CYWILIZACYJNA GALARETA – o książce Zachara Prilepina „KLASZTOR”

.

.   Z pewną obawą brałem do ręki cegłę, jaką stanowi najnowsza powieść Zachara Prilepina Klasztor, tym bardziej, że wiedziałem, iż jest to przykład tzw. „literatury obozowej” więc lekko nie będzie. Ale przecież w przeszłości nie unikałem książek, których zawartość nie była świadectwem sielanki ludzkiego bytowania na Ziemi, a raczej stanowiła dowód na coś wręcz przeciwnego, uświadamiając nam, że są sytuacje, kiedy człowiek wobec świata i przerastających go sił wydaje się być tylko małym trybikiem wielkiej machiny jaką jest poruszająca się niczym perpetuum mobile Rzeczywistość. Albo nic nieznaczącym robaczkiem – męczonym i maltretowanym – który w każdej chwili może być rozgnieciony i pozbawiony życia przez molocha Historii, Losu, Natury, Przypadku…
Jednak nie uważam, że w mojej skłonności do tego typu literatury był jakiś masochizm, szukanie sensacji; upodobanie do makabry, przemocy, okrucieństwa czy grozy… Nie. Ja po prostu chciałem się dowiedzieć więcej o człowieku – o jego ludzkiej naturze, (która często sprawia wrażenie „nieludzkiej”); o mechanizmach, które kierują jego postępowaniem; wreszcie o tym, jaki jest zakres naszej wolności – czy wolna wola nie jest aby tylko naszym złudzeniem? Nie zapominałem przy tym o przestrodze Gustawa Herlinga-Grudzińskiego (nota bene autora Innego Świata, książki stanowiącej już klasykę powieści łagrowej), żeby nie oceniać (ani tym bardziej sądzić) ludzi, którzy zachowują się tak a nie inaczej w warunkach ekstremalnych – zniewolenia, udręczenia, zastraszenia i opresji… upodlenia i „zbydlęcenia” wreszcie. Nie powinno nas dziwić, że ludzie w warunkach nieludzkich zachowują się nieludzko – wydawał się sugerować Herling-Grudziński.
No tak, ale czy to również nie wystawia świadectwa ludzkiej naturze?
A co z tymi, którzy nawet w takich okolicznościach starali się zachować swoją godność i człowieczeństwo, prawość i przyzwoitość – i mimo wszystko opierali się temu, by nie postępować jak podła kanalia? Czy ich przykład nie świadczy o tym, że jednak można było dokonywać wyborów? A jeśli tak, to zasadna jest jednak ocena etyczna człowieka – nawet jeśli poddany jest on presji egzystencjalnego ekstremum.

     Z pewnością nie wyczucie dramaturgii, ani tym bardziej scenograficzna dbałość  o prezencję zadecydowały o tym, że pierwszy obóz koncentracyjny pracy przymusowej założyli bolszewicy na odludnych Wyspach Sołowieckich, położonych na dalekiej i szarej Północy, oblanych zimnymi wodami Morza Białego – wykorzystując do tego znajdujący się tam od wieków średnich prawosławny klasztor. Zadecydowało o tym odosobnienie miejsca, odcięcie od cywilizacji (choć nazwanie tego, co stworzyli w praktyce Sowieci, „cywilizacją”, jest chyba określeniem cokolwiek na wyrost), jak również obecny już tam olbrzymi kompleks zabudowań monastyru, obwarowany na dodatek wysokim murem (swego czasu cerkiewni prominenci – patriarchowie, mnisi i popi – stworzyli tu prawdziwe państwo w państwie, które potrafiło się nawet oprzeć wieloletniemu oblężeniu przez carskie wojska).
Wszystkie te atrybuty wykorzystał też po mistrzowsku Prilepin, stwarzając dzieło na miarę (bez mała) Czarodziejskiej góry Manna, Archipelagu GUŁag Sołżenicyna czy (zwłaszcza!) Zapisków z martwego domu Dostojewskiego.

      Co decyduje o wielkości tej powieści? Z pewnością nie jej gabaryty (656 stron), choć epicki rozmach Klasztoru nie jest tu bez znaczenia. Myślę, że wyznacza ją przede wszystkim olbrzymi talent autora, który, mimo że kreuje rzeczywistość fikcyjną, to jednocześnie przekazuje nam coś do głębi prawdziwego. Dzięki temu mamy wrażenie, że oto zapoznajemy się z dokumentem epoki – nie tak znowu odległej w czasie i przestrzeni, nadal wywierającej swoje piętno na naszej współczesności, i niestety mogącej się (ze swoimi koszmarami) powtórzyć. Prilepin ukazuje nam całą galerię postaci, których większość (i to jest ważne!) ma swój pierwowzór w rzeczywistości. I jest opisana tak, że nie kłóci się to ze znanymi faktami, których przecież nie brakuje, co zawdzięczamy piekielnej machinie sowieckiego „imperium”, które wszystko i wszystkich chciało mieć pod kontrolą – stąd wynikała jego ewidencyjna gorliwość i papierkowy biurokratyzm, zostawiający za sobą liczne ślady.

      Życie obozu sołowieckiego widzimy oczyma Artioma Goriainowa, młodego człowieka osadzonego w klasztorze za morderstwo, którego obozowy los okazuje się niewiarygodnym ciągiem przypadków umożliwiających mu przetrwanie w warunkach obozowej rzeczywistości, będącej jednym wielkim permanentnym zagrożeniem życia. Pomaga mu w tym nie tyle silna psychika (to też), co niezwykła wytrzymałość fizyczna – wszystkie otrzymane w obozie rany goją się na nim, jak na – nie przymierzając – psie. Oczywiście, nie bez znaczenia jest też jego charakter – hardość, zadziorność, upór, odwaga, inteligencja… wreszcie „szczęście”, które ratują go z najgroźniejszych opresji. Wiem, że nie jest to porównanie za bardzo na miejscu, ale obozowe dzieje Artioma czyta się jak powieść przygodową, mimo że jej podszewką jest koszmar, jaki zafundował ludziom totalitaryzm.

      Jeszcze z jednego powodu pomysł Prilepina na książkę wydaje się być pomysłem genialnym. Otóż na Wyspach Sołowieckich osadzano ludzi różnej proweniencji – obok bandytów, złodziei, morderców i zwykłych przestępców przebywali tam (często w jednej celi czy baraku) również inteligenci, artyści, naukowcy, aktorzy, literaci, poeci… Obok przedstawicieli starego porządku (białogwardziści, arystokraci, ziemianie) i tzw. „wrogów ludu” czyli kontrrewolucjonistów, byli tam także byli rewolucjoniści, bolszewicy i czekiści (tych ostatnich było nawet więcej niż „kaerowców”).
Czyż można sobie wyobrazić lepszy materiał do tego, by stworzyć mieniącą się różnorodnością typów, charakterów i fizjonomii powieść, wraz z całym bogactwem językowo-kulturowej mieszanki, która – choć czasami przypominała kipiel czy breję – to okazała się też znakomitą ewidencją ścierania się ludzkich postaw, osobowości, klas, światopoglądów, pozycji społecznych, życiowych filozofii a nawet kultur.
I znowu Prilepin stanął na wysokości zadania, używając tego wszystkiego do skreślenia obrazu przebogatego, który pochłania naszą uwagę – zaskakując, bulwersując, drażniąc… przewracając na nice stereotypy, amplifikując naszą wrażliwość.
Zdumiewa wręcz umiejętność autora do plastycznego oddania obozowej atmosfery, przeżyć bohaterów, czy wreszcie życia wewnętrznego Artioma i perypetii, w jakie jest on uwikłany. Jest w tym jakaś solidna fizyczność – niemal fizjologiczna namacalność zarówno scen, które – dzięki gęstej, obrazowej, „dotkliwej” prozie Prilepina – odsłaniają się z całą swą ostrością przed naszymi oczami; jak również myśli i przeżyć bohatera, które okazują się sporym wyzwaniem dla naszej wyobraźni, czucia i empatii.

      Na Wyspach Sołowieckich powstał swoisty mikrokosmos, świat zamknięty i odizolowany, w którym – niczym w laboratoryjnym tyglu – mieszały się ludzkie byty, a jednocześnie odbywał się eksperyment socjologiczny na olbrzymią skalę. Kwestią najważniejszą było to, jak w takich warunkach zachowuje się człowiek – jak sprawdza się jego élan vital, jakie się tworzą hierarchie, jak się zmieniają ludzkie relacje – czyli jak funkcjonuje człowiek poddany presji, która wydaje się przerastać jego wytrzymałość. I wreszcie: jak te wszystkie przemiany umiejscawiają się w wymiarze etycznym? Czy powstaje tu jakiś inny rodzaj moralności? A może zaczyna funkcjonować amoralizm, w którym wszystko podporządkowane jest chęci przeżycia – i to przeżycia za wszelką cenę? Potwierdza się to w jednej z konstatacji Artioma, który zauważa, że „kartofle z dorszem mają większą wagę niż sumienie, a pluskwy są bardziej namacalne, niż piekło”.
Wszystko to sprawiało, że czytając książkę Prilepina ciągle miałem wrażenie, że oto mam do czynienia z jakąś cywilizacyjną galaretą – że jest to jednak jakaś kulturowa anomalia, stężały wywar z tego, co w człowieku najgorsze i co z niego w warunkach normalnych jednak nie wychodzi.

      W sumie – zaskoczył mnie Zachar Prilepin. Nie spodziewałem się, że jego powieść tak bardzo mnie porwie. Tym bardziej czułem się zaskoczony, że – jak to sobie właśnie uświadomiłem – im jestem starszy, tym rzadziej lektura pochłania mnie tak, że nie mogę się od niej oderwać. A tak było właśnie z dziełem tego rasowego pisarza.
Mimo niezbyt radosnej zawartości (choć w książce nie brak jest jednak humoru, dowcipu i błyskotliwości, a nawet szczególnego rodzaju lekkości), trzymałem w rękach cegłę Klasztoru z przyjemnością, zapoznając się z losami Artioma, który dość szybko stał się dla mnie kimś bliskim. Z wielką ciekawością przebiegałem oczami po kolejnych stronach, chcąc się dowiedzieć tego, co się z nim będzie działo.

      Patrzę teraz na okładkę książki i widzę, że jest na niej jej bohater. Sama okładka jest moim zdaniem świetna. Bo oto w swojej prostocie jej przekaz jest bardzo wymowny, a przy tym wieloznaczny. Głowa Artioma znajduje się w pajęczej sieci, w którą jest on schwytany i omotany. Zaś patrząc na to inaczej: jego skroń znajduje się w samym środku tarczy, którą ta sieć przypomina. W nią uderzają pociski losu. Ale jest jeszcze coś innego: te koncentryczne kręgi jako żywo przypominają halo, jakie widzimy nad głowami świętych. Bo przecież galernik Artiom staje się kimś w rodzaju świętego męczennika, skazanego na cierpienie przez cywilizację, która się wykoleiła. I prawdziwym cudem jest to, że mimo wszystko pozostaje on człowiekiem.

*  *  *

*

Reklamy

IMPERIUM DOBRA, IMPERIUM ZŁA… i inne bajki

(co się plecie w kajecie – z wypowiedzi rozproszonych, XIV)

.

zapiski notatki kajet notes.

