JE SUIS CHARLIE?

.

Demonstracja siły czy bezsilności - politycy demonstrują w Paryżu po ataku na Charlie Hebdo

Demonstracja siły czy bezsilności ? – Europejscy politycy na paryskiej ulicy po ataku na redakcję Charlie Hebdo

.

A propos ostatnich wydarzeń we Francji: czy aby na pewno wolność wypowiedzi nie powinna mieć granic? Czy łączy się to z pojęciem wolności absolutnej?
Otóż, moim zdaniem, nie ma – i być nie może – wolności absolutnej, również jeśli chodzi o swobodę wypowiedzi – jeśli chcemy funkcjonować na pewnym kulturowym poziomie (uważając, że jest inaczej, okłamujemy samych siebie). Poza tym – sprawa niezwykle tutaj ważna – należy dotrzeć do prawdziwych przyczyn radykalizacji terrorystycznej „islamistów”. Lecz, aby to zrobić, należy się cofnąć historycznie do czasów europejskiej kolonizacji globalnej i przeanalizować politykę Zachodu wobec świata arabskiego, zwłaszcza tę na Bliskim Wschodzie (a jeśli chodzi o Francję – w Afryce północno-zachodniej). Ale to jest bardzo niewygodne, wymyka się schematom, burzy nasze poczucie wyższości wobec innych cywilizacji, więc łatwiej zrobić pokazówkę, jak ta demonstracja biorących się pod rękę różnej maści polityków i przywódców państw w Paryżu. Mam też wątpliwości, czy aby nadawanie tak kolosalnego znaczenia tej tragedii (jest ona niewątpliwie wielką tragedią dla rodzin i bliskich tych, którzy zostali zamordowani), nie zachęci innych desperatów do podobnych czynów – skoro okazują się one tak skuteczne medialnie, godzące boleśnie w zadowolone konsumpcyjnie i cieszące się wolnością obywatelską, społeczeństwa Zachodu.

Czy jesteśmy lepsi od muzułmanów?
Cywilizacja europejska tylko w jednym XX wieku zgotowała sobie dwie wojny światowe – pełne niewyobrażalnych zbrodni i dziesiątków milionów trupów(a działo się to zaledwie wczoraj) – a i tak mamy poczucie wyższości, uważając się za lepszą cywilizację od każdej innej, a zwłaszcza islamskiej. Jednakże wystarczy tylko bliżej przyjrzeć się naszym „występom” na różnych kontynentach, które eksploatowaliśmy dla naszej (zwykle materialnej) korzyści, w ciągu ostatnich kilkuset lat.

Niestety, hipokryzja Zachodu nie zna granic.
Gdzie byli przywódcy Zachodu, kiedy wojsko izraelskie w ciągu kilku tygodni wymordowało ponad dwa tysiące ludzi w Gazie (głownie cywilów – kobiet i dzieci)? Czy demonstrowali w wielkim oburzeniu, biorąc się za ręce (swoją drogą: jak można się brać pod rękę z Netanyahu, człowiekiem odpowiedzialnym za zbrodnie wojenne, to przechodzi ludzkie pojęcie!) Czy „wrażliwych” Europejczyków obchodzą setki tysiące ofiar wojny w Iraku, rozpętanej przez rząd USA w oparciu o kłamstwo i ignorancję amerykańskiego prezydenta? Co z ponad 200 tysiącami ofiar w Syrii? Co z kompletnie zdestabilizowaną Libią!? Co ze skorumpowanym i zdewastowanym Afganistanem? Czy pamięta ktoś jeszcze setki tysięcy ofiar – ludzi spalonych amerykańskim napalmem – w Indochinach (lata 60-te i 70-te)?
Niestety, wszędzie tam wspaniała cywilizacja Zachodu maczała palce, stosując swoją pokrętną, pełną hipokryzji i podwójnych standardów, politykę – nastawioną głównie na własne, partykularne, egoistyczne interesy i korzyści. Czy wobec tego wszystkiego wystarczy wziąć udział w rozdmuchanej do absurdalnych rozmiarów demonstracji (taka jak ta ostatnia, w Paryżu) by poczuć własną wyższość nad barbarzyńcami z innych cywilizacji? Czy takie pozerstwo może cokolwiek załatwić – oprócz utwierdzenia się we własnej iluzji?

Jak się dowiedziałem, dzisiaj we Francji postawiono w gotowości bojowej dziesiątki tysięcy policjantów, komandosów i służb specjalnych. I to właśnie jest moim zdaniem wygraną terrorystów – zemsta tych morderców zza grobu. Uważam bowiem, że nigdy podobnymi środkami (które wyglądają jak demonstracja siły, a są wg mnie przejawem poczucia niemocy) nie pozbędziemy się terroryzmu. Wręcz przeciwnie – taka militaryzacja kraju powiększa jedynie traumę i stress, poczucie zagrożenia, i spowoduje jeszcze większą mobilizację ewentualnych terrorystów. Należy dotrzeć do przyczyn i źródła choroby, a nie zajmować się tylko jej skutkami, „lecząc” objawy.

greydot

CZŁEKOZWIERZENIA (poema życiowe naiwne)

*

I

Jeszcze nie pora by zgasić wszystkie lampy świata

Zasłonić ciemną kurtyną okno z widokiem na gwiazdy

Zamknąć wszystkie drzwi bez klamek i dziurek od klucza

Przykryć się całunem chłodnym jak zimowa noc

I już nie słyszeć więcej słów, kroków, płaczu ani śmiechu

W ciszy niebijącego już serca i zastygłej w żyłach krwi

*

II

Jeszcze czujesz swe ciało, choć coraz bardziej ci obce

Jeśli coś boli to wiesz, że ten ból w końcu przeminie

Bez większej zadyszki wdrapujesz się na wysokie góry

By z ich szczytów napawać oczy niezwykłym widokiem

Nadal możesz smakować słodycz lub cierpkość owoców

Których obfitość, kształt i kolory nie przestają cię dziwić

Czułym dotykiem oswajasz otaczającą cię zewsząd materię

Pod twoją dłonią staje się ona czasem posłuszna jak pies

Szukasz, sięgasz po formę, chwytasz, obejmujesz, wąchasz…

Ot, choćby tę karafkę wypełnioną do połowy płynem

Krople czerwonego wina drażnią delikatnie twój język

Cieszą oko refleksy światła – promienie tańczące na szkle

Oszałamia cię zapach i piękno wdzięczących się kwiatów

Śpiewy ptaków kryjących się w gęstwinie i koronach drzew

Zapuszczasz się w dzikie dżungle, w egzotyczne pustynie i puszcze

W lesie gubisz szlak bo wypatrujesz zwierząt i potrafi cię zdumieć

Szkliste oko sarny i niesamowite pręgi na tygrysiej skórze

Zwaliste cielsko grizzly i majestatyczne poroże wapiti

Uderzające piękno twoich braci mniejszych i większych

Cały ten inwentarz i menażeria ziemskiego poletka

Podobnemu niebu ale i podobnemu piekłu

Do którego i ty masz szczęście i nieszczęście należeć

*

III

Między jednością a osobnością plącze się twoja świadomość w Naturze

Wtedy, kiedy czujesz, że jesteś jedną z przyrodzonych jej cząstek

Może cię cieszyć ta więź – przepełniać błogie poczucie harmonii

Ale bywa też tak, że wobec Przyrody czujesz się obco, nieswojo

Bo przecież zostałeś kiedyś wygnany z jej naturalnego Raju

Dowiadując się wówczas (na dobre i na złe), że jesteś jednak INNY

Możesz to uznać za bezcenny dar, ale też i za wieczną klątwę, bo odtąd

Rozdarty między wspomnieniem niewinności a przekleństwem wiedzy

Żyjesz na granicy naturalnie i sztucznie stworzonych światów

Wiesz za mało by stać się w pełni mądrym i rozumnym człowiekiem,

A jednak zbyt dużo, by pozostać dzikim i bezmyślnym zwierzem

*

IV

Dzieciństwo – młodość – wiek dojrzały – starość

W jakim to wieku jesteśmy najbardziej sobą?

Jaką to porą świat odbieramy zmysłami najostrzej?

A znów kiedy ogarniamy go myślą najpełniej?

Czy może jest tak jak pisał swego czasu Szekspir: 

„Młodości nie masz ty ani starości – to jakby tylko w drzemce

Śniły się one tobie bardziej lub mniej nieprzytomnie”

Ale czy to głos doświadczonego rozsądku czy też fanaberia

Bo przecież nic tak nie trwoni życia jak młodość

I nic tak jak starość nie ciuła każdej jego chwili

(Mimo że tych oszczędności nie sposób jest wydać)

Dojrzewamy ale czy z wiekiem stajemy się lepsi i mądrzejsi?

Czy jesteśmy jak wino, które im starsze tym bardziej szlachetne?

To, co w młodości jest słodkie, bywa często gorzkie na starość

Siwe włosy dodadzą ci może więcej powagi, lecz nie poważania

Pociecha, że przełoży się to na szacunek do ciebie jest złudna

Zresztą – cóż po szacunku gdy całe ciało zaczyna się rozpadać

Odmawiając posłuszeństwa jak rozregulowany mechanizm,

do którego, tak naprawdę, nie ma żadnych części zamiennych

Gdy jesteś młody, nie potrzeba niczego, co dodawałoby ci skrzydeł

Ale gdyś stary i niedołężny, potrzebujesz kogoś, kto podsunie ci basen

Jak pisał wieszcz: wiek cię zamroczy, pochylisz ku ziemi poradlone czoło

„Tępymi oczami” zakreślisz świata marne i zamglone koło

A samolubna młodość zatryumfuje, „opleśniałej zbywszy się kory”

Nie myśląc o tym, że i ona sama wkrótce stanie się podobna do niej

*

V

Jeszcze nie zobojętniały ci kuszące podszepty Erosa

Nadstawiasz uszu bo ktoś – lub coś – obiecuje ci rozkosz

Kątem oka spostrzegasz zgrabną kibić młodej dziewczyny

Tudzież podniecającą krągłość piersi kobiety dojrzałej

Burzę niesfornych włosów rozwiewanych przez wiatr

Długie nogi wyłaniające się spod kusej spódniczki

Wąską suknię opinającą jędrne pośladki i kryjącą łono

Preludium do chwili zapomnienia się w dreszczach

Kiedy wszystko przestaje istnieć – nawet cierpienie

Zamieniane w przyjemność rozchodzącą się w ciele

I niosącą przy tym zapomnienie o złu tego świata

W równym stopniu boskiego, co i diabelskiego przecież

Ale czy podobna dwoistość znajduje się też w seksie?

Czy można w nim znaleźć jakiś święty pierwiastek?

Innymi słowy: czy to, co erotyczne, może też być i sakralne?

Czy orgazm jest czymś więcej niż tylko nerwowym spazmem

Nagłym skurczem mięśni zwalniającym twój mózg od myślenia?

Chciałbyś w tym zespoleniu (nie tylko ciał, ale i dusz) odkryć rys metafizyczny

Tylko czy z metafizyką może mieć cokolwiek wspólnego oksytocyna?

*

VI

Jak dużo zostało w tobie zwierza, jak dużo jest z człowieka?

Czy podszept serca tkliwy to nie jest podstęp hormonów,

Które chcą się dobrać do lepszej puli genów skrytych

W powabnych ciałach roześmianych i kwitnących dziewcząt?

Układałeś wiersze o miłości – mądre i głupie, proste i złożone

I nawet wierzyłeś w to co piszesz, bo nie chciałeś myśleć

O wielkim poruszeniu w okolicach swojego podbrzusza

Ani o tym, że to co się dzieje w głodnym seksu ciele

Jest tak pospolite jak sfora psów uganiających się za suką w cieczce

Ale ty byłeś oczywiście inny – bo otoczony książkami w bibliotece

Gdzie zamieniałeś nocne polucje na wysublimowaną poezję Rilkego

I gdzie czytałeś o romantycznych uniesieniach wielkich kochanków

O zatracaniu się ich w sobie – o zgubnych namiętnościach, pasji

O uczuciach płonących i pożądaniu silniejszym od śmierci

Czy były to tylko rojenia zbyt gorącej głowy?

Wysiłek mózgu chcącego się uporać z zalewającą go chemią?

A może jednak, mimo wszystko, jakiś boski był w tym zamysł

Na zwierzęcej osnowie budowana ludzkiej duszy wzniosłość

Gdzieś w idealnej krainie marzeń, pragnień, wyobrażeń i tęsknot

Spełniająca się potrzeba wyższego jednak rzędu?

Choć nadal trudno czasem ci rozstrzygnąć czy zadurzony człowiek

Bardziej subtelnym kochankiem jest, czy też pożądliwym samcem

(Tak więc – jest wielka miłość, a może tylko chuć i złudzenie?)

*

VII

Jak dużo zostało w tobie zwierza, jak dużo jest z człowieka?

Zabijałeś dla zabawy choć wcale nie było to konieczne

Nikt ci nie wydzierał ubitej zwierzyny, nie musiałeś walczyć

Z innymi drapieżnikami, ani oznaczać swoich terenów łowieckich

Bo supermarket z mięsem był tuż za rogiem osiedlowej ulicy

Pełen zaszlachtowanych zwierząt pokrojonych w porcje,

Zamienionych dla ciebie w steki, pasztety, bitki i kiełbasy

Wystarczyło tylko panom rzeźnikom pokazać plastik

Karty kredytowej – tej przepustki do świata konsumpcji,

Który podsuwa ci pod nos wszystko co potrzebne i niepotrzebne

Mamiąc obfitością nie znającą umiaru, taktu i granic, choć ty

Nie jesteś w stanie tego wszystkiego połknąć, przeżuć ani strawić

Napawając się złudnym bogactwem (podobno) lepszej części świata

Oddającego się orgii używania, zysku i chciwości – pogoni za zbytkiem

Czyniąc z Wielkiego Żarcia świąteczny rytuał i konsumpcyjny dryl

A ze sztuki kulinarnej domenę drapieżcy pozującego na degustatora

(Tak więc – są wielkie uczty, a może tylko żer i trawienie?)

