WCIĄŻ SZALENI PO TYCH WSZYSTKICH LATACH…

Okazuje się, że nie miał racji Ian Anderson obdarzając jedną z dawnych płyt swojego zespołu „Jethro Tull” tytułem „Too Old To Rock&Roll, Too Young To Die” („Za starzy na rock&rolla, zbyt młodzi by umrzeć”). Okazało się bowiem, że również rock niekoniecznie musi być domeną młodzieniaszków. Kiedy rodził się rock&roll wydawał się być zaledwie kolejną, przejściową fanaberią nastolatków. Minęło kilkadziesiąt lat, a ci, którzy go ciągle uprawiają dochowali się już wnuków, może nawet prawnuków. Rzecz to jest więc o tych, którzy mniej więcej 20 lat temu* byli na rockowych wyżynach – wyznaczali rytm muzyki i jej kierunki: nadawali barwę i kształty, tworzyli kanony – a którzy do dzisiaj są „w drodze”, nagrywają nowe albumy, dają koncerty, ich muzyka nadal ewoluuje.

Carlos Santana (zdjęcie własne)

„Still Crazy After All These Years” – śpiewał też przed wieloma laty Paul Simon i już wtedy wydawało się, że z nostalgią wspomina stare dobre lata 60-te, kiedy razem z Artem Garfunkelem tworzyli najpopularniejszy duet w Ameryce, a pewnie i na świecie. Ale oto mijają kolejne dekady i Simon ciągle przebywa gdzieś w okolicach muzycznych szczytów, a bilety na jego tregoroczne tournée wyprzedawano na pniu. Po drodze zdążył nagrać fascynujący album „Graceland”, który stał się już klasyką, mimo swojego kilkuletniego* zaledwie żywota. Podobnie sprawy mają się z innymi twórcami rocka.

Wypada zgodzić się z tym, że okres największej świetności rocka przypadał na drugą połowę lat 60-tych i pierwszą 70-tych. Wtedy to muzyka nie była jeszcze tym, czym jest obecnie – „dobrem” konsumpcyjnym, skomercjalizowanym do cna i ostatniej nutki towarem, który należy sprzedać z jak największym zyskiem. Była czymś znacznie więcej: stylem i filozofią życia – dla wielu  była wszystkim, co posiadali i co chcieli posiadać.
Kiedy więc John Lennon w czasach apogeum bitelmanii głosił, że Beatlesi są bardziej popularni od Jezusa, to nie silił się wcale na obrazoburstwo i szokowanie konserwatywnych mieszczuchów – to było proste stwierdzenie faktu. Muzyka popularna, rockowa wywierała niekwestionowanie ogromny wpływ na całe ówczesne młode pokolenie, a tym samym na kulturę, politykę, społeczeństwo wreszcie. Dla tego ostatniego często była sumieniem, prawdomównym zwierciadłem, w którym – aczkolwiek niechętnie – mogło się ono przeglądnąć. Jej twórcy – kompozytorzy,  wykonawcy, autorzy tekstów – kształtowali świat młodzieżowych wartości, byli ideowymi przywódcami, prorokami, guru…

