ŁZY OPTYMISTY („Roman Polański: moje życie”)

*

Roman Polański

*

Nie dziwi mnie to, że Andrew Braunsber, znajomy Romana Polańskiego od ponad 40 lat, w czasie jego domowego aresztu w szwajcarskim Gstaad chciał z nim porozmawiać po przyjacielsku. Oto bowiem słynny reżyser ponownie – jak wszystko na to wówczas wskazywało – znalazł się w życiowych opałach i po prostu nie wypadało niepokoić go niewygodnymi, tudzież głębiej drążącymi jego poplątane życiowe ścieżki, pytaniami. Ci więc, którzy spodziewają się po tym filmie sensacji, skandalu, pikanterii… – swoistej spowiedzi dziecięcia wieku w wersji pokutnej – mogą się poczuć zawiedzeni. Cała reszta zaś ma szansę na spędzenie kilkudziesięciu minut z niezwykłym człowiekiem i z jego jeszcze bardziej niezwykłą biografią – nie nudząc się przy tym ani sekundy. Bo niby wydaje się nam, że wszystko o Polańskim wiemy (a przekonanie to wpoiły nam wszystkowiedzące ponoć media), to jednak obcowanie z nim twarzą w twarz (zwłaszcza w momentach, kiedy widzimy na niej silne wzruszenie i łzy) jest doświadczeniem wyjątkowym, rzec nawet można – intymnym. I bynajmniej nie tylko dzięki temu, że Polański jest błyskotliwym rozmówcą, znakomitym gawędziarzem, utalentowanym aktorem, ale głównie dlatego, że mamy poczucie, iż… sami niejako jesteśmy prywatnymi gośćmi w jego domu. I że jest to chyba jedyna tego rodzaju prywatno-publiczna rozmowa, na jaką zdecydował się Polański w swoim długim, blisko 80-letnim życiu.

Dokument Laurenta Bouzereau ma bardzo prostą formę (warto tu wspomnieć o tym, że autorem zdjęć jest sam Paweł Edelman a muzykę skomponował Alexandre Desplat). Przez większość filmu widzimy jedynie twarze rozmówców, a przeplatane jest to wstawkami archiwaliów, ukazujących nie tylko rodzinne zdjęcia Polańskiego, ale i krótkie fragmenty filmów – zarówno fabularnych, wyreżyserowanych przez Polańskiego (choć tych wątków nawiązujących stricte do sztuki kina jest tu stosunkowo mało), jak i dokumentalnych, ukazujących epokę i czas, o którym akurat jest mowa w wywiadzie. Na poły gawędziarska narracja Polańskiego prowadzona jest linearnie i chronologicznie, począwszy od jego narodzin w Paryżu, przeprowadzki do Polski, losów rodziny Polańskich podczas niemieckiej okupacji, śmierci matki w obozie i rozłąki z ojcem; poprzez pierwsze kroki młodego Polańskiego na polu aktorsko-reżyserskim w latach 50-tych, zyskiwanie coraz większej sławy i uznania na Zachodzie, tragiczną śmierć jego żony Sharon Tate, zamordowanej przez bandę Mansona, dalszą karierę filmową w Hollywood, niefortunny seksualny skandal z nieletnią Samanthą Geimer, ucieczkę Polańskiego do Europy; po szczęśliwe małżeństwo z Emnanuelle Seigner, realizowanie kolejnych filmów na Starym Kontynencie i ostatnie perypetie ze szwajcarskim wymiarem sprawiedliwości (rozstrzygnięte, jak wiemy, na korzyść reżysera).

Tym, którzy interesowali się bliżej biografią Polańskiego, te wszystkie fakty są znane, więc nie odnajdą oni w dokumencie Bouzereau większych rewelacji. Ale jednak bliskość, jaką do naszych relacji z głównym bohaterem tego filmu wprowadza jego bezpośrednie zaangażowanie w opowieść o sobie samym, jest bez precedensu i nie do przecenienia. I to jest chyba największa wartość tego dokumentu. Wprawdzie można poczynić zarzut, iż w niektórych momentach interlokutorzy zbyt gładko prześlizgują się nad pewnymi newralgicznymi punktami biografii i charakteru reżysera (jego niegdysiejszy promiskuityzm, zamiłowanie do szpanu i balangi, wyrastający z kompleksów narcyzm, stronienie od ojca… etc.), co w zestawieniu z rzucającą się w wywiadzie skromnością, „zwykłością” i wrażliwością Polańskiego wprowadza pewien poznawczy dysonans i może nawet zrodzić podejrzenia o watowanie i retusz, to jednak cała rozmowa jest niezmiernie interesująca i wygląda na szczerą.

