CYWILIZACYJNA GALARETA – o książce Zachara Prilepina „KLASZTOR”

.

.   Z pewną obawą brałem do ręki cegłę, jaką stanowi najnowsza powieść Zachara Prilepina Klasztor, tym bardziej, że wiedziałem, iż jest to przykład tzw. „literatury obozowej” więc lekko nie będzie. Ale przecież w przeszłości nie unikałem książek, których zawartość nie była świadectwem sielanki ludzkiego bytowania na Ziemi, a raczej stanowiła dowód na coś wręcz przeciwnego, uświadamiając nam, że są sytuacje, kiedy człowiek wobec świata i przerastających go sił wydaje się być tylko małym trybikiem wielkiej machiny jaką jest poruszająca się niczym perpetuum mobile Rzeczywistość. Albo nic nieznaczącym robaczkiem – męczonym i maltretowanym – który w każdej chwili może być rozgnieciony i pozbawiony życia przez molocha Historii, Losu, Natury, Przypadku…
Jednak nie uważam, że w mojej skłonności do tego typu literatury był jakiś masochizm, szukanie sensacji; upodobanie do makabry, przemocy, okrucieństwa czy grozy… Nie. Ja po prostu chciałem się dowiedzieć więcej o człowieku – o jego ludzkiej naturze, (która często sprawia wrażenie „nieludzkiej”); o mechanizmach, które kierują jego postępowaniem; wreszcie o tym, jaki jest zakres naszej wolności – czy wolna wola nie jest aby tylko naszym złudzeniem? Nie zapominałem przy tym o przestrodze Gustawa Herlinga-Grudzińskiego (nota bene autora Innego Świata, książki stanowiącej już klasykę powieści łagrowej), żeby nie oceniać (ani tym bardziej sądzić) ludzi, którzy zachowują się tak a nie inaczej w warunkach ekstremalnych – zniewolenia, udręczenia, zastraszenia i opresji… upodlenia i „zbydlęcenia” wreszcie. Nie powinno nas dziwić, że ludzie w warunkach nieludzkich zachowują się nieludzko – wydawał się sugerować Herling-Grudziński.
No tak, ale czy to również nie wystawia świadectwa ludzkiej naturze?
A co z tymi, którzy nawet w takich okolicznościach starali się zachować swoją godność i człowieczeństwo, prawość i przyzwoitość – i mimo wszystko opierali się temu, by nie postępować jak podła kanalia? Czy ich przykład nie świadczy o tym, że jednak można było dokonywać wyborów? A jeśli tak, to zasadna jest jednak ocena etyczna człowieka – nawet jeśli poddany jest on presji egzystencjalnego ekstremum.

     Z pewnością nie wyczucie dramaturgii, ani tym bardziej scenograficzna dbałość  o prezencję zadecydowały o tym, że pierwszy obóz koncentracyjny pracy przymusowej założyli bolszewicy na odludnych Wyspach Sołowieckich, położonych na dalekiej i szarej Północy, oblanych zimnymi wodami Morza Białego – wykorzystując do tego znajdujący się tam od wieków średnich prawosławny klasztor. Zadecydowało o tym odosobnienie miejsca, odcięcie od cywilizacji (choć nazwanie tego, co stworzyli w praktyce Sowieci, „cywilizacją”, jest chyba określeniem cokolwiek na wyrost), jak również obecny już tam olbrzymi kompleks zabudowań monastyru, obwarowany na dodatek wysokim murem (swego czasu cerkiewni prominenci – patriarchowie, mnisi i popi – stworzyli tu prawdziwe państwo w państwie, które potrafiło się nawet oprzeć wieloletniemu oblężeniu przez carskie wojska).
Wszystkie te atrybuty wykorzystał też po mistrzowsku Prilepin, stwarzając dzieło na miarę (bez mała) Czarodziejskiej góry Manna, Archipelagu GUŁag Sołżenicyna czy (zwłaszcza!) Zapisków z martwego domu Dostojewskiego.

      Co decyduje o wielkości tej powieści? Z pewnością nie jej gabaryty (656 stron), choć epicki rozmach Klasztoru nie jest tu bez znaczenia. Myślę, że wyznacza ją przede wszystkim olbrzymi talent autora, który, mimo że kreuje rzeczywistość fikcyjną, to jednocześnie przekazuje nam coś do głębi prawdziwego. Dzięki temu mamy wrażenie, że oto zapoznajemy się z dokumentem epoki – nie tak znowu odległej w czasie i przestrzeni, nadal wywierającej swoje piętno na naszej współczesności, i niestety mogącej się (ze swoimi koszmarami) powtórzyć. Prilepin ukazuje nam całą galerię postaci, których większość (i to jest ważne!) ma swój pierwowzór w rzeczywistości. I jest opisana tak, że nie kłóci się to ze znanymi faktami, których przecież nie brakuje, co zawdzięczamy piekielnej machinie sowieckiego „imperium”, które wszystko i wszystkich chciało mieć pod kontrolą – stąd wynikała jego ewidencyjna gorliwość i papierkowy biurokratyzm, zostawiający za sobą liczne ślady.

      Życie obozu sołowieckiego widzimy oczyma Artioma Goriainowa, młodego człowieka osadzonego w klasztorze za morderstwo, którego obozowy los okazuje się niewiarygodnym ciągiem przypadków umożliwiających mu przetrwanie w warunkach obozowej rzeczywistości, będącej jednym wielkim permanentnym zagrożeniem życia. Pomaga mu w tym nie tyle silna psychika (to też), co niezwykła wytrzymałość fizyczna – wszystkie otrzymane w obozie rany goją się na nim, jak na – nie przymierzając – psie. Oczywiście, nie bez znaczenia jest też jego charakter – hardość, zadziorność, upór, odwaga, inteligencja… wreszcie „szczęście”, które ratują go z najgroźniejszych opresji. Wiem, że nie jest to porównanie za bardzo na miejscu, ale obozowe dzieje Artioma czyta się jak powieść przygodową, mimo że jej podszewką jest koszmar, jaki zafundował ludziom totalitaryzm.

      Jeszcze z jednego powodu pomysł Prilepina na książkę wydaje się być pomysłem genialnym. Otóż na Wyspach Sołowieckich osadzano ludzi różnej proweniencji – obok bandytów, złodziei, morderców i zwykłych przestępców przebywali tam (często w jednej celi czy baraku) również inteligenci, artyści, naukowcy, aktorzy, literaci, poeci… Obok przedstawicieli starego porządku (białogwardziści, arystokraci, ziemianie) i tzw. „wrogów ludu” czyli kontrrewolucjonistów, byli tam także byli rewolucjoniści, bolszewicy i czekiści (tych ostatnich było nawet więcej niż „kaerowców”).
Czyż można sobie wyobrazić lepszy materiał do tego, by stworzyć mieniącą się różnorodnością typów, charakterów i fizjonomii powieść, wraz z całym bogactwem językowo-kulturowej mieszanki, która – choć czasami przypominała kipiel czy breję – to okazała się też znakomitą ewidencją ścierania się ludzkich postaw, osobowości, klas, światopoglądów, pozycji społecznych, życiowych filozofii a nawet kultur.
I znowu Prilepin stanął na wysokości zadania, używając tego wszystkiego do skreślenia obrazu przebogatego, który pochłania naszą uwagę – zaskakując, bulwersując, drażniąc… przewracając na nice stereotypy, amplifikując naszą wrażliwość.
Zdumiewa wręcz umiejętność autora do plastycznego oddania obozowej atmosfery, przeżyć bohaterów, czy wreszcie życia wewnętrznego Artioma i perypetii, w jakie jest on uwikłany. Jest w tym jakaś solidna fizyczność – niemal fizjologiczna namacalność zarówno scen, które – dzięki gęstej, obrazowej, „dotkliwej” prozie Prilepina – odsłaniają się z całą swą ostrością przed naszymi oczami; jak również myśli i przeżyć bohatera, które okazują się sporym wyzwaniem dla naszej wyobraźni, czucia i empatii.