*

VIII

Betonowe żyły miasta pełne wody i ścieków – w nich to co pijesz i to co wydalasz

Arterie asfaltowych dróg, zatory z samochodów – zawał wielkiej metropolii

W blaszanych pudłach zamknięte dzieci śmietniskowo-złomowej cywilizacji

W tłumie, wśród ruchu i zgiełku – atak warkotu silników i fabrycznych syren

Otaczają cię dźwięki, wibruje powietrze nad ulicą – dnem kanionu z wieżowców

Mija cię masa nieznanych ci ludzi – ich twarzy nie zapamiętasz nigdy

Są podobni do ciebie lecz nie tacy sami – choć blisko ciebie, to jednak odlegli

Rozmawiają, rozglądają się, biegną – wydaje im się, że rozpraszają samotność

A ona przylega do nich tym mocniej – im bardziej są osaczani przez maszyny i czas

Ale też jest inne miasto – z promieniem słońca tańczącym na ozdobnym gzymsie

Z żywym gwarem i uciechą na placach wypełnionych kolorowym tłumem

Modrą taflą jeziora wielkiego jak morze, które tną dzioby jachtów i łodzi

Miasto z Magnificent Mile, która rzeczywiście wydaje się niektórym wspaniała

Z budowlami strzelistymi – ścianami lśniącymi od szkła, aluminium i stali

A nad tym niebo jasne, błękitne i wielkie jak sklepienie kosmicznej katedry

Jedno miasto a dwa różne obrazy; jedna wrażliwość lecz dwa różne doznania

Po jednej stronie nalot koszmaru i alienacja, po drugiej – prawie że miejska idylla

Który z tych obrazów jest bardziej prawdziwy? A może oba są równie fałszywe?

Bo powierzchnia nigdy nie mówi o prawdzie tego, co wewnątrz

Może dlatego iż musi to być (jak każda prawda) przed nami zakryte?

*

IX

Gdzie są ci wszyscy nasi przyjaciele? Na wszystkie strony świata rozrzucił ich los

Jedni drugim przestali być potrzebni więc przyjaźń poszła w odstawkę

Pozapominali, zobojętnieli, wycofani… omotani we własne sprawy jak w kokonie

Który dla wielu bardziej pułapką jest, niż osłoną przed niebezpieczeństwami życia

Lecz komu z nas obcy jest grzech zaniechania, lenistwa – braku odwagi, słabości?

Przyzwolenia na to, by życie przeciekało nam przez palce, a czas zacierał pamięć

Tego, co obiecywaliśmy sobie w młodości – i tego, co wtedy obiecywał nam świat?

I tylko wspomnienie słońca, które jednak świeciło wówczas jaśniej

I wody, która była czystsza, bardziej rześka i źródlana

I wiatru, który nie wiał jeszcze wówczas prosto w oczy

I łąk pełnych owadziego gwaru, porośniętych soczystszą wtedy trawą

I drżenia dziewcząt, których białe piersi wypełniały nasze dłonie

I muzyki, muzyki, muzyki – zamkniętej teraz w szafie pełnej zakurzonych płyt

 *

X

Stosunki z Bogiem, kiedy byłem dzieckiem – to była też ciekawa sprawa

Bo na początku był on wielkim i dobrotliwym starcem z długą siwą brodą

(Trochę jednak wydawał mi się za stary jak na ojca wszystkich ludzi)

Mówiono mi że jest nie tylko dobry i mądry, ale i wszechmogący oraz sprawiedliwy

Przepełniony bezgraniczną miłością nie tylko do mnie i do innych dzieci

Ale i do wszystkiego, co stworzył (a stworzył ponoć wszystko:

Od najmarniejszego robaczka po koronę stworzenia, czyli nas samych)

Jednakże w świętych księgach wyczytałem też o jego gniewie

O próżności, zaborczości, zazdrości… o tym, że jest żądny hołdów

I nie mogłem zrozumieć dlaczego tak znęca się nad tym biednym Hiobem

Dlaczego jeden naród jest dla niego lepszy od drugiego?

Dlaczego jednego człowieka uczynił pięknym, bogatym i zdrowym,

Drugiego zaś biednym, szpetnym, nieszczęśliwym i chromym?

No i skąd tyle cierpienia i grozy w tym podobno najlepszym ze światów?

Po co mu te wszystkie dary, bogactwa, kadzidła, świątynie?

Całe zastępy wielbiących go na kolanach sług i poddanych?

Czy aby na pewno stworzył On nas na podobieństwo swoje?

Czy może jednak to my uczyniliśmy Go podobnym sobie?

I skoro taki jest wspaniały, to dlaczego kryje się przed naszym wzrokiem

Milcząc jak zaklęty w odległych i niedostępnych nikomu zaświatach?

Ot, naiwne, dziecięce pytania, chodzące kiedyś człowiekowi po głowie,

Na które zresztą i dzisiaj trudno jest znaleźć mu odpowiedź

*

XI

A skoro nikt i nic ci nie odpowie, to może nie warto jest pytać?

A może to, iż nie ma odpowiedzi jest już odpowiedzią tobie?

Także pytania mogą być skargą wykrzyczaną w Otchłań

Kosmosu przepastnego – tej międzygwiezdnej studni bez dna

Podobnie jak szept, który słyszą tylko twoje cztery ściany

Celi życia i śmierci, w której zawsze będziesz tylko sam

mimo tłumu współwięźniów, jakie się przez nią przewiną

*

XII

Czy może więc powiedzieć (lub tylko pomyśleć) człowiek wątpiący i rozczarowany:

Nie znając sensu, nie mając nadziei – czy pozostaje ci coś więcej nad absurd?

Masz duszę na ramieniu, na karku czujesz zimne tchnienie pustki

Życie twoje jak bańka mydlana, którą rozwiewa lekki podmuch wiatru

Życie twoje jak iskra, którą zgasić może kropla najmniejszego deszczu

Twój oddech krótki, twoje serce słabe, twoja krew za gęsta

Nie masz niestety żadnej przyszłości w swoim śmiercionośnym ciele,

Które życionośne jest zaledwie przez chwilę – wydane na pastwę niszczącego czasu

Czy pociechą może być dla ciebie to, że trafisz tam gdzie byłeś

(a raczej cię nie było) – przed twoim narodzeniem?

Czy po to tylko wyciągnięto cię (wrzeszczącego) za uszy z nicości

By zaraz wrzucić cię (niemego) do dołu niczym wór starych kości?

I czy rzeczywiście tym, co trafi tam na drugą stronę, będziesz nadal ty?

.

Bo wszystko czym jesteś i co tworzysz przeminie

– zamieni się w popiół, ruinę i proch

Powietrzem, którym oddychasz, będzie oddychał kto inny

– i kto inny będzie pił wodę, którą teraz pijesz ty

Ktoś inny będzie szedł po twoich śladach, które i tak wcześniej zostaną zatarte

To kim jesteś obecnie nie będzie mieć żadnego znaczenia dla tych co przyjdą po tobie

I nikt nie będzie pamiętał twojego imienia

Ani żadnej rzeczy, która twoja jest

(Więc po co to wszystko? Po co?)

*

XIII

Czy musisz być materialistą, ateistą, sceptykiem, nihilistą… by stwierdzić:

W Świętych Księgach są tylko słowa, w Świętych Rzekach zwykła woda płynie

Błogosławieństwo to jedynie gest, a znak krzyża na piersi to tylko ruch ręki

Religia to narkotyk, kulturą przytępiamy nasze kły i pazury
Wszyscy żyjemy w kłamstwie, nie mamy dostępu do prawdy
A nawet jeśli ją poznamy, to nie jesteśmy w stanie jej pojąć
Pozostaje nam tylko ślizganie się po powierzchni rzeczy i zjawisk
Które w rzeczywistości są zupełnie czymś innym, niż my to postrzegamy
Wiara w cokolwiek pozwala utrzymać się na powierzchni życia
Lub choćby tylko przysposobić do wchłonięcia przez nicość

Mgłą jest to co widzimy, ledwie cieniem kładącym się na dnie oka

Rozmywa się przed nami każdy obraz, rozwiewa to co wydaje się solidne

Świat wokół nas jest tylko złudzeniem, nasze myśli iluzją, a całe życie snem

Takie to wszystko wydaje się nam już teraz, a co dopiero będzie za miliardy lat?

Zaginą cywilizacje, wymrze to co żyje, przepadną wszelkie wspaniałości Ziemi

Nasze Słońce wybuchnie, zamieniając się w wielką czarną dziurę

Trawiąc wcześniej w ogniu wszystkie krążące wokół niego planety

I nie pozostanie z nas nic prócz atomów rozproszonych po Wszechświecie

Rozdzielonych na zawsze pustą przestrzenią i martwotą doskonałej próżni

*

XIV

Nadając sens temu światu i mając nadzieję – dopiero wtedy możesz żyć naprawdę

Cieszyć się chwilą (o ile tylko jest to możliwe), świętować każdy przeżywany dzień

Pisać pieśni nad pieśniami – lub choćby tylko zachwycić się kształtem czy kolorem liścia

Chwalić bogów, dzień i gwiazdy – czy choćby tylko uśmiechnąć się do bliźniego swego

Zamiast rozmyślać o tym, że wszystko to marność, działać: posadzić drzewo, ugotować ryż

Zamiast wybiegać myślą w zaświaty – zrobić jakiś mebel, pasać kozy lub naprawić płot

Nie pozwolić by cierpienie robiło z ciebie niewolnika, podobnie jak przyjemność

Lecz poddać się pasji i wypełnić tym, co jest najważniejsze w życiu – Miłością

Znaleźć własną miarę codziennego życia, swoje miejsce wśród innych monad tego świata 

Bo o tamtym – drugim świecie – nie wiemy zgoła nic 

(Dlaczego jednak to, co pozytywne, musi brzmieć jak nieznośna dydaktyka?

I czy stając po stronie życia możemy tak całkiem zapomnieć o śmierci?)

*

XV

Dorosły umysł – mówią – nie kwili ze strachu, tuląc się w kojących go złudzeniach

Nie mami się urojeniami, nie ucieka w fantazje, nie buduje zamków na lodzie

Widzi wszystko takie jakie jest naprawdę – ogarnia też myślą to, co niewygodne

Patrzy czasem z goryczą, ale i ze spokojem, nie odwracając oczu nawet

Od dziejącej się hekatomby, skazującej wszystkich na totalną Zagładę

Strącającej wszystko w Przepaść  i obracającej świat cały w Niwecz

(A może jednak to, co wydaje się nam zagładą, jest w rzeczywistości Przemianą?

I nie możemy dostrzec celu, bo wzrok nasz nie sięga tam, gdzie znajduje się Sens?)

*

XVI

Więc potrzebować otuchy może tylko umysł niedorosły?

Uciekając za wszelką cenę od myśli, że POZA nie ma już NIC?

Znosząc nieznośne poczucie absurdu urojonym Bogiem

Tworząc sacrum z niczego i przeciwstawiając to profanum

Próbując tchnąć w materię nieistniejącego rzeczywiście ducha

Wymyślając całe zastępy aniołów i świętych, którzy wszelako

Obecni być mogą tylko w głowie – między synapsami mózgu?

Skazani na mit – tę wieczną epopeję zmyśleń udających prawdę

Nadużywający wyobraźni tylko po to, by wyobraźnię tę stłumić

W opresji dogmatów, bez których nie może się obyć żadna religia

Ludzką niewiedzę zastępując naiwnym surogatem wiary

W coś, co zazwyczaj jest fantastyczne i niewiarygodne

Choć przecież może być tej wiary jak najbardziej godne?

(Lecz kto to wie? Kto wie?)

*

XVII

Więc musisz być dzieckiem by poczuć w sobie Łaskę

Zapomnienia tego, co napawa cię grozą i budzi twój strach?

Więc musisz udawać, chwytać się słów jak magii, owijać kulturową watą

By uchronić się przed prawdą o okropieństwie świata istot żywych?

Więc musisz żyć w kłamstwie, robiąc dobrą minę do niepewnej gry

Pocieszając siebie i innych, że istnieją jakieś drogi wyjścia

Inne niż ta, prowadząca do zimnego i ciemnego grobu

(Ale czy ktoś je zna? Ktoś zna?)

*

XVIII

Na początku słowo było ciałem – tyle że później się rozwiało

zamienione w chimerę, którą do dziś próbujemy schwycić

Machając bezładnie rękami, podrygując śmiesznie jak kukiełki

Paradna błazenada – cyrk rozgrywany na wielkim placu zabaw

Lunapark, w jaki chcemy zamienić pułapkę i więzienie świata

Który, skoro nosi życie, to musi też być cmentarzyskiem

Pokrytym ekstrawagancją efemerycznej wegetacji

Przygotowującej grunt pod finałowy danse macabre

*

XIX

Ale przecieżmówiąc o cudowności tego światatakże jesteś szczery

Za dar ziemskiego życia wdzięczny jesteś siłom, które cię stworzyły

Choć zdarzało ci się mówić, że na padół ten nie prosiłeś się wcale

Równie mocno wierzysz w to, że zaistnieć wielkim szczęściem było

Jak i w to, że już rodząc się zostałeś wydany na pastwę bezlitosnych mocy

Widziałeś nie raz, jak otwierają się przed tobą ogromne drzwi zachwytu

Ale też świadomy jesteś tego, że złamać cię może zwykła tortura cierpienia,

(Które dobrze jest ci już znane, chociaż cię jeszcze nie zabiło)

Wydaje ci się, żeś już dorosły – to znów, że nadal dzieckiem jesteś

Zarazem trzeźwy i naiwny, silny i słaby – rozczarowany, ale i mający też nadzieję

Na granicy wiary i niewiary – zmuszony jesteś wyznać, że po prostu NIE WIESZ

(Nadzieja nie zawsze jest matką głupich – ona jest także matką niewiedzących)

*

XX

Nie wiesz, ale widzisz – tak, widzisz na pewno: rzeki cierpliwe jak żłobią

Koryta w twardym kośćcu Ziemi. Skały kruszejące bo wystawione do wiatru

Morza i oceany – fale bijące o brzegi. Drzewa rosnące w lasach 

I lasy płonące w żarze. Puszcze pełne stworzeń rodzących się i mrących

Jak mrówki w pysku mrówkojada, jak ryby w wielorybiej paszczy

A tu jeszcze kalejdoskop kolorów, bogactwo form nie znające granic

Wschody i zachody Słońca – a między nimi światło wyłaniające z ciemności

Krajobrazy, ludzi, zdarzenia… i znów pojawiające się w głowie pytania

Czy to możliwe byś tylko przypadkowym świadkiem był

Tych widowisk na ziemi i wielkich spektakli na niebie?