Curriculum vitae Polańskiego jest fascynujące i tak bogate, że można by go rozdzielić na kilka różnych żywotów, a i tak nie zdołałoby się wyczerpać do końca wszystkich aspektów – całego tego bogactwa i komplikacji, jakie wynikają ze zderzenia się ludzkiej egzystencji ze światem, a także z relacji człowieka z innymi ludźmi.
Bez wątpienia Roman Polański żył w ciekawych czasach. Ale czy było to jego przekleństwem, czy też może błogosławieństwem? Z tego co on sam mówi można wywnioskować, że było zarówno jednym, jak i drugim: jego życie to długa sinusoida z mocno wychylającymi się amplitudami cierpienia i szczęścia, tragedii i sielanki, klęsk i triumfów.
Tak się też złożyło, że kilka epizodów z życia Polańskiego wiąże się ściśle z pewnymi historycznymi momentami, które były istotne – w sensie zarówno społecznym, jak i politycznym – dla całej zachodniej kultury. I mam tu na myśli nie tylko cywilizacyjne bankructwo XX-wiecznej Europy uwikłanej w zbrodnie ludobójstwa, czy komunistyczny „protektorat” zniewalający de facto znaczną część europejskich narodów, ale i rewolucję obyczajową lat 60-tych, następnie krach filozofii „dzieci kwiatów” spowodowany m.in. przez zbrodnię Mansona i narkotyki; dalej: kompromitację zarówno amerykańskiego hedonizmu, jak i funkcjonującego w Stanach systemu sądowniczego, czy wreszcie krwiożerczą bezwzględność medialnej machiny niszczącej tych, którzy wcześniej zostali wyniesieni przez nią na ołtarze celebryckiej glorii i sławy.

To chyba właśnie ten ścisły związek biografii Polańskiego z historycznymi zwrotami dał mi asumpt do tego, by zastanowić się nad tym, jak bardzo nasze życie jest zdeterminowane przez czynniki od nas niezależne – do jakiego stopnia sami możemy wpływać na to życie i czy w ogóle jakąś większą (decydującą?) rolę mogą w nim odgrywać nasze decyzje? Innymi słowy: czy rzeczywiście dysponujemy czymś takim jak wolna wola? Jaka jest rola przypadku w naszym życiu – jaką rolę odgrywa w nim tzw. szczęście albo pech? A może coś takiego jak przypadek nie istnieje? Może wszystko jest już gdzieś tam (gdzie?) zapisane? W filmie słyszymy, jak sam Polański wygłasza explicite takie przypuszczenie – zwracając uwagę na to, że niejednokrotnie czuł się w swoim życiu niczym jakiś postawiony pod murem skazaniec, który jest zupełnie bezradny, nic nie mogąc zrobić wobec przerastających go i przypierających do tego muru sił.
To jest właśnie ten paradoks życia i kariery Polańskiego: niby był on taką kulką poddaną działaniu jakichś zewnętrznych sił (przeznaczenie, los?) ale jednak z drugiej strony zawsze zdołał w jakiś sposób znaleźć wyjście z otaczającej go matni. Ale czy był to tylko zbieg okoliczności i szczęśliwy traf, który wybawiał go z ciężkich opresji? A może jednak zdecydowały jego silny charakter, odwaga, determinacja, talent, pracowitość, niezłomność, hart…? Może właśnie dzięki tym cechom Polański jest taką życiową „Wańką-wstańką” – jakkolwiek nieelegancko by to zabrzmiało?
Nie bez znaczenie jest też zapewne w tym wszystkim optymizm Polańskiego, o którym on sam mówi w filmie parokrotnie. Bo przecież zawsze do tej pory udawało mu się każdą swoją klęskę przekuć w sukces, a z każdego nieszczęścia rodziło się w jego życiu szczęście. (Przykład: gdyby nie śmierć Sharon i ich nienarodzonego dziecka, zapewne nigdy by się nie związał z Emmanuelle, która dała mu szczęście spełnionego związku i ojcostwa – czyli tego, co uważa on za największą wartość swojego życia.)

Wcale się nie dziwię Polańskiemu, że wolałby aby jego sława wynikała tylko z tego, co zrobił dla kina – bo to oczywiste. Ale niestety, wygląda na to, że powszechnie jest on znany przede wszystkim dzięki osobistej tragedii, skandalom i wydarzeniom „medialnym” rozdmuchiwanym wśród konsumentów pop-kultury żerujących na sensacjonizmie i plotce. To wszystko zawsze budziło większe emocje wśród mas, niż jego osiągnięcia artystyczne.
Najbardziej do tej „złej” sławy Polańskiego przyczyniła się afera seksualna rzekomego „gwałtu” na nieletniej, która ciągnie się za nim już od kilkudziesięciu lat – przydając mu nawet oszczerczą łatkę „zboczeńcy” i piętno „pedofila”. I mimo, że Samantha Geimer już dawno mu przebaczyła, (Polański wysłał zarówno do niej, jak i do jej matki list z przeprosinami), to jednak wciąż znajdują się rzesze samozwańczych stróżów moralności i obrońców sprawiedliwości, którzy chętnie by wrzucili Polańskiego do lochu, gdzie gniłby już do końca życia. A powinni jednak posłuchać uważniej Samanthy, która mówi (nie wiem, czy nie po raz pierwszy w tym dokumencie), że największe szkody w jej życiu nie wyrządził jej Polański, tylko media i amerykański system sprawiedliwości.

