SAN FRANCISCO, albo o misjach, złocie, pożarach i trzęsieniu ziemi

.

Kiedy mowa o historii San Francisco, słyszy się zazwyczaj o tym, że na początku byli hiszpańscy konkwistadorzy, zaraz później misjonarze, a następnie złoto. Jest to prawda, lecz niepełna. rzeczywiście gorączka złota przed 15o laty przyczyniła się wielce do kalifornijskiego boomu, a szczególnie do znacznego rozkwitu San Francisco. Jednak w międzyczasie wiele innych czynników i wydarzeń kształtowało KalifornięTak naprawdę – podobnie jak w przypadku każdego innego miejsca w Ameryce – na początku byli tu Indianie. Przez kilkanaście tysięcy lat żyli na Zachodnim Wybrzeżu w zgodzie z naturą, respektując siły, od których, od których zależało ich życie i powodzenie. Tak było aż do czasu, kiedy pojawił się biały człowiek, a wraz z nim jego agresywna ekspansja, choroby zakaźne, pogoń za złotem i bogactwami, lecz także i za chlebem.

.

San Francisco

San Francisco (wiktoriańskie Malowane Damy na tle miejskiego downtown)

.

To zderzenie z białymi spowodowało wyginięcie prawie wszystkich rdzennych mieszkańców Indian zamieszkujących wybrzeże Pacyfiku. A na początku podboju kontynentu przez Europejczyków było ich blisko 500 tysięcy.
Jedną z tych niszczycielskich sił była gorączka złota. Zresztą, jak można się domyślać, pierwsi odkryli złoto Indianie, jednak nie znaleźli w nim szczególnego upodobania. Aby jednak oddać sprawiedliwość misjonarzom, trzeba zaznaczyć, że to właśnie padres – jak ich z hiszpańska wówczas wszyscy nazywali – zabraniali rdzennej ludności rozgłaszania wieści o złożach złotego kruszcu, słusznie obawiając się, że sprowadzi to na ich misje i wioski indiańskie same plagi. Nie zapobiegło to jednak gorączce złota i kiedy w 1848 roku biali znaleźli kruszec nieopodal San Francisco, rozpętało się zamieszanie, które – w zależności od punktu widzenia – wyglądało albo na rozkwit, albo na katastrofę, przynosząc Kalifornii zarówno to, co złe, jak i dobre.

EUROPEJCZYCY

Wróćmy jednak do początków miasta, które później zasłynęło na całym świecie jako San Francisco. Wiadomo, że Hernando Cortes, słynny Hiszpan, który podbił Meksyk, dotarł do półwyspu znanego dzisiaj jako Baja California (czyli Dolna Kalifornia) i myśląc, że jest to wyspa, nadał jej nazwę California – tak samo, jak to było w znanej wówczas książce, w której opisano mityczną wyspę na Pacyfiku, nazywając ją właśnie Californią (od imienia jej władczyni, Calafii).
Juan Cabrillo, pierwszy Europejczyk, który przybył do wybrzeży dzisiejszej Kalifornii w 1542 roku, zatrzymał się w kilku miejscach Zachodniego Wybrzeża, jednak przeoczył zatokę San Francisco. Podobnie, jak słynny angielski żeglarz Sir Francis Drake, którego wielka, obładowana skarbami flotylla przepłynęła obok wejścia do zatoki, (które spina dzisiaj most Golden Gate) prawdopodobnie nawet jej nie zauważając. Trzeba było więc zaczekać aż do II połowy XVIII wieku, by Europejczycy bardziej zdecydowanie zajęli się kolonizacją tego zakątka ziemi.
Król hiszpański Karol III usunął Jezuitów ze swoich kolonii, zastępując ich wkrótce misjonarzami innych reguł. I tak, dominikanom przypadała w udziale Dolna Kalifornia, natomiast franciszkanom – Górna. A należało wówczas działać energicznie. Po wojnie siedmioletniej najsilniejszym gospodarzem Ameryki Północnej stała się Anglia. Swoje osady na Pacyficznym wybrzeżu Ameryki, zaczęli też zakładać Rosjanie. Hiszpanie już dłużej nie mogli czekać z umocnieniem swoich kolonii. Zaczęli więc organizować misje – zaczynając od San Diego, na San Francisco kończąc. Zajął się tym głównie franciszkanin Juniperro Serra. W latach 1769-1823 powstało 21 takich misji.

Fisherman's Wharf

Fisherman’s Wharf

YERBA BUENA

Najprawdopodobniej Zatokę San Francisco zobaczyli po raz pierwszy Hiszpanie z ekspedycji Gaspara de Portoli w 1769 roku. Jednak dopiero 6 lat później hiszpański statek wpłynął do zatoki przez cieśninę nazwaną później (1948 r.) przez Amerykanina Johna Charlesa Fremonta Golden Gate (Złote Wrota). Portola miał na pokładzie cieśli i murarzy, których zadaniem było zbudowanie misji i presidio, czyli garnizonu. I tak się stało. W 1776 roku powstała Mission Dolores.
Naturalnie, oprócz tego, że misja była siedzibą zakonników, którzy zajmowali się nawracaniem „dzikich” Indian na „świętą” wiarę katolicką, był to jednocześnie punkt strategiczny: fort mający bronić Hiszpanów zarówno przed wrogimi tubylcami, jak i przed wojskami innych państw kolonialnych.
Jednakże, przez najbliższe 50 lat od powstania Misji Dolores, jej mieszkańcy wiedli żywot spokojny, nie niepokojeni przez nikogo. A było ich w 1800 roku niespełna tysiąc, wliczając w to Indian. Czas jakby się dla nich zatrzymał. Nie zatrzymał się jednak w całej Ameryce. Meksyk wymówił posłuszeństwo Hiszpanii w 1821 roku, ogłaszając swoją niepodległość. Zaczęła się tzw. sekularyzacja kalifornijskich osad, czyli – dosłownie – ich uświecczenie. Misje zamieniały się w pueblo (wioski), ziemie zaczęto oddawać w prywatne ręce, także Indianom.
Do Kalifornii przybywało coraz więcej amerykańskich i angielskich biznesmenów. Jednym z nich był brytyjski kapitan William Richardson, który w latach 20-tych XIX wieku, parę kilometrów od Misji Dolores założył handlowe pueblo, nazwane wkrótce Yerba Buena (hiszp. dobre ziele). To właśnie miejsce stało się zalążkiem miasta, które z czasem zaczęto nazywać San Francisco.
Wszystko to odbywało się jeszcze przed gorączką złota. Była to epoka wielkich rancho, którą z wielkim rozrzewnieniem wspominali później starzy mieszkańcy Kalifornii, zmęczeni całym tym zgiełkiem, wywołanym przez gorączkę złota 1848 i 1849 roku.
Jednakże wcześniej, bo w 1846 roku, wybuchła wojna Stanów Zjednoczonych z Meksykiem, zakończona dwa lata później traktatem pokojowym, na mocy którego cała Kalifornia, jak i inne ziemie należące dotychczas do Meksyku (w tym Arizona, Nowy Meksyk, część Nevady) zostały włączone do Stanów Zjednoczonych.

ZŁOTO!

Dosłownie na 6 dni przed podpisaniem tego traktatu, w pobliskich górach Sierra Nevada odkryto złoto. W ciągu kilku dni pueblo Yerba Buena – znane już wówczas jako San Francisco – opustoszało. Każdy, kto żyw zaczął w górskich strumieniach szukać złota, a fama o kruszcu rozniosła się nie tylko po Kalifornii i Ameryce, ale i po całym świecie. Wkrótce ze wszystkich zakątków globu zaczęli napływać poszukiwacze złota. Liczba mieszkańców San Francisco, w ciągu zaledwie dwóch lat (1848-50), zwiększyła się z tysiąca do 25 tysięcy osób.
W 1849 roku, na statku California przybyli tzw. Argonauci (inaczej zwani forty-nineres). Tysiące innych przypłynęło za nimi morzem, lub też dotarło lądem, pokonując wozem osadniczym 4-miesięczną trasę szlakami Oregon lub Santa Fe. Wśród nich nie brakło Anglików, Norwegów, Niemców, Australijczyków i ludzi wielu innych narodowości.
Ci, co byli pierwsi, rzeczywiście znaleźli kruszec w wielkiej obfitości – dziennie nawet o wartości do 150 dolarów, co jak na tamte czasy było sumą olbrzymią. Zdarzały się żyły złota zupełnie odkryte – tak, że metal ten można było wydłubywać ze skały zwykłym scyzorykiem. Jednak była to stosunkowa rzadkość, a zasoby w krótkim czasie zaczęły się wyczerpywać. Większość poszukiwaczy wydobywała złota tyko tyle, by się można z tego utrzymać (tj. za około 100 dolarów miesięcznie). A należy pamiętać, że utrzymanie było wówczas w tamtym rejonie okrutnie drogie, gdyż handlarze windowali ceny do astronomicznych wysokości. Funt gwoździ kosztował prawie tyle samo, co funt złota; zwykła deska – $20, jajka od $20 do $50 za tuzin, kwarta wódki – $30, a para butów około $100. Nic więc dziwnego, że w ostatecznym rozrachunku, na całym tym „złotym” interesie, najlepiej wyszli handlarze i ci, którzy ten ruch obsługiwali (a w szczytowym, 1852 roku, wydobyto złota za 81 milionów dolarów). Jednym z tych, którzy zapisali się wówczas dla potomności, był przybysz z Niemiec nazwiskiem Levi Strauss, który zamierzał poszukiwaczom złota sprzedawać namioty, lecz po jakimś czasie doszedł do wniosku, że zrobi lepszy interes, jeśli z tego płótna na namioty zacznie szyć spodnie. Trafił w dziesiątkę, czego skutki odczuwamy do dzisiaj, chodząc w „levisach„.
Oczywiście, cala ta gorączka miała także swe pochorobowe komplikacje i powikłania. San Francisco, ze spokojnego w miarę pueblo, w ciągu paru miesięcy zamieniło się w tzw. boom-town, czyli miasto hossy. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać kasyna i domy gry (w krótkim czasie powstało ich blisko tysiąc); także salony, palarnie opium, knajpy oraz publiczne przybytki uciech seksualnych, zwane popularnie burdelami. Tłumnie zaczął napływać element mocno podejrzany, awanturniczy, wręcz bandycki – całe mnóstwo wyjętych spod prawa renegatów. Kwitło więc bezprawie – rozbój, kradzieże, łapówkarstwo, prostytucja… Nie działały żadne miejskie organizacje i praktycznie nie było żadnej efektywnej władzy stanowej, o federalnej nie wspominając. San Francisco rozwijało się zbyt szybko – i za daleko od Wschodniego Wybrzeża – by mogła za tym nadążyć legislatura. Więc nawet gdy uchwalono jakieś prawo, to nie było komu go egzekwować. Organizowały się szajki, którym obywatele San Francisco starali się stawić czoła, zakładając własną milicję porządkową. Dla przykładu powieszono kilku złoczyńców. Jednak odbywało się to poza władzą oficjalną. Sytuacja tak bardzo wymknęła się spod kontroli, że rząd Stanów Zjednoczonych zmuszony był do interwencji i do Kalifornii posłano wojsko pod wodzą generała Shermana, który zresztą uznał jedną z organizacji milicyjnych i pozwolił jej działać.
W 1854 roku hossa gwałtownie się skończyła, ale San Francisco nie opustoszało, tak jak to było z wieloma innymi, mniejszymi, osadami górniczymi. Te wyludnione zamieniały się w tzw. ghost towns, czylio miasta-widma. San Francisco rozwijało się nadal – kupowano nowe ziemie, zakładano farmy, budowano fabryki…

Golden Gate

Golden Gate

TO JEDNAK NIE KONIEC

Drugi, znaczniejszy okres prosperity zanotowano w 1859 roku, kiedy to w zachodniej Nevadzie odkryto pokłady srebra zmieszanego ze złotem. Odzyskanie tych cennych kruszców nie było już takie proste i wymagało skomplikowanych metod oraz dużych inwestycji. Bogaci przedsiębiorcy i kompanie zainwestowały. Zasoby zostały wprawdzie wyeksploatowane już po 10 latach, ale ryzyko się opłaciło, bowiem do tego czasu wydobyto srebra i złota o całkowitej wartości 500 mln. dolarów. Inwestorzy wzbogacili się więc na tyle, by San Francisco rozbudować. Domy publiczne, hazard i meliny przestały dominować w mieście. Wyrosły za to bogate rezydencje, wybudowano słynny 800-pokojowy Palace Hotel, powstały teatry i opery… Życie kulturalne stawało się coraz bogatsze, tytuły prasowe coraz liczniejsze. Swoje imperium zaczął tworzyć William Randolph Hearst, powołując do życia gazetę San Francisco Examiner. Miasto zaczęli odwiedzać słynni pisarze, m.in. Mark Twain, Oscar Wilde czy Robert Louis Stevenson; w 1976 roku urodził się tu Jack London.
A i sama podróż do miasta Św. Franciszka stała się łatwiejsza po tym, kiedy w 1869 roku otworzono kolej transkontynentalną, którą w ciągu 5 dni – i to za jednego dolara! – można było dotrzeć tu aż z Nowego Jorku. W samym mieście uruchomiono (w 1873 r.) działające do dzisiaj tak charakterystyczne dla tego miasta, uliczne tramwaje.

48 SEKUND

Kiedy San Francisco wkraczało w XX wiek, żyło w nim około 45 % populacji całego stanu Kalifornia (dzisiaj jest to niespełna 5 %). Jak większość miast amerykańskich SF było zlepkiem wielu narodowości i jak na tamte czasy był to już miejski moloch, który zresztą znowu zaczynała podgryzać korupcja i arogancja finansowych magnatów, z czym walczyła m.in. niezależna prasa z gazetą Hearsta na czele. Nadużycia i oszustwa władz miejskich doprowadziły w końcu do rozruchów, lecz nieoczekiwanie sytuacja zmieniła się radykalnie w ciągu… 48 sekund, w dniu 18-go kwietnia 1906 roku. Tyle bowiem trwało trzęsienie ziemi, które dokonało straszliwych spustoszeń. Jeszcze większe zniszczenia spowodowały pożary, jakie wówczas wybuchły w wielu miejscach miasta. Zginęło ponad pół tysiąca ludzi, a straty oceniono na 350 mln. dolarów. To dlatego tak niewiele jest dzisiaj w San Francisco budowli, który pamiętają XIX wiek.
Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Miasto natychmiast zaczęło dźwigać się z ruin. Wzrosło poczucie solidarności i powszechna mobilizacja. W parku Golden Gate zbudowano olbrzymi namiot, w którym przez kilka miesięcy mieszkało parę tysięcy osób. Niestety, nie wszyscy się tam pomieścili: 300 tysięcy ludzi koczowało pod gołym niebem – w innych parkach, na ulicy, w ruinach…
Jednakże San Francisco potrafiło się zorganizować w potrzebie. Powstał Komitet Odbudowy, a do miasta zaczęła napływać pomoc z całej Ameryki (w ciągu tygodnia zebrano 8 mln. dolarów na odbudowę). Nie minęło wiele lat, a powstało miasto zupełnie nowe – poprawione, nowoczesne, czyste i bardziej nawet malownicze, mimo, że znalazła się tam niemal połowa budynków z betonu i stali, jakie wówczas istniały w całej Ameryce.

BUDUJEMY MOSTY

Pierwsza wojna światowa, która tak wyniszczyła Europę, dla miasta nad Zatoką okazała się jeszcze jedną okazją do dobrej koniunktury. Rozwijał się przemysł, po ulicach San Francisco jeździło coraz więcej samochodów. Mimo wielkiego kryzysu na przełomie lat 20-tych i 30-tych, masowych strajków, ekonomia zaczęła się polepszać w drugiej połowie lat 30-tych. Nie bez znaczenia było to, że 1936 roku otworzono długi na 7 km. most łączący San Francisco z Oakland, a rok później słynny Most Golden Gate. I znów wojna światowa, tym razem druga, przyczyniła się walnie do rozwoju miasta, ściągając do niego ponad pół miliona żołnierzy, którzy po demobilizacji przemienili się w robotników, co z kolei umożliwiło dalszy rozwój tutejszego przemysłu.
San Francisco ma więc swoją krótką, ale jakże burzliwą historię. Jest w tym mieście jakaś mieszanka zawziętości, uporu i twardości, ale jednocześnie swobody, subtelności i tolerancji. Właśnie taki charakter zawdzięcza San Francisco swojej przeszłości, kiedy to musiało się podnosić po klęskach, organizować społeczny ład w warunkach chaosu i rozprzężenia. Z drugiej strony, to właśnie tutaj miały swój początek zarówno ruch Beat Generation w latach 50-tych XX wieku, jak i hippiesowska kontr-kultura Dzieci Kwiatów w latach 60-tych, wspomagana chociażby przez intelektualne środowiska na Uniwersytecie w Berkeley (już wtedy wykładał na nim Czesław Miłosz). Nic więc dziwnego, że dzisiaj San Francisco jest miastem tak mozaikowym, wieloznacznym i kolorowym.

greydot

Artykuł opublikowany został na łamach chicagowskiego magazynu „Relax” (15 czerwca 1996 r.) w ramach cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce”)

greydot

Miasto nocą (widok z Treasure Island - Most Zatokowy i San Francisco skyline)

Miasto nocą (widok z Treasure Island – Most Zatokowy i San Francisco skyline)

.

