DZIEWCZYNA Z TATUAŻEM – NOWA HEROINA KINA?

*

David Fincher zdradził, że w książce Stiega Larssona najbardziej zafascynowała go relacja między dwojgiem głównych – i bez wątpienia niezwykłych – bohaterów. Wielka szkoda, że w ekranizacji jakiej się (skądinąd wiadomo, że z pewnymi jednak oporami) podjął, tego raczej nie widać.

*

Niezwykła para – genialna hakerka (Rooney Mara) i dziennikarz-detektyw (Daniel Craig). Bohaterowie pop-kultury w dobie kryzysów państwa i społeczeństwa?

„Dziewczyna z tatuażem” to od strony realizacyjnej film perfekcyjny: precyzyjny jak szwajcarski zegarek i ostry jak brzytwa scenariusz, klimatyczne zdjęcia w sposób idealny a zarazem konkretny chwytające w kadrze to, co zamyślił reżyser (by oddać mglisty monochromatyzm i przejmujący chłód północy); wyraziste i krwiste (ale i też poprawne do bólu i przewidywalne w swym konceptualnym schemacie) wystąpienia aktorskie; nieskazitelny montaż; rzucająca się w ucho muzyka… etc.
Hm… skoro jest tak dobrze (a może nawet rewelacyjnie), to dlaczego jest tak źle?
Może odpowiedź na to znaleźć można w tym, co już na samym początku serwuje się nam na dużym ekranie?: powalający, wizualnie genialny, mroczny acz błyskotliwy, wystylizowany na gothic klip z muzyką rockową (mnie dodatkowo ruszyły gitarowe riffy zaczerpnięte z zappelinowskiej hard-rockowej klasyki „Pieśni imigranta”), który wszak z fabułą wydaje się nie mieć żadnego związku i rzucony jest na ekran chyba tylko po to, by zrobić na nas odpowiednie wrażenie. Innymi słowy: wizualizm i technika bez ludzkiej duszy, stylistyczny fajerwerk – spektakl, za którego fasadą trudno się doszukać jakiegoś bardziej czytelnego znaczenia.
To oczywiście nie znaczy, że cały film Finchera jest taki – bo (jak przystało na precyzyjny kryminalny thriller) nie brakuje mu logiki i fabularnego sensu, tudzież występuje w nim całe gremium ludzkich postaci. Ale wspomniałem o tym klipie dlatego, że wydaje się on rzucać światło na pewien problem – pułapkę, w której utknęło już dawno temu kino popularne (a zwłaszcza hollywoodzkie, bo ono zawsze było tu awangardą). Tą pułapką jest po prostu przerost (wizualnej) formy nad (myślową) treścią. (Ten problem rysuje się jeszcze wyraźniej, kiedy weźmie się pod uwagę np. ostatnie filmy Spielberga [„War Horse”], Scorsesego [„Hugo”] oraz „Mission Impossible”.)
Wydaje się, że cała para (niewątpliwej przecież) inteligencji twórców takiego kina, idzie w skonstruowanie niezawodnej technicznie machiny, która zrobiłaby dobrze masowej widowni, spełniając ich oczekiwania – rozrywając ich, ale przy tym zbytnio nie męcząc angażowaniem większej ilości szarych komórek.
Oczywiście że „Dziewczyna z tatuażem” jest rozrywką cholernie (?)  inteligentną… tyle, że inteligencja ta jest czysto „mechaniczna” –  tzn. taka, jaką posługujemy się np. przy rozwiązywaniu myślowych łamigłówek (należą do niej m.in. zagadki kryminalne), które bez wątpienia gimnastykują mózg, ale nie zbliżają ani na jotę do ludzkiej głębi, którą ongiś nazywaliśmy duszą.

No ale może już dość tej tyrady? Pora na zajęcie się samą „Dziewczyną”.