 

Co poniektórzy twierdzą już dzisiaj, że międzynarodowa bajka o demokracji się skończyła.
Tylko czy ta bajka była kiedykolwiek prawdziwa?
Niestety, wszystko wskazuje na to, że marzenia o demokracji i sprawiedliwości społecznej, tudzież o poszanowaniu międzynarodowego prawa, okazują się rojeniami typu wishful thinking.
To jest ciekawe, bo dzieje się to w dobie ogólnego dostępu do informacji i bez widocznego ograniczania swobód obywatelskich (przynajmniej jeśli chodzi o państwa zachodnie).
Jak widać obecne struktury władzy tworzącej polityczno-finansowy układ, niewiele sobie z tego wszystkiego robią – ale tak będzie tylko do czasu, kiedy beneficjenci tych układów (np. szerokie rzesze urzędników zarówno UE, jak i poszczególnych państw członkowskich) będą mieli zapewnione swoje benefity. To samo można powiedzieć o tych, którzy korzystają z prosperity wielkiego biznesu, korporacji i systemów bankowych. To może jeszcze działać przez dziesiątki lat, ale w końcu musi się wyczerpać, bo wiele z tych operacji przeprowadzanych jest w przestrzeni wirtualnej (przecież zdecydowana większość środków finansowych/pieniędzy nie ma pokrycia w rzeczywistej wartości) – to wszystko zwekslowane jest niejako w próżni.

Mnie też martwi to, że obecnie świat wydaje się opanowywać pazerna wataha skorumpowanych cyników, którzy tylko drą to sukno, które wpadnie im w łapę, pod siebie, dbając tylko o własny interes. (Casus Janukowycza i spółki grabiącej Ukrainę jest tego jaskrawym, niemal karykaturalnym przykładem.)
Ale czy tak nie było zawsze?
Było.
Lecz nawet w tych czasach ciemności, barbarzyństwa i zarazy byli też ludzie, którzy byli depozytariuszami jakiejś szlachetności, przyzwoitości, klasy, wyższych wartości… Teraz takich ze świecą szukać.
Pochowali się? Wymarli? Wycofali się? Zostali zagłuszeni?
Zamiast tego nastąpił wysyp różnych takich internetowych czy medialnych mądrali – którzy znają całą prawdę i tylko prawdę, którzy mają słuszność (nikt inny jej nie ma), nieomylni, wszechwiedzący, kategoryczni, radykalni… ale skrywający swojego mola za skórą, oddający się jakiejś ekshibicjonistycznej psychoterapii… by tylko przetrwać do następnej awantury i zamieszania, które znowu utopi się w morzu słów.

greydot

Zawsze istniało pasożytnictwo. Tyle, że w ciągu ostatnich stuleci, żywiciele coś jakby bardziej się poruszyli – chcąc się wyemancypować, wyzwolić, ochronić przed wysysaniem ich życia przez pasożytów.
Pasożyt więc – a raczej kolonia pasożytów – musiał się przeobrazić, przeformować (przy okazji część żywicieli wyewoluowała i sama stała się pasożytnicza) – w najlepszym wypadku była to (pozorna zazwyczaj) symbioza.
Zresztą, wydaje mi się, że najgorszym rodzajem pasożytnictwa (bo najbardziej zdradliwym) jest to, które wygląda właśnie na symbiozę – a w rzeczywistości jest kolejną formą niewolenia ludzi.

greydot

To fakt, że Polacy są w awangardzie tych bijących się we własne piersi za grzechy swoich ojców i dziadów. Albo zmuszanych do bicia się w nie przez innych. Z drugiej strony zaś mamy do czynienia ze skłonnością do totalnego wypierania się własnych grzechów, uznania siebie za naród jedynie sprawiedliwy (i najbardziej pokrzywdzony) spośród narodów świata. A pomiędzy tymi skrajnościami miota się nasza narodowa świadomość i tożsamość.
Oczywiście, że nie można zapominać o polskich grzechach i przewinach czasów wojny i okupacji, ale nie można jednak zaburzać proporcji. A przede wszystkim: należy zawsze brać pod uwagę kontekst historyczny i zawsze mieć świadomość tego, że faktycznymi sprawcami tych zbrodni (nawet dokonywanych rękami Polaków czy samych Żydów) byli ci, którzy wojnę wywołali, czyli Niemcy. Okupacja, i to zarówno niemiecka, jak i sowiecka, stworzyła takie a nie inne warunki, w których katalizowały się różne okropieństwa, a w ludziach uaktywniała się ta ciemna strona (jasna zresztą też – bo w sytuacjach ekstremalnych następuje przecież polaryzacja dobra i zła).
„Pokłosie” Pasikowskiego wzbudziło kontrowersje (de facto wywołało burzę), bo dotknęło wrażliwego nerwu – naszego narodowego poczucia winy pomieszanego z zaszłością polskiego anty-semityzmu. Przypomniało o krwi naszych braci i sąsiadów na niektórych polskich rękach. Ale moim zdaniem film ten zrobił to w sposób trącący (niezamierzoną niewątpliwie) groteską, odwołując się do najgorszych stereotypów, wzniecając same negatywne emocje… Zresztą, wg mnie, obraz Pasikowskiego – jako dzieło filmowe per se – też nie jest jednak udany. A zakończenie jest wręcz absurdalne.

Niemcy rzeczywiście używali macew do brukowania ulic i rynków miast. Tak było np. w moim rodzinnym Leżajsku – do którego, nota bene, rokrocznie przyjeżdża dziś tysiące Żydów, nie niepokojonych raczej przez nikogo – przynajmniej mnie nic nie jest wiadomo o jakichś widocznych, znaczących przejawach antysemityzmu wśród moich krajan.
Warto wspomnieć, iż rzeczywiście w woj. lubelskim znalazł się niedawno młody człowiek, który zainteresował się kulturą żydowską, historią Żydów na swoim terenie, zaopiekował się żydowskimi mogiłami i macewami… Ale… był on przez społeczność polską szanowany a nie szykanowany (został chyba nawet starostą czy też wójtem) i raczej nikt nie chciał go ukrzyżować na wrotach stodoły. (Choćby w tym kontekście widać jednak ewidentną niedorzeczność scenariuszowego konceptu w „Pokłosiu”).

 greydot

Akurat w momencie, kiedy wojska rosyjskie opanowywały Krym, Daniel Passent na swoim blogu napisał tekst pt. „Rusofobia jest toksyczna”, którego przewodnim wątkiem było to, co wyraził on w pierwszym zdaniu swojego wpisu: „Widmo krąży po Polsce – widmo rusofobii”.
Zaś w odpowiedzi tym, którzy wyrazili opinię o niestosowności tego rodzaju uwag w takim momencie historycznym, napisał później w komentarzach, parafrazując Stalina: „Putinowie przychodzą i odchodzą, a naród rosyjski pozostaje.”

No tak, ale co z tego (nota bene trywialnego) spostrzeżenia wynika?
To, że – mimo stopniowego zmniejszania się populacji – jakaś tam liczba Rosjan przetrwa?
To, że po jednym „putinie” przyjdzie następny?
To, że wraz z przetrwaniem tego narodu, przetrwają jego cechy i mentalność, która – przez ostatnie stulecia – tak dawała się we znaki swoim sąsiadom (w tym również nam, Polakom)?

Czym się różni „rusofobia” od „putinofobii”?
Jeśli „putinizm” jest utożsamiany z mentalnością, którą charakteryzuje się obecnie większość Rosjan, to właściwie niczym (tak będzie dopóty, dopóki Rosjanie w swojej przeważającej większości, będą popierać rządy autorytarne i ich imperialne zapędy – zauroczeni i poddani polityce siły – akceptujący łamanie praw człowieka, brak wolności słowa – dający się ograbiać wąskiej „elicie” oligarchów, którzy przejęli kontrolę nad lwią częścią rosyjskiej ekonomii i niekoniecznie działają w interesie samego społeczeństwa).
Jeśli zaś myślimy o tych Rosjanach, wśród których przetrwały dobre cechy tego narodu, którzy chcą żyć w społeczeństwie (państwie) otwartym, którzy opowiadają się za wolnością słowa i swobodami obywatelskimi… to przecież o jakiejkolwiek „fobii” nie może być mowy – bo takich ludzi nikt z nas, związanych cywilizacyjnie z Zachodem, nie musi się przecież obawiać.
Tak więc, to są kolejne argumenty przemawiające za tym, że wmawianie nam „rusofobii” (i to w takim momencie, kiedy Rosja narusza europejskie granice) jest swoistym szantażem moralnym i emocjonalnym. I poniekąd antyintelektualnym.

greydot
Aleksandr Dugin, główny ideolog Euroazjatyckiego Związku Młodzieży, w jednej ze swoich uczonych książek stwierdził:

„Europa atlantycka nie jest nam potrzebna w żadnej formie. Dlatego Rosja, w walce o sprawiedliwe granice, żywotnie zainteresowana jest europejską kontynentalną rewolucją. Tak więc uwolnieniem Niemiec od amerykańskiego dyktatu (na miejsce naszych wycofanych żołnierzy, pojawili się jednak amerykańscy) i uwolnieniem od amerykańskiego dyktatu innych, okupowanych przez Atlantystów europejskich terytoriów. Konieczne są, z naszego punktu widzenia, narodowe rewolucje w Niemczech, we Francji, we Włoszech, w Hiszpanii, w Holandii, w Szwecji, w Norwegii, w Danii, w Portugalii. Dopóki ich nie ma, dopóty zbyt wiele zagraża naszemu bezpieczeństwu. Dlatego Rosja zmuszona jest stać się bastionem rewolucji europejskiej. Dlatego Rosja nie zatrzyma się w swoim wyzwoleńczym marszozrywie na terytorium Krymu, ani na Dnieprze, ani nawet na zachodnich granicach eks-Ukrainy. Naszym celem jest wyzwolenie Europy od atlantyckich okupantów.”

Nierozsądne z naszej strony byłoby puszczanie takich rojeń – które mogą wszak mieć fatalne realne skutki – płazem. Ale problem polega też na tym, że są one odporne na jakąkolwiek rozsądną, racjonalną argumentację.

greydot

Ukraińcy wspierali Niemców w likwidacji Żydów na wschodnich terenach, które przed wojną należały do Polski, a później znalazły się pod okupacją niemiecką i sowiecką – to wszystko prawda. Ale Ukraińcy też walczyli przeciwko Niemcom – chociaż przede wszystkim zależało im na utworzeniu własnego państwa. I pod tym kątem działali. Wprawdzie Ukraińcy podjęli współpracę z Niemcami, ale bili się już głównie na własny rachunek – głównie z Polakami.
Jeden z dowódców UPA ogłosił wtedy:

“Z dniem 1 marca 1943 r. przystępujemy do powstania zbrojnego. Jest to działanie wojskowe i jako takie skierowane jest przeciwko okupantowi. Obecny jednak okupant jest przejściowym, nie należy więc tracić sił w walce z nim. Właściwy okupant to ten, który nadchodzi [ZSRR]. Jeśli chodzi o sprawę polską, to nie jest to zagadnienie wojskowe, tylko mniejszościowe. Rozwiążemy je tak, jak Hitler sprawę żydowską. Chyba że usuną się sami.”