FOTOGRAFICZNE POST SCRIPTUM

San Francisco to bez wątpienia jedno z najbardziej malowniczych (a tym samym fotogenicznych) amerykańskich miast. Dla wielu jest ono najpiękniejsze, i ja jestem skłonny z tą opinią się zgodzić. Czemu SF zawdzięcza tę swoją, jakże atrakcyjną, aparycję? Otóż składa się na to kilka czynników. Przede wszystkim położenie: miasto (nota bene nie takie znów rozległe) wyrosło na nabrzeżu oceanu i nad brzegiem olbrzymiej śródlądowej zatoki, jak również na wzgórzach, i w otoczeniu gór. Następnie: kosmopolityzm i tętniąca życiem społeczność, bardzo zróżnicowana etnicznie i wzmocniona przybyszami z całego świata. No i wreszcie: architektura, której najbardziej rzucającym się w oczy jest styl wiktoriański, nadający charakter całemu miastu, mimo że dominuje on tylko w niektórych dzielnicach (wbrew temu, co napisałem w artykule, wiele wiktoriańskich domów przetrwało pożar z początku XX wieku i nawet jeśli z czasem zatraciło swój estetyczny polor, to zostało już do tej pory odrestaurowanych).

Niewątpliwie wizytówką miasta jest słynny Most Golden Gate (wbrew nazwie nie jest on złoty, a pomarańczowo-czerwony) uznawany za najczęściej fotografowany most na świecie (o jego złej sławie zawdzięczanej samobójcom nie będę wspominał). I rzeczywiście, mimo swoich potężnych rozmiarów, to dzięki m.in. architekturze art déco, konstrukcja ta zaskakuje swoją… gracją. To dlatego most Golden Gate jeszcze bardziej podkreśla malowniczość tego zakątka Ameryki, zwanego Bay Area. (Istnieje kilka „żelaznych” punktów, z których most prezentuje się najlepiej, jeśli chodzi o fotografowanie. Moim ulubionym jest widok ze wzgórza Hawk Hill, położonego na półwyspie Marine Headlands, po stronie północnej mostu. Według mnie to jeden z najpiękniejszych widoków na całym kontynencie pólnocnoamerykańskim.)

Bardzo charakterystyczne są strome sanfranciscańskie ulice (wśród nich „najbardziej kręta ulica świata” – Lombard S.), dodatkowo uatrakcyjnione przez słynne „kablowe” tramwaje, których nigdzie indziej na świecie nie można już spotkać. Portowy charakter miasta odbija się we wszechobecnych, pływających po wodzie lub zacumowanych przy molach statkach, jachtach, okrętach i łodziach – a to kolejny wdzięczny obiekt do fotografowania (szczególnie w miejscu zwanym Fisherman’s Wharf, z jego licznymi pirsami). Zainteresowanie może też budzić lokalna zwierzyna: mnóstwo ptaków, a zwłaszcza lwy morskie i foki, które po wieloletniej nieobecności wróciły na (najczęściej odwiedzany przez turystów Pier 39) i tam się z powrotem zadomowiły, pozując spragnionym egzotycznych fotek turystom. Niezłe zdjęcia zrobić można w Parku Golden Gate (tutejszy odpowiednik Parku Centralnego na Manhattanie); znakomicie widać (z góry) miasto z jednego z bliźniaczych wzgórz Twin Peaks (nie mylić z filmem Davida Lyncha); no i – last but not the least – wielce malownicze, tłumne, egzotyczne, pełne barw i zapachów, China Town (najstarsza i największa chińska dzielnica na świecie, poza Azją i Manhattanem).

Mieszkańcy San Francisco cieszą się łagodnym klimatem, przypominającym nieco śródziemnomorski, jednak bliskość chłodnego Oceanu i ciepłego powietrza nagrzanej pustyni powoduje powstanie swoistego fenomenu meteorologicznego, dzięki któremu, zwłaszcza latem, całe miasto o poranku spowite jest mgłą, najczęściej rozwiewającą się jednak wczesnym popołudniem. Jest to zjawisko bardzo (dosłownie i w przenośni) klimatyczne, jednak potrafi skutecznie zasłonić widok całej okolicy, co jest uciążliwe zwłaszcza wtedy, kiedy chce się miasto sfotografować. Wtedy trzeba trochę na tę okazję poczekać.

Odwiedzałem San Francisco dziesiątki razy (służbowo, w latach 90-tych) i tylko raz mgła i smog utrzymywały się przez cały dzień, uniemożliwiając zupełnie dostrzeżenie choćby skrawka Golden Gate, o miejskiej panoramie z Twin Peaks nie wspominając. Jednak niemal zawsze, przynajmniej druga połowa dnia była słoneczna i bezwietrzna, a powietrze przyjemne. Tak więc to, jak odbierzemy miasto – i czy się nam ono spodoba – zależy w dużej mierze od dobrej pogody, ale też od naszych oczekiwań i nastroju. Poniżej przedstawiam mały wybór zdjęć San Francisco, jakie powstały podczas dwóch moich ostatnich (prywatnych już) wizyt w tym mieście przed kilkoma laty.

greydot.
UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

WIĘCEJ ZDJĘĆ Z SAN FRANCISCO OBEJRZEĆ MOŻNA NA STRONIE „ŚWIAT W OBRAZACH” (TUTAJ).

.

Powiązane wpisy: „KALIFORNIA” i „MOST TO JEST COŚ”

.

MOJA PRZYGODA Z KONTYNENTEM

.

Czym jest powrót do przeszłości? Czy tylko nostalgią? Może próbą zrozumienia siebie samego – tego, kim jesteśmy dzisiaj, także poprzez tego, kim byliśmy kiedyś? Rozliczeniem się z pewnymi okresami w swoim życiu? Wspomnieniem – i utrwaleniem tego – co spotkało nas dobrego? Identyfikacją, nazwaniem i odrzuceniem tego, co było złe? Podzieleniem się z innymi tym, czego dowiedzieliśmy się o świecie – jakich ludzi spotkaliśmy – co przeżyliśmy podczas tej niezwykłej podróży, jaką jest życie każdego człowieka? Każdy może sobie odpowiedzieć na te pytania sam, cofając się do pewnych wydarzeń swojego życia lub poznając to, co przeżywali inni. Oto jedna z moich przygód. Może kogoś zaciekawi?

.

Amerykańska przygoda: trasa kontynentalna - od Pacyfiku do Atlantyku

Amerykańska przygoda: trasa kontynentalna – od Pacyfiku do Atlantyku

.

To były czasy, kiedy jeszcze funkcjonował na świecie – a zwłaszcza w Polsce – mit Ameryki, jako kraju globalnej dominacji i awangardy, jeśli nie kulturowej (bo żywa już była wtedy krytyka macdonaldyzacji świata), to na pewno ekonomicznej i politycznej (Chiny parły już do przodu, ale potęgą jeszcze nie były; Stany Zjednoczone, po upadku ZSRR zdawały się grać pierwsze skrzypce na arenie międzynarodowej, popierając swoich sojuszników, co w świecie arabskim odbierane było jako potwarz, a Huntingtona skłoniło do przekonania o mającym właśnie miejsce „zderzeniu cywilizacji”, wkrótce potwierdzonym w tragicznym ataku na Manhattan). Ponadto, kontynent amerykański zawsze jawił się wszystkim jako ziemia topograficznych niezwykłości, wielkich przestrzeni, przyrodniczych enklaw, unikalnej fauny i flory (w rodzaju słynnego Parku Narodowego Yellowstone) – tych wszystkich pięknych, surowych, nieskalanych cywilizacją krajobrazów, rozpropagowanych choćby przez obrazy z Hollywood (a wiemy, że filmy amerykańskie oglądał – i nadal ogląda – cały świat, spychając na dalszy plan kinematografie lokalne). Nie dziwi więc zainteresowanie Ameryką – pragnienie, by zobaczyć ten kraj na własne oczy – ciekawość żywa zwłaszcza wśród Polaków, których miliony związało z nim, w taki czy inny sposób, swoje losy.
Tak się stało, że przez kilka sezonów w latach 90-tych ubiegłego wieku, starałem się moim rodakom obraz Ameryki przybliżyć – i to poprzez bezpośrednie spotkanie się tych ludzi z kontynentem – organizując i prowadząc wycieczki turystyczne po Ameryce Północnej. Zwiedzaliśmy różne rejony Stanów Zjednoczonych – imprezy te trwały od kilku dni do kilku tygodni – znacznie też różniły się programem. Tutaj jednak chciałbym się skupić na trasie, która była najdłuższa i – jeśli można tak powiedzieć – najbogatsza: niemal czterotygodniowa autokarowa eskapada „from Coast to Coast”, czyli „od wybrzeża do wybrzeża”, mająca swój początek w położonym nad Pacyfikiem Los Angeles, a kończąca się w nadatlantyckim Nowym Jorku. To będzie także pretekst do podzielenia się z Wami uwagami dotyczącymi tzw. turystyki „masowej”, rzeczywistości amerykańskiej (zarówno od strony socjologicznej i politycznej), jak i niewątpliwej „atrakcyjności turystycznej” tej ziemi – być może zahaczając także o nasz narodowy charakter (a o psychologicznych aspektach – i perypetiach – obcowania z rodakami w czasie wspólnego zwiedzania Ameryki, książkę całą można byłoby spisać – pełną tak dumy i radości, jak też pewnej dozy wstydu i żenady).

Odpoczynek na trasie - pod Diabelską Wieżą w Wyoming i polskim orłem na autokarze

Odpoczynek na trasie – pod Diabelską Wieżą w Wyoming i polskim orłem na autokarze

Wycieczki odbywały się pod szyldem chicagowskiego biura podróży Exotica Travel, którego założycielem był Andrzej Kulka, znany obieżyświat, pasjonat poznawania świata i doświadczony podróżnik, jednak ich organizacja należała do mnie (w czym pomagała mi żona Andrzeja, Jola; Andrzej w tym czasie – praktycznie całe lato – przebywał bowiem na swojej ukochanej Alasce), włącznie z ustaleniem programu imprezy, rezerwacją noclegów i zapewnieniem transportu (autokary wypożyczała nam, wraz z kierowcami, zlokalizowana w Arizonie firma VIA). Grupy, które pilotowałem na tej trasie składały się zwykle z 35 – 50 osób i rekrutowały się (najczęściej po połowie) zarówno z amerykańskiej Polonii (klienci naszego biura), jak i z Polaków, „zebranych” przez polskie biura podróży w kraju.
Było to oczywiście spore wyzwanie pod względem logistycznym, które było o tyle łatwiejsze w realizacji, że infrastruktura obsługi turystycznej w Stanach jest doskonale rozwinięta, a ponadto – co było chyba najważniejsze dla powodzenia tych szalonych mimo wszystko imprez – trasa uwzględniała tak atrakcyjne, ciekawe i fascynujące miejsca, że nie miałem większych problemów z ułożeniem programu (niejaką trudność sprawiała tylko konieczność rezygnacji, z tego, co warte było zobaczenia, a na co już nie było czasu). Pomogły mi w tym moje wcześniejsze wizyty w tych miejscach, zarówno prywatne, jak i „zawodowe” – w ramach krótszych wycieczek „tematycznych”, skupiających się na zwiedzaniu poszczególnych rejonów Ameryki (Wielki Kanion, Kalifornia, Yellowstone, Czarne Wzgórza, Niagara – Waszyngton – Nowy Jork, Nowa Anglia, Apallachy… etc.) Nie bez znaczenia były także rady, jakie wcześniej otrzymałem zarówno od Andrzeja Kulki, jak i Tadeusza Reka (właściciela agencji Rek Travel), którzy pilotowali wycieczki, kiedy ja jeszcze nawet o tym nie marzyłem.
Pozwolę sobie tutaj przedstawić program jednej z wersji tej wyprawy, która z roku na rok zmieniała nieco swoje itinerary, trwając kilka dni krócej lub dłużej – w zależności od warunków, jakie wówczas musieliśmy brać pod uwagę. Jednak jej „szkielet” pozostawał ten sam: chodziło o prezentację najatrakcyjniejszych miejsc, jakie można było spotkać na trasie biegnącej w poprzek całego kontynentu – z Los Angeles do Nowego Jorku – i realizowanej w ciągu 22- 27 dni. Oto on (w wersji reklamowej, jaką dostawali do ręki nasi klienci):

.

DZIEŃ 1: Przylot do LOS ANGELES, zakwaterowanie w hotelu.

DZIEŃ 2: HOLLYWOOD * BEVERLY HILLS * SANTA MONICA.  Zwiedzanie Los Angeles i Hollywood: Chiński Teatr, odciski dłoni i stóp filmowych gwiazd. Przejażdżka Bulwarem Zachodzącego Słońca, dzielnica milionerów Beverly Hills, Santa Monica, plaża nad Pacyfikiem.

DZIEŃ 3LOS ANGELES. Dalsze zwiedzanie miasta: studia filmowe Universal (alternatywa: Centrum Getty’ego lub Muzeum Sztuki Współczesnej – LACMA). Park i Obserwatorium Griffith’a, zachód słońca na plaży w Malibu.

DZIEŃ 4: SANTA BARBARA. Kwintesencja Kalifornii: malownicze miasteczko Santa Barbara, zwiedzanie franciszkańskiej misji, historia Kalifornii. Spacery, plażowanie, oceaniczna fauna i flora. Wieczorem – niespodzianka.

DZIEŃ 5: HEARST CASTLE * EL CAMINO REAL * CARMEL * MONTEREY. Ekstrawagancja eklektyzmu i bogactwa: pałac magnata prasowego Williama Hearsta. Widokowa trasa nad Pacyfikiem (El Camino Real – Droga Królewska), przełomy Big Sur i anegdoty o życiu słynnych mieszkańców tej miejscowości (Henry Miller, Orson Welles, Rita Hayworth, Doris Day…), czerwone sekwoje (“redwoods”), niezwykła miejscowość Carmel, misja Ojca Junipero Sera, knajpa Clinta Eastwooda. Kolacja w porcie nad Zatoką Monterey.

DZIEŃ 6: SAN FRANCISCO. Dzień spędzamy w jednym z najpiękniejszych miast Ameryki – San Francisco. Nabrzeże rybackie (Fisherman’s Wharf). Rejs po Zatoce oferujący wspaniałą panoramę miasta i wyspy Alcatraz. Most Golden Gate, niespodzianki… Obiad i zakupy w Chinatown.

DZIEŃ 7: NAPA VALLEY. Dzień pełen relaksu w winiarskim zagłębiu Kalifornii. Wizyta w najciekawszych winnicach: Mondavi, Hess, Coppola… degustacja win i serów.

DZIEŃ 7SIERRA NEVADA * YOSEMITE. Spacery i relaks w Górach Śnieżnych (Sierra Nevada). Park  Narodowy Yosemite (najpiękniejsza dolina polodowcowa na świecie), kąpiel w rzece Merced; imponujące granitowe kolosy Half Dome i El Capitan; sekwoje mamucie, przełęcz Tioga, niezwykłe jezioro Mono…

DZIEŃ 8 : DOLINA ŚMIERCI * LAS VEGAS. Góra Mt. Whitney (najwyższa w USA, bez Alaski). Dolina Śmierci: wydmy, słone równiny, gaj palm daktylowych… Po południu docieramy do szalonego Las Vegas. Pełna wrażeń noc w światowej stolicy hazardu i rozrywki. Nocleg (?) w Las Vegas.

DZIEŃ 9 : LAS VEGAS * HOOVER DAM * ARIZONA.  Wypoczynek i odsypianie nocnych szaleństw. Około południa wyruszamy do Arizony. Zwiedzamy Tamę Hoovera na rzece Kolorado. Arizona – historia i opis stanu.

DZIEŃ 10 : WIELKI KANION KOLORADO. Jesteśmy w jednym z najsłynniejszych cudów przyrody, Grand Canyon National Park. Chętni lecą nad Kanionem samolotem. Niezapomniany film o Kanionie (w technice IMAX). Droga nad południową krawędzią – podziwianie Kanionu z najciekawszych punktów widokowych. Kolacja na terenie rezerwatu Indian Navaho. Dzieje Indian Ameryki Północnej.

DZIEŃ 11 : UTAH * BRYCE * MORMONI. Bajeczne scenerie najpiękniejszego parku stanu Utah: Bryce Canyon National Park. Wyruszamy pieszo na jeden ze szlaków. Po południu przejazd do Salt Lake City. Mormoni.

DZIEŃ 12 : GRAND TETON * JACKSON HOLE. W drodze do stanu Wyoming. Pasmo górskie i park narodowy Grand Teton; jezioro Jenny. Modne miasteczko Jackson, czyli Dziki Zachód par excellence. Nocleg w górskim schronisku w kotlinie Jackson Hole.

DZIEŃ 13 : YELLOWSTONE.  Najstarszy i najsłynniejszy park narodowy na świecie: Yellowstone. Gejzery, błotne wulkany, gorące źródła, dzika zwierzyna, doliny pełne bizonów. Wielki Kanion, rzeka i jezioro Yellowstone.

DZIEŃ 14 : YELLOWSTONE. Kolejny dzień w Parku Narodowym Yellowstone: najsłynniejszy gejzer świata – Old Faithful, fantastyczne scenerie Mamucich Gorących Źródeł, kilkugodzinna wyprawa jednym z wielu yellowstońskich szlaków. Wykład i pogadanka o historii Yellowstone. Nocleg w Montanie.

DZIEŃ 15 : BIGHORN * DEVILS TOWER * DEADWOOD.  Przeprawa przez góry Bighorn. Niesamowita Diableska Wieża. Siedlisko piesków preriowych. Droga do Dakoty Południowej. Deadwood – miasteczko legend Dzikiego Zachodu – awanturnicy, rewolwerowcy, poszukiwacze złota. Nocleg na Czarnych Wzgórzach.