Genialny umysł i poraniona psychika – socjopatka w pogoni za seryjnym mordercą

*

Wybierając się do kina miałem ten komfort, że nie znałem ani Larssonowej trylogii „Millenium” (pierwsza jej część: „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” posłużyła za kanwę scenariusza filmu Finchera) ani jej szwedzkiej ekranizacji sprzed kilku lat. Ten komfort był mi głównie potrzebny do tego, by podziałał na mnie filmowy suspens. I to mi – czy też raczej reżyserowi – się udało. Zawieszenie czułem, to fakt – trzymało w napięciu.
Ale przy okazji poczytałem sobie także o samym Stiegu Larssonie, a to czego się dowiedziałem, rzuciło jednak trochę światła na jego powieść, tłumacząc pewne jej motywy. I bynajmniej nie mam tu na myśli tego, co najprawdopodobniej przyczyniło się do jego przedwczesnego zgonu wkrótce po napisaniu trylogii w 1984 toku –  zamiłowania do palenia jak smok i namiętnego ponoć żywienia się fast-foodem (do czego inklinację przejawia także jego bohaterka, Lisbeth Salander – tak właśnie nazywa się dziewczyna z tatuażem, w roli tej widzimy Rooney Marę), ani nawet tego, że poniżony publicznie i niedoceniony Mikael Blomkvist (grany przez Daniela Craige’a dziennikarz-detektyw – drugi obok Lisbeth, główny bohater film) to w dużej części alter-ego samego Larssona. Chodzi mi o… ideowe zaangażowanie Larssona po (zdecydowanie) lewej stronie szwedzkiego spektrum społeczno-politycznego (był wydawcą przesyconego ideologią magazynu, który jego przeciwnicy starali się dyskredytować jako agitkę). To tłumaczy głęboką niechęć Larssona do wszelkich państwowych instytucji, anarchistyczne (wręcz) ciągoty, nieufność do finansjery i korporacjonizmu, jak również przekorne odwrócenie konserwatywnych wartości…
Nie ulega wątpliwości, że to właśnie dlatego w swojej książce z bogatej szwedzkiej rodziny przemysłowców uczynił on krwiożerczych, zdeprawowanych, zezwierzęconych, zdegenerowanych, perwersyjnych i zdolnych do najbardziej odrażających zbrodni potworów; natomiast z ewidentnej socjopatki (jaką bez wątpienia jest Lisbeth Salander) – godną współczucia i sympatii, a zarazem obdarzoną genialną inteligencją, heroinę. No a pośród nich Blomkvista przypominającego coś jakby anty-bohaterskie skrzyżowanie Jamesa Bonda, komisarza Maigreta i porucznika Colombo, z mocnym współczesnym rysem człowieka łamiącego większość społecznych konwencji.
Cóż, widząc to można się zapytać: czy podobne zabiegi ułatwiają nam umieszczenie pisarstwa w obrębie literatury, na podstawie której można głębiej i bardziej kompleksowo wniknąć w charakter zmian, jakim podlega teraz europejskie społeczeństwo? Osobiście w to powątpiewam. Nie wątpię natomiast, że wszystko to może być pretekstem do niezłej zabawy – o czym świadczy choćby te 60 milionów sprzedanych egzemplarzy „Millenium”.

Haker w sieci czuje się jak ryba w wodzie

Tak, trylogia Larssona to – jeśli chodzi o poczytność i rozgłos  – największy chyba sukces książkowy ostatniej dekady. Ciekawej i dość przejrzystej analizy powodów takiego stanu rzeczy dokonał w jednym z ostatnich numerów „Polityki” (Nr 2, 2012) Piotr Stasiak. Pozwolę sobie je tutaj wypunktować, obdarzając przy okazji komentarzem.

Zatem: kto i dlaczego kocha Larssona?
Otóż kochają go:
– feministki (bo stworzył charyzmatyczną, niezależną bohaterkę, która stanowi zaprzeczenie stereotypowej „kobiecości” widzianej seksistowskim męskim okiem; bo dzięki postaci Lisbeth można uświadomić sobie stopień dyskryminacji kobiet i stosowania wobec nich przemocy; bo mimo traum wszelakich staje się ona przewodniczką dojrzałego ponoć mężczyzny, a nawet zaczyna nad nim dominować; bo w sposób bezlitosny mści się na swoim oprawcy, który jest nikim innym jak zboczoną, dwulicową, obleśną, męską szowinistyczną świnią… )
– czterdziestolatki (bo zarówno Blomkvist, jak i jego kochanka Erika Berger, mimo że zbliżają się już do 50-ki, nie zamierzają spuszczać z tonu i odchodzić w smugę cienia, nadal prowadząc bujne – innymi słowy: promiskuityczne – życie seksualne; ponadto: największe sukcesy zawodowe ciągle przed nimi, więc o emeryturze raczej nie myślą; i w ogóle: robią to wszystko, co chcą i kiedy chcą, a kiedy nawet się potkną, to zbytnio się tym nie przejmują…)
– lewicowcy (bo bohaterowie Larssona są nie tylko wyzwoleni seksualnie, ale i wykazują daleko idący liberalizm wobec innych przejawów życia społecznego; bo dyskredytuje on tradycyjne, konserwatywne wartości wyznawane przez wyższe, „solidniejsze” warstwy społeczne, obnażając je i ukazując jako fasadę i zakłamanie tych, którzy wygodnie umieścili się na uprzywilejowanej przez układy, bogactwo i wpływy pozycji; bo zajmuje się on także ludźmi ze społecznych nizin, przybliżając i uświadamiając czytelnikowi ich problemy… )
– geeki, czyli ludzie obsesyjnie zafascynowani nowoczesnymi technologiami (bo sama Lisbeth – nota bene genialna hakerka – czuje się w internecie jak u siebie w domu i nie obce są jej żadne techniczne cudeńka i gadżety; bo właśnie dzięki komputerowi i sieci możliwe staje się rozwikłanie kryminalnej zagadki i wykrycie mordercy; bo Larsson rzeczywiście – już 10 lat temu – antycypował to, co obecnie ogarnęło cały świat: szaleństwo na punkcie elektronicznych gadżetów, komórkową wszechobecność, coraz większe przenoszenie się ludzkich interakcji w wirtualną przestrzeń… )
– wreszcie: Larssona kochają Oburzeni (bo w jego książkach aż kipi od nieufności wobec władzy i Systemu, tudzież do łgających jak najęci polityków; bo ukazał on zarazem fikcję, jak i bankructwo „państwa opiekuńczego”; bo – jak czytamy w „Polityce” –  „wyciągnął on brudy spod dywanu, rzucając ostre światło w kąty, gdzie pochowały się demony ksenofobii, nietolerancji i korupcji”; bo wg Larssona, „degrengolada toczy nie tylko świat polityki i administrację publiczną, ale także prywatne firmy, banki i korporacje”… )