Festiwal Woodstock (1969) był kulminacją młodzieżowej kontrkultury tamtych czasów, której głównym środkiem ekspresji była muzyka rockowa właśnie. Podobnie rzecz miała się z festiwalem w Monterey, który mniej już może interesował socjologów, ale od strony muzycznej był chyba jeszcze bardziej interesujący (lepszy) niż Woodstock. Na obu wystąpiła „śmietanka” ówczesnego rocka: „The Who”, „Grateful Death”, „Ten Years After”, „The Band”, „Crosby, Stills, Nash & Young”, „Jefferson Airplane”, Carlos Santana, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Joe Cocker, Joan Baez
Ale to nie wszystko. Festiwale te nie były w stanie oddać całej różnorodności tego, co działo się wówczas w (rozumianej ogólnie) muzyce rockowej. Twórczość Boba Dylana spowodowała, że na tzw. pop zaczęto patrzeć z większą estymą, a teksty barda uznane zostały za wysokich lotów poezję.
Nie sposób też zapomnieć tu o Brytyjczykach. I to nie tylko o „Beatlesach”, którzy sami w sobie byli fenomenem kulturo-twórczym, czy o „Rolling Stonesach”, stanowiących diaboliczne alter ego słodkich i ulizanych (w pewnym okresie) Liverpoolczyków, i już wówczas definiujących kanon rockowej „kapeli”. To właśnie głównie oni byli odpowiedzialni za tzw. British Invasion, a obok nich inni: „Yardbirds”, „Kinks”, „Animals”, „Manfred Mann”, „Fleetwood Mac”… Przed okrutnymi podatkami z Wysp uciekli również wtedy np. Elton John czy Rod Stewart. W cenie były niezapomniane zespoły wygrywające piorunującą mieszankę rocka i bluesa: „Cream” (Eric Clapton), „Led Zeppelin”, grupy Steviego Winwooda„Traffic”, „Spencer Davis Group”, „Blind Faith”; dalej, hard-rockowe formacje – „Deep Purple”, „Black Sabbath”, „Uriah Heep”, „T. Rex”… Znakomicie łączyli bluesa i rocka, folk i country „Allman Brothers Band”, później „The Eagles” czy „ZZ Top” – grupy amerykańskie z krwi i kości. W Stanach głośno też było o „Steppenwolf”, „Lynard Skynard”, „Grand Funk”
Oddzielnie i z niejakim namaszczeniem wypada wspomnieć  grupach odpowiedzialnych we wczesnych latach 70-tych za stworzenie nurtu zwanego art-rockiem. A więc rock traktowany stricte jako sztuka: rozbudowane aranżacje, wzbogacone instrumentarium, poetyckie teksty, formy rozwijające się w suity. Odbywało się to za sprawą takich formacji, jak „Yes”, „Genesis”, „King Crimson”, „Pink Floyd”, „Emerson, Lake & Palmer”. Tak, to były dla rocka lata zaiste szczerozłote.


Zdecydowana większość tych wykonawców, których wymieniłem, nie tylko utrzymała się na powierzchni do dzisiaj*, ale z powodzeniem konkuruje z młodą rockowa generacją: mają swoich odbiorców nie tylko wśród rozsentymentalizowanych i nostalgizujących (późnych) 30-latków, ale i również wśród zupełnych jeszcze małolatów. Nie dali zepchnąć się w odstawkę, grają swoją muzykę bez kompleksów starych stetryczałych dziadygów. W Polsce ukuto dla naszych krajowych stworzeń tego typu nazwę „dinozaury”. Ale tych gadów już przecież nie ma – wyginęły bez (bardziej widocznych) śladów lub zastygły, spetryfikowane na wieki wieków w skałach. Tego nie da się powiedzieć o rockowych weteranach, którzy stale są gorący tak, jak gorąca jest ich muzyka.
No więc tak się właściwie sprawy mają. Rzućmy okiem na tę moją wyliczankę. „The Who”. Kilka razy zebrali się w latach 80-tych by dać parę bardzo dobrych koncertów. Roger Daltrey nic nie stracił ze swej ikry – śpiewał znakomicie. Jednak razem wygrywali swoje stare nuty. Tym kto stworzył coś nowego – ale firmując to już własnym nazwiskiem – był muzyczny lider grupy Pete Townshend. „Greateful Dead” mają się cały czas znakomicie (niedawno z koncertem w Chicago). Ten zespół to już „instytucja” i to prężnie działająca. Wielu nie waha się ich nazwać amerykańską grupą Nr 1. Również „Lynard Skynard” (aczkolwiek przetrzebieni) wyszli niedawno ze studia z nowymi nagraniami. Ciągle robi to też kapela o nazwie „Chicago” (z 21 płytami na swoim koncie).
Carlos Santana ma swoich stałych, wysmakowanych zwolenników. Co jakiś czas wydaje albumy, na których nie brak perełek – ten znakomity muzyk i gitarzysta nie daje zapomnieć o tych swoich pięknych, melodyjnych, krystalicznie czystych gitarowych solach i gorącym rytmie. Również ostatnimi laty wiele razy rozlegały się w salach koncertowych niepowtarzalne harmonie Crosby’ego, Stillsa i Nasha. Ale najśmielej z wszystkich poczyna sobie Neil Young. Uważany za ostoję (bastion raczej) tego mainstreamowego, krwistego rocka, daje płomienne koncerty. Jego niedawny album „Freedom” przywitały pienia aprobaty i zachwytu. Całkiem zasłużenie.