Do których być może przywykłeś, (czy jednak można przywyknąć do cudów?)

Jeśli by człowieka zabrakło, to czy nadal istniałoby piękno?

(Choć gdyby piękna nie było, to nie byłoby też i brzydoty)

Czy gdyby nie ludzkie serce, to czy mogłaby istnieć miłość?

(Choć okrucieństwa bez człowieka także by nie było

– zwierzęce serce nie jest okrutne, mimo że nieludzkie)

Czy bez ciebie życie uświadomiłoby sobie to, że jest śmiertelne?

(Bo bez śmierci możliwe jest istnienie ale niemożliwe jest życie)

Jak długo w twoim sercu mogą być ci, których kochałeś,

A którzy odeszli daleko – za horyzont znanego ci świata?

Czy kiedy twoja pamięć się skończy, to nie przepadną oni wtedy na zawsze?

A może jednak nic i nigdy nie przepada – zmienia tylko formę istnienia

Roztapiając się w boskiej substancji – jednocząc w absolutnej Jaźni?

(Która może wydawać się Pustką, ale na pewno nie może być Nicością)

*

XXI

Lecz jeszcze nie pora by zgasić wszystkie lampy świata

Zasłonić ciemną kurtyną okno z widokiem na gwiazdy

Zamknąć wszystkie drzwi bez klamek i dziurek od klucza

Przykryć się całunem chłodnym jak zimowa noc

I już nie słyszeć więcej słów, kroków, płaczu ani śmiechu

W ciszy niebijącego już serca i zastygłej w żyłach krwi

.

 *  *  *

.

Sensem i Zbawieniem jest Miłość

*

greydot

*

NOTA: Poniższy tekst widniał w nagłówku wpisu podczas ukazywania się poszczególnych części tekstu. Dlatego też nie chciałbym go wymazywać, a tylko zamieścić na końcu wpisu:
Poezja – mimo czytelniczych „ciągot” by czynić z niej przedmiot kultowy – nie jest raczej towarem „chodliwym”. Często nasz stosunek do niej jest dwuznaczny. Bywa, że tracimy do poezji cierpliwość, zwłaszcza wtedy, gdy okazuje się dla nas nieprzyswajalna i niezrozumiała, a już zupełnie odstraszają nas jej dłuższe formy. Dlatego warto chyba docenić moją odwagę zamieszczenia tutaj pewnego eksperymentu słownego. Mimo wszystko żywię taką nadzieję, że spotka się on z czyimś zainteresowaniem. Zanim to jednak nastąpi, pozwolę sobie na kilka uwag: zależało mi na prostocie myśli – stąd być może miejscami zbyt daleko idąca dosłowność wiersza, która może być wzięta za zbytnią oczywistość. Jednakże nie chciałbym stosować tutaj częstego w poezji uniku polegającego na tym, by nie mówić o pewnych rzeczach wprost, a owijać wszystko w liryczną (często jednak pretensjonalną) bawełnę. To jedno, drugie – to obszerność. Utwór ten ma XXI części, co w dzisiejszych czasach (hołubiących ponoć minimalizm, a już na pewno charakteryzujących się informacyjno-konsumpcyjnym short attention span) również może wzbudzić poważny popłoch, czy może raczej – zniechęcenie. Dlatego też postanowiłem nie publikować za jednym zamachem całości, tylko dodawać sukcesywnie (każdego dnia) poszczególne części – dla lepszego ich przyswojenia (najnowsza zawsze będzie wyróżniona czcionką o innym kolorze). Wydaje mi się, że mimo swej dziwnej nieco formy i bezpośredniej frazy, wiersz dotyka miejscami istotnych dla nas wszystkich spraw, nie zawsze jednak (chętnie) artykułowanych (i tak naprawdę, nie jest ważne to, czy można to uznać za poezję, czy też nie – nie pretenduję przecież do, często pretensjonalnego przecież, miana „poety”). Dlatego tych, którzy zdecydują się na jego przeczytanie, zapraszam do podzielenia się z nami swoją ewentualną refleksją (do jakiej być może skłonią pojawiające się coraz to nowe fragmenty).

*

MIŁOŚĆ, BÓG I KAPITALIZM – „OBCE CIAŁO” ZANUSSIEGO

.

Wśród filmów 50 Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago, znalazł się również najnowszy obraz Krzysztofa Zanussiego pt. „Obce ciało”. Do Wietrznego Miasta trafił także z tej okazji sam reżyser, z którym można się było spotkać po projekcji filmu w szczelnie wypełnionej widzami sali. Czy weteran kina polskiego, jakim bez wątpienia jest Zanussi, dotrzymuje kroku zmieniającej się – nie tylko w naszym kraju – rzeczywistości, rezonując w swojej twórczości najbardziej palącymi kwestiami współczesnego świata?

.

Co zrobić z "wonością absolutną"?  (Agnieszka Grochowska w "Obcym ciele" Zanussiego)

Co zrobić z „wolnością absolutną”? (Agnieszka Grochowska w „Obcym ciele” Krzysztofa Zanussiego)

.

„Obce ciało” Krzysztofa Zanussiego próbuje się znaleźć we współczesnym świecie (wliczając w to świat kina) ale czy kolejny moralitet jaki wychodzi spod ręki słynnego polskiego reżysera – uznanego i z poważnym dorobkiem – dowodzi, że ta próba się udaje? Mam co do tego pewne wątpliwości.

kapitalizm jak bestie Babilonu?

Muszę zaznaczyć, że w sporze między prowokującym – bo wskazującym na ważność etyki w życiu człowieka i społeczeństwa – twórcą a tymi, którzy na samo słowo „moralność” dostają gęsiej skórki i wyszydzają każdego, kto opowiada się za pewnymi (zwłaszcza tradycyjnymi, judeo-chrześcijańskimi) wartościami, jestem po stronie Zanussiego. I choć enuncjację, jaką poczynił w wywiadzie dla włoskiego pisma katolickiego „Avvenire”, o tym, że jego film został zablokowany w Polsce przez „skrajne skrzydło feminizmu”, traktuję z przymrużeniem oka, jako przesadzoną, to jednak uznaję ważkość kwestii, jakie stara się podnieść w swoim najnowszym dziele reżyser, zwracając uwagę na niebezpieczeństwo ulegania siłom, które spychają człowieka na dalszy plan, podważają jego kulturową tożsamość (opartą choćby na tradycji czy religii), propagując swego rodzaju korporacyjny amoralizm: „Dzisiaj żyjemy w społeczeństwie zasadniczo pogańskim, jak w czasach antycznych. Kapitalizm początkowo miał także ludzkie oblicze, dzisiaj stracił je całkowicie. Nabrał nieludzkiego oblicza. Obecnie wielkie koncerny międzynarodowe pożerają ludzi, jak to czyniły wielkie bestie Babilonu. To nie do przyjęcia, to ogromne niebezpieczeństwo. Trzeba jednak zgodzić się co do tego, co uważamy za wartość nadrzędną: zysk czy człowieka?” – stwierdził we wspomnianym wywiadzie Zanussi, zaznaczając przy tym, że według niego jest możliwe pogodzenie praw ekonomicznych z etyką chrześcijańską.

Korporacyjny, bezwzględny amoralizm to jedno, a zachowanie wiary w mocno zlaicyzowanym świecie – to drugie. W „Obcym ciele” konfrontowane są dwie zasadnicze ludzkie postawy: ta, która wynika z wiary – czyli z wierności zasadom moralnym mającym swoje źródło w religii – z tą, która odrzuca tzw. „wartości tradycyjne” w imię tzw. „wolności absolutnej”, co sprowadza się zwykle do kierowania się w swoim postępowaniu skrajnym egoizmem.

Zanussi buduje swój film wokół tego konfliktu, przedstawiając parę dwojga młodych ludzi: Kasia (Agata Buzek) poznaje we Włoszech Angela (Riccardo Leonelli), który podobnie jak ona jest wierzącym i praktykującym katolikiem. Młodzi zakochują się w sobie, jednak Kasia postanawia swoje życie poświęcić czemuś, co według niej jest od tej miłości ważniejsze (miłość do Boga, powołanie) i wstępuje do klasztoru. Angelo jedzie za dziewczyną do Polski mając nadzieję, że w ciągu roku, jaki dzieli ją od ślubów zakonnych, zmieni ona zdanie i miłość ziemska zwycięży nad tą niebiańską. Szczęśliwym (?) trafem dostaje w naszym kraju pracę w pewnej międzynarodowej korporacji, dzięki czemu jego pobyt w Polsce staje się jeszcze bardziej sensowny (zapewniając mu taki drobiazg, jak utrzymanie) – umożliwia mu też przebywanie w pobliżu klasztoru, w którym znajduje się Kasia. Niestety, w pracy Angelo zmuszony jest obcować ze swoją szefową Kris (Agnieszka Grochowska), która okazuje się być wyzbytą wszelkich skrupułów „suką” (szkoda, że w języku polskim słowo to ma nieco inny – bardziej prostacki i wulgarny – wydźwięk, niż popularna – ale jakże adekwatna – w świecie anglosaskim bitch), jak również z jej przyjaciółką Mirą (Monika Rosati), reprezentującą podobny rodzaj kobiecości, by nie napisać – pardon my French – kurewskości. Obie panie postanawiają przetestować, czy też wręcz „złamać” cnotliwego nomen omen Angela – rozdziewiczyć go, skorumpować i skłonić do innych, równie niecnych, postępków.

zderzenie ciał obcych

Wprawdzie (domniemany?) konflikt sumienia ludzi „zaprzedających się” korporacyjnym układom, wynikający z konieczności poświęcenia pewnych zasad moralnych w imię kariery i zysku, nie jest według mnie konfliktem na miarę tragedii antycznej, ani nawet faustowskim „dealem” – będąc w rzeczywistości zaledwie (?) uleganiem jakże ludzkiej i powszechnej skłonności do oportunizmu i konformizmu – to jednak koncept Zanussiego, by zderzyć ze sobą pewne siły, które wpływają obecnie na formowanie się (zmianę) tożsamości nie tylko polskiej, ale i europejskiej w kontekście wartości chrześcijańskich, na których bądź co bądź – choćby tylko deklaratywnie – opiera się cywilizacja zachodnia, był obiecujący. Niestety, sposób egzekucji tego dylematu przez reżysera zaowocował filmem, który wydał mi się elaboratem sztucznym, nieprzekonywującym, dopuszczającym się schematyczności, niewiarygodności i ulegającym zbyt daleko idącym uproszczeniom. Innymi słowy, to co widziałem na ekranie, to nie było życie – to był ekstrakt pewnych idei, tez, koncepcji zamieniony w obraz, ale w taki sposób, który nigdy mi nie pozwolił na to, by zapomnieć o tym, że oglądam kino (czyli swego rodzaju maszynerię) – że na ekranie widzę aktorów, a nie prawdziwych ludzi (a z prawdziwą sztuką kina mamy do czynienia wtedy, kiedy oglądając film zapominamy o tym, że jesteśmy w kinie, bowiem przenosi on nas do świata, jaki – pozostając sztucznie wygenerowanym – budzi w nas autentyczne uczucia i empatię, dzięki czemu odnosimy wrażenie, iż obcujemy z czymś prawdziwym w rzeczywistości, którą zaczynamy utożsamiać z tą, w jakiej żyjemy naprawdę).

Konflikt między zmysłami a wiarą? Jaka miłość zwycięży?

Konflikt między zmysłami a wiarą?

Według mnie słabym elementem filmu było zarówno to, co wiązało zakochaną parę z chrześcijaństwem (trudno było nam uwierzyć w mocną wiarę bezbarwnego i słabego dramaturgicznie Angelo; wiele do życzenia pozostawiała także motywacja Kasi, w którą, nota bene, nie wierzył nawet jej ojciec), jak i związek dwóch kobiet-bohaterek z wielkim biznesem (niestety, ani przez chwilę nie odniosłem wrażenia, iż grana przez Agnieszkę Grochowską Kris jest szefową firmy – gdyż praktycznie cały czas ekranowy wypełniały jej knowania i manipulacja otaczającymi ją ludźmi, głownie za pomocą traktowanego instrumentalnie seksu). Czyli nie funkcjonowało już właściwie to, co miało być kluczowe, jeśli chodzi o oś dramaturgiczną całej historii, stanowiąc fundament konfliktu etycznego między dwoma różnymi światami: wiary i niewiary, idealizmu i cynizmu, duchowości i bezduszności, altruizmu i egoizmu, przyzwoitości i nikczemności, wartości wyższych i hedonistycznej próżności… etc.

feminizm jak cholesterol?

Domyślam się, że w założeniu autorskim Zanussiego, Kris i Mira miały być przedstawicielkami postępu, nowego „porządku”, kapitalizmu bez ludzkiej twarzy (jakim ponoć staje się globalny korporacjonizm), w którym dążenie do osiągnięcia egoistycznych celów przestaje się opierać na jakiejkolwiek etyce, przy jednoczesnym odrzuceniu jakichkolwiek wzajemnych zobowiązań, przyzwoitości, uczciwości, miłosierdzia, empatii, altruizmu – tego, co kojarzone jest z ludzkim sercem i sumieniem. Trochę więc zdziwiło mnie to, że dyskusja na temat filmu zaczęła się toczyć wokół feminizmu, a miało to miejsce parę lat temu w momencie odrzucenia projektu Zanussiego przez tzw. komisją ekspercką Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, w reakcji na co nasz zasłużony reżyser podniósł larum, że jest atakowany przez owo słynne już „radykalne skrzydło polskiego feminizmu” (czy miał tu na myśli Dorotę Kędzierzawską i Małgorzatę Szumowską? – bo przecież nie Agnieszkę Holland, która była za przyjęciem jego filmu do realizacji, ani tym bardziej Filipa Bajona, Andrzeja Jakimowskiego czy Macieja Wojtyszkę, którzy także znaleźli się w tej komisji, a których raczej trudno zaliczyć w poczet polskich feministek). Tak czy owak sam Zanussi położył nacisk na feminizm, powtarzając przy różnych okazjach (także podczas spotkania po projekcji filmu na Festiwalu w Chicago, co słyszałem na własne uszy) swoją „złotą myśl” o tym, że feminizm jest jak cholesterol: „… bywa dobry i zły. Jestem więc za tym dobrym feminizmem, który kazał paniom domagać się praw wyborczych, możliwości kształcenia, równości płac itd… Ale przeciw temu złemu, który ma je uczynić identycznymi jak mężczyźni – w karierowiczostwie, bezwzględności, wulgarności. Przecież dzisiaj to powszechne schamienie, traktowane jest jako przejaw emancypacji, wulgarny język używany przez kobiety jako triumf feminizmu, a moim zdaniem to akurat wielka przegrana. W Polsce feminizm jest spóźniony. Obserwuję losy kobiet, które uwierzyły, że w walce o karierę, w pazerności na władzę, pieniądze, mają być jeszcze gorsze od mężczyzn. Ten feminizm walczy o zrównanie szans nie w prawach, co jest słuszne, ale w bestialstwie. Na szczęście kobiety są na to mniej podatne, ale kobiety biznesu czy władzy czasem mogą budzić grozę. Nie chcę czynić żadnego despektu słusznym i szlachetnym feministkom. Jestem z nimi tam, gdzie chodzi o równe prawa, tam trzeba walczyć. Ale jest taki nurt skrajnego feminizmu, który głosi, że kobiety mają być takie jak mężczyźni, a mężczyźni tacy jak kobiety. Uważam, że jest on szkodliwy, gdyż zaciera granice między płciami.”

