RZEŹ HIPOKRYTÓW, czyli paw na Kokoschce (Polański wyciska trujące soki z burżuja?)

*

Rozsypane zabawki w "Rzezi" - czy życie współczesnego burżuja jest komedią czy tragedią? A może tragi-farsą?

*

Nieśmiertelne pytanie/odpowiedź Gogola zwrócone do widowni: „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie.” wydaje się być aż nadto oczywistym komentarzem do „Rzezi” Romana Polańskiego, filmu, z którym wszak niemal każdy widz ma problem. Czyżby właśnie z powodu Gogolowej denuncjacji?
A że każdy z widzów (mam oczywiście na uwadze widza, który swoje zdaniem o tym filmie wyartukułował) ma problem, to widzę choćby po tym, jak diametralnie różnie „Rzeź” jest odbierana. Moim zdaniem, problem mają zarówno ci, którzy mówią, że film Polańskiego to zgniły pomidor, który śmierdzi i lepiej go wyrzucić, jak i ci, którzy uważają, że pomidor jest pachnący, czerwoniutki i rumiany i tylko się nim delektować. Bo wg mnie ten pomidor nie jest ani taki, ani taki – a właściwie: jest zarówno taki, jak i taki.
Sprzeczność i bzdura? Niekoniecznie – sprzeczność może być pozorna, a za domniemaną bzdurą może się kryć pewna głębsza prawda.
Czyżby więc każdy widz miał rację? Bynajmniej. A może wręcz przeciwnie: żaden z widzów nie ma racji? Też bynajmniej.
Cóż… może więc problem leży nie w widzach, a w samym filmie? Albo: widz zaczyna mieć problem, bo sam film okazał się (sam w sobie, a tym samym i dla niego) problematyczny?

Może jednak dam sobie spokój z tą – przyznaję, że dość mocno zakręconą – prowokacją i napiszę wprost o tym, jakie wrażenie z „Rzezi” wyniosłem ja sam?
Przede wszystkim: miałem wielką frajdę w kinie, słuchając ciętych dialogów i oglądając aktorów, którzy sami wydawali się tym wszystkim bawić (być może z małą rezerwą w przypadku Jodie Foster, która do roli podeszła jednak poważniej – tak, że oświadczenie granej przez nią kobiety, że nie ma ona poczucia humoru i wcale nie chce go mieć – skłonny byłem wziąć zupełnie na serio). Tak więc aktorzy się bawili, podobnie zresztą jak sam Polański, którego życie wydaje się być jedną wielką zabawą, jaką niestety co jakiś czas próbują mu zepsuć (zrujnować?) nawiedzające go tragedie. Ale Polański okazuje się być niezniszczalny/niezatapialny – drobny, niepozorny, jeśli chodzi o posturę, człowieczek, stał się kimś w rodzaju Napoleona kina, nie przestając być jednak przy tym tego kina artystą. Na dodatek (jak to już wcześniej zauważono) ciągle go stać na pokazanie swoim wrogom środkowego palca, i to za każdym razem w imponującym stylu, rzec można: w sposób nie pozbawiony klasy. Choćby nawet tylko palec ten przybierał postać… chomika.

Roman Polański nastawia ostrość na swoich bohaterów.

W sposób oczywisty „Rzeź” (scenariusz do filmu napisał Polański wraz z Yesminą Rezą – autorką wystawianej na scenach całego świata sztuki „Bóg mordu”, która była jego pierwowzorem) odbierana jest powszechnie jako „festiwal” hipokryzji, demaskujący fałsz i zakłamanie tzw. upper-middle class (będącej współczesnym ekwiwalentem dawnej burżuazji), zachodniego społeczeństwa dobrobytu i konsumpcji (w czasie powstawania „Boga mordu” sprawiającego jeszcze takie wrażenie). „Rzeź”, pisano, to również obnażanie prawdziwej ludzkiej natury, która pod pozorami grzeczności, poprawności i konwenansu skrywa pierwotne, irracjonalne, atawistyczne i zwierzęce wprost instynkty dominacji, agresji i przemocy.

No dobrze… lecz zadajmy sobie tu jednak pytanie: czy naprawdę chodzi w tym wszystkim o hipokryzję? Jak również: czy rzeczywiście, pod kulturalną, konwencjonalną ogładą, ukrywa się „PRAWDZIWA” ludzka natura, która tylko stłumiła się gdzieś po drodze ewolucyjnego rozwoju, a tak naprawdę to nadal ma dominujący wpływ na nasze postępowanie i kieruje nim w każdych okolicznościach?
Może to się wydać dziwne (nawet mnie samemu), ale ja – na oba te pytania – skłonny jestem odpowiedzieć: nie.

