UPARCIE OBECNE ILUZJE…

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XXIII)

.

zapiski notatki kajet notes

.

Niestety, dzisiaj większość ludzi jest wręcz przerażona tekstem dłuższym, niż taki, który dałby się umieścić na jednej stronie monitora bez konieczności scrollingu, czyli przewijania. Attention span współczesnych użytkowników internetu, np. Facebooka – o Twitterze i Instagramie nie wspominając – jest bardzo krótki, w sam raz by przeczytać parę zdań, jakąś (zwykle banalną) sentencję czy obejrzeć filmik (najczęściej z jakimś zwierzątkiem lub bobaskiem), który trwa… najwyżej półtorej minuty. Podobnie mało poświęca się czasu na kontakt z drugim człowiekiem tą drogą. Moim zdaniem jest to zaledwie namiastka międzyludzkich relacji.

Ludzie mają dziś dostęp do nieporównanie większej ilości informacji niż dawniej, ale wcale nie przekłada się to na większą wiedzę o świecie (bo ta jest wartościowa tylko wtedy, kiedy potrafimy docierające do nas informacje poddać analizie, a następnie syntezie, czyli przyswoić je i zrozumieć) ani na ludzką mądrość. Wręcz przeciwnie: ludzie dlatego, że nie potrafią się skupić, poddają się bodźcom jak piesek Pawłowa, mamią migotliwymi obrazkami i pustymi, bezmyślnymi memami… stając się niestety bezwolnymi połykaczami lub przeżuwaczami papki, którą karmi się ich w tym totalitarnym świecie konsumpcji, jakim jest cała zachodnia cywilizacja. Nie wiem, czy w tym świecie czują (czujemy) się dobrze, czy to ich (nas) satysfakcjonuje? Moim zdaniem nie.

*

À propos tego, co jest lepsze: kulturowa „czystość”, homogeniczność etniczna czy kulturowy tygiel, rasowy kogiel-mogiel?
Kiedyś przeprowadzałem wywiad z Franciszkiem Pieczką, który na moje pytanie: „To jest również charakterystyczne, że na styku różnych kultur, tworzy się jakiś ferment, który sprzyja twórczości, działa na artystów stymulująco. Dlatego np. wśród Żydów było wielu ludzi pióra, twórców w różnych dziedzinach, którzy potrafili właśnie wykorzystać te napięcia, jakie tworzą się między różnymi kulturami.” odpowiedział: „To prawda. Trudno o coś takiego w sterylnej kulturze. Widać to choćby na przykładzie zoologii. Kundle są najbardziej inteligentnymi zwierzętami. Taki rasowiec czysty, zadufany w swojej rasie, jest idiotą przeważnie.”

*

Obecny kryzys uchodźczy w Europie bardzo wszyscy „uetniczniają” i „ureligijniają”. Tymczasem jest to przede wszystkim problem ekonomiczny, jak również wynikający z trwających w niektórych krajach wojen. Religia jest tylko tłem.
Ponadto, nie można całego islamu utożsamiać z jego agresywną, radykalną, fundamentalną, fanatyczną odmianą, czy też częścią, z której wywodzą się terroryści, bojówkarze i ci, dla których opresja i przemoc jest jedyną (konieczną) formą sprawowania rządów.

*

Należy pamiętać, że tzw. „historyczna narracja” jest niczym innym jak interpretacją historii. I jest jednak niezbędna, bo bez niej historia byłaby nielogiczna, a tym samym – bezsensowna.
Nie istnieje więc coś takiego, jak obiektywizm w historii. Jednakże warto przy tym pamiętać, że subiektywizm nie jest jednoznaczny z manipulacją czy nawet stronniczością. Wiąże się bowiem z czymś czego nie da się uniknąć: czasem, w którym poznaje się historię, miejscem w jakim to się robi, i wreszcie z kulturą, której kodem się ktoś posługuje, opisując świat i opowiadając (interpretując) historię.

Warto przy tym pamiętać o innym, bardzo ważnym czynniku, który rzutuje na to, w jaki sposób postrzegamy (a także poznajemy i interpretujemy) historię: nasz własny charakter, preferencje, światopogląd, przekonania, skłonności… etc. Wszystko to wzmacnia subiektywizm – a stąd złudzenie, że tylko my dochodzimy do prawdy i tylko nasze postrzeganie historii jest słuszne.

*

Wydaje się nam, że sięgamy wzrokiem gwiazd, gdy tymczasem nie widzimy dalej, niż czubek naszego nosa

*

Paradoks śmierci polega również na tym, że jest ona wszędzie i nigdzie. Jest nieuchwytna, a kiedy już jest uchwytna (a raczej kiedy ona nas schwyta), to dla nas już jest za późno, by zrozumieć jej doświadczenie.
Wszyscy śmierć sprawdzają – prędzej czy później – na swojej skórze, ale jak dotąd, nikt się jeszcze nie podzielił z nami tym doświadczeniem (ci, którzy to robią, zaledwie o śmierć się otarli).

*

„Jeżeli Stwórca Wszechrzeczy umieścił nas w swoim planie, to wierzę, że po ziemskiej drodze dalej będziemy kroczyć po alejach Wszechświata.”

No właśnie, to byłoby dziwne (i marnotrawne) stwarzać takie cudowności – zwłaszcza istoty żywe, czujące i myślące, które same zdolne są do tworzenia – i nie zrobić przy tym żadnego back-up’u.

*

Tylko wtedy, kiedy antropomorfizujemy śmierć, możemy o niej powiedzieć coś „ludzkiego”. Jak np. to, że jest „mądra” albo „głupia”. Ale przecież śmierć istnieje w wielu wymiarach: od biologicznego, po kulturowy.
Nas śmierć obchodzi (zwłaszcza emocjonalnie) najbardziej w tej sferze osobistej – zwykle w relacji z osobami nam najbliższymi, no i oczywiście – jako doświadczenie kluczowe naszej własnej egzystencji.
I jest nierozerwalnie związana z życiem – stąd też te nasze oświadczenia, że „Dzień Zmarłych” nie jest świętem śmierci, a życia.
Bez śmierci możliwe byłoby istnienie, ale nie życie. Kamień istnieje wiecznie, ale nie żyje. Człowiek żyje, więc musi umrzeć. Ale czy nie może później istnieć – już bez śmierci – w innym wymiarze? Oto jest pytanie.

*

Ceremoniały i rytuały są nieodłącznym elementem naszej kultury. Mają swoje znaczenie i sens – pełnią określoną funkcję. Inną sprawą jest to, jak każdy człowiek podchodzi do nich indywidualnie, co one rzeczywiście znaczą dla niego samego. Dla kogoś może się to wiązać z głębokim duchowym przeżyciem, dla kogoś innego być tylko zwyczajowym, płytkim, bezrefleksyjnym, rutynowym, „stadnym” zachowaniem.

Z tradycją jest tak, jak z każdą inną ideologią, mitologią, wizją historii: można jej użyć zarówno w dobrym, jak i złym celu. Niemniej jednak tradycja jest niezbędna do zachowania pewnej ciągłości historycznej, pewnego ładu, stabilizacji – również tożsamości (nawet jeśli nie narodowej, to kulturowej, cywilizacyjnej).

Pisząc o potrzebie tradycji mam raczej na myśli społeczeństwo, a nie jednostkowego człowieka, a tym bardziej siebie, gdyż sam z tradycją jestem raczej luźno związany – choćby z racji tego, że od ponad dwudziestu lat mieszkam poza granicami kraju i jednak lekkie dotknięcie kosmopolityzmu na własnej skórze poczułem – choć przecież polskiej tożsamości nie mógłbym się wyzbyć, nawet gdyby tego chciał.

Tradycja według mnie nie musi być czymś niezmiennym, a tym bardziej skostniałym. Dobrze jest, jeśli jest do pewnego stopnia elastyczna, podlega ewolucji – bo to jej zapewnia ciągłość i pozwala dotrzymać kroku zmieniającym się czasom. Tym sposobem nie jest ona wrogiem postępu, jak uważają niektórzy, a zapewnia temu postępowi pewną ciągłość.

*

Należy odróżniać tradycję od konserwatyzmu. To są jednak różne pojęcia – i każde oznacza co innego. Zarówno tradycja, jak i konserwatyzm nie są wrogami (ani nawet nie muszą być przeszkodą) postępu, zapewniając niejako bardziej płynne przejście społecznym przemianom. Konserwatyzm (a właściwie jedna z jego odmian – bo jest ich kilka) wyrósł z przekonania, że te przemiany powinny odbywać się ewolucyjnie, a nie wskutek radykalnych („postępowych”) ideologii, które przecież, jak pamiętamy (vide: komunizm, a nawet – wcześniej – prąd „oświeceniowy”) stały się przyczyną morderczych społecznych katastrof.
W tym sensie, zarówno tradycja, jak i konserwatyzm mogą być (i są) „elastyczne”.
Warto zaznaczyć, że ideologie, które chcą radykalnie zastąpić tradycję (i zwalczają przy tym konserwatyzm) same są (stają się) bardzo mało elastyczne, wręcz apodyktyczne. Z tego choćby względu nie jestem zwolennikiem rewolucji.

Swego rodzaju ideologią jest również totalny permisywizm, który bardzo skutecznie rozwadnia całe społeczeństwo, godząc przy tym w jego podstawy.

*

Mam jednak wielkie opory, jeśli ktoś mnie zmusza do jednoznacznego określenia się: jesteś wierzący, czy niewierzący, religijny czy agnostyk, tradycjonalista czy postępowiec, konserwatysta, czy liberał… etc.
Mam opory, bo według mnie wiąże się to z przyklejeniem etykietki, która na swój sposób człowieka pęta i ogranicza. To dlatego nigdy nie zapisałem się do żadnej partii, ani nawet stowarzyszenia, które głosi takie a nie inne zasady, postulaty. To dlatego nie uważam się ani za demokratę, ani za republikanina – podobnie nie czuję się związany z żadną z tych partii, choć mam oczywiście swoje sympatie i widzę większą zbieżność moich poglądów z niektórymi ruchami politycznymi.
Innymi słowy: to kim jestem, wykracza jednak poza jednoznaczne określenia, przypisujące ludzi do takiej czy innej opcji społecznej czy politycznej.
Dzięki temu czuję się mniej skrępowany i mogę myśleć samodzielnie – to mi daje pewną wolność, poczucie niezależności. Dzięki temu nie muszę też świecić oczami, kiedy moje (ewentualne) stronnictwo się kompromituje.

*

Jesteśmy tylko jednym z niezliczonych elementów Wszechświata, ale takim, jaki wydaje się zawierać (i kreować?) w sobie cały – osobny i niepowtarzalny – świat.
Czy ten świat ginie wraz ze śmiercią człowieka? Oto jest pytanie.
(Jeśli nie ginie, to człowiek jest nieśmiertelny – tym sensie, że jego ziemska” śmierć” nie jest jego końcem, ale pewną transformacją – bo na pewno po śmierci człowiek przestaje być człowiekiem.)

*

Czego chcemy a czego nie chcemy?
Czy kiedy nie chcemy, to chcemy (nie chcieć)?
Czy na pewno, kiedy chcemy, to naprawdę MY tego chcemy i czy rzeczywiście chcemy?

Ostatecznie, wychodząc poza te zawiłości, można skonstatować: ponownie dotykamy tutaj problemu wolnej woli i determinizmu.

Czy nie jest po prostu naszym złudzeniem to, że jesteśmy czymś osobnym, indywidualnym? Czy nasza alienacja nie jest owym złudzeniem konsekwentnie doprowadzonym do końca?

*

Jakie jest nasze prawdziwe oblicze? Chyba jednak ukryte jest pod maską – za zasłonami i kotarami, które tkamy i rozwieszamy.
Tyle, że zdarcie ich, odkrycie, nie gwarantuje tego, że odsłoni się od razu prawdziwe oblicze – bo np. pod jedną maską może być następna, pod jedną zasłoną – druga… itd. Wtedy wydaje się, że człowiek składa się z samych masek – i sam już nie wie kim jest naprawdę.
Wobec tego może nawet sądzić, że owe maski składają się na jego prawdziwe oblicze – bo innego nie zna.

*

Usiłowanie uchwycenia istoty naszego Ja, przypomina łapanie wiatru. Choć wierzę, że istnieje w nas jakieś (twarde?) jądro, które jest niezmienne – i że właśnie ono stanowi o naszej tożsamości – czyli o tym, że ja to ja, a nie kto inny.

To prawda, większość z nas prowadzi – samymi z sobą – dialog nieustanny.
Który głos bierze górę (i dlaczego?) – to jest chyba Tajemnica niezgłębiona (naszego charakteru i osobowości), która ma zapewne związek z tym naszym własnym jądrem tożsamości, stanowiącym nasze prawdziwe Ja.

*

Między zawsze i wszystko a nigdy i nic rozpięte jest nasze życie.
Śmierć to rozstrzygnie: będzie zawsze i wszystko, czy nigdy i nic?

*

Jeszcze przed Frommem było wiadomo, że człowiek ucieka od wolności. To po pierwsze. Po drugie: wolność absolutna nie istnieje – każdy człowieka pozostaje zniewolony na różne sposoby, choć wydaje się, że jest wolny.
W sumie wynika z tego paradoks: ucieczka od wolności, której się nie posiada.
Czy więc – zważywszy na powyższe – człowiek nie zamienia jednego zniewolenia na drugie?

*

Wydaje się nam, że uzyskaliśmy wolność, a w rzeczywistości poddajemy się innym rodzajom zniewolenia.

*

„Przyzwoitość” to obecnie bardzo wstydliwe określenie – częściej bywa tak, że ludzie bardziej wstydzą się przyzwoitości, niż nikczemności. Innymi słowy: wolą jak postrzega się ich jako sukinsynów, niż jako dobrego człowieka. (Może dlatego, że większość z ludzi odczuwa większy respekt przed złem, niż przed dobrem?)

*

Archetypy są naszą próbą – niekiedy desperacką – ponownego zjednoczenia się ze światem, także z innymi ludźmi. Są tęsknotą za powrotem do Oceanu – do Jedni Wszechświata (to czuli doskonale – a może też i rozumieli? – ludzie, mistycy Wschodu).
Dzięki archetypom łagodzimy naszą niepewność.
Za pomocą archetypów chcemy pokonać samotność (także w tym szerszym wymiarze egzystencjalnym) – wyciszyć lęk związany z zagubieniem w świecie.
Chcemy, by archetypy służyły naszemu poznaniu. Ale czy są one naszą wiedzą?
I czy w ogóle mogą być naszą wiedzą?

*

Osoba niewierząca nie doświadcza uczuć religijnych i metafizycznych. Jeśli tego doświadcza, to w tym samym momencie staje się religijna. Przy czym religijność rozumiem tu jako zdolność do przeżywania uczuć metafizycznych, a nie identyfikowanie się z religijnością doktrynalną, czy przynależność do określonej religii, kościoła.

Siłą rzeczy ktoś, kto uważa się za ateistę, musi być jednocześnie materialistą, który nie jest w stanie doznawać uczuć metafizycznych.
Ateizm wyklucza religijność, materializm – metafizykę.

*

Wydaje mi się, że im wyższy – jak ktoś to nazwał – „współczynnik unikania niepewności” (w człowieku, społeczeństwie), tym większa kryje się za tym niepewność.
Paradoksalnie, w kulturach o niskim współczynniku unikania niepewności, wie się więcej – mimo, że łatwiej jest się tam przyznać do tego, że się nie wie.
Z tego można wyciągnąć wniosek, że im większą wiedzę posiadamy, tym bardziej odważnie możemy się przyznać do naszej niewiedzy.

*

„Przekonywanie nawiedzonych nie może być skuteczne” – usłyszałem niedawno w jednej z dyskusji.
To prawda. Podobnie:
– przekonywanie przekonanych nie może być skuteczne
– przekonywanie myślących schematami, według określonej ideologii (po linii partyjnej, układu, grupy interesów.. etc.) nie może być skuteczne
– przekonywanie głuchych i ślepych na wszelkie argumenty, (którzy albo udają, że ich nie widzą; albo ich widzieć nie chcą; albo widzą, tylko je ignorują…) nie może być skuteczne…

To właśnie dlatego nasze dyskusje przypominają czasem bicie piany, rzucanie grochem o ścianę, okopywanie się na swoich pozycjach, wołanie na puszczy, obronę własnego zdania jak niepodległości… i niemal nigdy niczego nie rozstrzygają.
Dlaczego? Może dlatego, że tutaj – podobnie jak z tym łapaniem zajączka – nie chodzi o przekonanie, tylko o samo przekonywanie – mówię (piszę) więc jestem (bo wydaje mi się, że mówienie i pisanie wynika z mojego myślenia)?

Ostatecznie wszystko rozbija się o siłę naszych szańców, czyli zależy od mocy i realnej skuteczności struktury, w którą jesteśmy – chcąc nie chcąc – wpisani i której jesteśmy cząstką. Nie mają przy tym w zasadzie większego znaczenia fakty, prawda, sprawiedliwość…
Nasz świat jest ścieraniem się idei – a idee wcale nie opierają się na faktach, tylko są tych faktów przedstawieniem i interpretacją. A interpretujemy zwykle tak, jak chcemy (lub musimy). Z kolei przedstawiamy sobie tylko tak, jak możemy (a to wskutek naszych ograniczeń).

*

Nasza psychika (funkcjonowanie mózgu) nie nadąża ewolucyjnie za zmianami cywilizacyjnymi człowieka (choćby za tym, że żyje on w coraz bardziej sztucznym środowisku). Stąd wysyp wszelkiego rodzaju fobii, które są niczym innym jak próbą samoobrony organizmu przed tymi gwałtownymi zmianami – także skutkiem naszej dezorientacji w otaczającym nas, coraz bardziej skomplikowanym świecie.

*

Możliwe, że istnieje jakaś konkretna przyczyna tego, iż tylko w niewielkim stopniu wykorzystujemy możliwości swojego mózgu.

Może taka, że pozwala nam to na utrzymanie się na powierzchni – fizyczne przetrwanie naszego organizmu?
Ale co z „obsłużeniem” tego, co wynosi nas ponad świat zwierzęcy (kultura, „człowieczeństwo”, sztuka)? To ostatnie zmusza nas (zachęca?) do sięgania głębiej – poza próg naszej świadomości.
Nadmiar bodźców, wrażeń, informacji mógłby nas po prostu zabić.