Mówiąc o rzezi Polaków na Wołyniu dokonanej przez UPA (wspomaganej oczywiście przez cywilną ludność ukraińską), należy pamiętać o kontekście historycznym, a przede wszystkim o setkach tysięcy Żydów wymordowanych na początku lat 40-tych na tamtych terenach – to kreowało “atmosferę” – niejako “standardy” – tamtej epoki. Ukraińcy zobaczyli, że to działa i postanowili w ten sam sposób pozbyć się Polaków z terenów, na których chcieli zorganizować swoje państwo.

To były straszne czasy – i zagmatwane. Nie można oczywiście o tych wszystkich zbrodniach zapominać, ale głupotą byłoby w naszych czasach się na nie powoływać, obwiniać za nie współczesne pokolenia, pałać jakąś nacjonalną zemstą, propagować rewanżyzm, a tym samym szerzyć nienawiść.

Naturalnie, należy sobie zdawać sprawę z istnienia na Ukrainie sił skrajnych nacjonalistów. Lecz to, istniejące realnie zagrożenie z ich strony należy rozpatrywać w kontekście polityki współczesnej, a nie czystek etnicznych, które miały miejsce podczas II wojny światowej. To jest właśnie rozsądne. Bo przecież wiadomo, że gdy rozum śpi, to budzą się upiory.

greydot

Wszystko wskazuje na to, że aneksja Krymu przyniesie korzyści tylko samej Rosji (ale i to wcale nie jest takie pewne).
Na razie fakt ten namieszał wyraźnie w ogólnoświatowej polityce międzynarodowej – obnażając jeszcze bardziej coraz mniejszą skuteczność polityki wobec innych powiązań (głównie ekonomicznych).
Co może być zarówno dobrym, jak i złym sygnałem – bo wszystko zależy od tego, jak się będzie rozwijać światowa gospodarka (niestety, jak na razie, więcej faktów wskazuje na to, że rozwój ekonomiczny świata – rozkład siły i bogactwa – nie idzie w dobrym kierunku).

Zawsze, wszyscy i wszędzie, jesteśmy pod czyimś wpływem, Cały świat to teraz taki układ naczyń połączonych. Chodzi jednak o to, by kraje zachowywały – w głównym zrębie – swoją niezależność, nie ulegały cwaniakom, którzy dbają tylko o własny (bynajmniej nie narodowy czy państwowy) interes (i dotyczy to zarówno urzędasów z UE, jak i gangsteryzmu Putina).

greydot

To niesłychanie, jak dalece imponuje nam nadal siła i machiaweliczna przebiegłość (ale czy to są standardy, według których chcielibyśmy uprawiać politykę w XXI wieku?). Świadczy o tym podziw dla Putina nawet wśród tych, którzy nie identyfikują się z jego obozem i interesami. Moim zdaniem jest w tym coś z atawistycznego zauroczenia samcem alfa – a tym samym respekt – i de facto akceptacja – dla uznania „racji” i skuteczności nagiej siły.
Zdumiewa mnie to, że ulegają temu nawet ludzie uważani za intelektualistów (vide: ostatnia gafa Bartoszewskiego, zachwyconego „mądrością i przewidywalnością” Putina), przywiązanych ponoć do idei wolnościowych, demokratycznych i do legalizmu.

I jeszcze jedno: niektórzy wołają i biją na alarm, że oto „barbarzyńcy u bram”!
Według mnie, w równym stopniu należy się obawiać barbarzyńców, którzy zagrażają nam z zewnątrz, co tych, którzy są w nas samych.

greydot

Ameryka jako Imperium Dobra?
To zależy od perspektywy z jakiej patrzymy.
Mimo Oceanu Dobra, jaki ponoć Ameryka rozlewa zarówno na swoim terytorium, jak i w Europie czy w innych rejonach świata, krzewiąc np. niezmordowanie – i wszelkimi sposobami, z destabilizacją i ludobójstwem włącznie – demokrację i idee wolnościowe (tak widzą to bezkrytyczni stronnicy USA, którzy ważą procentowo korzyści amerykańskiego „porządku” implantowanego światu i chcą się – np. w Polsce – chować się za pazuchę amerykańskiej siły ekonomicznej i militarnej, bo to leży w naszym interesie) – tak więc, nawet ci, którzy będą stawać na głowie, nie będą mogli zmienić faktu, że po II wojnie światowej to właśnie Stany Zjednoczone były największym agresorem, wysyłając w zmasowanej ilości wojska w najbardziej odległe rejony świata, powodując największą ilość ofiar śmiertelnych wśród ludności cywilnej (używając przy tym tak barbarzyńskich środków, jak np. napalm czy agent orange, paląc, zabijając i kalecząc setki tysięcy ludzi).
(Wyobraźmy sobie tylko, co by to się działo, gdyby tak postępowała Rosja!?)
To są fakty, których żadna ekwilibrystyka eksplanacyjna zmienić nie jest w stanie.
I piszę to jako obywatel Stanów Zjednoczonych, korzystający z wszelkich dóbr, jakie oferuje ten – wspaniały pod wieloma względami – kraj.

Lecz zdaję sobie sobie sprawę z tego, że niektórym nie mieści się to w głowie, że można w takiej sytuacji – i ten sposób – krytykować Amerykę. I że mogą nazwać to np. anty-amerykanizmem. Ale, jeśli ktoś tak myśli, to tak naprawdę nie jest w stanie wniknąć w ideę „amerykańskości”.
Do takich osób powinno dotrzeć to, że ja nie krytykuję „Ameryki” tylko pewne poczynania (militaryzm) i polityką zagraniczną amerykańskiego rządu. I dopóty mogę robić to otwarcie – i bez konsekwencji zastosowania wobec mnie represji – na terenie kraju, w którym mieszkam, dopóty wg mnie Ameryka nie jest jeszcze do końca stracona. A ja nie muszę z tego kraju uciekać, (tak jak np. Snowden – by the way: chwała gościowi!)

Chciałem napisać, abyśmy karmili tylko dobrego wilka, ale w przyrodzie nie ma dobrych ani złych wilków.

greydot
Czy Amerykanie też biją się w piersi i posypują swoje głowy popiołem wobec swoich przewin z przeszłości – jeśli chodzi o własną kinematografię?
Otóż w kinie amerykańskim filmy tzw. „rozliczeniowe” oczywiście są, ale przytłoczone są przez obrazy, które bazują jednak na historycznej propagandzie i patriotycznym, narodowym stereotypie. Warto zwrócić uwagę, że niemal wszystkie westerny przez dziesięciolecia (aż do czasów anty-westernów Penna, Peckinpaha czy Altmana) ukazywały np. Indian jako „dzikusów”, a samych pionierów jako postacie heroiczne. Zaś Frontier to była w nich zona, w której zawsze wygrywało dobro, szlachetność i sprawiedliwość (wbrew krzyczącym wręcz faktom i stanowi rzeczywistemu).

Także w większości amerykańskich filmów akcji pobrzmiewa też głośny ton nacjonalistyczno-propagandowo-szowinistyczny (exemplum: Rambo et consortes…). Takie „Zielone berety” Wayne’a to przecież czysta „patriotyczna” nacjonalistyczna propaganda. Jeśli chodzi o Wietnam, to dopiero po zakończeniu wojny w Indochinach, pokazały się filmy ukazujące jej absurd i nikczemność – wśród nich wyróżniały się obrazy Olivera Stone’a („Urodzony 4 Lipca”, a przede wszystkim pamiętny „Pluton”) także „Full Metal Jacket” Kubricka. „Czas apokalipsy” Coppoli to raczej jedna wielka metafora wojennego szaleństwa (odnosząca się do Conradowskiego „Jądra ciemności”), a nie rozliczenie się z własną niechlubną, a niekiedy i haniebną, historią. Podobnie było z filmem Altmana „M*A*S*H*” – to ukazany uniwersalizm idiotyzmu i absurdu każdej wojny – nie tylko tej w Indochinach.
Filmy tzw. gangsterskie też nie były właściwie rozliczaniem się z własnej skorumpowanej przeszłości, a wręcz przeciwnie – tworzyły nowe mity (jak np. słynny „Ojciec Chrzestny” Coppoli, czy wiele filmów Scorsesego) dość przewrotnie gloryfikując i „uromantyczniając” w pewnym sensie gwałt, przemoc i bandytyzm. W tym kierunku poszło też kino (bardzo ostatnio popularnego) Tarantino.

greydot

Inspirowało mnie kino amerykańskie lat 70-tych, bo – wbrew temu, że ukazywało opresyjną i ciemniejszą stronę amerykańskiej rzeczywistości – miało właśnie w sobie ów kontestacyjny powiew buntu i tęsknoty za wolnością, której nam jednak wówczas w zapyziałym, nudnym i szarawym PRL-u brakowało. Wystarczyło choćby spojrzeć na te bezkresne amerykańskie przestrzenie w filmach drogi, by poczuć ów zew przygody – to był dla nas synonim wolności: wiatr rozwiewający włosy i serce, które rosło w piersiach na myśl, że coś takiego można przeżyć samemu. Nawet ruch hipisowski – cały ten zgiełk Woodstock, naiwność i kolorowość dzieci kwiatów – flower power przeciwstawiona kretyńskiej, nikczemnej i morderczej wojnie w Wietnamie – wszystko to znajdowało w niektórych z nas pozytywny oddźwięk.
Oczywiście wiele z tych młodzieńczych fermentów opierało się na micie – dopiero kiedy człowiek dorastał, stawał się bardziej krytyczny wobec swoich dawnych zauroczeń.
Ale to był jednak paradoks: zauroczenie Ameryką, która kontestuje sama siebie.

Jednakże były jeszcze inne, bardziej realne aspekty tego, co oferowała ludziom Ameryka – i w tej ofercie było wiele dobrego. Były to choćby swobody obywatelskie (abstrahując od problemu istniejącego do lat 60-tych zinstytucjonalizowanego i mentalnego rasizmu), wolność słowa, jak również – last but not the least – względy ekonomiczne (nota bene: ja bym jednak nie wyśmiewał się z tego, że miliony ludzi mogło mieszkać w swoich własnych domkach, jeździć własnymi samochodami, realizować swoje hobby – mogło zaspokajać swoje potrzeby życiowe na dość wysokim (w pewnym momencie – najwyższym w świecie) poziomie. W tym „Hi, honey” męża wracającego z pracy do domu i witającego żonę, była jednak pewna solidność spełniającego się pragmatycznie American Dream.