DZIEŃ 16 : BLACK HILLS * MT. RUSHMORE * CRAZY HORSE * BADLANDS.  Góra Mt. Rushmore i wykute na niej głowy 4 prezydentów Stanów Zjednoczonych. Największa rzeźba świata – pomnik wodza Siuksów Szalonego Konia (dzieje wojen z Indianami, życie twórcy Korczaka Ziółkowskiego). Po południu – przejazd do parku narodowego Badlands. Opowieść o Tańcu Ducha. Rzeka Missouri.

DZIEŃ 17 : DAKOTA POŁUDNIOWA – CHICAGO. Droga przez krainę Wielkich Równin prerii: Dakotę Południową, Minnesotę, Wisconsin i Illinois. Po drodze przekraczamy „króleowe” amerykańskich rzek: Missisipi i Missouri. O rozsądnej porze docieramy na nocleg do Chicago.

DZIEŃ 18 : CHICAGO. Dla gości z Polski: całodzienne zwiedzanie “Wietrznego Miasta”: Jezioro Michigan, Sears Tower (najwyższy wieżowiec w USA), Wspaniała Mila, najciekawsze miejsca downtown Chicago (śródmieście). Kolacja na Jackowie – centrum amerykańskiej Polonii.

DZIEŃ 19 : CHICAGO – NIAGARA. Wyjazd z motelu o godz. 5 rano, jazda przez stany: Illinois, Indiana, Ohio, Pensylwanię i Nowy Jork. Przyjazd nad Niagarę. Podziwiamy cud przyrody – wodospady Niagary (Podkowa, Amerykanin) z najciekawszych punktów widokowych. Kozia Wyspa. Nocleg w okolicach Buffalo, NY.

DZIEŃ 20 : APALLACHY. Przejazd przez stany: Nowy Jork Pensylwanię i Maryland. Przepiękne o tej porze roku Appallachy (złoto-czerwona jesień!) Leśny szlak – odpoczynek w górach. Malownicze prowincjonalne miasteczka.

DZIEŃ 21 : WASZYNGTON. Całodniowe zwiedzanie stolicy Stanów Zjednoczonych: Biały Dom, Kapitol (siedziba Kongresu). The Mall: Mauzoleum Lincolna, pomniki poœwięcone bohaterom wojen wietnamskiej i koreańskiej. Wykład o amerykańskiej historii i obecnej sytuacji politycznej kraju (dla zainteresowanych). Kolacja na Dworcu Union Station.

DZIEŃ 22 : WASZYNGTON * FILADELFIA. Dalszy ciąg zwiedzania DC: Monument Waszyngtona, Pennsylvania Avenue. Po południu przenosimy się do Filadelfii, byłej stolicy kraju, gdzie w 1776 r. ogłoszono Deklarację Niepodległości. Starówka, Independence Hall, Dzwon Wolnoœci, dom w którym mieszkał Kościuszko. Nocleg pod Nowym Jorkiem.

DZIEŃ 23 : NOWY JORK (MANHATTAN). Całodzienne zwiedzanie miasta: rejs statkiem pod Statuę Wolności, Światowe Centrum Handlu – World Trade Center (imponująca panorama ze szczytu jednego z wieżowców Twin Towers). Wall Street, Chinatown, siedziba ONZ, Central Park,Times Square, Broadway, 42 Ulica, Manhattan nocą…

DZIEŃ 24 : NOWY JORK. Po śniadaniu dalszy ciąg zwiedzania miasta: Piąta Aleja, Empire State Building, Rockefeller Center, katedra Św. Patryka. Ostatnie zakupy… Pod wieczór odprawa na lotnisku JFK, goodby kisses, wylot do Polski, zakończenie wycieczki. Grupa z Chicago wraca do Wietrznego Miasta.

DZIEŃ 25 : Powrót do Chicago. Szczęśliwe zakończenie podróży.

greydot

Powyższy program siłą rzeczy musiał być szkicowy, zaznaczający jedynie główne punkty programu realizowane w poszczególne dni wycieczki. Wiele miejsc celowo nie zostało objętych oficjalnym programem z uwagi na ewentualne, niezależne od nas przeszkody, które mogły wystąpić, lecz były oczywiście realizowane, kiedy tylko sprzyjały temu warunki i okoliczności. Zależało mi bardzo na urozmaiceniu programu, a jednocześnie nie przeładowaniu go – ważne było zachowanie balansu tak, by uczestnicy nie czuli ani niedosytu, ani też przesytu – a to ostatnie byłoby chyba gorsze od tego pierwszego. Z uwagi na liczebność i zróżnicowanie grupy, program musiał być różnorodny, uwzględniając zarówno zainteresowania amerykańską kulturą i cywilizacją, jak i przyrodą i krajobrazem. To ostatnie akurat było bajecznie łatwe, jako że trasa przebiegała przez rejony, których naturalne piękno według mnie nie ma sobie równych na całym globie.

Ventura Highway - kalifornijska autostrada (widok z tarasu Centrum Getty'ego)

Ventura Highway – kalifornijska autostrada (widok z tarasu Centrum Getty’ego)

Wszyscy zbieraliśmy się w Kalifornii, a konkretnie w Los Angeles, przylatując na lotnisko LAX samolotem – grupa amerykańska najczęściej z Chicago, polska – zwykle z Warszawy. Przybysze z Polski musieli się zaaklimatyzować, a że budzili się wcześnie rano, gotowi do zwiedzania, więc nie było większego problemu z realizacją programu, tym bardziej, że ekscytacja tym, że się jest w słynnym Mieście Aniołów, pomagała przezwyciężyć jet lag – zmęczenie wynikające ze znacznej różnicy stref klimatycznych i czasowych.
Zaczynaliśmy od spotkania z Pacyfikiem, które miało miejsce w Santa Monica (samo miasto LA nie ma dostępu do Oceanu), od spaceru po plaży i słynnym (choćby z „Żądła”) molo, po którym przewalały się tysięczne tłumy – pierwsza okazja, by przekonać się naocznie o niesamowitej różnorodności etnicznej Amerykanów, choć oczywiście kalifornijskie tłumy zdominowane są przez Latynosów. Jeśli czas na to pozwalał, zaglądaliśmy też na osobliwą Venice Beach, pełną kolorowych (i nie chodzi tu tylko o kolor skóry) ekscentryków, ulicznych występów, alkoholowych i marihuanowych oparów, od których jednak łatwo było uciec na obmywane przez oceaniczne fale piasek właściwej już plaży, gdzie słonawy ale rześki zapach morskiej wody mieszał się z krzykiem mew i kormoranów.
W Los Angeles spędzaliśmy zwykle kilka dni, więc nadarzała się okazja, by wybrać się do Malibu, gdzie docieraliśmy słynnym Bulwarem Zachodzącego Słońca, po uprzednim pobycie w Beverly Hills pełnym rezydencji ludzi znanych i bogatych, głównie z branży przemysłu rozrywkowego, wśród których prym wiedli słynni hollywoodzcy aktorzy (pewnego razu, wychodząc z toalety w Beverly Hills Hotel, do którego czasem zaglądaliśmy, wpadłem niemalże na Warrena Beatty). Nie mogło się też obejść bez wizyty w samym Hollywood – w miejscu pod tzw. „Chińskim Teatrem”, gdzie na trotuarze znajdują się odciski dłoni słynnych hollywoodzkich gwiazd; zaglądaliśmy też na kilka godzin do studiów filmowych Universal, które z prawdziwym studio filmowym niewiele wszak mają wspólnego, będąc tzw. „parkiem tematycznym”, co wcale większości uczestnikom naszej wycieczki nie przeszkadzało, dostarczając szalonej zabawy. Alternatywą dla Universal Studios było niezwykle bogate w dzieła sztuki Centrum Getty’ego (swego czasu najdroższy kompleks muzealny na świecie) lub nie mniej bogate (zwłaszcza w dzieła sztuki współczesnej) muzeum LACMA. (O tym, co ostatecznie wybieraliśmy, decydowały wcześniejsze – dokonywane w sposób „demokratyczny” – ustalenia.)

Atrakcji w Los Angeles County nie brakuje a program nasz był na tyle elastyczny, że za każdym razem pozwalał wybrać coś innego, w zależności o oczekiwań i preferencji uczestników wycieczki. Wiec kiedy tylko było można zabierałem całą grupę, by pokazać im niespodziankę – największy na świecie obraz o tematyce religijnej namalowany przez Jana Stykę i prezentowany w wybudowanym specjalnie do tego celu gmachu na terenie Forest Lawn Memorial Park w Glandale – cmentarzu skądinąd równie ciekawym, i to nie tylko architektonicznie, bo znajdują się tutaj miejsca ostatniego spoczynku takich ludzi, jak np. Walt Disney, Clark Gable, Humphrey Bogart, Errol Flynn, Douglas Fairbanks, Nat King Cole, bracia Marx, Mary Pickford, Liz Taylor… a także sam Jan Styka, jak również – ostatnio – Michael Jackson. Warto też było wspiąć się na hollywoodzkie wzgórza, by z bliska zobaczyć ów słynny napis. Natomiast z tarasu pobliskiego obserwatorium Griffitha zobaczyć można było całą panoramę „Wielkiego” Los Angeles – szczelnie wypełnioną miejskimi zabudowaniami olbrzymią nieckę, nad którą zazwyczaj unosił się lekko sinawy smog – mieszanina pary wodnej i samochodowych spalin (mimo że Kalifornia posiada najbardziej restrykcyjny system badania emisji gazów w całych Stanach). Patrząc na bezkres tej urbanistycznej monotonii, można było sobie uświadomić niezwykłą trafność tego, co ktoś kiedyś powiedział o tym mieście: „Los Angeles to siedemnaście przedmieść w poszukiwaniu metropolii”.

Los Angeles to dobre miejsce na pierwsze spotkanie z Ameryką, nie tylko dlatego, że może ono być wstępem do zapoznania się z tym, co cywilizacja Zachodu uczyniła z dziewiczego (z punktu widzenia Europejczyków) kontynentu w ciągu ostatnich kilku wieków, ale i dlatego, że w sposób płynny oszołomienie związane z różnicą czasową, klimatyczną i długim lotem tutaj, wypierane jest przez oszołomienie, nazwę je, „kulturowe”, wywołane zderzeniem się z pewną mitologią LA i całej Kalifornii – także konfrontacją wyobrażeń z realnością (co zresztą uznać można za główny motyw całej naszej kontynentalnej eskapady). Nigdy bowiem nie jest tak, że nasze wcześniejsze wyobrażenia pokrywają się z zastaną przez nas rzeczywistością. Zwykle rzeczywistość ta je przerasta – i to zarówno pozytywnie (kiedy się zachwycamy), jak i negatywnie (kiedy spotyka nas rozczarowanie). Tak, czy siak, wszystko jest inne, niż sobie wyobrażamy.

Póki co opuszczamy metropolię Los Angeles i po Ventura Highway kierujemy się na północ. Czeka nas jedna z najpiękniejszych tras scenicznych świata: biegnąca wzdłuż pacyficznego wybrzeża słynna Highway 1, która bez wątpienia najciekawsza jest na odcinku między San Simeon a Carmel. Lecz wcześniej zaglądamy jeszcze do urokliwego na pierwszy rzut oka miasteczka Santa Barbara, gdzie zwiedzamy malowniczą misję franciszkańską, a zgromadzone tam artefakty są pretekstem do opowiedzenia historii europejskiej kolonizacji Kalifornii, znaczonej zarówno krzyżem, jak i mieczem, wpraszającej się ongiś na te ziemie z całym dobrodziejstwem swojego inwentarza – kultywującą ziemię, ale i niszczącą sposób życia, kulturę, a często i zdrowie czy nawet życie tubylców, zwanych przez kolonizatorów i misjonarzy „dzikimi”.
Dalsza droga na północ przebiega po falujących wzgórzach, których zbocza porastają dzikie zboża (pozostałość po zasiewach misyjnych gospodarstw) nadające im miedziano-rudawy, złoto-miodowy kolor, jak również suchorosty i trawy – to tam gdzie znajdują się ogrodzone drutem rancza, na których pasą się leniwie krowy i konie. W niektórych rejonach zaś zbocza są jasno-zielone: to winnice, gdzie w beczkach lub (częściej) metalowych kadziach dojrzewa dionizyjski płyn otrzymany z gron pino grigio, shiraz lub zinfandel. Droga oddala się co jakiś czas i zbliża do Oceanu, kiedy więc widać plażę, a na niej wylegujące się stada lwów morskich i fok, jest wtedy okazja do tego, by się zatrzymać, rozprostować kości, pospacerować po plaży, zaczerpnąć tlenu i poobserwować na pozór leniwe życie kolonii tych morskich zwierząt.

Złoty posąg z Hearst Castle - z widokiem na kalifornijskie wybrzeże i Pacyfik

Złoty posąg w ogrodzie Pałacu Hearsta – z widokiem na kalifornijskie wybrzeże i Pacyfik

.

Żelaznym punktem programu na tej trasie jest wizyta w osobliwym, lecz niezmiennie robiącym wielkie wrażenie Hearst Castle, czyli w pałacu magnata prasowego Williama Randolpha Hearsta, który widoczny jest z Highway One już z odległości kilku mil – niczym miraż drgający na szczycie wysokiego, nabrzeżnego wzgórza. Pobyt na ranczo Hearsta trwa dobrych kilka godzin: specjalne autobusy zawożą naszą grupę do Pałacu, gdzie przewodnicy oprowadzają nas po komnatach („żywcem” ściągniętych tutaj z europejskich dworów, pałaców i zamków – wraz z całym wyposażeniem w dzieła sztuki, meblami i sztukaterią), wiodą po ogrodach i basenach, z których jeden przypomina jakąś szczególnie pyszną wersję luksusowej rzymskiej łaźni, topiąc się w misternych mozaikach i błękitach ceramicznych wykładzin. Nie tylko oczyma wyobraźni można zobaczyć hollywoodzkie gwiazdy – m.in. Charliego Chaplina, jak pływa w basenie ubrany w śmieszne kąpielowe gatki, zabawiając przy tym znamienitych gości – bo oto w znajdującej się w Pałacu sali kinowej oglądamy film dokumentalny ukazujący high life w stylu retro, w wykonaniu towarzystwa, które zapraszał do siebie Hearst. Wokół Pałacu dziesiątki hektarów ogrodów drzew cytrusowych (pomarańcze i granaty) oraz pastwisk, gdzie przy odrobinie szczęścia dojrzeć można… zebry, których potomkinie swego czasu żyły w prywatnym zoo Hearsta wraz z innymi egzotycznymi zwierzętami, takimi jak słonie, żyrafy, lwy i hipopotamy.

Lecz to nie koniec ekstrawagancji mieszkańców kalifornijskiego wybrzeża, bo oto na naszej drodze czeka nas jeszcze niejedna niespodzianka, z których najbardziej dziwaczną, chociaż nie pozbawioną swoistego uroku, jest zajazd Madonna Inn – niczym wyjęty z bajek o chatce z piernika. Kilkadziesiąt minut dalej robi się jednak bardziej ekskluzywnie i… literacko: docieramy bowiem do owianego legendą (nie tylko amerykańskiej bohemy) Big Sur. Droga jest wąska i niewiarygodnie kręta, skąpo zarośnięte wzgórza ustępują miejsca prawdziwym górom. Ich stoki porasta las coraz większych drzew, wśród których zaczynają się pojawiać redwood, czyli sekwoje czerwone „wiecznie zielone” (tak wiem, zbitka jest trochę dziwna, ale taka jest łacińska nazwa tych drzew: sempervirens) – drzewa, które są najwyższymi drzewami na naszej planecie. Tak, w okolicach Big Sur zaczyna się krasnobór, ale sekwoje tutaj nie są jeszcze tak wysokie, jak na północnym wybrzeżu Kalifornii, blisko granicy z Oregonem. Niemniej jednak spacer wśród wysokich na 70-90 metrów gigantów, czyni z nas mrówki, które nota bene nie mogą wyjść z podziwu nie tylko z powodu rozmiarów tych roślin, ale i z gwałtownej zmiany w ukształtowaniu terenu, tudzież aparycji otaczającej nas flory.
Pojawia się też gratka dla miłośników literatury, zwłaszcza tej bardziej krwistej i pieprznej, którą „strzepną” ongiś ze swojego pióra – czy też raczej wystukał na maszynie do pisania – enfant terrible amerykańskich men of letters, Henry Miller, który Big Sur uczynił swoim domem na wiele lat (a swój pobyt tam opisał choćby w książce „Big Sur i pomarańcze Hieronima Boscha”). Wprawdzie do posiadłości, w której mieszkał pisarz nie ma już dostępu, to jednak możemy się zatrzymać w bibliotece jego imienia – wypełnionej nie tylko wszystkimi dziełami, które spłodził za swego życia Miller, ale i memorabiliami powodującymi, że duch obrazoburczego pisarza daje się wyczuć całkiem wyraźnie – i to nie tylko wśród zwisających z sufitu książek.
Ale to nie koniec naszych zawrotów głowy – czeka nas bowiem jeszcze kilkaset zakrętów – i kilka punktów widokowych na wysokich klifach, skąd roztaczają się widoki nie do opisania, i gdzie szmaragdowo-lazurowe wody Oceanu spotykają się z ciemno-brązowo-zielonymi wzgórzami, obmywając brzegi spienionymi grzywaczami fal, które wciskają się w półkola zatok i uderzają z hukiem o skały. Natura po raz pierwszy daje znać o sobie w tak intensywny sposób – i wrażenie to nie opuści nas aż do momentu, kiedy za kilka tygodni zjeżdżać będziemy ze wschodnich zboczy Apallachów, ku stolicy, na drugim krańcu Ameryki. Tutaj dla grup szczególnie zainteresowanych przyrodą, przygotowaną mam w zanadrzu nie byle jaką niespodziankę: jeśli czas pozwala, zanim jeszcze, opuściwszy dramatyczne wybrzeże Big Sur dotrzemy do Carmel, tuż przed tym miasteczkiem, zbaczamy lekko z drogi i wjeżdżamy do miejsca, które niezmiennie cieszy się moim zachwytem, a mianowicie do rezerwatu dzikiej przyrody zwanego Point Lobos State Preserve. (Nawet nie próbuję tu zaczynać opisu tego wszystkiego, co się tam znajduje, bo zajęłoby mi to kilka następnych scrolli myszką.)