Nie chciałbym jednak kończyć tego tekstu nawiązaniem do tej nieszczęsnej sprawy. Może więc napiszę, że Roman Polański budzi mój niekłamany podziw – zarówno jako człowiek (z silnym charakterem), jak i (kochający kino) twórca. I choć nie wszystkie jego filmy mnie zachwycają, to są i takie, które skłonny jestem uznać za bliskie arcydziełu. Zawsze też czekam na jego kolejny obraz. (Ostatni – „Rzeź” – był według mnie świetny. Mam nadzieję, że równie udana będzie „Sprawa Dreyfusa”, którą już wkrótce reżyser zamierza przenieść na ekran.)
To właśnie dzięki swojemu dorobkowi artystycznemu Polański stał się jednym z tych nielicznych Polaków, którym udało się wrosnąć w tkankę zachodniej kultury i stać się jej równoprawnym, uznanym powszechnie twórcą, którego osiągnięć w sztuce kina nie sposób kwestionować.

greydot

RZEŹ HIPOKRYTÓW, czyli paw na Kokoschce (Polański wyciska trujące soki z burżuja?)

*

Rozsypane zabawki w "Rzezi" - czy życie współczesnego burżuja jest komedią czy tragedią? A może tragi-farsą?

*

Nieśmiertelne pytanie/odpowiedź Gogola zwrócone do widowni: „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie.” wydaje się być aż nadto oczywistym komentarzem do „Rzezi” Romana Polańskiego, filmu, z którym wszak niemal każdy widz ma problem. Czyżby właśnie z powodu Gogolowej denuncjacji?
A że każdy z widzów (mam oczywiście na uwadze widza, który swoje zdaniem o tym filmie wyartukułował) ma problem, to widzę choćby po tym, jak diametralnie różnie „Rzeź” jest odbierana. Moim zdaniem, problem mają zarówno ci, którzy mówią, że film Polańskiego to zgniły pomidor, który śmierdzi i lepiej go wyrzucić, jak i ci, którzy uważają, że pomidor jest pachnący, czerwoniutki i rumiany i tylko się nim delektować. Bo wg mnie ten pomidor nie jest ani taki, ani taki – a właściwie: jest zarówno taki, jak i taki.
Sprzeczność i bzdura? Niekoniecznie – sprzeczność może być pozorna, a za domniemaną bzdurą może się kryć pewna głębsza prawda.
Czyżby więc każdy widz miał rację? Bynajmniej. A może wręcz przeciwnie: żaden z widzów nie ma racji? Też bynajmniej.
Cóż… może więc problem leży nie w widzach, a w samym filmie? Albo: widz zaczyna mieć problem, bo sam film okazał się (sam w sobie, a tym samym i dla niego) problematyczny?

Może jednak dam sobie spokój z tą – przyznaję, że dość mocno zakręconą – prowokacją i napiszę wprost o tym, jakie wrażenie z „Rzezi” wyniosłem ja sam?
Przede wszystkim: miałem wielką frajdę w kinie, słuchając ciętych dialogów i oglądając aktorów, którzy sami wydawali się tym wszystkim bawić (być może z małą rezerwą w przypadku Jodie Foster, która do roli podeszła jednak poważniej – tak, że oświadczenie granej przez nią kobiety, że nie ma ona poczucia humoru i wcale nie chce go mieć – skłonny byłem wziąć zupełnie na serio). Tak więc aktorzy się bawili, podobnie zresztą jak sam Polański, którego życie wydaje się być jedną wielką zabawą, jaką niestety co jakiś czas próbują mu zepsuć (zrujnować?) nawiedzające go tragedie. Ale Polański okazuje się być niezniszczalny/niezatapialny – drobny, niepozorny, jeśli chodzi o posturę, człowieczek, stał się kimś w rodzaju Napoleona kina, nie przestając być jednak przy tym tego kina artystą. Na dodatek (jak to już wcześniej zauważono) ciągle go stać na pokazanie swoim wrogom środkowego palca, i to za każdym razem w imponującym stylu, rzec można: w sposób nie pozbawiony klasy. Choćby nawet tylko palec ten przybierał postać… chomika.

Roman Polański nastawia ostrość na swoich bohaterów.

W sposób oczywisty „Rzeź” (scenariusz do filmu napisał Polański wraz z Yesminą Rezą – autorką wystawianej na scenach całego świata sztuki „Bóg mordu”, która była jego pierwowzorem) odbierana jest powszechnie jako „festiwal” hipokryzji, demaskujący fałsz i zakłamanie tzw. upper-middle class (będącej współczesnym ekwiwalentem dawnej burżuazji), zachodniego społeczeństwa dobrobytu i konsumpcji (w czasie powstawania „Boga mordu” sprawiającego jeszcze takie wrażenie). „Rzeź”, pisano, to również obnażanie prawdziwej ludzkiej natury, która pod pozorami grzeczności, poprawności i konwenansu skrywa pierwotne, irracjonalne, atawistyczne i zwierzęce wprost instynkty dominacji, agresji i przemocy.