      Na Wyspach Sołowieckich powstał swoisty mikrokosmos, świat zamknięty i odizolowany, w którym – niczym w laboratoryjnym tyglu – mieszały się ludzkie byty, a jednocześnie odbywał się eksperyment socjologiczny na olbrzymią skalę. Kwestią najważniejszą było to, jak w takich warunkach zachowuje się człowiek – jak sprawdza się jego élan vital, jakie się tworzą hierarchie, jak się zmieniają ludzkie relacje – czyli jak funkcjonuje człowiek poddany presji, która wydaje się przerastać jego wytrzymałość. I wreszcie: jak te wszystkie przemiany umiejscawiają się w wymiarze etycznym? Czy powstaje tu jakiś inny rodzaj moralności? A może zaczyna funkcjonować amoralizm, w którym wszystko podporządkowane jest chęci przeżycia – i to przeżycia za wszelką cenę? Potwierdza się to w jednej z konstatacji Artioma, który zauważa, że „kartofle z dorszem mają większą wagę niż sumienie, a pluskwy są bardziej namacalne, niż piekło”.
Wszystko to sprawiało, że czytając książkę Prilepina ciągle miałem wrażenie, że oto mam do czynienia z jakąś cywilizacyjną galaretą – że jest to jednak jakaś kulturowa anomalia, stężały wywar z tego, co w człowieku najgorsze i co z niego w warunkach normalnych jednak nie wychodzi.

      W sumie – zaskoczył mnie Zachar Prilepin. Nie spodziewałem się, że jego powieść tak bardzo mnie porwie. Tym bardziej czułem się zaskoczony, że – jak to sobie właśnie uświadomiłem – im jestem starszy, tym rzadziej lektura pochłania mnie tak, że nie mogę się od niej oderwać. A tak było właśnie z dziełem tego rasowego pisarza.
Mimo niezbyt radosnej zawartości (choć w książce nie brak jest jednak humoru, dowcipu i błyskotliwości, a nawet szczególnego rodzaju lekkości), trzymałem w rękach cegłę Klasztoru z przyjemnością, zapoznając się z losami Artioma, który dość szybko stał się dla mnie kimś bliskim. Z wielką ciekawością przebiegałem oczami po kolejnych stronach, chcąc się dowiedzieć tego, co się z nim będzie działo.

      Patrzę teraz na okładkę książki i widzę, że jest na niej jej bohater. Sama okładka jest moim zdaniem świetna. Bo oto w swojej prostocie jej przekaz jest bardzo wymowny, a przy tym wieloznaczny. Głowa Artioma znajduje się w pajęczej sieci, w którą jest on schwytany i omotany. Zaś patrząc na to inaczej: jego skroń znajduje się w samym środku tarczy, którą ta sieć przypomina. W nią uderzają pociski losu. Ale jest jeszcze coś innego: te koncentryczne kręgi jako żywo przypominają halo, jakie widzimy nad głowami świętych. Bo przecież galernik Artiom staje się kimś w rodzaju świętego męczennika, skazanego na cierpienie przez cywilizację, która się wykoleiła. I prawdziwym cudem jest to, że mimo wszystko pozostaje on człowiekiem.

*  *  *

*

UKRAINA

.

Majdan (fot. Gleb Garanich/Reuters)

Na Majdanie (fot. Gleb Garanich/Reuters)

.

Unikam na moim blogu polityki, zwłaszcza tej odnoszącej się do aktualnych wydarzeń (w końcu głównym tematem bloga powinna być kultura, a nie jej przeciwieństwo), ale jednak nie mogę przejść obojętnie nad tym, co dzieje się teraz u naszych sąsiadów, tuż za „miedzą”. Wprawdzie zdarzało się, że zajmowałem się aktualiami społecznymi czy politycznymi (zamach w Bostonie, globalna inwigilacja, katastrofa smoleńska, interwencja w Syrii…), ale to były raczej wyjątki. Niniejszym wpisem czynię więc kolejny wyłom. Zacznę fragmentem rozmowy, jaką odbyłem z redaktorem „Polityki” Adamem Szostkiewiczem na jego stronie „gra w klasy”:

.

Adam Szostkiewicz: „Najpierw był atak 11 września na miasta i niewinnych cywili w tym Polaków w USA, potem była inwazja na Afganistan talibów, w której słusznie wzięła udział Polska. wojnę w Jugosławii wywołał nacjonalizm serbski, Serbowie zabijali Chorwatów, Chorwaci Serbów itd. Dopiero interwencja NATO przerwała tę masakrę, a nacjonaliści trafili pod sąd. w Kosowie służbę pełnią Polacy, o ile wiem nikogo nie zabijają. Atak na Libię wywołała nieodpowiedzialna polityka Kadafiego, który najpierw doprowadził do wojny domowej, a potem zmusił do interwencji Zachód. W Egipcie mordują się wzajemnie Egipcjanie. W Syrii mordują się Syryjczycy i inni Arabowie oraz muzułmanie niearabscy. Rosja zrobiła wszystko, by Assad utrzymał się u władzy. Nikt z Zachodu w Syrii nikogo nie zabija. Dronami też nikt nie walczy w Syrii, a co dopiero w Ukrainie, dronami walczy się w Pakistanie i Afganistanie przeciwko fanatycznym islamistom. To zasługuje na poparcie, a nie na rozdzieranie szat jak w lichym teatrze.”

Stanisław Błaszczyna:
– Dobrze byłoby się przyjrzeć temu, jak była polityka amerykańska na Bliskim Wschodzie (i nie tylko) przed atakiem 11 września (moim zdaniem 9/11 nie był „najpierw”).
– To, że polscy żołnierze dokonali inwazji na Afganistan czy Irak, nie miało nic wspólnego ze „słusznością”, tylko z polityką. (Wg mnie usprawiedliwiona moralnie jest jedynie wojna obronna – w przypadku bezpośredniego zagrożenia własnego kraju, wolności i życia jego obywateli.)
– Kadafi nie wywołał wojny domowej. (Natomiast interwencja Zachodu i obalenie Kadafiego spowodowało w Libii anarchię – która trwa do dzisiaj – jak również doprowadziło ten kraj do ruiny).
– Dronami w Afganistanie i Pakistanie (zapomniał pan jeszcze dodać Jemen) być może chce się walczyć z „fanatycznymi islamistami” (skąd my znamy tę prowojenną propagandową retorykę zastępującą ludzi „fanatykami”, „terrorystami”?) ale zabija się głównie osoby cywilne, przypadkowe, (które wcale nie znajdowały się na listach CIA osób przeznaczonych do „odstrzału” – nota bene bez sądu, za każdym razem z pogwałceniem prawa międzynarodowego – co czyni te akty ludobójstwem).
A na Ukrainie szkoda mi tylko zwykłych, szeregowych ludzi – bo to oni zawsze będą przegrani, bez względu na to, kto dorwie się tam do władzy. Niestety, wszystko wskazuje na to, że Ukraina długo jeszcze nie będzie krajem wolnych ludzi.