No i wreszcie jesteśmy w Carmel – surowość Big Sur zamieniona w lekko kiczowatą, ale nie pozbawioną też smaku i elegancji, zabudowę miasteczka, które całe wydaje się być jednym wielkim (czy też raczej małym) wypoczynkowym resortem. Czy pasuje to wszystko do Clinta Eastwooda, który swego czasu był tutaj merem? Lecz zostawmy na razie Brudnego Harry’ego (część z nas uda się wieczorem na kolacje do knajpy, której właścicielem jest właśnie Clint, a która nosi jakże romantyczną nazwę: Hog’s Bretah, co daje się przetłumaczyć, jako Oddech Wieprza). Carmel jest niewielkim miasteczkiem, można je obejść spokojnym spacerkiem w parę kwadransów, a zatrzymać się choćby na plaży, na którą nawieziono góry białego, miałkiego jak mąka piasku i gdzie – niemal rytualnie – każdego wieczoru setki ludzi wyczekują na spektakularny zachód Słońca. I tylko nieliczni (jeśli ktokolwiek) wiedzą o tym, że kilka kroków stąd znajduje się nabrzeżny domek z kamieni wybudowany przez jednego z największych poetów amerykańskich Robinsona Jeffersa, (o którym swego czasu tak wiele pisał Miłosz). Nie sposób także pominąć franciszkańskiej misji. Ta w Carmel jest szczególna i to nie tylko dlatego, że znajduje się w niej kościół mający status bazyliki, i że pochowany jest tutaj „szef” Franciszkanów, Ojciec Juniperro Serra, postać intrygująca – tak samo zresztą, jak dzieje i pozostałości całego misyjnego łańcucha, jaki wzdłuż tzw. Camino Real (czyli Drogi Królewskiej), stworzył fanatyczny flagellant Serra. Uderza malowniczość tego miejsca (więc nie dziwi wcale to, że misję San Carlos Borromeo del Rio Carmelo nazwano Klejnotem Misji), jak również jego autentyzm, mimo konieczności przystosowania się do turystycznych wymagań.
Kiedy czas pozwala wybieramy się na przejażdżkę drogą sceniczną 17-Mile Drive, objeżdżając zalesiony półwysep, zasiedlony przez upper class – ludzi, którzy mogą sobie pozwolić na zakup i utrzymanie posiadłości w jednym z najdroższych zakątków Kalifornii. Droga jest prywatna, trzeba za nią płacić, każdy otrzymuje mapkę z najciekawszymi punktami na trasie, wśród których największą bodaj popularnością cieszy się tzw. Samotny Cyprys – ponoć najczęściej obfotografowywane drzewo kalifornijskiego wybrzeża. Lecz na drodze tej nie uświadcza się tłumów. Jedziemy bardzo blisko Oceanu, tuż obok poszarpanych skał pełnych morskich zwierząt i gwarnych ptasich kolonii; to znów przejeżdżamy przez zielone, schludnie utrzymane pola golfowe, lub lasem, w którym znajdują się rezydencje milionerów. Kiedy kończy się 17-Mile Drive, zaczyna się Monterey, jeden z największych portów rybackich zachodniego wybrzeża. Jet okazja, by wspomnieć o Johnie Steinbecku, który spędził tu kawał swojego życia i utrwalił tę okolicę w swoich najsłynniejszych książkach: „Cannery Row”, „Tortilla Flat” i „Grona gniewu”. Podekscytowani mogą się także poczuć fani muzyczni: to tutaj bowiem odbył się pierwszy wielki rockowy spęd pączkujących wówczas (bo jeszcze przed Woodstock) dzieci kwiatów, a każdego roku ma w Monterey miejsce słynny Festiwal Jazzowy. Po kolacji w porcie – z widokiem na kutry i las jachtowych masztów – wśród krzyków mew i charakterystycznego zapachu morza (zdominowanego przez zapach ryb i rozkładających się wodorostów), pora opuścić to miejsce i uderzyć dalej na północ, bo jeszcze tej nocy czeka nas dotarcie w okolice San Francisco.

Pod mostem Golden Gate

Pod mostem Golden Gate

Jeśli pora jest jeszcze w miarę przyzwoita, czeka wszystkich niespodzianka, którą jest niezwykły widok: San Francisco by nightnocna panorama miasta, którą najlepiej jest zobaczyć z tzw. Treasure Island, położonej na Zatoce San Francisco wyspy (zamiast skarbów wszak, znajduje się tu baza amerykańskich marines; zresztą, właściwa nazwa wyspy brzmi Yerba Buena Island, czyli Wyspa Dobrego Zioła), a stanowiącej lądową podporę dla długiego na 7 km. Mostu Zatokowego (nota bene zbudowanego pod nadzorem Rudolfa Modrzejewskiego, syna słynnej Heleny). Widok rozświetlonego bajecznie skyline San Francisco to niezłe preludium do poznania miasta, zaostrzające apetyt na zwiedzanie, które zaplanowane jest na następny dzień.

Można się chyba zgodzić z tym, że San Francisco to najbardziej malownicze miasto Ameryki Północnej, o bardzo specyficznej atmosferze, posiadające swój wyraźnie rozpoznawalny charakter, który jest wypadkową nie tylko historii tego regionu i zamieszkujących go ludzi, ale i ukształtowania terenu oraz klimatu przypominającego nieco śródziemnomorski w Europie, tyle że otulany często mgłą, której wilgotna „mleczność” sprawia, że wszystko, zwłaszcza na początku dnia, zanurza się tu w odrealnionej bladości, ustępującej stopniowo miejsca kolorom rzeczy rozświetlonych przez Słońce, które zaczyna królować na niebie zwykle gdzieś koło południa, uwidaczniając urodę miasta, Zatoki i okolicznych wzgórz.
Najlepiej jest zacząć dzień od zakotwiczenia się przy Fisherman’s Warf, nabrzeżu portowym, gdzie dziesiątki piersów dają świadectwo tego, jaką potęgą morską było (i nadal jest) San Francisco. Niestety, jest to również epicentrum turystyczne miasta, więc po krótkim pobycie tutaj, dobrze jest wybrać się na rejs po Zatoce, pozwalający na pierwsze bezpośrednie zetknięcie się z potęgą mostu Golden Gate rozpostartego nad wąską cieśniną łączącą Zatokę z Oceanem. Podczas rejsu zapoznajemy się też bliżej z Wyspą Pelikanów, gdzie zainstalowano słynne więzienie Alcatraz (niekiedy udaje się nam zejść tam na ląd i zaglądnąć do smutnych cel oraz wejść na nie mniej ponure dziedzińce – a stanowi to szalony kontrast z atmosferą panująca w mieście, oddalonego zaledwie o parę kilometrów stąd). Po pobycie na Fisherman’s Wharf wybieramy się na objazd całego San Francisco, wyszukując miejsca i punkty widokowe, z których najlepiej byłaby widoczna malownicza uroda tego miasta. Wśród nich są moje dwa ulubione: widok z Twin Peaks (zbieżność nazwy tego wzgórza z tytułem znanego serialu Davida Lyncha chyba przypadkowa), gdzie ze szczytu wysokiego pagórka, wyrastającego w samym środku miasta, doskonale widać jego panoramę – regularną, falującą wraz z pofałdowanym terenem, na którym wybudowano ciągnące się po horyzont osiedla złożone z budynków pomalowanych na jasne, pastelowe kolory. Drugim znakomitym miejscem skąd można zobaczyć całe San Francisco, z jego „oceaniczną” topografią miasta portowego, jest punkt widokowy po drugiej stronie cieśniny, na zboczu góry, która wznosi się nad mostem Golden Gate. Aby tam się dostać, trzeba oczywiście przejechać samym mostem, co jest dla wielu z nas ekscytującym i niezapomnianym przeżyciem, tym bardziej, że mostu Złotych Wrót można dosłownie „dotknąć”, przechadzając się po nim (i mając nadzieję, że akurat wtedy nie spotka się na nim żadnego samobójcy – bo niestety most „cieszy się” z tego powodu złą sławą). Lecz wspomniany punkt widokowy, (na który trzeba się wspiąć krętą drogą, bo położony jest on kilkaset metrów nad poziomem Oceanu) pozwala zapomnieć o całym złu i brzydocie, której niestety nasz świat nie jest pozbawiony. To, co można stamtąd zobaczyć, stanowi według mnie esencję amerykańskiej urody – harmonijne połączenie piękna naturalnie ukształtowanego terenu z urbanistyczną zabudową, która akurat tutaj tego piękna nie gwałci, ale komplementuje je i wzbogaca (w niewielu miejscach na świecie miałem takie poczucie zgodności – zwykle bowiem ubolewam nad faktem panoszenia się cywilizacyjnej sztuczności w autentycznym, naturalnym środowisku, czyli inwazji, która często bywa dla tego środowiska zabójcza). Niepozbawiona gracji – a przecież ciężka i olbrzymia – konstrukcja mostu (nie bez znaczenia jest tutaj styl art deco, w jakim zbudowano Golden Gate, jak również to, że pomalowano go na taki żywy i pogodny kolor, będący czymś w rodzaju połączenia barwy ceglastej z różową), kontrastująca z lazurowo-niebieską wodną taflą Zatoki i modrą migotliwością falującej powierzchni Oceanu, spinająca ze sobą żółto-brunatne zbocza wzgórz osadzonych po obu stronach cieśniny i stanowiąca pierwszy plan dla ogólnej panoramy miasta z widocznymi na horyzoncie wieżowcami dowtnown – to wszystko składa się na jeden z najpiękniejszych amerykańskich pejzaży łączących cywilizację z Naturą (sorry Wschodnie Wybrzeże).

Pamiątka z San Francisco – w tle: słynne kamieniczki “Victorian Ladies” i wieżowce downtown

Pamiątka z San Francisco – w tle: słynne wiktoriańskie domki “The Painted Ladies” i wieżowce downtown

.

Niekiedy, skoro już byliśmy po drugiej stronie mostu, decydowałem się na mały wypad do pobliskiego rezerwatu przyrody Muir Woods, bajecznego lasu, gdzie rosną piękne okazy redwood, (i w którym znajduje się ścięty pień olbrzymiej sekwoi, jaki zainspirował kiedyś Herberta do napisania jednego z wierszy Pana Cogito). A jeśli czas nagli, to wracamy do miasta, by przejechać się słynnym tramwajem po nie mniej słynnych stromych ulicach San Francisco, odwiedzić najbardziej krętą na świecie ulicę Lombard, zajrzeć do jednego z parków, pojawić się na Alamo Square (gdzie stoją pocztówkowe „Malowane Panie” – wiktoriańskie domki, rozsławione przez telewizyjny serial „Full House”); przejechać się ulicą Castro (tu kłania się Milk i centrum gejowskie Ameryki) lub w rejonie Ashbury Heights, gdzie pojawiły się pierwsze dzieci-kwiaty i skąd hippiesowska kontrkultura zawojowała później spory kawał świata, docierając także i do zgrzebnej wówczas peerelowskiej Polski; no a na kolację udać się do chińskiej dzielnicy – żółto-czerwono-złotego zgiełku i kolażu dźwięków, barw i zapachów Azji, która zadomowiła się na kontynencie Ameryki Północnej. Pełni wrażeń, późnym wieczorem wyjeżdżamy na nocleg poza miasto. Będąc na Moście Zatokowym, ostatni raz rzucamy okiem na rozświetlone milionami świateł San Francisco.

Wersja rozszerzona programu uwzględniała także wizytę w Napa Valley – zagłębiu winiarskim Ameryki. Gdzieś tak w latach 60-tych ubiegłego roku amerykańskie wina zaczęły się liczyć w świecie, konkurując z powodzeniem z produktami winnic włoskich, hiszpańskich czy francuskich. Nastąpił wówczas boom, i od tamtego czasu winnicom kalifornijskim (zwłaszcza tym, które położone są w Napa Valley, jak również w sąsiedniej Sonoma Valley) dzieje się dobrze – większość z nich to obecnie bogate posiadłości, mające swój charakter, choć przypominające niekiedy do złudzenia to, co można spotkać w Toskanii, Prowansji czy Andaluzji. Łagodny klimat, dużo słońca, odpowiednio nachylone stoki, dobra (bo niezbyt bogata) gleba – to wszystko przyczynia się się do sukcesu win z dolin Napa i Sonoma. Ale rzeczą równie ważną dla  tego rejonu jest to, że stał się on jedną z największych atrakcji Kalifornii – każdego roku przybywa tu około 5 milionów wizytorów. Niekiedy tę liczbę zasilaliśmy i my sami.
Winnic w Napa Valley jest około 400, wiele z nich można zwiedzić, przyjrzeć się z bliska procesowi produkcji wina, zajrzeć do piwnic, obejrzeć kadzie i beczki, gdzie płyn dojrzewa, wziąć udział w degustacji, która jest pewnego rodzaju ceremoniałem… Pamiętam wizytę w winnicy Roberta Mondaviego (to jest chyba największy winiarski kombinat produkcyjny w Dolinie), w posiadłości Francisa Forsa Coppoli, który jakiś czas temu zajął się na poważnie winogronami; także w winnicy Hessa, która jest o tyle ciekawa, że połączona jest z bogatą galerią sztuki współczesnej (posiada m.in. bogate zbiory dzieł Magdaleny Abakanowicz). W Dolinach Napa i Sonoma można spędzić parę tygodni (jest to bowiem raj nie tylko dla miłośników dobrego wina, ale i znakomitej kuchni), znajduje się tu także wiele ciekawych miejsc związanych z naturą (m.in. gejzery i gorące źródła) – no i nie bez znaczenia w tym wszystkim jest krajobrazowe piękno: łagodne wzgórza porośnięte regularnymi zagonami winnych latorośli, które najpiękniej wyglądają jesienią, czyli w porze, kiedy wszystkie winnice ożywają, mienią się kolorami, nie tylko zielono-żółto-czerwonymi liśćmi, ale i granatowymi lub seledynowymi kiśćmi nabrzmiałych sokiem gron.

W Dolinie Yosemite

W Dolinie Yosemite

Z Doliny Napa odbijało się na południowy wschód i wypatrywało na horyzoncie gór Sierra Nevada, które stanowią potężny granitowy szkielet odgraniczający płaską jak patelnia Dolinę Sacramento od pustynnego interioru. Nevada znaczy śnieg – i rzeczywiście już z daleko zaczynały nam majaczyć na wschodzie białe ośnieżone grzbiety wysokich na 4 km szczytów, wśród których kryła się gdzieś Yosemite Valley – najpiękniejsza polodowcowa dolina na świecie. Zwykle do parku Narodowego Yosemite zajeżdżaliśmy od strony południowej, gdzie – w miejscu zwanym Mariposa Grove – po raz pierwszy mogliśmy zetknąć się z innym gatunkiem sekwoi – gigantycznymi mamutowcami, które są nie tyle najwyższymi (bo najwyższe są sekwoje redwood), co największymi drzewami na świecie (jedno takie drzewko może ważyć ponad tysiąc ton!). Rozmiar tych drzew dosłownie powala z nóg – wydaje się wprost niewiarygodne, że roślinki o podobnych gabarytach mogą żyć na naszej planecie. Przy takim Grizzly Giant (tak się nazywa najbardziej znana sekwoja rosnąca w zagajniku Mariposa), człowiek czuje się niczym  mróweczka, która zadziera swą główkę do góry i nie może ogarnąć potęgi czegoś, co jest żywe jak ona, ale niepomiernie ją przerasta .
Aby dotrzeć do Doliny, trzeba długiej jazdy krętą górską drogą wśród urodziwych tu nad wyraz jodeł, świerków i sosen. Po paru godzinach czekał na nas widok wprost nieziemski, który wyłonił się natychmiast kiedy tylko wyjechaliśmy na światło dzienne z ciemnego tunelu: oto przed nami w całej swej okazałości ukazała się długa na 10 km. niecka o płaskim, porośniętym lasem dnie, otoczona zewsząd wysokimi na kilometr, niebiesko-szarymi, niemalże pionowymi granitowymi ścianami, których potęga i monumentalizm zapierał wszystkim dech w piersiach. Po lewej stronie widoczny był stromy El Capitan – najwyższy na świecie, odsłonięty blok granitowej skały; na wprost nas charakterystyczna sylwetka Pół-Kopuły (Half Dome), granitowej góry ściętej pionowo przez lodowiec niczym przez jakiś gigantyczny nóż; po prawej: wodospad Welon Panny Młodej (cóż, nazwa mało oryginalna, ale jednak adekwatna do wyglądu tej białej szerokiej strugi spadającej z wysokiej grani i rozpryskującej się w tęczowy wachlarz).
W Dolinie spędzaliśmy kilka godzin – za mało! za mało! – ech, jakże żal było ją opuszczać, tym bardziej że kusiło nas wiele szlaków – np. ten, który prowadził na skalną półkę, z której spadał w przepaść strumień, tworząc Wodospady Yosemite – najwyższe na kontynencie (739 m.) Lecz niestety z Doliną należało się pożegnać przed wieczorem, bo jeszcze tego samego dnia musieliśmy dotrzeć na drugą, wschodnią stronę gór. Na szczęście nie można było dostać się tam inaczej, jak pokonując Tioga Pass – a droga przez tę przełęcz pozwala jednak ogarnąć całą górską urodę Sierra Nevada – z jej łąkami, lasami, strumieniami, jeziorami, gołoborzami, rumowiskami skalnymi i granitowymi ścianami… Przy odrobinie szczęścia można było nawet spotkać baribala – czarnego niedźwiedzia (niestety, ostatni niedźwiedź grizzly ostał się w Kalifornii tylko na… stanowej fladze). Po spektakularnym i bez mała karkołomnym zjeździe z przełęczy, natrafialiśmy jeszcze na osobliwe (bardzo) słone i stare Jezioro Mono z jego księżycowym krajobrazem tufowych szpic, wież i ostańców – i ten widok zwykle był ostatnim widokiem tego dnia, bo było już po zmroku, kiedy Doliną Owensa jechaliśmy na nocleg, który zwykle czekał nas w Bishop.