No dobrze… lecz zadajmy sobie tu jednak pytanie: czy naprawdę chodzi w tym wszystkim o hipokryzję? Jak również: czy rzeczywiście, pod kulturalną, konwencjonalną ogładą, ukrywa się „PRAWDZIWA” ludzka natura, która tylko stłumiła się gdzieś po drodze ewolucyjnego rozwoju, a tak naprawdę to nadal ma dominujący wpływ na nasze postępowanie i kieruje nim w każdych okolicznościach?
Może to się wydać dziwne (nawet mnie samemu), ale ja – na oba te pytania – skłonny jestem odpowiedzieć: nie.

André Gide napisał kiedyś, że prawdziwym hipokrytą jest dopiero ten, kto nie dostrzega już swojego podstępu (oszustwa) i zaczyna kłamać z zupełną szczerością. Trudno jest mi się z tym  zgodzić. Taki człowiek wg mnie nie jest już hipokrytą, tylko człowiekiem złym. Hipokryta, nawet jeśli jego myśli i intencje mają drugie dno, to jednak nadal może czynić dobro…. nawet jeśli tylko ta jego hipokryzja jest „hołdem składanym cnocie przez występek” (La Rochefoucauld). „Cnota” nie przestaje się wtedy liczyć ani też być poważana (skoro jej się „hołduje”).

Warto się więc zastanowić, czy bohaterowie „Rzezi” (zwłaszcza, że mamy tendencję, by ich postawę i charaktery uniwersalizować i odnosić do pewnej grupy społecznej en bloc, a nawet do samej natury człowieka per se) rzeczywiście są hipokrytami (to, że są ludźmi złymi do szpiku kości wykluczamy na dzień dobry, bo przecież nimi nie są… jak chyba zresztą każdy człowiek).
A może mają tylko cholernie zły dzień?
No właśnie! Przypomnijmy sobie, że słowa o złym, a wręcz o „najgorszym” dniu życia, padają pod koniec tej komedio-dramy parokrotnie i są bodajże ostatnią kwestią, jaka dociera do nas z ekranu.
I może jeszcze taka przy tym uwaga: to, że nie zawsze możemy sprostać normom, jakie sobie narzucamy – albo ambicji, aby być kimś lepszym niż jesteśmy – nie jest przecież jeszcze hipokryzją.

Cisza przed burzą - John C. Reilley, Jodie Foster, Christoph Waltz i Kate Winslet przygotowują się do "krwawej" rozprawy w filmie Romana Polańskiego "Rzeź"... nawet o tym jeszcze nie wiedząc.

Czy możemy powiedzieć, że cała ta czwórka ludzi (nota bene w finale już mocno pijana) „prawdziwa” stała się dopiero wtedy, kiedy zaczęła sobie skakać do oczu, rozszarpywać się na strzępy, strzykać na siebie jadem i sączyć w siebie trujące soki? A może jednak (bardziej) prawdziwi byli ci ludzie właśnie na samym początku, kiedy doszli do jako-takiego porozumienia, zachowywali się wobec siebie grzecznie, chcieli uraczyć się szarlotką i kawą, deklarowali sobie wzajemną przychylność i uznali niefortunne wybicie zębów jednego z ich dzieci za – co prawda przykry, ale jednak – zwykły incydent?

Z pewnością można by postawy i charaktery postaci występujących w filmie Polańskiego rozbierać na czynniki pierwsze i nicować na wylot (bo wbrew denuncjacjom niektórych, bogactwo psychologiczne – jak również symboliczne i metaforyczne – sztuki Rezy jest wg mnie niezaprzeczalne i ewidentne); dokładnie prześledzić ich zachowanie, analizując motywy i poszukując źródeł negatywnych emocji; można każdej z tych postaci przypisać jakiś odpowiednik konkretnej postawy społecznej, i – stosując ten zabieg – pokazać palcem to, co zaczęło w naszym współczesnym zachodnim świecie szwankować… Tak, można to wszystko zrobić, ale można też poprzestać tylko na konstatacji, że oto byliśmy świadkami zupełnie nietypowego zdarzenia (czy też raczej zderzenia) towarzyskiego, jakim było (tak naprawdę przypadkowe) spotkanie pewnej czwórki różniących się od siebie diametralnie ludzi (i to nawet w obrębie tej samej pary małżeńskiej). I że – jeśli tylko trafiło to w nasze poczucie humoru i dobry nastrój – mogliśmy się z tego wszystkiego pośmiać. Przy czym, nasz śmiech nie musiał mieć w sobie krzty złośliwości, czy dwuznaczności, która by mogła pozostawić w nas pewien dyskomfort.
Muszę napisać, że jest to właśnie zasługą samego Polańskiego, który, nawet wtedy kiedy ukazuje swoje postaci jako rozhisteryzowane potwory, to podchodzi do nich w jakiś sympatyzujący – choćby tylko podskórnie – sposób. I odnoszę wrażenie, że ta podskórna sympatia dla nich udzieliła się także mnie samemu, nie opuszczając mnie nawet w tych najbardziej gorących momentach, kiedy krew lała się strumieniami, a trup w nowojorskim mieszkaniu ścielił się gęsto. Nie ma to jak śmiać się bez poczucia winy i bez konieczności poniżania tych, z których się śmiejemy.