Adam Szostkiewicz: „Tak, żal tych zwykłych ludzi, gorliwych katów Hitlera, Stalina itd. Nie kupuję tego populizmu. A ludzi, którzy okaleczają dziewczynki pragnące się uczyć nazywam fanatycznymi islamistami, pan może ich nazywać jak chce. Interwencja w Afganistanie mułły Omara była obroną przed AlKaidą. Wywiązywanie się z obowiązku sojuszniczego jest słuszne, jeśli w słusznej sprawie. Interwencja w Czechosłowacji była niesłuszna, w Afganistanie słuszna. druga w Iraku była bez sensu.”

StB: Panie Adamie, zaskoczył mnie pan nazywając zwykłych (żyjących dzisiaj na Ukrainie) ludzi (bo to przecież ich miałem na myśli) „gorliwymi katami Hitlera, Stalina itd.”
Z szowinizmem trudno mi jest dyskutować. Jeżeli osoba o takiej wiedzy i erudycji – i, jak domniemywałem, kulturze – głosi takie poglądy, to co tu się dziwić tym, dla których „mowa nienawiści” jest chlebem powszednim?

Adam Szostkiewicz: „Polecam lekturę Bloodlands Timothy Snydera. Oczywiście nie mam na myśli współczesnych Ukraińców. Odnoszę się do pańskiego użalania się, że zwykłym ludziom zawsze gorzej. Zwykli ludzie nie są moralnie lepsi tylko dlatego, że są zwykli albo biedni. Zwykli ludzie też bywają nikczemni, okrutni, źli, jak bywają takimi możni tego świata.”

StB: Pisze pan: „Oczywiście nie mam na myśli współczesnych Ukraińców.”
Za późno, mleko się rozlało.
Tak, zwykli ludzie bywają – jak pan pisze – „nikczemni, okrutni, źli”, ale narody, także nasi sąsiedzi, składają się nie tylko z takich ludzi. Czy ja Panu – humaniście, erudycie i ekspertowi od chrześcijańskiej etyki – muszę takie rzeczy przypominać?
Jak by pan zareagował, gdybym tak, jak pan nazwał Ukraińców, określił współczesnych Niemców czy Żydów? (a to określenie miałoby jednak poparcie w faktach historycznych jeszcze mocniejsze, niż w przypadku narodu ukraińskiego).

Adam Szostkiewicz: „Jakie mleko? Przecież panu odpisałem, zachęcając do lektury książki o wojennych dziejach naszej części Europy. Uważam, że to, co dzieje się dzisiaj, nie tylko w Kijowie i Lwowie, ma historyczne korzenie. Są one tragicznie splątane i dlatego choćby Demokratyczna Polska powinna wspierać demokratyczną i proeuropejską część opinii ukraińskiej, ale nie ukraiński nacjonalizm.”

StB: Jakie mleko, pyta się Pan? Otóż na moje zdanie: „A na Ukrainie szkoda mi tylko zwykłych, szeregowych ludzi, bo to oni zawsze będą przegrani, bez względu na to, kto dorwie się tam do władzy.”
Napisał pan wyraźnie: „Tak, żal tych zwykłych ludzi, gorliwych katów Hitlera, Stalina itd. Nie kupuję tego populizmu.”
A kiedy zwróciłem panu uwagę, że to jest szowinizm, to mi pan odpisał: „Polecam lekturę Bloodlands Timothy Snydera. Oczywiście nie mam na myśli współczesnych Ukraińców”, a następnie zaserwował mi pan komunał o tym, że zwykli ludzie też mogą być „nikczemni, okrutni, źli”.
Wg mnie to jest zwykły wykręt, tym bardziej dziwny, że kilka komentarzy dalej żali się pan na swoich komentatorów: „proszę zauważyć, że zagadnięci o konkrety, zwykle nie reagują”.
Pan nie tyle nie zareagował, co wykręcił kota ogonem, podsyłając mi jakąś lekturę (jakbym nie znał historii II wojny światowej, faszyzmu i komunizmu).
Nie takie mam pojęcie o uczciwej dyskusji.
My tu sobie mędrkujemy, rachujemy co byłoby dla nas bardziej opłacalne, a Ukraina – nasi sąsiedzi, ludzie – przeżywają dramat (i abstrahuję tu nawet od tej tragedii, która dzieje się w tej chwili na Majdanie). Bo wszystko wskazuje na to, że nie ma obecnie dobrego wyjścia z sytuacji. Złamanego grosza bym nie dał za tzw. „elity”, (które dorwą się do władzy) zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie. Czy wobec tego moja solidarność ze zwykłym człowiekiem (np. z naszymi przyjaciółmi, którzy mieszkają w dzisiejszej Ukrainie) to jest „populizm”?
To jest właśnie znak (i katastrofa) naszych czasów: pogarda dla zwykłego człowieka, czyli de facto: społeczeństwa, która prędzej czy później odbije się czkawką na całym świecie. A rozmiarów tej „czkawki” nawet nie można sobie teraz wyobrazić.

* * *

Jeden z moich znajomych, przeczytawszy tę wymianę zdań, zarzucił mi: „Z kim Ty Staszku polemizujesz? Ze wszystkimi? Nie da się! I po co…?”.
Rzeczywiście: też mógłbym się zastanowić: po co? (Choć na pytanie „z kim?”, mógłbym odpowiedzieć: z jednym z bardziej znanych polskich publicystów). A jednak są sytuacje, kiedy czuje się taką potrzebę. Trudno to zresztą nazwać polemiką. To było właściwie wyrażenie swojego zdania, gest solidarności z tymi, którzy zawsze są pod butem, poddani arogancji i przemocy autorytarnej władzy w stylu Janukowicza, tworzącej kastę uprzywilejowanych cwaniaków, wysysających własny naród. Tragedią jest to, że ten sam styl rządzenia, co Janukowicz (albo Łukaszenka), reprezentuje także Putin, a świat niejako „zmuszony” jest do dogadywania się z nim (np. olimpiada w Soczi legitymuje jeszcze bardziej jego reżim) – niby świat „cywilizowany” wie, że samowładztwo Putina to są rządy gangsterskie, ale ściska mu rękę, robi dobrą minę, pieprzy farmazony i wchodzi z nim w interesy. Dopiero taki dramat, jaki się rozgrywa teraz na Ukrainie, rozwiązuje (niektórym) języki i zaczynają nazywać rzeczy po imieniu (określając np. Jakunowicza bandytą, którym on jest niestety od czasów, kiedy go skazywano za pospolite przestępstwa, i którym nie przestał być sprawując władzę). Dopóki więc nie dokona się zmiana strukturalna (konstytucyjna) w tych państwach, dopóki ludzie nie odwykną od łapówkarskiego sposobu załatwiania niemal wszystkich ważniejszych spraw ekonomicznych – jak również zwykłych „interesów” – w swoich krajach; dopóki nie wzmocni się mądrej demokracji; dopóki nie zacznie się szanować bardziej „zwykłego” człowieka (społeczeństwa)… dopóty będzie dochodzić do takich tragicznych wydarzeń, jak te w ostatnich dniach na Majdanie. Obawiam się jednak, że będzie tak jak zazwyczaj: rewolucja pożre własne dzieci, (albo „dzieci” te stworzą podobnie opresyjny układ, co funkcjonował dotychczas – bo niestety każda władza korumpuje i przewraca ludziom w głowach), zmienią się więc tylko ci, co są przy korycie (albo i nie zmienią, tylko się przefarbują i zaczną się dzielić łupami z nielicznymi wybranymi), układ się nieco przeformuje, a naród nadal będzie klepał biedę, tumaniony przez etatowych polityków i sprzedajne media.

