WE MGLE…

 

Nie pytaj komu płonie znicz.
Płonie on tobie.


* * *
Znicze…
W cierpieniu i smutku jesteśmy jak dzieci, które hipnotycznie wpatrują się w płonący ogień.
Czujemy wtedy jak coś nas ku niemu przyciąga.

* * *
Wszyscy stoimy w kolejce do śmierci.
Czasem ktoś się z tej kolejki wyłamuje.
I to wyprowadza nas z równowagi.

* * *
Jeśli Bóg jest mądry, miłosierny i sprawiedliwy, to nie można mówić, że to On właśnie zsyła na nas tragedie i niewypowiedziany ból.
Tak samo, jak nie można mówić, że chroni nas przed nieszczęściem.
Najlepiej jest więc nie mieszać Boga do niczego.
Tak jak i On się do nas (już?) nie miesza.

Jeśli ktoś uważa, że Bóg ingeruje w nasz świat i nasze życie, to w takim razie można Go osądzać wedle tego, co się dzieje w świecie i w naszym życiu.
A to co się dzieje, nie pozwoliłoby nazwać go Sprawiedliwym.
Ani tym bardziej Miłosiernym.

Nie wspominając już o tym, że uznanie za prawdę tego, iż w świecie realizowany jest „plan boży”, kłóci się z pojęciem „wolnej woli”. Podobnie zresztą, jak sensu „wolnej woli” człowieka pozbawiałoby także działanie boskiej Opatrzności i predestynacja (czyli przeznaczenie).

Czy wobec tego wszystkiego może dziwić, że często błądzimy jak to dziecko we mgle?

* * *
Zwykle ciosy, które w nas godzą, uznajemy za sprawę „zawistnego losu”, by nie obarczać nimi Boga.
Jednak są i tacy, którzy owe „ciosy” i nieszczęścia uważają za bożą Łaskę (by nie pozbyć się wiary w to, iż chroni ich boża Opatrzność).

* * *
Słowa „los” jako synonimu Boga, używają zarówno ludzie wierzący, jak i niewierzący.
Zaskakująca jednomyślność.

* * *
Jaki sens ma nasza modlitwa wobec milionów modlitw niewysłuchanych i nie spełnionych?
Mobilizację drzemiących w nas sił i możliwości? Komfort dla naszego mózgu i nerwów?
Niwątpliwie tak – i to jest niezbywalna racja, dla której modlitwę można uznać za coś niezwykle ważnego i istotnego w życiu (nie tylko wewnętrznym) człowieka.
Lecz człowiek modlący nie może się zgodzić na takie racjonalne podejście do modlitwy, którą uważa za „rozmowę” z Bogiem. I zakłada, że Bóg nie tylko go wysłucha, ale i również spełni jego prośby.
Jednak czy zdaje sobie wówczas sprawę z tego, jak bardzo ta postawa jest postawą egoistyczną?
Dlaczegóż to Bóg powinien spełnić właśnie jego prośbę, a nie tysięcy – czy też milionów – innych ludzi (ani nie lepszych, ani nie gorszych od niego)?

Człowiek, modląc się, przywołuje siostrę Modlitwy – Nadzieję, bo bez niej nie tylko nie mógłby się modlić, ale i żyć.

* * *
10. 04. 2010.
Fatum, klątwa, przeznaczenie, spisek, chichot historii, pech… ?
Czy może po prostu mgła?
Albo za bardzo przechylone skrzydło?
Jakiś ludzki błąd, nieopatrzna decyzja?

* * *
10. 04. 2010 zdarza się każego dnia.
Czy zdajemy sobie z tego sprawę?

(Nie, ponieważ życie ma, mimo wszystko, większą władzę nad nami niż śmierć, a nadzieja większą niż rozpacz.)
Tragizm istnienia uświadamiamy sobie na raty – w takich jednorazowych wstrząsach.
(Podobnie jak naszą śmiertelność… Na codzień jesteśmy przecież nieśmiertelni.)

* * *
Prawdziwa rozpacz nie zna nadziei.

Rozpacz może ustąpić tylko wtedy, kiedy jej miejsce zajmie nadzieja.

* * *
Mówi się: „Śmiej się, a świat będzie się śmiał z tobą. Płacz, a będzisz płakał samotnie.”
A jednak czasem jest zupełnie na odwrót.

* * *
Urzędy, władza, ceremoniał, ważność, …
Wpojona jest nam bezduszna hierarchia: śmierć prezydenta jest dla nas ważniejsza, niż śmierć stewardessy.

Tak, jakbyśmy nadal byli stadem (zwanym po ludzku społeczeństwem), którego przywódca jest ważniejszy od osobnika w t(y)le.

Także: w świecie opętanym przekazem informacji, ważniejszy jest ten, kto jest „większy” medialnie.

* * *
Słowa, słowa, słowa…
Zaklinamy, przeklinamy, opisujemy, wyjaśniamy…
A czasem najlepiej byłoby zachować milczenie… ale to już się chyba nie da.
Nie po to ćwiczyliśmy się w mowie i językach od tysięcy pokoleń.

Myślimy, że słowa zdolne są nas obronić.
A one zbyt często nas jednak zdradzają.

Lecz mimo wszystko, przynoszą nam również ulgę. I próbują wyrazić… choćby skargę.

Wypowiedziane wobec pustego kosmosu będą się błąkać wiecznie… wśród gorącej obojętności płonących gwiazd i mroźnej obojętności lodowych komet.
(Niczym wyrzut sumienia Wielkiego Eksperymentatora?)

* * *
Ręka dotykająca trumny. Łzy.
Rozpacz dziecka, które traci nagle oboje rodziców…
– więźnie w gardle, dusi wszelkie słowa.

* * *

 

Zdjęcie własne: wejście do jednego z grobowców na paryskim cmentarzu Père Lachaise.