Mózg jest niesamowitym urządzeniem. Ciekaw jestem, czy kiedyś w jakiś sposób zdołamy wykorzystać jego pełne możliwości (jednakże, wydaje się, że jeśli tak się stanie, to możliwe będzie to tylko dzięki technice). „Drzwi percepcji” mogą się wówczas otworzyć na oścież. Kto wie? Może dotkniemy wtedy nieskończoności, może nawet wieczności (nieśmiertelności?) Może oślepniemy? Albo wręcz przeciwnie: doznamy ultymatywnego olśnienia?

*

Kontestację własnej kontestacji też już mam za sobą. Teraz to jest… może nie tyle obojętność, co… nie wiem jak to nazwać… wyrozumiałość? Także zaprawiona pewną łagodnością. Myślę, że po czasie potrafię spojrzeć na to wszystko (młodzieńczy bunt, kult poety przeklętego) bardziej spokojnie i chyba jednak szerzej – z różnych perspektyw i umieszczając to w innych kontekstach. Może na tym polega jakaś większa… hm… przepraszam za to słowo – dojrzałość?

*

Ot, co znaczy sugestia i fama geniusza: ludzie widzą w nim to, co chcą widzieć i zachwycają się tym (czasem nawet szczerze), czym chcą się zachwycić. To, jaki w rzeczywistości jest obiekt kultu i zachwytu, jest sprawą drugorzędną.

*

Życie w dużej mierze polega na zachowywaniu pozorów. Kto tego nie robi często staje się trędowaty, albo… czczony i święty – tyle, ze najczęściej na zasadzie pomyleńca bożego, wariata…

*

Tak naprawdę obchodzimy tylko tych ludzi, którzy są z nami rzeczywiście – rodzina, bliscy, przyjaciele – ci, którzy nam dobrze życzą, są gotowi do pomocy, współczują… Cała reszta – zwłaszcza ta wirtualna – to powierzchowność, często poza, gra pozorów, tymczasowość i dorywczość.
Wydaje mi się, że to właśnie uwaga jaką poświęcamy drugiej osobie, jest warunkiem koniecznym zarówno miłości, jak i prawdziwej przyjaźni.
Ale uwaga – a raczej życie uważne – jest także niezbędne do tego, żeby pełnie, rozumnie i dogłębnie odbierać świat w jakim żyjemy. (To brzmi trochę po kaznodziejsku, ale czy można temu zaprzeczyć?)
Jednak czy taka uważność jest powszechna? Wątpię. Większość z nas żyje nieuważnie, pośpiesznie, powierzchownie… mamiąc się złudzeniami, zadowalając się namiastkami, otumaniając (uśmierzając) używkami, rozrywając zabawkami, wypełniając pustkę rzeczami, gadżetami, głupotkami i bzdetami… przytłoczona rutyną, bylejakością, prowizorką, nudą i szarością życia, wreszcie: swoimi dolegliwościami i wszelkiego rodzaju troskami.

*

To brzmi jak oklepany frazes, ale rzeczywiście to Miłość jest w życiu najważniejsza (i różne jej przejawy, jak np. przyjaźń, pasja czynienia czegoś dobrego i wartościowego, poświęcenie dla drugiego człowieka… etc.) Wszystko inne – majętność, rozkosze cielesne, dogadzanie sobie, konsumpcja, hedonizm, otaczanie się rzeczami, pogoń za władzą i bogactwem – prędzej czy później objawi swoją pustkę i daremność, marność, pogoń za chimerą… Tylko Miłość (i związana z tym wiara w coś, co jest transcendentne, wyższe ponad nagi byt nasz zwierzęcy) – nawet jeśli jest iluzją – dostarczyć może człowiekowi poczucie sensu i spełnienia.
Piszę to z pełną świadomością tego, że może to zostać wzięte za patos, może nawet banał. Ale są w życiu człowieka takie momenty (ja chyba jestem właśnie w takim), kiedy to objawia się jako prawda bezdyskusyjna, wręcz absolutna – wyczuta i przeżywana całą naszą istotą, jestestwem.

*

„Głos wołającego na pustyni” (we wcześniejszych przekładach Biblii było „puszczy”) to oczywiście metafora.
Można wołać będąc wśród tłumów i nikt nie zwróci na to uwagi, bo każdy woła swoje. Puszczą (pustynią) może być nawet tysięczne audytorium, które nie zwraca na ciebie – i na to co mówisz (wołasz) – żadnej uwagi. To jest ta ludzka samotność w tłumie – wśród ludzkiej rzeszy, której jesteś zupełnie obojętny – i która jest obojętna na to, co chcesz przekazać (czasem nawet wykrzyczeć) światu.

*

Pustynia, mimo wszystko, kojarzy mi się z przejmującą ciszą.
Innymi słowy: ona dla mnie brzmi ciszą.
To także skwar, który pochłania wszystko i powoduje, że obraz pustyni drży i faluje – jakby gotów był do odpłynięcia gdzieś w inne wymiary przestrzeni i czasu. A przez to rzeczywistość, która cię otacza, zaczyna wydawać się mirażem.

*

Wierzący – niewierzący. To nie ma nic do rzeczy. (Cóż to w ogóle znaczy „wierzący” albo „niewierzący”? Wierzący, niewierzący – w co?). Ważne jest to, czy jesteś człowiekiem wrażliwym czy nie, to jaki jest Twój stosunek do innych ludzi, czy jesteś ciekawy świata i otwarty, niezasklepiony w swoich „jedynie słusznych” i „prawdziwych” przekonaniach…

*

Często wpatrując się w horyzont, oczekując na jakieś objawienie (czegoś dalekiego a nieokreślonego), umyka nam to, co jest blisko nas i dostępne, na wyciągnięcie ręki, a my jesteśmy na to ślepi, lub tego nie cenimy (nie znamy wartości).

*

Rzeczywistość – czyli to, jak się rzeczy jawią – jest przez każdego z nas postrzegana inaczej. Wyobraźnia pomaga nam w uchwyceniu tego obrazu, ale jest też źródłem naszych iluzji.

*

Wydaje mi się, że ateiści i wierzący przebywają na dwóch różnych poziomach i dlatego trudno jest się im porozumieć. Nie mogą przyznać sobie nawzajem racji, bo wtedy zarówno ich ateizm, jak i wiara w Boga stałyby się zakwestionowane przez nich samych.

To prawda, że w dzisiejszych czasach znacznie więcej ludzi traci wiarę, niż się nawraca. Ale to również dlatego, że utrata wiary jest czymś biernym (choć niektórzy ludzie przeżywają to tak, jakby ich niebo stawało w płomieniach), natomiast nawrócenie wymaga znacznego wysiłku, może nawet czegoś w rodzaju wewnętrznej rewolucji.

*

Nie wiem, czy słowo umiera. Ale na pewno umrze wraz z człowiekiem (chodzi mi oczywiście o gatunek, a nie o jednostkę – bo akurat po śmierci niektórych pisarzy ich słowo „żyje” nadal).
Z tym, że jednak pozostanie (na Ziemi) inny sposób porozumiewania się – ot, choćby między szczurami, czy nawet owadami.

To prawda, słowa ożywają tylko w naszej głowie. Jeśli nie trafią tam na podatny grunt, to nawet nie zakiełkują. Lecz, niestety, sporo jest jednak umysłów jałowych (leniwych) – i właśnie przez to słowa pozostają martwe.
Może właśnie dlatego nasza kultura staje się kulturą obrazu? Zrozumienie słowa wymaga bowiem pewnej aktywnej inter-reakcji (myślenia), obrazy zaś przyjmujemy biernie – one jak gdyby zwalniają nas od myślenia, nie wymagając już takiej uwagi. Obrazem więc można obecnie jeszcze bardziej (skuteczniej) indoktrynować ludzi (manipulować nimi), niż słowem. Propaganda też nam się „zobrazkowała”.

*

Będąc blisko drugiego człowieka, zwykle wyczuwamy, czy jego słowa płyną z serca – a tym samym: czy są szczere.
Czasem jednak słowa są zbędne. Wtedy wystarczy gest, czyjaś dłoń, spojrzenie, dotyk – poczucie czyjejś bliskości.
Ta mowa nie tylko ciała ale i duszy.

*

Być może, że przebaczając komuś „niewybaczalną” zbrodnię, oprócz tego, że rezygnujemy z zemsty, (która zwykle mnoży Zło tego świata) to pozbawiamy się nienawiści, która jest przecież Złem, jakie zżera nienawidzącego (bo skrzywdzonego niewyobrażalnie) człowieka. Czyli – zarówno w jednym, jak i drugim przypadku – Dobro powstaje już przez rezygnację ze Zła, ale też z niezgody na jego powielenie.
Ale to są jakieś aksjologiczne, filozoficzne dywagacje, którymi można się bawić patrząc na pewną sytuację – i ludzi w nią uwikłanych – z zewnątrz. Bo ci, którzy wybaczają, w takie kombinacje etyczne się nie wdają, tylko dokonują wyboru, zazwyczaj zgodnie z własnym sumieniem oraz charakterem – intuicyjnie kierując się czymś w rodzaju przyzwoitości, którą odnajdują w sobie.
Nie jestem jednak pewien, czy to jest ich wybór – czy ich decyzja nie jest zdeterminowana czymś, co jest silniejsze od nich samych – przez coś, na co oni nie mają wpływu. Jeśli tak, to balans Zła i Dobra na świecie jest czymś niezależnym od ludzi, od ich wolnej woli. A to jest konstatacja raczej pesymistyczna, bo wskazuje na to, że nie jesteśmy w stanie nie tylko wyeliminować Zła, ale nawet zmniejszyć jego ilości w świecie, nie wspominając o tym, że jest także – paradoksalnie – achrześcijańska.

*

Nie do końca jestem przekonany o tym, że dysponujemy wolną wolą. Ale wiem, że jeśli nią nie dysponujemy, to nasze człowieczeństwo nie ma sensu, bo zrównujemy się wtedy z materią zdeterminowaną ściśle określonymi prawami, od których nie ma odstępstwa nawet na jotę. Wtedy nie jesteśmy niczym wyjątkowym we Wszechświecie i nie różnimy się właściwie niczym od zwykłej skały czy nawet powietrza.
Trudno żyć z taką absurdalną świadomością. Ale nie tylko dlatego skłaniam się do uznania, że człowiek posiada jednak wolną wolę. Mało tego: sam tworzy nowe jakości w materialnym skądinąd świecie. Redukcja do materii nie wytrzymuje jednak konfrontacji z tym, co w świecie nazwać można duchowością, która jest wobec materii czymś nadrzędnym.

*

Reakcja otoczenia ma ogromne znaczenie dla człowieka chorego na nowotwór. Chodzi o przezwyciężenie… strachu przed taką osobą, który często maskujemy za ostentacyjnymi gestami poparcia dla niej, przy jednoczesnej chęci ucieczki od tego, żeby nie być blisko cierpienia z obawy… nie wiem… przed tym, żeby się tym cierpieniem nie zarazić? Żeby nie psuło nam dobrego humoru, optymizmu – żeby nie przypominało, że i my możemy się znaleźć w takiej samej sytuacji?
Jest też sprawa stygmatyzacji człowieka chorego na raka – bo on sam staje się często w oczach innych takim chodzącym rakiem.

Wygląda na to, że mamy kłopoty ze zrozumieniem tego, że nawet jeśli kogoś dotknęła ta choroba, to jest on w stanie prowadzić normalne życie – że może się on nawet czuć człowiekiem szczęśliwym.

*

Stwierdzenie tego, że myślimy, iż śmierć dotyczy innych, ale nie nas samych, odnosi się zwłaszcza do ludzi młodych. Bo przecież to inni umierają, a nie my.

*

Odróżniałbym wiedzę o tym, że musimy umrzeć, od świadomości tego, tzn. od głębokiego uświadomienia sobie własnej śmiertelności, którego zwykle doświadczamy, kiedy sami umieramy, lub umiera ktoś, kogo kochamy. W przeciwnym razie śmierć wydaje się pewną abstrakcją, choć przecież wiemy, że jest faktem – że jeśli ktoś się urodził to musi też umrzeć.

Życie, dopóki trwa, jest w pewnym sensie „impregnowane” na śmierć.

*

Miłość istnieje. Bez względu na istnienie czy nieistnienie Boga.

*

Seks jest doznaniem rzeczywistym, ale już erotyzm takim być nie musi, bo choć jest odczuwalny, to może być czymś ezoterycznym, „wyobrażonym” – związanym nie tylko z naszymi zmysłami, ale i z myślą.

*

Siłą rzeczy mój związek z malarstwem jest inny, niż związek z literaturą, a ten z kolei inny, niż związek z filozofią. Nie wiem czy jest sens porównywać te relacje na “siłę”, bo każda z nich ma inną naturę – tak, jak inną naturę mają malarstwo, literatura, filozofia…
Malarstwo, siłą rzeczy jest bardziej sensualne (więc inaczej oddziałuje na naszą wrażliwość) – literatura pobudza wyobraźnię (zanurza nas w świecie języka), filozofia zaś bardziej intelekt (zmuszając do myślenia analitycznego). Zresztą, w różnych okresach życia, moje zainteresowanie na tych polach miało inną – że tak powiem – intensyfikację. A jeśli już tego miałem dość, to uciekałem nad morze lub w góry, czasem nawet na pustynię.

*

Odnoszę wrażenie, że wartość artystyczna, (którą rzeczywiście trudno „wymierzyć”, bo granice „artyzmu” nie mogą być jednak wyraźnie oznaczone) nie jest czymś arbitralnym (tzn. nikt z całą pewnością nie może jej ustalić). Ale można ją (przynajmniej starać się) określić za pomocą zarówno naszej wiedzy, jak i intuicji czy wrażliwości. (Tak więc nasz „gust” też musi mieć w tym swój udział.)
Ale przede wszystkim: wartość artystyczna nie może być czymś do końca arbitralnym, bo jest osadzona w ludzkiej kulturze – to zakłada jej pewien obiektywizm (pewne wartości kulturowe musimy uznać za „niezbywalne”, bo w przeciwnym razie będziemy dokonywać negacji tej kultury).

To, że można coś zbudować po zniszczeniu fundamentów naszej kultury i cywilizacji (nulifikując niejako wszystkie jej wartości) jest mrzonką. W tym sensie tradycja (wliczając w to klasyczne kanony) jest dla nas ważna – bo zapewnia ciągłość kulturową, bez której nastąpiłby chaos, który moim zdaniem jest antytezą sztuki. Oczywiście nie zaprzecza to istnieniu ewolucji tej sztuki – a nawet radykalnych „przeskoków” estetycznych i ideowych (jakimi były np. impresjonizm, czy wszelkie „izmy” modernistyczne). Warto przy tym zauważyć, że np. Van Gogh, (którego dość powszechnie uznaje się za prekursora malarstwa modernistycznego), jak i Picasso, (który przez wielu uznany został za największego artystę XX wieku) – czyli, jak by się wydawało, wielcy rebelianci sztuki – wyrażali szacunek dla mistrzów z przeszłości, (którzy notabene wypowiadali się za pomocą zupełnie innej estetyki i stosowali inny kanon artystyczny, niż oni sami).
Dla mnie dezynwoltura współczesnych „artystów”, którzy odrzucają cały dotychczasowy dorobek w sztuce, jest nie do przyjęcia.

*

Skoro dosłowność w poezji nie działa na jej korzyść, to czy warto artykułować niektóre myśli wprost i bez ogródek? Być może z tego bierze się lawirowanie poetów: niby to chcą pisać w swoich wierszach prawdę i tylko prawdę, ale tak, żeby się przy tym zbytnio nie „odsłaniać”.
Dla mnie to jest pewien rodzaj asekuracji. Choć rzeczywiście często wymusza to na nich nie tyle obawa przez ekshibicjonizmem, co sama forma, styl i konwencja. Poza tym, mówienie o czymś wprost, może się czasami niebezpiecznie ocierać o prostactwo czy wulgaryzm.

*

Musimy się liczyć z tabu, jakim jest wypierana przez nas świadomość przynależności do świata zwierzęcego – naszego uwikłania w biologizm i fizjologię…
Niby każdy inteligentny człowiek to wszystko wie, ale jednak wiedzę tę (świadomość) niejako separuje od tego, co uznaje za własne człowieczeństwo, umieszczając owe aspekty animalne np. w czystej domenie nauk biologicznych czy medycyny. A przecież mają ona na nas wpływ codziennie, mieszają się z naszym człowieczeństwem dosłownie w każdej chwili – więc jednak nie dają się tak łatwo od siebie oddzielić i podobne myśli mimo wszystko powracają do nas co rusz – czy tego chcemy, czy nie chcemy).

*

Naturalnie, że pisząc do szuflady trafiamy w pustkę – czyli do „nikąd”. Dopiero wtedy, gdy coś, co stworzymy (napiszemy, sfotografujemy, skomponujemy… etc.) znajdzie oddźwięk w drugim człowieku, to zaczyna to żyć, czyli tak naprawdę – istnieć. Tak, jak stwierdził kiedyś Berkeley: Esse est percipi (istnieć, to znaczy być postrzeganym). Odnosi się to zresztą nie tylko do tego, co tworzymy, ale i do nas samych (stąd zatrzęsienie wszelkich blogów, stron fejsbukowych i innych sposobów autoprezentacji.

*

Ludzie oczekują powtarzalności (w kulturze, sztuce), bo głaszcze im to utarte kanały percepcji. Tak naprawdę jest to ucieczka przed refleksją i głębszą myślą – jedna z cech masowej konsumpcji.
Cóż, jako gatunek, jesteśmy pochłaniaczami i przeżuwaczami trawiącymi w kółko tę samą karmę.
A jak to wpływa na nasze myślenie?

*

,,Człowiek urodził się buntownikiem, a czy buntownik może być szczęśliwy? ”
(Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow)

Nie, buntownik nie może być szczęśliwy.
Być może głównym powodem tego, że jest buntownikiem jest to, że jest nieszczęśliwy.

Zrewidowałbym jednak to stwierdzenie Dostojewskiego, bo według mnie nie każdy człowiek rodzi się buntownikiem. Wręcz przeciwnie: zdecydowana większość ludzi rodzi się konformistami.

*

Ktoś mówi: „To, co dobre, wiemy bez kultury, religii i nauki, a ‘zdobycze’ kulturalne, religijne I naukowe często tylko ograniczają nas.”
Trudno mi się z tym zgodzić. Bo jeśli tego, co dobre (i złe) nie wiemy od kultury, religii i nauki, to skąd mamy to wiedzieć? Nawet jeśli my sami decydujemy o tym, co dobre a co złe, to zawsze to będzie się odbywało w odniesieniu do kultury (wliczając w to naukę i religię).

Trudno sobie wyobrazić istnienie jakiejkolwiek kultury bez kodeksu etycznego (podobnie jest z religią). Człowiek nie może funkcjonować w społeczności bez moralności. Innymi słowy: bez zasad, norm moralnych i obyczajowych niemożliwe byłoby powstanie żadnego społeczeństwa.