* * *

Na zakończenie, dodatek z  cyklu: „Ćwiczenia w obłudzie”.
Oto fragmenty listu otwartego przewodniczącego Stowarzyszenia Banków Ukrainy Oleksandra Suhoniaka, do prezydenta Wiktora Janukowicza:

„Wiktorze! Jest wiele powodów, dla których zwracam się do ciebie po imieniu. Po pierwsze, jesteśmy rówieśnikami. Po drugie, mój majątek zapewnia mi pewne przywileje. A dzięki Bogu jestem znacznie bogatszy od ciebie. Niech to będzie jasne: moje potrzeby materialne są zaspokojone. Więc dlaczego piszę? Bo mam dość, tak jak wszyscy obywatele.”
„Nie rozumiesz, że pasożyt nie może pożreć swojego żywiciela. Nie możesz połknąć całego narodu ukraińskiego, żeby zaspokoić swój głód”.
„Chcesz oczyścić Majdan za pomocą kul. Ale Majdan nie znajduje się za barykadami. Jest w naszych duszach i kule nie mogą go zniszczyć. Ty tego nie rozumiesz. Możesz rozpędzić tłum, ale Majdan przetrwa. Ukraińcy marzą o społeczeństwie, w którym złodzieje są karani, a dobroczyńcy mają wsparcie rządu. Ty postępowałeś na odwrót. Dlatego nie możesz dłużej rządzić tym krajem”.
„Mówi się, że kłamca jest gorszy złodzieja. A ty jesteś jednym i drugim (…). Mówisz, że ludzie przejmują rządowe budynki. To nieprawda, oni je wyzwalają od przestępców, od tych, którzy krzywdzą naród złodziejstwem, fałszem, niesprawiedliwością, a od niedawna dokonują jawnych morderstw. Uczciwi przedstawiciele władzy przechodzą na stronę ludu”.
„Oddałeś temu społeczeństwu jedną przysługę. Dzięki tobie narodziła się alternatywa, ruch ludzi honorowych i uczciwych. Żal mi cię, Wiktorze. Z twojego okna widać już nową Ukrainę. Wycofaj się!”.

Swój list kończy apelem do „Partii Oligarchów”: „Jeśli sami się przebudziliście, przebudźcie prezydenta. Nie bójcie się. Jeśli jesteście uczciwymi ludźmi, Majdan podejmie z wami negocjacje”.
(za Gazeta.pl Wiadomości)

To by było zabawne, gdyby nie było tragiczne.
Oto jakiego pokroju ludzie rządzą 46-milionowym narodem ukraińskim, 150-milionowym narodem rosyjskim… etc.

* * *

PS. Jeśli list jest prawdziwy – bo przy każdym jego zdaniu ma się wrażenie, że napisał go jakiś bardzo zdolny satyryk – to tutaj, w konkurencji „obłuda”, osiągnięto według mnie mistrzostwo świata.

.

WROGOWIE LUDU – KILLING FIELDS REVISITED

Nuon Chea, najbliższy współpracownik Pol Pota, o niemal dwóch milionach ofiar komunistycznego reżimu Czerwonych Khmerów w Kambodży: wszystkiemu są winni Wietnamczycy i Amerykanie (w kadrze z Thetem Sambathem, współtwórcą filmu dokumentalnego „Wrogowie ludu”)

W chicagowskiej siedzibie Towarzystwa Sztuki, można było obejrzeć niedawno jeden z najważniejszych i najbardziej wstrząsających dokumentów ostatnich lat – film „Wrogowie ludu”, traktujący o zbrodniach kambodżańskiego reżimu Pol Pota i Czerwonych Khmerów.

PYTANIA BANALNE

Zawsze, w obliczu ludobójstwa, zawisa nad nami to pytanie: Dlaczego? Jak to było możliwe? Jakim sposobem człowiek mógł się dopuścić tak niewyobrażalnych zbrodni?
Zwykle jednak większość z nas nie chce sobie zaprzątać tym głowy i – chcąc uniknąć konieczności, a może nawet sposobności zadawania (sobie i innym) takich pytań – wypiera ze swojej świadomości niewygodne fakty. Zasłania się więc brutalną rzeczywistość kurtyną nieświadomości,obojętności, niepamięci, ignorancji i niewiedzy.
Jednakże, prędzej czy później, owe pytania w nas się pojawiają i – chcąc nie chcąc – musimy sobie dawać z nimi radę. Także  próbować znaleźć na nie odpowiedzi.
Czy będzie to ponowna konstatacja o banalności zła? O tej wiecznie obecnej w człowieku ciemnej stronie? O przyrodzonej ludzkiej naturze skłonności do gwałtu, przemocy i destrukcji? O zgubnej sile popędów i instynktów? O machiawelicznym dążeniu do władzy i kontroli nad innymi ludźmi? O braku skuteczności, nie tylko świeckiej etyki, ale i świętych kodeksów? O fiasku naszych wzniosłych ideałów i pięknych humanistycznych deklaracji?

 Takie oto myśli trywialne przyszły mi do głowy kiedy oglądałem dokumentalny film Theta Sambatha i Roba Lemkina „Wrogowie Ludu”, którego jednak banalnym żadną miarą uznać już nie można.
Również dlatego, że postawione przed chwilą pytania nie są banalne dla twórców filmu, a zwłaszcza dla Theta Sambatha, którego ojciec i brat zostali zamordowani na kambodżańskich killing fields przez siepaczy Czerwonych Khmerów. Stracił on wówczas także matkę, która zmarła przy porodzie, zmuszona wcześniej do poślubienia jednego z członków milicji, zabójców jej męża.

Wspomnienia zabójcy: „(Pewnego dnia) poderżnąłem tak dużo gardeł, że zaczęła mnie od tego boleć ręka. Wtedy przerzuciłem się na dźganie w szyję.”

POWRÓT NA POLA ŚMIERCI

Jest to film wyjątkowy pod wieloma względami.
Thet Sambath, dziennikarz z Phnom Penh, poświęcił mu ponad 10 lat swojego życia, kręcąc go w czasie wolnym od pracy zawodowej.
Po raz pierwszy słyszymy w nim jak na temat masowego ludobójstwa, jakie miało miejsce w Kambodży w latach 1976 – 79, wypowiadają się sami mordercy: ci, którzy zabijali ludzi własnoręcznie, jak również człowiek będący drugim po Pol Pocie najważniejszym twórcą i funkcjonariuszem reżimu Czerwonych Khmerów (chodzi o ministra Nuon Chea, zwanego także Bratem nr 2), który całą tę potworną ludobójczą maszynerię wprowadził w ruch.

Sambath nie szuka zemsty, on chce poznać prawdę. Robi to w sposób zdumiewający: jeździ do kambodżańskich wiosek, szuka świadków tamtych wydarzeń, a wśród nich – samych zabójców. (Porównuje to do poszukiwania „igły w oceanie”, bo cały kraj ogarnęła przecież mgła powszechnej amnezji, zwłaszcza wśród tych, co w zbrodni brali udział bezpośredni.) Znajduje ich i… stara się z nimi zaprzyjaźnić, zdobyć ich zaufanie i sprowokować do zwierzeń i konfesji. A trwa to latami! Lecz w końcu mu się to udaje. Nawet Nuon Chea – z którym Thet, mimo niezwykle sekretnej i powściągliwej natury Chea, nawiązuje nie pozbawioną autentyzmu i szczerości międzypokoleniową relację – po trzech latach zaczyna mówić (przed kamerą) o zabijaniu.

