają dwa – trzy tysiące lat wstecz. W konfucjanizmie nie istnieje pojęcie praw jednostki, człowiek jest częścią społeczeństwa i państwa. Wartość jednostki określa miejsce, jakie zajmuje ona w hierarchii społecznej. Wszystko, co robi władza, jest dobre i należy to akceptować. To są wyobrażenia autorytarne i taka jest też nasza tradycja państwa. Dla Chińczyków władza i system nie pochodzą od Boga, naszym emblematem jest smok. Cóż to jest smok? Nic i wszystko! Za znakiem smoka kryje się absolutna władza cesarza, dynastii, dygnitarza…, którym należy się ślepe posłuszeństwo. Komunizm czerpie z tej tradycji, choć jego ideologia jest produktem Zachodu. A konfucjanizm i buddyzm były popierane przez państwo, bo potwierdzały przekonanie, że człowiek zasłużył sobie na swój los, a jego pozycja społeczna jest z góry przesądzona. Lecz Chińczycy nie buntowali się przeciwko komunizmowi nie tylko z tych powodów, lecz także ze strachu. Strach towarzyszył nam od wieków. Karą za wystąpienie przeciwko cesarzowi była nie tylko śmierć buntownika. Zagłada spadała na całą jego rodzinę. To samo zdarzyło się w epoce Mao. Bezwzględne represje polityczne są częścią naszej tradycji. W Chinach komunistycznych zmuszano ludzi z otoczenia skazanego, do jego potępienia.”
Warto o tym wszystkim pamiętać, podniecając się obecnym tempem wzrostu chińskiej potęgi.

*