Ponoć prof. Magdalena Środa, czołowa polska feministka, zareagowała śmiechem na pytanie o działalność „skrajnego skrzydła feminizmu”: „Po pierwsze, takiego feminizmu w ogóle u nas nie ma. Mówienie o nim to jest jak sen o złych ludach. Widocznie Zanussi dołączył do Macierewicza z problemami psychicznymi. (…) Dziwię się, że Zanussi w ogóle mówi o feministkach w kontekście najnowszego filmu, bo nie słyszałam, by ktokolwiek protestował. Żadna feministka nie widziała scenariusza tego filmu i zapewniam, że nikt się nie interesuje twórczością tego reżysera. To jest widocznie nadęty starszy pan, który chce się za wszelką cenę wypromować, dlatego mówi o jakimś lobbingu ‚skrajnego skrzydła feminizmu’, które nie istnieje.”

ciężar właściwy

Pomijając złośliwości wymieniane przy tej okazji przez adwersarzy, jestem gotów przyznać rację tym, którzy zarzucają Zanussiemu pewną manipulację (być może wymyślona ona została przez niego na użytek medialny w celu wyprowadzenia dyskusji o filmie na szersze forum, nadania jej pewnego światopoglądowej ostrości i dramatyzmu), ale mimo wszystko solidaryzuję się z reżyserem, bowiem podzielam jego poglądy na skrajny feminizm, tudzież obawy wynikające z zagrożenia europejskiej tożsamości przez cyniczny, amoralny, bezwzględny korporacjonizm, dla którego zysk stał się bogiem, a wydajność ekonomiczna ważniejsza od jakiegokolwiek humanitaryzmu.
Wprawdzie Zanussi podkreśla, że on robi film, ale już to, co ten film będzie oznaczał, zależy od samego widza, to jednak zdradza swoje intencje i mówi nawet o przesłaniu, jakie ma „Obce ciało”: „I najważniejsze, co pokazuję w filmie, to fakt, że mentalność korporacyjna, jest nie do pogodzenia z całą tradycja judeo-chrześcijańską. I jak łatwo – wywalczywszy sobie wreszcie wolność polityczną, sprzedajemy ją na rzecz nowej władzy jaką stałą się korporacja, z jej przemożną potrzebą bogacenia się. To jest tak naprawdę przesłanie tego filmu.”
Wydaje się, że przyłapaliśmy tutaj twórcę na sprzeczności: z jednej strony bowiem uznaje on, że prawa ekonomii nie muszą być sprzeczne z etyką chrześcijańską, z drugiej zaś wskazuje na to, że nie da się jej pogodzić z „mentalnością korporacyjną”. Jednakże, moim zdaniem, jest to sprzeczność pozorna, która zwraca nam uwagę na to, że „mentalność” korporacyjna wcale nie musi być mentalnością pozbawioną etyki, by kierować się prawami panującymi w ekonomii. Czym innym są te prawa (domena ekonomii), czym innym moralność (domena etyki) – każde zachowanie cywilizowanego człowieka (również ekonomisty czy korporacjonisty) powinno się stosować do przyjętego (zaakceptowanego cywilizacyjnie) systemu etycznego, według którego dobro powszechne i sam człowiek (również ten „zwykły” – common man) są ważniejsze niż ekonomiczny zysk i imperatyw bogacenia się za wszelką cenę. (W tym kontekście atakowanie Zanussiego jako tego, który jest po stronie „prawicowców” jest pewną niedorzecznością, bo przecież mamy tu do czynienia z postulatem typowo „lewicowym”.)

Ale przecież „Obce ciało” nie jest filmem politycznym, nie jest też filmem atakującym feminizm – według mnie to, co się zaczęło dziać wokół obrazu Zanussiego jest sporem wywołanym sztucznie. Ale to prawda, że pojawienie się „Obcego ciała” na ekranach można potraktować jako pretekst do dyskusji nad zmianami współczesnego świata i europejskiej tożsamości, miejscem Boga w przestrzeni publicznej i w życiu samych ludzi, związku etyki z ekonomią… etc. Tylko czy „Obce ciało” Zanussiego zdolne jest udźwignąć ciężar tych kwestii?

6.9/10

greydot

Miłość (niebiańska?) Boga silniejsza od miłości (ziemskiej) do mężczyzny?   (Agata Buzek w "Obcym ciele")

Miłość (niebiańska?) do Boga silniejsza od miłości (ziemskiej) do mężczyzny? (Agata Buzek w „Obcym ciele”)

.

DALAJ LAMA I GWIAZDY

.

Tybet zderza się z Ameryką, naiwność przenika z mądrością, cynizm ze szlachetnością, dolary z idealizmem, pragmatyzm z metafizyką… Paradoksy współczesnego świata bez granic – skutek rewolucji elektronicznej i informatycznej – rewolucji w mediach w epoce satelitarnego przekazu.
Czy znoszą się naturalne podziały? Czy łamią bariery? Czy może spełnić się utopia jedności? Dwa krańcowo odmienne światy usiłują siebie nawzajem zrozumieć. Efekt? Czasami wydaje im się, że się zrozumiały, ale jeszcze częściej – udają, że się zrozumiały.

.

.

Letnia niedziela, chicagowska Medinah Temple.* Tłumy ludzi. Mały, krępy Azjata w narzuconej na nagie ciało mnisiej szacie. Dalajlama. Duchowy przywódca milionów Tybetańczyków, narodu od ponad 50 lat pozbawionego praw do samostanowienia. Dalajlama to bardziej tytuł niż imię. Od wieków noszą go ci, których Tybet uważa za swą busolę, wyrocznię – moralny i duchowy autorytet. Człowiekowi obecnemu w Medinah Temple nadano taką władzę i atrybuty, kiedy był jeszcze dzieckiem. Gdy miał dwa lata uznano, iż jest on 14-tą reinkarnacją świętego męża, który żył w zamierzchłych czasach. Wobec tego, może się ktoś zapytać, nie stroniąc od żartu – kto otrzymał Nagrodę Nobla?

greydot

„Chicago Tribune” przygotowała dla Dalajlamy pytania i dostarczyła mu je w pisemnej formie. Z misją odnotowania odpowiedzi wysłano jednego z profesorów Uniwersytetu Columbia zajmującego się buddyzmem tybetańskim.
Żałuję, że autorem pytań nie był profesor Columbii. Niestety, popularna gazeta postanowiła popisać się sama i tym sposobem azjatycki mędrzec został skonfrontowany z takimi oto pytaniami: „Co sprawia, że jest Pan szczęśliwy?” lub „Czy pamięta Pan swoje wcześniejsze wcielenia?”
Niemądre pytania najlepiej byłoby zignorować, a jeśli już ktoś czuje się zobligowany do odpowiedzi na nie, to należy się pilnować aby nie zniżyć się do ich poziomu i nie sięgnąć dna. Innymi słowy, należy się bronić przed udzieleniem niemądrej odpowiedzi na głupie pytanie, które do tego właściwie prowokuje.

Dalajlama jest ukontentowany tym co ma dzięki nauce Buddy. To ona sprawia, że mniej obawia się on o siebie, niż o innych. To ona daje mu spokój ducha i nadzieję. Naturalnie, nie może być zadowolony z położenia w jakim znajdują się miliony jego rodaków. Zbyt wiele cierpią z powodu chińskiej opresji.
Nie uważa, że życie mnicha jest trudne. O wiele cięższe byłoby dla niego wtedy, gdyby miał rodzinę – te wszystkie obowiązki! Wielka i ciężka jest natomiast odpowiedzialność Dalajlamy.
Nie bardzo wątpił w to, że jest wcieleniem świętego starożytnego męża. Kiedy był małym chłopcem wybrał się z pielgrzymką do Lhasy odległej o tysiąc mil. Pamięta, że odnaleźli go ludzie, których znał z przeszłych żywotów. Później już tego dobrze tego nie pamiętał. Ale też zbytnio nie wątpił. Zresztą, o wiele ważniejsze jest to, jak dobrze wypełnia się swoje obowiązki w doczesnym życiu.
Buddyści z zasady nie mówią o czymś takim, jak swoje poprzednie wcielenia. Jeżeli praktykuje się medytację buddyjską, to oczywiście łatwo jest wtedy sobie przypomnieć pewne wydarzenia, które miały miejsce w czasie poprzednich wcieleń. Ale mnich nie powinien tego wykorzystywać dla zdobycia władzy, czy prestiżu, by osiągnąć moc. Szczególnie wtedy, gdy… jej nie posiada. Dalajlama jest jednak pewny („pretty sure”), że miał przeszłe życia.

Istnieją wielkie filozoficzne różnice między buddyzmem a chrześcijaństwem – tego nie powinno się ukrywać. Buddyści np. nie wierzą w Boga Stwórcę – że wykreował On wszystko i nad wszystkim ma kontrolę. Chrześcijanie natomiast nie wierzą w karmę, ani w to, że mieliśmy już wcześniejsze życia i że możemy w końcu osiągnąć stan oświeconego umysłu, który jest prawdziwą wszechwiedzą.
To są wielkie różnice, jednak możemy je tolerować. Buddyści i chrześcijanie – zdaniem Dalajlamy – nie powinni próbować nawracać siebie nawzajem, nie powinni marnować energii na dyskutowanie o tych problemach. Takie dysputy bowiem trwają od tysięcy lat i jak do tej pory, nie doprowadziły one do żadnej pożytecznej konkluzji.

greydot

Mao Tse-tung?
Dalajlama był młody, kiedy Mao wygrał swoją rewolucję. Zetknął się z Mao osobiście i ten zrobił na nim wielkie wrażenie. Ale w końcu przyszło rozczarowanie. Mao nie dotrzymał słowa.
Później Dalajlama czytał, że totalna władza i moc jaką osiągnął swoja pozycją Mao, uczyniły go szalonym, kimś w rodzaju opętanego cesarza – „był przyczyną tak wielu śmierci”.
Dalajlama nie rozpacza z powodu tak długiego zniewolenia Tybetu. Czyje jednak smutek na wieść o cierpieniach swojego ludu, które się nie kończą. Ale wierzy przy tym w moc prawdy.

greydot

Nie tak dawno słyszałem opowieść pewnej Polki, której zdarzyło się pracować na tzw. „domku”, tyle że tym „domkiem” był pałac – rezydencja nieprzyzwoicie bogatych krezusów amerykańskich. Zwyczajowa śpiewka: „Takie mieli góry pieniędzy, że sami nie wiedzieli co z nimi zrobić. Całkiem poprzewracało im się w głowach” – brzmiała puenta polskiej gospodyni.
Podobną myśl można ubrać szlachetniej. Orson Welles oparł nawet na tym swoje filmowe arcydzieło – „Obywatela Kane”. Bohater, wzorowany według wszelkiego mniemania na magnacie prasowym Williamie Randolphie Hearst, buduje potężny, przepyszny pałac, otaczając się w nim zwałami skarbów i dzieł sztuki z całego świata. W swoich przepastnych komnatach czuje się jednak jak marny przecinek – ów materialny splendor pogłębia jedynie jego przeraźliwe poczucie osamotnienia. Czymś w rodzaju wyzwolenia staje się wspomnienie… pączka róży wymalowanego na zwykłych dziecięcych sankach. „Rosebud” – symbol niewinności i czystości; niemalże transcendentalne pragnienie pełni i nasycenia – na wpół uświadomiona tęsknota za głębią, prostotą, sensem i zrozumieniem.

Wydaje mi się, że dla bogaczy z Chicago, Dalajlama stał się właśnie takim „Pączkiem Róży”.
Nie tylko oni szukają odpowiedzi i sensu w kulturze zgoła im obcej, rzec można egzotycznej, którą uważają za bardziej archaiczną, pierwotną, a tym samy bliższą prawd Wszechświata; szlachetniejszą pod względem duchowym, nie skażoną jeszcze współczesnym relatywizmem. Cały ten ruch New Age porwał przecież złaknione jakiejkolwiek metafizyki i spirytyzmu tabuny. Mieszkający w Arizonie Indianie Hopi nie mogą się opędzić od Kalifornijczyków, żądnych uzdrowienia i wyzwolenia od wszelkich bolączek osobistych i cywilizacyjnych; w zagłębiach materializmu i konsumpcjonizmu poszukuje się jakiegokolwiek guru, który podjąłby się roli Mistrza i wypełnił duchową pustkę. Parapsychologia, duchy, anioły, zjawiska nadprzyrodzone, romantyczno-baśniowe science-fiction… pełno tego wszędzie – od półek księgarni, gazetowych szpalt, po ekrany telewizorów i repertuar w kinie.

greydot

Dla amerykańskich milionerów Dalajlama stał się „Pączkiem Róży” – rodzajem metafizycznej atrapy, duchowego guru, ale i… okazją do zrobienia interesu. Otóż wspomniana rezydencja pod Chicago, po tym, jak Dalajlama stał się korzystającym z gościny „przyjacielem domu”, zamieniła się szybko w muzeum sztuki Dalekiego Wschodu. Wykorzystując znajomości i koneksje, Amerykanie zaczęli za bezcen wykupywać orientalne skarby i zabytki, oczywiście przy okazji nimi handlując.