Nie można jednak skwitować Ameryki w kilku zdaniach.

greydot

To, co piszę o militaryzmie amerykańskim, nie jest pisane z pozycji pacyfizmu ani nawet idealizmu. (Powtarzam już chyba do znudzenia, że nie jestem pacyfistą.) Jest pisane z pozycji pragmatycznej i racjonalnej. Uważam po prostu, że angażowanie się USA we wszystkie bez wyjątku wojny (chodzi mi o okres po II wojnie światowej) odbywały się nie tylko ze szkodą dla świata (miliony zabitych i okaleczonych ludzi, nota bene w przeważającej części cywili, zrujnowanie krajów, w których toczyły się te wojny) ale i dla społeczeństwa amerykańskiego. Także – co widać doskonale z perspektywy czasu – dla Stanów Zjednoczonych, jako państwa, które sukcesywnie traciło swój prestiż i nimb wszechmocnego mocarstwa. (Zaś 9/11 uznać można – zresztą nie tylko symbolicznie – za początek końca amerykańskiego mitu.) Zaangażowanie się militarne (nawiasem mówiąc, termin „zaangażowanie” jest eufemizmem, winno się właściwie nazywać rzecz po imieniu jako zbrojną agresję) USA w Wietnamie, Iraku i Afganistanie przyniosły same straty. Nie tylko humanitarne. Również polityczne.

greydot

Ktoś niedawno dość przytomnie zauważył: „Taka już ta Ameryka jest, że nawet najlepszą krytykę USA robią właśnie Amerykanie.”
No właśnie. Skoro jeszcze do tej pory Chomsky’ego nie zamknęli w więzieniu, ani mu nie wysiadły hamulce w Lexusie, to ani mi w głowie ucieczka z tego kraju, zwłaszcza do RFSRR.
Mimo wszystko – gdybym już był zmuszony wybierać – to wolałbym porządek zaprowadzony na świecie przez Amerykanów, niż przez Talibów, Chińczyków czy nawet Rosjan. (Co nie znaczy, że jestem za polityką imperialną i zapominam o zbrodniach popełnianych przez Amerykanów w Laosie, Kambodży, Wietnamie, Iraku, Afganistanie…)
I jeszcze jedna ważna rzecz: przenoszenie niechęci (wrogości) do rządu amerykańskiego (jego polityki zagranicznej) na całe amerykańskie społeczeństwo jest nie tylko nie fair, ale i niemądre. (Podobnie zresztą jak utożsamianie tego z anty-amerykańskością.)

greydot

Tiziano Terzani, jeden z najsłynniejszych dziennikarzy XX wieku, autor wielu książek, długoletni korespondent „Spiegla”: „Dla mnie spotkanie z prezydentem, ministrem, generałem z ich pompatycznymi minami, kłamstwami, które na siłę wciskają rozmówcy, zawsze napawało mnie wstrętem. Instynktownie trzymałem się od nich z daleka. Właśnie, trzeba trzymać się z daleka.”

Czy zajmując się światem polityki możemy dociec tego, czym jest świat, społeczeństwo, wreszcie sam człowiek? Bynajmniej. Widzimy tylko niektóre z jego aspektów – stąd choćby poczucie tego, że jest to świat darwinowski, domena hien, rekinów i szakali. A kto w tym świecie predatorów nie kieruje się atawistyczną, amoralną zasadą „po trupach do celu” – ten jest nieskuteczny, nie odnosi sukcesów, (więc jest polityczną niezdarą).

Tak więc, kiedy wpatrujemy się jedynie w świat polityki, wypaczone staje się nie tylko nasze widzenie świata – a zwłaszcza tego, co winno stanowić o naszym człowieczeństwie, tworzyć jakieś wyższe rejestry ludzkiej kultury – ale i nas samych. Stąd przestroga Terzaniego, by trzymać się z dala od polityków. Bo korupcja jest zaraźliwa. A w zepsutym świecie psujemy się także i my sami – wystarczy samo wdychanie zepsutego powietrza, karmienie się zepsutą strawą.
Tak dzieje się również wtedy, kiedy świat polityki staje się naszą rozrywką – ucieczką przed nudą i własnym molem.
Kiepski to więc rodzaj autoterapii.

greydot

Pytanie: czy umiejętność samodzielnego myślenia jest w ogóle możliwa?
Nota bene wiąże się to z kwestią bardziej uniwersalną: czy istnieje wolna wola?
Niestety, im bardziej się w to wgłębiamy, tym mocniej się skłaniamy (czujemy się „skłaniani”?) do odpowiedzi: NIE. Lecz jednak nie odpowiadamy jednoznacznie NIE, bo to pozbawiłoby nas podmiotowości, ergo: nie tyle zakwestionowałoby nasze EGO, co pozbawiłoby go (nas) suwerennego sensu.
Natomiast skłanianie się do odpowiedzi TAK, jest przemieszczaniem się w sferę metafizyczną (jeśli wolna wola istnieje, to musi mieć ona w sobie coś z „boskości”).

Do odpowiedzi NIE skłania nas rozum (bo tylko za pomocą rozumu możemy poddawać coś analizie), do odpowiedzi TAK – intuicja (choć pozornie wydaje się nam, że jest na odwrót – ale to dlatego, że racjonalizm i irracjonalizm miesza się w nas samych: to, co chcemy, by było racjonalne, jest często irracjonalne i vice versa).
Tak więc, czy nasze nowoczesne przeświadczenie o tym, że ludzki Rozum jest kompatybilny tylko z materią (bo tylko wobec materii możemy użyć czegoś takiego, jak ratio) nie jest aby naszym kolejnym przesądem?

Niestety, im więcej wiemy, tym większa wydaje się nasza niewiedza.

greydot

Człowiek mówi, wiatr słowa nosi…

greydot

UKRAINA

.

Majdan (fot. Gleb Garanich/Reuters)

Na Majdanie (fot. Gleb Garanich/Reuters)

.

Unikam na moim blogu polityki, zwłaszcza tej odnoszącej się do aktualnych wydarzeń (w końcu głównym tematem bloga powinna być kultura, a nie jej przeciwieństwo), ale jednak nie mogę przejść obojętnie nad tym, co dzieje się teraz u naszych sąsiadów, tuż za „miedzą”. Wprawdzie zdarzało się, że zajmowałem się aktualiami społecznymi czy politycznymi (zamach w Bostonie, globalna inwigilacja, katastrofa smoleńska, interwencja w Syrii…), ale to były raczej wyjątki. Niniejszym wpisem czynię więc kolejny wyłom. Zacznę fragmentem rozmowy, jaką odbyłem z redaktorem „Polityki” Adamem Szostkiewiczem na jego stronie „gra w klasy”:

.

Adam Szostkiewicz: „Najpierw był atak 11 września na miasta i niewinnych cywili w tym Polaków w USA, potem była inwazja na Afganistan talibów, w której słusznie wzięła udział Polska. wojnę w Jugosławii wywołał nacjonalizm serbski, Serbowie zabijali Chorwatów, Chorwaci Serbów itd. Dopiero interwencja NATO przerwała tę masakrę, a nacjonaliści trafili pod sąd. w Kosowie służbę pełnią Polacy, o ile wiem nikogo nie zabijają. Atak na Libię wywołała nieodpowiedzialna polityka Kadafiego, który najpierw doprowadził do wojny domowej, a potem zmusił do interwencji Zachód. W Egipcie mordują się wzajemnie Egipcjanie. W Syrii mordują się Syryjczycy i inni Arabowie oraz muzułmanie niearabscy. Rosja zrobiła wszystko, by Assad utrzymał się u władzy. Nikt z Zachodu w Syrii nikogo nie zabija. Dronami też nikt nie walczy w Syrii, a co dopiero w Ukrainie, dronami walczy się w Pakistanie i Afganistanie przeciwko fanatycznym islamistom. To zasługuje na poparcie, a nie na rozdzieranie szat jak w lichym teatrze.”

Stanisław Błaszczyna:
– Dobrze byłoby się przyjrzeć temu, jak była polityka amerykańska na Bliskim Wschodzie (i nie tylko) przed atakiem 11 września (moim zdaniem 9/11 nie był „najpierw”).
– To, że polscy żołnierze dokonali inwazji na Afganistan czy Irak, nie miało nic wspólnego ze „słusznością”, tylko z polityką. (Wg mnie usprawiedliwiona moralnie jest jedynie wojna obronna – w przypadku bezpośredniego zagrożenia własnego kraju, wolności i życia jego obywateli.)
– Kadafi nie wywołał wojny domowej. (Natomiast interwencja Zachodu i obalenie Kadafiego spowodowało w Libii anarchię – która trwa do dzisiaj – jak również doprowadziło ten kraj do ruiny).
– Dronami w Afganistanie i Pakistanie (zapomniał pan jeszcze dodać Jemen) być może chce się walczyć z „fanatycznymi islamistami” (skąd my znamy tę prowojenną propagandową retorykę zastępującą ludzi „fanatykami”, „terrorystami”?) ale zabija się głównie osoby cywilne, przypadkowe, (które wcale nie znajdowały się na listach CIA osób przeznaczonych do „odstrzału” – nota bene bez sądu, za każdym razem z pogwałceniem prawa międzynarodowego – co czyni te akty ludobójstwem).
A na Ukrainie szkoda mi tylko zwykłych, szeregowych ludzi – bo to oni zawsze będą przegrani, bez względu na to, kto dorwie się tam do władzy. Niestety, wszystko wskazuje na to, że Ukraina długo jeszcze nie będzie krajem wolnych ludzi.

Adam Szostkiewicz: „Tak, żal tych zwykłych ludzi, gorliwych katów Hitlera, Stalina itd. Nie kupuję tego populizmu. A ludzi, którzy okaleczają dziewczynki pragnące się uczyć nazywam fanatycznymi islamistami, pan może ich nazywać jak chce. Interwencja w Afganistanie mułły Omara była obroną przed AlKaidą. Wywiązywanie się z obowiązku sojuszniczego jest słuszne, jeśli w słusznej sprawie. Interwencja w Czechosłowacji była niesłuszna, w Afganistanie słuszna. druga w Iraku była bez sensu.”

StB: Panie Adamie, zaskoczył mnie pan nazywając zwykłych (żyjących dzisiaj na Ukrainie) ludzi (bo to przecież ich miałem na myśli) „gorliwymi katami Hitlera, Stalina itd.”
Z szowinizmem trudno mi jest dyskutować. Jeżeli osoba o takiej wiedzy i erudycji – i, jak domniemywałem, kulturze – głosi takie poglądy, to co tu się dziwić tym, dla których „mowa nienawiści” jest chlebem powszednim?

Adam Szostkiewicz: „Polecam lekturę Bloodlands Timothy Snydera. Oczywiście nie mam na myśli współczesnych Ukraińców. Odnoszę się do pańskiego użalania się, że zwykłym ludziom zawsze gorzej. Zwykli ludzie nie są moralnie lepsi tylko dlatego, że są zwykli albo biedni. Zwykli ludzie też bywają nikczemni, okrutni, źli, jak bywają takimi możni tego świata.”

StB: Pisze pan: „Oczywiście nie mam na myśli współczesnych Ukraińców.”
Za późno, mleko się rozlało.
Tak, zwykli ludzie bywają – jak pan pisze – „nikczemni, okrutni, źli”, ale narody, także nasi sąsiedzi, składają się nie tylko z takich ludzi. Czy ja Panu – humaniście, erudycie i ekspertowi od chrześcijańskiej etyki – muszę takie rzeczy przypominać?
Jak by pan zareagował, gdybym tak, jak pan nazwał Ukraińców, określił współczesnych Niemców czy Żydów? (a to określenie miałoby jednak poparcie w faktach historycznych jeszcze mocniejsze, niż w przypadku narodu ukraińskiego).