PS. Niestety, muszę kończyć, choć aż prosi się o komentarz do niektórych przynajmniej kwestii wygłaszanych przez uczestników „Rzezi”, jak również do tego, co wyprawiają oni na ekranie. Są bowiem w tej awanturze momenty zupełnie fenomenalne, rekwizyty jak najbardziej kapitalne, bon moty jakby z piekła rodem, chwyty wręcz rozbrajające, zagrania bez mała genialne…
Marzy mi się jeszcze taki tekst, w którym mógłbym wspomnieć o… no… choćby o pawiu Kate Winslet, jakże doskonale wpisującym się w estetykę – fakturę i kolorystykę – malarstwa Kokoschki (na poły strawioną szarlotkę zwróciła ona na album tego artysty, będący oczkiem w głowie Jodie Foster – chyba jednak, jeśli chodzi o sztukę – snobki). Albo… wybitnie falliczne kubańskie cygara „misia” komiwojażera Reilly’ego (męża „pisarki” Foster), za pomocą których zawiązuje on męskie przymierze z cynicznym adwokatem korporacyjnym Waltzem (mąż agentki realnościowej Winslet)… – whiskey przestała się do tego celu nadawać bo (wyzwolone) kobiety żłopią ją nie gorzej od mężczyzn.

Może kiedyś?
A może jednak wystarczy?

*  *  *

"Bóg mordu" - bestia, która drzemie w każdym z nas? "Tigerloewe" Oskara Kokoschki - jedna z ofiar niestrawności/mdłości Kate Winslet w "Rzezi"

*

FILMOWISKO („Biała wstążka”, „Ostatnia stacja”, „Autor Widmo”, „Alicja w Krainie Czarów”)

festival.banner.wl

„BIAŁA WSTĄŻKA” („Das Weisse Band”, reż. Michael Haneke)

 * * * * * *

Czy tylko w Austrii najistotniejsze sprawy rozstrzygają się w podziemiu? Czy to przypadek, że właśnie tam Zygmunt Freud zaczął sięgać do głębin podświadomości, które decydują (ponoć) o naszych świadomych poczynaniach? A Fritzl? Jak to możliwe, że funkcjonujący normalnie w społeczeństwie człowiek mógł przez prawie ćwierćwiecze trzymać w piwnicy swoją córkę, gwałcić ją i zmuszać do rodzenia całej gromady dzieci?

„Biała wstążka” – Złota Palma w Cannes, 2009

Czy dokonuję tu jakiegoś nadużycia wiążąc to wszystko z twórczością austriackiego reżysera Michaela Haneke, który obsesyjnie wręcz zajmuje się ukrytymi pod powierzchnią ludzkich zachowań ciemnymi siłami zła – instynktami przemocy, perwersji, zabójstwa? A przy tym robi to w sposób niezwykle sugestywny, niekiedy wręcz wstrząsający, o czym można było się przekonać oglądając choćby takie jego filmy, jak „Funny Games”, „Pianistkę”, „Ukryte”… no a teraz „Białą wstążkę” – surowy obraz ukazujący jedną z niemieckich wiosek i jej mieszkańców, w przededniu wybuchu I wojny światowej, oraz większe lub mniejsze potworności, które wyłaniają się spoza fasady tej ich – stworzonej przez protestancką represyjność i kostyczny temperament – powszedniej szarzyzny.

Kiedy więc dowiedziałem się, że Haneke wziął się za temat, dzięki któremu można się było zająć genezą nazizmu – tej „choroby”, która opętała Niemców w XX wieku, i to z potwornym skutkiem, czyniąc z nich jednych z z największych zbrodniarzy w dziejach ludzkości – spodziewałem się wiele. Lecz okazało się, że to co Hanekemu wychodziło nieźle (a niekiedy wręcz znakomicie) w sytuacjach bardziej kameralnych i hipotetycznych, nie sprawdziło się już tak dobrze, kiedy jego ambicją stało się ukazanie podobnej problematyki z szerszej, społecznej perspektywy. Tak, jakby reżyser nie był w stanie zapanować nad większą ilością postaci, a także nad wszystkimi wątkami, które zaczęły mu się trochę wymykać z rąk. Bowiem najsłabszą stroną „Białej wstążki” wydaje mi się być narracja.
A jednak jest to bez wątpienia film ponadprzeciętny i ze wszech miar godny polecenia. W oczy rzuca się jego starannie wykoncypowana i wyegzekwowana estetyka (Haneke wyrzucił z filmu kolory, zastępując je obrazami czarno-białymi), integralnie związana z treścią filmu i budująca odrealnioną nieco atmosferę świata minionego, ale przecież nadal istniejącego w historycznej świadomości wielu ludzi.
Poza tym, poszczególne sceny są wręcz przepełnione hipnotycznym spleenem, wiele z nich ma walor miniaturowych arcydzieł, które mimo ciemnego kolorytu dość ostro wcinają się w naszą świadomość i wdzierają do naszych wnętrz, wywołując tam małą emocjonalną rewolucję. A obrazów o takim uderzeniu się nie zapomina.