Nawet jeśli nie kierujemy się systemem etycznym danej religii (czy społeczności), to jednak sami musimy stworzyć swój własny system etyczny – sami musimy niejako „wyczuwać” co jest złe, a co jest dobre – i wedle tego „osobistego”, wewnętrznego systemu starać się postępować, być mu niejako wiernym (sumienie).

Tak czy owak, gdybyśmy nie rozróżniali zła od dobra, żylibyśmy jak zwierzęta.

W każdą kulturę, którą tworzy człowiek wpisana jest moralność. Śmieszą mnie próby udowadniania przez niektórych „wyzwolonych”, że są oni wolni od jakichkolwiek moralnych zobowiązań – także tych narzuconych im przez społeczeństwo, a nawet przez religię (mimo, że uważają siebie za ludzi nie związanych z żadną religią).

*

To prawda, że człowiek określa moralność. Słuszne jest też stwierdzenie, że „moralność określa człowieka”, ale w sensie odniesienia do tego, co kwalifikuje człowieka jako człowieka, a nie stopnia jego człowieczeństwa. Bo w takim przypadku człowiek niemoralny przestałby być człowiekiem.

Naturalnie, człowiek nie przestaje być człowiekiem nawet wtedy, kiedy jest amoralny – ba, nawet wtedy, kiedy jest zbrodniarzem. Ale czasem mówi się o „człowieczeństwie” jako pewnym wzorcu, może nie tyle idealnym, ale wyznaczającym pewne standardy przyzwoitego, dobrego – właśnie „ludzkiego” – zachowania, pewnej solidarności z innymi ludźmi, nie krzywdzenia innych, poszanowania drugiego człowieka a nie pogardzania nim, także okazywania miłosierdzia czy empatii… Większość z nas jednak wie jakiego człowieka można nazwać dobrym człowiekiem. Wynika to z pewnego uniwersalizmu norm moralnych, jakie mimo wszystko ludzie ze sobą dzielą.

*

Oto słyszę, że bycie piękną kobietą to „w jakimś sensie przekleństwo”.
Wprawdzie uroda kobiety mimo wszystko jest (powinna być) jej atrybutem drugorzędnym, to jednak częściej tzw. „brzydota” bywa dla kobiety przekleństwem, niż uroda.
Zresztą – czy to ze względu na nasze poczucie taktu, czy to ze względów „poprawnościowych” – unikamy mówienia o „brzydocie” pewnych kobiet. Przejawia się to np. w powiedzeniach typu: „nie ma brzydkich kobiet, są tylko zaniedbane”, ale i tak wszyscy wiedzą, że to eufemizm.
Koniec końców, mówienie o kobiecej urodzie ma w sobie komponent albo erotyczny, albo estetyczny (zwykle się one ze sobą łączą, przy czym, jak mi się wydaje, może istnieć komponent estetyczny bez erotycznego, ale już odwrotnie chyba być nie może). A przecież jest ona przede wszystkim człowiekiem. Zaś istota człowieczeństwa nie opiera się ani na erotyce, ani na estetyce.

To prawda, że wszystkie kobiety są piękne i wyjątkowe na swój sposób. Ja również widzę piękno nawet w tych starych kobietach, których twarze poryte są zmarszczkami. Kiedyś moja znajoma – komentując moje zdjęcia ludzi Peru – zwróciła uwagę m.in. na peruwiańską staruszkę w niebieskim, spiętym agrafką, znoszonym swetrze i na kwiatek, którym przyozdobiony był jej kapelusz. Zacytuję tutaj jej słowa: „Od zawsze fascynowała mnie ludzka twarz i dłonie. Na ich podstawie i na podstawie analizy obuwia można dużo o człowieku powiedzieć. Troszkę nijak ma się moja wiedza do ludzi kraju środka i innych egzotycznych kultur. Tu, w budowie psycho-portretu obuwie jest już nieistotne, a kanony piękna, poczucia estetyki zawodzą. Wszystko jest odmienne. Odnosząc się do europejskich kanonów piękna, kobieta z owieczką wydaje się być brzydka. Tylko spódnica przeważyła pogląd co do jej płci, bo miałam poważne wątpliwości. Ale czy może być brzydkim ktoś, do kogo tak ufnie lgnie zwierzę? Jakim niezwykłym musi być człowiekiem. A stara kobieta z kwiatkiem w kapeluszu. Czy można być brzydkim tylko dlatego, że jest się starym? I pytanie: czy jest starym ktoś, kto ma jeszcze potrzebę i fantazję upięcia kwiatu do kapelusza?”

*

Czy w obrębie pop-kultury mogą powstawać dzieła sztuki?
Moim zdaniem tak.
Czy pop-kultura może być czymś pomocnym w diagnozowaniu pewnych głębszych zjawisk społecznych i politycznych?
Jak najbardziej.

Ale tak, jak masowość, powierzchowność, miałkość, bezrefleksyjność, stadność, tandeciarstwo, płycizna, niewyrafinowanie, plebejskość pop-kultury tworzy aurę (środowisko, topos), które raczej nie sprzyjają (nie inspirują, nie dopingują) do tworzenia prawdziwych (wybitnych) dzieł sztuki, tak te same cechy i właściwości pop-kultury nie tworzą zbyt solidnej podstawy dla badań nad rzeczywistym status quo politycznym czy społecznym danego kraju, regionu czy świata.
Co chcę przez to powiedzieć?
Otóż to, że pop-kultura jest w sumie czymś mało „poważnym” (a już na pewno niewystarczającym) do ogarnięcia, zrozumienia i opisania prawdziwych problemów współczesnego świata.

*

Niestety, zbyt często subiektywizmem zasłaniamy tylko nasz egoizm (bo łatwiej jest nam przyznać się do tego pierwszego, niż drugiego).

*

Jest jednak pożytek z autorytetów, czyli z ludzi, którzy wiedzą, co mówią, mają rozległą wiedzę w jakiejś dziedzinie, nie obca jest im głębsza refleksja, zamiłowanie, pasja… Moim zdaniem można się od nich wiele nauczyć, korzystając z ich wiedzy i doświadczenia. Ale to takie dzisiaj niemodne: kto by się tam przejmował takimi nudziarzami, komu by się chciało ich słuchać? Przecież ja wiem wszystko lepiej – i wiem co mi się podoba.
Co oczywiście nie znaczy, że do wszystkich autorytetów należy podchodzić bałwochwalczo i bezkrytycznie. Wręcz przeciwnie: bardzo sobie cenię kontestację, polemikę, kontrę… ale trzeba wiedzieć, co się kontestuje, co krytykuje, czemu się sprzeciwia… Trzeba to umotywować, uzasadnić – i ewentualnie przedstawić swoją alternatywę.
Bez kwestionowania autorytetów i sprzeciwu wobec obowiązujących kanonów, nie byłoby żadnego progresu, stalibyśmy w miejscu. Ale jeśli burzy się jedno, wypada zbudować coś, co byłoby nie mniej wartościowe od tego, co uznawano za wartościowe dotychczas. Poza tym: wcale nie musi się niczego burzyć – to co nowe, może koegzystować obok, równolegle, mimo…

Usłyszałem niedawno, że „zamiast aktywnych i świadomych partycypantów kultury mamy tabuny ludzi święcie przekonanych, że sztuka jest bzdurą, oficjalną wydmuszką”.
Ale dlaczego mają takie przekonanie? Czy aby nie dlatego, że zwykle nie chciało im się dowiedzieć czym sztuka jest, nie chciało im się poznać historii sztuki, zgłębić temat… wreszcie posłuchać ludzi, którzy mają dużo mądrego na ten temat do powiedzenia? Lecz to wszystko wymaga jednak wysiłku… a i pewnych predyspozycji także. Więc komu by się chciało to robić, skoro można pójść po najmniejszej linii oporu?

Jednakże, to co teraz piszę nie oznacza, że przed Ave Maria padam plackiem, że wpadam w ekstazę słysząc Sibeliusa, że za szalone mądrości uważam wszystko to, co pisał taki np. Hegel… etc. Nie, pewne rzeczy mnie nie ruszają, nie podobają mi się, uważam je nawet za bzdurę… ale wcześniej staram się im bliżej przyjrzeć, poznać… Dopiero z czasem znajduję to, co rzeczywiście autentycznie do mnie trafia i porusza – co dla mnie (subiektywnie, oczywiście) ma wartość. Jednakże nie pogardzam tym, co jest mi obojętne, uznaję pewną obiektywną wartość tego. I zdaję sobie sprawę, że ktoś inny może mieć zupełnie inne zapatrywanie.

*

Autorytet nie jest tym samym, co tzw. gatekeeper, który bardziej kojarzy mi się z pewnego rodzaju cenzorem – z kimś kto interesownie – mając głównie na uwadze własną korzyść (czy też korzyść „klubu”, dla którego pracuje) – wygłasza autorytatywnie sądy i opinie, przesiewając wybiórczo pewne rzeczy – manipulując ludźmi. W pewnym sensie to taki wykidajło, tyle że stojący przed drzwiami galerii, czy muzeum.
Dla mnie autorytetem jest człowiek, który posiada rozległą wiedzę w danej dziedzinie, (malarstwo, muzyka, literatura, historia sztuki, architektura… etc.), który poświęcił jej sporo czasu i przemyśleń, który daną dziedzinę „czuje”… i zajmuje się nią niejako bezinteresownie (czyli nie ma żadnej korzyści materialnej z tego, że omawia takie, a nie inne dzieła sztuki, preferuje to, a nie co innego, chwali to, a nie tamto…)
Gatekeeperzy są też czymś w rodzaju współczesnych „naganiaczy”, którzy świadomie i bardzo wybiórczo eksponują to, co przynosi im właśnie korzyść. Wiele takich typów (krytyków, marszandów, organizatorów wystaw, dyrektorów muzeów i galerii… etc.) jest zwłaszcza w sztuce współczesnej, gdzie w sposób sztuczny i wyrachowany kreują nowe trendy i mody, lansują swoich znajomych, albo po prostu to, co zupełnie subiektywnie i stronniczo, uznają za dobre i wartościowe (spodziewając się dzięki temu pewnych zysków i korzyści), ignorując przy tym całą resztę.
Autorytet natomiast jest typem badacza, gromadzi wiedzę i własne doświadczenia, dzieląc się (zazwyczaj bezinteresownie) tym wszystkim z innymi. Tacy ludzie piszą np. historię sztuki – jak np. prof. Jan Białostocki ze swoją monumentalną monografią Sztuka cenniejsza niż złoto, czy prof. Maria Rzepińska ze swoimi Siedmioma wiekami malarstwa europejskiego.

Powiedzmy sobie szczerze, że sztuką – nazwijmy ją „wyższą” – interesuje się (zajmuje) w sumie mały margines społeczeństwa, którego domeną jest kultura masowa, zazwyczaj mało wybredna, odwołująca się do popularnych (by nie napisać „plebejskich” gustów). Muszę jednak zaznaczyć, że nie dystansuję się wrogo do tego rodzaju kultury (sam dość często jestem jej konsumentem) lecz staram się nie tracić z pola widzenia tego, co wyrasta ponad nią – co jest bardziej złożone, wyrafinowane, wymagające wielkiego artyzmu, kunsztowne… Tego, co idzie dalej, sięga głębiej i prowokuje do głębszej refleksji. Zaś o tym, po co akurat sięgam, często decyduje chwila, nastrój, sytuacja, potrzeba chwili…

Mimo wszystko uważam, że wyczucie (ustalenie) pewnej hierarchii w sztuce (a ogólnie: w kulturze) jest jednak pożądane. A to wymaga jednak wartościowania wytworów kultury – dzieł sztuki, artefaktów…. Przy czym swoją wartość – i pozytywny wpływ na kulturę – ma jednak ekskluzywność, a może nawet pewien elitaryzm. Nie chodzi jednak o to, by klasyfikować i segregować ludzi, ale o to, by ustalić pewien punkt odniesienia, wzór – swego rodzaju doping, by sięgać wyżej, nie zadowalać się byle czym, nie łykać wciskanego nam zewsząd kitu i badziewia.

*

Mimo wszystko, w poprzednich wiekach nie trzeba było żadnych gatekeeperów (ani nawet autorytetów), by poznać się na dobrej sztuce. Nikt nie przeczył, że Mozart jest genialnym kompozytorem, że Pieta Michała Anioła to mistrzostwo świata, że Rubens jest malarzem wybitnym, że katedra Sainte Chapelle jest bezdyskusyjnie piękna, że dzieła Goethego są wybitne… etc. Bowiem kanony i kryteria oceny sztuki były czytelne i jasne. Nie to co dzisiaj, kiedy wszystko pod tym względem się pokiełbasiło i każdy opowiada o sztuce co tylko chce – a to dlatego właśnie, że nie istnieją żadne obiektywne (w znaczeniu: obowiązujące powszechnie) kryteria.

Elitaryzm w sztuce nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie. Problemem mogą być natomiast “elity” samozwańcze, które tak naprawdę większych podstaw do elitaryzmu nie mają – oprócz własnych pretensji i zawyżonego mniemania o sobie. (Tutaj ponownie zahaczamy jednak o brak czytelnych kryteriów, czym powinien być elitaryzm i jakie warunki spełniać.)

*

Kiedyś nie byli tak potrzebni gatekeeperzy ponieważ “na bramce” „stała” ignorancja “pospólstwa” i klasowe podziały. Jeśli ktoś osiągnął wymagany wówczas kunszt w sztuce, to mógł być raczej pewien, że zostanie dostrzeżony i doceniony (było to ze sobą niejako sprzężone i jednoznaczne). Inna sprawa, że wielu (potencjalnych) geniuszy przepadło w “gminie”, ale to dlatego, że niczego nie zdążyli stworzyć (bo nie dano im takiej możliwości).

Określenie gatekeepera pasuje jednak idealnie do dzisiejszych czasów. Bowiem zalew artefaktów jest obecnie tak wielki – tak wielu wszelkiej maści “artystów i “twórców” chce się przepchać przez bramkę – że taki wykidajło może mieć sporo do roboty. Doskonałym przykładem współczesnego gatekeepera jest moim zdaniem Saatchi, który stał się kimś w rodzaju dyktatora – z tym, że jest to dyktat bardziej handlowy niż artystyczny, bo bardziej ma na uwadze zysk, niż samą sztukę.

*

Kultura (a raczej sztuka) – sama w sobie – nie może być martwa czy żywa. Taką, czy inną staje się dopiero w relacji z odbiorcą. Gdyż to, co kiedyś budziło wśród ludzi żywe emocje, tę potencjalną żywotność ma w sobie nawet wtedy, kiedy już nikt nie zwraca na to uwagi. I wystarczy ponowne zainteresowanie (zaangażowanie uczuć, myśli i emocji), by dzieło sztuki na powrót “ożyło”.

Oczywiście że są kultury, których nic już nie wskrzesi. Co najwyżej emocje mogą wzbudzić (i wzbudzają) dzieła sztuki, które przetrwały z przeszłych epok do naszych czasów. Podobnie umarły języki. Wyginęły całe cywilizacje.

*

Nie jestem zwolennikiem sztywnych granic między poszczególnymi rodzajami sztuk, ale nie uważam też, że dobrze się dzieje, kiedy te granice zbytnio się rozmywają – bo wskutek tego często powstaje jakaś breja.

*

To ciekawe, że w świecie ptaków to samce zdecydowanie bardziej dbają o urodę, niż samice.
Co decyduje o tym, że Natura „wybiera” w danym gatunku tę a nie inną płeć, do której należy zwabianie urodą swojego partnera? I jak to się ma w relacji do życiowej aktywności: podziału obowiązków, erotycznej inicjatywy, siły i sprawności fizycznej, dominacji w rodzinie? Zapewne wśród zoologów i biologów istnieją koncepcje i teorie, które próbują to wyjaśnić, a także odnieść do człowieka (bo przecież, siłą rzeczy, my również należymy do „królestwa” zwierząt – jeśli nie pod względem kulturowym, to na pewno biologicznym).

Czy to, że wśród ludzi bardziej podkreśla się znaczenie urody u kobiet nie łączy się z tym, że (kulturowo i tradycyjnie) zawsze była kobieta mniej agresywna (jak również bardziej bierna w erotycznej inicjacji) od mężczyzny, który zazwyczaj był wojownikiem oraz stroną bardziej aktywną, jeśli chodzi o seksualne awanse?

Jednakże, jak wszyscy wiemy, kobieta stroi się nie tylko dla mężczyzn, ale i dla innych kobiet. Również (może nawet przede wszystkim) dla siebie. Czy nie dlatego, by się dowartościować – nie tylko w oczach innych kobiet, ale i w swoich własnych? Może nie tyle „dowartościować” (to jest złe określenie), co podkreślić własną wartość.

Własna uroda może być „przekleństwem” tylko wtedy, kiedy urodę kobieta uważa za swój największy atut i najistotniejszy atrybut. Nie dotyczy to więc kobiet mądrych.

*

Im głośniej głosi się „prawdę”, tym bardziej owa „prawda” wydaje mi się wątpliwa i podejrzana. Czyli: prawdziwość „prawdy” jest odwrotnie proporcjonalna do jej emfazy.
Prawda nie potrzebuje rozgłosu – obywa się też bez reklamy.
Nawet jeśli przytłacza ją pozór, to nie jest tak, że ona przestaje istnieć.

*

Człowiek nie może się obyć bez pozorów.
Może dlatego często odnoszę wrażenie, że cała nasza kultura jest jedną wielką grą pozorów.

*

Człowiek, siłą rzeczy, wikła się w systemy, które tworzy. A każdy system pozbawia go do pewnego stopnia autonomii. Zresztą, dotyczy to nie tylko ludzi, którym dany system narzuca się „z góry”, ale i tych, którzy ten system tworzą i narzucają innym.
Tak w ogóle: życie to jednak zniewolenie jest.

Wolność jest pozorem, co jednak nie zniechęca nas do hołubienia „wolności”, (którą notabene deklarujemy jako naszą najwyższą wartość).

*

Im więcej śmierci w kulturze masowej, tym mniej refleksji o niej.
I właśnie o to chodzi społeczeństwu.

*

Każde nazwanie człowieka (obdarzenie go epitetem, wlepienie mu jakiejś etykietki) jest w pewnym sensie zamienianiem go w abstrakcję. Dotyczy to zwłaszcza człowieka „masowego”.