André Gide napisał kiedyś, że prawdziwym hipokrytą jest dopiero ten, kto nie dostrzega już swojego podstępu (oszustwa) i zaczyna kłamać z zupełną szczerością. Trudno jest mi się z tym  zgodzić. Taki człowiek wg mnie nie jest już hipokrytą, tylko człowiekiem złym. Hipokryta, nawet jeśli jego myśli i intencje mają drugie dno, to jednak nadal może czynić dobro…. nawet jeśli tylko ta jego hipokryzja jest „hołdem składanym cnocie przez występek” (La Rochefoucauld). „Cnota” nie przestaje się wtedy liczyć ani też być poważana (skoro jej się „hołduje”).

Warto się więc zastanowić, czy bohaterowie „Rzezi” (zwłaszcza, że mamy tendencję, by ich postawę i charaktery uniwersalizować i odnosić do pewnej grupy społecznej en bloc, a nawet do samej natury człowieka per se) rzeczywiście są hipokrytami (to, że są ludźmi złymi do szpiku kości wykluczamy na dzień dobry, bo przecież nimi nie są… jak chyba zresztą każdy człowiek).
A może mają tylko cholernie zły dzień?
No właśnie! Przypomnijmy sobie, że słowa o złym, a wręcz o „najgorszym” dniu życia, padają pod koniec tej komedio-dramy parokrotnie i są bodajże ostatnią kwestią, jaka dociera do nas z ekranu.
I może jeszcze taka przy tym uwaga: to, że nie zawsze możemy sprostać normom, jakie sobie narzucamy – albo ambicji, aby być kimś lepszym niż jesteśmy – nie jest przecież jeszcze hipokryzją.

Cisza przed burzą - John C. Reilley, Jodie Foster, Christoph Waltz i Kate Winslet przygotowują się do "krwawej" rozprawy w filmie Romana Polańskiego "Rzeź"... nawet o tym jeszcze nie wiedząc.

Czy możemy powiedzieć, że cała ta czwórka ludzi (nota bene w finale już mocno pijana) „prawdziwa” stała się dopiero wtedy, kiedy zaczęła sobie skakać do oczu, rozszarpywać się na strzępy, strzykać na siebie jadem i sączyć w siebie trujące soki? A może jednak (bardziej) prawdziwi byli ci ludzie właśnie na samym początku, kiedy doszli do jako-takiego porozumienia, zachowywali się wobec siebie grzecznie, chcieli uraczyć się szarlotką i kawą, deklarowali sobie wzajemną przychylność i uznali niefortunne wybicie zębów jednego z ich dzieci za – co prawda przykry, ale jednak – zwykły incydent?

Z pewnością można by postawy i charaktery postaci występujących w filmie Polańskiego rozbierać na czynniki pierwsze i nicować na wylot (bo wbrew denuncjacjom niektórych, bogactwo psychologiczne – jak również symboliczne i metaforyczne – sztuki Rezy jest wg mnie niezaprzeczalne i ewidentne); dokładnie prześledzić ich zachowanie, analizując motywy i poszukując źródeł negatywnych emocji; można każdej z tych postaci przypisać jakiś odpowiednik konkretnej postawy społecznej, i – stosując ten zabieg – pokazać palcem to, co zaczęło w naszym współczesnym zachodnim świecie szwankować… Tak, można to wszystko zrobić, ale można też poprzestać tylko na konstatacji, że oto byliśmy świadkami zupełnie nietypowego zdarzenia (czy też raczej zderzenia) towarzyskiego, jakim było (tak naprawdę przypadkowe) spotkanie pewnej czwórki różniących się od siebie diametralnie ludzi (i to nawet w obrębie tej samej pary małżeńskiej). I że – jeśli tylko trafiło to w nasze poczucie humoru i dobry nastrój – mogliśmy się z tego wszystkiego pośmiać. Przy czym, nasz śmiech nie musiał mieć w sobie krzty złośliwości, czy dwuznaczności, która by mogła pozostawić w nas pewien dyskomfort.
Muszę napisać, że jest to właśnie zasługą samego Polańskiego, który, nawet wtedy kiedy ukazuje swoje postaci jako rozhisteryzowane potwory, to podchodzi do nich w jakiś sympatyzujący – choćby tylko podskórnie – sposób. I odnoszę wrażenie, że ta podskórna sympatia dla nich udzieliła się także mnie samemu, nie opuszczając mnie nawet w tych najbardziej gorących momentach, kiedy krew lała się strumieniami, a trup w nowojorskim mieszkaniu ścielił się gęsto. Nie ma to jak śmiać się bez poczucia winy i bez konieczności poniżania tych, z których się śmiejemy.