Joe Cocker

Specjalne słowa uznania chciałbym zatrzymać dla Joego Cockera. Któż z nas nie pamięta jego niesamowitego występu na Woodstock? Do dzisiaj poraża ta naprawdę genialna interpretacja beatelsowskiej piosenki „With a Little Help From My Friends”. Jednak tym, co najbardziej imponuje u Cockera, to jego nie tak dawny, tryumfalny comeback po kilkunastu latach milczenia i dramatycznej walki z alkoholizmem. Posłuchajcie albumów „Unchain My Heart” lub „One Night of Sin”. Przyznacie, że nagromadzonym tam ładunkiem emocji, można obdzielić płyt kilkanaście.

Jednak nie wszyscy idą naprzód. Wielu odcina kupony ze swojej dawnej chwały, sławy i świetności. „The Byrds”, „Black Sabbath”, „Nazareth”, „Uriah Heep”, „The Moody Blues”… wypadają niestety na koncertach jak pogrobowcy swoich własnych cieni. Szczególnie boli to w przypadku Boba Dylana. Dzieje się z nim coś niedobrego. Dowodem na to jego ostatnie wystąpienia. Mam nadzieję, że nagrana przez niego dwa lata temu płyta „Oh Mercy” nie będzie jego ostatnim – gorzkim i melancholijnym (wes)tchnieniem.
Próbowali nagrywać coś „Deep Purple”, najczęściej nowe wersje własnych utworów sprzed lat. Ale nie miało to blasku. Już lepiej im wychodziło w mutacji „Whitesnake”. Ozzy Osbourne (ex „Black Sabbath”) znalazł sporą grupę wiernych odbiorców wśród co nieco zblazowanych metalowych małolatów. ale to, co wyprawiają np. z Alicem Cooperem zupełnie nie trafia mi do przekonania – i to nie tylko z powodu chorobliwej estetyki tego, czym się otaczając, tworząc swój dziwaczny jednak, „gotycki” image.

Lecz porzućmy jednak ten niezbyt radosny margines i powróćmy na jaśniejsze terytoria rockowej sceny. Z Beatlesów w najlepszej formie (jak zwykle od rozpadu grupy) jest Paul Mc Cartney. Na jego ubiegłoroczny występ w Chicago biletów nie uświadczyło się już na kilkanaście tygodni przez koncertem. Z materiału nagranego podczas tegorocznego tournee Mc Cartney był na tyle zadowlony, że wydał to na płycie. Parę miesięcy temu, z samą gitarą akustyczną wstąpił – tak jakby od niechcenia – na godzinkę do studia MTV, zaśpiewał kilka piosenek, co natychmiast wydano na kompakcie, a krytycy z miejsca przykleili na tym maksymalną ilość gwiazdek.
George Harrison wystąpił zaś w czymś zupełnie niewiarygodnym pt. „Traveling Willburys”. W formacji tej – wraz z innymi kombatantami rocka (tak zasłużonymi, jak: Bob Dylan, Roy Orbison, Tom Petty i Jeff Lynne) nagrał dwa albumy, na których radość z grania i śpiewania konkuruje z prostotą i bezpretensjonalnością. Całość przypomina spotkanie starych kumpli po fachu, którzy zebrali się, by powspominać dawne dobre czasy.
„The Rolling Stones” zapisali się już w historii tym chociażby, że grali w niezmienionym od tylu lat, że pobili tym rekord. Podobno rozeszli się po ostatnim, niezbyt udanym tournee, ale ja w to nie wierzę. Kiedyś pewnie znów zobaczymy siwego Wattsa, zdartego Richardsa i niezmordowanego Jaggera wykrzykującego: „I know it’s only rock’n’roll, but I like it!”.