*

Cierpienie, którego sami doświadczamy jest paradoksalne, bo z jednej strony „skierowuje” nas niejako ku sobie (to dlatego ktoś kiedyś powiedział, że kiedy boli nas ząb, to wydaje się nam jakby cały świat składał się z bólu zęba), z drugiej zaś pogłębia egzystencjalnie – wspomaga nasze rozumienie tego świata, wzmacnia w nas empatię, prowokuje do refleksji (nie bez racji dość powszechne jest przekonanie, że cierpienie w pewnym sensie „uszlachetnia” człowieka).
Jednakże – zwłaszcza w dobie fejskbukowej powierzchowności, niechęci do głębszego i niestereotypowego myślenia, tudzież gloryfikacji młodości, zdrowia, urody i sukcesu – cierpienie stało się czymś wstydliwym, czymś co jest spychane na margines… Ktoś, kto zwraca na nie uwagę, popełnia coś w rodzaju faux pas.
Być może właśnie dlatego wydaje się nam, że cierpienia jest na świecie mniej, niż to jest w rzeczywistości.

*

Wprawdzie Hiob to przykład egzystencjalny cokolwiek ekstremalny, to jednak wydaje mi się, że jakieś elementy tego hiobowego cierpienia „udzielają się” większości ludziom. Wystarczy uświadomić sobie bardziej, jak wielu jest wśród nas ludzi, których doświadcza choroba, starość, kalectwo, samotność… a co za tym idzie – cierpienie. Dla nich Hiob staje się kimś bliskim.

*

Empatia. Nie uznaję jej za słabość. Wręcz przeciwnie. Jest ona według mnie ważnym elementem tzw. inteligencji emocjonalnej, która m.in. pozwala nam na twórcze uczestnictwo w kulturze. Człowiek jest jednak istotą społeczną i spełnia się w relacjach z innymi ludźmi.
Wiem, że bez empatii nie mógłbym też – głębiej ani pełniej – odbierać twórczości innych ludzi (kino, literatura, sztuka…), która w dużej części przedstawia ludzkie emocje i doświadczenia, jakie dzięki empatii jestem zdolny nie tylko odczuć, ale i zrozumieć.

Cierpienie to nie tylko wartość negatywna. Pełni ono – nie tylko w przyrodzie (gdzie związane jest przede wszystkim z odczuwaniem bólu) ale i w ludzkiej kulturze – ważną funkcję. Jest czymś złym jeśli niszczy człowieka – uniemożliwia mu normalne funkcjonowanie, paraliżuje, powoduje, że człowiek przestaje być osobą kreatywną, zdolną do rozwoju…
Oczywiście, istnieją także pozytywne aspekty cierpienia (choćby takie, które pewnie miał na myśli Bertrand Russell mówiąc, że „w cierpieniu jest tysiąckrotnie więcej doświadczenia niż w przyjemności”).
Posunąłbym się nawet do stwierdzenia, że gdybym sam nie doświadczył w swoim życiu cierpienia, to byłbym osobą w pewnym sensie ułomną.

*

Paradoksalnie, wiedza może zarówno wzmagać, jak i redukować nasze cierpienie.
To zależy od tego, jaka to jest wiedza – i jak jest przez nas przyswajana i wykorzystywana.

Niewątpliwie istnieją kulturowe źródła cierpienia. I im głębiej w kulturę wnikamy, tym większego cierpienia możemy doświadczać.

*

To, że wybierając się nawet w najdalsze zakątki świata, spotykamy tam zawsze samego siebie, jest zarówno naszym błogosławieństwem, jak i przekleństwem.
Błogosławieństwem, bo filtrując wszystko przez naszą osobowość (wrażliwość) doświadczamy świata, poznajemy go, a tym samym niejako kumulujemy go w sobie (co nas wzbogaca).
Przekleństwem, bo nie jest tak łatwo uwolnić się od własnych złych przyzwyczajeń i psychicznych złogów – od wad i obciążeń, które czasami wloką się z (za) nami, jak zły duch.
Jednakże, najczęściej podróż nas „przeczyszcza” – i „przemeblowuje” nasze wnętrze.

Koniec końców, zawsze wracamy do siebie – do tych Miłoszowych „dwóch gęsi” na brzegu rzeki w naszej wiosce. Czyli tam, gdzie są nasze korzenie i tam, gdzie budowała się nasza tożsamość (a to miało miejsce w dzieciństwie).

*

O samotność, czy też odizolowanie się – fizyczne – nie jest w dzisiejszych czasach tak trudno. Natomiast nieco trudniejsze jest zrzucenie z siebie całego tego „osadu” cywilizacyjnego (zwłaszcza jeśli się mieszka w dużym mieście), oderwanie myśli od ważnych rzeczy, które się dzieją na świecie, a które (jeśli się chce być człowiekiem świadomym, niechowającym głowy w piasek) trudno jest ignorować i lekceważyć.
I jeszcze ta pokusa, żeby się zaszyć w jakimś naturalnym zakątku, prowadzić życie prostsze, z dala od inwazyjnej cywilizacji, od wszystkich tych gadżetów nowoczesności i wymogów pracy najemnej (np. w korporacji) – a przez to bardziej autentyczne, niewymuszone, nieskażone polityką i społecznym napięciem, zgodne z własnym rytmem.

*

Wbrew pozorom, podróżowanie wcale człowieka nie uszczęśliwia. Może dlatego, że czyni go jeszcze bardziej świadomym tego, co złego dzieje się na świecie i unaocznia, jak wielu ludzi żyje w nędzy, biedzie, poniżeniu i cierpieniu?
Lecz z drugiej strony, podróżowanie człowieka pociąga – dopełniając go, wzbogacając, dostarczając smaku życia – dopinguje do działania, przeciwdziała stagnacji i znudzeniu… Nie mówiąc już o tym, że umożliwia docieranie do miejsc o niezwykłej urodzie – gdzie naprawdę widać, jaki ten świat jest (miejscami) piękny.

*

Każdy z nas widzi świat ze swojej perspektywy – dopiero wzięcie pod uwagę wszystkich perspektyw pozwoliłoby nam na obiektywny ogląd rzeczywistości. Ale to jest niemożliwe, (choćby dlatego, że nie można być w wielu miejscach jednocześnie, a ponadto istnieje też zależność od instrumentów jakich używamy, z konieczności, do badania rzeczywistości).
Do tego wszystkiego dochodzi intencjonalizm, interesowność, darwinizm i self-inflicted blindness.

Niemniej obserwacja świata jest konieczna. Gdybyśmy tego nie robili, stracilibyśmy orientację. A lepsza jednak orientacja iluzoryczna, niż żadna. Ta pierwsza umożliwia nam życie, ta druga oznaczałaby amorficzny chaos, w którym życie jest niemożliwe.

*

Herman Hesse: „Pan przecież wie, gdzie jest ukryty ten inny świat, którego pan szuka, i wie pan, że jest to świat pańskiej własnej duszy. Tylko w pańskim wnętrzu żyje ta inna rzeczywistość, za którą pan tęskni. Nie mogę panu dać niczego, co by nie istniało już w panu, nie mogę panu otworzyć innej galerii obrazów prócz galerii pańskiej duszy. Nie mogę panu dać niczego prócz sposobności, bodźca i klucza. Pomagam panu ujawnić jego własny świat, to wszystko. Rzeczy, które widzimy […] to te same rzeczy, które istnieją w nas. I nie ma żadnej innej rzeczywistości prócz tej, jaką mamy w sobie. Dlatego też większość ludzi żyje tak nierealnie, ponieważ zewnętrzne obrazy uważają za rzeczywistość, a swego własnego świata wcale nie dopuszczają do głosu.”

To nie tylko wykładnia tego, co o rzeczywistości i duchowym wnętrzu człowieka mówią filozofie Wschodu (Hesse był znawcą buddyzmu, napisał książkę o Buddzie), ale stwierdzenie kompatybilne z teorią kwantową (współczesna nauka potwierdza niektóre z aspektów wschodniego podejścia do natury „materii” i świata).

*

Trzy słowa najdziwniejsze:

Kiedy wy­mawiam słowo Przyszłość,
pier­wsza sy­laba od­chodzi już do przeszłości.

Kiedy wy­mawiam słowo Cisza,
niszczę ją.

Kiedy wy­mawiam słowo Nic,
stwarzam coś, co nie mieści się w żad­nym niebycie.

(Wisława Szymborska)

Przeszłość ucieka, choć próbujemy ją pochwycić, czy choćby tylko przywołać. Podobnie zresztą ucieka teraźniejszość.
Jednakże o przyszłości nie możemy już tak powiedzieć.
Jedno jest pewne: nie możemy zatrzymać upływającego czasu.

Faktem jest, nie możemy sobie wyobrazić żadnej „rzeczywistości” bez czasu.
Taki atrybut (właściwość, cechę) mógłby mieć tylko Absolut, Bóg, idealna Pustka… Ale nic mi na ten temat nie wiadomo.

Warto pamiętać, co o przeszłości, teraźniejszości i i przyszłości powiedział kiedyś Einstein: „Ludzie tacy jak my, wierzący w fizykę, wiedzą, że różnica między przeszłością, teraźniej­szością i przyszłością jest tylko uparcie obecną iluzją.”
Czy jednak stwierdzenie Einsteina nie jest równoznaczne z tym, że wszystko dla nas jest iluzją?

 *  *  *

Inne odcinki cyklu przeczytać można  TUTAJ

.

O SAMOTNYM TŁUMIE, WIELKIEJ MIŁOŚCI I INNYCH DEMONACH

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XX)

.

zapiski notatki kajet notes

.

Demonstrujący tłum nigdy nie zaspakaja swoich potrzeb wyższych, bo w tłumie ich nie ma – następuje równanie do średniej, jak również zniżanie się do zachowań instynktownych, często irracjonalnych.
Tłum nie myśli.

Nawet jeśli tłum występuje w imię jakiejś wyższej idei, to w akcie tłumnej demonstracji następuje jej zglajszachtowanie – sprowadzenie do bezrefleksyjnego stereotypu, często do parodii samej siebie.

Tłum jest zazwyczaj narzędziem w rękach manipulatorów, którzy – by osiągnąć cel – zawsze wmawiają tłumowi, że nie tylko działają oni w imię jego dobra, ale że sam tłum może o czymś decydować i że jest w tych decyzjach suwerenny i nieomylny.

O zachowaniach tłumu decydują hormony – impulsy i popędy – a nie refleksja. (Tłum jest domeną emocji, a nie myślenia.)

Włączenie się w tłum najczęściej wiąże się z regresją – to niejako zejście na niższy próg człowieczeństwa. (To ciekawe i warte zastanowienia, że właśnie w takim momencie ludzie przeżywają często euforię.) Co oczywiście nie oznacza, że tłum z zasady jest agresywny.

Tłum zaczyna funkcjonować w innej rzeczywistości, która nie jest, w stosunku do obiektywnej rzeczywistości, ani komplementarna ani alternatywna, tylko efemeryczna. W końcu i tak – prędzej czy później – następuje (wtedy już indywidualne) otrzeźwienie.

greydot

Jednakże właściwości tłumu nie zawsze są wartością negatywną, przynoszącą samo zło. Można je również wykorzystać w dobrej sprawie – wtedy tłum jest siłą pozytywną. Szkopuł w tym, ze często nie wiemy, co jest złe, a co dobre – zło nam się przedstawia jako dobro, a dobro jako zło.

greydot

Sądzę, że prawdziwy bunt jest aktem indywidualnym.
Tak więc określenie „zbuntowany tłum” jest w pewnym sensie oksymoronem: bo ktoś, kto przyłącza się do takiego tłumu automatycznie staje się oportunistą (przejmując ideę tłumu staje się jego częścią, pozbawiając się tym samym suwerenności – w działaniu i myśleniu).
Y Gasset pisał o „buncie mas”, ale w rzeczywistości opisywał powstawanie zatomizowanego tworu – nowej wersji europejskiego społeczeństwa, której „bunt” polegał nie na zdobywaniu kolejnych poziomów wolności (wliczając w to wolność indywidualną), ale wręcz przeciwnie: na rozrastanie się w masę, która de facto wolność indywidualną niszczyła (co wkrótce urzeczywistniło się w postaci państw totalitarnych – w komunizmie i faszyzmie). Podobne fiasko ponosi dziś ideologia neoliberalna, obiecując człowiekowi wolność, a w rzeczywistości pozbawiając go tożsamości i zmuszając do zachowań szablonowych w rodzaju politycznej poprawności czy kompulsywnej konsumpcji.
Niestety, wygląda na to, że nadal – w skali społecznej – jeden rodzaj zniewolenia zamieniamy na inny.

greydot

Pewne zachowania społeczne są zaraźliwe. Wydaje mi się, że sporą część winy za takie tragedie, jakimi są ostatnie masowe zabójstwa w różnych stanach, ponosimy my sami – nasza fascynacja mordem, która przybiera maskę strachu, przerażenia i oczywiście (często głębokiego i szczerego) współczucia dla ofiar. Winna jest również wynikająca z tego wszystkiego orgia wiadomości, którymi główne media katują nas non stop przez wiele dni. Skądinąd wiadomo, że np. samobójstwa mają tendencje do tego, by przybierać formę epidemii w pewnych kręgach społecznych – rozprzestrzeniają się tak, jak wiadomości o nich. Wydaje mi się, że podobnie jest z masowymi morderstwami, tak mocno nagłaśnianymi przez media, które wręcz się nimi napawają. Kto wie, czy np. tragedia w szkole Sand Hook wydarzyłaby się, gdyby nie wcześniejsza strzelanina w Oregonie, czy uczynienie z Brevika światowej sławy „gwiazdą” masowego mordu. Kto wie, czy tych, którzy decydują się na taki straszny czyn, nie napędza właśnie narcystyczny pęd do zostania swego rodzaju anty-bohaterem (w przypadku muzułmanów: męczennikiem), którego nazwisko znajdzie się nagle na ustach milionów ludzi całego globu? Te warholowskie 15 minut sławy – nieważne, że nienawistnej, ale przynajmniej przełamujące doskonałą anonimowość i poczucie zupełnej bezwartościowości, jakie żywi wobec siebie zabójca. Albo wykrzyczenie wobec świata własnej desperacji, może nawet krzywdy, jaką według nich wyrządził im ten świat i najbliższe otoczenie?

Może więc przydałoby się więcej powściągliwości? Mniej medialnej burzy? Może lepsze byłoby też zachowanie anonimowości mordercy?
No i wreszcie, last but not the least: może wreszcie ktoś zrobiłby porządek z tymi wszystkimi karabinami i pistoletami, do których łatwy dostęp – jak widać – mają także szaleńcy, będący w stanie zgromadzić ich cały arsenał? Czy rzeczywiście na wszystkim można robić pieniądze? (bo tu nie chodzi o żadne prawo do posiadania broni w imię obywatelskiej wolności, tylko właśnie o FORSĘ – może więc nadszedł także czas by tych wszystkich hipokrytów i cyników z NRA rozgonić na siedem wiatrów?)

Jest jeszcze nasz prezydent. Wzrusza się albo peroruje, załamuje mu się głos, ociera ukradkiem łzy jakie mu się kręcą w oku (nie wątpię, że szczere). Ale czy kiedy podpisuje rozkazy ataku dronami w Jemenie czy Afganistanie, podczas których giną niewinni ludzie, w tym również i dzieci – to czy nie powinna mu przy tym zadrżeć ręka? Wbrew pozorom życie afgańskiego czy jemeńskiego dziecka jest tyle samo warte, co amerykańskiego – a ból rodziców na całym świecie jest taki sam.


greydot

Nie wiem jaki jest wpływ nauk Nietzschego na upodobnienie się świata do jego idée fixe. Natomiast jestem pewien, że próba wprowadzenia w życie jego postulatów (np. tych wynikających z afirmacji „mocy” i utworzenia kasty nadludzkich panów) byłaby koszmarem.
Aż się nie chce wierzyć, że ktoś – dokładnie pół wieku później – usiłował to zrealizować. Czy jednak można za to winić Nietzschego? Moim zdaniem nie. On był tylko rodzajem medium, za pomocą którego objawiły się symptomy choroby, na którą zaczęła zapadać europejska kultura, cywilizacja Zachodu.

Niestety, nie wahałbym się pewnych idei Nietzschego nazwać „banialukami” – jakimś absurdalnym „para-romantyzmem”, rodzajem idealizmu, do którego – idąc nad wyraz pokrętnymi ścieżkami – dotarł Nietzsche, wychodząc (żeby było jeszcze dziwniej) z naturalizmu i biologizmu.
Sądzę, że lepiej mu wychodziła krytyka, (ważna o tyle, że obnażała i wskazywała słabe miejsca europejskiej cywilizacji), niż jakakolwiek konstruktywna afirmacja.

Co ciekawe i znaczące, Nietzsche był również znakomitym krytykiem samego siebie. Może właśnie dlatego nie stworzył on żadnego naprawdę spójnego, koherentnego „systemu”.

Prawdę mówiąc, Nietzsche zawsze interesował mnie bardziej jako człowiek (myślący, wrażliwy, cierpiący, poszukujący, walczący…), niż jako filozof. Moje pochylanie nad nim bardziej jest humanistyczne (antropologiczne) niż filozoficzne.
Może dlatego nigdy nie potrafiłem go potępić.

Nie sądzę, że Nietzsche był człowiekiem okrutnym, jednakże to, co czasami pisał – jeśli by tak zastosować jego idee w praktyce, lub potraktować poważnie i dosłownie (a tak np. – po „nietzscheańsku” – potraktowali hitlerowcy osoby chore i „gorszej” rasy) – prowadziłoby do okrucieństwa.

Oczywiście, że od czasu Nietzschego doszło do pewnych przewartościowań w naszej kulturze. Nie zmienia to jednak faktu, że podjęta przez niego próba „przewartościowania wszystkich wartości” zakończyła się fiaskiem i popchnęła go w szaleństwo. Porwał się na coś, co go przerosło i za co „zapłacił” obłędem.

greydot

W pismach Nietzschego kilkakrotnie można znaleźć fragmenty, w których wyraża się on o ludziach jak o jakimś nawozie historii (sugeruje np. że można np. poświęcić życie milionów ludzi, jeśli służy to osiągnięciu jakiegoś wyższego – jego zdaniem – celu). Była to swego rodzaju antycypacja poglądów jakie reprezentowali (w praktyce) autokraci sprawujący władzę w systemach totalitarnych (i to zarówno faszystowskich, jak i komunistycznych).