Starsze vs. młodsze – ostro ale bez większej „chemii”

No cóż, być może w książkach Larssona to wszystko jest obecne bardziej ewidentnie i kompleksowo (byłbym tutaj wdzięczny za wypowiedź tych, którzy je znają), ale niestety w filmie Finchera ma to tylko moc (a raczej słabość) aluzji i powierzchownego szkicu.
Dlaczego?
Może dlatego, że nie było już na to miejsca w filmie skoncentrowanym głównie na dynamice rozwiązywania kryminalnej zagadki? Ale czy wobec tego doszukiwanie się w nim jakichś poważniejszych znaczeń, a zwłaszcza diagnozy chorób toczących współczesny świat, nie ma jednak większego sensu, będąc czymś w rodzaju krytycznej nadbudowy?
Pewnie jednak tak, bo sam Fincher, odnosząc to swojego ostatniego filmu, wygłosił niedawno coś takiego: „O tej powadze mówiłbym ostrożnie. Trzeba znać swoje miejsce. Nie sądzę, żeby widzowie oczekiwali ode mnie wyrafinowanego komentarza do rzeczywistości albo polemiki z publicystami”. (Lecz tu można się zapytać: czy kiedy robił „The Social Network” – obraz jednak nośny intelektualnie i złożony psychologicznie, a odnoszący się do gorących kwestii współczesności – to uważał tak samo?)

No dobrze: skoro nawet sam Fincher radzi mi, aby do jego filmu nie podchodził „poważniej”, bo (jak sugeruje) jest on niczym innym jak tylko rozrywką – to…  niech mu tam będzie. Zresztą, już dawno straciłem nadzieję, że Hollywood traktuje coś poważniej od forsy, jaką wydaje na produkcję swoich filmów – i od zabawy, jaką chce rozerwać swoich widzów.
Może więc lepiej zrobię, jak będę się filmami hollywoodzkimi rozrywał, a czegoś poważniejszego poszukam… gdzie indziej?

Ale, ale… skoro już zacząłem brać na serio słowa reżysera, to może wrócę do jego deklaracji, że zdecydował się na przeniesienie tej historii na ekran, bo zainteresowała go w niej przede wszystkim relacja między jej głównymi bohaterami – czyli Mikaela Blomkvista i Lisbeth Salander? Nie mam żadnych powodów by nie wierzyć słowom Finchera, jednak mam mu za złe to, że niewiele zrobił, by to zainteresowanie znalazło swój wyraz na ekranie. W końcu, jego fama twórcy niepokornego, który ma odwagę „postawić” się producentom reżyserowanych przez siebie filmów i przeforsować swoją wizję, do czegoś chyba jednak zobowiązuje. Choćby do tego, by największą uwagę w filmie poświęcić temu, co sam w książce Larssona uznał za najważniejsze i najbardziej wartościowe. Lecz, niestety, wszystko wskazuje na to, że Fincher ugiął się pod presją 100 mln. dolarów, jakie przeznaczono na film, zapomniał o „chemii” tej niezwykłej pary i pozwolił, by zatryumfowała tu machina dość płytkiego, acz perfekcyjnego technicznie i imponującego widowiskowo produkcyjniaka.

7.7/10

*   *   *

Dziewczyna z tatuażem – nowy image heroiny kina?

*