Dla bogaczy z Chicago Dalajlama stał się „Pączkiem Róży”, jednak nie chcą oni rezygnować ze swoich współczesnych przyziemnych – i raczej nie kojarzonych z buddyjskim pacyfizmem i pokojem – zabawek.
We wspomnianej rezydencji znajduje się pomieszczenie, które przypomina arsenał i magazyn dla wojska. Co jakiś czas w posiadłości tej zbiera się „śmietanka” highlife’u – głównie showbiznesowa – przebiera w mundury, dzieli na armie i rozgrywa wojnę. No kidding! Mają do dyspozycji teren wielkości poligonu; mają swoje „bojowe” pojazdy, sprzęt, broń, zadania, rozkazy…
Jednym z częstych gości jest Richard Gere, mąż Cindy Crawford, aktor uznany za obdarzonego największym sex-appealem spośród hollywoodzkich bożyszcz. Możemy go pamiętać choćby z filmu „Pretty Woman”, gdzie zakochał się w grającej prostytutkę Julii Roberts.
Gwiazdor ten wpędził w niejaką konsternację niektórych widzów parę lat temu, gdy podczas ceremonii rozdawania Oscarów zaczął telepatycznie wysyłać swoje myśli ku Azji, aby skłonić chińskich przywódców do zaniechania anty-humanitarnych i dyktatorskich praktyk ciemiężców, a przede wszystkim – do wyzwolenia Tybetu. Richard Gere skupił się, ujął swoje skronie w dłonie, nastroił się na chińską częstotliwość i radził innym zrobić to samo.
Gere jest bowiem przyjacielem Dalajlamy, adwokatem i propagatorem jego posłannictwa w Ameryce.
Dalajlama zapytany w Chicago o to, czy poparcie Hollywood uważa za błogosławieństwo, czy też przekleństwo, odparł: „Ludzie, którzy pracują w filmie i innych mediach są grupą artystyczną, która ma moc oddziaływania na umysły i serca całych społeczności. Jeżeli ich motywacje są dobre, to mogą pomóc miliardom ludzi za pomocą swojej sztuki. Jestem szczęśliwy, że mam tak dobrych przyjaciół, którzy są zarazem tak dobrymi artystami.”
Swoją drogą ciekaw jestem, czy Dalajlama oglądał kiedyś jakikolwiek film z Rambo, czy Schwarzeneggerem.

greydot
Kiedy prostotę mędrca uznać można za jego naiwność, a mądrościową maksymę za banał? Kiedy szlachetna dążność zaczyna się przemieniać w pobożne życzenie? Czy cudowne recepty zbyt często nie ignorują rzeczywistych faktów i całej masy uwarunkowań?
Wydaje się, że tylko autorytet i pozycja Dalajlamy może uchronić przed krytyczną oceną choćby takiej jego wypowiedzi: „W dzisiejszych czasach świat zrobił się o wiele mniejszy. Dlatego musimy się nauczyć żyć jak bracia i siostry w jednej wielkiej ludzkiej rodzinie. Możemy dojść do porozumienia ponad naszymi filozoficznymi różnicami, znaleźć wspólny grunt dla dotyczących nas wszystkich problemów etycznych – w naszym wspólnym dążeniu, by służyć dobru całej ludzkości. Buddyści i chrześcijanie powinni wzmacniać swe wysiłki, by krzewić mądrość, prostotę i miłość. Ponad wszystko ludziom religijnym nie wolno dopuszczać do tego, by religie stawały się przyczyną podziałów między ludźmi i nie wyrządzały nikomu krzywdy.”
Amen. Ja również tego bym sobie – i innym – życzył.

greydot
Prostota. Wyrafinowana myśl nigdy nie zdobędzie masowego poklasku. Wiedzą o tym ci, którzy chcą sterować umysłami ludzi. In nie jest istotne to, czy robią to z premedytacją, czy też intuicyjnie. Efekt jest ten sam, choć premedytacja wymaga od nich ciągłej uwagi i kontroli, która w końcu może osłabnąć; intuicja zaś zwykle zdradza rasowego przywódcę.
Prostota w połączeniu z pasją, oddaniem i mocą sugestii (to ostatnie może wskazywać na fanatyka, wizjonera lub genialnego manipulatora) – ten mariaż jest w stanie uczynić z człowieka charyzmatycznego lidera.
Prostota, jeśli chodzi o wielką politykę indoktrynacyjną – światopoglądową, duchową czy religijną – przeplata się z naiwnością, niekiedy ocierając się nawet o prostactwo. A to ostatnie najczęściej jest udziałem grubiaństwa dyktatury sprawowanej przez osobników upośledzonych moralnie, upośledzonych uczuciowo i pospolitych duchem. Przykładami: niespełniony malarz Hitler i syn kowala Mussolini. Chamstwo i arogancja wydają się być dyktaturze przyrodzone, choć jej apologeci mają dla tych cech inną nazwę: nie uleganie sentymentom, pewność, skuteczność, zdecydowanie, twardość, realizm, wytrwałość, pragmatyzm…

greydot
Jak ryba wody a ptak powietrza, świat potrzebuje „bożych szaleńców”, którzy nie zważając na góry popiołów, szukają cierpliwie i chronią „gwiaździste dyjamenty” ponad zgliszczami destrukcji i zwątpieniem. Ta potrzeba szlachetności – jedno z najwznioślejszych i najbardziej budujących ludzkich dążeń. Nobilitacja samego człowieka jako niezgoda na grzęźnięcie w błocie ogólnej mizerii, w bagnie jakiego nie szczędzi nam świat i jakiego nie szczędzimy sobie nawzajem.
Należy jednak podkreślić, że jest to wartość, którą tworzymy i respektujemy – albo nie respektujemy, a nawet odrzucamy – my sami. Będzie ona iluzoryczna wtedy, kiedy odmówimy do niej prawa innym. Chroniąc człowieczeństwo innych ludzi, chronimy je także w nas samych – odmawiając innym człowieczeństwa, zabijamy je tym samym również w nas samych.
greydot.

* Artykuł został opublikowany na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 6 września, 1996 r.

Znicze modlitewne w tybetańskim klasztorze Samje (zdjęcie własne)

Znicze modlitewne w tybetańskim klasztorze Samje (zdjęcie własne)

.

Powiązane wpisy: „TYBET JAKO MISTYCZNA GŁĘBIA” (o filmie Martina Scorsesego „Kundun”, opartym na biografii Dalajlamy); „KLASZTOR SAMJE(o wizycie w najstarszym klasztorze buddyjskim Tybetu); „MNISI Z LUANG PRABANG” (fotoreportaż z niezwykłego rytuału w Laosie); „DWUGŁOS O WYZWALANIU TYBETU” (o chińskiej inwazji i okupacji Tybetu – relacja z Lhasy).

.

SZKLANE KLOSZE

(zapiski X)

aniol z gitarą (Watykan)

.

Papiestwo a teatr.
„Przed sklepem jubilera” – jedna z sześciu sztuk teatralnych napisanych przez Karola Wojtyłę, wystawiona w Chicago przez grupę artystów z Nowego Jorku. *
Ciekaw jestem, co też ludzie lekceważący albo nawet gardzący teatrem czy poezją, a jednocześnie uważający się za katolików, robią z fantem, jakim jest fakt, że ów wielki autorytet moralny jakim jest (a przynajmniej powinien być) dla nich Jan Paweł II, zajmował się ongiś teatrem, poezją, a nawet występował na scenie jako aktor (nota bene pierwszą sztuką, w jakiej zagrał młody Wojtyła, była „Nie-Boska komedia” Krasińskiego).
Otóż najprawdopodobniej nic sobie z tego nie robią.
A tu sprawy z teatrem nie zawsze tak gładko się układały. Oto parę faktów z amerykańskiej historii.

W XVIII wieku prawie wszystkie brytyjskie kolonie miały prawny zakaz wystawiania teatru. Jeszcze pierwszy kongres kontynentalny obradujący w Filadelfii, wystąpił z apelem, by unikać „wszelkich form rozprzężenia, jak wyścigi konne, hazard, walki kogutów, wystawy i sztuki teatralne”.
Profesor Michał J. Rozbicki z Saint Louis University, w rozdziale o kulturze brytyjskiej Ameryki kolonialnej (z wydanej niedawno wielotomowej historii Stanów Zjednoczonych) pisze: „Teatr postrzegany był zarówno przez kwakrów jak i purytanów jako próżna, godna potępienia rozrywka, rodzaj zbytecznej ekstrawagancji równej moralnie pijaństwu i hazardowi. Wytaczano argumenty, że teatr wywołuje demoralizację obyczajów. Kupcy i rzemieślnicy przytaczali argumenty ekonomiczne: teatr odciąga ludzi od pracy i czyni z rozrywki cnotę.”
Miały nawet miejsce procesy, w których ludzi stawiano przed sądem za wystawianie sztuk teatralnych. (Czyżby purytanie woleli para-teatralne happeningi na żywo w rodzaju polowania na czarownice z Salem i wieszania na szubienicy niewinnych kobiet?)

Później stosunek do teatru zmieniał się wielokrotnie. Dla prezydenta Lincolna, (który powiedział kiedyś, że komedię i farsę najlepiej odgrywać w teatrze, tragedię zaś czytać w domu) jak wszystkim wiadomo, przygoda z teatrem skończyła się śmiertelnie.

Prawdą jest, że we wszystkich epokach, w każdej z warstw społecznych, znajdowali się bardziej lub mniej zagorzali przeciwnicy, czy choćby tylko kontestatorzy teatru. Nawet jeszcze w czasach, kiedy teatr dorobił się statusu sztuki nobliwej, znaleźli się ludzie, którzy uważali, że paranie się aktorstwem czy robienie teatru nie licuje z godnością szanującego się człowieka.
Na pewno nie należał do nich młody Karol Wojtyła w czasach swojej młodości, a podejrzewam, że i później – kiedy już wstępował na coraz to wyższe szczeble kościelnej hierarchii – nie zatracił przychylności i zainteresowania dla pewnych teatralnych form i treści (czyż ceremonie kościelne, same w sobie nie mają czegoś z teatru?).
Tak więc, związki papieża z teatrem powinny wytrącić broń z ręki tym, którzy teatr lekce sobie ważą en bloc. Ale najprawdopodobniej nie wytrącą.

greydot

Oglądając i słuchając żarliwych wyznań miłości w przedstawieniu „Przed sklepem jubilera” na deskach Fundacji Kopernikowskiej, uświadomiłem sobie parę istotnych spraw.
Przede wszystkim to, że wartości bliskie ideału – aby przetrwać w realnym świecie – muszą być w jakiś sposób chronione: przykryte szklanym kloszem.
Te szklane klosze budowane są różnie. Może być nim np. świątynia, ołtarz, kościół; są nimi wyobrażenia świętych, idoli, bohaterów; jest nim czasami jakiś zakątek ludzkiej duszy; wreszcie są nimi wytwory kultury, dzieła sztuki… a więc także i teatr, gdzie wyobraźnia autora – niczym ten demiurg wszechmocny – kreować noże swój idealny świat. To, że ów „demiurg” tworzący kiedyś „Przed sklepem jubilera”, jest dziś (a przynajmniej winien być) moralnym zwierzchnikiem, etyczną busolą dla ponad miliarda ludzi żyjących na naszej planecie, nie może być tutaj bez znaczenia. Jego sztuka nabiera więc nie tylko znamion symbolu, ale i wręcz pewnych cech dogmatycznych.

W sztuce „Przed sklepem jubilera” Karol Wojtyła na ołtarze swego teatru wynosi Miłość, traktując ją jako wielki dramat ludzkiej egzystencji i stawiając w centrum idealnej duchowości człowieka. Miłość jako fundamentalne doświadczenie sensu w życiu każdego autentycznego chrześcijanina i człowieka dobrej woli. Chodzi tu oczywiście także o miłość między kobietą a mężczyzną.
Czy jednak taki fenomen może się obejść – uchronić – bez szklanego klosza?

greydot

Ksiądz, biskup, kardynał i papież pisze o różnych odcieniach miłości między kobietą a mężczyzną.
Czy można tak przekonująco pisać o miłości nie zaznawszy jej we własnym sercu, ale też… i na własnej skórze?
Pomińmy pewne pomówienia i insynuacje odnośnie Wojtyły, co do jego intymnej przeszłości i młodzieńczych namiętności, które jakoby nie zatrzymały się na uczuciach platonicznych.
Jeśli już o tym mówimy: dla mnie osobiście kwestia prawdziwości czy fałszu owych rewelacji nie ma większego znaczenia i w najmniejszym stopniu nie rzutuje na mój stosunek do jego autorytetu. Innymi słowy: w moich oczach nie rzuca to żadnego cienia na tego człowieka, nawet w kontekście sprawowanych przez niego kościelnych „godności”.

„Przed sklepem jubilera” daje natomiast świadectwo temu, jak bardzo Karol Wojtyła pragnąłby widzieć miłość między kobietą a mężczyzną jako uczucie sakralne.
Ale czy takie uczucie nie wymaga ochrony szklanego klosza?
Ta tęsknota za czystą miłością nieobca jest żadnemu poecie, żadnemu idealiście, romantykowi i marzycielowi, który składa swe uczucie na ołtarzu sztuki, wiary, religii… Przypomina jako żywo pasję, jaka spalała choćby Kierkegaarda w jego poszukiwaniu idealnej – i utraconej – kochanki.