Nietzsche potrafił zmieniać swoje poglądy dosłownie z jednego akapitu na drugi. Był takim eksperymentatorem – badaczem duchowych i myślowych ekstremów. Oprócz rzeczy genialnych, pisał też wierutne bzdury. Nie stworzył też jakiegoś spójnego systemu filozoficznego. Jego poglądy ulegały ciągłej ewolucji. Z tego też względu trudno uchwycić coś naprawdę stałego w jego myśli.
To co pisał często było bardziej literaturą, niż filozofowaniem, które można byłoby traktować serio. (Koniec końców, dla mnie Nietzsche bardziej jest artystą czy też poetą, niż filozofem, którego można pojmować dosłownie.)

greydot

Szaleniec niekoniecznie jest – jak ktoś napisał – istotą „bezgranicznie głupią”. Choć, jeśli ktoś „postradał zmysły”, to potocznie mówi się, że „zgłupiał”. A jednak szaleństwo nie jest tożsame z głupotą. Wystarczy zresztą popatrzeć, jak wielu szaleńców jest branych za mędrców… i vice versa. Bo któż, jak nie ludzie „szaleni”, byli założycielami największych religii? (vide: Budda, Chrystus, Mahomet…) Ponadto, czy człowiek nie musi być do pewnego stopnia „szalony”, aby zostać uznanym np. za „świętego”? Albo porwać się – wbrew wszystkim i wszystkiemu – na istniejący w świecie „porządek”?

Jeśli jednak geniusz staje się „szaleńcem i potworem”, to przestaje tym samym być człowiekiem mądrym. Według mnie „potworność” wyklucza mądrość.

Co miał na myśli Brecht, pisząc że w każdym geniuszu jest coś z szaleńca i potwora? Może to, iż często geniusze zachowują się amoralnie (czyli są na bakier z obowiązującymi normami obyczajowymi), a czasem wręcz nikczemnie?
Jednakże to, że geniusz staje się czasami nikczemnikiem nie powoduje tego, że przestaje on być człowiekiem genialnym.

Związek geniuszu i obłąkania to rzecz powszechnie znana, już choćby od czasów Arystotelesa, który stwierdził, że „każdy wielki geniusz ma coś z szaleńca”. Sama europejska psychiatria, która raczkowała w XIX wieku, wydała wtedy taką – uznaną już dzisiaj za klasyczną – pozycję, jak „Geniusz i obłąkanie” (autorem był Lombroso).
Przykłady ludzi, którzy zostali uznani za genialnych, a którzy zapadli na chorobę psychiczną, można mnożyć. Ale przecież nie każdy rodzaj ludzkiego „szaleństwa” podpada pod diagnozę psychiatryczną (czyli nie każdy szaleniec jest psychiatrycznym „wariatem” – tak jak nie każde „szaleństwo” klinicznym obłąkaniem). Np. podczas II wojny światowej „oszalała” prawie cała Europa i pół świata… lecz było to „szaleństwo” cywilizacyjne, kulturowe, a nie kliniczne.

greydot

Wobec zbrodni ludobójstwa rzeczowość jest zawsze czymś bardziej adekwatnym, prawdziwszym i uczciwszym, niż wszelka stylizacja i mimesis – czyli np. sentymentalizm, liryzm, mitologizacja, patos…
Tam gdzie zaczyna się mordowanie ludzi, powinna się kończyć literatura

greydot
Fragment „Dzienników” Jarosława Iwaszkiewicza pochodzący z czasów niemieckiej okupacji Warszawy. Otóż w czerwcu 1943 roku, na jednym z tajnych wieczorów autorskich, swoje nowe opowiadanie („Wielki Tydzień”) przeczytał Jerzy Andrzejewski (spotkanie miało miejsce w mieszkaniu Marii Morawskiej, wdowie po rektorze UJ; obecni, oprócz Iwaszkiewicza, byli także m.in. Zofia Nałkowska, Maria Dąbrowska, ksiądz Ziaja…). Utwór ten napisany został na gorąco przez Andrzejewskiego, zaraz po tragicznych wydarzeniach powstania żydowskiego w getcie warszawskim.
I oto co mówi Iwaszkiewicz (dla którego nota bene literatura była bardzo ważna w życiu, może nawet najważniejsza): „Opowiadanie Andrzejewskiego zrobiło bardzo niedobre wrażenie. Ja myślę, że jest ono bardzo dobrze napisane i porusza jedno z naszych najważniejszych zagadnień, zasadniczy problem moralny każdego z nas. A mimo wszystko opowiadanie opisujące to, cośmy przeżyli tak niedawno, robi wrażenie niepokojące. Zdarzenia opisane odnoszą się do końca kwietnia.(…) Nie ostygły jeszcze popioły getta, a on już pisał na ten temat opowiadanie. Transponował tę straszną rzeczywistość w jakiś świat zorganizowany, skomponowany. To chyba nigdy nie może się udać. A co najważniejsze, że możemy skonfrontować to, cośmy przeżywali przed chwilą (…) I oczywiście opis nie oddaje ani dziesiątej części naszych przeżyć (…). Pozostając jeszcze w sferze naszych świeżych przeżyć, nie sprosta tym przeżyciom, nie stając się dziełem sztuki.”

Tak więc okazuje się, że aby sprostać wyzwaniu literackiej próby ogarnięcia życiowego koszmaru, potrzebny jest dystans – i to nie tylko czasowy, ale i psychiczny. W przeciwnym razie do gardła rzuca się nam rzeczywistość, a literatura wydaje się mrzonką.

greydot

Lepiej jest żyć, niż o życiu czytać.
Czy to samo odnosi się do pisania?

greydot
Literatura jest zawsze czymś wtórnym dla doświadczenia życiowego. Co nie oznacza, że nieważnym.

greydot

Świadectwo Borowskiego. Obawiam się, że dzięki niemu (i temu co zrobił) mogła się nam objawić pewna okrutna prawda: jeśli człowiek w pełni pojął i „zrozumiał” Auschwitz, to jedynym dla niego wyjściem z tej opresji (wiedzy i świadomości) jest samobójstwo.
Ucieczka jest niemożliwa.
Tym bardziej płonna jest ucieczka w literaturę.

 

greydot

Po lekturze „Losu utraconego” Imre Kertésza.
Oczywiście, że wielu ludzi, którzy przeżyli obóz, zadawało sobie pytanie: dlaczego właśnie ja? Trudno mi uwierzyć, że wobec koszmaru, którego doświadczyli, przeszło im przez myśl, aby dziękować za to jakiejś „Opatrzności” (gdyż wobec tego co się stało, pojęcie „Opatrzności” wydaje się być jakąś Monstrualną Ironią!)
Czy wszyscy z nich byli winni? Czy można obwiniać nawet tych, którzy dopuścili się w obozie czynów nagannych, czy wręcz nikczemnych?

Początkowo, kiedy pisałem o zwątpieniu w człowieka, którego doświadczyłem przy zderzeniu się z Auschwitz, bardziej miałem na uwadze właśnie owo zło, które wyzwoliło się w więźniach, niż to, które było udziałem niemieckich (najczęściej) oprawców. Esesman w czarnym mundurze i z pejczem w ręce, zrazu wydawał mi się bardziej jakimś kosmitą, niż człowiekiem – dopiero później zdałem sobie sprawę z jego „ludzkiej” natury i z konsekwencji, jakie miało jego zachowanie na ogólny sąd o człowieku.

Tak więc na początku było przerażenie tym, czego dopuszczali się wobec siebie sami więźniowie.
Jak sobie dałem z tym radę? Otóż pomógł mi w tym np. Herling-Grudziński i jego słowa, że nie można sądzić człowieka (oskarżając go o „nieludzkość”), którego zmuszono do życia w nieludzkich warunkach.
Tadeusz Borowski tego nie zaakceptował (nie zrozumiał?) i dlatego się zabił. Pisząc, że Borowski poznał „pewną okrutną prawdę” o człowieku – i wskazując przy tym na to, że uświadomienie takiej „prawdy” musi konsekwentnie prowadzić do samobójstwa – nie wyraziłbym się jednak ściśle. To była bowiem „prawda” Borowskiego. A w takim miejscu jak Auschwitz, jest jeszcze wiele innych „prawd” (podobnie jak istnieje wiele „prawd” o Powstaniu Warszawskim).

Dlaczego piszę „prawda”, ujmując to słowo w nawias?
Ponieważ sądzę, iż owa „prawda” bardziej jest ludzką opinią, stanowiskiem, perspektywą, niż prawdą absolutną, (do której według mnie nie mamy dostępu w naszym ludzkim świecie).
A więc relatywizm?
Niekoniecznie.
Jeśli bowiem przyjmujemy już pewien system wartości (czyli potrafimy w naszym sumieniu odróżniać Dobro od Zła… co jest według mnie naszą ludzką powinnością – moralnym imperatywem), to nie powinniśmy mieć większych kłopotów z tym, co uznać za naszą prawdę.

Naturalnie, będzie to dotyczyć tylko jakiegoś fragmentu rzeczywistości… Ale nie mamy innego wyjścia, gdyż pełni rzeczywistości nie jesteśmy w stanie ogarnąć.
To właśnie dlatego nie mogę zgodzić się z tym, że samobójstwo Borowskiego było, jak ktoś napisał, „jedynie słuszną odpowiedzią” na rzeczywistość. Może wikłam się tu w jakieś sprzeczności, ale inaczej chyba myśleć nie mogę.

A jaka jest np. prawda o Maksymilianie Kolbe?
Otóż ja już dawno temu żywiłem podejrzenie, że było to samobójstwo. Kolbe wykorzystał sytuację, by zakończyć życie i wyzwolić się z koszmaru. Zastanowiłem się jeszcze nad tym, czy aby nie poczuł się on winny, bo przecież jego pisemko publikowało przed wojną teksty antysemickie, co można uznać jako pewien przyczynek do tworzenia atmosfery anty-żydowskiej histerii, która doprowadziła w końcu – a co najmniej ułatwiła – „ostateczne rozwiązanie” i zagładę większości europejskich Żydów. Ale o tym nikt nie mówi, bo wszak uznany on został człowiekiem „świętym”.
Jednakże później przyszła inna refleksja: może Kolbe, zdjęty litością, rzeczywiście chciał dostrzec w drugim człowieku Chrystusa i oddał za niego życie? Tym samym stając się symbolem ostatecznego poświęcenia dla bliźniego? Tej prawdy uchwycili się jego wyznawcy. I trudno się temu dziwić, gdyż ludziom trudno jest żyć bez nadziei (bo jakkolwiek uznalibyśmy ją może za naiwną „matkę głupich”, to jest ona również nam potrzebna jak powietrze do oddychania i woda do picia…)

W ludziach jest zarówno Kain i Abel, ale w końcu kogoś jednoznacznie potrafimy nazwać Kainem i Ablem. To jest ten bilans, dzięki któremu możemy dość jednoznacznie powiedzieć: ten człowiek jest zły, a ten dobry. Pisząc kiedyś, że były momenty kiedy utożsamiłem się również z tym esesmanem-oprawcą w obozie, pisałem o jakieś abstrakcji, którą pomyślałem chcąc przeniknąć ludzką naturę. Przecież, tak naprawdę, zawsze utożsamiałem się tylko z tymi, których krew wsiąkała w ziemię Auschwitz, a ciała ulotniły się przez kominy krematoriów.
Czasem jednak ogarniał mnie lęk i męczyła niepewność, czy zawsze w tych warunkach zachowywałbym się po ludzku, i czy nie zacząłbym patrzeć na świat oczami Borowskiego, co mogłoby być jednoznaczne z niezgodą na dalsze przebywanie na takimż świecie.

greydot

Bardzo byłbym ciekaw świata, jaki stworzyliby ludzie, których zabito w obozach zagłady, gdyby przeżyli wojnę. A wyginęły ich legiony. Byli wśród nich genialni naukowcy, artyści, myśliciele… Czy można sobie coś takiego wyobrazić? Na pewno nie. Talmud mówi, że kiedy umiera człowiek, to tak, jakby ginął z nim świat cały. A tu – w sposób okrutny i w tak krótkim czasie – zginęły tych ludzi miliony.

greydot

Kiedy wiadomo było, że wojna jest przegrana, samobójstwo popełniło tysiące Niemców. Ale czy z powodu poczucia winy, że było się po stronie katów? Wątpię. Głównie powodował nimi strach przed nadciągającą sowiecką „barbarzyńską” hordą.
Wrażliwość na wyrządzone zło?
Raczej strach przed karą i przed nowym „porządkiem” zwycięzców.

greydot
Jak wyglądałaby Europa bez zagłady? Można by próbować sobie to wyobrazić, ale prawdopodobieństwo tego, że wyobrazimy sobie stan, który odpowiadałby rzeczywistości, jest nikłe. Obawiam się, że zafundowalibyśmy sobie jakąś inną, równie potworną katastrofę, ponieważ w całej Europie panowała wówczas taka – prąca do konfrontacji – mentalność straceńczo-kombatancka, (która była m.in. skutkiem problemów i konfliktów nabrzmiałych po I wojnie światowej.) Być może Hitler uprzedził – i niejako ustrzegł – inne państwa przed popełnieniem podobnej zbrodni? Może wśród tych państw znalazłaby się i Polska?

greydot

Wata… wata, którą się owijamy, by się zbyt boleśnie nie poobijać; zasłona dymna, którą się okadzamy, by cała potworność świata nagle nie wypaliła nam oczu.

greydot

Pewnego razu (po opublikowaniu przeze mnie tekstu „Anus Mundi”) usłyszałem oświadczenie: „Nie byłam w Oświęcimiu i nie wybieram się. Mam wrażenie, że nie muszę tego miejsca oglądać. Świadomość tego, co się działo, wystarcza mi. Natomiast nie wiem, czy widziałeś video „Holocaust Survivor’s Death Camp Dance Flap”. Mężczyzna, który przeżył obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, wraca tam z wnukami, by na miejscu zagłady zatańczyć do piosenki „I will survive”. Zszokowało to Niemców i Polaków, mnie się zaś wydało cudowną apoteozą celebracji życia i przezwyciężeniem duchów przeszłości.”

Mnie to ani nie szokuje, ani nie oburza. Ale mogę tylko mówić za siebie. Skoro jednak protestują przeciw temu video ci, którzy faktycznie przeżyli Zagładę, to trudno to ignorować i nie brać tego pod uwagę. Może jednak, po prostu, warto ten fakt uszanować?
Wydaje mi się, że nieporozumienia wokół tych kontrowersji wynikają z polaryzacji dwóch odmiennych postaw. Bowiem z jednej strony jest bezbrzeżny smutek, rozpacz i przerażenie, jakie ogarniają ludzi w konfrontacji z tą potworną zbrodnią (i trudno się przecież tej reakcji dziwić, bo jest ona jak najbardziej uzasadniona i ludzka); z drugiej zaś – radość z ocalenia, afirmacja życia. Trudno jest takie reakcje przejawiać w tym samym czasie, a niektórzy uważają, że także i w tym samym miejscu – zwłaszcza w miejscu, gdzie miała miejsce Zagłada.
Istnieje przy tym jeszcze jedno niebezpieczeństwo: banalizacji i wyparcia czegoś, o czym jednak trzeba pamiętać w całym rzeczywistym wymiarze, także i w tym mało komfortowym, bolesnym, wręcz przerażającym. Według mnie pamięć taka jest konieczna do tego, abyśmy jednak byli świadomi tego, jak łatwo w naszej europejskiej cywilizacji (którą ponoć tak się szczycimy) o dokonanie podobnych zbrodni (a były one możliwe właśnie i dzięki temu, że pewne rzeczy wypierano ze swojej świadomości; że nie chciano ich dostrzegać; że dokonywano wygodnej i życzeniowej interpretacji faktów).
Kogoś, kto tańczy na zgliszczach (czy też popiołach pomordowanych), można jednak podejrzewać o to, że czyni to bez świadomości tego, jak potworny i bolesny był to pożar (zbrodnia) ewentualnie ze swojej świadomości to wypiera – bez faktycznego i dogłębnego zrozumienia tego, czym ta hekatomba była spowodowana.

greydot

Nie wyobrażam sobie życia nudnego, choćby z powodu tej jego właściwości, o której mówił Nietzsche: „Żyć, to znaczy być w ciągłym zagrożeniu”. A poza tym – ileż to ekscytujących rzeczy dookoła.
Czy ci, którzy tęsknią za spokojem, wiedzą za czym tęsknią? Czy nie ma w tym czegoś z zakamuflowanego pragnienia bezruchu, może nawet śmierci?
A swoją drogą: jakże często ceną, jaką się płaci za doznanie tzw. „świętego spokoju” jest właśnie nuda. Przypomina mi się tutaj to, co o nudzie napisał Pascal w swoich „Myślach”: „Nie ma dla człowieka nic równie nieznośnego, jak zażywać pełnego spoczynku., bez namiętności, bez spraw, rozrywek, zatrudnienia. Czuje wówczas swoją nicość, opuszczenie, niewystarczalność, zależność, niemoc, próżnię. Bezzwłocznie wyłoni się z jego duszy nuda, melancholia, smutek, troska, żal, rozpacz.”

greydot

Starość? Może nie tyle czuję już oddech starości na swoim karku, co odczuwam (niekiedy) przejmującą melancholię przemijania – siebie samego, moich bliskich, nas wszystkich i wszystkiego, co wokół nas.
Ale przecież wiem, że bez przemijania niemożliwa byłaby jakakolwiek zmiana, ewolucja, rozwój.
Czy z wiekiem to odczucie przemijania się wzmacnia? Myślę, że u większości ludzi tak. Jeśli chodzi o mnie, to również tak odczuwam, ale – jak tak zwracam się ku przeszłości – przemijalność wszystkiego, z całą jaskrawością i z wielkim przejęciem uświadomiłem już sobie w dzieciństwie, czy też (bardzo) wczesnej młodości. I od tamtego czasu ta świadomość jest ze mną – z większym lub mniejszym nasileniem – przez cały czas.

greydot

Miłość ma różne oblicza a występujący w niej egoizm maskujemy na wiele sposobów, zwłaszcza kiedy chcemy miłość uszlachetnić, wysublimować. Niezbyt z ową szlachetną wizją miłości współbrzmi to, że bardzo często nasza miłość jest zaborcza – tzn. zwykle chcemy kogoś posiąść na własność (psychicznie i fizycznie). To dążenie w skrajnych przypadkach jest silniejsze od instynktu samozachowawczego, więc kiedy nie może się zrealizować, kończy się czasami samobójstwem (lub zabójstwem).