Dyscyplina, posłuszeństwo, porządek, czyli Niemcy w przededniu wojny. Czy za protestancką fasadą pozornego ładu czai się widmo faszyzmu? („Biała wstążka” Michaela Haneke)

 

 

„OSTATNIA STACJA” („The Last Station”, reż. Michael Hoffman)

 * * * * * *

Na „Ostatniej stacji” się nie zawiodłem, być może dlatego, że wybierając się na ten film nie spodziewałem się, iż na ekranie zobaczę ów rosyjski (czesto ciemny, niekiedy desperacki) autentyzm. Pamiętałem bowiem o innych filmach Hoffmana, zwłaszcza o „Śnie nocy letniej” – dość lekkiej, swobodnej i bardzo „amerykańskiej” adaptacji Szekspira. Zresztą, już dawno temu przestałem się łudzić, że Amerykanie (i ogólnie – większość reżyserów zachodnich) potrafią autentycznie oddać rosyjskiego ducha – ową „dostojewszczyznę” czy właśnie „tołstojowszczyznę” (z „pasternakowszczyzną” też nie było zachwycająco… trochę lepiej wychodzi im tylko „czechowszczyzna”). Niestety – a może na szczęście? – nikt nie robi tego lepiej od samych Rosjan.

Lew Tołstoj – mędrzec, szaleniec, geniusz, „mały wielki człowiek”?

Mając więc takie nastawienie, łatwiej mi było znieść pewne wtręty lekko sentymentalne i melodramatyczne, czy też inne, dość arbitralne zabiegi tworców usiłujących oddać historyczną czy też charakterologiczną prawdę o czasach i bohaterach, o jakich opowiada film.
Jednym zdaniem: nie nastawiałem się na to, że spotkam się z realistyczną interpretacją tego, co zaszło w ostatnich dniach życia wielkiego pisarza. Jeśli bowiem ktoś chce do tej „prawdy” się zbliżyć, to wg mnie powinien sięgnąć nie tylko po dzienniki samego Tołstoja oraz (oczywiście) Zofii Andrejewny, (które swego czasu wywołaŁy spore zamieszanie) ale i zajrzeć do interpretacji krytycznych tych, którzy na próbach zbadania tego jak to było w rzeczywistości, zęby swoje zjedli.

Jeśli chodzi o mnie, to – abstrahując od tego wszystkiego – dałem się ponieść swoistemu urokowi i niewąpliwej maestrii obrazu (gra aktorów, sposób prowadzenia kamery, montaż… to wszystko dostarczało mi doprawdy wielkiej przyjemności, zwłaszcza w pierwszej połowie filmu).
Być może zasadny jest zarzut, iż wątek poboczny (romansu/miłości) młodego Walentego (sekretarza Tołstoja) i Maszy (należącej do para-komunistycznej sekty „Tołstojan”) można było sobie darować, bo rozmywał nieco główny temat filmu, jakim był konflikt pisarza z jego żoną (oraz ze swoim, mitycznym już wówczas, wyobrażeniem, jaki miał o nim świat). Lecz wiem, że z kolei inni mogą go potraktować, jako przeciwwagę dla tragikomicznych perypetii małżeńskich hrabiostwa Tołstojów.

Helen Mirren i Christopher Plummer w „Ostatniej stacji”

Ja oczywiście nie za bardzo wierzę w melodramatyzm i sentymentalizm ostatnich momentów życia Tołstoja na Jasnej Polanie – i jego śmierci na stacji Astapowo… Wątpię, iż prawdziwa Zofia Tołstoj miała tak rześki temperament, seksapil, a zwłaszcza wyrafinowanie Helen Mirren… Trudno mi także uwierzyć w to, że pisarz, mając 82 lata, piał (i zachowywał się) jak kogut w swojej sypialni… Ale wszak nie dokumentu spodziewałem się idąc do kina, ani tego, że dzięki temu filmowi objawi mi się wreszcie tajemnica ostatnich dni tego małego wielkiego człowieka, jakim był Tołstoj… Poddałem się konwencji, jaką zaproponowali twórcy tego filmu, zaś jego bohaterów zacząłem traktować jak postacie… w pewnym sensie autonomiczne, żyjące tylko na filmowym ekranie – „wykrojone” na potrzeby tego konkretnego obrazu. Dzięki temu zetknięcie się z filmem sprawiło mi – tego nie kryję – wielką przyjemność. Zresztą, nie tylko mnie, więc tym bardziej – i z czystym sumieniem – mogę ten film polecić każdemu, kto lubi po prostu dobre kino.

