Z TOSKANII DO TOKIO („Like Someone in Love”, reż. Abbas Kiarostami)

Starość i młodość ulegają wzajemnej atrakcji? – legendarny irański reżyser tym razem jedzie ze swoją kamerą do Tokio. (Na zdjęciu: Tadashi Okuno i Rin Takanashi w najnowszym filmie Abbasa Kiarostamiego „Like Someone in Love”)

*

Również Abbas Kiarostami uważa, że do prawdy można się w sztuce zbliżyć jedynie poprzez kłamstwo.
Czy więc jego film „Like Someone in Love” mamy traktować jak jedno wielkie kłamstwo? W takim razie co w tym wszystkim, co o filmie pomyślimy, będzie prawdą?

A może całe nasze życie jest kłamstwem? Podobnie jak kłamstwem jest świat, który nas otacza – albo kultura, którą tworzymy? Może od życia w kłamstwie nie możemy uciec – bo wszystko dookoła nas jest iluzją i fałszem. A może to nie są kłamstwa, tylko złudzenia – jakieś nasze wirtualne konstrukcje? Bo do prawdziwej podszewki rzeczywistości nie jesteśmy w stanie dotrzeć? Bo tak naprawdę błądzimy we mgle i wszystko co  widzimy jest przez to jedynie ułudą? Gdyż prawdy nie możemy poznać, a nawet jeśli ją poznamy, to nie możemy jej pojąć? I tylko pozostaje nam ślizganie się po powierzchni rzeczy i zjawisk – przybieranie dobrej miny do złej (bo niepewnej) gry; udawanie, że to wszystko nas zaspokaja i kontentuje, interesuje i zajmuje – że dobrze jest jak jest, a jeśli jest źle, to damy sobie z tym radę za pomocą jakieś wiary, która właściwie może być wiarą w cokolwiek, co jest nas w stanie na powierzchni życia utrzymać.  Albo przysposobić nas do wchłonięcia przez nicość?

Czy przed kłamstwem możemy się uchronić tylko wtedy, kiedy zaczniemy udawać, że jest ono prawdą? Albo kiedy zaprzestaniemy wszelkich dociekań i nie będziemy zadawali żadnych pytań?

Co robi uznany (za wielkiego artystę) reżyser, który zderza się z tego typu dylematami, walczy długo z materią kłamstwa, by przedstawić je jako prawdę (co według jego przekonania jest synonimem tworzenia sztuki); eksperymentuje ze zwodzącą nas percepcją świata (a tym samym i filmu), by dotrzeć do naszego serca, nerwów i mózgu? I zaczyna wątpić nie tylko w siebie, ale przede wszystkim w samą sztukę – jak np. Béla Tarr, który oświadczył nie tak dawno, że zrywa z kinem? Albo zaczyna kwestionować sens swojej twórczości, tudzież samą zasadność zajmowania się kinem – jak to było choćby w przypadku Krzysztofa Kieślowskiego, który pod koniec życia, kiedy był już sławnym i wydawałoby się spełnionym reżyserem, wyznał, że wolałby jednak być… chirurgiem, bo to zajęcie bardziej pożyteczne i konkretniejsze od kręcenia filmów?
A może ucieka się do prostoty, rezygnuje z artystycznego rozgadania, minimalizuje środki wyrazu, wycisza się i urefleksyjnia, uspokaja nasze (a przy tym własne) zmysły… i być może wcale nie chce nas zmuszać do myślenia?  Albo wręcz przeciwnie: w zawoalowany sposób sam stawia pytania, ale już próbę odpowiedzi pozostawia nam samym – jak to właśnie zrobił Abbas Kiarostami w swoim najnowszym, nakręconym w Japonii filmie, „Like Someone in Love”?

Ktoś złośliwy mógłby obraz ten nazwać celofanowym świecidełkiem (tak się wyrażano o filmach Kieślowskiego, które film Kiarostamiego mi przypominał); albo cukierkiem owiniętym w kolorowy papierek (rzeczywiście forma w jaką oprawił swój obrazek Kiarostami jest bez mała słodka a w prostocie swojej niemal perfekcyjna); albo błahym filmem o niczym, któremu sens i znaczenie nadaje dopiero sam widz. Jeśli jednak poddamy się lekkiej fali, jaką wzbudza Kiarostami swoim filmem w naszym wnętrzu, poruszając znajdującą się tam wrażliwość, to obcowanie z „Like Someone in Love” może się okazać nader satysfakcjonującym doświadczeniem.