Adam Szostkiewicz: „Jakie mleko? Przecież panu odpisałem, zachęcając do lektury książki o wojennych dziejach naszej części Europy. Uważam, że to, co dzieje się dzisiaj, nie tylko w Kijowie i Lwowie, ma historyczne korzenie. Są one tragicznie splątane i dlatego choćby Demokratyczna Polska powinna wspierać demokratyczną i proeuropejską część opinii ukraińskiej, ale nie ukraiński nacjonalizm.”

StB: Jakie mleko, pyta się Pan? Otóż na moje zdanie: „A na Ukrainie szkoda mi tylko zwykłych, szeregowych ludzi, bo to oni zawsze będą przegrani, bez względu na to, kto dorwie się tam do władzy.”
Napisał pan wyraźnie: „Tak, żal tych zwykłych ludzi, gorliwych katów Hitlera, Stalina itd. Nie kupuję tego populizmu.”
A kiedy zwróciłem panu uwagę, że to jest szowinizm, to mi pan odpisał: „Polecam lekturę Bloodlands Timothy Snydera. Oczywiście nie mam na myśli współczesnych Ukraińców”, a następnie zaserwował mi pan komunał o tym, że zwykli ludzie też mogą być „nikczemni, okrutni, źli”.
Wg mnie to jest zwykły wykręt, tym bardziej dziwny, że kilka komentarzy dalej żali się pan na swoich komentatorów: „proszę zauważyć, że zagadnięci o konkrety, zwykle nie reagują”.
Pan nie tyle nie zareagował, co wykręcił kota ogonem, podsyłając mi jakąś lekturę (jakbym nie znał historii II wojny światowej, faszyzmu i komunizmu).
Nie takie mam pojęcie o uczciwej dyskusji.
My tu sobie mędrkujemy, rachujemy co byłoby dla nas bardziej opłacalne, a Ukraina – nasi sąsiedzi, ludzie – przeżywają dramat (i abstrahuję tu nawet od tej tragedii, która dzieje się w tej chwili na Majdanie). Bo wszystko wskazuje na to, że nie ma obecnie dobrego wyjścia z sytuacji. Złamanego grosza bym nie dał za tzw. „elity”, (które dorwą się do władzy) zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie. Czy wobec tego moja solidarność ze zwykłym człowiekiem (np. z naszymi przyjaciółmi, którzy mieszkają w dzisiejszej Ukrainie) to jest „populizm”?
To jest właśnie znak (i katastrofa) naszych czasów: pogarda dla zwykłego człowieka, czyli de facto: społeczeństwa, która prędzej czy później odbije się czkawką na całym świecie. A rozmiarów tej „czkawki” nawet nie można sobie teraz wyobrazić.

* * *

Jeden z moich znajomych, przeczytawszy tę wymianę zdań, zarzucił mi: „Z kim Ty Staszku polemizujesz? Ze wszystkimi? Nie da się! I po co…?”.
Rzeczywiście: też mógłbym się zastanowić: po co? (Choć na pytanie „z kim?”, mógłbym odpowiedzieć: z jednym z bardziej znanych polskich publicystów). A jednak są sytuacje, kiedy czuje się taką potrzebę. Trudno to zresztą nazwać polemiką. To było właściwie wyrażenie swojego zdania, gest solidarności z tymi, którzy zawsze są pod butem, poddani arogancji i przemocy autorytarnej władzy w stylu Janukowicza, tworzącej kastę uprzywilejowanych cwaniaków, wysysających własny naród. Tragedią jest to, że ten sam styl rządzenia, co Janukowicz (albo Łukaszenka), reprezentuje także Putin, a świat niejako „zmuszony” jest do dogadywania się z nim (np. olimpiada w Soczi legitymuje jeszcze bardziej jego reżim) – niby świat „cywilizowany” wie, że samowładztwo Putina to są rządy gangsterskie, ale ściska mu rękę, robi dobrą minę, pieprzy farmazony i wchodzi z nim w interesy. Dopiero taki dramat, jaki się rozgrywa teraz na Ukrainie, rozwiązuje (niektórym) języki i zaczynają nazywać rzeczy po imieniu (określając np. Jakunowicza bandytą, którym on jest niestety od czasów, kiedy go skazywano za pospolite przestępstwa, i którym nie przestał być sprawując władzę). Dopóki więc nie dokona się zmiana strukturalna (konstytucyjna) w tych państwach, dopóki ludzie nie odwykną od łapówkarskiego sposobu załatwiania niemal wszystkich ważniejszych spraw ekonomicznych – jak również zwykłych „interesów” – w swoich krajach; dopóki nie wzmocni się mądrej demokracji; dopóki nie zacznie się szanować bardziej „zwykłego” człowieka (społeczeństwa)… dopóty będzie dochodzić do takich tragicznych wydarzeń, jak te w ostatnich dniach na Majdanie. Obawiam się jednak, że będzie tak jak zazwyczaj: rewolucja pożre własne dzieci, (albo „dzieci” te stworzą podobnie opresyjny układ, co funkcjonował dotychczas – bo niestety każda władza korumpuje i przewraca ludziom w głowach), zmienią się więc tylko ci, co są przy korycie (albo i nie zmienią, tylko się przefarbują i zaczną się dzielić łupami z nielicznymi wybranymi), układ się nieco przeformuje, a naród nadal będzie klepał biedę, tumaniony przez etatowych polityków i sprzedajne media.

* * *

Na zakończenie, dodatek z  cyklu: „Ćwiczenia w obłudzie”.
Oto fragmenty listu otwartego przewodniczącego Stowarzyszenia Banków Ukrainy Oleksandra Suhoniaka, do prezydenta Wiktora Janukowicza:

„Wiktorze! Jest wiele powodów, dla których zwracam się do ciebie po imieniu. Po pierwsze, jesteśmy rówieśnikami. Po drugie, mój majątek zapewnia mi pewne przywileje. A dzięki Bogu jestem znacznie bogatszy od ciebie. Niech to będzie jasne: moje potrzeby materialne są zaspokojone. Więc dlaczego piszę? Bo mam dość, tak jak wszyscy obywatele.”
„Nie rozumiesz, że pasożyt nie może pożreć swojego żywiciela. Nie możesz połknąć całego narodu ukraińskiego, żeby zaspokoić swój głód”.
„Chcesz oczyścić Majdan za pomocą kul. Ale Majdan nie znajduje się za barykadami. Jest w naszych duszach i kule nie mogą go zniszczyć. Ty tego nie rozumiesz. Możesz rozpędzić tłum, ale Majdan przetrwa. Ukraińcy marzą o społeczeństwie, w którym złodzieje są karani, a dobroczyńcy mają wsparcie rządu. Ty postępowałeś na odwrót. Dlatego nie możesz dłużej rządzić tym krajem”.
„Mówi się, że kłamca jest gorszy złodzieja. A ty jesteś jednym i drugim (…). Mówisz, że ludzie przejmują rządowe budynki. To nieprawda, oni je wyzwalają od przestępców, od tych, którzy krzywdzą naród złodziejstwem, fałszem, niesprawiedliwością, a od niedawna dokonują jawnych morderstw. Uczciwi przedstawiciele władzy przechodzą na stronę ludu”.
„Oddałeś temu społeczeństwu jedną przysługę. Dzięki tobie narodziła się alternatywa, ruch ludzi honorowych i uczciwych. Żal mi cię, Wiktorze. Z twojego okna widać już nową Ukrainę. Wycofaj się!”.

Swój list kończy apelem do „Partii Oligarchów”: „Jeśli sami się przebudziliście, przebudźcie prezydenta. Nie bójcie się. Jeśli jesteście uczciwymi ludźmi, Majdan podejmie z wami negocjacje”.
(za Gazeta.pl Wiadomości)

To by było zabawne, gdyby nie było tragiczne.
Oto jakiego pokroju ludzie rządzą 46-milionowym narodem ukraińskim, 150-milionowym narodem rosyjskim… etc.

* * *

PS. Jeśli list jest prawdziwy – bo przy każdym jego zdaniu ma się wrażenie, że napisał go jakiś bardzo zdolny satyryk – to tutaj, w konkurencji „obłuda”, osiągnięto według mnie mistrzostwo świata.

.

MÓZG LEONARDA, WYZNANIE TOŁSTOJA, WIEWIÓRKA MIŁOSZA, POLEMIKA ZE ŚWIREM… (zapiski V)

(z zapisków rozproszonych)

*

KAMIENIE – KLEJNOTY, RELIKWIE, TALIZMANY, FETYSZE…

Setki tysięcy Amerykanów zobaczyły niedawno kremlowskie złoto. Najpierw w Houston, później w Chicago. W Teksasie potraktowano eksponaty jak dekoracje (stąd amerykańska opinia o „niezmierzonych bogactwach Rosji”); chicagowskie Muzeum Ziemi wprowadziło zaś pewien komentarz historyczny, dzięki któremu bardziej już można było poczuć rosyjskie paradoksy i kontrasty: niezmierzone bogactwo – niezmierzona nędza, władza absolutna – absolutna niemoc; okrucieństwo, pycha i szaleństwo – chwała, cierpienie i pokajanie… Niewiarygodne, obłożone setkami diamentów korony carów Rosji sąsiadujące z kilogramami skarbów prawosławnych biskupów Moskwy. Demonstracja bogactwa i władzy. Jaja Fabergé. Kapiące złotem ikony, przyduszone zwałami biżuterii Boże Dziecię i opleciona sznurami pereł Matka Boska. Szokujący, ciężki, cały ze złota sarkofag zamordowanego małego Dymitra i wzruszające puzderko podarowane mu wcześniej przez tatusia, którym był Iwan Groźny.

1000 lat historii, 140 niezwykłych cacek, skarbów, cudeniek i prawdziwych dzieł sztuki. Nikt nawet nie próbował określić ich wartości.

Szlachetne kamienie w Rosji były również fetyszami. Klejnoty posiadały magiczną moc, tudzież mistyczne wręcz właściwości: diamenty łagodziły żądze i chciwość, szmaragdy pomagały przywrócić mądrość (sic!), zaś szafiry zapewniały spokój.

greydot
Klejnoty – twarde jak kamień i jak kamień zimne.
Co przedstawiają? Czyste piękno czy marną próżność?
Co w nich zaklęte? Urok czy złudzenie?
Co jest ich istotą? Bogactwo ducha czy nędza materii?

Jeden z krajowych magazynów dla pań donosi, że „jubilerzy znów rządzą kobietami”. W artykule „Zapach klejnotów” czytamy: „Biżuterii i perfumom blisko do siebie. Zupełnie nie szanują naszego zmysłu praktycznego. Klejnoty z cennych pereł, kamieni i kruszców to elitarna kasta schowana za murem niebotycznych cen. Perfumy są bardziej demokratyczne. Sygnowane nazwiskami słynnych jubilerów ofiarowują zmysłową przyjemność i urodę skradzioną klejnotom”. Ten fragment jest jeszcze interesujący. Niestety, to co czytamy dalej, to już tylko utylitarna toaleta. Typowe vanity fair.

greydot
Istnieją różne przywiązania do klejnotów. Zarówno szlachetne, jak i przyziemne. Cenny talizman, w którym pokładana jest wiara w magię i zaklęcie dobrego szczęścia. Ukochana miniatura symbolizująca czyste uczucie – miłość do kojarzonego z nią człowieka. Klejnoty rodowe pielęgnujące pamięć o zmarłych – przekazujące tradycje rodzinnej świetności.