O PODRZYNANIU GARDEŁ I PICIU ŻÓŁCI

Na polach śmierci

Sambath, spotykając się ze swoimi „bohaterami” zachowuje wielki spokój i opanowanie, nieustannie się uśmiecha, jest miły, sprawia wrażenie człowieka delikatnego i ciepłego i – co ciekawe – postawa ta nie wydaje nam się  być udawana ani fałszywa. (Ale czy nie jest jednak podstępna?)
Zapewne, w sposób niemal szokujący, kontrastuje z obrazowymi i drastycznymi opisami zbrodni, które przywołują w obecności kamery Sambatha jego nowi znajomi. Jeden z nich demonstruje nawet sposób w jaki powalał ludzi na ziemię, przygniatał ich nogą, chwytał za głowy i podcinał gardła „tak, aby nie krzyczeli”: „[Pewnego razu] poderżnąłem tak dużo  gardeł, że zaczęła mnie od tego boleć ręka. Wtedy przerzuciłem się na dźganie w szyję.” Inny wspomina zaś o wyrywaniu z ludzkich zwłok woreczka żółciowego i wypijaniu jego zawartości, która podobno miała chronić przed chorobami.
Oto zaś innym razem, kiedy Sambath wraz ze swoimi towarzyszami siedzi przy sielsko-wiejskiej drodze niczym na pikniku, przechodzi obok nich starsza kobieta i zagadnięta o miejsca gdzie znajdują się masowe groby ofiar, wskazuje na znajdujące się tuż obok pole ryżowe, mówiąc: „tu leżało wiele z tych trupów, a jak się rozkładały, to wydawały taki dźwięk, jakby się gotowały – coś jak pękające bąble”.

WINNI – NIEWINNI

Jednak tym, co najbardziej mnie zdumiało podczas oglądania filmu Sambatha, było to, że ja nie tylko nie zapałałem nienawiścią, ale zacząłem ukazanym w nim mordercom… współczuć. Czy też raczej… wzbudzili  oni we mnie pewien rodzaj żalu. Zobaczyłem w nich bowiem zwykłych, normalnych ludzi, jacy zostali dość bezwłasnowolnie uwikłani w okoliczności, które następnie uczyniły z nich morderców.
Dziwne?
Ale czyż nie dziwniejsze było zachowanie Theta, który rzeczywiście i po ludzku się do nich zbliżył? A kiedy aresztowano Nuona Chea i helikopter zabierał go, by odstawić przed oblicze trybunału, który miał go osądzić, Sambath wyznał: „Nie mogę powiedzieć, że był on dobrym człowiekiem, ale czuję teraz wielki smutek”.

Thet Sambath nagrywa wyznania Brata nr 2

Myślę że jest to bardzo charakterystyczna i w sumie niezwykle rzadko spotykana w filmach tego rodzaju cecha: pewne fatalistyczne wyciszenie, brak jakiejkolwiek chęci konfrontacji, nieobecność radykalnych stwierdzeń, zupełnie wyzbycie się nienawistnych resentymentów…
Tak, jak już wspomniałem: Sambath nie szukał zemsty ale zrozumienia co rzeczywiście było przyczyną tego, że jedni (zwyczajni) ludzie zaczęli mordować drugich ludzi – równie zwyczajnych i niewinnych, często swoich sąsiadów.

Sambath też nikogo właściwie nie oskarża, choć stara się dociec, gdzie – i na czym polegała – geneza tej zbrodni. On nawet nie szuka winnych – chce jedynie wiedzieć, kto podjął decyzję o zabijaniu, na jakim szczeblu ona zapadła i w jakich okolicznościach.
I co się okazuje?
Jak zwykle w takich sytuacjach: nikt nie jest winny – wszyscy wypełniali jedynie rozkazy, bo gdyby wykonania rozkazów odmówili, to sami zostaliby zabici. Wina zostaje rozmyta w jakimś bezosobowym partyjnym aparacie, Jednak, jak się okazało, wystarczyła jedna decyzja Pol Pota i jego świty, a masowe mordy w Kambodży ustały, jak ręką odjął. [1]*

JUŻ NIGDY NIE ZOBACZĘ WSCHODU SŁOŃCA JAKO CZŁOWIEK

Thet Sambath wiele lat czekał z wyjawieniem Nuonowi Chea, w jaki sposób zginęła jego rodzina. Okłamał go mówiąc, że jego rodzice zmarli w latach 80-tych. Jak (pewnie słusznie) uważał, gdyby Chea się o tym się dowiedział, to Thet nigdy by nie wyciągnął od niego zwierzeń i przyznania się do tego, że to właśnie on, wraz z Pol Potem, zadecydowali o rozpoczęciu etnicznych czystek: „gdybym okazał tym ludziom litość, mój kraj byłby stracony” – powiedział przy tej okazji, dodając, że ich rząd z założenia miał być „czysty, pokojowy, o jasnym spojrzeniu”. Zaczęli jednak od fizycznej eliminacji „wrogów ludu”.
Wcześniej Thet nie omieszkał jednak pokazać Nuonowi filmu z nagraną egzekucją Sadama Hussajna, którą ten skomentował następująco: „To straszne, że w ten sposób skończył prawdziwy patriota. Ale on i tak jest zwycięzcą”. A kiedy zaprosił do domu Chea dwóch wspomnianych już ludzi, którzy dokonywali masowych egzekucji własnymi rękami, ten ich zaczął pocieszać, że walczyli po właściwiej stronie i że wg nauk Buddy, nie można ponosić winy za czyn, którego intencją było co innego, niż to, co się stało.

Lecz Thet w końcu musiał powiedzieć Chea prawdę. I fragment filmu ukazujący moment, w jakim to robi, należy do najbardziej poruszających i zapadających nam w pamięć obrazów.

A skoro mowa o buddyzmie. Jeden z występujących we „Wrogach ludu” zabójców uznaje się za buddystę. Wierzy w reinkarnację. Wie, że będzie musiał przejść wiele bolesnych wcieleń, zanim ponownie odrodzi się w ludzkiej postaci. Tak naprawdę, to on już teraz nie uważa się za członka ludzkie wspólnoty, zwierzając się nam przed kamerą: „Już nigdy nie zobaczę wschodu słońca jako człowiek”.
I właśnie w takiej chwili widzimy w nim prawdziwe człowieczeństwo.

*  *  *

[1]* PRZYPIS: odrębnym tematem jest tu amerykańskie uwikłanie się w relacje z reżimem Czerwonych Khmerów. Już w 1975 roku, Henry Kissinger, podczas swojej wizyty w Tajlandii, powiedział do tamtejszego ministra spraw zagranicznych: „You should also tell the Cambodians that we will be friends with them. They are murderous thugs, but we won’t let that stand in our way. We are prepared to improve relations with them.” („Powinniście też powiedzieć tym w Kambodży, że będziemy ich przyjaciółmi. To są morderczy bandyci, ale my i tak nie pozwolimy, aby to stanęło na naszej drodze. Jesteśmy gotowi, by poprawić nasze relacje z nimi.”) Źródło: „Cambodian Genocide Program” (publikacja Uniwersytetu Yale).
Niestety, nawet po 1979 roku, kiedy już wiedziano wszem i wobec o krwawej łaźni jaką urządzili Khmerowie swoim rodakom  (anihilując  blisko czwartą część całej populacji Kambodży), amerykańskie poparcie dla „morderczych bandytów” wcale nie ustało (choć nie było już takie oficjalne).

