PASZKWIL SASNALÓW – czyli sztuka zagląda do polskiego szamba

o filmie Anki i Wilhelma Sasnalów „Z daleka widok jest piękny”

*

„Z daleka widok jest piękny”… a z bliska widać tylko i czuć szambo – polska rzeczywistość wg Anki i Wilhelma Sasnalów

*

skandal czy objawienie?

Jeden z najbardziej obrzydliwych filmów, jakie widziałem w swoim życiu. Jeśli wywołanie takiej abominacji było zamiarem Anki i Wilhelma Sasnalów, którzy film wyreżyserowali, to udało im się ten cel osiągnąć z nawiązką.
I niestety, „Z daleka widok jest piękny” nie jest li tylko jakimś amatorskim kuriozum zepchniętym na margines polskiego życia kulturalnego. Nie, o filmie pisały właściwie wszystkie ważniejsze krajowe periodyki (nota bene najczęściej w tonacji pozytywnej), a na ubiegłorocznym wrocławskim przeglądzie Nowe Horyzonty, film Sasnalów zdobył główną nagrodę w Konkursie Nowe Filmy Polskie (wygrywając z takimi filmami, jak np. „Lęk wysokości”, „Sala samobójców”, „Młyn i krzyż”).
Trochę mi się to wszystko nie mieści w głowie, a nawet gotów jestem uznać to za pewien skandal. Tym bardziej, że – w moim odczuciu – bzdur powypisywano z okazji tego filmu co niemiara. Nie wspominając o snobistycznym zaczadzeniu, które sprawiło, że pewne obiegowe, a bezmyślne w w swej istocie opinie i komunały, powtarzano niczym jakąś mantrę, (co zresztą w przypadku sztuki współczesnej nie stanowi żadnego novum).
Nie chciałbym jednak występować tu w roli jedynego sprawiedliwego i mądrali, który sam jest nieomylny, podczas gdy wszyscy inni dookoła niego się mylą. Nie. Po pierwsze: wbrew pozorom nie jestem w swoim sądzie taki osamotniony, tyle że zbliżone do mojej opinie zostały stłumione, nie mając takiej siły przebicia czy elokwencji – zwłaszcza wobec oficjalnej salonowej glorii wielkiego osiągnięcia artystycznego, jakim ponoć jest obraz Sasnalów. Po drugie: chciałbym moje zdanie podeprzeć w miarę rzetelnymi argumentami. Mam nadzieję, że mi się to uda.

koszmarny dom i rzeczne trupy

Każda właściwie scena filmu realizowana jest tak, by wywołać u widza wstręt. Wprawdzie nie uważam, że dyskomfort jest tym, czego w kinie powinno się unikać za wszelką cenę (wręcz przeciwnie: cenię filmy, które mnie w jakiś sposób uwierają, burzą, wstrząsają i wytrącają moje myślenie z utartego szlaku), to jednak nagromadzenie obrzydliwości, tudzież radykalna wybiórczość twórców „Widoku” i skupienie się tylko na ohydzie drzemiącej w ludzkiej naturze, okazało się dla mnie niestrawne, przepełniając miarę mojej tolerancji na licencję… pożal się tu Boże – „poetycką”. Na domiar złego uznano to za coś, co niesie prawdę „uniwersalną” – co nie tylko stanowi komentarz dla naszej rzeczywistości (zarówno współczesności, jak i niedawnej historii naszego kraju) ale jest wręcz czymś reprezentatywnym dla polskich realiów.