Człowiek zaklinał rzadkie kamienie, przenosząc na nie swe pragnienia i tęsknoty. Kamień stawał się marzeniem i poezją. To właśnie dlatego takie wrażenie robił na nas ongiś norwidowski „gwiaździsty dyjament”.
Norwid… Nota bene autor „Bransoletki” i „Pierścienia wielkiej damy”.

greydot

WYZNANIE TOŁSTOJA

Od jakiegoś czasu czytam „Dzienniki” Tołstoja. Jak na razie poszukiwanie erudycji i intelektualnej wielkości pisarza przynosi dość mierne rezultaty. Trudno byłoby mi uwierzyć – według tych przeczytanych dotychczas fragmentów – że piszący je człowiek jest równocześnie autorem „Wojny i pokoju”. Lecz są to oczekiwania naiwne (nie tylko dlatego że na czas powstawania tej powieści Tołstoj zaprzestał pisania dziennika).

W powszechnym wyobrażeniu Tołstoj to tytan myśli i moralności. Bogu-podobny starzec, patriarcha ogarniający swym mądrym spojrzeniem świat z Jasnej Polany.
A oto co on sam o sobie pisze: „Przypomniałem sobie swoje wykoślawienie, zepsucie. Jestem zepsuty zarówno wczesną rozwiązłością, jak zbytkiem, obżarstwem i próżniactwem. Gdyby tego wszystkiego nie było, teraz, mając 65 lat, byłbym rześki i młody. Ale czy to zepsucie poszło na marne? Wszystkie moje wymagania moralne wyrosły z tego zepsucia”.

Zastanówmy się jednak czy chcielibyśmy czytać powieści pisane przez chodzące doskonałości. Zapewne trudno byłoby nam przebrnąć już przez pierwszą stronę i nawiedziłyby nas mdłości, bynajmniej nie sartre’owskie a te – po ludzku – fizjologiczne. Istota idealna jest dla nas czymś spetryfikowanym, zastygłym w pozie, ograniczonym do symbolu – wydaje się nam niemożliwe, by była kreatywna, twórcza. Aniołowie są bezpłodni.
Nawet Boga nie możemy sobie wyobrazić bez użyczania mu naszych ludzkich wad i namiętności.

Co o tym myśleć? (bo mimo wszystko jest to intrygujące).

Tołstoj dyktuje swojej córce: „Rzadko spotykałem człowieka, który posiadałby w większym stopniu niż ja wszystkie przywary: lubieżność, chciwość, złość, próżność, a przede wszystkim egoizm. Dziękuję Bogu za to, że wiem o tym, widziałem i widzę w sobie tę ohydę, a jednak z nią walczę. Tym się właśnie tłumaczy powodzenie moich pism.” (Zapis z 7 sierpnia, 1910 r)

W tym samym czasie Tołstoj przechodził gehennę z powodu histerycznych ataków swojej żony Zofii Andriejewny. Może to właśnie tłumaczy ową samokrytykę – pełną poczucia winy bezradność wobec nerwowych wariacji żony?  Idealne „Ja” zmuszone do poniżającej szarpaniny na poziomie ordynarnego domowego awanturnictwa. Nie wydaje mi się bowiem, że są to jakieś przewrotne umizgi – stawianie się w jak najgorszym świetle by wzbudzić litość, czy też może nawet sympatie otoczenia. Kajający się człowiek zazwyczaj miły jest naszemu oku, bo dzięki temu afirmować się może nasza wyższość… choćby tylko na ten moment.
Tołstoj ewidentnie przesadza z tym „rzadko spotykałem człowieka, który posiadałby w większym stopniu niż ja wszystkie przywary …”, bo na pewno we współczesnej mu Rosji roiło się od typów gorszych od niego o piekło całe. Jednak łatwo zrozumieć to, co pisze dalej: że uświadomienie sobie własnych skaz i walka z nimi umożliwiły mu tworzenie dzieł, w których łatwiej było się przeglądnąć ich czytelnikom – także i tym wszystkim węszycielom ułomności życia.
Na takim oto gruncie wyrasta jeden z najsłynniejszych moralistów XIX wieku.

greydot

Dramatyzm ostatnich dni życia Tołstoja. Ucieczka przed rozhisteryzowaną żoną. Zgon na stacji Astapowo. Na kilka dni przed śmiercią wspomina jeszcze w dzienniku o jakimś swoim planie. Ostatni zapis kończy się zaś słowami: „A wszystko to dla dobra innych, a przede wszystkim dla mojego”.

greydot

LENIN, CZYLI NOSTALGIA

W polskim „Newsweeku” korespondencja z Moskwy zatytułowana „Lenin wiecznie nieżywy”.

Mauzoleum Lenina z wystawionymi tam zwłokami prowodyra październikowej rewolucji, to jedna z największych atrakcji Placu Czerwonego. Dla większości zachodnich turystów ten trup na pokaz to jedynie kuriozalna ciekawostka, dla wielu mieszkańców byłego Związku Radzieckiego – ciągle okazja do złożenia hołdu wodzowi. Ponury gabinet jednej jedynej figury woskowej, a właściwie mumii, pamiątki po piramidalnym w swej skali i klęsce, ustrojowym eksperymencie ludzkości.

Jest coś dojmująco koszmarnego w tym ekshibicjoniźmie upiora rewolucji. Chciałoby się rzec, że każdy kraj ma takie atrakcje turystyczne, na jakie zasługuje.

Znany reżyser Nikita Michałkow przypomina, że swego czasu władze nagradzały swoich robotników – liczącą niekiedy wiele tysięcy kilometrów – podróżą do Moskwy, której głównym celem była wizyta w mauzoleum. Obecnie wielu Rosjan nagradza się samemu, wybierając się z pielgrzymką do stolicy, by zobaczyć zwłoki „wielkiego człowieka, który w pojedynkę zmienił oblicze świata.”

To ponure widowisko sporo kosztuje (niektórzy mówią o 1,5 mln. dolarów rocznie), bowiem ciało trzeba poddawać stałym oględzinom. Co kilkanaście miesięcy kąpie się zwłoki w specjalnym balsamującym roztworze, a co trzy lata zmienia się garnitur, koszulę, buty, skarpetki i krawat. Słyszy się głosy, by położyć kres temu widowisku i zakopać Lenina w ziemi (podobno on sam chciał, by pochowano go obok jego matki na cmentarzu w Petersburgu). Skłaniał się ponoć ku temu sam Putin, ale oczywiście podniosły się też głosy ostrego sprzeciwu: „Jak ruszycie Lenina, to my zakopiemy was żywcem!” – krzyczą młode klony starych bolszewików (a więc nawet nie „po naszym trupie” a „po waszym”).
Wszystko wskazuje na to, że jest to również wyraz tęsknoty za reanimacją dawnego sowieckiego imperium.

Truchło Lenina jest więc nadal swego rodzaju komunistyczną relikwią, tyle że – w oczach ludzi świadomych zbrodni totalitaryzmu – relikwią szatańską. Zmumifikowany relikt kultu jednostki, który i tak, prędzej czy później, w proch się obróci… i popadnie w niepamięć, jak wszystkie nasze poronione utopie.

greydot

KALIFORNIA ZABIJA TOOKIEGO WILLIAMSA

Dzisiaj w nocy wykonano wyrok śmierci na Tookie Williamsie skazanym przed 24 laty za czterokrotne zabójstwo. Wszystko odbyło się wśród zmasowanych protestów tzw. “celebrytów” i rozpętanej na szeroką skalę akcji reklamowej mass-mediów.
Cale wydarzenie udramatycznił nawet sam Schwarzenegger, który niczym Deus ex machina miał ostatecznie zadecydować o życiu i śmierci nawróconego ponoć gangstera. W ostatnim niemal momencie ten były kulturysta, a obecny gubernator Kalifornii, zrezygnował z przysługującego mu prawa wstrzymania egzekucji i odrzucił prośbę Williamsa o ułaskawienie.
Dokładnie o północy wprowadzono skazanego do celi śmierci, gdzie przez pół godziny personel medyczny męczył się próbując znaleźć igłą żyłę w nadal muskularnym ramieniu skazańca, by wstrzyknąć weń zabójczą truciznę. W pomieszczeniu obok, za przeszklonymi oknami, przyglądało się temu kilkadziesiąt osób. Kiedy Williams przestał się ruszać, kilku jego czarnych przyjaciół podniosło do góry zaciśnięte pięści (gest ten, jak wiadomo, oznacza “black power”) i rozległy się krzyki: “Oto stan Kalifornia zabił jeszcze jednego niewinnego człowieka”). Ach, to nasze zamiłowanie do teatrum!
Wśród całego tego zgiełku ciągle miałem wrażenie, że osoba Williamsa jest na drugim planie, zaś tak naprawdę chodzi wszystkim o manifestacje własnego egotyzmu w przeróżnej postaci – i to zarówno ze strony tych miłosiernych zwolenników przebaczenia, jak i nieprzejednanych egzekutorów sprawiedliwości, chcących wyeliminować Williamsa z rejestru żywych.
Oczywiście bardziej irytowali mnie ci, podający się za obrońców sprawiedliwości mściciele, ale nie mogłem też zaakceptować tej jednostronnej i równie ślepej postaci miłosierdzia. Pierwsi razili często odpychającym brakiem serca i chłodem wiejącym z ich bezwzględnej kalkulacji, drudzy wydawali się być zamknięci w jakimś szklanym kloszu martyrologicznej retoryki.
Jedni widzieli Williamsa jako bestie, drudzy jako anioła.
Ja zaś dostrzegłem w nim jedno i drugie… a właściwie: coś pośredniego – człowieka.

greydot

To prawda – argumenty jakich użył Schwarzenegger uzasadniając swą odmowę udzielenia skazanemu łaski, wydają mi się dość bezduszne. Prawdę mówiąc spodziewałem się po nim czegoś głębszego. Również jego dobre samopoczucie było chyba nie na miejscu. Nie podejrzewam jednak, ze w podjęciu przez niego decyzji, odgrywały jakąkolwiek rolę względy polityczne. O taką monstrualność nie chcę go nawet podejrzewać! A może się jednak mylę?
A co do prawa decydowania o życiu i śmierci jakie przysługuje dziś gubernatorom i prezydentowi? Uważam je za jakiś feudalny relikt absolutyzmu władcy – przeżytek zamierzchłych epok niegodny żadnej społeczności mieniącej się demokratyczną. Jest to również w pewnym sensie podważanie autorytetu funkcjonującego w cywilizowanym państwie sądownictwa i jego niezawisłości. (Lecz z drugiej strony… dobrze, że coś takiego jest, bo to zawsze jeszcze jedna szansa więcej, by uratować ludzkie życie.)
I do czego to doszło?
Niegdysiejsze bożyszcze muskulatury dysponuje boską mocą szafowania ludzkim życiem i śmiercią – i to w pełnym majestacie prawa! Nomen omen – Terminator: jak to złowieszczo brzmi w tej sytuacji i okolicznościach.

greydot

Jak można chcieć – z własnej i nieprzymuszonej woli! – być obecnym przy uśmiercaniu drugiego człowieka? Czy tak daleko odeszliśmy od ciemnych wieków, kiedy zwoływano całą okoliczną gawiedź i tłuszczę na publiczne egzekucje?
Nieważne czy kieruje nami żądza zemsty czy rozrywki, poczucie sprawiedliwości czy zwykła ciekawość. Te pierwsze motywy są wstrętne, drugie zaś – niemożliwe według mnie do zaakceptowania. Jeśli już gdzieś prawo dopuszcza karę śmierci, to powinno się ją wykonywać w obecności tylko niezbędnych do tego od strony prawnej osób.
Wszystko ponadto – to spektakl.

greydot

Jestem przekonany, że ludzkość wzniesie się na jakiś wyższy poziom swego kulturowego i duchowego rozwoju dopiero wtedy, kiedy pozbędzie się chęci zabijania.
Czy kiedykolwiek będzie to możliwe? Na razie jednak wydaje się to nam jedynie utopią.

greydot

OBDZIERANIE ZE SKÓRY

„El Pais” przypomina sylwetkę Eda Geina, psychopatycznego mordercy, którego wyczyny były inspiracją zarówno dla „Psycho” Hitchcocka, jak i horrorów w rodzaju „Milczenia owiec” czy „Teksaskiej masakry piłą mechaniczną”.