Tym, którzy zainteresowani są amerykańską polityką w Indochinach w latach 70-tych (z uwzględnieniem morderczych ataków lotnictwa USA na Kambodżę, w których poniosło śmierć ok. 600 tys. ludzi, a które de facto umożliwiły przejęcie władzy przez Czerwonych Khmerów w 1974 r.), polecam artykuł Z. M. Kowalewskiego pt. „Czas Czerwonych Khmerów”, jaki ukazał się w polskiej edycji „Le Monde Diplomatique” w 2010 roku.

ANEKS

Nie tak dawno trafiłem na – nazwijmy to – ciekawą stronę występującą pod szyldem „Trzeci Świat”. Jej autorami (autorem?) jest „organizacja trzecioświatowego maoizmu”, mianująca siebie także jako „Organizacja Czerwonej Gwardii”. W pierwszej chwili pomyślałem, że jest to jakaś kolejna kuriozalna stronka (jakich w internecie jest wiele), ale nie…  pomijając  ewidentne oderwanie od rzeczywistości obsługujących tę witrynę „polskich trzecioświatowych maoistów”, znaleźć tam można naprawdę wiele interesujących materiałów, które mają jednak dużą wartość historyczną i archiwalną.
W związku z podjętym przeze mnie w tym wpisie tematem, chciałbym przedstawić fragmenty kilku artykułów nawiązujących do Czerwonych Khmerów. Pozostawię ich do oceny tym, których to zainteresuje – powstrzymując się tu od własnego komentarza.

W walce o świetlaną przyszłość – młodzi bojownicy Czerwonych Khmerów

*

1. Cytaty z artykułu pt. „Korzenie intelektualne i ideologiczne ruchu Czerwonych Khmerów”.

Organizacja Czerwonej Gwardii: „Przedstawiamy niezwykle interesujący tekst omawiający ideologię jednej z najbardziej fascynujących organizacji rewolucyjnych XX wieku – Komunistycznej Partii Kampuczy, znanej szerzej jako Czerwoni Khmerzy. Po obaleniu rządów KPK w Demokratycznej Kampuczy przez rewizjonistów wietnamskich partia ta była szkalowana i oczerniana przez rewizjonistów i pierwszoświatowców, wymyślających brednie o „ludobójstwie”, czy „totalitaryzmie”. Mit „pól śmierci” zaciemnia prawdziwy obraz i historię ruchu Czerwonych Khmerów, utrudniając poważnym badaczom dotarcie do prawdy. Dla Organizacji Czerwonej Gwardii historia Rewolucji Kampuczańskiej jest tym bardziej interesująca, że często Pol Pota i jego towarzyszy oskarża się o maoizm. Prawda jest jednak bardziej złożona, czego można dowiedzieć się z tekstu Adama Jelonka. OCG krytycznie ocenia Czerwonych Khmerów, nie ze względu na Tuol Sleng, czy pola śmierci, ale ze względu na ich ultralewicowe odchylenie, które doprowadziło do rewizji marksizmu-leninizmu” – pisze „redakcja” OCG, a następnie przestawia tekst Jelonka, z którego pozwolę sobie wyłuskać parę cytatów:

„Większość elementów radykalnej rewolucji Czerwonych Khmerów znajduje bowiem swe odniesienia w dokonaniach rewolucji chińskiej. Na konferencji prasowej w Pekinie w drugiej połowie 1977 roku Pol Pot po raz pierwszy potwierdził wczesne związki między rozwojem ruchu rewolucyjnego w Kampuczy, a myślą Mao: “W 1957 roku założyliśmy komitet… zdecydowaliśmy, że parlamentarna droga wiedzie donikąd. Czerpaliśmy… szczególnie z prac towarzysza Mao Tse-tunga, doświadczeń chińskiej rewolucji, odgrywającej niezwykle doniosłą rolę w tym okresie.”
(…)

Mao i Pol Pot (w tle)

Potwierdzenie wpływów myśli Mao znalazło swój wyraz w innych publicznych wystąpieniach. Jesienią 1977 roku Pol Pot oświadczył: “W walce rewolucyjnej w naszym kraju, w sposób twórczy i z powodzeniem wcielaliśmy w życie myśl Mao Tse-tunga od chwili gdy nie dysponowaliśmy niczym, prócz gołych rąk, po 17 kwietnia 1975”.
(…)
„Zrozumienie celów maoistowskiej idei wielkiego skoku i rewolucji kulturalnej rzuca więcej światła na związki doktrynalne z przywódcami Demokratycznej Kampuczy. Idee maoistowskie sprowadzały się do pragnienia przekształcenia chłopstwa w nowoczesnych producentów, oddanych dla idei kolektywizmu. Mao uznawał konieczność realizacji trzech etapów rewolucji:
1. Likwidacji starej elity wiejskiej i właścicieli ziemskich dzięki realizacji programu reformy rolnej;
2. Zlikwidowania chłopskiego przywiązania do własnej ziemi i własności prywatnej przez ustalenie własności kooperatywnej;
3. Masowej restrukturyzacji organizacji pracy, która dokonać się miała dzięki procesowi budowy komun ludowych.”

2. Fragmenty artykułu pt. „Recenzja książki Malcolma Caldwella „Bogactwo niektórych narodów”.

OCG: „Malcolm Caldwell był jednym z kilku mieszkańców Zachodu, którzy kiedykolwiek odwiedzili Kambodżę w trakcie władzy Czerwonych Khmerów.(…) napisał kilka wartych uwagi książek i artykułów. Opublikowana w roku 1977, rok przed jego śmiercią, „Bogactwo niektórych narodów” była ostatnią książką, którą napisał.
(…) Caldwell ma całkowitą rację mówiąc, że jedyną drogą do rozwoju Trzeciego Świata jest walka zbrojna.(…) Śmierć Mao i powrót Deng Xiaopinga były tylko ostatnimi gwoździami do trumny. Wietnamski socjalizm z kolei był od samego początku martwy, wskutek wpływów rewizjonizmu i radzieckiego socjalimperializmu. W tamtym okresie, gdy po heroicznych walkach przeciwko ludobójczemu imperializmowi amerykańskiego, socjalizm zanikał na całym świecie, wydawało się, że Czerwoni Khmerzy przeprowadzają radykalną wersję rewolucji socjalistycznej. W 1977 nadzieje Caldwella, podobnie jak wielu innych, ulokowane zostały w pozornie radykalnych propozycjach społecznych Czerwonych Khmerów. Jednak, jak się okazało po ujawnieniu ich błędów w wyniku wietnamskiej agresji i okupacji ich kraju, nadzieje te były chybione. Pomimo, że Caldwell mylił się chwaląc domniemany „sukces” Kampuczy, miał on jednak rację wskazując, że drogą do rozwoju jest walka zbrojna i socjalizm. Dzisiaj jest to droga globalnej wojny ludowej, prowadzonej przez trzecioświatowy maoizm.”