Ze starego „Zeppelina” najbardziej aktywny jest Robert Plant. Z „Genesis”Phil Collins oczywiście wiedzie prym wśród twórców rockowej ballady, choć przecież wielką karierę solową kompozytora i wykonawcy zrobił także związany z tym legendarnym zespołem, Peter Gabriel. Z „The Eagles” najbardziej powiodło się Donowi Henleyowi, choć i Glen Frey miał swoje sukcesy. „Allman Brothers” na początku ubiegłej dekady dawali wspaniałe koncerty, teraz znów są w trasie. Mimo, że nigdy nie będą tym, czym byli z Duanem Allmanem, nadal potrafią zagrać ze znakomitym feelingiem (patrz: tegoroczne tournee i płyta „Seven Turns”). Jednak najbardziej robi wrażenie to, co robią starzy blues-rockowi wyjadacze z Teksasu: „ZZ Top” – fantastyczne koncerty i albumy z tym ich ciężkim a zarazem melodyjnym brzmieniem (świeży krążek „Recycler”).

Eric Clapton

Eric Clapton był ciągle w formie zwyżkującej (dowód: jego ostatnie koncerty i rewelacyjna moim zdaniem płyta „Journeyman”). Także Steve Winwood (nota bene kolega Claptona z „Blind Faith”) święci tryumfy, nie tylko wśród uwielbiających go yuppies. Jego „Back in the Highlife” został przez fachowców uznany za jeden z najlepszych albumów lat 80-tych. (Parę tygodni temu dał świetny koncert w Chicago.)
Imponująco dał nam o sobie znać w ubiegłym roku Roger Waters (ex „Pink Floyd” naturalnie) spektakularnym widowiskiem laserowo-muzycznym „The Wall” w Berlinie, wykorzystując muzykę ze słynnego podwójnego albumu grupy macierzystej sprzed lat 10-ciu. David Gilmour zaś firmuje się nazwą „Pink Floyd” mimo, że bez Watersa i Baretta. Ale na szczęście ni gubi tak bardzo tego niezapomnianego brzmienia Pink Floydów, czego można posłuchać np. na „Delicate Sound of Thunder”.
Sensacyjnie wręcz zapowiada się reunifikacja wszystkich (ośmiu!) byłych członków „Yes”, łącznie więc z tymi kluczowymi: Wakemanem i Brufordem. Czy nie będzie to rozczarowanie, będziemy się mogli wkrótce przekonać, słuchając ich za parę tygodni na koncercie w Chicago. Podobnie będziemy mogli niedługo sprawdzić, jak się prezentuje i gra dzisiaj kultowe niemal trio „Emerson, Lake & Palmer”.
No, może dość tego! Nie sposób tu bowiem wymienić tych wszystkich, którzy na przekór czasowi (i czasom) robią „swoje”. Można by także wiele dobrego napisać np. o ognistej „babci” Tinie Turner, „Fleetwood Mac”, Eltonie Johnie, Rodzie Stewarcie, Jeffie Becku, „Rush”… Dzięki nim ma szansę przetrwać w rocku to, co najlepsze i najcenniejsze. Jestem pewien, że za lat 10 – może nawet 20? – znów będzie można o nich napisać: „Still Rocking After All These Years”.

* UWAGA: Może to niektórych zdziwić, ale artykuł ten napisany został ponad 20 lat temu (opublikował go w maju 1991 r. „Dziennik Chicagowski”). A zdziwienie oczywiście może się brać także stąd, że jest on na swój sposób nadal aktualny. Bowiem większość wymienionych w nim zespołów i wykonawców w dalszym ciągu koncertuje, wydaje nowe płyty i nie myśli schodzić ze sceny (swoją drogą ciekaw jestem, czy na swoje 50-lecie istnienia, wystąpią Stonesi). Wypada im tylko wszystkim życzyć: Rock on, guys! The show must go on!

A w ramach dopisku, krótka notka zapisana po obejrzeniu filmu Martina Scorsesego, ukazującego koncert Stonesów z 2008 roku:

*

JĘZYK MICKA JAGGERA (O filmie Martina Scorsesego „The Rolling Stones – Shine a Light”)

Christina Aguilera i Mick Jagger

Widziałem dzisiaj najnowszy film Martina Scorsese „Shine a Light”, będący zapisem jednego z ostatnich koncertów „Rolling Stonesów”. Sala była pusta ale obok mnie usiadły trzy siedemdziesięcioletnie kobiety. Nie tylko nie zasnęły, ale nawet przytupywały wtórując szalejącym na scenie dziadkom. Nie jest tak źle, pomyślałem. A mówią że świat zmierza ku zagładzie.