Tego dnia mamy dotrzeć do szalonego Las Vegas, ale zanim to nastąpi, poznajemy kolejne niezwykłe miejsce na naszej trasie: cieszącą się złą sławą, lecz bez wątpienia ciekawą geologicznie, krajobrazowo i kolorystycznie Dolinę Śmierci. Jesteśmy już na terenach par excellence pustynnych – wilgoć nadciągająca znad Oceanu zatrzymała się na zboczach gór po drugiej, zachodniej stronie łańcucha Sierra Navada. Tutaj jest sucho i gorąco, ziemie pokrywa żwir, piasek kamienie i skąpa roślinność – na spieczonej bezlitosnym słońcem ziemi walczą o życie nieliczne zwierzaki, a także suche krzewy, kaktusy i emblemat pustyni Mohawe: drzewka Jozuego, których rozczapierzone „gałęzie” przypomniały Mormonom rozpiętego na krzyżu Jezusa (stąd nazwa „drzewek”, które tak naprawdę są jednym z rodzajów jukki). Póki co jesteśmy jeszcze w obrębie Doliny Owensa, w której jest sporo ciekawych miejsc: stanowisko najstarszych drzew na świecie, liczących około 5 tysięcy lat sosen długowiecznych (The Ancient Bristlecone Pine Forest w Górach Białych); pozostałości obozu – de facto – koncentracyjnego, jaki rząd amerykański stworzył dla swoich obywateli japońskiego pochodzenia w czasie II wojny światowej; Alabama Hills – niezwykle malownicze formacje skalne, wśród których nakręcono całe mnóstwo hollywoodzkich filmów, głównie westernów; Portal Whitney – leśne obozowisko-marzenie, doskonałe miejsce wypadowe do wyprawy na Mt. Whitney, najwyższą górę Stanów Zjednoczonych (nie licząc Alaski z jej bezkonkurencyjnym kolosem – Denali). Oczywiście na wszystkie atrakcje nie ma miejsca – wybieram więc te, o których sądzę, że spodobają się konkretnej grupie.
Zawsze jednak wjeżdżamy na teren Doliny Śmierci, która także ma status Parku Narodowego – i ja się wcale temu nie dziwię. To tutaj znajduje się najbardziej gorące i najniżej położone miejsce na Półkuli Zachodniej; to tutaj żyje wiele endemicznych gatunków roślin i zwierząt (czyli takich, które nie występują nigdzie indziej na naszej planecie); to tutaj jest wiele fascynujących zakątków, topograficznie i geologicznie osobliwych, których kształtom, rzeźbie i kolorom nie można się nadziwić. Dolina Śmierci leży na naszej drodze do Las Vegas – musimy przejechać jej dnem sto kilkadziesiąt kilometrów. Zatrzymując się wśród piaszczystych wydm i szaro-zółtych żwirowisk; wkraczając na Diabelskie Pole Golfowe; spacerując po rozległych, śnieżnobiałych salinach (dolina jest niczym innym jak dnem wyschniętego słonego morza); wypatrując ślimaków w zasolonej sadzawce Bad Water (nie na tyle jednak złej, by zabić te endemiczne stworzenia); podziwiając całe spektrum kolorów w geologicznym dziwie nazwanym bardzo adekwatnie Paletą Artysty; a nawet… szukając daktyli w zagajniku palmowym, rosnącym w zaskakującej w tym miejscu oazie… Furnace Creek (nazwa, trzeba przyznać, jak na oazę dość kuriozalna). Jakby tego było mało, tuż przed opuszczeniem Death Valley, zbaczamy lekko, by rzucić okiem na złote hałdy minerałów w Zabriskie Point (tak, tak… tutaj kłaniają się choćby Pink Floydzi i Antonioni). A jeśli grupa nie ma jeszcze dość – to wspinamy się na szczyt pobliskiej góry, gdzie czeka na nas widok dosłownie… dantejski (Dante’s View). Stąd, jak na dłoni, widać – drgające niczym miraż od gorącego powietrza, i białe od soli – dno rozległej Death Valley w całej okazałości. Obraz to jednak malowniczy i bardziej piękny, niż piekielny – co rozpamiętujemy w naszej drodze do stanu Nevada, aż do momentu, kiedy na kilkadziesiąt minut przed celem z autokarowych głośników, zaczyna się rozlegać ekscytujące „Viva Las Vegas” Presley’a.

Las Vegas - kolorowy zawrót głowy

 Kolorowy zawrót głowy – Las Vegas

Cóż, po kilkudziesięciu wizytach w Las Vegas moja ekscytacja nie jest aż tak wielka, jednak nie mogę się z tym zdradzić przed grupą i psuć jej zabawy – tym bardziej, że jednak dziwowisko to jak najbardziej warte jest zobaczenia na własne oczy – przynajmniej raz w życiu, choć i parę pobytów w Las Vegas nie byłoby jakimś większym przestępstwem. Opowiadam wszystkim jak to się stało, że na środku pustyni powstał jeden z najpopularniejszych i najbardziej znanych lunaparków świata, będący jednocześnie jaskinią hazardu, konsumpcyjnym pandemonium opilstwa i obżarstwa, królestwem hedonizmu, niezbyt zakamuflowanym burdelem…  źródłem upadku i bankructwa dla jednych, żyłą złota dla drugich… (Oczywiście nie używając – jak na razie – żadnego z tych pejoratywnych, negatywnie skonotowanych słów. Piszę „jak na razie”, bo później, w bardziej prywatnych rozmowach, wcale nie ukrywam swojej opinii o LV.) Ale teraz – bez przesady. Po co moralizująco przynudzać, skoro nadarza się okazja, by zafundować sobie jedną szaloną noc w Las Vegas, które zasypia – przynajmniej jeśli chodzi o kasyna – dopiero nad ranem? Już przejażdżka stripem, czyli Bulwarem Las Vegas, po którego obu stronach, na przestrzeni kilku kilometrów, wybudowano monstrualne hotele-kasyna (7 spośród 10 największych hoteli na świecie znajduje właśnie tutaj), daje wszystkim wyobrażenie czego można się będzie spodziewać po zapadnięciu zmroku, kiedy zabłysną miliony różnokolorowych neonów i świateł, a wszystko zacznie migotać w takt oszałamiającej muzyki, wabiąc i atakując zmysły ludzkiego tłumu, który niczym rzeka przelewa się po Las Vegas Boulevard. Nocą strip staje się miejscem odrealnionym: oto widzimy Wieżę Eiffla i miasteczko udające Paryż; tuż obok jest Wenecja – oczywiście z Pałacem Dożów, kanałami i gondolami; w dali mieni się złoty Mirage, a także Pałac Cezara, a za nimi: bajeczne zamczysko Excalibur; jest też Rio, Kosmiczna Wieża, Wyspa Skarbów, a nawet… krzykliwe gmaszysko o nazwie… nomen omen… Circus, Circus. Lecz jeśli ktoś myśli, że ten kicz jest tandetny, to jednak się myli. W całym tym rozpasaniu bezguścia, wszystko jest podane sprawnie, efektywnie, profesjonalnie i solidnie. Wszystko musi działać jak w zegarku (dawniej dbała o to głównie mafia, teraz pewnie też jest coś podobnego), gdyż inaczej cała ta machina rozrywki i konsumpcji mogłaby się zaciąć, zakrztusić i splajtować. Nie mogą do tego dopuścić ci, którzy wpakowali w to kuriozum miliardy dolarów.
Podczas pierwszych moich pobytów w Las Vegas, eksplorowałem to miasto z czystej ciekawości (myślę, że warto np. zobaczyć kilka tutejszych show – zwłaszcza zdumiewające przedstawienia Cirque du Soleil; dobre też bywają koncerty gwiazd muzyki popularnej), lecz później wykorzystywałem pobyt w Las Vegas po prostu do tego, by odpocząć. Kiedy więc moje kochane towarzystwo wycieczkowe wyruszało na całonocne balety (wcześnie poinstruowałem wszystkich jak się poruszać, co warto zobaczyć, gdzie i czego się spodziewać…) ja uderzałem „w kimono” i zwykle spałem jak zabity do późnego rana (mogłem sobie na to pozwolić, bo następnego dnia wyruszaliśmy w dalszą podróż dopiero w południe).

Zmieniamy stan. W tym dniu jest raczej spokojnie. Odsypianie nocnych szaleństw pozostawiło różne ślady na twarzach wycieczkowiczów. Niektórzy składają relacje z własnego hazardowania się, inni mówią co ciekawego zobaczyli podczas nocnej włóczęgi po rozświetlonym kolorowo i rozhukanym rozrywkowo mieście. W międzyczasie żegnamy się z Nevadą, a witamy Arizonę – pustynny, ogromny powierzchniowo stan, którego krajobrazowa monotonia jest pozorna, bo w każdym niemal zakątku tej „suchej strefy” (ari-zona) są miejsca godne uwagi. Lecz my, niestety, możemy być tylko w jego północnej części. A może jednak „stety”, ponieważ to właśnie na północy tego stanu znajduje się jeden z siedmiu cudów przyrody świata (wówczas jeszcze nie zdetronizowany). Mowa oczywiście o Wielkim Kanionie – najbardziej spektakularnej dziurze na Ziemi. Na zapoznanie się z Kanionem mamy cały następny dzień, zanim jednak dotrzemy na nocleg w okolice Flagstaff, przejeżdżamy przez Zaporę Hoovera, która swego czasu (lata  30-te ubiegłego wieku) była największą elektrownię i konstrukcję betonową na świecie (jeśli są chętni to zwiedzamy tamę, schodząc nawet do podziemi, gdzie znajdują się potężne generatory). Hoover Dam leży dokładnie na granicy stanów i ulokowana jest oczywiście na rzece Kolorado, w tzw. Czarnym Kanionie a otacza ją krajobraz iście księżycowy i dość ponury: skały przypominające jakieś ciemno-rude, brunatne hałdy żwiru i spalonego koksu. Więc kiedy jesteśmy już w Arizonie, to odczuwamy pewną ulgę – bo otaczający nas pejzaż (pustynia Mohave przechodząca tutaj w pustynię Sonora), stanowi jasny i słoneczny kontrast dla piekielnej aparycji otoczenia Zapory Hoovera.
Grand Canyon of Colorado River. Nareszcie! Legendarny i wyczekiwany – jeden z highlights całej naszej kontynentalnej trasy. Jesteśmy na krawędzi południowej. Stąd Kanion jest najlepiej widoczny. Droga biegnie wzdłuż krawędzi, co jakiś czas można się zatrzymać na punktach widokowych i zajrzeć w kolorową otchłań – a z każdego miejsca Kanion wygląda inaczej. Gdzieniegdzie można dostrzec wijącą się „stróżkę” rzeki Kolorado, maleńką z tej odległości, choć rzeka na dnie Kanionu jest przecież niewąska – w niektórych miejscach mając niemal sto metrów szerokości. Reakcja na pierwsze spotkanie z Kanionem uczestników wycieczki niezmiennie mnie ciekawiła – bo sporo mówiła, zarówno o kondycji psychicznej ludzi, jak i ich wrażliwości na naturalne piękno i osobliwość tego niezwykłego tworu geologicznego, jakim jest Wielki Kanion. Tak więc – był zachwyt, zdarzało się też i rozczarowanie; była próba ogarnięcia specyfiki miejsca, ale także niemożność percepcji samej wielkości rozpadliny; była radość z faktu dotarcia na to miejsce, ale bywała również mała melancholia spełnienia... Summa summarum, nasze zmysły na Kanion reagują różnie – nieprzyzwyczajone do ogarniania tak wielkich gabarytów w Naturze. Ja osobiście w Kanionie zakochałem się od pierwszego spojrzenia. Ważne było chyba to, że odbyło się to podczas pierwszej mojej prywatnej podróży na Zachód – nota bene w kwietniu, co nie jest bez znaczenia, bo wówczas jeszcze tłumów nie ma, jest za to śnieg i pogoda „w kratkę” (przeplatające się: słońce-chmury-mgła-błękitne niebo), co wydatnie przydaje urody temu miejscu. Lecz Kanion robi wrażenie o każdej porze roku. Kiedy więc zaglądaliśmy tam latem lub wczesną jesienią, radości też było zwykle co niemiara – wielu z nas nie mogło napaść oczy mieniącymi się barwami na zboczach Kanionu, regularnie odmierzanych poszczególnymi warstwami osadowymi, które dla geologa są niczym otwarta księga, pozwalająca zajrzeć wgłąb ziemi i zobaczyć to, co było tutaj przed setkami milionów lat.
Najczęściej czekaliśmy nad Kanionem do zachodu Słońca, ale kiedy dni były dłuższe, wyjeżdżaliśmy z Parku (bo Grand Canyon jest także parkiem narodowym) przed zmrokiem, by zobaczyć jeszcze ziemie Indian Navaho – ich rezerwat bowiem graniczy z rejonem Wielkiego Kanionu.
Indianie Ameryki Północnej – to kolejny temat-rzeka, którego nawet nie śmiem tutaj poruszyć. Przy innych okazjach można było jednak poznać Ziemię Navahów, i samych zamieszkujących ją tubylców, bliżej: ot, choćby zwiedzając niewiarygodnie malowniczą Dolinę Monumentów czy niesamowity Kanion Antylopy w okolicach Page; jednakże na omawianej tutaj trasie, grupa musiała się zadowolić opowieściami o Indianach i słownym opisem ich rezerwatu – a był na to czas, kiedy zmierzaliśmy tego dnia na nasz nocleg do Utah.

Bryce Canyon

Bryce Canyon

.

Bryce Canyon – kolejny park narodowy na naszej trasie. Jesteśmy w południowym Utah, cały czas na Płaskowyżu Kolorado, gdzie dzieją się tak ciekawe – geologicznie i krajobrazowo – rzeczy, iż tylko w tym rejonie utworzono aż pięć parków narodowych, z których każdy jest inny, mimo że znajdują się one stosunkowo blisko siebie. Oficjalnie, program wycieczki – z uwagi na ograniczony czas – obejmuje wizytę tylko w jednym z tych parków, czyli właśnie w Bryce Canyon, choć niekiedy udaje się nam także zajrzeć do położonego obok, pięknego i monumentalnego Zion. Kanion Bryce’a jest nie mniej spektakularny, niż Zion, choć bardziej, rzec można, „zwiewny”, wręcz koronkowy. Powstał bowiem w innym czasie, wyrzeźbiony (przez wiatr i wodę) w innych skałach osadowych, dzięki czemu jego wapienne kolumny w kolorze „łososiowym” różnią się znacznie od masywnych ciemno-brunatnych ścian piaskowców oraz żółto-czerwonych skamieniałych wydm jakie spotyka się w Zion. Zerodowana krawędź płaskowyżu w Bryce (mylnie nazwana „kanionem) przybrała kształt biało-różowych skalnych ostańców, tworzących przedziwne, a przy tym niezwykle malownicze amfiteatry, których na terenie parku znajduje się kilka. Schodzi się na ich dno wyznaczonymi szlakami, i dopiero z bliska można zobaczyć ich niezwykłość: to, co z oddali wydaje się być naturalną „koronką”, w rzeczywistości okazuje się być zbiorowiskiem potężnych skalnych monumentów, wśród których znajdują się szczeliny, gdzie rosną pachnące wanilią (!) sosny. Na szlaku jest sucho i gorąco, im schodzi się niżej, tym barwa biało- różowo-ceglasta wapieni staje się bardziej jaskrawa, wręcz oślepiająca – a wszystko to daje efekt baśniowego odrealnienia, oszałamiającego chyba bardziej niż neonowe ekstrawagancje Las Vegas.
Utah to nie tylko stan geologicznych dziwów, ale i Mormonów – ciekawego ludu, niby to amerykańskiego, ale jednak tworzącego odrębną społeczność, rządzącą się swoimi specyficznymi wierzeniami, prawami i obyczajami, z których poligamia jest równie zadziwiająca, jak biznesowy spryt, jaki uczynił z nich jedną z najbogatszych warstw klasowych w Ameryce.
Mormonów poznajemy oczywiście w ich stolicy Salt Lake City, mieście wybudowanym pod górami, na pustyni, nad Słonym Jeziorem w połowie XIX wieku przez pierwszych mormońskich osadników z ich prorokiem i liderem Brighamem Youngiem na czele. Rozległym traktem (ulice w SLC są niezwykle szerokie, bowiem projektowane były tak, aby można było zawrócić na nich konnym zaprzęgiem) dojeżdżamy do Placu Świątynnego (Temple Square), epicentrum religijnego Mormonów, gdzie jakimś cudem, jeszcze w połowie XIX stulecia, udało się tym wycieńczonym drogą na Zachód pionierom wybudować świątynię, która wielkością, rozmachem i architektoniczną zgrabnością zadziwia wszystkich do dzisiaj. Do środka świątyni oczywiście mamy, jako profani, wstęp wzbroniony, ale cała jej gloria widoczna jest z zewnątrz. Zamiast tego możemy wejść do Tabernakulum, siedziby słynnego mormońskiego chóru, którego próbę lub występ (ach, to anielskie brzmienie!) możemy przy odrobinie szczęścia niekiedy usłyszeć. W innej budowli zaś przemawia do nas Chrystus – pod kilkumetrowym białym posągiem (wzorowanym na rzeźbie Duńczyka Thorvaldsena), wysłuchujemy (w języku polskim!) Chrystusa Króla dającego nam napomnienia i przypominającego, że to On właśnie jest Stworzycielem Nieba i Ziemi. Po Placu Świątynnym oprowadzają nas młodzi mormońscy misjonarze – eteryczni, delikatni i grzeczni, lekko nawiedzeni (wszak taka ich rola) a jednak sympatyczni – zwłaszcza wstydliwe siostrzyczki, żyjące jakby w innym świecie… Ta atmosfera i nam się trochę udziela, więc kiedy już – opuściwszy Plac Świątynny i miasto – jedziemy na północ w kierunku Idaho, w autokarze jest cicho i spokojnie, jakby każdego musnęło skrzydło anioła Moroniego, którego złoty, dmący w trąbę, posąg zobaczyliśmy na jednej ze strzelistych wież mormońskiej świątyni.