Pol Pot – Brat Nr 1

3. Fragmenty artykułu „Kampuczańskie doświadczenie”.

OCG: Publikujemy tekst, który zrywa z mitem Demokratycznej Kampuczy stworzonym przez imperialistów i trockistów. Tekst jest szczególny, ponieważ jego autor, Ezrom Mokgakala był w Demokratycznej Kampuczy w roku 1978 i na własne oczy widział osiągnięcia rewolucyjnego rządu. Jego słowa powinny być wzięte na poważnie, w przeciwieństwie do kłamstw rozpowszechnianych przez wrogów rewolucji. Podpiera je jego rewolucyjny autorytet. Ezrom Mokgakala był członkiem Komitetu Centralnego Panafrykańskiego Kongresu Azanii, i członkiem Wysokiego Dowództwa Azańskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, która do dzisiaj toczy walkę o wyrwanie Południowej Afryki z łańcucha kapitalistycznego. (…) Poniższy tekst po raz pierwszy opublikowano w czasopiśmie Ikwezi z 11 marca 1979 roku.

Cytaty z „dzieła” Ezroma Mokgakali:

– „Z tej historii można wynieść dwie główne lekcje. Pierwsza jest taka, że lud Kampuczy jest ludem heroicznym, który walczył i pokonał lokalnych i zagranicznych ciemiężycieli, czasami walcząć gołymi rękami. Z tej lekcji możemy wywnioskować, że są oni naprawdę odważnym ludem, który zasługuje na zachwyt i pomoc wszystkich prawdziwych rewolucjonistów. Drugą lekcją jest fakt, że pomimo ich bohaterstwa, ich poświęcenia długo nie przynosiły rezultatów.”

„Poprawna linia polityczna wyrasta z samego ludu, nie może być kopiowana z innych krajów” powiedział Towarzysz Hong, przywódca Kampuczańskiego Komitetu Przyjaźni z innymi krajami. „Poprawna linia polityczna zapewni, że zwycięstwo ludu nie zostanie zdradzone” dokończył.
Towarzysz Hong położył nacisk na fakt, że „po poprawnym zrozumieniu lekcji z historii kampuczańskiego ludu, przywódcy rewolucyjnego ludu Kampuczy zrozumieli, że lud będzie zwalczał wroga aż do końca, pomimo jego brutalności.”

Odkurzanie czaszek wydobytych z masowego grobu na terenach obozu tortur Cheung Ek, gdzie trafiały ofiary terroru Czerwonych Khmerów

– (Pierwszy Zjazd Komunistycznej Partii Kampuczy) „zadecydował, by rozpocząć organizowanie chłopstwa w celu obalenia ciemiężycieli i zdobycia władzy politycznej. Wszystkie kadry partii zostały przeszkolone w celu wprowadzenia tej rewolucji w życie w najbardziej zdeterminowany i stanowczy sposób poprzez życie wśród chłopstwa i nie oczekiwaniu na żadne zagraniczne rady, które miałyby dotyczyć tego zadania. Mieli polegać całkowicie na pomysłowości i kreatywności mas. Droga do walki zbrojnej została wytyczona.”

– „MOBILIZUJĄC CHŁOPSTWO. Partia rozpoczęła dokładne badania kwestii chłopskiej. Kadry Partii zostały wysłane na wieś by żyć pośród chłopów w celu zrozumienia rzeczywistości ich egzystencji. (…) Ze względu na tą nędzną egzystencję, słabe zdrowie i wykształcenie, chłopi stali się twardym jądrem, oparciem Narodowo-Demokratycznej Rewolucji. Ze względu na strategiczne znaczenie tej klasy, Komitet Centralny Komunistycznej Partii Kampuczy zadecydował by przenieść się na wieś, blisko chłopstwa. W ciągu roku 90% członków Komitetu Centralnego znalazło się na wsi.”

„Trzeba pamiętać, że przeprowadzanie Rewolucji Ludowo-Demokratycznej oznacza dla uciskanych i wyzyskiwanych mas nowe, lepsze życie. (…) Od samego początku Komunistyczna Partia Kampuczy była tajną organizacją, ponieważ reakcyjny reżim zabronił istnienia partii komunistycznych w kraju i wszczął brutalną kampanię przeciwko tej idei. Eliminowano wszystkich znanych komunistów poprzez morderstwa i siano strach wśród ludu poprzez kłamliwą propagandę. Na przykład rozsiano plotkę, że komuniści używają sierpa by łapać ludzi za kark, a młota by rozbić im głowy. Ponieważ przeciwdziałanie tej propagandzie byłoby zbyt kosztowne, zdecydowano zignorować ją i działać w sekrecie pośród ludu. Komitet Centralny zbudował Zjednoczony Front Narodowy, który z sukcesem doprowadził lud do ostatecznego zwycięstwa.”

Kości ofiar Czerwonych Khmerów zgromadzone w Muzeum Ludobójstwa w Phnom Penh


KOMUNIZM PO HOLLYWOODZKU (Więcej niż kino: „Czerwoni”)

Komunizm jako barwna kanwa dla burzliwego romansu?
Coś takiego mogło się zdarzyć tylko apologetom ustroju w służalczych kulturach państw „demo-ludowych” lub w… kapitalistycznym do szpiku kości Hollywood!

Diane Keaton i Warren Beatty w "Czerwonych"

„Czerwoni” („Reds”), film oparty na biografii Johna Reeda, autora głośnej, zajmującej się rewolucją październikową książki „Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem”, to jedno długie pasmo paradoksów. Film o komunistach pojawia się na amerykańskich ekranach w czasach, kiedy stery rządu przejmuje człowiek od 30 lat deklarujący się jako zagorzały przeciwnik wszystkiego, co bardziej na lewo. A w dodatku ktoś, kto jest (był) aktorem. Reaganizm to również przypływ w społeczeństwie amerykańskim kapitalistycznego wigoru i optymizmu, nadziei na kolejną hossę.
Pomysł pokazania Amerykanom w takim momencie filmu zajmującego się ruchem lewicowym w Stanach Zjednoczonych oraz przewrotem bolszewickim – a ponadto skłonnego do uwznioślania i heroizacji tematu – tylko z pozoru jednak wyglądał na ryzykowny i odważny. Jego projekt filmu zrodził się bowiem w głowie Warrena Beatty kilkanaście lat wcześniej, u progu lat 70-tych, kiedy to radykalizm młodego pokolenia nie wytracił jeszcze swego impetu i nie rozmył się w bezideowości nadchodzącej dekady. Kiedy więc Beatty zdobył sobie w Hollywood pozycję, dzięki której jego plany stały się  realne, było to już w czasie, kiedy premiera takiego właśnie filmu jak „Czerwoni” wydawać się mogła czymś niestosownym. Zresztą, zazwyczaj demonstracja „czerwieni” przed Ameryką dość alergicznie przecież wyczuloną na komunizm, wygląda jak wymachiwanie czerwoną płachtą przed bykiem.

REWOLUCJONISTA BEZ GŁOWY

Zetknąłem się z opinią, że tak naprawdę, to bohater grany przez Beatty’ego zachłystuje się rewolucjonizmem tylko po to, by śmiertelnie się na nim sparzyć. Lecz ja, niestety, nie odnalazłem w tym hollywoodzkim produkcie prawdziwego oblicza „10 dni, które wstrząsnęły światem”, ani tym bardziej rozczarowania Reeda tym wydarzeniem, o poczuciu skruchy nie wspominając. Cały przewrót październikowy ukazany jest jako „doniosłe wydarzenie historyczne” – z całą, idąca za tym, polityczną „pompą”. Pełni ono jednak w zasadzie tylko funkcję tła, wyznacza pewne momentum grandioso dla uwznioślenia romansu Reeda i Louise Bryant (Diane Keaton). Tryumf i burzliwość Rewolucji to tryumf i gwałtowność ich związku. Wybuch entuzjazmu rewolucjonistów ma służyć głownie podkreśleniu miłosnego uniesienia pary kochanków.
Dopiero na 20 minut przed końcem filmu (trwającego bite 3 i pół godziny) podejmuje się niejaką próbę kontestacji ciemniejszej strony sowieckiej rewolucji, którą wcześniej w zasadzie przez cały czas się ignoruje, zbywając niewygodne fakty milczeniem.