Gdzie te czasy kiedy uważano, ze ktoś jest too old to rock’n’roll, too young to die?  Jak widać na przykładzie Stonesów, na rock’n’rolla nigdy nie jest się za starym. Rockowy czad, twarze poryte zmarszczkami… kto by pomyślał, że to może iść ze sobą w parze?
Rock się obronił! Rock żyje! Rock will never die! – deklarują (zwykle bardzo głośno) ci, którzy mają już szósty czy nawet siódmy krzyżyk na karku, ale ani myślący schodzić ze sceny.

Na czym polega fenomen rocka? Skąd wynika jego żywotność?
Z pewnością nie z ideologii, która nota bene zmieniała się na przestrzeni lat, a była po kolei wszystkim: kwiecistą utopią, naiwnym rebelianctwem, buntowniczą kontestacją, narkotycznym eskapizmem, wulgarną prowokacją, straceńczym nihilizmem, awanturniczym ekscesem… i Bóg raczy wiedzieć czym jeszcze! Rock się trzyma dzięki swojej pierwotnej, ekstatycznej sile, która eksploduje z samych trzewi rockmanów.
Właśnie! Rock jest czystą energią, jaka się wydziela w ludziach pod wpływem prostych a dobitnych środków: mocnego rytmu, krzykliwej wokalizy, motorycznego drive’u i ostrych gitarowych riffów, które niczym szamańskie zaklęcia wprowadzają ich w trans, wyzwalając przy tym moc nie znaną żadnej innej muzycznej ekspresji.

Zespół „The Rolling Stones” są genialnym uosobieniem tego, co przed chwilą napisałem o rocku i film Martina Scorsese „Shine a Light” (czyli „The Rolling Stones w blasku świateł”, bo pod takim bodajże tytułem wchodzi on właśnie na polskie ekrany), doskonale to potwierdza. Scorsese świetnie wie jak się robi filmy naładowane emocjami i energią (przypomnijmy sobie choćby jego „Taksówkarza” czy „Wściekłego Byka”). Miał też już do czynienia z dokumentacją innych koncertów (m. in. był jednym z operatorów kręcących słynny „Woodstock”, zrealizował też film z pożegnalnego koncertu legendarnego zespołu „The Band” – pamiętany do dzisiaj „The Last Waltz”). Tutaj utrwalił po prostu jeden z ostatnich koncertów „Stonesów” na taśmie filmowej, ale uczynił to tak, że mamy wrażenie, iż sami wchodzimy na scen – że oto Jagger, Richards, Wood i Watts grają tuż obok nas, są dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Najważniejsza w tym wszystkim jest muzyka i energia emanująca zwłaszcza z diabelnie dynamicznego Jaggera, który dokonuje na scenie rzeczy niewiarygodnych, o jakie nigdy nie podejrzewalibyśmy sześćdziesięciokilkuletniego seniora. Takiej kondycji mógłby mu pozazdrościć niejeden dwudziestolatek.
Kto pamięta niegdysiejsze ekscesy „Stonesów”? A zwłaszcza – kto obecnie ma im to za złe? Oto na ich koncert przychodzi dziś były prezydent Stanów Zjednoczonych Clinton. Wśród publiczności możemy również zobaczyć naszego byłego prezydenta Kwaśniewskiego, który być może zawitał tam w drodze na Filipiny – a może wracając już z Filipin?
Prezydenci na rockowym koncercie!? O czym to może świadczyć? Być może o tym, że w końcu i sam establishment dał się obłaskawić rockowi (bo raczej trudno sobie wyobrazić to, aby stało się coś wręcz odwrotnego). Rocka można ubrać w garnitur, zawiesić mu krawat, ale i tak w końcu pokaże on wszystkim czerwony jęzor Jaggera.

The Rolling Stones (Keith Richards w rockowym rozkroku)

*