W Idaho, czyli w stanie ziemniaka, pierwszej elektrowni atomowej, wulkanicznych Księżycowych Kraterów… i Doliny Słońca, gdzie w miasteczku Ketchum zakończył swój żywot Hemingway strzelając sobie z dubeltówki w usta. Pierwszy postój nad cudnym przełomem „Rzeki bez Powrotu” (czyli wijącej się jak nomen omen wąż Snake River) daje nam przedsmak tego, co czeka nas przez następne kilka dni – przeżywanie spektakularnych scenerii Gór Skalistych, obcowanie z dzika przyrodą, oddychanie krystalicznie czystym powietrzem i zażywanie ruchu na licznych górskich szlakach.

Przełomy rzeki Snake, w tle - górskie pasmo Teton (fot. Ansel Adams)

Przełomy rzeki Snake, w tle – górskie pasmo Teton (fot. Ansel Adams)

Na dłużej zatrzymujemy się dopiero w Wyoming, w Jackson Hole – otoczonej górami płaskiej kotlinie – a konkretnie w schronisku położonym w Teton Village,  robiąc stamtąd wypady do miasteczka Jackson oraz Parku Narodowego Grand Teton. Jackson to miejsce stylizowane na Dziki Zachód. Autentyzm został tu wyparty przez turystyczny przemysł – ma to wszak swój urok, bo brak w tym tandety, jednak aby poczuć jakim naprawdę wspaniałym miejscem jest Jackson Hole, trzeba wyjechać poza miasto, w sam środek kotliny, rozejrzeć się wokół, no i paść na kolana przed jedną z najpiękniejszych panoram górskich Ameryki – widokiem pasma Teton, którego granitowe, szaropopielate granie i ośnieżone niebotyczne szczyty stanowią niesamowity kontrast z zielono-niebieskim kobiercem płaskiego dna kotliny, przeciętego meandrami Rzeki Wężowej, z jej brzegami porośniętymi topolami i dzikimi wierzbami. (Nic dziwnego, że było to jedno z najbardziej ulubionych miejsc Ansela Adamsa, najsłynniejszego amerykańskiego fotografa Natury.) Czasem robimy sobie spływ pontonami po rzece (wypatrując przy tym łosi i orłów, które mają nawet wśród tubylców swoje własne imiona); najczęściej jednak płyniemy łódką po Jenny Lake do miejsca, skąd wybieramy się na górski szlak do Hidden Falls, na punkt widokowy Inspiration Point i dalej – zapuszczając się w kotlinę leżącą u stóp wielkiej góry, jaką jest bez wątpienia Grand Teton (4197 m. n.p.m.) Późnym popołudniem wracamy do Teton Village. Po drodze często spotykamy pasące się jelenie mulaki i łanie wapiti, brodzące w wodzie i zajadające się wierzbowymi listkami łosie, na nawet – najczęściej w lasku osikowym, nieopodal rancza Harrisona Forda – czarne niedźwiedzie, które rzadko kiedy zwracają na nas jakąkolwiek uwagę, wspinając się na drzewka i przychylając zielone gałązki swoim małym. Dzień kończy wspólne, zwykle mocno zakrapiane ognisko-grill pod schroniskiem – konsumpcja steków, kiełbas, pieczonych ziemniaków i warzyw. (Jesteśmy zbyt daleko lasu, by zapach pieczonego, ociekającego krwią i tłuszczem mięsa, drażnił nozdrza mieszkających tam naszych dzikich braci mniejszych, choć widzimy jak nasi sąsiedzi – bracia już nam równi – toczą ukradkiem ślinkę.)

Dwa następne dni to szczególna uczta dla oczu, bo jesteśmy w Yellowstone – kolejnym, „kanonicznym” jeśli chodzi o ochronę „dzikiej” przyrody, obszarze wyjętym spod radykalnego wpływu współczesnej cywilizacji. Grand Teton i Yellowstone to dwa parki narodowe, które sąsiadują ze sobą, więc nasza droga ze schroniska w Jackson Hole do granicy z Yellowstone nie jest długa. I tym bardziej się ona nie dłuży, że zewsząd towarzyszą nam nader ciekawe scenerie: wspinamy się bowiem na olbrzymią wyżynę wypiętrzoną przez starożytne mega-wulkany w obrębie Gór Skalistych – nota bene wulkany, które drzemią tylko, gotowe wybuchnąć w super potężnej eksplozji, jaka niewątpliwie spowodowałaby katastrofę ekologiczną (a i cywilizacyjną, jeśli chodzi o ludzi) w skali całego ziemskiego globu. Póki co jednak, nad tymi groźnymi potworami kwitnie i rozwija się bujne życie (jest tak od ostatniego zlodowacenia, jakie miało tutaj miejsce przed dziesięcioma tysiącami lat – tak więc flora i fauna Yellowstone jest stosunkowo młoda), a ich podziemna bliskość sprawia, że na powierzchni dają się zauważyć fascynujące rzeczy i zjawiska, budzące nie tyle strach czy grozę, co wpędzające nas w stan permanentnego zadziwienia. A są to nie tylko tzw. twory termalne (gorące źródła, gejzery, fumarole… (nie sposób nie wspomnieć w tym miejscu o tym, że więcej niż połowa tego rodzaju tworów będących na świecie, znajduje się właśnie tutaj, w Yellowstone); dalej: niezrównane scenerie (w rodzaju Kanionu i Wodospadów Yellowstone), czy wreszcie obfitość dzikiej zwierzyny: całe stada bizonów, jeleni wapiti, antylop, owiec gruborogich… o niedźwiedziach (zarówno czarnych, jak i grizzly) nie wspominając. Nic dziwnego, że ktoś kiedyś pokusił się nazwać Yellowstone amerykańskim Serengeti. Naturalnie o Yellowstone można by pisać i opowiadać bez końca. Zwykle więc pilnowałem się, by nie zarzucić mojej grupy lawiną informacji, a zamiast tego pokazać wszystkim to, co w Yellowstone najlepsze – a co z powodzeniem „napaść” mogło ich złaknione przyrodniczych cudów oczy. Koniecznie więc: Dolny Wodospad na rzece Yellowstone, malowniczo dopełniony bajecznie kolorowym kanionem; wielkie niczym morze Jezioro Yellowstone, nad którym aura często wyczynia dramatyczne spektakle; gejzer Old Faithfull, który z godną podziwu regularnością tryska na kilkadziesiąt metrów do góry białą fontanną gorącej pary wodnej i wody (zazwyczaj w parku widzimy jeszcze kilka erupcji innych gejzerów); fantastyczne tarasy trawertynowe w Mammoth Hot Springs; niewiarygodnie kolorowe sadzawki gorących źródeł, jak choćby Morning Glory Pool… etc. Niezapomniane są też bliskie (niekiedy zbyt bliskie) spotkania z yellowstońską zwierzyną: imponuje zwłaszcza widok wielotysięcznych stad bizonów pasących się w rozległych zielonych dolinach. Wielkie wrażenie robią też nie mniej liczne stada wapiti, które w Mammoth Hot Springs podchodzą tak blisko zabudowań, że trzeba im schodzić (ewentualnie zjeżdżać) z drogi (to samo zresztą odnosi się do bizonów). Jednakże największym przeżyciem jest spotkanie z najgroźniejszą bestią jaka w Yellowstone żyje – niedźwiedziem grizzly.
W parku można byłoby się zatrzymać co najmniej na tydzień (sam spędziłem w nim w sumie kilka miesięcy swojego życia i nigdy – zwłaszcza podczas prywatnych „niesłużbowych” pobytów – nie miałem tego miejsca dość), jednak parę dni wystarczy, by docenić niezwykłość tego najstarszego i najsłynniejszego parku narodowego na świecie.

Wspomnienie szalonych czasów: z jedną z gru w Parku Narodowym Yellowstone

Wspomnienie szalonych czasów: z jedną z moich grup w Parku Narodowym Yellowstone

.

W zależności od pogody, wyjeżdżając z Yellowstone, wybieraliśmy drogę biegnącą przez Wyoming (wtedy musieliśmy „przebić się” przez pasmo niewyobrażalnie starych gór Big Horn z ich niepowtarzalną rzeźbą terenu) lub przez Montanę – stan nie tylko (jak sama nazwa wskazuje) górzysty, ale i obdarzony „wielkim niebem”: Big Sky State to z kolei przydomek Montany. Następnym punktem naszego programu była obowiązkowo Diabelska Wieża – wysoka na niemal 400 m. skała przypominająca gigantyczny pień ściętego drzewa, będąca niczym innym jak pozostałością po wulkanicznej intruzji odsłoniętej z czasem wskutek erozji otaczającego ją terenu. Ta jedna z największych osobliwości geologicznych amerykańskiego Zachodu (nota bene pierwszy w Stanach Zjednoczonych „Narodowy Pomnik” przyrody, ustanowiony w 2906 r. przez prezydenta T. Roosevelta) zadziwia każdego roku setki tysięcy przybyszów z całego świata, ciesząc się jeszcze większą popularnością po tym, jak Steven Spielberg postanowił, że „wystąpi” ona w jego filmie „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, który okazał się wielkim międzynarodowym „hitem”.
Devil’s Tower widoczna jest już z odległości kilkunastu kilometrów (stosunkowo łatwo można ją dostrzec na tym lekko pofałdowanym terenie będącym klasyczną prerią), ale największe wrażenie robi swoim ogromem z bliska, kiedy możemy dotknąć jej twardych jak stal bazaltowych kolumn, i spojrzeć w górę, gdzie często można wypatrzeć śmiałków wspinających się na jej płaski wierzchołek. Wulkaniczną Wieżę otacza sosnowy las, u jej nasady utworzyły się skalne rumowiska potężnych głazów, a nieopodal znajdują się kolonie piesków preriowych, które wbrew nazwie są gryzoniami, tyle że bardzo płochymi i ostrzegającymi się charakterystycznym piskliwym szczekaniem.

Na czarnych Wzgórzach - pod głowami prezydentów z granitu

Na Czarnych Wzgórzach – pod granitowymi głowami prezydentów (Mt. Rushmore)

Jesteśmy jeszcze w Wyoming, lecz stąd już niedaleko do Czarnych Wzgórz, które leżą w Dakocie Południowej. Black Hills przypominają otoczoną morzem prerii górzystą wyspę porośniętą lasem, który wydaje się być bardzo ciemny (niemal czarny), jeśli patrzymy nań z daleka (stąd właśnie wzięła się nazwa tych wzgórz). Mimo, że z rejonu tego utworzono coś w rodzaju olbrzymiego parku rozrywki, jest tutaj wiele miejsc wartych zobaczenia, a naturalne piękno tej ziemi zdołało się jakoś oprzeć dewastacji przez zaborczy – i kiczowaty pod wieloma względami – przemysł turystyczny. Teren Czarnych Wzgórz jest dość rozległy więc stosunkowo łatwo jest uciec tu od tłumów – i jeśli tylko natura pociąga nas bardziej od turystycznego lunaparku, można zawitać do Parku Narodowego Jaskini Wiatrów gdzie czeka na nas nie tylko ciekawa jaskinia, ale położone nad nią tereny nieskażonej dzikiej przyrody – podobnie jak w w Parku Stanowym im. Custera, gdzie w bród jest zwierzyny, z owcami górskimi, jeleniami i bizonami na czele. Lecz będąc tutaj nie można jednak oprzeć się pokusie zobaczenia słynnej Mt. Rushmore, na której granitowym zboczu wyrzeźbiono głowy czterech prominentnych amerykańskich prezydentów, jak również, położonego nieopodal, konkurencyjnego niejako dla Mt. Rushmore miejsca zwanego Crazy Horse Memorial, gdzie nasz rodak Korczak Ziółkowski zapoczątkował tworzenie czegoś, co ma być największą rzeźbą na świecie – wykuty w górze pomnik wodza Indian Szalonego Konia. Jednakże, podczas gdy prezydenckie głowy budzić mogą mieszane uczucia (niemalże szowinistyczna ingerencja w pejzaż Czarnych Wzgórz, turystyczny moloch gwałcący piękno Natury), to rzeźba szalonego Konia imponuje nie tylko artystycznym rozmachem, ale i przesłaniem, które oddaje hołd pierwotnym mieszkańcom tej ziemi, wypartym przez osadników i przepędzonych przez ekspedycję Custera po tym, kiedy znaleziono tu złoto – za co Indianie wzięli okrutny odwet w słynnej bitwie nad rzeką Little Big Horn.
Na Czarnych Wzgórzach zostawaliśmy na noc, zatrzymując się w jednym ze starych historycznych hoteli Deadwood, będącym klasycznym miasteczkiem Dzikiego Zachodu, rozsławionym nie tylko przez gorączkę złota, która tę górska osadę powołała do życia, ale i przez legendarnych zabijaków w rodzaju Dzikiego Billa Hickoka czy Calamity Jane. Ci bardziej zażywni z nas do późna w nocy mogli więc testować trunki w jednym z tutejszych saloonów – dokładnie takim, jakie znaliśmy z jakże popularnych ongiś (zwłaszcza wśród starszych pokoleń) westernów – ewentualnie paść w szalonych tańcach na saloonową, zaśmieconą i zbrukaną podłogę z trzeszczących, wysuszonych desek.

W dalszej drodze na wschód, zanim dotarliśmy w okolice Wielkich Jezior, oprócz kilkunastogodzinnej jazdy przez farmy, pastwiska i pola uprawne Dakoty Południowej, Minnesoty i Wisconsin, (które zaledwie przed stu kilkudziesięcioma laty były bezkresnym obszarem prerii dziewiczych jeszcze wówczas Wielkich Równin) czekała nas wizyta w Badlands, czyli na „złych” ziemiach, które wszak złe były tylko dla pierwszych pionierów, bo nie mieli oni żadnego pożytku z tej jałowej, pustynnej i gliniastej gleby, stanowiąc tylko trudną do przebycia przeszkodę w ich dalszej wędrówce na Zachód. Teraz jednak na Badlands patrzymy inaczej, zadziwieni ich księżycowym krajobrazem, rzeźbą i barwami przypominającymi jakieś kolorowe przekładańce z ciasta lub piaskowe babki. Po wyjeździe z Badlands krajobraz staje się monotonny jak niekończące się pastwiska dla bydła i kukurydziane pole, ciekawie zaczyna się dopiero wtedy, kiedy zbliżamy się do dolin „królowych” amerykańskich rzek, jakimi niewątpliwie są Missisipi i Missouri. W Wisconsin zaś robi się już bardzo zielono, jednakże oraz większa ilość zabudowań wskazuje na to, że zbliżamy się do północnych krańców stanu Illinois – rejonu mocno „ucywilizowanego” i zurbanizowanego. Wreszcie nocą docieramy do Wietrznego Miasta.