Oto fragment artykułu:

„Dom tonął w ciemnościach – nie było światła elektrycznego. Szeryf poczuł, że coś dotknęło jego ramienia. Gdy się odwrócił i poświecił latarką, wpadł na szczątki ciała powieszonego na haku. Zwłoki były obdarte ze skóry i pozbawione wnętrzności. Szeryf na początku pomyślał, że to jeleń – zwierzę, na które tradycyjnie polowano w tym regionie. Po dokładniejszych oględzinach przekonał się, że ma przed sobą szczątki kobiety powieszonej do góry nogami. Miała nogi w rozkroku, w kształcie litery V. Od krocza przez cały tułów szło głębokie rozcięcie, przedłużające szparę między wargami sromowymi aż do szyi. Kobiecie odcięto głowę, usunięto genitalia i odbyt.
Na zebranie dowodów zbrodni Eda Geina policja musiała poświęcić całą noc i sporą część dnia. Funkcjonariusze szybko znaleźli liczne ludzkie szczątki: cztery nosy w skrzynce; dziewięć sromów osolonych i pomalowanych na srebrno; miskę na zupę zrobioną z połowy czaszki; dziewięć masek z kobiecych twarzy; tyle samo głów przymocowanych do ściany jak myśliwskie trofea; bransoletki, torebki, pochwy na noże, kosze na śmieci, abażury i siedzenia z ludzkiej skóry; cztery czaszki, które dekorowały wezgłowie łóżka; serce na patelni; dziesiątki ludzkich organów w lodówce; naszyjnik z warg; pasek z sutków; kamizelkę z pochew i piersi; kompletny strój uszyty z kobiecej skóry…”

Trudno się oprzeć wrażeniu, że ktokolwiek układał tę litanię okropieństw, w jakiś sposób napawał się jej przewrotną, wręcz perwersyjną „atrakcyjnością”, jaką stanowi niekiedy dla ludzi coś niebywale odrażającego. Granica okrucieństwa i obrzydliwości została tu jednak moim zdaniem przekroczona, a tym samym zbrodnia nabrała cech groteski. Groteska zaś jest często formą samoobrony naszej psychiki przed przerażającą nas rzeczywistością.

Nigdy nie przestanie nas jednak zadziwiać fakt ludzkiej skłonności do oddawania czci horrendum.
Dlaczego setki i tysiące kobiet lgnie do seryjnych morderców? Z jakich powodów przedmioty związane ze zbrodniarzami są pożądane przez kolekcjonerów i traktowane niczym jakieś satanistyczne relikwie?
Po wykryciu zbrodni Eda Geina, wielu ludzi płaciło za możliwość choćby dotknięcia furgonetki, którą woził on wykopane na cmentarzu zwłoki.

greydot

Skąd wyrasta nasza, bardziej lub mniej zakamuflowana, fascynacja złem, perwersją, okrucieństwem, makabrą?
Wskazanie na patologię niczego nie wyjaśnia. Skrajne przypadki jedynie bardziej nam to uświadamiają.

Źródeł, moim zdaniem, należy się doszukiwać w naszych zwierzęcych atawizmach – w trwającej setki tysięcy lat historii drapieżnika, który stopniowo narzucał sobie kulturowe ograniczenia, aż wreszcie mógł się nazwać człowiekiem…
Niestety, co jakiś czas dochodzi do incydentów (lub kataklizmów w rodzaju światowych wojen), które uświadamiają nam, że jest to określenie cokolwiek jeszcze na wyrost. Nasza żądza krwi i gwałtu tkwić może jeszcze w paleolicie.

Póki co – w tzw. normalnych warunkach, „spokojnych” czasach – żyjemy w gorsecie norm prawnych i cywilizacyjnych; zamknięci w ramach naszej tradycji i obyczaju. Jeśli więc ktoś jest na tyle odważny czy szalony by zerwać brutalnie te więzy, zwraca na siebie naszą uwagę niczym bestia uwolniona z klatki. Niektórzy reagują przerażeniem, inni zaś z fascynacją patrzą na to, do czego zdolne jest dzikie zwierzę. Są również tacy, którzy przeczuwają albo wręcz uzmysławiają sobie wówczas to, co drzemie w nich samych, zagrzebane gdzieś głęboko w mrokach podświadomości.

greydot

Jeśli chodzi o człowieka, to paradoks jego makabrycznych i perwersyjnych recydyw zdaje się wyrastać wprost z jego intelektualnych możliwości – mózg zbrodniarza jest takim samym zdumiewającym fenomenem, jak mózg świętego. Dlatego człowiek może w zbrodni dojść równie daleko, jak w świętości.

Pozbawione kultury zwierzę nie jest okrutne. Tym bardziej nie może być tak pomysłowe w zabijaniu innych żywych istot, jak pomysłowy bywa pod tym względem człowiek.
Stąd rodzi się jeszcze jeden zaskakujący wniosek: okrucieństwo nie może istnieć bez kultury.
Mało tego – wydaje się, że im bardziej wyrafinowana kultura, tym bardziej wyrafinowane okrucieństwo.

greydot

ATOMEM W WIELORYBA!

Sławomir Mrożek w swoim „Dzienniku powrotu” pisze: „ …cnotliwość, gdy natrętna – nudzi, a grzech kusi. Przekora, właściwa ludzkiej naturze, zwłaszcza ludziom młodym, buntuje się przeciw dyktaturze cnoty. Kiedy mi kładą w uszy: ‚Rób tylko to, ale nigdy tamto’, ‚Myśl tylko to, broń Boże inaczej’ – uszy mi od tego puchną i choćbym nie miał rzeczywistej do grzechu ochoty, kusi mnie, żeby pogrzeszyć, jeśli nie w uczynkach, to przynajmniej w myśli i mowie, czyli trochę pobluźnić. Zresztą grzechem w mowie ryzykuje się więcej niż grzechem w uczynkach, gdyż dla bigotów i hipokrytów jest to grzech najcięższy. Pogrzeszyć dla równowagi po prostu, dla zdrowia psychicznego, dla kontrapunktu (styl bez kontrapunktu jest zawsze złym stylem), rozproszenia nudy czy żeby poczuć się wolnym”.
Mrożek opowiada jeszcze o radości, jaką mu sprawił pewien bumper sticker, który nawinął się mu przed oczy akurat w okresie nasilonych protestów przeciwko zbrojeniom atomowym oraz kampanii na rzecz ochrony wielorybów.
Otóż wtedy, gdy na zderzakach pełno było nalepek w rodzaju „Ban the Nuke!” („Zabronić Atomu!”) czy „Save the Whales!” („Ratować Wieloryby!”), on trafił na banner, który wzywał: „Nuke the Whales!” („Atomem w Wieloryba!”). Na Mistrza – jak sam wyznaje – podziałało to odświeżająco, choć przecie lubi on wieloryby i nie chciałby ginąć w jądrowej katastrofie.

Kiedy zaś czuje się on „przekarmiony namaszczoną wzniosłością, łatwą łzą i poprawnością zbyt skwapliwą, mechanicznym aplauzem i gotowym jak z puszki oburzeniem zbyt świętym”, to wtedy ma ochotę „ … zostać rasistą, antysemitą i pogromcą Cyganów rumuńskich, skinem, punkiem, spalić Białowieżę i lasy tropikalne, uchwalić specjalny podatek od ubóstwa, zwłaszcza w Krajach Trzeciego Świata, pomyśleć coś brzydkiego o Matce Teresie i księżnej Dajanie, zrewidować (swój) stosunek do dyktatur i polubić faszyzm, a nawet zostać szowinistyczną męską świnią”.

Oczywiście nie podejrzewam Mrożka, aby rzeczywiście chciał się stać „rasistą, antysemitą, pogromcą i skinem” naprawdę i permanentnie. Jednak to, co pisze, uświadamia nam fakt odczuwania przez nas niekiedy silnej potrzeby oporu wobec wiszących nad naszą głową restrykcji, wyzwolenia się z pętających nas zakazów i nakazów. Wprawdzie czymś powszechnym jest ucieczka ludzi od wolności (konformizm, oportunizm, wygodnictwo, zastana religia, lenistwo…), to jednak pozostaje w nas owa anarchistyczna skłonność do buntu przeciw dyktaturze cnoty, poprawności, ogłady, sterylnego porządku, niepokalaności… Do tego rodzaju – często burzliwej – przekory, która często przejawia się u dzieci, czy też wśród młodzieży. Ten fenomen jest czymś niezwykle istotnym w tworzeniu naszej kultury, w kształtowaniu naszej osobowości. Dlaczego? O, to już temat na rozprawę całą!

greydot

Jakże razi mnie często brak poczucia humoru naszych polskich polityków. Owa nadęta sztywność i przejęcie się własną ważnością. Patos i zarozumialstwo. Wszelki żart na swój temat odbierają oni jak wołającą o pomstę do nieba, osobistą zniewagę. Bowiem nie są oni w stanie rozróżnić owych dwóch poziomów rzeczywistości: komizmu i powagi. Nie mogą pojąć, że każdy aspekt naszego świata ma swoją poważną i tragiczną, ale również błahą i komiczną stronę. Człowiek, aby zachować równowagę, potrzebuje doświadczenia obu.

greydot

W jednym z miasteczek Bedenii – Wirtembergii, na widok publiczny wystawiono płaskorzeźbę, ukazującą nagie figury Angeli Merkel oraz innych prominentnych niemieckich polityków, w pozach dość dwuznacznych.
Pisze o tym tygodnik „Wprost”, tak przedstawiając ów „seks grupowy z Angelą Merkel”: „Gerhard Schröder trzyma rękę na wzgórku łonowym swej następczyni. Kanclerz Angela Merkel dzierży w dłoni penisa byłego premiera Bawarii Stoibera. Z kolei Stoiber ugniata genitalia szefa liberałów Guida Westerwellego. A minister finansów Steinbrück ściska między nogami Schrödera i samego siebie”.
Burmistrz miasta, testując niemieckie poczucie humoru (raczej nie cieszące się w świecie dobrą sławą) nie daje za wygraną i nie chce usunąć rzeźby.