Oto poznajemy polską rodzinę żyjącą (a właściwie egzystującą w sposób na poły zwierzęcy) na wsi w czymś co przypomina skrzyżowanie rozsypującej się ruiny z brudną oborą, otoczoną walającym się wszędzie złomem i gruzowiskiem. Syn zajmuje się gromadzeniem starych samochodowych wraków na złom, pomaga mu w tym starzejący się ojciec, (którego myśli się posłać w odstawkę, kiedy tylko zabraknie mu sił); niepoczytalna matka wyje czasami przez okno, podgląda kąpiącego się nago syna i obsikuje mieszkanie, gdzie się tylko da, śpiąc na dodatek w zlanym moczem, i rojącym się od robactwa wyrze. Wszyscy lepią się od brudu, klną na potęgę, palą bez przerwy papierochy i żłopią piwo – owłosieni, zapuszczeni, ubrani w jakieś wytarte szmaty… Kiedy jedzą – a właściwie żrą – to siorbią, mlaskają, prychają i wydają z siebie jakieś pomruki – warczą lub odzywają się do siebie półgębkiem. Tuż obok łapią się na lep i zdychają muchy. Syn ma kochankę – którą sprowadza do domu w miejsce matki (oddanej w końcu do domu starców). Ta, nie wiedzieć dlaczego, truje po kolei wszystkie wiejskie psy. Jej gach („hurtownik jebany”) w każdej okolicznej wsi „sika spermą” (to wyrażenia sklepikarki, która ma z nim dziecko). Kiedy zaś znika, wszyscy sąsiedzi rzucają się na jego nędzną zagrodę, rozkradają i demolują cały dom – a czego nie dają rady rozgrabić to palą, wzniecając nocą wielkie ognisko, w którym grzeją swoje wieśniacze gęby… Podobny opis mógłbym jeszcze ciągnąć dalej, ale litościwie oszczędzę tego zabłąkanym tu ewentualnie czytelnikom. Choć wypada mi jednak wspomnieć jeszcze o żydowskich trupach, które od czasów ostatniej wojny leżą na dnie okolicznej rzeki (bo ponoć stanowić to ma klucz do zrozumienia filmu).

kwestia żydowska a natura polska

Sasnal, być może zreflektowawszy się nieco i skonfrontowany z zarzutami, jakie się po premierze jego filmu podniosły, w jednym ze swoich wywiadów zaznaczył, że nie można jego filmu uważać za obraz polskiej wsi, a odniesienia do książek Grossa są raczej przypadkowe i poczynione mimochodem.
Niestety, ja sobie dobrze przypominam to, co Sasnsalowie mówili wcześniej, jeszcze przed promocją swojego filmu. Najlepiej jednak będzie, kiedy oddam głos im samym. Oto fragmenty wywiadu z twórcami „Widoku” opublikowanego w polskim „Neewsweeku”:

Newsweek: Nie zamierzamy się tłumaczyć z naszego filmu!”mówią Wilhelm i Anka Sasnalowie. Światowej sławy artysta (Wilhelm Sasnal jest malarzem, którego obrazy znajdują się w kolekcjach największych galerii sztuki współczesnej na świecie – przyp. LA) nakręcił z żoną film odnoszący się  do sprawy Jedwabnego i trudnych stosunków polsko-żydowskich. (…) Jak zareagowaliście na „Sąsiadów” Jana Grossa?
Wilhelm Sasnal: U mnie była wściekłość, poczucie winy i wstyd, że to się wydarzyło tutaj. (…) O książkach Grossa mówi się, że Żyd napisał o Polakach. (…) A to Polak mówi o Polakach. I powinniśmy się w końcu sobą zająć, a nie dyskutować o „żydowskim diable Grossie”.
Newsweek: No tak, ale do czego ta dyskusja miałaby prowadzić?
W.S.: Kręcąc film „Z daleka widok jest piękny”, zrobiliśmy to, co mogliśmy dla nas samych. Nie zatrzymaliśmy się wpół drogi, szukając jaśniejszej strony – sprawiedliwego, który uratuje nasz honor i pozwoli widzowi się za niego schować. Pokazaliśmy, że kanalia może być w każdym z nas. (…) Ale film nie jest tylko o tym. Jest o chciwości. O zapychaniu wilczego gardła. O tym, że nigdy nie mamy dość. O biologicznym odruchu. O polskiej naturze.
Newsweek: Obraz polskiej wsi” – tak pisano po festiwalu Nowe Horyzonty, gdzie film miał premierę i został nagrodzony w konkursie Nowe Filmy Polskie. Ale widzowie zarzucali wam, że to jednostronny obraz. Ile jest w nim dokumentalnej prawdy?
Anka Sasnal: Zarzucają nam, że pokazujemy brutalny obraz wsi, a tam było jeszcze gorzej. (…)
Newsweek: Wasz film ogląda się bardziej jak dokument niż fabułę. Może stąd zarzuty o brutalność obrazu?
A.S.: Zrobiliśmy dokumentację i to jest twardy, reportażowy zapis. Na nim bazowaliśmy, tworząc filmową rzeczywistość. (…) Nie chcieliśmy szukać przeciwwagi dla zachowania naszych bohaterów, dla tej brutalnej rzeczywistości i zła, o którym opowiadamy. Nie musi być żadnego światełka, żadnego pozytywnego bohatera.
Newsweek: To chyba pierwszy polski film tak ostro poruszający temat pogromu Żydów, polskiego szabrownictwa. W jednej ze scen mówi się o topieniu nie-Polaków w czasie wojny.
W.S.: Ale to nie jest tak, że pojechaliśmy na wieś zrobić film z gotową historią i z tym wszystkim, co wiemy. Pojechaliśmy do Zielonej, żeby poznać bliżej to, co widzieliśmy, jeżdżąc z Tarnowa do Krakowa. Porozmawiać, poobserwować. Tam ludzie żyją blisko ziemi, w pierwotny sposób, wszystko zostaje wykorzystane maksymalnie, przetworzone. Podczas jednej z pierwszych wizyt zobaczyliśmy ten rozpiernicz w gospodarstwie, dalej była rzeka, stanęliśmy na wale. Wystarczyło 200 metrów, żeby to wyglądało pięknie… Przy którejś z kolei wizycie obserwowałem faceta, który przywiózł resztki muru z domu zburzonego w sąsiedniej wiosce i wydłubywał cegły, żeby zbudować kurnik. Wtedy nam się to wszystko złożyło w całość, skojarzyło z Grossem.
A.S.: A kilka scen, które planowaliśmy, nie weszło do filmu, bo były zbyt atrakcyjne wizualnie i zbyt dosłowne. A my chcieliśmy zrobić trudny film, chcieliśmy, żeby się go ciężko oglądało.
Newsweek: Dlaczego?
W.S.: No, ktoś to musi robić! Jedwabne, książki Grossa… Teraz ten temat stał się dominujący w dyskusji młodej polskiej inteligencji, ale, niestety, często jest poruszany nie ze względu na wagę, ale dlatego, że jest modny. Dyskusja toczy się na polu sztuki, kultury, wśród ludzi takich jak my, na polu oderwanym od rzeczywistości.

(Cały wywiad przeczytać można TUTAJ.)

prawda czy zmyślenie?

Ciekawe jest zapętlenie tego ostatniego zdania wygłoszonego przez Sasnala: ma on pretensje, że dyskusja na trudne tematy toczy się w kraju na polu sztuki, kultury, wśród ludzi takich, jak on (i jego żona) –  i zaraz przyznaje, że jest to pole oderwane od rzeczywistości. (Czy aby jednak tym sposobem artysta nie strzela sobie we własną stopę?) Z drugiej zaś strony sugeruje się w wywiadzie, że dopiero taki film jak „Z daleka widok jest piękny” dociera do prawdy i sedna rzeczywistości („wasz film ogląda się bardziej jak dokument niż fabułę. (…) Zrobiliśmy dokumentację i to jest twardy, reportażowy zapis”) i że „jest to pierwsze (tak) odważne dzieło” poruszające niewygodne dla Polaków sprawy.

Tutaj rodzi się zasadnicza kwestia: czy zanurzając się w szambie, (które de facto jest jednak przez samych Sasnalów stworzone) można twierdzić, że jest ono sednem otaczającej nas rzeczywistości? I że w ten oto sposób objawiona zostaje prawda o polskiej wsi i szerzej: o naturze Polaków? A może jednak za pośrednictwem tego filmu objawia się bardziej prawda o samych twórcach i ich sposobie postrzegania otaczającego świata? (zwłaszcza, że „kanalia może być w każdym z  nas” – jak wyznał sam Sasnal) Ciekawi mnie jeszcze to, jak Sasnalowie mogą teraz spojrzeć w oczy mieszkańcom jednej z podkrakowskich wsi, którzy przez dwa lata udzielali im swojej gościny. (Anka: „Spędziliśmy dwa lata na dokumentacji we wsi Zielona, tam, gdzie dzieje się akcja. Podglądaliśmy. Opowiadana historia jest wypadkową naszych doświadczeń i obserwacji.”)