Tego dnia jestem w domu – odpoczynek od wszystkiego i wszystkich, doprowadzenie się do porządku, zajęcie się własnymi sprawami, nabranie oddechu przed dalszą drogą… Chicago zaś pokazuje wycieczkowiczom jeden z moich kolegów i znajomych, także parających się przewodnictwem: Andrzej Kulka, Zbyszek Banaś lub Jurek Skwarek. Tak więc grupa ma okazję poznać nie tylko Wietrzne Miasto, ale i ciekawych ludzi (AK to znany wśród Polonii autor przewodników, bardzo doświadczony pilot, prowadzący wyprawy do najdalszych zakątków globu; ZB – oprócz tego, że zajmuje się turystycznym przewodnictwem, to jest także jednym z najlepszych polsko-amerykańskich krytyków filmowych; JS to pasjonat i nestor globtroterstwa i włóczęg po całym świecie.) Na zwiedzanie Chicago przeznaczony jest cały dzień. To dużo i mało jednocześnie. Mało, po poznajemy miasto tylko powierzchownie; dużo, bo można zobaczyć urbanistyczną esencję miasta nad Jeziorem Michigan: downtown, czyli śródmieście z jego drapaczami chmur, wprawdzie nie tak licznymi, jak na Manhattanie, ale nie mniej znanymi i imponującymi, wśród których wyróżniają się wieżowce John Hancock Center oraz Sears Tower (w programie jest wyjazd na teraz widokowy jednego z nich, skąd widać imponującą panoramę metropolii i wielkiego jak morze Jeziora Michigan). Jest również przechadzka po tzw. Magnificent Mile (Wspaniałej Mili) – czyli po paru kilometrowej promenadzie biegnącej wzdłuż Michigan Avenue: to tam, gdzie Chicago jest najbardziej „wystawne”, pełne drogich sklepów, bogactwa i światowego szyku. Spaceruje się też po parkach leżących nad Jeziorem, wzdłuż Columbus Drive, obok wielkiej i ozdobnej Fontanny Buckingham, Planetarium Adlera, Akwarium Shedda i Muzeum Historii Naturalnej i Ziemi. Przy tej okoazji, bez przesady można stwierdzić, że Chicago posiada najładniejsze downtown z wszystkich amerykańskich miast – jest więc co pokazywać. Niekiedy, zwłaszcza gdy pogoda nie sprzyja, zagląda się do Chicagowskiego Instytutu Sztuki, gdzie zgromadzono przebogatą kolekcję sztuki z całego świata, w tym wspaniałą galerię malarstwa.
Wypada też zajrzeć na słynne Jackowo, które stanowi centrum chicagowskiej Polonii. Wprawdzie pod względem architektonicznym to żadna atrakcja – i raczej nie ma się czym w tej dzielnicy chwalić – to kolacja w jednej z polskich restauracji pozwala wszystkim przypomnieć sobie swojskie smaki i zapachy, których być może niektórym już zaczynało podczas ostatnich paru tygodni testowania amerykańskiej gastronomii, brakować.

Chicago – Niagara: to najdłuższy, liczący bez mała 1000 km. przejazd na naszej trasie. Wyruszamy więc o wyjątkowo nieprzyzwoitej porze (5-ta nad ranem!), jedziemy przez Indianę, Ohio, przez kawałek Pensylwanii, wjeżdżamy do stanu Nowy Jork i około 3-ej po południu jesteśmy w okolicach wodospadu, a unoszącą się nad nim mgłę z rozpryskanej wody widzimy już z odległości kilkunastu kilometrów. Do tej pory widoki za autokarowym oknem były nieszczególne – typowa nudna zabudowa amerykańskiej prowincji – tym bardziej teraz wszyscy czują podniecenie, bo oto za chwilę objawi się przed naszymi oczami kolejny przyrodniczy „cud” świata: wodospad Niagara! Lecz nie jest tak łatwo dostrzec jego potęgę – będąc na krawędzi, widzimy tylko wodę znikającą gdzieś w niewidocznej dla nas czeluści; dopiero wyprawa małym stateczkiem w pobliże spadających mas wody, daje nam wyobrażenie, czym tak naprawdę jest ten wodospad – nieujarzmioną siłą i grzmiącym kolosem, przy którym człowiek może się poczuć jak Calineczka w łupinie orzecha, wydana na pastwę nieposkromionego żywiołu. Pływając po rzece jesteśmy właściwie na samej granicy z Kanadą. W duchu żałuję trochę, że wodospadu nie możemy zobaczyć z kanadyjskiej strony – bo dopiero stamtąd dobrze są widoczne te jego niespotykane nigdzie indziej na świecie wymiary.

Tęcza nad Niagarą - widok wodospadu od strony kanadyjskiej

Tęcza nad Niagarą – widok wodospadu od strony kanadyjskiej

.

Kiedy tak jechaliśmy w poprzek całego kontynentu, niemal cały czas towarzyszyła nam amerykańska przyroda. Natura dominowała w programie wycieczki, z wyjątkiem kilku początkowych dni w Kalifornii, pobytu w neonowym Las Vegas i nad Jeziorem Michigan w Chicago. Zbliżaliśmy się jednak do Wschodniego Wybrzeża i całą eskapadę przyszło kończyć mocnym akcentem cywilizacyjnym, bo wielkie metropolie rozłożone nad Atlantykiem to ta Ameryka zurbanizowana, zabudowana, zindustrializowana – z finansowym centrum świata na Manhattanie, początkiem swojej historii w Filadelfii i stolicą w Waszyngtonie, będącym siedzibą władz amerykańskiego imperium. Zanim jednak dotarliśmy do największego na świecie Megalopolis (warto przypomnieć, że w miastach – de facto połączonych ze sobą terenami zabudowanymi – począwszy od Waszyngtonu aż po Boston, mieszka blisko 50 mln. ludzi), naturalne piękno amerykańskiej przyrody pokazywało się nam jeszcze raz w całej swojej krasie, kiedy docieraliśmy do Apallachów. I zwłaszcza jesienią, kiedy eksplozja kolorów zamienia lasy liściaste porastające zbocza tych gór w niewiarygodnie barwny kobierzec, nie można było oderwać wzroku od tych fantastycznych widoków. Wprawdzie nie było w nich już takiego dramatyzmu, jaki pamiętaliśmy z pobytów w Sierra Nevada i w Rocky Mountains (Appallachy są górami bardzo starymi – przez ostatnie kilkaset milionów lat zerodowały tutaj warstwy skał osadowych grube na kilka kilometrów) ale pejzaż działał na nas równie silnie, tyle że już w innej nieco zmysłowej tonacji.

Żegnaj Naturo, witaj Cywilizacjo – zbliżamy się do wschodniego krańca kontynentu.  Kiedy ponad 200 lat temu szukano miejsca pod stolicę młodego państwa, Północ i Południe poszły na kompromis i wybrano ziemię na Potomakiem, w centralnej części atlantyckiego wybrzeża, nota bene w pobliżu posiadłości Jerzego Waszyngtona pod Mount Vernon. Na przełomie XVIII i XIX wieku zaczęto budować Dom Kongresu i Dom Prezydenta oraz The Mall według planu francuskiego oficera i architekta L’Enfanta, który kreśląc go miał w głowie paryskie Pola Elizejskie. Jednakże przez kilkadziesiąt lat w Waszyngtonie (bo oczywiście o tym mieście tu mowa) wszystko to taplało się w błocie, otoczone było przez bagna i dopiero po osuszeniu gruntu pod koniec XIX stulecia National Mall nabierał stopniowo aparycji takiej, jaka jest widoczna dzisiaj. I trzeba przyznać, że jest to widok robiący wielkie wrażenie, zwłaszcza kiedy stoimy na tarasach Kapitolu i ze wzrokiem skierowanym na wschód, ogarniamy szeroki na pół kilometra i długi na trzy kilometry pas zieleni, alej, stawów i wielkich neoklasycznych budowli, w których znajdują się muzea i siedziby ministerstw. W centrum National Mall wznosi się strzelisty, wzorowany na egipskich obeliskach, Pomnik Waszyngtona (swego czasu najwyższa budowla na świecie – 170 m. wysokości), zaś na jego przeciwległym końcu widać Mauzoleum Lincolna (z nadludzko wielkim kamiennym prezydentem w środku). Kierując wzrok na prawo i biegnąc nim wzdłuż rozchodzącej się promieniście od Kapitolu Alei Pensylwańskiej. natrafiamy w końcu na Biały Dom, do którego czasami udaje się nam później wejść. Podobnie zdarzały się nam także wizyty w sali, gdzie obradował amerykański Senat, jak i w Izbie Reprezentantów – ale to było w czasach, kiedy jeszcze kongresmeni cieszyli się jako-takim uznaniem Amerykanów. Zawsze też starałem się zabrać wszystkich na drugi brzeg Potomaku, gdzie znajduje się rozległy, wypełniony setkami tysięcy białych, ustawionych równiutko w rzędach krzyży, znaczących groby amerykańskich żołnierzy, którzy ginęli w tych wszystkich beznadziejnych – bardziej niesprawiedliwych i bezsensownych, niż uprawnionych i mających jakiś sens – wojnach toczonych na obcych kontynentach.
Kontynuację wątków patriotycznych i historycznych mieliśmy w położonej zaledwie o godzinę jazdy od Dystryktu Kolumbii Filadelfii – „Mieście Braterskiej Miłości”, pierwszej stolicy Stanów Zjednoczonych, gdzie nabierały formy i znaczenia pierwsze amerykańskie instytucje państwowe i gdzie w 1776 roku ogłoszono Deklarację Niepodległości. Filadelfia to właściwie jedyne miasto w USA posiadające „starówkę” – kilka przecznic kolonialnej zabudowy, z charakterystycznymi, kanciastymi domkami z czerwonej cegły. Po waszyngtońskiej megalomanii, kameralność starej Filadelfii uspokajała, spacer wśród urokliwych kamieniczek relaksował na tyle, że można było jeszcze wstąpić do jednej z nich i zobaczyć mieszkanie, w którym mieszkał po amerykańskiej rewolucji Tadeusz Kościuszko (jak również Julian Ursyn Niemcewicz). Nie można było też zapomnieć o tym, że Filadelfia to także miasto Benjamina Franklina – bodajże największego amerykańskiego „człowieka renesansu” i odwiedzić kilka miejsc związanych z tym wybitnym pisarzem, politykiem, filozofem i uczonym; no i oczywiście… Rocky’ego Balboa.

Początkowo program wycieczki obejmował także wizytę (i nocleg) w Atlantic City lecz po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że nie warto tracić czasu i sił na to miasto rozpasanego kiczu, niewybrednej rozrywki i hazardu – tym bardziej, że mieliśmy już za sobą doświadczenie Las Vegas, kasynowej stolicy świata par excellence. O tyle jednak dobrze było się tam zjawić, bo stwarzało to możliwość bezpośredniego zetknięcia się z Atlantykiem, co było swoistym dopełnieniem pielgrzymki od jednego wybrzeża do drugiego – z rytualnym niemal zanurzeniem stóp i rąk w obu oceanach.
A siłą, kondycją i chęciami należało jeszcze dysponować, bo czekał nas jeszcze przecież wielki finał w miejscu, które dla całego świata stanowi esencję Ameryki. Mowa oczywiście o Wielkim Jabłku, Gotham City, mieście, które nigdy nie śpi… czyli o Nowym Jorku. W naszym parudniowym pobycie w New York City skupialiśmy się naturalnie na Manhattanie, bez wątpienia najciekawszym okręgiem spośród pięciu nowojorskich borough. Nieprzypadkowo Manhattan należy do najtłumniej odwiedzanych miejsc turystycznych na świecie (ponad 50 mln. przybyszów  rocznie; dla porównania: Paryż odwiedza o połowę ludzi mniej). Dwa dni na zwiedzenie Nowego Jorku (czasami nasz pobyt tutaj był o jeden dzień dłuższy) to nie za wiele, niemniej jednak wystarczało czasu, by uświadomić sobie jego ogrom i poczuć charakter. I znowu: o mieście tym można by tu całą księgę spisać, wspomnę więc tylko o „żelaznych” punktach programu naszej wizyty. A więc, obowiązkowo: rejs na Liberty Island i bliskie spotkanie ze Statuą Wolności; przechadzka (niekiedy przejażdżka rowerem) po Parku Centralnym, wizyta na Wall Street, na Broadway’u i Piątej Alei, niekiedy na brooklińskim polskim Greenpoincie, w Chinatown lub w Little Italy; opłynięcie Wyspy Manhattan rzekami Wschodnią i Hudson; dla chętnych (do wyboru): wizyta w Metropolitan Museum, American Museum of Natural History lub Museum of Modern Art… Wreszcie panorama Nowego Jorku widziana z najwyższego wieżowca World Trade Center (wtedy jeszcze Twin Towers stały, oferując niezapomniany widok na spory kawał metropolii w promieniu kilkudziesięciu kilometrów) lub z najsłynniejszej budowli miasta, będącej, rzec można, jego symbolem: Empire State Building). Tak więc, w NYC spadała na nas cała masa wrażeń – Manhattan w dzień, Manhattan nocą (to jakby dwa zupełnie inne miasta), betonowo-aluminiowo-szklana dżungla z lasem wieżowców i kanionami gęstej, miejskiej zabudowy, wypełnionymi rzeką samochodów i tłumami ludzi – oszołomienie, które nie pozwalało na chwilę odpoczynku i jakieś racjonalne odniesienie się do zjawiska, które dla większości z nas było nieporównywalne z czymkolwiek, co widzieliśmy do tej pory na świecie. Dość wspomnieć, że nasza szalona wielotygodniowa eskapada kończyła się mocnym akcentem: nocą spędzoną na Broadway’u – wpierw obejrzeniem jednego z tutejszych musicali, a później (dla silnych i wytrwałych) wypadem do któregoś z wielu nocnych klubów jazzowych (ot, choćby go Blue Note czy też Birdland).
I tak oto, następnego dnia – w lepszej lub gorszej kondycji, ale jednak zawsze szczęśliwie – docieraliśmy na lotnisko Kennedy’ego,  gdzie żegnaliśmy naszych przyjaciół z Polski (goodbye kisses), po czym, sami już i bez większych szaleństw, wracaliśmy na wpół opustoszałym autokarem do Chicago.
Tak, za każdym razem, kończyła się dla mnie ta wielka przygoda z amerykańskim kontynentem, bez wątpienia jedna z największych przygód mojego życia.

greydot

New York minute - w Parku Centralnym na Manhattanie

New York minute – w Parku Centralnym na Manhattanie

.

Cóż, to co miało być zaledwie szkicem odnoszącym się do mojej najdłuższej trasy jaką realizowałem, kiedy przez kilka lat zajmowałem się turystyką, rozrosło się do takich rozmiarów, iż może przerazić co bardziej niecierpliwych czytelników – a jednak tak naprawdę szkicem pozostaje, bo doprawdy jest to tylko muśnięcie opisu kilkutygodniowej wycieczki po Stanach Zjednoczonych, którą miałem swego czasu przyjemność – i szczęście – organizować i prowadzić. Tak, to była jedna z wielkich przygód mojego życia – nie tylko doświadczenie zawodowe, ale poznawcze – zarówno jeśli chodzi o spotkania z ciekawymi ludźmi, jak i poznanie samej Ameryki.
Bez fałszywej skromności mogę napisać, że wszystkie te eskapady były bardzo udane i do dzisiaj zachowałem na to dowody w postaci dziesiątków listów i kartek otrzymanych od moich towarzyszy podróży.
Nie będę ukrywał, że realizacja takiej wycieczki była dla mnie wielkim wyzwaniem, a tym samym niezwykłą mobilizacja do tego, by zgłębić wiedzę o kraju, który stał się moim drugim domem, jak również do tego, by wzmocnić własną kondycję fizyczną i psychiczną (skok adrenaliny powodował, że prowadzenie tej wycieczki wprowadzało mnie jakby w stan permanentnego rauszu), tudzież wyrobić w sobie cechy, które do tej pory uważałem za niezbyt dobrze mnie określające (jak np. cierpliwość), czy wreszcie przezwyciężyć swoją wrodzoną nieśmiałość (to ciekawe, że zbierałem przy tej okazji pochwały za swoją odwagę ;) )
Nigdy nie byłbym w stanie dokonać takiego wysiłku, gdyby nie pasja, jaką było dla mnie (moje prywatne) odkrywanie Ameryki, a zwłaszcza zauroczenie amerykańskim Zachodem – całym tym jego krajobrazowym splendorem i Naturą, które pozostają dla mnie czymś wspaniałym i nieporównywalnym z żadnym innym rejonem na świecie.
Bardzo zależało mi na tym, aby zdobytą przeze mnie wiedzą i doświadczeniem dzielić się z innymi – starałem się więc, by wycieczki te miały walor nie tylko imprezowy, ale przede wszystkim edukacyjny. O tyle z realizacją tego było łatwiej, że zdecydowana większość uczestników głodna i chłonna była wiedzy (wśród nich było sporo ludzi kultury, nauczycieli, wykładowców wyższych uczelni, także biznesmenów – choć ci ostatni stanowili chyba najbardziej specyficzną grupę „specjalnej troski”). Byli to więc zazwyczaj ludzie bardzo ciekawi i zainteresowani tym, co spotykało ich na trasie – a że z wyborem miejsc atrakcyjnych i wartych zobaczenia nie było problemu, to i zwykle imprezy te kończyły się sukcesem.
Równolegle z prowadzeniem wycieczek zajmowałem się pisaniem artykułów do prasy polonijnej, gdzie w cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce” starałem się popularyzować różne wątki i aspekty dotyczące kraju – jego historii, przyrody i zamieszkujących go ludzi. I to było dla mojego pilotażu jak znalazł, ponieważ zdobytą w ten sposób wiedzę (a pisanie tych tekstów zmuszało mnie do dość szerokich studiów i to w zakresie różnych dziedzin wiedzy – począwszy od zoologii, geologii, przez historię i kulturę, na socjologii i polityce skończywszy) mogłem wykorzystać w mojej pracy przewodnika, nie mówiąc już o egoistycznej stymulacji i ćwiczeniu mózgu.  Każdy bowiem dzień dotyczył innego wątku – miejsca i tematy zmieniały się jak w kalejdoskopie – a ponieważ spędzaliśmy w autokarze sporo czasu ze względu na długie przejazdy, to i była okazja, by o tym mówić i rozmawiać (dla uatrakcyjnienia programu – a i rozruszania towarzystwa – robiłem konkursy sprawdzające to, co grupa zapamiętała z moich prelekcji – dla najlepszych przewidziane były nagrody w postaci fotograficznych albumów).
Oczywiście z nadmiarem przekazywanej wiedzy nie można było przesadzać – musiałem też dostosowywać to, co mówiłem do danej sytuacji – do poziomu, oczekiwań, charakteru i zainteresowań grupy.
No i cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość… Każdy, kto miał do czynienia z polskim fenomenem grupy zorganizowanej, wie czym pachnie z takim organizmem dłuższe – ale też i krótsze – obcowanie. Nie wiem, czy coś takiego jak charakter narodowy istnieje, ale ujawnianie się pewnych cech specyficznych naszych rodaków, (o których nie mam wszak najmniejszej ochoty tu pisać) bywały dla mnie niekiedy dość traumatycznym doświadczeniem, z którym w końcu musiałem jakoś dawać sobie radę. Robiłem więc wszystko, aby to nie malkontenci nadawali ton całej imprezie, ale ci, którzy podchodzili do sprawy pozytywnie, przyjaźnie – gotowi na przeżycie wspaniałej przygody, być może nawet podróży swojego życia.
Na szczęście, niemal zawsze się to udawało.