 

„AUTOR WIDMO”  („The Ghost Writer”, reż. Roman Polański)

 * * * * * *

Co prawda sam adresat tej skargi nigdy się o niej nie dowie, to ja jednak napiszę, że mam do Romana Polańskiego pretensje, że naprawdę dobre (i. e. wybitne)  filmy przestał kręcić dobrych 30 lat temu („Tess”) i już nigdy nie wzniósł się na wyżyny choćby takiego „Chinatown” (jeden z najlepszych filmów w historii kina) czy „Dziecka Rosmemary”, o prowokacjach typu „Wstręt” czy „Lokator” nie wspominając. Nie chciałbym jednak dociekać przyczyn, bo mógłbym trafić np. na tragedię osobistą reżysera (mord Masona na jego żonie i nienarodzonym dziecku) czy niefortunny wyskok seksualny z niepełnoletnią dziewczyną, (który pociągnął za sobą oskarżenie o gwałt i długoletnią banicję).

Świat wielkiej polityki, kławstwa i zbrodni. Pierce Brosnan i Ewan McGregor w filmie Romana Polańskiego „Autor Widmo”)

Nie ulega wątpliwości, że Roman Polański jest bardzo dobrym reżyserem. Problem w tym, że przez ostatnie trzy dekady kręcił on filmy, które równie dobrze mógłby nakręcić inny… pierwszy lepszy sprawny reżyser.

O co mi chodzi?
O to, że wszystkie filmy Polańskiego z tego okresu są pozbawione czegoś, co można by nazwać osobistym „nerwem”, głębszym rysem charakteru, przejawem specyficznej, niepowtarzalnej autorskiej weny. Innymi słowy: wg mnie stał się on (nie powiem, że nie mistrzowskim ale jednak szeregowym) wyrobnikiem kina. I właściwie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie te (wygórowane?) oczekiwania – tęsknota za kinem par excellence autorskim, wyróżniającym się artystycznie, sprzężonym ściśle z demonami twórcy.
Robert Harris, (którego książka „The Ghost” posłużyła Polańskiemu za kanwę scenariusza) stwierdził po premierze filmu: „Miałem wrażenie, że Polański nigdy nie powiedziałby: ‚Robimy film artystyczny’. On nie lubi kina, które nie wciąga ludzi.”
Coś podobnego! Tak, jakby „kino artystyczne” nie mogło już „wciągać ludzi”!
Chociaż… z drugiej strony to prawda, z jednym wszak zastrzeżeniem – takie kino nie wciągnęłoby już tak wielu widzów, jak kino komercyjne (a takim jest „Autor Widmo”) , które wzbrania się przed posądzeniem o artyzm, bo to tylko może odstraszyć „masowego” widza i pociągnąć za sobą zmniejszenie zysków.

„Autor Widmo”, czyli polityczny thriller w bardzo dobrym gatunku

Jeśli jednak podejdziemy do najnowszego filmu Polańskiego od strony „konsumpcyjnej”, to musimy przyznać, że jest to produkt znakomity – świetnie zagrany i sfotografowany (zdjęcia Marka Edelmana), trzymający w napięciu polityczny thriller, nawiązujący do najlepszych wzorów gatunku (Hitchcock, Schlesinger, Friedkin…) – do sprawdzonej już wielokrotnie tradycji kina sensacyjnego.
Oczywiście w scenariuszu znalazłoby się parę dziur, w zachowaniu głównych postaci kilka absurdów, zaś nad jego wiarygodnością można by postawić spory znak zapytania… lecz wygląda na to, że wszyscy zajęli się tylko jego atrakcyjna powierzchnią, nie zawracając sobie głowy schodzeniem gdzieś głębiej. Co najwyżej robi się aluzje (albo pisze otwarcie) o pewnych analogiach między kryminalnymi nadużyciami głównego bohatera filmu Adama Langa (Pierce Brosnan) a serwilistyczną wobec USA polityką byłego brytyjskiego premiera Tony’ego Blaire’a, (który miał być ponoć pierwowzorem postaci Langa). Ale to właśnie takie analizy stanowią dowód na dziecinadę niektórych krytyków, którzy zamiast odnieść się do konkretnych poczynań żywych polityków, usiłują dociec prawdy (o politycznym świecie) zajmując się fikcją.

„ALICJA W KRAINIE CZARÓW” („Alice in Wonderland”, reż. Tim Burton)

 * * * * * *   (wizualne szaleństwo Tima Burtona)
 * * * * * *   (film – ogólnie)

Najlepsze bajki pisane są zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych.
Dlaczego?
Może dlatego, że – po pierwsze: sam (dorosły) autor musi poczuć twórczą satysfakcję, bowiem, nawet jeśli tworzy bajkę z myślą o dziecku, to pisze ją także (a może i przede wszystkim) dla siebie i z sobie znanych powodów; po drugie: jeśli sam dorosły nie uzna jakiejś bajki za ciekawą, to nie będzie mu się także chciało czytać jej dziecku.
Wynika z tego, że „Alicja w Krainie Czarów”, stając się jedną z najsłynniejszych bajek świata, spotkała się wręcz z fascynacją dorosłych, (a ta – co tu kryć! – po części była odbiciem fascynacji samego autora, Lewisa Carrolla, swoją nieletnią bohaterką).
Ową fascynację tłumaczy również to, że właściwie wszyscy dorośli nie przestają być dziećmi. Cóż innego bowiem zmusiłoby takiego starego konia jak Burton do poświęcenia paru lat swojego życia dla podobnej fantazji?
Same pieniądze? Eeee… nie przesadzajmy. Gdyby rzeczywiście pieniądze były w Hollywood najważniejsze, to nie byłoby tam żadnego prawdziwego artysty (z jego zanurzeniem w nierzeczywistych światach – własnych twórczych fantazmatach), a jedynie sami handlowcy, manipulatorzy i gracze. A artyści niewątpliwie w Hollywood są. Jednym z nich jest oczywiście Tim Burton.