Niestety, mimo stwierdzeń samych twórców „Widoku” (typu: „To miał być film o pewnym rodzaju pożądliwości. I w tym kontekście jest to pożądliwość spełniona, która ma swoje źródło w historii polsko-żydowskiej, historii szabrów i pogromów”) odwoływanie się przy omawianiu tego filmu do kwestii żydowskiej, wydaje mi się być cokolwiek kuriozalne. Bowiem w filmie Sasnalów pada zaledwie kilka słów nawiązujących do pewnego tragicznego epizodu z czasów wojny i… to właściwie wszystko. Nic więcej tam nie ma, co by sugerowało ponoć wrodzony, tradycyjnie-narodowy antysemityzm Polaków. Dlaczego więc wskazuje się na to, jak na meritum – główną kwestię filmu? Dlaczego wokół tego buduje się aurę demaskowania rzekomej prawdy o polskim narodzie en gros? Czy nie jest to swego rodzaju „czarna” promocja filmu? A może po prostu uleganie swoistej koniunkturze i modzie na posypywanie swojej (a często tak naprawdę cudzej – np. polskiego motłochu) głowy popiołem, tudzież bicia się we własne/cudze piersi – co daje się zauważyć od kilku lat w Polsce? I Sasnalowie mają przy tym czelność twierdzić, że oni wcale tej modzie nie ulegają – mimo że ich „Widok” świadczy o czymś zupełnie przeciwnym (może nawet o zwyczajnej chęci zaistnienia dzięki temu w salonach i galeriach sztuki, co jakby nie było wiąże się zwykle z sutym profitem – i niech nikt mi tu nie mówi, że „kasa” nie jest częstym dopingiem współczesnych „artystów”).
Trudno w takim kontekście mieć za złe tym, którzy jakoś nie mogą znaleźć przykładów podobnych zachowań wśród Żydów, pytając: czy sami Żydzi nakręcili choć jeden film o poczynaniach żydowskiej policji w czasie niemieckiej okupacji? Czy widział ktoś film o roli komunistów-Żydów prześladujących i mordujących w sowieckich (i polskich) kazamatach ich braci znad Bugu, Niemna i Wisły? A może tak zrealizować film o łódzkim getcie i o Chaimie Rumowskim, który był tam panem życia i śmierci? (Toż pod względem filmowym trudno o bardziej atrakcyjny materiał!).  Ale nie – tego się nie zrobi, bo w czyim to miałoby być interesie?

Tak, zdaję sobie sprawę, że pisząc to wszystko mogę zostać przypisany do grupy zaciekłych i zacietrzewionych antysemitów, tudzież skojarzy się mnie z obozem nacjonalistycznych oszołomów przewrażliwionych na swoim punkcie, ale… może ktoś z tych gotowych to uczynić, wykaże mi w którym miejscu się mylę? Muszę jednak zaznaczyć, iż nie zamierzam bynajmniej udowadniać, że żyrafa jest słoniem. I wcale nie piszę o tym dlatego, że trzęsę się oburzony widząc, jak szkaluje się dobre imię mojej Ojczyzny. Nie o to mi chodzi. Bardziej mi zależy na pewnej rzetelności, jaka moim zdaniem powinna cechować zarówno artystę, jak i tych, którzy komentują i recenzują jego twórczość. A Sasnalowie, nie dość, że tak naprawdę niczego wartościowego do wspomnianych dyskursów swym filmem nie wnieśli, to na dodatek umocnili nim i pogłębili istniejące już stereotypy, bawiąc się przy tym w jakieś plastyczne ekstrawagancje i formalną pseudo-awangardowość.

tęsknota za arogancją

Może rzeczywiście niepotrzebnie zabrnąłem w tym wszystkim w sprawy… nazwijmy je: polityczno-awanturnicze, które tylko jątrzą, dolewają oliwy do ognia i zaostrzają podziały. Ale z drugiej strony, zajmując się filmem Anki i Wilhelma Sasnalów, nie sposób jest ich uniknąć. Bo należą jednak one do istoty tego, co się wokół tego filmu działo.
Ale co ze stroną artystyczną „Widoku” – może by tak zakończyć ten temat odnosząc się stricte do samej sztuki?