To prawda, miałem jeszcze zamiar napisać słów parę na temat tzw. turystyki masowej – ze specjalnym uwzględnieniem uwikłania w nią większych grup autokarowych – lecz rozmiar tego tekstu również i mnie samego w końcu bez mała przeraził, więc pora napisać: basta! Ale niczego nie żałuję i z niczego nie mam zamiaru się tłumaczyć. Pisanie tego wszystkiego było dla mnie frajdą – a ponadto powrotem do niezapomnianych chwil i przeżyć, jak również utrwaleniem ich (przynajmniej na jakiś czas) w świecie, w którym wszystko (a zwłaszcza to, co dobre) tak szybko przemija. Mam również nadzieję, że przybliżyłem niektórym czytelnikom piękno amerykańskiej ziemi. I że tekst ten posiada pewien walor praktyczny, który można wykorzystać, realizując własny plan odwiedzin tej fascynującej części naszego globu, jaką jest bez wątpienia kontynent Ameryki Północnej.

greydot.

Powiązane wpisy: „SZKICE O AMERYKAŃSKIEJ SCENERII”,   „WYPRAWA NA ZACHÓD”.

New York by night: Time Square – rozjarzone serce Manhattanu – widok z Empire State Building

Nowy Jork nocą: Time Square – rozjarzone serce Manhattanu (widok z Empire State Building)

© ZDJĘCIA WŁASNE (klikając na zdjęcia można zobaczyć obrazy w pełnym wymiarze)

.

MOST… TO JEST COŚ! (szkice amerykańskie)

Most Złotych Wrót - praktyczność i piękno

Praktyczność, ogrom… może nawet piękno? (Golden Gate Bridge)

*

Mosty. Wielkie zwycięstwo człowieka nad topografią. Przepaść, której nie można przeskoczyć; rzeka, której nie można przebrnąć… A za nimi ta druga strona, która kusi, obiecuje – zapowiada i umożliwia poznanie, podbój, potęgę, bogactwo…
Często na początku był most a dopiero później cywilizacja albo… barbarzyństwo. To zależało od tego, kto był silniejszy – i kto przejął władzę nad mostem.
Budowanie mostu, oprócz praktycznej potrzeby, miało również znaczenie symboliczne – było wyrazem ekspansji, opanowania żywiołu, pewnej transgresji. Wpisywało się w archetyp zwycięstwa. Klęska zaś zmuszała często przegranych do palenia mostów za sobą.
Jednak najczęściej most był tym, co ludzi łączyło. Dlatego już Newton narzekał, że buduje się za dużo murów a za mało mostów.

Tu mała dygresja: o czym może świadczyć to, że nie mamy w Polsce słynnych mostów? Na pewno nie o tym, że nie potrafiliśmy ich budować (bo jednym z najsłynniejszych konstruktorów mostów na świecie był Polak, syn Heleny Modrzejewskiej, Rudolf Modrzejewski, z którego projektami możemy także spotkać się na kontynencie północnoamerykańskim). Jest zresztą u nas w kraju kilka ciekawych i unikalnych mostów, ale prawie nikt nic o nich nie wie.) Nie ma mostów słynnych, ani takich, które by rzucały na kolana. Dlaczego? Może brakowało nam jakiegoś nerwu ekspansji, albo po prostu nie trafialiśmy na odpowiednia przeszkodę? Wygląda na to, że za mało mieliśmy takich wyzwań, rzadko musieliśmy forsować coś – w terenie – na siłę. Przechodziliśmy z jednej strony rzeki na drugą, z jednej części miasta do drugiej – po moście nieszczególnym. ot, dobrym na tyle, by spełnić swoją utylitarną funkcję. Most był ledwie częścią drogi, ulicy, małym ogniwem traktu.

W Ameryce było zupełnie inaczej. Most, zwłaszcza w miastach, stawał się jednym z ważniejszych elementów cywilizacyjnego organizmu, niezbywalną częścią urbanistycznego tworu. Często też zaczynał żyć swoim własnym życiem, stając się przy tym sam w sobie ikoną, rozpoznawaną nie tylko lokalnie, ale i na całym świecie. Bo któż nie słyszał o moście Brooklińskim albo o Golden Gate w San Francisco?

Golden Gate Bridge. Złote Wrota istniały na długo przed pojawieniem się mostu, błędnie więc sądzi się, że sam most jest Złotymi Wrotami. Nie. Tak w czasach „gorączki złota” nazwano przesmyk między „ozłoconymi” wyschniętą trawą i dzikimi zbożami zboczami wzgórz, prowadzący z bezmiaru oceanicznych wód Pacyfiku wprost do rozległej Zatoki San Francisco, nad którą położone jest miasto i cały obszar „Większego” San Francisco, wliczając w to rozsławione przez Czarne Pantery Oakland i znane nam dzięki Miłoszowi Berkeley. Historia powstania mostu, takoż sposób jego funkcjonowania w kulturze masowej (filmy, filmy, trochę książek i piosenek) – nie wspominając o nieszczęsnych dwóch tysiącach samobójców, którzy wybrali ten cud XX-wiecznej techniki za miejsce pożegnania się z naszym światem – jest czymś intrygującym i fascynującym. Lecz tutaj bardziej niż opowiastki, interesuje nas estetyka: czyli jak Golden Gate wkomponowuje się w amerykański krajobraz, a konkretnie – w to harmonijne zespolenie się oceanu, wzgórz, zatoki i miasta, jakie uderza nas w zetknięciu się z tym rejonem kalifornijskiego wybrzeża. Otóż, moim zdaniem, wkomponowuje się świetnie. Pastelowy pomarańcz jaki wybrano, by pokryć gigantyczną stalową konstrukcję mostu, łagodzony jest dodatkowo mgiełką, która często tutaj gości, zwłaszcza wczesną porą dnia. Mgła ta rozwiewa się zazwyczaj po południu, barwa mostu staje się wtedy bardziej intensywna, by przed samym zachodem słońca rozświetlić się jaskrawą i ciepłą – płonącą wręcz – czerwienią. Sam most jest w rzeczywistości stalowym potworem, lecz mimo to sylwetka jego pełna jest gracji. Styl art deco nadaje wielkim pylonom mostu znamion prawdziwej sztuki, a wrażenie lekkości całej kompozycji spotęgowane jest przez (tworzące coś w rodzaju draperii) tysiące kabli i lin, na których wiszą przęsła z biegnącą wzdłuż nich drogą. Zwykle drażni mnie uzurpacja z jaką cywilizacja traktuje przestrzeń wyznaczaną przez samą Naturę, ale nie tutaj. Bo tutaj według mnie zachowana jest jednak harmonia miejsca i terytorium – forma bądź co bądź sztuczna, wykreowana przez człowieka, współgra nie tylko z naturalnym ukształtowaniem terenu, ale i z jego kolorystyką: nawet ten pomarańcz stalowego szkieletu nie gryzie się z szaro-buro-żółtą tonacją nabrzeżnych wzgórz, szafirową taflą wód i bladym błękitem nieba. W sumie: ładna jest ta widokówka z krańca kontynentu.

*

Na krańcach kontynentu (Golden Gate Bridge, w tle na horyzoncie: San Francisco)

Na krańcach kontynentu (Golden Gate Bridge; w tle – na horyzoncie – majaczy San Francisco)

*

Brooklyn Bridge. Most Brookliński nie ma już tej malowniczej gracji co Most Złotych Wrót, ale ma za to siłę – i to taką, która zdolna jest poruszyć wyobraźnię, nie tylko inżynierską, ale i poetycką. Bo o moście tym pisał nie tylko Majakowski, ale i pisał też nasz Stachura, choć uprzedził ich wszystkich autor „Źdźbeł trawy” Walt Whitman, dla którego przejście po moście Brooklińskim okazało się „najlepszym i najskuteczniejszym lekarstwem, jakiego zaznała moja dusza”. Nie dziwię się zachwyconemu modernizmem, napędzanemu futurystyczną energią i wiarą w nowoczesność Majakowskiemu, że wołał: „Brookliński most / tak… / to jest coś!”; ale nie dziwię się też Stedowi, który mu ripostował: „Nie brookliński most / ale przemienić w jasny nowy dzień / najsmutniejszą noc / to jest dopiero coś! / (…) nie brookliński most / lecz na drugą stronę głową przebić się / przez obłędu los / to jest dopiero coś!”. Pierwszy był pod wrażeniem kolosalnego osiągnięcia XIX- wiecznej techniki (wieże mostu Brooklińskiego były przez jakiś czas najwyższymi budowlami wzniesionymi przez człowieka na Zachodniej Półkuli), drugi przyznawał, że na nic zdają się cywilizacyjne cuda wobec egzystencjalnych zmagań człowieka z własnym losem, melancholią cienia i nachodzącą go niekiedy nocą lęków.
A dla mnie Brooklyn Bridge to swoisty paradoks: jego zwalistość i potęga przytłacza, lecz z drugiej strony – jego tryumf nad przestrzenią wyznaczoną przez płynącą pod nim East River i miejskie molochy rozrośnięte po obu brzegach, które on spina – napełnia energią, optymizmem i wiarą w zdolność opanowania przez człowieka urbanistycznej przestrzeni w sposób sensowny, praktyczny i celowy. Nie wspominając o możliwości relaksującego spaceru po znajdującej się na nim specjalnej kładce dla pieszych (i rowerzystów). Bo dla milionów ludzi odwiedzających Nowy Jork, przejście na piechotę z Brooklynu na Manhattan po moście okazuje się niezapomnianym przeżyciem. Patrzeć jak manhattańska dżungla ze szkła, betonu, kamienia, aluminium i stali zbliża się do nas, ogromniejąc za każdym naszym krokiem, gotowa wchłonąć nas w swoją tkankę ulic, parków i alej, przytłoczyć wielkością kanionów utworzonych przez drapacze chmur – ekscytujące!
Widoczne – „na przestrzał” – w kolosalnych pylonach mostu podwójne neogotyckie łuki łagodzą nieco masywność tych konstrukcji, a oplatający je gąszcz stalowych kabli sprawia wrażenie, jakby zarzucono na nie sieć – nie tyle podtrzymującą przęsła, co pętającą wieże i przytrzymującą je przy ziemi, jak również wyznaczającą trakt, jakim poruszają się przechodzący przez tę łukową bramę ludzie.

Most Brookliński nie jest oczywiście jedynym mostem przerzuconym nad Rzeką Wschodnią oddzielającą manhattańską wyspę od Wyspy Długiej (czyli Long Island). Ma on swoich równie istotnych dla ruchu, acz nie tak słynnych, sąsiadów: niebieski Manhattan Bridge, szary Williamsburg Bridge, brązowy Queensboro Bridge… wszystkie wiszące i zbudowane z solidnych choć ażurowych okratowań ze stali, których estetyka pozostawia jednak wiele do życzenia, strasząc niewiarygodną ilością żelastwa – tak, jakby komunikacja z Manhattanem opierała się na tych ekstrawaganckich kompozycjach ze złomu.
A jednak, jakimś dziwnym trafem, wszystko trzyma się tutaj kupy: trudno byłoby sobie wyobrazić nowojorski krajobraz nie tylko bez wieżowców, ale i bez mostów. To prawda, ziemia została tu stłamszona przez niemal rakowy rozrost urbanistycznej kolonii – cywilizacji metropolitarnej zdolnej do pokrycia ogromnych powierzchni w przeciągu zaledwie kilku ludzkich pokoleń. Ale w efekcie tego tworzy się jakaś nowa spektakularna jakość – coś na kształt cywilizacyjnego apogeum modernizmu i globalizacji.
Czy mnie to zachwyca tak, jak kiedyś zachwycił most Brookliński Majakowskiego? Czy też przygnębia i przytłacza – może nawet pęta – tak, jak Stachurę, którego techniczne cuda jakimi dysponował ogół, nie mogły wyzwolić od indywidualnego poczucia życiowej tragedii? Otóż odpowiem tak: może nie zachwyt, ale kop adrenaliny i wielkie wrażenie – prowincjusz zadziera głowę do nieba, by zobaczyć czubki drapaczy chmur. Rozgląda się w prawo i w lewo, biegnie wzrokiem po horyzont, nie ogarniając architektonicznej potęgi. Cieszy się, że tu jest, ale jeszcze bardziej cieszy się z tego, że jest tu tylko na chwilę – i że może od tego wszystkiego w każdej chwili uciec.

*

Neogotycka brama prowadząca do manhattańskiej dżungli (Brooklyn Bridge, New York)

Neogotycka brama prowadząca do manhattańskiej dżungli (Brooklyn Bridge, New York)

*

O amerykańskich mostach pisać by można długo. Ja właściwie tylko o nich wspomniałem. A zaczęło się od tego, że kiedy postanowiłem skreślić kilka szkiców na temat amerykańskich scenerii, to zauważyłem, że nie sposób jest pominąć w tym zarówno mostu Golden Gate, jak i mostu Brooklińskiego, które na przeciwległych krańcach kontynentu współtworzą coś w rodzaju ikon amerykańskiego pejzażu. Oba mosty są częścią krajobrazu miejskiego, choć w Kalifornii topos Natury nie został tak bardzo pogwałcony jak na Wschodnim Wybrzeżu, gdzie naturalne ukształtowanie terenu – a i sama Natura także – znikła praktycznie pod gęstą zabudową miasta, pokryta siatką przecinających go ulic, autostrad i dróg.

Zupełnie inną historią są mosty na południu Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza te florydzkie, ciągnące się nieraz przez wiele kilometrów – jak np. Seven Mile Bridge (polska nazwa brzmi wręcz fantazyjnie: Most Siedmiomilowy, przypominając bajkę z dzieciństwa o siedmiomilowych butach). Jest to jeden z 42 mostów jakie znajdują się na słynnej „nadmorskiej” drodze prowadzącej z Miami na Key West. Przy czym określenie „nadmorska” (ang. The Overseas Highway) należy traktować dosłownie, bowiem jadąc tym 200-kilometrowym traktem, na wielu jego odcinkach – po jednej i po drugiej stronie – widzimy morze, a konkretnie Ocean Atlantycki (po stronie południowo-wschodniej) i Zatokę Meksykańską (po północno-zachodniej). Archipelag Key West przypomina już nieco Karaiby (od jego krańcowej wyspy do Kuby jest zaledwie 150 km.), z podzwrotnikowym klimatem, wilgocią i słońcem, oblany bezmiarem turkusowych wód – z egzotyczną fauną i florą, niepodobną do tej, którą spotyka się na północy. Ta archipelagowa cienka wstążka drogi i łączących ją mostów jest dla mnie ekwiwalentem drogowych wstęg jakie spotyka się na pustkowiach amerykańskiego „Dzikiego” Zachodu. Odpowiednikiem pustynnego „morza” piachu, wydm i suchorostów jest tutaj rozciągające się po bezkresny horyzont, słone morze lazurowej wody, rozkołysanych fal i pieniących się morskich bałwanów; zaś zamiast drzewek Jozuego porastających przydrożną spieczoną pustynię, mamy palmy – podobnie jak drzewka Jozuego grzejące się w promieniach słońca, tyle że pławiące się tu na dodatek w życiodajnej dla nich, subtropikalnej wilgoci.
Znany jest też inny florydzki most o wdzięcznej nazwie Sunshine Skyway, biegnący nad Zatoką Tampa pod St. Petersburgiem. Ze swoimi jednorzędowymi wantami i podtrzymującymi go białymi kablami, przypomina sylwetką nasz warszawski Most Świętokrzyski, ale jest znacznie dłuższy, bo liczy ponad 6 km. (trzeba zaznaczyć, że w porównaniu z niespełna półkilometrowym mostem w Warszawie, to dużo).

Wszyscy musimy chyba przyznać, że w mostach jest coś podniecającego. I nie jest to tylko obawa o to, by most – po którym idziemy lub jedziemy – się nie zerwał, bo runęlibyśmy wtedy w przepaść. Bowiem przemierzanie mostu przypomina niekiedy rytuał przejścia – naszą gotowość do przekraczania granic, poznawania nowych terytoriów, podboju obcych ziem – rzucania wyzwania ogarniającej nas, a nieoswojonej jeszcze, przestrzeni – choć zazwyczaj most umożliwia nam po prostu przemieszczenie się z jednego miejsca do drugiego. Jednakże mosty, o których w tym szkicu była mowa, mostami zwyczajnymi nie są. Stały się one nie tylko nieodłącznym elementem amerykańskiej scenerii, ale i ważną częścią amerykańskiej kultury – i to nie tylko technicznej.

*

Manhattan nocą (po prawej: fragment mostu Brooklińskiego

Manhattan nocą (po prawej: fragment mostu Brooklińskiego)

*

© ZDJĘCIA WŁASNE  (kliknij na zdjęcia aby zobaczyć je w pełnym wymiarze)