Można tu postawić kilka pytań:
–   Czy przekroczone zostały granice dobrego smaku?
–   Czy ukazanie w ten sposób polityków jest naruszeniem ich godności osobistej?
–   Jak daleko może sięgać satyra i wolność artystycznej wypowiedzi?
–   Na czym polega wartość podobnej twórczości?
–  Czy ustawianie wszystkiego w świetle tylko li groteski, zjadliwej ironii, satyry, szyderstwa czy absurdu nie koroduje w końcu uznanych przez ogół wartości i autorytetów, niezbędnych do zachowania w społeczeństwie pewnego ładu?

greydot

STORGE

Wiewiórka z drewna

Czesław Miłosz w “Ziemi Ulro” wspomina, że kiedy miał lat sześć, mamusia kupiła mu na rynku drewnianą wiewiórkę – tanią zabawkę, płaską, wycięta z dykty, pomalowaną na rudobrązowy kolor. Dalej wyjawia on, ze to właśnie dzięki niej zapoznał się po raz pierwszy z potęgą Erosa: “… zakochałem się i tak żarliwe było moje uczucie, ze teraz odnoszę się do niego z największą powagą i ani mi w głowie żartować tylko dlatego, ze skierowało się na śmieszny przedmiot”.
Miłosz jest jednak zdumiony (“Kochać się w drewnianej wiewiórce!”), lecz zaraz przyznaje, że przecież ta sama skłonność popychała go także ku innym miłościom: “A czy nie kochałem się później w ilustracji, w ptaku, w poecie, w słowach jednej linijki spiętych rytmem?”

Ten pozornie trywialny, dziecięcy impuls nie jest ani śmiesznością, ani tylko błądzeniem naszego rozproszonego i zdezorientowanego libido, czyli pożądania, które rwie nas ku przypadkowym obiektom. Jest koniecznością w naszej relacji ze światem. Dana jest nam Miłość (przez Greków nazywana Storge), niezbędna do zadomowienia się przez nas w tym świecie – do zarzucenia weń kotwicy, do naszego się w nim spełnienia. Wydaje się ona być wrodzona każdej żywej istocie. Różny z nią jednak robimy użytek.
Ile w tym dysponowaniu i kierowaniu ową Miłością zależy od nas samych? Chcielibyśmy wierzyć, że dużo, choć w życiu bywa różnie i niejednym z nas Storge poniewiera bezlitośnie, nieraz szyderczo i zgubnie.
Największą jednak tragedią jest jej roztrwonienie, rozwianie, odejście… Wówczas człowieka – mimo, iż nadal otoczony jest on światem – ogarnia pustka. A wtedy nawet cymbał nie jest brzmiący. Jak pisał Blaise Pascal w swoich “Myślach”: “Nie ma dla człowieka nic równie nieznośnego, jak zażywać pełnego spoczynku, bez namiętności, bez spraw i rozrywek, zatrudnienia. Czuje wówczas swoją nicość, opuszczenie, niewystarczalność, zależność, niemoc, próżnię. Bezzwłocznie wyłania się z głębi jego duszy nuda, melancholia, smutek, troska, żal i rozpacz”.

Błądzący Eros

Dziwne są niekiedy drogi, po których prowadzi nas Eros. Nasza Miłość błądzi wśród ludzi, błądzi też wśród rzeczy. Mnóstwo sercowych kombinacji, nieprzeliczalne możliwości, mnogość szans… Kiedy wreszcie już nam kogoś wybierze, za nic nie chcemy przyznać, że to sprawa przypadku. Częściej mówimy o przeznaczeniu. Kochamy się również w rzeczach lub w ideach. I to nie tylko wtedy, gdy pozbawieni jesteśmy (lub sami się pozbawiamy) towarzystwa ludzi. Są też tacy, którzy w miłość nie wierzą. Lecz raczej trudno jest im dać wiarę, bo przecież muszą coś w swoim życiu darzyć uczuciem, być może nawet namiętnością. Choćby: taką władzę czy pieniądze…
Trudno wyobrazić sobie człowieka zupełnie wypranego z uczuć. Życie nie znosi próżni, dusza nie może być pusta. Człowiek bez uczuć to martwy człowiek.

Na bezludnej wyspie i piłka człowiek

Tu ktoś może na ów tytuł się obruszyć, wiec objaśniam: Tom Hanks w filmie “Cast Away” jest współczesnym Robinsonem Crusoe. Wyrzucony w katastrofie lotniczej na małą wysepkę bezkresnego Pacyfiku, trzy lata spędza w samotności, której by nie zniósł, gdyby nie… futbolowa pika z wymalowaną na niej – krwią samego Hanksa! – włosami, oczami, nosem i ustami. Hanks swego towarzysza nazywa Wilsonem (Robinson miał Piętaszka) i przeżywa z nim dramaty, jak z żywym człowiekiem (ta jego rozpacz po stracie Wilsona, kiedy gotów jest dla niego poświecić swe życie!).
A jednak ani nam w głowie naigrywanie się z dziecinności rozbitka, bo przecież sami znamy to uczucie: Wilson uosabia pewien ludzki egzystencjalny mus – jest symbolem konieczności naszego związania się ze światem. Z kimś lub z czymś.
Kto ma styczność z dziećmi, ten wie, że często przywiązują się one bardzo – lub wręcz zakochują – w rzeczach, które dla innych są ledwie szmatką, koralikiem, kubkiem, zabawką… To coś na podobieństwo drewnianej wiewiórki Miłosza.
Nasza miłość do świata musi się na czymś skupić. Z wiekiem przenosimy ja na coś innego, choć z tej dziecinnej naiwności wiele w nas zostaje. Poświęcamy się wtedy tzw. “konikom”, hobby; kolekcjonujemy przeróżne rzeczy, tudzież piszemy bloga lub oddajemy się aktywności nie zawsze praktycznej i racjonalnie wytłumaczalnej.
A że często przypomina to ucieczkę?

greydot

MÓZG LEONARDA

Wieczór z Leonardem Cohenem. W kinie „Music Box” pokazują film dokumentalny „I’am Your Man”. Melancholia Cohena dojrzała. Nie jest już taka natarczywa, jak w większości jego starszych piosenek. W jego słowach panuje spokój, chandra zeszła gdzieś na obrzeża, jej miejsce zajął… humor. Dodajmy: humor specyficzny, cohenowski czyli taki, który wybucha Śmiechem nawet w obliczu nicości.

Cohen spokojny, dojrzały, rzec można – nobliwy. Czyżby to wpływ medytacji Zen, kilku lat spędzonych w klasztorze buddystów? Jego mistrz powitał go słowami: pamiętaj – ja nie jestem Japończykiem, ty nie jesteś Żydem. Za pierwszym razem Cohen z klasztoru uciekł, za drugim jednak został – i to na całe pięć lat. A kiedy już wyszedł na zewnątrz (nie musiał daleko iść, bo klasztor znajdował się w samym Los Angeles), nagrał przebojowy album „The New Songs”.
Trudno się oprzeć wrażeniu, że cała jego koncepcja powstała jeszcze w klasztorze. Ciekawe czy jego mistrz o tym wiedział?

Leonard Cohen, podobnie jak Bob Dylan, był jednym z tych niewielu artystów, którzy do muzyki pop przemycili poezję. I zaistnieli w tej muzyce przede wszystkim jako poeci, a nie tylko jako śpiewające ikony pop-kultury, produkujące hity i ubiegające się o status gwiazdy. Choć i to ostatnie przydarzyło się im również.
Posłuchałem sobie dzisiaj tej poezji, a po filmie nawet poczytałem. Jej siłą jest prostota i nastrojowość, zaskakujące skojarzenia i obrazy, swego rodzaju liryczna precyzja.

Przy tej okazji zaświtało mi w głowie kilka pytań:
Czy można wpatrywać się w nicość z religijną pasją?
Czy można być wyznawcą wszystkich religii?
Cohen wydaje się mówić że można, ale czy zdaje sobie sprawę, że tym samym w każdej z nich uznany zostanie za niewiernego? (Z wyjątkiem może buddyzmu, który nigdy, nikogo i za nic nie piętnuje.) Pewnie tak, ale on o to nie dba. Sam mówi – a nie pozbawione to jest autoironii – że jego religijność jest kiczowata (podobnie zresztą, jak melodyjki, które układa). Jednakże jest to najwyraźniej przekora, bo tak naprawdę Cohen wszystkie swoje wątki traktuje z wielką powagą.

greydot

Leonard wziął kilkuletnią lekcję buddyzmu ale wrócił na łono zmysłowego świata obierając sobie za towarzyszkę o wiele od niego młodszą, utalentowaną i piękną Anjani Thomas, dla której napisał słowa wszystkich piosenek, jakie znalazły się na jej debiutanckiej płycie.
Nie jest wiec prawdą, że „Ladies’ Man” umarł. Otóż żyje, i ma się wcale dobrze.
Choć i tutaj mruży on melancholijnie oczy, śpiewając, jak np. w piosence „Because of” (tłumaczenie własne):

Dzięki kilku piosenkom
Gdzie mówię o ich tajemnicy
Kobiety są wyjątkowo uprzejme
dla mojego wieku
Robią sekretne miejsce
w swoim ruchliwym życiu
I zabierają mnie tam
Stają się nagie
każda na swój sposób
i mówią
„Spójrz na mnie, Leonardzie
Spójrz na mnie jeszcze ten ostatni raz”.
A później pochylają się nad moim łóżkiem
I okrywają mnie
Jak dziecko, które drży.

greydot

Życie Cohena zatoczyło krąg: jak sam wyznał, mając kilkanaście lat zaczął pisać poezję tylko dlatego, żeby „zainteresować kobiety swoim umysłem”.
Zainteresował je, zainteresował… Nie tylko mózgiem. Również melancholijnym spojrzeniem, męską posturą i niebywale zmysłowym głosem.

greydot

POLEMIKA O ŚWIRACH

Andrzej Poniedzielski w jednym ze swoich listów do Magdy Umer pisze o swoim CV naznaczonym wychowaniem w PRL-u, ale kończy dość zabawnym i przewrotnym wierszykiem odnoszącym się do rodzaju ludzkiego en-bloc:

„Każdy swego świra ma
Ale, że niektórzy – dwa, to,
pytanie mnie po nocy czasem budzi –
– czy przypadkiem nie jest tak,
że jest świrów więcej niźli ludzi(?)”

Dziś, przy śniadaniu, wpadł mi do głowy wierszyk, którym – w tym samym tonie – chciałbym Poniedzielskiemu odpowiedzieć:

Mnie zaś nęka to pytanie
(Czy odpowiedź znajdę na nie?)
Ono spędza mi sen z powiek:
Czy ów świr to także człowiek?

A na prozaicznej jawie
Odpowiadam sobie wprawnie
(Choć odpowiedź idzie w pięty):
Homo sapiens to… acz stuknięty!

I takową konkluzją polemikę tę można zamknąć.

greydot

*