Bohaterowie „Przed sklepem jubilera” są ludźmi spośród nas, ale nie mówią do siebie językiem jakim mówimy między sobą. Ich sentencje, wypowiedzi są w rzeczywistości tezami autora. Czy tę sztuczność można tolerować w zakresie umowności jaką zakłada teatralna forma? Oczywiście, że tak – jeżeli tylko popatrzymy na to jak na symbol. Ale przecież symbol gubi się często w niejasności, nieokreśloności… Może więc lepiej spojrzeć na to tak, jak zrodziło się to w umyśle twórcy: jako na przesłanie człowieka, który zaczął odczuwać swoje wielkie powołanie filozofa, myśliciela i moralisty.

greydot

Na scenie pełni energii, pasji, uczucia  i wrażliwości, bardzo utalentowani młodzi ludzie. Na widowni seniorzy: niemal całą publiczność stanowili ludzie powyżej 60 roku życia.
Czy religia nie staje się częstszą domeną w świecie ludzi starszych? Czy papież zyskuje rezonans tylko wśród seniorów? Perspektywa zbliżającego się kresu życia wydaje się wzmagać w człowieku metafizyczne pragnienia, a mówiąc prościej: potrzebę oparcia, pociechy, ukojenia, poszukiwania nadziei… także w wierze.
Ale przecież do papieża lgną na całym świecie ludzie młodzi – Jan Paweł II ma szczególny dar trafiania do młodzieży – poprzez swoją szczerość, otwartość, bezpośredniość… brak „zadęcia”. Miłość i szacunek do tego człowieka niewiele ma więc wspólnego z różnicami wieku. Natomiast ma wiele wspólnego z pragnieniami ładu serca, z poszukiwaniem życiowych drogowskazów w świecie aksjologicznego chaosu.

A więc młodzież wyśpiewująca (na przedstawieniu) hymny o miłości przed chylącymi się ku ziemi staruszkami. Czy jednak zmarszczki, wiotka skóra, zruojnowane chorobami i wiekiem ciało nie kryją w sobie żywej wrażliwości? Te łzy, które widziałem w ich oczach nie mogły mieć swojego źródła w wyschniętych sercach. I nic nie miały wspólnego z płytką ckliwością.

greydot

Czysty, uwznioślony, uduchowiony szklany klosz „Przed sklepem jubilera” z górującym nad nim obrazem Czarnej Madonny częstochowskiej. Autentyczne wzruszenia, nie tylko dewocyjnej, religijnej natury. Dla wielu: enklawa ideału, oaza miłości…
W jakim to wszystko stopniu realne-nierealne?
Po wyjściu z teatru widzowie napotykają na parkingu grupę wyrostków.Te klną, wymachują rękami, wydając przy tym, jakieś dzikie wrzaski i odgłosy.
Jedna ze starszych kobiet zwraca się w ich stronę: „Are you guys nuts?” W odpowiedzi słyszy głupkowaty rechot i wystawiony środkowy palec.
Klosz pęka.
Młodzież na scenie, młodzież na samochodowym parkingu. Zderzenie, konfrontacja.
Gdzie jest szaleństwo, gdzie rzeczywistość? Gdzie patologia, gdzie normalność? Gdzie prawda – zmyślenie, gdzie realizm – złudzenie?
Czy istnieje wyraźna granica? A może wszystko to zmieszane jak w bosko-diabelskim tyglu?

greydot

Książka Jana Pawła II „Przekroczyć próg nadziei” światowym bestsellerem. Miliony sprzedanych egzemplarzy.
Zapytajmy się jednak:
Jak wielu spośród tych, którzy książkę kupili, również ją przeczytało?
Jak wielu spośród tych, którzy ją przeczytali, jednocześnie ją zrozumiało?
Jak wielu spośród tych, którzy ją zrozumieli, również się nią przejęło?
Jak wielu spośród tych, którzy się przejęli, doznało objawienia, czy choćby tylko… zmieniło siebie i swoje przyzwyczajenia?

Redukcja ad sacrum: ilu tych prawdziwych świętych i czy w ogóle są tacy?
Oto co zostało z milionów. Ale czy nie za dużo wymagamy od czegoś, co jest po prostu tylko wywiadem?

greydot
Głoszenie ideałów, głoszenie konieczności moralnej odnowy, nawrócenia się, naśladowania Chrystusa, oddania się pod opiekę Matki Boskiej…
Nawoływanie do rezygnacji z drogi grzechu, do wyzwolenia się ze zgubnych skłonności, do wejścia na drogę cnoty – do poszukiwania i oddania się uniwersalnej Miłości…
Katastroficzne wizje, opętanie współczesnego świata przez Szatana; Sodoma, Gomora i Babilon; zbliżająca się zagłada świata, który stał się siedliskiem grzechu, wszelkiego zepsucia i występku.
Chrystus jako jedyny Wybawiciel; powrót do Boga, zaufanie Bogu, poddanie, modlitwy…

Większość ludzi normalnie funkcjonującego społeczeństwa odrzuca (lekceważy) ten mistyczno-religijny prozelityzm, tercjarską gorliwość i trącący katastrofizmem radykalizm, często uznając to – bardziej lub mniej otwarcie – za oderwanie od rzeczywistości ględzenie nawiedzonych kaznodziejów, czy też wprost za obłąkanie.

Parę miesięcy temu byłem w Nashville. Nie wszyscy o tym wiedzą, że miasto to, znane na całym świecie jako stolica muzyki country, jest równocześnie największym w Ameryce ośrodkiem życia religijnego. Taki protestancki Watykan Południa. To właśnie tutaj drukuje się lwią część literatury religijnej wydawanej w Stanach Zjednoczonych.
Trafiłem w Nashville przypadkowo na rodzaj giełdy książkowej, gdzie dosłownie za centy można było wynieść w torbie kilogramy książek.
A najwięcej było literatury zbawiającej świat i zaludniających go grzeszników.
Całe stosy dzieł nawiedzonych proroków, którzy na wylot przejrzeli zepsucie współczesnego świata i biją na trwogę w dzwony, by się opamiętać.
Tony książek pełnych wspaniałych receptur na odnowienie moralne ludzkości – walające się po ziemi, pod stołami, na straganach – pod brezentowym namiotem giełdy.

I zastanawiam się: jest to wszystko dowodem na stałość i nieśmiertelność pewnych tendencji ludzkiego myślenia, czy też bardziej wskazuje na marginalne traktowanie tego przez społeczny zdrowy rozsądek (jeśli takowy w ogóle istnieje).
Kiedy metafizyczne dreszcze i prorocze natchnienia zamieniają się w bezużyteczną makulaturę? Jeśli nawet na początku był autentyzm (nie mówimy tu o fałszywych prorokach ani o oszustach żerujących na ludzkiej naiwności), czy też religijnego doświadczenia, (które jednak było, jest i będzie jednym z elementów kształtujących świadomość człowieka i naszą cywilizację, czy nam się to podoba, czy nie) to na końcu nikt nie zwróci uwagi na to wypompowane, ludzkie szaleństwo wypełniające tekturowe pudła pod straganami w Nashville.

greydot

W ustach namaszczonych, uznanych filozofów, uduchowionych a mających posłuch proroków, wywyższonych katedralnie profesorów – szeroko uznanych i skanonizowanych autorytetów moralnych i moralnych – pewne stwierdzenia brane są za zdrój mądrości, za uniwersalne wytyczne, niekiedy nawet wręcz za katechizm.
W ustach Everymana – człowieka prostego, obskurnego – te same słowa mogą być zupełnie ignorowane, lub też wzięte na objaw szaleństwa. A przecież żadne usta nie mają patentu ani monopolu na mądrość, wzniosłość, patos, honor, dumę… nie wspominając już o prawdzie.

greydot

Wydaje się, że wszelkie rozważania człowieka dotyczące spraw zasadniczych, ostatecznych, absolutnych i fundamentalnych, odbywają się często na granicy obłędu.
Nic dziwnego: rzucony w otchłanie Kosmosu pyłek usiłuje pojąć Boga, Wszechświat, Wieczność, Absolut…

greydot

To, co uznajemy niekiedy za szaleństwo, jakże często inicjowało przełomy i wyznaczało tory, jakimi biegła i rozwijała się ludzka cywilizacja.
A więc szaleństwo jako nieodzowne ogniwo w łańcuchu ewolucyjnym ludzkich idei i umysłu Homo sapiens?
Jeśli tak, to skąd ta nieuniknioność?
Czy  aby nie stąd, że człowiek jako istota ułomna, ograniczona, śmiertelna i determinowana przez mechanizmy kosmiczne, nad którymi nie ma panowania, jest często bezradny, przyparty do muru, bezsilny? Staje przed sytuacjami, które go po wielokroć przerastają. A wtedy tylko szaleństwo daje mu złudzenie drogi wyjścia i ucieczki.

greydot

W którym momencie zostaje przekroczona granica, za którą świat ideałów i wartości wyższych staje się tylko światem urojonym bez zbawiennego, uszlachetniającego i uzdrawiającego wpływu na naszą rzeczywistość – na życie realne?
Jak cienka jest ścianka szklanych kloszy?

greydot

Jedna z moich znajomych pozostawiła mi pewnego razu plik swoich wierszy. Oto jeden z nich:

Czy tańczyłeś z Jezusem?
Ja tańczyłam,
był w białej szacie,
sandały miał na stopach,
był piękny jako kwiat lilii.
Twarz mu jaśniała od blasku promieni,
suknia powiewała jak smuga cienia.
Był lekki, taniec był jako wiatr
nieuchwytny, a wciąż był obok mnie.
Muzyka podkreślała poezję jego tańca.
Był jako jedwab, lekki, zwiewny,
był jak Bóg, bo Bogiem był.
Czy tańczyłeś z Jezusem?
Ja tańczyłam, jako Jego kwiat.

greydot

W czasach mojej młodości miałem przyjaciela, który do szaleństwa kochał Ewę.
Ewa była dziewczyną przepiękną: kształty bóstwa, cudowny biust, wspaniałe nogi i burza jasnych włosów okalających śliczną twarz… I jeszcze ta jej dusza: wrażliwa, uduchowiona, poetycka, dążąca do ideału…
To właśnie ta dusza stanęła na przeszkodzie, by spełniła się miłość mojego przyjaciela.
Ewa była bowiem zaangażowana w ruch oazowy. Doznała gwałtownego nawrócenia (nie bez znaczenia było to, że jej ojciec był wysoko postawionym działaczem partyjnym), przeżyła nagły przypływ religijnej gorliwości – zatopienie w modlitwie, jakieś myśli o wstąpieniu do zakonu…
Ewa, oprócz tatusia, kochała jeszcze mocno Jezusa. To był jej Pan, obiekt Wielkiej Miłości.

Kolega przeklinał oazy, przeklinał tatusia, przeklinał księży, przeklinał nawet Chrystusa; przeklinał wszystkich, którzy – o czym był przekonany – zabierali mu jego ukochaną.
A jej samej mówił: „Nie stać Cię na miłość do człowieka, do mężczyzny, który gotów jest dla Ciebie poświęcić wszystko! Wyimaginowałaś sobie jakąś miłość, która ma spełnić się gdzieś w zaświatach. Miłość do wymyślonego, bezcielesnego kochanka! Uciekasz od miłości ludzkiej, prawdziwej!”

Nic nie pomogło. Przyjaciel rozstał się z Ewą.
Ewa w końcu skończyła studia, dwa fakultety – prawo karne i cywilne.
Kolega wyjechał do Ameryki.
Po dwóch latach od jego wyjazdu Ewa wyszła za mąż, urodziła dziecko.
Minęło 6 lat.
Wiem, że przyjaciel myśli o nawiązaniu kontaktu z Ewą. Wiem, że Ewa chciałaby spotkać się z przyjacielem. Pierwszej Wielkiej Miłości nie zapomina się do końca życia.

greydot

„Pod szklanym kloszem” to jedyna powieść  – autobiograficzna zresztą – jaką napisała Sylvia Plath, poetka amerykańska. Tragiczna postać, o której do dzisiaj się nie zapomina. (O ile dobrze sobie przypominam, nawet Waldemar Łysiak poświęcił jej sporo miejsca w swoich „Wyspach bezludnych”.)
Dla Sylvii Plath jej szklany klosz do pewnego momentu był ochroną. Nadszedł jednak czas, kiedy świat za kokonem złudzeń stał się nie do zniesienia, a klosz za kruchy, by wytrzymać napór i uderzenia twardej realności.
A może to właśnie nie do zniesienia stał się świat urojony – ten wewnątrz jej szklanego klosza – a jego ściany za grube, by można było się poza nie wydostać?
Sylvia Plath popełniła samobójstwo, wkładając głowę do pieca kuchenki gazowej. Osierociła dwójkę małych dzieci.

greydot

Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy jednak skazani na budowanie szklanych kloszy – światów utkanych ze złudzeń i nadziei.
Jednakże z wszystkich tych światów najważniejsze są te, które dzielimy z innymi ludźmi. Ot, choćby jak najbardziej realny świat słońca, lasów, morza, gór… świat naszych rodzin, bliskich, przyjaciół… Świat życia naszego powszedniego – realny świat, w którym mimo wszystko możliwe jest prawdziwe szczęście, a choćby tylko jego momenty.

greydot

* Zapiski pochodzą z 1997 r. i opublikowane zostały na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 7 grudnia ’97.

(Zdjęcie własne: anioł ze zbiorów Muzeum Watykańskiego)

.

CHWIEJNA EPOPEJA

(zapiski VII)

*

Mit jest pewną konstrukcją myślową, dzięki której człowiek, dysponując ograniczonymi możliwościami poznawczymi i intelektualnymi, próbuje zrozumieć (przedstawić, opisać) jaka jest jego rola w świecie, czym jest los, w który został on uwikłany, jakie jest jego przeznaczenie.  Mit pozwala wyrazić nasze najgłębsze pragnienia, oswoić i zneutralizować lęk, nadać sens egzystencji w świecie, któremu rozum i racjonalizm nie są w stanie tego sensu nadać. Mit próbuje też uprościć wielką złożoność świata, który nas otacza; umożliwia w nim orientację ustalając pewne punkty odniesienia, jak również usiłuje “uwspólnić” nasze międzyludzkie doświadczenia egzystencjalne… Daje wskazówki jak mamy się zachować, co wybierać… Owiewa też poetycką aurą to, co bez tej otoczki mogłoby się nam wydać zbyt surową, krwistą tkanką nieludzkiej, bezwzględnej i ślepej Natury. Mit w zasadzie opiera się dychotomii “prawda – fałsz”, bo funkcjonuje na innym poziomie świadomości niż “zero-jedynkowe” metody weryfikacji. (Gwoli jasności muszę dodać, że jakkolwiek definicja ta może się nam okazać tutaj przydatna, to jednak nie wyczerpuje całej złożoności istoty i funkcjonowania tego fenomenu kulturowego, jakim jest mit.)

greydot

Kołakowski w swojej książce „Obecność mitu” napisał: “(…) kultura żyje zarazem z pragnienia syntezy ostatecznej między swoimi skłóconymi składnikami i z organicznej niemożności zapewnienia sobie taj syntezy. Dostąpienie syntezy byłoby śmiercią kultury tak samo, jak poniechanie woli syntezy. Niepewność zamierzeń i kruchość zdobyczy okazuje się warunkiem twórczego trwania kultury. Los kultury jest epopeją wspaniałą przez swoją chwiejność.”