Rin Takanashi

Choć wydawałoby się, że spotkanie starego acz sympatycznego profesora (Tadashi Okunoz) z prostytutką może być początkiem czegoś ekscytującego i mimo wszystko pikantnego, to sposób w jaki przedstawia nam to Kiarostami bardziej przypomina filmową etiudę – grzeczną anegdotkę może nawet ciepłą zupkę (nie bez kozery dziadziu upichcił na tę okazję krewetkowe udon, którą chciał poczęstować dziewczynę). A jednak w otoczeniu przytulnej biblioteki wiekowego erudyty i przy dźwiękach nastrojowej, snującej się po mieszkaniu muzyki (Ella Fitzgerald), wszystko zaczyna nabierać lekko wyrafinowanego smaczku i atmosfery jakiejś wyższej jakości: moment, w którym profesor i dziewczyna poznają się, prowadząc pełną wdzięku rozmowę (znakomita gra Rin Takanashi – kobiety pięknej i pełnej tutaj dziewczęcego uroku), to scena bardzo ujmująca, mogąca niejako stanowić emocjonalny klucz do ogarnięcia całego obrazu. Jednak z czasem ciepło nagromadzone w tym filmie zaczyna się ulatniać, a gdzieś z drugiego planu dociera do nas chłód i przeczucie tego, że może zdarzyć się coś złego. Głównie za sprawą gwałtownego i nieobliczalnego narzeczonego dziewczyny, który stopniowo zaczyna wprowadzać do filmu atmosferę niepokoju i napięcia, co jest przez nas wyczuwalne nawet wtedy, kiedy nie widzimy go na ekranie. Kiarostami stosuje tutaj również tak charakterystyczny dla siebie sposób otaczania swoich postaci enigmą, niedopowiedzeniem, aluzyjnością… Mamy wrażenie, iż dochodzi przy tym do tajemniczego przenikania się ludzkich tożsamości, tak, że do końca nie wiemy kto jest kim – a za to qui pro quo odpowiedzialne są jakieś nieznane siły, które za pomocą niewidzialnych sznurków (lub tzw. „przypadku”) poruszają ludźmi, niczym marionetkami (nota bene podobnie było w filmach Kieślowskiego). Przypomina to nieco poprzedni film Kiarostamiego „Zapiski z Toskanii”. (Jak widać reżyser na dobre opuścił swój rodzinny kraj, którym jest Iran i równie dobrze kręci mu się filmy w tak różnych miejscach jak Włochy i Japonia. Ale czy to oznacza, że stał się kosmopolitą? Bynajmniej. Zważywszy na jego wcześniejsze przywiązanie do tematyki irańskiej, nie wydaje mi się to prawdopodobne.)

Kiarostami wykorzystuje w „Like Someone in Love” cały wachlarz chwytów tzw. slow cinema: przeciągające się ujęcia, w których właściwie nic się nie dzieje; długie zbliżenia twarzy, unieruchomienie kamery rejestrującej zupełnie banalne zachowania, rozmowy i przedmioty, mechaniczną monotonię poruszających się wycieraczek samochodowych… etc. Może właśnie dzięki temu minimalizmowi – dzięki oszczędności i skąpstwu ukazywanej nam na ekranie treści – reżyser prowokuje nas do nadawania znaczenia czemuś, na co poza kinową salą – i w innych warunkach – zupełnie nie zwrócilibyśmy uwagi? Lecz oto magia najsłynniejszego i „największego” reżysera Bliskiego Wschodu powoduje, że zaczynamy to odbierać jako coś szczególnego, pietycznego, może nawet… metafizycznego? (Tutaj również przypomina mi się nadbudowa „metafizyki cieknącego kranu” w przeestetyzowanych obrazach Kieślowskiego). Tak więc codzienność zaczyna w naszych oczach nabierać znamion niecodzienności, powierzchowna zwyczajność – estetycznej wartości, a banał – ważności. Może właśnie dlatego po premierze filmu w Cannes nie udało się ponoć uciszyć gwizdów i buczenia malkontentów, nie zważających na pozycję i renomę Kiarostamiego we współczesnym kinie? Nie wszystkim więc w Cannes snobizm i układy zamykają usta – i nie wszyscy nabierają w nie wody. Ja bym nie gwizdał (w końcu sala kinowa to nie sportowy stadion) ale nie dlatego, że takie zachowanie przypomina mi zwykłe chuligaństwo. Nie przyłączyłbym się do tego towarzystwa po prostu dlatego, że udało mi się jednak z czasem „Like Someone in Love” polubić. I nie musiałem się posiłkować przy tym żadnym snobizmem.

greydot

PS. Film obejrzany w ramach trwającego w Chicago 48. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego. O innym festiwalowym filmie („Za wzgórzami” Cristiana Mungiu) przeczytać można TUTAJ.