W miłości odwzajemnionej egoizm staje się walutą wymienną – dwoje ludzi ofiarowuje się sobie nawzajem (mając przy tym często poczucie bezinteresowności). Jednak zdarza się również, że człowiek w miłości niejako się „zatraca się” – tzn. osoba kochana staje się dla niego ważniejsza od niego samego. I to w pewnym sensie można uznać za najwyższy stopień miłości, na jaki nas stać (choć, przyznaję, jest to dość desperackie i straceńcze). W tym przypadku rzeczywiście możemy powiedzieć, że został przezwyciężony wrodzony nam egoizm.

greydot

Miłość jest wytworem kultury, która w mit ujmuje hormonalną burzę, jaką miłość jest w wymiarze biologicznym. Zważmy na to, jaką rolę odgrywa miłość w każdej kulturze – i jak zmienia się jej obraz w zależności od mitologicznej fluktuacji danej kultury, która najlepiej widoczna jest w sztuce, w literaturze…
Każda epoka (i każdy rodzaj kultury) ma ten obraz miłości inny – i to właśnie jest dowodem na to, jak mocno – nierozerwalnie wręcz – miłość jest z kulturą sprzężona.
Można więc napisać wprost: bez kultury nie byłoby miłości, podobnie zresztą, jak nienawiści.

Erotyzm to nic innego, jak nasze „kulturalne” podejście do zwierzęcej (w swej istocie i proweniencji) „chuci” – do pożądania, seksu.

greydot

Miłość a przywiązanie?
To są pokrewne sobie uczucia, jednak różnią się od siebie, choćby intensywnością. Warto przy tym dodać, że miłość może przerodzić się w przywiązanie… chociaż nie musi (zdarza się przecież zamieniać w nienawiść).
Ale też przywiązanie może zaistnieć bez miłości.
Każdy z nas jednakże pojmuje miłość inaczej.

greydot
Miłość to nie kwestia wiary, ale „emocji i przeżywania”. Zdarza się, że ktoś tej emocji nie przeżył i wtedy mówi, że w miłość nie wierzy. (Gdyż nie wie, że miłość to nie sprawa wiary a doświadczenia.)

greydot
Miłość wielka i prawdziwa to rzadki ptak, trochę jak Feniks… Nie może to więc być ptak żyjący w stadach, bo wtedy wszyscy byśmy spłonęli.

greydot
Nie wiem, czy Bóg jest miłością, jak twierdzą ludzie „wierzący”. Tak naprawdę, to na temat Boga jest mi trudno cokolwiek powiedzieć. Mogę Go sobie tylko wyobrażać. To samo zresztą robią wszystkie bez wyjątku religie świata, (dlatego np. teologię uważam za wiedzę o ludzkich wyobrażeniach o Bogu, a nie za samą wiedzę o Nim samym).
Natomiast wiem, że człowiek pozbawiony miłości, albo taki, który miłości nigdy nie zaznał (a więc w nią nie wierzący) – jest człowiekiem nie tylko nieszczęśliwym (nieszczęsnym) ale i niebezpiecznym, bo skłonnym do destrukcji, będącej rodzajem zemsty na świecie za swoje uczuciowe upośledzenie i prostrację.

greydot

Hołd oddawany miłości „najwyższej”. Ktoś mówi, że w takiej miłości „człowiek niejako ‚zatraca się’ – tzn. osoba kochana staje się dla niego ważniejsza od niego samego”; ktoś inny, że „miłość ma w gruncie rzeczy wyraz desperacki i straceńczy.”
Należy jednak zdawać sobie sprawę z tego, że jest to bardzo romantyczne spojrzenie na miłość – jak również, że jest to właściwie sięganie do jej mitycznych źródeł (rozpropagowanych głównie przez literaturę i sztukę).
Taka miłość najbardziej chyba działa na nasze emocje, uczucia i wyobraźnię, ma tylko jeden – niebagatelny wszak – mankament: jest destruktywna.
A przecież ta prawdziwa, pożądana przez nas miłość, nie powinna być czymś co niszczy, tylko tym co buduje.

greydot

Istnieje (materialistyczne w zasadzie) przekonanie, że wszystko co dzieje się w naszym mózgu jest sprawą chemii, a konkretnie reakcji chemicznych. Jednakże redukowanie wszystkich naszych fenomenów kognitywnych do materii (chemii) wynika moim zdaniem (po części, przynajmniej) z naszej bezradności wobec mocno jednak ograniczonych, możliwości poznawczych człowieka. Nauka, podobnie jak religia, także z czasem ustępowała ze swoich zarozumiałych – i w istocie dyletanckich – besserwisserskich pozycji.
Tak więc, kto wie? – może rzeczywiście „środki psychoaktywne” pozwalają nam przynajmniej przeczuć coś takiego, jak wieczność? Umożliwiają wejście w inne wymiary rzeczywistości, może nawet dotknięcie absolutu?

greydot

Tautologia. Czy aby czasem nie jest emfazą prawdy?

greydot

A jeśli by tak poezję uznać za próbę wyrażenia czegoś niewyrażalnego, wyobrażenia czegoś niewyobrażalnego, wypowiedzenia czegoś niewypowiadalnego…?

greydot

Oglądając album z malarstwem Jacka Malczewskiego po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego, jak odważnym był Malczewski kolorystą (o jego precyzyjnym rysunku, mistrzowskim ujęciu formy, bujnej, symbolicznej wyobraźni nie wspominając). Daltonizujące snoby mogą kręcić nosem, ale ja lubię czasami popatrzeć sobie na taką orgię barw.
Rezygnacja z koloru (odnosi się to zarówno do malarstwa, jak i fotografii) musi mieć jednak swoje uzasadnienie – w przeciwnym razie staje się czymś pretensjonalnym. Do Malczewskiego na szczęście to się nie odnosi, bo on najwyżej redukował czasami (rzadko) kolorystykę swych obrazów do jednej tonacji, która i tak pulsowała bogactwem walorów, tonów i odcieni (jak np. w „Śmierci Ellenai”).

greydot

Pamiętam, że przed „Ofelią” Millaisa w londyńskiej Tate siedziałem dobry kwadrans. Już sam landscape można było studiować godzinami (Millais poświęcił mu pięć miesięcy pracy – malując po 11 godzin dziennie), ale to w końcu tylko tło (choć rojące się od symboli), bo najważniejszy jest tu trup Ofelii. Oczywiście, że jest w tym obrazie Śmierć (w kontraście do bujnej – i kolorowej – natury) ale warto zwróć uwagę, że Ofelia ma otwarte oczy – więc przy odrobinie erotycznej wyobraźni można odnieść wrażenie, że ona ma minę tak trochę jak przy orgazmie (nie bez kozery Francuzi nazywali orgazm La petite mort – a oni, jeśli chodzi o miłość i Erosa, to wiedzieli co mówią).

greydot

Malczewski „pisał” pędzlem (ten jego symbolizm jest przecież bardzo literacki, podatny na narrację i bogate interpretacje), ale „literacki” był też Matejko – niemal wszystkie jego obrazy to próba opisania historii, a w niektórych przypadkach, to nawet… jej tworzenia – głównie mitologizacji, idealizacji…

Malczewski i „Śmierć Elenai”. Jest jednak pewna omdlałość w ciele kobiety z tego obrazu, która odróżnia tu śmierć od snu. W tym stanie Ellenai już śnić nie może.

greydot

Ludzka twarz jako enigma. To jest ten paradoks: twarz potrafi ujawnić prawdę, ale też i prawdę skrywa. Mało tego – potrafi nas wprowadzić w błąd albo ukazać coś, co w istocie jest fałszywe. W każdym przypadku jednak, określa charakter i osobowość człowieka, który jest jej „właścicielem”.

greydot

No cóż, malarze byli różni… Zwłaszcza ci wielcy. Tym co ich łączyło była wrażliwość na kolor i fakturę, determinacja, by na płótnie oddać swoją wersję widzenia świata. To ich wyróżniało spośród innych ludzi.
Byli niezwykli, ale czy wszyscy byli szaleni, jak się czasami twierdzi?
To jest trochę taki romantyczny mit, który utrwaliła zwłaszcza secesja, dekadencja, bohema… bo wtedy wypadało być szalonym, więc wśród malarzy szaleństwo kwitło (tak bardzo, że nawet zaczęto podejrzewać, że przyczyną tego jest ołów, którego używano do wyrobu farb).

Ale tak po prawdzie to malarze charaktery mieli bardzo różne: od wyciszenia i skromności Fra Angelico, po wybujały, gwałtowny macho-izm Picassa. Byli wśród nich mordercy (Caravaggio) i ludzie powszechnie szanowani (Tycjan, Poussin), biedacy (Van Gogh, Rembrandt) i bogacze (van Dyck, Rubens); bon vivanci (Courbert, Delacroix) i stateczni sztywniacy (David, Ingres)… Niektórzy byli elokwentni i zostawili po sobie interesujące pisanie, inni zaś byli milczkami i opowiadali głównie za pomocą swojej malowanej sztuki. Było sporo geniuszy wyobraźni (Bosch), intelektu (da Vinci), pasji (Goya), oryginalności (Klee), cierpienia (Michelangelo), pracowitości (Durer)…
Innymi słowy: malarze to bardzo kolorowy i ciekawy ludek.

greydot

John Constable: „There is nothing ugly; I never saw an ugly thing in my life: for let the form of an object be what it may, – light, shade, and perpective will always make it beautiful.”

Constable napisał, że nic nie jest brzydkie pewnie dlatego, że dobry malarz nawet brzydotę potrafi zamienić (za pomocą swojej sztuki) w coś pięknego.

greydot

Sztuka – a tym samym i piękno – nie istnieje w naturze bez człowieka.

greydot

Czym innym jest dla nas ciemność, a czym innym jasność, lecz w naturze nie ma między nimi różnicy bo wszystko w niej ma takie samo znaczenie.
Na palecie malarza czekają barwy, które oddać mogą czarne chmury i burzę równie dobrze jak czyste niebo i słońce.
W naszych oczach rzeczywistość się zmienia więc chcemy utrwalić jej chwile nie wiedząc o tym, że Wszechświat i tak w końcu cały znieruchomieje. (A może już teraz jest nieruchomy i widzimy tylko jego kolejne zastygłe w bezruchu stop-klatki?)

greydot

Czyli wszystko dzieje się mimochodem i mimochodem też przemija – jak burza, jak słońce, jak człowiek, jak śnieg…
Jak życie…

greydot

Każda sztuka pozostaje martwa dopóki jej nie ożywimy naszą uwagą.

greydot

Na pewno dbanie o (rzeczywiste) proporcje nie jest w malarstwie najważniejsze, zwłaszcza w malarstwie pejzażowym. Przykład wielu malarzy – nawet tych klasycznych – pokazuje, że musieli oni pewne proporcje „naciągać”, podporządkowywać je niejako własnej koncepcji kompozycyjnej. (Przykłady: choćby El Greco, Tycjan, Giorgione, Mantegna, Maniasco, Rembrandt, Goya, Gainsborough… by wymienić tylko niektórych.)
Jak się tak zastanowić, to właściwie zdecydowana większość najsłynniejszych malarzy nie była wierna rzeczywistym proporcjom człowieka, o tych innych, występujących w przyrodzie, nie wspominając. I to wszystko mimo renesansowej dbałości – właśnie o proporcje i harmonię.
Bowiem najbardziej liczy się jednak harmonia kompozycyjna i kolorystyczna.

greydot

Czy ukazując (patrząc na) piękną kobietę, która wygląda „kwitnąco”, musimy się zamartwiać tym (a choćby tylko uświadomić sobie), że prędzej czy później ona przekwitnie – że jej uroda przeminie jak piękno kwiatu, który więdnie?
Tutaj wpadamy chyba w pułapkę snucia dość niepewnych paraleli i metafor – porównywania roślin z ludźmi. Kwiaty, które przekwitły, wyrzuca się, kobiet – jednak nie (zwłaszcza jeśli się je kocha).

greydot

Znany ze swoich kwiecistych portretów Fantin-Latour był jednak intrygującą postacią. Zdziwiło mnie np. jego zainteresowanie muzyką Wagnera (swoją wizytę w Bayreuth na premierze „Pierścienia Nibelungów” zaliczył do jednych z najważniejszych wydarzeń w swoim życiu), bo jakoś nie mogłem sobie skojarzyć tej wagnerowskiej fascynacji z psyche malarza ładnych kwiatków (co innego ubóstwiający muzykę Niemca Nietzsche, który do Wagnera bardzo mi pasował – mimo, że w końcu stał się jego wrogiem).

Muszę przyznać, że z początku Fantin-Latoura znałem tylko z jego obrazów kanonicznych, czyli tych przedstawiających kwiaty. Dopiero później dowiedziałem się o jego próbach portretowych, a jeszcze później – o jego litografiach i kompozycjach alegorycznych odwołujących się nie tylko do muzyki Wagnera, ale i Berlioza, Brahmsa czy Schumanna.
Co ciekawe – sam Fantin-Latour te ostatnie prace cenił najbardziej, ale paradoksalnie były one przez krytyków i odbiorców raczej ignorowane i w końcu sławę artyście przyniosły te jego kwiaty, którymi właściwie zarabiał na życie. Choć zapewne nie malował je tylko z przykrego obowiązku – wręcz przeciwnie: on musiał to malowanie ich bardzo lubić, w przeciwnym razie nie byłyby takie piękne.

greydot

Niektórzy wolą obrazy przedstawiające pewną anegdotę, wypełnione jakimś pierwiastkiem antropologicznym – bo tylko wtedy (jak mówią) może on mieć – i przekazywać – „emocję”.
Ja to widzę nieco inaczej. Dla mnie np. martwe natury nie są emocjonalnie puste, ani zimne. Mam wrażenie, że czuję w nich właśnie te emocje, które zapewne odczuwał artysta, kiedy je malował.
Nie wiem, może to jakaś nadinterpretacja, ale np. każdy z kwiatów Fantin-Latoura wydaje mi się mieć swoją „osobowość”. Tak je chyba traktował sam malarz – jako coś indywidualnego i żywego.

greydot

Ktoś ciekawie napisał: „Muzea to miejsca niezwykłe. Każdy obraz, który w nich jest, bez względu, jaki nosi tytuł, nie jest ‚martwą naturą’, jak mówią Polacy, tylko ‚cichym życiem’, jak mówią Niemcy, i to ukryte życie decyduje o ich życiu w nas, w naszej świadomości, bo innego życia nie ma. Malarstwo i postrzeganie sztuki wzrokiem jest swoistą umiejętnością. Słuchowcy umieją to zrozumieć. Widzenie jest taką samą łaską, jak słyszenie. Ale ma też coś więcej: łaskę niesłyszenia, łaskę ciszy. Łaska ciszy jest być może przywilejem największym, bo daje nam spokój. W zakończeniu Mistrza i Małgorzaty padają słowa znaczące: on nie zasłużył na niebo, on zasłużył na spokój. Malarstwo od swoich początków, od czasów grot z Lascaux, daje nam taki właśnie spokój, jest ciszą, nie gra i nie mówi, choć zawiera w sobie tak wiele dźwięków i tak wiele słów.”

Właśnie – nie „martwa natura” ale „ciche życie” (Stilleben, still life) – to tłumaczenie też mi się bardziej podoba.
Trafne spostrzeżenie o powiązaniu malarstwa z ciszą. Choć niektórzy widzą w nim muzykę, której nie można usłyszeć uchem. Ale malarstwo, choć odbywa się bez dźwięcznych słów, dla wielu jest jednak czymś bardzo wymownym.

greydot

Zauważyłem, że od jakiegoś czasu (XIX wiek?) zbyt wiele poświęca się w dyskusjach energii na spory czym jest sztuka, kim jest artysta, co to jest dzieło sztuki. Często sprowadza się to do sporu czysto językowego (definicji) – a przecież, w gruncie rzeczy, nie powinno to być takie ważne. Ważne jest meritum – sens. Także swoista uczciwość artystyczna.
Moim zdaniem, jeśli ktoś idzie na skróty, to przestaje być artystą. Niekoniecznie ekstremalność jest wyznacznikiem artyzmu – zwykle nie jest. Stąd np. moja rezerwa wobec ekscesów, szokowania, prowokacji – „rewolucyjnej” demolce wszystkiego, co było do tej pory. Według mnie więcej w tym destrukcji niż kreacji.

greydot

Tak często obecny w sztuce współczesnej masochizm i ekshibicjonizm to fetysz, nie sztuka. Tak więc, bardzo często w tej sztuce mamy do czynienia z fetyszyzacją.

Zresztą, najprawdopodobniej, na samym początku sztuki był fetysz. Innymi słowy: to właśnie ludzkie zapotrzebowanie na fetysz było pierwotnym źródłem sztuki.

greydot

Marina Abramović super star. Najsłynniejsza współczesna performerka. Jej sztandarowym wyczynem było patrzenie przez parę miesięcy w oczy ludzi, którzy tłumnie walili na to wydarzenie drzwiami i oknami Muzeum Sztuki Nowoczesnej na Manhattanie.
W związku z wystąpieniem Abramović ciekawe pytania zadała na swoim blogu latająca pyza. Jak sama autorka napisała, są to jednocześnie pytania o kondycję współczesnego człowieka, o sens współczesnej sztuki.

„Pytanie (a właściwie pytania) pierwsze.
Dlaczego w dwudziestym pierwszym wieku tak ogromne emocje wywołuje coś tak prostego, pierwotnego jak spojrzenie drugiej osoby? Dlaczego w erze, gdzie nagość w sferze publicznej jest powszechna, gdzie swoboda seksualna jest synonimem nowoczesności krępuje nas proste spojrzenie w oczy? Dlaczego tak unikamy dłuższego kontaktu wzrokowego z innymi? Z iloma osobami dziennie wymieniamy pospieszne spojrzenia, ale tak naprawdę nigdy na siebie nie patrzymy? Jak często zdarza się nam spuścić wzrok rozmawiając z kimś? Boimy się siebie nawzajem? Pojedyncze spojrzenie może zadecydować o dalszych relacjach, może wyrazić coś, co chcielibyśmy zachować dla siebie, może sprowokować nieporozumienie. Nie chcemy aby inni wyczytali z naszej twarzy towarzyszące nam emocje, ale równocześnie też sami zamykamy się na innych. A równocześnie wszyscy chcemy być zauważani, chcemy aby ktoś nam poświęcił chwilę uwagi, aby patrząc na nas dostrzegł nasze ja. Czy gigantyczny sukces tej wystawy bierze się z głodu, z naszej potrzeby uwagi, której nie zaspokaja codzienność? A może sprawił to fakt, że ludzie poczuli się komfortowo siedząc na przeciw kogoś, kto bezinteresownie daruje im chwilę uwagi, równocześnie nie chcąc nic w zamian, nie naruszając ich otoczki bezpieczeństwa?