Ja nie zauważyłem ściślejszych związków między filmowym obrazem Sasnala a jego malarstwem, które ma w sobie pewną plakatowość, może nawet komiksowość, opiera się na konturze i znaku, jest na swój sposób aseptyczne i odseparowane od rzeczywistości, którą nie tyle odtwarza, co schematyzuje. Natomiast filmowy „Widok” jest naturalistyczny, zanurzony w miazdze życia, gęsty i mięsisty, barwnie nasycony, mimo swych ciemni bawiący się światłem. Innymi słowy: wcale nie taki oszczędny plastycznie, jak to sugerowano w recenzjach. Pewnych podobieństw można się jednak dopatrzeć w sposobie kadrowania obrazu, w wyborze punktu obserwacyjnego, sposobie rozwijania perspektywy czy w kompozycyjnych uproszczeniach. (Właśnie… czy aby jednak uproszczenie i schemat nie są tym co łączy obrazy Sasnala z jego filmem?) Bo postacie ukazane przez Sasnalów w „Widoku” wydają się być jak marionetki – odpsychologizowane, jednowymiarowe, poruszane przez własne odruchy i instynkty, pozbawione możliwości jakiejkolwiek autorefleksji… powolne jakimś (wspólnotowym, stadnym?) mechanizmom.

Czy zważywszy na to wszystko, można uznać omawiany tu film za adekwatny środek do tego, by komentować jakąkolwiek społeczną rzeczywistość, a tym bardziej ukazywać newralgiczne sploty wiążące się z narodową historią, dotykające tzw. narodowego charakteru, a ogólniej – odnoszące się do ludzkiej natury, uniwersalizujące egzystencjalne doświadczenie człowieka i obnażające jego ponoć prawdziwą – niezbyt jednak ludzką – twarz?
Nie sądzę. Jeśli już, to można – po raz kolejny zresztą – dojść do wniosku o jałowości wielkich obszarów sztuki współczesnej, która bawi się i gra sama ze sobą, kręcąc się przy tym jak pies chcący pochwycić własny ogon. Sztuki, która tak naprawdę nie ma nic ważnego do powiedzenia (Wilhelm Sasnal o sposobie, w jaki podszedł do realizacji swojego filmu: „nie ważne jest co [się pokazuje], tylko jak”). A na dodatek jest zadufana w sobie, uważając, że jej wszystko wolno (Sasnal raz jeszcze: „To, co nas najbardziej drażni w kinie, to brak pewnej podstawowej swobody, dezynwoltury, arogancji w podejściu do filmowej formy”.) I tutaj wyszło szydło z worka: Sasnalowie robiąc swój film chcieli być aroganccy. Co im się bez wątpienia udało.

coda

Nie wiem, być może arogancja stała się dzisiaj cechą podziwianą i pożądaną? I chodzi tylko o to, by zwrócić na siebie uwagę – nie ważne właściwie czym, tylko jak – i żeby było skutecznie. A ja wykazałem się naiwnością, starając się podejść do filmu uważniej i potraktować go bardziej serio, bo uważałem, że tak będzie uczciwiej. Szkoda tylko, że – jak się okazało – sami twórcy nie podeszli do odbiorców swojego dzieła z należną estymą, dmuchając w medialnego kogutka akurat z takiej strony, jaka im była w danej chwili bardziej wygodna – i prowokując tym innych do wypisywania i wygadywania wszystkiego, co tylko im ślina na język przyniosła.
Tak więc: raz mówili, że to prawie reportaż i dokument, to znów, że wszystko tu jest umowne i zmyślone; raz – że na ekranie pokazali to, co zastali na wsi pod Krakowem, to znów, że nie jest to jednak obraz polskiej wsi; raz – że w tym wszystkim dużo z Grossa i że ich film to przyczynek do debaty na temat polskiego antysemityzmu, to znów, że wcale nie chcieli wywoływać żadnych upiorów z przeszłości i że ten Gross to jest tylko tak mimo; raz sugerowali, może nawet insynuowali, to znów się odżegnywali i wykręcali…
A kiedy słyszę Sasnala jak mówi, że nie ważne co się pokazuje, tylko jak się pokazuje, to… cóż ja mogę więcej zrobić, jak tylko bezradnie rozłożyć ręce i przestać wreszcie stukać w te cholerne klawisze?

greydot