Alicja (Mia Wasikowska) w Krainie Czarów

Najnowszą „Alicję w Krainie Czarów” – mimo formatu 3D – oglądałem jakby w dwóch wymiarach: pierwszy to sama wizualność obrazu w oderwaniu od treści tej opowieści; drugi – jego myślowa i znaczeniowa zawartość, w tym narracja, akcja i cała ta symboliczna gęstość, zbliżająca się niekiedy do absurdu, nonsensu i halucynacji.
I muszę napisać, że pierwszy wymiar (wizja) zrobił na mnie spore wrażenie (choć przecież nie jest to „moja” estetyka, czyli taka jakiej szukam np. w malarstwie, albo z jaką chciałbym mieć do czynienia na co dzień), zaś drugi (intelektualna zawartość i treść) – już jakby zrobiła na mnie wrażenie nieco mniejsze (mimo, iż Burton dość wiernie trzymał się w swojej ekranowej wersji literackiego pierwowzoru Lewisa Carrolla – z całym tym jego fantastycznym sztafażem, słowną przewrotnością i niewydarzoną menażerią przeróżnych dziwolągów).

Tim Burton to prawdziwy wizjoner kina. W związku z czym, cokolwiek on robi, to spotyka się to z należytą uwagą tych, którym sztuka filmowa jest nieobojętna. Nawet jeśli nie podziela się jego entuzjazmu dla mrocznych, trącących horrorem fantazji o wyobcowanych z normalnego świata groteskowych nieudacznikach, to można zostać weń wciągniętym chociażby dzięki niezwykłej, zaskakująco bogatej – i bez mała szalonej – wyobraźni plastycznej artysty. I ja właśnie tak daję mu się czasem wciągać.

Ale co z tą treścią? – może ktoś zapytać.
Czy oprócz wizualnej karmy dla złaknionych estetycznym głodem zmysłów, znajdzie się tam coś dla tych miliardów neuronów w mózgu, wśród których generują się i wyładowują nasze myśli?
Jak wiadomo, ludzki mózg to taka bestia, że zawsze znajdzie dla siebie pożywkę… nawet jeśli zetknie się tylko z „Białym kwadratem na białym tle”, kropką, przecinkiem, ciszą Cage’a albo zwykłą główką od szpilki. Bo wszystko chce wypełnić znaczeniem. A co dopiero, jeśli zetknie się z takim bogactwem ludzkiej fantazji, jakie zawarł w swojej „Alicji” Carroll? Nic dziwnego, że interpretacja, objaśnianie i roztrząsanie tego pękającego od obrazów i intrygujących słów dziełka zaowocowało niezliczoną ilością analiz – począwszy od Freudyzmu, a na Marksizmie skończywszy.

Lewis Carroll i jego rzeczywista „Alicja”

Także teraz, po premierze filmu Burtona, nie cichną dyskusje na ten temat. Ale jakoś skrzętnie omija się erotykę, jaką tak naprawdę naładowana jest „Alicja” Lewisa Carrolla, który – jak wiemy – miał wszak takie, a nie inne skłonności i upodobania.
Unikom wytwórni Disney’a (tak, tak… tej od landrynkowych słoników Dumbo, sacharynowych jelonków Bambi i kretynkowatego kaczora Donalda) się nie dziwię, ale tym wszystkim krytykom, którzy twierdzą, iż chcą się dokopać do źródeł i genezy Carrollowych fantazji – to już trochę tak… Chociaż nie zachowują się oni przecież inaczej jak całe społeczeństwo, dla którego dziecięcy seksualizm stanowi temat tabu (do tego wyparcia przyczyniły się niewątpliwie liczne skandale z pedofilami).
Któż teraz głośno (w oficjalnych mediach) przyzna, że królicza dziura, w którą wpadła Alicja to nic innego jak symboliczne (i zastępcze) przedstawienie kobiecej pochwy, a wszystkie te przygody Alicji w (pełnej fallicznych grzybów) Krainie Czarów to po prostu mierzenie się dorastającej dziewczynki z własnym, rozkwitającym seksualizmem? I że właściwie nie jest to fantazja dziecka, tylko dorosłego (?) hm…  mężczyzny, który za wszelką cenę pragnął wejść w takiej dziewczynki skórę?

„Alice in Wonderland” – nieokiełznana filmowa fantazja Tima Burtona

„Białą wstążkę” – surowy

*