Pytanie drugie.
A gdyby to był ktoś inny? Gdyby zwyczajna osoba usiadła sobie w parku i oferowała darmowe, szczere spojrzenie w oczy? Coś na kształt free hugs? Czy również tutaj ustawiałyby się kolejki? A może o sukcesie zadecydowała postać samej artystki, którą film wyraźnie kreuje na postać kultową. Patrząc na jej błogi, dobrotliwy wyraz twarzy przychodzą mi skojarzenia ze świętą, istotą uduchowioną, ale też z gwiazdą, która przyciąga uwagę samym nazwiskiem. I tu pojawia się…

Pytanie trzecie.
Na ile ten performance to zwyczajne show artystycznej autokreacji, egoistyczna, tania celebracja własnego ja? W końcu sam tytuł performance’u wskazuje jego główny temat – artystka, nic więcej. Rzadko mamy do czynienia bezpośrednio z twórcami dzieł, które podziwiamy – obrazów, filmów, instalacji… Artysta zazwyczaj chowa się gdzieś za kulisami, a w projekcie Abramović jest obecny, jest w centrum uwagi, wystawia się na widok, oceny, zagrożenia. Czy artysta, który staje się sztuką, który sam uznaje się za własne dzieło, nie sięga niebezpiecznej granicy? To artystyczne dno czy artystyczny olimp?Ale też co takiego ma nam do zaoferowania dziś sztuka współczesna, która wydaje się desperacko szukać nowych tematów i form ekspresji, miota się między martwymi rekinami a dmuchanymi pudlami, pomiędzy agresywnością i banałem. Postawić samego siebie w centrum wydaje się aktem najbardziej desperackim, ale trzeba przyznać nie pozbawionym sensu…”

Tyle pyza. Nie wiem czy istnieją jednoznaczne odpowiedzi na te pytania, jednak chciałbym się pokusić przynajmniej o pewną próbę odpowiedzi cząstkowych:

1. Może dlatego boimy się szczerości (za jej synonim można uznać spojrzenie prosto w oczy) bo żyjemy w swoistej bańce pozorów i często spojrzenie kogoś obcego uważamy za inwazję w naszą prywatność, a poza tym nie wiemy czego się po takiej osobie spodziewać? Ale przecież tę potrzebę kontaktu (w tym i wzrokowego) można zaspokajać w gronie naszych przyjaciół, rodziny, bliskich – wśród tych, których kochamy. Dlaczego tak się nie dzieje i wybieramy sztuczną sytuację (taka jak ta z Abramović)? Czy nie dlatego, że jesteśmy – albo czujemy się – samotni? Często – samotni w tłumie? I samotność tę próbujemy zabić w przestrzeni wirtualnej – prowadząc blogi, strony na Facebooku, udzielając się na różnych forach… etc. Nie wydaje mi się, że Abramović siedziała w MOMie i patrzyła w oczy ludziom bezinteresownie. Ale ważne było to, iż odbywało się to w sytuacji jakby „rozbrojonej” – ludzie kontaktujący się wzrokowo z artystką czuli, że przebywają w strefie bezpiecznej, a na dodatek wśród ludzi im podobnych, co zapewniało im coś w rodzaju poczucia wspólnoty. Czuli się też w ten sposób wyróżnieni – stawali się ważni.

2. Nie, gdyby to był ktoś inny, niż uznana artystka Abramović – i w innej sytuacji (nie w tej sztucznie wykreowanej i kultowo namaszczonej w MOMie) – to moim zdaniem nic by z tego nie wyszło. Mamy tu do czynienia z wyraźną idolatrią – Abramović to z jednej strony kapłanka, a z drugiej strony postać kultowa, „celebrytka”, jak byśmy to niezbyt elegancko dzisiaj nazwali. To tworzyło pewne napięcie związane z wyzwoleniem się – często silnych – emocji.

3. Performance Abramović to ani dno ani Olimp – ot, dość banalny pomysł (okazał się mimo to kontrowersyjny) znalazł swoje urzeczywistnienie w jednej z najważniejszych „świątyń” sztuki współczesnej, odnosząc (choćby tylko frekwencyjny) sukces, dzięki czemu zapisze się z pewnością w historii tejże sztuki.

greydot

Owszem, ja również – od czasu kiedy wszystko zaczęło być uważane za sztukę – sam sobie przyznaję prawo decydowania o tym (uznawania tego) co według mnie jest sztuką, a co nią nie jest (nie mam innego wyjścia – postmodernizm postawił mnie niejako pod ścianą i takich wyborów muszę dokonywać sam).
Lecz sprawy mają się już inaczej, kiedy weźmiemy pod uwagę przeszłość, czyli odniesiemy się do historii sztuki, kiedy to kryteria jej oceny były w miarę czytelne (w zasadzie wszyscy się zgadzali co do tego, co można nazwać sztuką).

Jednakże o tym co jest sztuką nie może decydować TYLKO efekt, jaki na nas dane dzieło (sztuki) wywiera. Bo skoro żadnego wrażenia nie robi na kimś muzyka Bacha, to czy nie byłoby czymś bezczelnym twierdzić, że nie jest ona sztuką? Albo jeśli nie podobają się komuś freski Rafaela, tudzież jest ktoś doskonale obojętny patrząc na rzeźby Michała Anioła czy obrazy Rembrandta, to czy na tej podstawie ma prawo twierdzić, że to co stworzyli ci twórcy nie jest sztuką? (Owszem, powiedzieć tak można, ale nikt nie będzie tego brał poważnie.)
Oczywiście, że liczy się efekt (czyli to, jak na kogoś działa czyjaś twórczość), ale powinny się także liczyć (i liczą się) również inne rzeczy – takie właśnie jak forma, biegłość warsztatowa artysty, jego przesłanie, wrażliwość, pasja, wpływ jaki on ma na twórczość innych… etc.

greydot

Uznaję emocje za coś ważnego – nie tylko w naszych kontaktach z innymi ludźmi i światem – ale i w samym procesie poznawania świata. Rozum to według mnie za mało. Sam podchodzę do niego (rozumu i jego możliwości) z rezerwą (bo widzę, że czysty racjonalizm ze swoim utylitaryzmem, zrobił jednak w świecie wiele złego).
Oprócz emocji, ważna jest także intuicja. (Przyznaję, że mój stosunek do ludzi bardziej chyba jednak kreuje „serce”, niż intelekt.)

Myślę, że większość ludzi odbiera świat (a zwłaszcza sztukę – kino, literaturę, muzykę…) przede wszystkim „trzewiami” (to jest ten pierwotny impuls poznawczy leżący ponad progiem naszej świadomości, czyli od nas niezależny), a dopiero później ten swój odbiór (reakcję, doświadczenie) racjonalizuje.

Istnieją w nas pokłady wrażliwości nieprzewidywalnej i nieoswojonej.
Żyją jak taki pół-dziki – i pół-kulturalny – zwierzak.

greydot.

MIT

Ponownie sięgnąłem po Lévi-Straussa. I lektura ta jeszcze bardziej uświadomiła mi to, że wszyscy bez wyjątku żyjemy w swoistej przestrzeni mitycznej, jaką jest w rzeczywistości nasza kultura. Po raz kolejny odsłoniła mi też pewne paradoksy mitu, jak choćby to, że mit sam w sobie nie musi mieć żadnego sensu, i że tego sensu nabiera dopiero w swoim kontekście kulturowym: „Mit proponuje siatkę, definiowalną tylko przez reguły jego budowy” – pisze Lévi-Strauss i dodaje: „Ta siatka pozwala odczytywać sens – nie samego mitu, ale całej reszty: obrazów świata, społeczeństwa, historii, przyczajonych na progu świadomości, wraz z pytaniami, jakie ludzie stawiają sobie na ich temat.”

Podoba mi się tutaj stwierdzenie: „przyczajonych na progu świadomości”, bo zabiera nas wprost do źródła, z jakiego wynikają wszelkie nieporozumienia z mitami. Z jednej strony bowiem przeczuwamy to, że mit jest osnową naszego istnienia w słowie i myśli (czyli w kulturze, która przecież definiuje nasze człowieczeństwo), z drugiej zaś odrzucamy podejrzenie, iż to, co podtrzymuje nasze ludzkie istnienie w świecie sensów i wyższych wartości (np. etycznych) opiera się na zmyśleniu i fikcji (dlatego też większość z nas nawet nie uświadamia sobie tego, że żyje w środowisku przesiąkniętym mitami; mało tego: zdecydowanie mit odrzuca, mówiąc na dodatek, że nie chce mieć z jakimkolwiek mitem cokolwiek wspólnego).

Ale kwestia mitu chodzi nam jednak po głowie o czym świadczy choćby rozmowa, którą chciałbym przy tej okazji przypomnieć. Odbyła się ona cztery lata temu (jak ten czas leci!) na moim blogu pod wpisem „Konieczność mitu”. Myślę, że warto ją z powrotem wydobyć na światło dzienne. Swoją drogą to wielka szkoda, że mnóstwo tak ciekawego materiału przepada w wirtualnych czeluściach i dopiero przypadek sprawia, że nań trafiamy. (Rozmowę poprzedzi fragment tekstu, który ją sprowokował.)

.

owce i ruiny - panta rei

i.

Ludzie dzielą się na tych, którzy mity tworzą i na tych, którzy mity obalają. Przy tym, nawet ci, którzy mity obalają, również je tworzą.
Wszyscy jesteśmy mitotwórcami.

greydot

Mity mają to do siebie, że są odporne na racjonalne weryfikacje. Argumenty tych, którzy poszukują prawdy, tudzież mity demaskują, bywają nieskuteczne, bo operują na innym poziomie – funkcjonują niejako w innym wymiarze rzeczywistości. (Choć trzeba pamiętać, że sfera mityczna również tworzy naszą rzeczywistość w tym sensie, że ma wpływ na to, jak się nam rzeczy jawią, czyli przedstawiają.)

Ludzkość potrzebuje mitów – jest to wpisane w jej rozwój kulturowy.
Nigdy nie jest tak, że ludzkie głowy wypełnia tylko czysty racjonalizm (nawet wśród tych, którzy się za stuprocentowych racjonalistów uważają).

Mit jest więc stale obecny w naszej kulturze, i wszystko wskazuje na to, że właśnie dzięki mitom ta kultura w ogóle powstała.

Wobec tej wszechobecności mitu ważne jest to, by mity rozróżniać. Bowiem mit może zarówno generować zło, jak i dobro; może być czymś konstruktywnym, jaki i destruktywnym; może wyzwalać, ale i niewolić; może skłaniać ludzi do tolerancji, jak i nienawiści… etc.

Zastanawiać może to, dlaczego ktoś chce dany mit zburzyć. By zastąpić go nowym mitem? Może w imię tzw. prawdy historycznej (czy też “prawdy” w ogóle)? Wydaje mi się jednak, że dotarcie do takiej prawdy jest niezwykle trudne, więc często to, co nazywamy “prawdą”, jest jedynie naszą interpretacją.

Jestem przekonany, że niekiedy warto zostawić mit w spokoju i go nie niszczyć…
Zwłaszcza jeśli nie ma się niczego, aby ten mit zastąpić.

greydot
Nie można wyobrazić sobie wygaśnięcia konfliktu między „realnością mityczną” a tym, co racjonalne, empiryczne, „dotykalne”, gdyż oznaczałoby to stagnację. Leszek Kołakowski uważał jednak, że na takie współżycie jesteśmy skazani i że jest ono nieuchronne i niemożliwe zarazem. Cały świat jest oparty na dialektyce, a biegunowe przeciwieństwa wyznaczają jego rozwój i kierunek. Jak pisał Kołakowski: „Los kultury jest epopeją wspaniałą przez swoją chwiejność”.

Mit jest wszędzie. I kto decyduje się na walkę z nim, z góry skazany jest na przegraną. (Można powiedzieć, że przestrzeń mityczna pełna jest smoków z natychmiast odrastającymi głowami, jeśli tylko zaczynamy je ścinać) Jednakże nie musimy patrzeć na to fatalistycznie, uznawać to za jakieś kulturowe brzemię. Bowiem mity są nam wszystkim potrzebne.
Od naszej mądrości, wyczucia, (również światopoglądu, ale także charakteru i temperamentu) zależy jednak, które z tych mitów zaakceptujemy, a które będziemy skłonni demaskować. Walczymy z mitami, dementujemy, obnażamy ich iluzoryczną genezę… A i tak, mimo wszystko, pozostajemy zanurzeni po uszy w sferze mitycznej, jaką jest cała nasza kultura.

greydot
Nasze nieporozumienia związane z mitem biorą się m.in. stąd, że różne rodzaje mitów mamy na myśli – i inaczej określenie mitu pojmujemy. Nie można zawężać naszych rozważań jedynie do takich mitów, które są pewnym zafałszowaniem historii, samookłamywaniem się, czystą a jałową ułudą, manipulacją, czczym wymysłem… etc.
Myślę że większość z nas takie mity określa pejoratywnie.
Lecz mit jest pojęciem bardzo szerokim, choćby dlatego, że jest jednym z najważniejszych narzędzi w tworzeniu całej naszej kultury.

Mit jest pewną konstrukcją, która nie tylko tworzy kulturę, ale także ją spaja – pomaga w konstytuowaniu wartości, zapewnia kulturową ciągłość, pozwala ludziom się porozumieć, poczuć wspólnotę, znosi dyskomfortowe wrażenie przypadkowości istnienia, nadaje sens w świecie, któremu rozum i fakty odmawiają sensu…

Mity są konieczne – i to nie tylko dla ludzi “słabych” i naiwnych. Są niezbędne nam wszystkim… gdyż wszyscy jesteśmy „słabi” w kontekście naszej La condition humaine, (choćby dlatego, że poddani jesteśmy działaniom sił, które nas przerastają).

Jednakże potrzeba mitu nie wynika tylko z naszej słabości, niewiedzy czy też skłonności do fałszowania rzeczywistości.
Wręcz przeciwnie.
Jestem skłonny widzieć ją (kreację mitu i jego mocy) jako wielką (często wspaniałą) siłę ludzkiej wyobraźni. Jest ona wyrazem naszego pragnienia zadomowienia się w świecie… jak również pomaga nam z tym światem się zmagać.

.

ii

.

LOGOS AMICUS: “Ucieczka w świat archetypiczno-mitycznej ułudy” (jak ktoś mógłby nazwać przestrzeń mityczną) jest także ucieczką przed cierpieniem. Działa tu bardzo powszechny – i dość prosty – mechanizm psychologiczny człowieka, obecny nie tylko w chorobach psychicznych, ale znany chyba nam wszystkim. Uciekamy w świat (większej lub mniejszej iluzji), bo w nim owa niepewność jest niejako anulowana, znoszona (taką m.in rolę pełnią przecież wszystkie religie – stąd tzw. “mocna” wiara, stąd dogmaty, stąd “prawdy”, które są “prawdą i tylko prawdą”, czyli nie podlegające podważeniu ani nawet dyskusji…)
Czy jest to jednak sytuacja stawiająca nas przed wyborem “albo-albo”?
Czasem tak (jak w przypadku Kirkegaarda choćby – nie mówiąc już o innych “skokach” w metafizykę dokonywanych np. przez Pascala, czy wszystkich filozofów metafizycznych); czasem nie – lęk egzystencjalny nie musi być doświadczany przez wszystkich ludzi, a nawet jeśli jest doświadczany, to nie jest to doświadczenie dojmujące, stałe… Niekiedy są to tylko mdłości (jak np. u Sartre’a). Czasem wybieramy coś zupełnie innego (wydawałoby się przeczącego ułudzie) – np. hedonizm lub sarkazm, łagodność lub cynizm, zaangażowanie lub obojętność, pasję lub stoicyzm… etc. czy też żyjemy po prostu życiem codziennym.
Lecz to prawda – życie człowieka wypełnione jest nie tylko cierpieniem.

TELEMACH:  Nie potrafię w żaden sposób dać sobie rady z antynomią zawartą w tym zestawieniu: “Czyż nie jest naszą największą mądrością – mądrością człowieka – właśnie świadomość własnej niewiedzy i zdolność do ciągłego poddawania w wątpliwość tego, co już “wiemy”? Wydaje mi się, że tylko dzięki temu może istnieć postęp w ludzkiej kulturze – w naszym poznaniu i myśleniu…
a następnie: Musimy budować nasz świat archetypów, mitów i symboli (…) W przeciwnym razie będziemy mieli poczucie życia w próżni właśnie – w jakimś nadmuchanym balonie tymczasowej bytności, spowici oparami absurdu, nicości a może i rozpaczy.
Jak można to pogodzić? Czy możliwe jest maszerowanie w obu kierunkach naraz? I w którą stronę wskazuje drogowskaz? Jest jakiś drogowskaz? A jeśli tak, to co jest (powinno być?) na nim napisane?
Pytania, pytania.

LOGOS AMICUS: Telemachu, a może na tę antynomię jesteśmy skazani? (Choćby tylko z powodu ograniczoności naszych twierdzeń i sądów?)
A może tylko z pozoru jest to antynomia? Może jedna konieczność pociąga za sobą drugą?
A jeśli uznamy, że są to przesłanki ciągnące nas w inne strony, to może wspomogę się tu Leszkiem Kołakowskim, który w swojej książce “Obecność mitu” stwierdził, że na konflikt między przestrzenią mityczną a realnością doświadczenia jesteśmy skazani, że “to współżycie (jest) nieuchronne i niemożliwe zarazem”.
Kołakowski konkludował następująco:
“(…) kultura żyje zarazem z pragnienia syntezy ostatecznej między swoimi skłóconymi składnikami i z organicznej niemożności zapewnienia sobie taj syntezy. Dostąpienie syntezy byłoby śmiercią kultury tak samo, jak poniechanie woli syntezy. Niepewność zamierzeń i kruchość zdobyczy okazuje się warunkiem twórczego trwania kultury. Los kultury jest epopeją wspaniałą przez swoją chwiejność.”
I jeszcze odnośnie tego mojego, ostatniego, cytowanego przez Ciebie akapitu: wcale nie jestem tego pewien (chyba wbrew Kołakowskiemu) czy musimy budować nasz świat archetypów, mitów i symboli. Biorąc jednak pod uwagę obecny stan naszej kultury, obecne stadium rozwoju myśli i świadomości człowieka – jest to moim zdaniem konieczność. Czy jednak tak samo będzie w przyszłości? A może jednak odkryjemy w końcu jakieś kosmiczne “oprogramowanie”, które pozwoli nam zrównać się wszechmocą z Bogiem, albo okiełznać siły, które rządzą światem? (Co na jedno wychodzi.)
Wydaje się to nieprawdopodobne, ale czy niemożliwe?
Rozsądek mi mówi, że to jednak science-fiction, ale czy zawsze możemy zawierzyć rozsądkowi?
A jednak (tu i teraz) skłaniam się do tego, by uważać, że na to budowanie świata archetypów, mitów i symboli jesteśmy skazani (dlatego właśnie tak napisałem), gdyż najprawdopodobniej nigdy nie poznamy genezy Wszechświata, czyli nigdy nie dowiemy się “skąd przychodzimy”. Od biedy możemy się domyślać “kim jesteśmy”, ale i tak tajemnicą pozostanie chyba “dokąd idziemy”.