PS. Niestety, muszę kończyć, choć aż prosi się o komentarz do niektórych przynajmniej kwestii wygłaszanych przez uczestników „Rzezi”, jak również do tego, co wyprawiają oni na ekranie. Są bowiem w tej awanturze momenty zupełnie fenomenalne, rekwizyty jak najbardziej kapitalne, bon moty jakby z piekła rodem, chwyty wręcz rozbrajające, zagrania bez mała genialne…
Marzy mi się jeszcze taki tekst, w którym mógłbym wspomnieć o… no… choćby o pawiu Kate Winslet, jakże doskonale wpisującym się w estetykę – fakturę i kolorystykę – malarstwa Kokoschki (na poły strawioną szarlotkę zwróciła ona na album tego artysty, będący oczkiem w głowie Jodie Foster – chyba jednak, jeśli chodzi o sztukę – snobki). Albo… wybitnie falliczne kubańskie cygara „misia” komiwojażera Reilly’ego (męża „pisarki” Foster), za pomocą których zawiązuje on męskie przymierze z cynicznym adwokatem korporacyjnym Waltzem (mąż agentki realnościowej Winslet)… – whiskey przestała się do tego celu nadawać bo (wyzwolone) kobiety żłopią ją nie gorzej od mężczyzn.

Może kiedyś?
A może jednak wystarczy?

*  *  *

"Bóg mordu" - bestia, która drzemie w każdym z nas? "Tigerloewe" Oskara Kokoschki - jedna z ofiar niestrawności/mdłości Kate Winslet w "Rzezi"

*

RZEŹ BRACI MNIEJSZYCH (nie tylko o książce Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”)

 

1.

Przyznam, że jest to pierwsza książka Olgi Tokarczuk jaką przeczytałem. I po jej lekturze nie jestem pewien, czy sięgnę po następne. Jeśli bowiem te inne wykreowane przez jej pisarstwo światy są tak efemeryczne, dziwaczne i aksjologicznie ekscentryczne jak w „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, to wątpię, czy mógłbym się do nich kiedykolwiek przekonać. Tudzież przejąć się losami występujących w nich postaci… tak, jak to się stało w przypadku głownej bohaterki powieści, czyli Janiny Duszejko, której poczynania pozostawiły mnie – nie tyle chłodnym i niewzruszonym, co pełnym niechęci i skonsternowanym.
W tym miejscu chciałbym uprzedzić ewentualnych czytelników tej książki. Posiada ona bowiem wątek kryminalny, więc jeśli ktoś spodziewa się po niej utrzymania suspensu, to proszony jest teraz o zaniechanie czytania tego tekstu.
Zresztą, w pewnym sensie „spoilerem” może być również ten wpis dla tych, którzy książkę Tokarczuk odebrali przychylnie, może nawet się nią wręcz zachwycili (choć to ostatnie doprawdy trudno jest mi sobie wyobrazić).

Niewątpliwie Olga Tokarczuk chciała nam swoją powieścią przekazać coś ważnego i istotnego, tyle, że – moim zdaniem – rozbiło się to o infantylizm, zahaczając przy tym lekko o absurd. Gdyż przesłanie (a nie można chyba tego nazwać inaczej), mówiące iż zabijanie zwierząt (myśliwstwo, rzeźnie, przemysł mięsny) może być karane zabójstwem ludzi w to zamieszanych, jest nie do przyjęcia, nawet w przestrzeni metaforycznej (jaką w pewnym sensie jest sama książka) – w obrębie literackiej fikcji, czy też alegorii.

Sam nie jestem zwolennikiem polowania na zwierzynę „dla sportu”. Uważam, że zabijanie żywych istot dla przyjemności (a myślistwo dla niektórych ludzi bywa wręcz rozkoszą), jest barbarzyństwem i atawizmem, który w dzisiejszym świecie nie może mieć już racji bytu. Ponadto, mimo iż rozumiem oburzenie tych, którzy zwracają uwagę na horrendalne niekiedy warunki w jakich zwierzęta zabijane są na skalę przemysłową, by zaspokoić zapotrzebowanie ludzi „na mięso”, czy inne produkty pochodzenia zwierzęcego, to jednak daleki jestem od konkluzji, że jest to większe zło, niż zabicie odpowiedzialnych za to ludzi (co wydaje się być poparte aprobatą Olgi Tokarczuk pozwalającej na uniknięcie kary zarówno przez mordercę, jak i tych, którzy mordercę wzięli pod swoją opiekę.)