Ponoć zauroczenie Reeda ruchem komunistycznym skończyło się totalnym i bolesnym rozczarowaniem. Niewątpliwie, skoro był on człowiekiem równie uczciwym, jak i inteligentnym, musiał w końcu przejrzeć na oczy, spojrzeć ruskiemu niedźwiedziowi prosto w gębę, dostrzegając wreszcie jak mu paskudnie ze ślepi patrzy. Tego jednak w filmie nie zobaczymy. Reed w wydaniu Beatty’ego jest co najwyżej jakby nieco otumaniony. Jeśli rozczarowany – to niemożnością kontaktu z Louise, ze swoim krajem, (czyli Ameryką) oraz gwałtem jaki wydaje się mu zadawać Zinowiew (w roli tej widzimy samego Jerzego Kosińskiego) mówiący o zatraceniu się w rewolucji, poświęceniu się jej w całości i bezwarunkowo – odzierając go w ten sposób z resztek instynktownego amerykańskiego indywidualizmu. Dochodzi do tego, że Reed drze swoją rezygnację z członkostwa w Komitecie (którą miał złożyć w proteście przeciw ignorowaniu przez towarzyszy sowieckich jego macierzystej organizacji w Stanach)  i w nagrodę delegowany jest na Wschód, by zająć się agitką… tym razem świata arabskiego, bo również i tam zdążono się już zarazić komunistycznym tyfusem. To jednak okazuje się ponad jego siły. Dla „towarzysza” z jedną nerką, nadciśnieniem, szkorbutem i gruźlicą (skutek zarówno pobytu w fińskim mamrze jak i wśród rdzennych komunistów) podobny wypad musiał zakończyć się tragicznie.

JAK ZOSTAĆ BOHATEREM?

Ponoć Warren Beatty przez ponad dekadę pieścił w sobie ideę wcielenia się w bohatera romantycznego, jakim w jego mniemaniu był Reed i przeniesienia jego dramatycznego żywota na ekran. I to w „Czerwonych” widać – niestety kosztem historycznej ostrości i humanistycznej uczciwości – co pociąga za sobą zanurzenie się po uszy w melodramacie. A należy pamiętać, że Beatty przyjął na siebie zadanie producenta, reżysera, scenarzysty i odtwórcy głównej roli (czegóż to się nie robi by zneutralizować własną reputację bawidamka – największego kobieciarza Hollywoodu?). Przy czym, należy tu jednak dodać, że ukazuje on również tę mniej heroiczną stronę Reeda – jego słabości, konsternację i frustrację… przy czym bliższe to jest jakiejś chłopięcej kokieterii, niźli chęci dopełnienia ludzkiego wymiaru tej postaci.

Film skupia się przede wszystkim na ukazaniu związku Johna Reeda i Louisy Bryant, kobiety wyzwolonej, ekscentryczki, pisarki radykalnej, która zerwała ze swym burżuazyjnym środowiskiem uciekając z położonego w stanie Oregon Portland od męża – dentysty, wprost do bohemy nowojorskiej Greenwich Village, pogrążonej w intelektualnym fermencie początku stulecia. Tam, związana z Reedem, nie budząc zresztą większego zainteresowania wśród otaczających ją artystów, pisze lewicujące artykuły i towarzyszy kochankowi w jego coraz większym zaangażowaniu się i wikłaniu w ruch socjalistyczny. Flirtuje także przy okazji z samym Eugenem O’Neillem (Jack Nicholson powściąga swój cynizm odtwarzając postać słynnego dramaturga).

Romancing the communism: John Reed (Warren Beatty) dywaguje ideologicznie z Leninem (Roger Sloman)

*

Sugeruje się nam w filmie arystokratyzm postawy Reeda (motto obrazu: „Trzeba obrać sobie coś, dla czego warto żyć i za co warto umrzeć”) i jego rozdarcie między miłością do Louise a poświęceniem dla rewolucyjnej Sprawy (vel Idei)… Diane Keaton ma w filmie kilka wyśmienitych momentów, jednak odgrywanej przez nią postaci brakuje spójności (nie wspominając już o prawdopodobieństwie). Wszystko wskazuje na to, że służyć ma ona głównie naświetleniu ekranowej osobowości Reeda. Nie raz np. widzimy to  oniemiałe od podziwu oblicze Keaton będącej świadkiem płomiennych, pełnych pasji, rewolucyjnych wystąpień Reeda; lub tę wydumaną, absolutnie już fikcyjną przeprawę przez śnieżne ostępy Finlandii w celu połączenia się z romantycznym – tu: również umęczonym – kochankiem.
W takich momentach film niebezpiecznie zbliża się do sentymentalnych cliché, nadymając się patosem przypominającym nieco „Doktora Żywago” – jeszcze jedną „zamaszystą” epikę ukazującą „jak to Amerykanie wyobrażają sobie Rewolucje Bolszewików”. Moim zdaniem kompromituje to w pewnym stopniu wiarygodność związku Reeda z Louise, któremu wszak – z drugiej strony – nie brakuje jednak iskry i autentyzmu, bowiem scenariusz i reżyseria Warrena Beatty (za tę ostatnią otrzymał on Oscara) – trzeba to sobie uczciwie powiedzieć – jest  nad wyraz sprawna i profesjonalna.

FLIRT Z HISTORIĄ

Niewątpliwie, mimo swych skaz i usterek, ideologicznego błądzenia a nawet sporego rozbratu z realiami, film ów wart jest uwagi oraz naszego, trzy i pół-godzinnego z nim obcowania. Jest to bowiem mimo wszystko obraz „z klasą”, nie pozbawiony przy tym duszy. W Ameryce określono go jako film będący jednocześnie komedią romantyczną, chwytającym za serce melodramatem, filmem kostiumowym, spektaklem na olbrzymią skalę, lekcją historii, parabolą dla współczesności.

„Film kostiumowy”?, „melodramat”? – ma pewno; „komedia romantyczna”?, „spektakl”? – być może; „lekcja historii”?, „parabola dla współczesności”? – no… z tym ostatnim to już trudno się jednak zgodzić. Czy może lekcją historii być obraz, w którym tak zbrodniczy eksperyment ludzkości – jakim de facto była rewolucja bolszewicka (z wszystkimi jej powikłaniami) – wykorzystuje się do wygrywania własnych romantycznych tęsknot i ciągot, nie obdarzając go przy tym należytym i odpowiedzialnym komentarzem. Czy naiwność (nieświadomość? a może świadoma ignorancja?) Warrena Beatty’ego może go usprawiedliwiać? Już to, że w Hollywood umożliwiono mu nakręcenie takiego filmu – wykładając na to dziesiątki milionów dolarów – mówi samo za siebie. Otóż nikt nie wierzył w jego szkodliwość, nikt się go nie obawiał, umieszczając go w przynależnym mu naturalnie wymiarze ludycznej (rozrywkowej) fantazji.

* * *

Amerykanin w pogoni za komunistycznym złudzeniem

*