Mimo wszystko (i poniekąd wbrew stwierdzeniu Kołakowskiego) – zdając sobie ponadto sprawę z ogromnej roli mitu w tworzeniu naszej kultury – wcale nie jest pewne to, czy musimy budować nasz świat archetypów, mitów i symboli. Biorąc jednakże pod uwagę obecny stan naszej kultury (czyli stadium rozwoju ludzkiej myśli i świadomości), to jak na razie wydaje się to koniecznością. Czy jednak tak samo będzie w przyszłości? Może odkryjemy w końcu jakieś kosmiczne “oprogramowanie”, które pozwoli nam zrównać się wszechmocą z Bogiem, albo okiełznać siły, które rządzą światem? (Co na jedno wychodzi.)
Wydaje się to nieprawdopodobne, ale czy niemożliwe? Rozsądek mi mówi, że to jednak science-fiction, ale czy zawsze możemy zawierzyć rozsądkowi?

A jednak (tu i teraz) skłaniam się do tego, by uważać, że na to oparcie w mitach jesteśmy skazani, gdyż najprawdopodobniej nigdy nie poznamy genezy Wszechświata, nigdy też nie dowiemy się “skąd przychodzimy”. Od biedy możemy się domyślać “kim jesteśmy”, ale i tak tajemnicą pozostanie najprawdopodobniej to “dokąd idziemy” – jak również to, czy tam, dokąd dojdziemy, nadal będziemy sobą.

greydot
Nie chodzi tu jednak tylko o konieczność akceptacji mitu. Mówimy o czymś jeszcze głębszym – bardziej radykalnym, bo odnoszącym się do sposobu naszej percepcji świata (a konkretnie do ograniczoności tej percepcji wskutek niedoskonałości poznawczej człowieka). A właśnie te ograniczenia mają swoje konsekwencje: np. w konieczności przyjęcia umownych paradygmatów, pewnego kodu, sposobu porozumiewania się, języka; innymi słowy –  komunikacji w kulturze, która jest w pewnym sensie czymś sztucznym, bo wykreowanym przez człowieka (czyli właśnie umownym).

Trudno nie docenić wagi i znaczenia mitu – jego funkcji scalającej i konstytuującej życie człowieka, zarówno w wymiarze indywidualnym (psychicznym), jak i społecznym (kulturowym, historycznym). Jeśli więc ktoś mówi, że nie interesują go mity, to tak, jakby stwierdzał, że nie interesuje go kultura, bo przecież rozwój naszej kultury jest w dużej mierze – jeżeli nie przede wszystkim – procesem mitotwórczym.

Mógłby też ktoś powiedzieć: “Mity zawierają wiele pułapek, dlatego warto je czasem dekonstruować, właśnie po to aby lepiej zrozumieć co nami powoduje. Doświadczenie uczy, że bezkrytyczna wiara w mit – a także posługiwanie się nim – prowadzi do uproszczeń, krótkowidztwa i niewrażliwości właśnie.”
Zgoda. Być może problem sprowadza się do tego, w jaki sposób ma się odbywać ta “dekonstrukcja” mitu, co jest jej rzeczywistą motywacją, jakie są prawdziwe intencje, i czy dekonstruując mit nie pozbawiamy ludzi jakiegoś oparcia – nie dając im niczego w zamian? Łatwiej jest burzyć, niż budować.

greydot
Nasze egzystencjalne lęki mają źródło w tym, że chcemy się odnaleźć i przetrwać w środowisku, które nieustannie zagraża naszemu życiu – bytowi jednostkowemu. Ta niepewność zaś wynika z naszej niewiedzy, czyli z niemożności ogarnięcia i pełnego zrozumienia otaczającego nas świata. Myślę, że cała nasza kultura jest taką epopeją (Kołakowski nazwał ją nawet “wspaniałą”), w której właśnie te dwa wątki mają największe znaczenie. Epopeja, która zrazu przypomina tragedię, to znów komedię czy farsę, ale zawsze jednak jest dramatem.

greydot
Często myślałem o tym czym jest “chaos”. Dlaczego niektórych z nas on przeraża, innych zaś pociąga?
I skłaniałbym się ku stwierdzeniu, że właściwie “chaos” jest czysto ludzkim określeniem tego, co jest dla nas (jeszcze) niezrozumiałe, niepojęte – czego reguł (praw, celu, sensu, zasad, działania) nie znamy.
Weźmy pod uwagę np. naukowca, który obserwuje pewne zjawisko, pozornie bezładne zachowanie się materii, zbioru cząstek, czy kwantów energii… Dopóki nie będzie on znał praw, które tym ruchem rządzą, dopóty będzie miał wrażenie, że zachowują się one chaotycznie. A tymczasem podlegają one ścisłemu prawu, tyle że jeszcze nie odkrytemu (przy czym, nie możemy mieć pewności, czy kiedykolwiek zostanie ono odkryte).
Również jestem skłonny uważać, że wszystko we Wszechświecie dzieje się według “żelaznych” reguł i praw, a problem różnicy między “chaosem” a “ładem” (“harmonią”), jest w rzeczywistości zagadnieniem pozornym, istniejącym tylko w naszej “ludzkiej” skali, niezdolnej objąć Wszystkiego.

greydot

Wiele wskazuje na to, że intuicję wykorzystujemy dlatego, że nasz rozum (a tym samym świadomość) jest zbyt ograniczona, by wszystkie docierające do nas informacje właściwie odebrać, przyswoić i opracować. Ponadto, co jest poniekąd paradoksalne, mimo tego całego nawału informacji o świecie, owych informacji mamy ciągle za mało (i często są one niezrozumiałe), by na ich podstawie wyrobić sobie o czymś ostateczny, nie podlegający wątpliwości, osąd. Wydaje się nam czasami, że ogarniamy świat cały – że potrafimy go przejrzeć na wylot – a w rzeczywistości podglądamy go przez dziurkę od klucza.

Weźmy np. pierwszy lepszy metr sześcienny gleby (z pola albo lasu): zwykle, patrząc nań od zewnątrz, widzimy tylko kupę ziemi. Jednak kryje on w sobie takie bogactwo informacji, tak wiele się w nim dzieje, że na poznanie tego wszystkiego życia naszego by nie starczyło. A co tu dopiero mówić o całym Wszechświecie? 100 miliardów galaktyk, a w każdej galaktyce 100 miliardów gwiazd… i gdzieś w tym wszystkim zagubiona mikroskopijny atom naszej planety z jej maleńkimi istotkami, które próbują cokolwiek z tego wszystkiego zrozumieć.

A może tak silna u wielu ludzi idea Boga to również pewnego rodzaju intuicja? Lecz w takim razie co począć z intuicją ateisty, któremu “coś” mówi, że Boga nie ma?

greydot

Jeśli weźmiemy pod uwagę cierpienie człowieka, które wynika z niepewności jego egzystencji i braku rozeznania w otaczającej go rzeczywistości, to “ucieczka w świat archetypiczno-mitycznej ułudy” jest właśnie ucieczką przed tym cierpieniem. Działa tu bardzo powszechny – i dość prosty – mechanizm psychologiczny, obecny nie tylko w chorobach psychicznych, ale i znany bez wątpienia nam wszystkim. Uciekamy w świat (większej lub mniejszej) iluzji, bo w nim owa niepewność jest niejako znoszona (taką m.in rolę pełnią wszystkie religie – stąd tzw. “mocna” wiara, stąd dogmaty, stąd “prawdy”, które są “prawdą i tylko prawdą”, czyli nie podlegające podważeniu ani nawet dyskusji…).
Czy jest to jednak sytuacja stawiająca nas przed wyborem “albo-albo”? Czasem tak (jak choćby w przypadku Kierkegaarda – nie mówiąc już o innych “skokach” w metafizykę dokonywanych np. przez Pascala, czy innych filozofów metafizycznych); czasem nie – lęk egzystencjalny nie musi być doświadczany przez wszystkich ludzi, a nawet jeśli jest doświadczany, to nie jest to doświadczenie dojmujące, stałe… Niekiedy są to tylko (jak np. u Sartre’a) mdłości. Czasem wybieramy coś zupełnie innego (wydawałoby się: przeczącego ułudzie) – np. hedonizm lub sarkazm, łagodność lub cynizm, zaangażowanie lub obojętność, pasję lub stoicyzm, wolę poznania lub sceptycyzm. A jednak zawsze pogrążamy się we mgle i nieprzejrzystości, mimo okazjonalnych olśnień i złudzeń wszechwiedzy.

greydot

Ktoś, kto zarzuca ślepotę religii, przeciwstawiając jej racjonalną (ponoć) naukę, nie dostrzega ślepoty tej ostatniej. Nauka nie jest też w stanie zapewnić nam poczucia bezpieczeństwa (często zwiększając nawet poczucie naszego zagrożenia… za przykład weźmy choćby dostęp do energii atomowej lub manipulacje genami).
Przede wszystkim nie potrafi ona zaspokoić metafizycznych potrzeb człowieka – innym słowy: jest dość bezradna wobec ontologii. Ale również wobec teleologii: do tej pory np. nie może rozwikłać problemu celowości we Wszechświecie, przez co nie może dostarczyć człowiekowi poczucia (a tym bardziej wiedzy) sensu istnienia. A chodzi tu o sens zarówno człowieka, jak i świata, w którym on żyje.
Zresztą, epoka pozytywizmu i WIARY we wszechmoc ludzkiego rozumu odeszła już w przeszłość. Również nasz racjonalizm okazuje się być czymś niewystarczającym w określaniu nas samych – naszego miejsca, pozycji, istotności, charakteru – we Wszechświecie. („Ratio”, jak sama nazwa wskazuje, wszystko dzieli i analizuje – to mu dość dobrze wychodzi, ale już z syntezą, ujęciem wszystkiego w spójną całość, ma często wielkie problemy.)

Rzeczywiście wiemy już sporo, lecz w porównaniu z tym co nam jeszcze pozostało do zbadania we Wszechświecie, nasza wiedza jest doprawdy znikomo mała. Ale po co sięgać aż tak daleko w Kosmos? Przecież nie poznaliśmy do końca naszego mózgu i nie wiemy tak naprawdę jak działa, nadal nie wiemy dokładnie co jest we wnętrzu Ziemi; nie wiemy jak zaistniał Wszechświat, jak się rozwija, ani tego jak powstało życie (stać nas tu tylko na hipotezy); nie mamy pojęcia jak sobie skutecznie poradzić z rakiem; mimo rozszyfrowania genomu, nadal nie wiemy w jaki sposób z tego zapisu genetycznego powstaje żywy organizm… i tak dalej, i tak dalej…
Jak można przy tym wszystkim WIERZYĆ we wszechmoc nauki – w jej wszechwiedzę?
Dlaczego wielu wybitnych naukowców “nawraca się” religijnie? I to naukowców dziedzin tzw. “ścisłych”. Dlaczego zaczynają wierzyć w jakąś nadrzędną moc stwórczą, jakiś byt absolutny? I nie są to bynajmniej naukowcy podrzędni, ale wykładowcy renomowanych uczeni, o znacznym dorobku naukowym, laureaci nagród Nobla, cieszący się naukowym autorytetem… Czy aby nie dlatego, że uznali, iż nauka nie może dać im odpowiedzi na nurtujące ich fundamentalne pytania?
Nauka jest fascynująca, ale nie ma duszy (sama jej istnieniu zaprzeczyła), jest zimna i w pewnym sensie nieludzka… Tak właśnie: pod względem humanistycznym jest “ślepa” i bezduszna. I też zagląda tylko przez dziurkę od klucza., choć wydaje jej się czasem, że otwiera bramy.

greydot

Rola religii w kształtowaniu ludzkiej cywilizacji jest nie do podważenia. Człowiek jest istotą religijną – to ten homo religiosus, który m.in. przez swoją religijność zaczął tworzyć kulturę i wyróżniać się ze świata zwierzęcego. Religia pełniła kluczową rolę w spajaniu i organizowaniu ludzkich społeczności, w kształtowaniu się własnej tożsamości kulturowej, czy wreszcie – w dążeniu do sfery sacrum i transcendentnym wyniesieniu człowieka poza czysty byt materialny – spełniała jego potrzeby metafizyczne, nadawała sens światu i własnej egzystencji. “Obsługiwała” wreszcie mit, bez którego nie mogłaby się rozwinąć żadna ludzka kultura.
Na temat znaczenia religii w historii ludzkiej cywilizacji spisano tysiące tomów – trudno, by można to było skwitować w kilku zdaniach.
Religia zawsze miała swoich wrogów (to byli najczęściej ci, którzy nie zgadzali się z porządkiem społecznym opartym na zasadach wywiedzionych z religii – przyczyny tej anty-religijności były więc bardziej natury politycznej, niż światopoglądowej). Najbardziej znaczące odejście od religii zaznaczyło się chyba w epoce Oświecenia – to od tamtego czasu datuje się znaczne rozpowszechnienie ateizmu, który znalazł adwokatów wśród wielu myślicieli i filozofów. Czy jednak gloryfikacja Rozumu, skompromitowanie religii i odrzucenie wszelkiej metafizyki wyszło nam na zdrowie? Nie jestem tego taki pewien – wystarczy spojrzeć na to, co się zaczęło dziać podczas Rewolucji Francuskiej, czy w okresie terroru ateistycznych totalitaryzmów komunistycznych (Rosja, Chiny). Czy światopoglądy ateistyczne, “wyzwalające” człowieka z religijnych “pęt”, uszczęśliwiły go? Moim zdaniem fakty temu przeczą.