2.

Prawo do zabijania prawem uniwersalnym? (fot. Vipez)

Wygląda na to, że książka „Prowadź swój pług przez kości umarłych” usiłuje dotknąć jednego z ważniejszych problemów etycznych naszych czasów, a mianowicie stosunku człowieka do zwierząt (a w szerszym aspekcie: do przyrody, i to zarówno ożywionej, jak i nieożywionej, czyli, ogólnie rzecz biorąc, do natury). Na tym ewentualnie może się osadzać jej wartość: uświadomienie nam pewnych ważnych pytań, jak np. o to, jak się ma zwierzęce cierpienie do cierpienia ludzkiego? Dalej: czy zwierzęta mają swoje życie wewnętrzne (i wiążący się z tym problem istnienia zwierzęcej „duszy”). Jakie prawa powinno mieć zwierzę (a jakich praw mieć nie musi)? Kto dał nam prawo do zabijania zwierząt? A jeśli jest to „nasze” prawo, to jakie są podstawy do tego, byśmy sobie uzurpowali tworzenie takiego prawa? Czyli: jeśli już ono istnieje, to co jest jego źródłem i jakie są jego przesłanki? Czy może jest to wręcz prawo wszystkich praw, czyli uniwersalne, immanetne wobec naszego bytu prawo naturalne? (Wystarczy wskazać choćby na istniejący w przyrodzie bezwględny i „piekielnie” konsekwentny łańcuch pokarmowy, walkę wszystkich ze wszystkimi, odbywającą się dosłownie w każdej chwili orgię zabijania – holocaust uśmiercania słabszych przez silniejszych.)

Ale czyż nasze człowieczeństwo nie polega m. in. na tym, byśmy tzw. „prawu naturalnemu” się sprzeciwiali albo przynajmniej adoptowali je do warunków tworzonej przez nas kultury?
Jeśli tak, to czym właściwie mamy się kierować ustalając wśród zwierząt hierarchię: ten gatunek należy chronić, nad tymi zwierzętami nie można się znęcać… ale już te bestie trzeba wytępić, a te bydlaki wyeliminować.
Gdzie w świecie zwierząt przebiega granica, która pozwala nam stwierdzić: ten zwierzak może być moim przyjacielem (zabawką, maskotką, cipciaczkiem), albo: tę gnidę trzeba zgnieść i rozdeptać, a tamtą świnię zaszlachtować!
Czyż nie zachowujemy się w tym wszystkim jak uzurpatorzy, jednocześnie mamiąc się (i usprawiedliwiając) tym, że owo prawo (do „czynienia sobie ziemi poddaną”) nadano nam z poruczenia jakiejś Wyższej Instancji?
Homo sapiens niby mieni się już człowiekiem, lecz nadal zachowuje się jak drapieżnik, przy czym nie za bardzo chce się do tego przyznać.

3.

A może okazujemy się po prostu hipokrytami zabraniając z jednej strony znęcania się nad zwierzętami, z drugiej zaś przyzwalając na odbywające się „w majestacie prawa” (i ku powszechnemu przyzwoleniu) masowe zwierzobójstwo na fermach, w rzeźniach, tuczarniach, ubojniach… tych fabrykach mięsa, czyli obozach masowej zagłady istot żywych? Czy pierwszy lepszy mięsny sklep – z tymi swoimi wiszącymi na hakach połciami krwistego mięsa, jelitami wypchanymi pociętym, rozsiekanym i zmielonym ciałem zwierząt (nazywanym przez nas oględnie mięsem); z podrobami, czyli resztkami zwierzęcych organów takich jak serce, nerki, mózg, wątroba, płuca, jądra, flaki…; wszystkie te kości, chrząstki, szpiki i tłusze; zmieszane z krwią kasze, pasztety, kiszki, salcesony, łoje… – czy nie jest to jakimś potwornym horrendum, do którego wszyscy są przyzwyczajeni, w związku z czym nikt już nie zauważa w tym żadnego piekła i zgrozy?
Jeszcze raz można zadać pytanie: skąd wynika prawo do zabijania i spożywania mięsa istot nam podobnych, z którymi człowiek może się skądinąd zaprzyjaźnić?
Czym tak zasadniczo różni się morska świnka czy też homik, jakiego głaszcze tkliwie nasze dziecko od myszy, którą truje się strychniną?

Rzeźnia, etyka, horror, estetyka (Francis Bacon - "Postać z mięsem", Rembrandt - "Ćwierć wołu")

4.

Myślę, że takie lub podobne dylematy i pytania, tudzież myśli i refleksje, mogły zaprowadzić Janinę Duszejko, czyli główną postać książki Tokarczuk, do wniosków i dokonań zbyt daleko jednak idących, bo zaburzających cywilizacyjną, obowiązującą w danej chwili hierarchię wartości, w której życie człowieka jest wszak ważniejsze od życia zwierzęcia.
Jednak nie tylko z tego powodu trudno jest mi uznać Janine Duszejko za bohaterkę mojego romansu. Ta kobieta straciła bowiem nie tylko zdolność odróżniania świata ludzkiego od zwierzęcego, ale i świata rzeczywistego od wyimaginowanego. Oczywiście, taki zaburzenie nie zawsze jest czymś dla człowieka dyskredytującym, wbudzającym niechęć czy antypatię. Tym jednak, co wyimaginowany świat Janiny Duszejko dyskredytuje, jest jego – co tu kryć – bzdurność. Chodzi mianowicie m. in. o astrologię, którą jednak – mimo podziwu, jaki żywię dla potęgi ludzkiej wyobraźni – uznaję osobiście za bezrozumną fanaberię.

Lecz nie tylko ta przypadłość mentalna głównej bohaterki wzbudziła podczas lektury mój dyskomfort i poirytowanie. Niezbyt znośne i mało wiarygodne były wg mnie także… imaginacyjne projekcje personifikujące zwierzęta – począwszy od jej suk nazywanych przez panią Janinę „Dziewczynkami”, poprzez „dostojnego” czeskiego lisa Konsula, aż po dzika obdarzonego jakże bezpretensjonalnym mianem „młodzieńca”.
Jako przykład, pozwolę tu sobie przytoczyć małą próbkę prozy pani Tokarczuk:

„Podeszłam bliżej i zobaczyłam – to był dzik. Nie całkiem dorosły, leżał w kałuży brunatnej krwi. Śnieg wokół był wytarty do samej ziemi, jakby zwierzę rzucało się po nim w konwulsjach. Wokół widniały też inne ślady – Lisów i Ptaków. Sarnie racice. Mnóstwo zwierząt tu było. Przyszły na własne oczy zobaczyć zbrodnię i odprawić żałobę po młodzieńcu.”

„Zbrodnia”, „żałoba”, „młodzieniec”… – to już chyba jednak jakaś przesada. Podobnie, jak nadawanie przez Janinę Duszejko swoim sąsiadom dziwacznych imion, które w jej mniemaniu oddawały ukrytą istotę danej postaci, jak np. Wielka Stopa, Dobra Nowina, Czarny Płaszcz, Popielista… Zresztą, z „prawdziwymi” nazwiskami i imionami też było dość kuriozalnie: Pyzio, Świętopełek, Wnętrzak, Studzienni… No i jeszcze, osobisty samochód pani Duszejko – Samuraj.
Chociaż są to w sumie drobiazgi, to świadczą one jednak o infantylnej i niezbyt adekwatnej do rzeczywistego świata wizji naszej Bohaterki, która nota bene jest narratorką całej powieści. Wrażenie to potęgowały tyleż trywialne co pretensjonalne, pseudo-poetyckie cytaty z Blake’a; również – do pewnego stopnia – konturowe, czarno-białe ilustracje, niczym z jakiejś koszmarkowej bajeczki dla niegrzecznych dzieci.

Wobec tego wszystkiego trudno mi było nie tylko identyfikować się z tą postacią, ale i poczuć zwykłą do niej sympatię… o aprobacie dla jej (wyrażając się mocno eufemistycznie) niekonwncjonalnego postępowania nie wspominając. Mimo więc podjęcia przez Olgę Tokarczuk ważnego tematu, (który i mnie samemu leży na sercu), jego egzekucja jest moim zdaniem chybiona. Dlatego dziełko „Prowadź swój pług przez kości umarłych” nie tyle nie rzuciło mnie na kolana, co pozostawiło chłodnym, sceptycznym i niezbyt dotkniętym.

5.

W sumie, mimo pozornej głębi, treść tej książki wydaje mi się płytka, wymowa – pretensjonalna, przesłanie – nieprzekonywujące, filozofia – naiwna, etyka – dwuznaczna, styl – niezbyt jednak wysokich lotów… dzięki czemu cała ta literatura (zwłaszcza jeśli porównam ją z książką, którą czytałem równolegle, a mianowicie z „Zapiskami ze złego roku” Coetzee’go) sprawiła na mnie wrażenie miernej i pośledniej. Szkoda.

 

Czarno-białe zwierzaki (ilustracje Jaromira Svejdika do książki Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych")

*