greydot

Oczywiście, że istnieje również ta druga – ciemniejsza, negatywna, gorsza – strona religii, ale skupianie się tylko na niej jest pewnym fałszowaniem rzeczywistości i nie przyjmowaniem do wiadomości pewnych oczywistości i faktów. Naturalnie, że wojny religijne były złem (nikczemne były zwłaszcza wyprawy krzyżowe); zbrodnią były prześladowania religijne i zabijanie ludzi przez Inkwizycję (przy czym, miała ona nie tylko wymiar religijny); haniebnym wypaczeniem było to, co działo się na “dworze” watykańskim przez wiele wieków… etc. Lecz to wszystko były nadużycia, które miały bardziej podłoże polityczne (represje, bezwzględne dążenie do utrzymania władzy i przywilejów), niż religijne per se (to, co się działo np. w Watykanie, było zaprzeczeniem idei Chrześcijaństwa – więc, tak naprawdę, niewiele miało z nim wspólnego). Niestety, dzięki temu, dzisiejszym nieprzejednanym wrogom religii amunicji nie brakuje. Ale – jak to zazwyczaj dzieje się wtedy, kiedy zapalczywie i ślepo zwalczają się dwie strony – obraz wroga staje się stereotypowy, płaski i jednostronny: jest on samym Złem wcielonym, dokładnym przeciwieństwem nas – prawych, godnych, nieomylnych, posiadających niezbywalną rację. I niestety, skrzywienie to dotyczy obu tych stron (a w takim razie jedni warci są drugich).

greydot

Każda religia ma w sobie ziarno totalitaryzmu – w tym sensie, że stara się ująć człowieka i świat w swoje ramy, objaśnić WSZYSTKO, czyli totalnie. Zwykle też ma swój własny system etyczny, który – siłą rzeczy – uważa za najlepszy, czyli taki, który powinien obowiązywać wszystkich. Przy czym najczęściej sankcjonuje ów system jakąś wyższą – metafizyczną – racją moralną. A takiej przecież nie może podważać ten, który chce się uważać za danej religii wyznawcę.
Religia, w samej swej istocie nie jest więc demokratyczna – jest teokratyczna. Nie może też być do końca apolityczna, ponieważ usiłuje także porządkować życie (i zachowanie) swoich wyznawców – a ci zawsze znajdują się w jakimś kontekście społecznym, czyli są członkami społeczeństwa, które jest także porządkowane przez państwo. Stąd konflikty na granicy (zinstytucjonalizowanej) religii i państwa – ostre zwłaszcza w krajach, gdzie zasięg tej religii jest powszechny (jak np. w Polsce). Podobnie jest w krajach arabskich (niektóre z nich, jak np. Iran czy Pakistan, usiłują ten konflikt zlikwidować, uznając islam religią państwową – podporządkowując w dużej części prawo państwowe zasadom wywodzącym się z religii.)
Jeśli chodzi o mnie, to jestem zdecydowanie za rozdziałem kościoła (religii zinstytucjonalizowanej) od państwa. I tu nie mam problemu z uznaniem tego, że było to jedno z największych osiągnięć świata zachodniego, (do którego nota bene walnie przyczyniło się Oświecenie).

Napisawszy to wszystko, muszę podkreślić, że nie nie jest mi jednak po drodze z nieprzejednanymi wrogami religii, którzy widzą ją tylko w złym, negatywnym świetle. A to jest jednak pewien rodzaj zaślepienia: ignorowanie, niezauważanie tego, co jest w religii dobre, oraz tego, jak ważną – i pozytywną – rolę pełniła ona w rozwoju ludzkiej cywilizacji. Ponadto: wrogowie religii są także ślepi (bo napisać, że pozbawieni wyobraźni, empatii i serca – to mało) na to, jak ważna może być religia dla człowieka w jego wymiarze indywidualnym, egzystencjalnym – wzmacniając go, pomagając w życiu, dając mu poczucie sensu istnienia, także nadzieję.
Tak więc, mimo moich osobistych przejść z religią (skłaniając się ku agnostycyzmowi, nie mogę się uważać za członka jakiejkolwiek instytucji religijnej), nie zamierzam z nią walczyć – raczej chcę zrozumieć.

Jestem przekonany, że mimo wyznawania różnych religii (i wiary w różnie pojmowanego Boga), ludzie mogą żyć obok siebie w sposób pokojowy i bezkonfliktowy. Przykłady widzę wokół siebie: cokolwiek by nie powiedzieć o amerykańskim społeczeństwie, ta multi-religijność sprawdza się jednak w Stanach Zjednoczonych bardzo dobrze. Ludzie nie zieją tu do siebie nienawiścią tylko dlatego, że chodzą do innych świątyń: synagogi, meczetu, kościoła… Kluczem jest chyba tolerancja, szacunek dla „innego”, demokratyczne usposobienie… i właśnie: rozdział religii od państwa. Amen.

greydot

W IMIENIU BOGA… CZY DIABŁA? („Za wzgórzami”, reż. Cristian Mungiu)

*

Kilka dni temu rozpoczął się w Chicago 48. Międzynarodowy Festiwal Filmowy. Obraz „Za wzgórzami” znanego rumuńskiego reżysera Cristiana Mungiu jest pierwszym z obejrzanych przeze mnie filmów, o których chciałbym tutaj słów kilka napisać.

*

Życie w klasztorze – ucieczka od życia czy poszukiwanie zbawienia?

*

Co jest bardziej uczciwe (i skuteczne) artystycznie: wziąć za punkt wyjścia rzeczywiste fakty i przedstawić je w sposób symboliczny, a przez to uniwersalizujący nasze postrzeganie rzeczywistości i pogłębiający nasze doświadczenie życia? Czy też, wychodząc od (wykalkulowanych i wymyślonych w istocie) symboli czy metafor, przedstawić je jako faktyczną rzeczywistość i konkret? Innymi słowy: czy lepiej jest kiedy sztuka naśladuje życie, czy też kiedy życie naśladuje sztukę? I czy można podobne zabiegi rozpatrywać w kategoriach prawdy i fałszu, uczciwości i zwodniczości? (Bo przecież, jak głosi wyświechtany już nieco truizm: sztuka to kłamstwo, które ukazuje prawdę.) I wreszcie: czy skuteczność sztuki (czyli siła jej oddziaływania) musi mieć cokolwiek wspólnego z tzw. „przystawaniem” do rzeczywistości?

Podobne pytania przyszły mi do głowy, kiedy przeczytałem zdanie jakie wygłosił reżyser filmu „Za wzgórzami” Cristian Mungiu, podczas jednego z wywiadów: „Moim pierwszym scenariuszem byłem mocno rozczarowany – był zbyt blisko rzeczywistych wydarzeń i odsłaniał brak głębszego znaczenia realnego incydentu – był niczym innym jak tragiczną opowieścią o niekompetencji, fatalnym zbiegu okoliczności i braku odpowiedzialności.”  (Należy przy tym wyjaśnić, że „Za wzgórzami” odwołuje się do szeroko znanej, nie tylko w Rumunii, sprawie śmierci młodej kobiety, która zmarła podczas egzorcyzmów odprawianych nad nią w jednym z prawosławnych klasztorów.)

Film Mungiu wywołał w Rumunii wielką dyskusję i zażarty spór dotyczący roli religii, wiary, państwa, sytuacji politycznej i społecznej… A trzeba pamiętać o tym, że miało to miejsce w kraju, który wskutek historycznych obciążeń ma spore kłopoty ze znalezieniem swojego miejsca w tzw. „nowoczesnej” Europie – z określeniem własnej tożsamości w świecie, gdzie tradycyjny system wartości ulega szybkiej erozji, nie dając właściwie nic w zamian, oprócz frustracji wynikającej z niemożności (vide: bieda) wzięcia udziału w globalnym rytuale konsumpcji, jaki jest udziałem krajów rozwiniętych i zamożnych.  Tak więc to, czy film opisuje prawdziwe zdarzenia i fakty wydaje się w takim kontekście istotne. Chyba że zgodzimy się jednak uznać go jedynie za pretekst i punkt wyjścia do ogólniejszych, bardziej uniwersalnych rozważań dotyczących religii, wiary, wolności, społeczeństwa… sztuki wreszcie. Ale wówczas sam film (i jego faktograficzna wiarygodność), mimo znamion realnej prowokacji, usuwany jest niejako w cień – staje się sprawą drugorzędną, inicjacją, zarzewiem…
Ja jednak chciałbym zająć się obrazem Mungiu jako czymś pierwszorzędnym.

I niestety, w moim odczuciu film „Za wzgórzami” filmem pierwszorzędnym nie jest. Ale jest za to dobrym filmem drugorzędnym, a przez to wartym obejrzenia i uwagi – nawet gdy jego czas trwania (dwie i pół godziny) może być dla widza pewnym wyzwaniem, podobnie jak wyzwaniem dla niektórych była jego repetywność i monotonia, przerywana jednakowoż konwulsjami jednej z dwóch głównych bohaterek.

Sam mam z tym filmem pewien problem (choć chyba jeszcze większy miałem z banalnością „4 miesięcy, 3 tygodni, 2 dni” –  filmu mocno według mnie przecenionego, który przyniósł Mungiu’emu światowe uznanie i Złotą Palmę w Cannes przed kilkoma laty), gdyż do końca nie wiem, czy dość ostentacyjna postawa jego twórcy, by nie oceniać żadnej ze stron, nie sądzić żadnego z bohaterów, nie zajmować żadnego określonego stanowiska – jak również zdystansowanie się do kwestii metafizycznej, która jednak pełni istotną rolę w zachowaniu się mieszkańców klasztoru – jest tego filmu zaletą, czy też wadą. Mogę zrozumieć intencje reżysera: zbyt łatwo można byłoby postawę księdza i mniszek potępić (w rzeczywistości ekskomunikowani zostali oni za swój czyn przez swojego zwierzchnika – biskupa), wykazać ich głupotę, ciemnotę, bezmyślność, okrucieństwo, fanatyzm i zniewolenie zabobonem. Ale Mungiu chciał inaczej: ukazał ich ludzką twarz, dobre intencje, miłosierdzie, zwyczajność… przedstawił ich wysiłek dostosowania się do wymogów życia w miejscu, które narzuca im pewną ścisłą klauzulę, ograniczenia – nie tylko fizyczne, ale i (może nawet przede wszystkim?) psychiczne. Tylko czy taka postawa twórcy nie ma w sobie czegoś z wyrachowania, manipulowania i sztucznej kalkulacji, która nie objaśnia rzeczywistości, ale wprost przeciwnie:  zaciemnia ją, a co gorsza – pozbawia przy tym tajemniczości?

Lecz z drugiej strony podejście Mungiu do filmowej materii mi odpowiadało, ponieważ nie chciałem (tym razem) uczestniczyć w kolejnej opętańczej wersji pseudo-metafizycznych szatańskich harców z ludzką psychiką, jaką zaserwowali nam choćby Iwaszkiewicz i Kawalerowicz w „Matce Joannie od Aniołów”; nie miałem żadnej ochoty świadczenia negującym wszelkie prawa fizyki konwulsjom, którymi raczyło nas nawet kino mainstreamowe typu słynnego „Egzorcysty” (choć, po prawdzie, wicia się w spazmach, jęków i wrzasków w „Za wzgórzami” jednak nie brakuje). Miałem też dość skupiania się na seksualnych wynaturzeniach ludzi zakonnych – jak to nam zaprezentowała nie tak dawno mp. pani Barbara Sas w swoim dziele „W imieniu diabła”, czy wiele innych filmów pastwiących się nad zrepresjonowaną, często pokręconą i sfiksowaną seksualnością tych, którzy zmuszani są do życia w celibacie. A tu Mungiu taki wyważony, równo rozkładający wszelkie „za” i „przeciw”, nie sądzący, tolerancyjny i powściągliwy (ale czy przez to bardziej sprawiedliwy?)

Jednakże, czy ta ostrożność reżysera nie spowodowała tego, że w oczach wielu widzów film zaczął grzeszyć wspomnianą już monotonią i brakiem konkretnego przesłania (czyli – jakby nie było – brakiem celu i sensu)? Mimo więc realistycznej konwencji, sam obraz prezentował się mało wyraziście: na ekranie było tak, jak było, ale my odnosiliśmy wrażenie, że mogło być jednak zupełnie inaczej. Przy czym, nie ma to nic wspólnego z plastyczną urodą Mungiu’owego obrazu, która jest dla mnie niewątpliwa i która sprawiła mi w kinie wiele przyjemności.

Boska władza w rękach mężczyzny?

*

Głównym dylematem jaki podnosi „Za wzgórzami” jest kwestia wolności człowieka w konfrontacji z jego wiarą i okolicznościami, w jakie wepchnęło go życie. Na ile wiara człowieka jest determinowana przez warunki w jakich przyszło mu żyć? Czy miłość do Boga musi konkurować z miłością do człowieka – a nawet ją wykluczać? Czy dobro, jakie daje człowiekowi wiara (i religia), zbyt łatwo nie zamienia się w zło, które zniewala i niszczy – zarówno jego samego, jak i innych ludzi? Jakie są źródła władzy i czym jest władza w kontekście religii? Gdzie kończy się wiara a zaczyna przesąd – i czy istnieją między nimi jakieś wyraźne granice. Czy warunki egzystencji i sama ludzka kondycja nie wymuszają na człowieku irracjonalnych zachowań? Czym jest Zło, kim jest Diabeł? Czy nieświadomość czynienia zła może zwolnić kogoś od winy, a tym samym i kary?
To nie są błahe pytania.
Ale czy film Mungiu jest w stanie je unieść? Czy bez odwoływania się do pewnych fenomenów, wartości, aspektów i znaczeń pozafilmowych możemy z nim prowadzić pozbawiony redundancji, rzeczowy dyskurs? Albo inaczej: czy wnosi on coś istotnego (nowego) do naszego pojmowania świata i ludzkich zachowań?
Stawiając te pytania na gorąco, tuż po projekcji, trudno mi jest na nie jednoznacznie odpowiedzieć, bo film mnie jednak zaabsorbował i czuję jeszcze w sobie jego rezonans i wibrację, nadal rozsupłuję w głowie siatkę jego znaczeń, choć z drugiej strony, w pewnych momentach, odczuwałem wobec niego pewien dystans. Tak więc zastanawiam się, czy ukazał mi on coś, czego wcześniej nie widziałem i nie wiedziałem? Chyba jednak nie – i piszę to bynajmniej nie dlatego, że uważam swoją wiedzę i doświadczenia za szczególnie bogate i rozległe. Piszę to z racji pewnego niedosytu z jakim mnie film „Za wzgórzami” pozostawił. Lecz mimo to będę go wspominał dobrze.

7.5/10

greydot