TELEMACH: Na pytania można (spróbować) odpowiedzieć jeśli są jednoznacznie i zrozumiale sformułowane. Ja nie znalazłem w tekście pytania – zawiera on luźne refleksje i szereg (być może błędnie przeze mnie interpretowanych) antynomii. Klamra, która je spina to konstatacja trudnej do pogodzenia sprzeczności pomiędzy dążeniem do tego “co jest” i koniecznością pielęgnacji tego co nas konstytuuje, a co nas od rzeczywistości (i wiedzy o tym “co jest”) oddala.
Faktycznie – dylemat jest. I trudno powiedzieć co z tym zrobić. Narracja potrzebuje mitu aby przeżyć. Rozum potrzebuje demistyfikacji aby zachować szacunek do samego siebie = godność. Trzeba by zatem opanować trudną sztukę kłaniania się i wypinania w tę samą stronę. Nie umiem. Mogę mieć raz tak, raz tak. Można naturalnie spróbować jak Slavoj Z. tylko odwrotnie: konstruować mit w oparciu o legendę uprzedniej dekonstrukcji, ale do tego trzeba by mieć iście lacanowską moralność. Ja chyba nie mam.

LOGOS AMICUS: Wygląda na to, że Ty uważasz proces tworzenia “przestrzeni mitycznej” przez człowieka za to, co nas od “rzeczywistości (i wiedzy o tym “co jest”) oddala”. Dlatego uznajesz to za antynomię.
Ja widzę to inaczej. Dopuszczam bowiem taką możliwość, że właśnie za pomocą “przestrzeni mitycznej” jesteśmy w stanie dotknąć czegoś “co jest”, a do czego w inny sposób (np. racjonalny, “naukowy”) nie mamy dostępu. (Nie wspominając już o tym, że “przestrzeń mityczna” może być po prostu dla ludzi jakąś koniecznością, bez której nie mogliby nie tylko tworzyć kultury, ale i funkcjonować na poziomie społecznym.)
Jest jeszcze między nami jedna dość zasadnicza różnica. Ja mit (możemy to rozszerzyć na religię np.) cenię, w jakiś sposób szanuję, uwzględniam jego wagę i znaczenie, Ty natomiast – takie przynajmniej sprawiasz na mnie wrażenie – na każdym kroku chcesz mit zdyskredytować, zdemaskować, niekiedy wręcz ośmieszyć (przy czym, nie pozbawione jest to ironii i sarkazmu).
Ale to jest chyba bardziej sprawa różnicy naszych temperamentów (poznawczych, interpretacyjnych, psychicznych…) i naszego stosunku do świata, życia i innych ludzi, niż naszych świadomych, intelektualnych wyborów.

BEATRIX: Mity zawierają wiele pułapek, dlatego moim zdaniem warto je czasem dekonstruować, właśnie po to aby lepiej zrozumieć co nami powoduje. Doświadczenie uczy, że bezkrytyczna wiara w mit a także posługiwanie się nim prowadzi do uproszczeń, krótkowidztwa i niewrażliwości właśnie. Nie twierdzę, że mity i stereotypy nie mają funkcji pożytecznej i z pewnością upraszczają komunikację. Czasem bywają niezbędne. Ale nie zawsze o to uproszczenie właśnie chodzi. A rozumienie nie prowadzi automatycznie do komplikacji.

LOGOS AMICUS: Być może problem sprowadza się do tego, w jaki sposób ma się odbywać ta “dekonstrukcja” mitu – co jest jej rzeczywistą motywacją, jakie są prawdziwe intencje, i czy dekonstruując mit nie pozbawiamy ludzi jakiegoś oparcia – nie dając im niczego w zamian.
Łatwiej jest burzyć, niż budować.

TELEMACH: Bezkrytyczny szacunek do mitów jest mi istotnie obcy. Mnie szczerze mówiąc nie interesują mity. Interesuje mnie (i niejednokrotnie boli) ich bezrefleksyjna akceptacja i funkcjonowanie w charakterze prawd objawionych. Zarzucasz mi skłonność do szyderstwa? No cóż, coś w tym jest. Czołobitność i brak krytycyzmu w stosunku do mitów i nie skażona cieniem wątpliwości wiara w ich wiarygodność zawiera w sobie (dla mnie przynajmniej) cały szereg aspektów nader komicznych. Sądzę, że przypomnienie od czasu do czasu, że “muchy nasrały na Najjaśniejszego Pana” nie zaszkodzi. Choćby po to, aby ujrzeć wyraz twarzy tych wszystkich, którzy sądzą, że porządek universum którego przedstawicielem jest wywiadowca Bretschneider jest jedynym, powszechnie obowiązującym i godnym szacunku modelem rzeczywistości.
Istotnie, to co czasem robię zawiera elementy intelektualnej i emocjonalnej prowokacji. To jednak nie mity są jej celem, lecz sposób myślenia oparty na ich bezrefleksyjnej akceptacji.

LOGOS AMICUS: Ja również nie mam bezkrytycznego stosunku do mitów. Ale doceniam ich wagę i znaczenie. Widzę ich funkcję scalającą i konstytuującą życie człowieka, zarówno w wymiarze indywidualnym (psychicznym), jak i społecznym (kulturowym, historycznym). Nie mogę zatem pojąć tego, że – jak piszesz – “nie interesują Cię mity”. To tak, jakbyś stwierdził, że nie interesuje Cię kultura, bo rozwój naszej kultury jest w dużej mierze – jeżeli nie przede wszystkim – procesem mitotwórczym. Przypomina mi się tu choćby Campbell i jego “The Power of Myth”… a i cały szereg innych pozycji traktujących o powiązaniach mitu z kulturą, jak choćby całe dzieło Lévi-Straussa.
Także dostrzegam komiczne, czy wręcz absurdalne aspekty wiary w mit. Jestem też świadomy tego, że istnieją mity, które są wręcz zabójcze, destruktywne, nikczemne… Ale ja nie o nich mówię. Mówię o mitach będących czymś niezbędnym w tworzeniu przestrzeni kulturowej, bez której człowiek nie mógłby funkcjonować. A biorąc pod uwagę obecny stan ludzkiej świadomości (czyli nasze kulturowe i cywilizacyjne status quo), mit okazuje się (i pozostaje) – w skali społecznej – czymś koniecznym.
Ty wiążesz mit przede wszystkim z jakimś komizmem, “czołobitnością”, brakiem krytycyzmu… Ja uważam, że jest to spojrzenie cokolwiek jednostronne i ograniczone… być może skażone jakimś uprzedzeniem lub chęcią rewanżu za własny dyskomfort wynikający ze świadomości tego, że ktoś wierzy w jakąś (w Twoim mniemaniu) “bzdurę”, która mu pomaga żyć, a na Ciebie to nie “działa” i musisz się męczyć ze swoim sceptycyzmem (który przekuwasz w sarkazm).
PS. Czy aby naprawdę przypomnienie o tym, że “muchy nasrały na Najjaśniejszego Pana” nigdy nie zaszkodzi? Być może pamiętasz, że jak najbardziej zaszkodziło ono Palivecovi, który poszedł za to do ciupy.
A wszyscy i tak wiedzą, że muchy srają na wszystko, nawet na Najjaśniejszego Pana ;)

BEATRIX: Logosie, napisałeś: “Łatwiej jest burzyć niż budować”. Moim zdaniem nie w przypadku prawd obiegowych, mitów i stereotypów. Te rosną jak grzyby po deszczu i nie sprzyjają moim zdaniem poznaniu, które i tak jest ograniczone z natury rzeczy albo innej natury, w zależności od koncepcji jaką przyjmiemy.
Szukanie umiaru nie jest złe. Zgadzam się z Tobą, że wielu ludzi potrzebuje utartych, znanych ścieżek, aby się nimi poruszać, gdyż poczucie bezpieczeństwa jest dla nich wartością nadrzędną i odnajdują je m.in. w przyjmowaniu sposobów myślenia utartych od pokoleń. Nie sądzę, aby można im było cokolwiek odebrać. Ich wiara jest silna, bo wynika z głębokiej potrzeby. I nie mam najmniejszego zamiaru ich osądzać, ani broń boże uświadamiać.
Ale przecież mówimy tu o naszych osobistych poglądach, więc ja sama chętnie dowiaduję się, że rzeczy niekoniecznie są takimi jakimi je widzę. Może to zabrzmi paradoksalnie, ale w tym właśnie odnajduję poczucie bezpieczeństwa. W zmienności i świadomości, że niekoniecznie jest jak jest. Nie sądzisz, że daje to ogrom możliwości? Przy jednoczesnym pozostawieniu przestrzeni dla funkcjonowania mitów, dla tych, którym jest to potrzebne? A jednocześnie w sytuacjach, gdy stają się one niebezpieczne, ranią innych ludzi, stawiają granice, takie podejście właśnie stanowi fundament rozmowy, a przynajmniej szanse na próbę zrozumienia się? Nie wspominając już o możliwościach poznania. Te rosną wg mnie kolosalnie, niekoniecznie poprzez uznanie wersji alternatywnej za prawdziwą i znowu jedyną. Ależ nie. Zaczyna się poszukiwanie, snują się myśli, czyli rozpoczyna się przygoda.

DEFENDO: Telemach odżegnuje się od Lacana, a przecież wciąż – z wdziękiem – dekonstruuje mity. Dekonstrukcja nie jest niszczeniem. Jest przyglądaniem się i swoistą adaptacją. Dekonstrukcji można dokonywać po to, żeby potem na nowo skonstruować – nie odzierając z blasku. Tylko popkultura beztrosko i trywialnie zawłaszczyła mity – i tego jej wybaczyć nie umiem.
Mity są konieczne. Na Pere Lachaise jest grób Abelarda i Heloizy, na którym zawsze są świeże kwiaty – przynoszą je całkiem współcześni kochankowie. Na Baker Str.8 przychodzą ludzie, którzy dobrze wiedzą, że nie mógł tam mieszkać Holmes, bo jest postacią napisaną przez Doyle’a. Jednak przychodzą.
Mitologia i religia to reakcja obronna człowieka, który obawia się niszczącej siły rozumu. Rozum mówi o nieuchronności śmierci – mit i religia pozwalają w nią wątpić.
Mity zaspokajają potrzebę wiary. Mit łączy się z magią i obrzędem, służy podtrzymywaniu społecznego porządku, porządku kosmicznego również. Mit jest opowieścią o przeszłości, ale objaśnia teraźniejszość, a nawet przyszłość.
Lubię dekonstruować mity, chociaż to trudne. Nie, nie po to, żeby je zniszczyć – ale żeby poznać ich gramatykę, czasem żeby je zaakceptować. Widzę w nich narzędzie komunikacji społecznej.
Mity są elementem kultury – konkretyzują pojęcia abstrakcyjne. Łączą naturę z metafizyką.

.

iii

.

IWONA: Nie cierpię mitów a jaszcze bardziej tego, że trudno je zdementować. Mitów jakichkolwiek.

LOGOS AMICUS: Iwona, czy naprawdę nigdy nie lubiłaś bajek?
Jeśli jesteś np. osobą religijną, to też nie możesz się obejść bez mitów… Nie możesz się obejść bez mitów także wtedy, kiedy nie jesteś religijna, bowiem, np. jeśli kogoś kochasz – to Twoja idealizacja też jest mitem.
Dosłownie wszystkie nasze rytuały zakorzenione są w micie. Bez mitów nie byłoby literatury, sztuki, kultury wreszcie…
Mit niekoniecznie musi być czymś złym. Ja również nie znoszę mitów, które szerzą ksenofobię, rasizm, martyrologię, nienawiść… etc..; takich, które zakłamują historię i są wykorzystywane do politycznych manipulacji.
Tak się złożyło, ze w przeszłości częściej byłem po stronie tych, którzy mity obalali, (czy też raczej próbowali obalać) niż tych, którzy mity tolerowali. Z wiekiem jednak stałem ostrożniejszy z “demaskowaniem” mitów.

IWONA: Pozwolę sobie nie zgodzić się z Twoimi pierwszymi stwierdzeniami, a szczególnie z tym, iż “wszyscy jesteśmy mitotwórcami”. Nie, nie, nie i jeszcze raz Nie! Mity tworzone są z braku wiedzy, zrozumienia, błędnego rozumowania, braku logiki, wyrastają z ludzkiej słabości, szczególnie w wymiarze wiedzy. Jasne, teraz jest to częścią kultury, lekturą, i czymś o czym można rozważać.
Czy są potrzebne? – są, jako zapchajdziury w niewiedzy ludzkiej, w jego potrzebie tłumaczenia życia. Jak religia. Jednak czy są korzystne? Może dla potomności, żeby coś było na liście lektur. Mity są generalnie złe. Wyciszają ludzki pęd do szukania prawdy. Są fałszerstwem hamującym rozwój. Są bajkami dla dorosłych. Są na tyle silne, że walka z nimi, to często walka z wiatrakami. Czemu? Bo wiedza jest trudna, a bajka łatwa i fałszywie logiczna. Nie wszyscy jesteśmy mitotwórcami. Nie twórz mitów.

LOGOS AMICUS: W tym co piszesz jest sporo racji (właściwie to powtarzasz tezy, jakie zawarłem w moim tekście). Jednak jest to według mnie spojrzenie zbyt jednostronne. Nie mogę się np. zgodzić z następującymi stwierdzeniami:
– “mity są generalnie złe”
– “wyciszają ludzki pęd do szukania prawdy”
– “są fałszerstwem hamującym rozwój”
Dlaczego się z tym nie zgadzam?
Myślę, że odpowiedź na to można znaleźć w moim tekście (więc nie chcę się powtarzać).

Piszesz: “Pozwolę sobie nie zgodzić si z Twoimi pierwszymi stwierdzeniami, a szczególnie iz ‘wszyscy jesteśmy mitotwórcami’. Nie, nie, nie i jeszcze raz Nie!”

Wszyscy Iwona, wszyscy. Każdy z nas ma w sobie jakiś mit, który bardziej lub mniej świadomie pielęgnuje (i któremu ulega).
Ty np. kreujesz mit o wszechmocy nauki i potędze ludzkich możliwości. Jak również (bezwiednie) mit o nadrzędności biologizmu nad tym, co ja nazywam “człowieczeństwem”.

IWONA: Nie. Nie kreuję mitów. Nie wmawiaj mi nieprawdy. To są Twoje odbiory, i są one fałszywe. Nie zgadzasz się z moimi poglądami, masz inną wiedzę na pewne tematy, i dlatego nie dopuszczasz faktów, czy innych opinii przypisując temu formę “mitu”. Nie piszę tutaj niczego, czego nauka udowodnić nie może, a Ty piszesz o micie. To są antagonizmy. Chyba, że każdą opinię, tezę, nawet do udowodnienia, będziesz nazywać mitem. Ale to weźmie się tylko z błędnej definicji mitu. Jednak akurat tutaj widzę właśnie to, o czym pisałam. Mit i nauka się wyklucza. Dlatego piszesz nieprawdę.

LOGOS AMICUS: “Mit i nauka się wyklucza.” Nieprawda. Istnieje nauka o mitach. Nazywa się mitologią :)

IWONA: “mitologia” [gr. mythología ‘opowiadanie mitów’], zbiór mitów danego ludu, przekazywany w formie ustnej lub spisany na podstawie ustnych przekazów. ” – za PWN.

LOGOS AMICUS: mitologia (…) 2. nauka zajmująca się badaniem mitów.” (“Słownik wyrazów obcych”. PWN)

IWONA: Badaniem a nie ich tworzeniem. Nauka nie tworzy mitów.

LOGOS AMICUS: Iwona, ależ ja zażartowałem. Oczywiście, że mit i nauka są odrębnymi kategoriami (poznawczymi, filozoficznymi). Ale to niezupełnie prawda, że nauka jest odporna na tworzenie mitów, albo że z mitem nie ma nic wspólnego (lub nie jest podatna na jego działanie). Lecz to jest szeroki temat, aby się tu w niego wgłębiać.
O co mi jeszcze chodzi?
Piszę o micie w szerszym ujęciu, jako ważnym narzędziu kulturowym człowieka. Twoje pojęcie mitu jest zawężone. Ja, w przeciwieństwie do Ciebie, uznaję mit za jeden ze sposobów zrozumienia otaczającego nas świata (także orientacji w nim), Ty zaś uważasz, iż takie zrozumienie można posiąść jedynie dzięki nauce. Tym się różnimy.
Już nie wspominam, że nauka nie może dać człowiekowi odpowiedzi na jego fundamentalne pytania o sens (życia i śmierci, oraz istnienia świata), nie odpowiada na jego potrzeby metafizyczne i (sama w sobie) jest ślepa etycznie (tak więc, aby by funkcjonować w “ludzkim” świecie, musi się jednak odwoływać do jakiejś etyki, bo w innym przypadku stałaby się właśnie… amoralna i nieludzka)… etc. Proponuję, abyś przeczytała sobie fragment pracy jednego z naukowców zajmujących się funkcjonowaniem, rolą i znaczeniem mitów w społeczeństwie. Mówi on także o tym, co i ja próbuję Ci przekazać:

“Racjonaliści są przekonani, że poletko, jakie sami uprawiają (nauki przyrodnicze, logika, matematyka oraz filozofia zorientowana na naukę – tzw. filozofia naukowa) w żadne związki pozytywne z mitem wchodzić nie może. Poletko rozumu jest zamkniętą na działanie mitu dziedziną życia i myślenia. Nauka, niejako z definicji, jest przeciwieństwem myślenia kojarzącego się z fantazjowaniem, nieracjonalnymi wierzeniami i pragnieniami.
Podtrzymywanie takiego poglądu, typowego dla dziewiętnastowiecznego scjentyzmu, ociera się o paradoks. Bo to właśnie nauki szczegółowe rewidują dziś błędy i złudzenia, w których tkwiły co najmniej od Oświecenia.
Racjonalistyczne wyjaśnienie źródeł myślenia naukowego, przeciwstawiające sobie logos i mythos oraz ogłaszające jednostronne zwycięstwo pierwszego elementu nad drugim zawodzi nie dlatego, że znaczenie rozumu przeceniono i zbyt pośpiesznie ogłoszono werdykt korzystny dla jednej tylko strony. Jest ono nie do przyjęcia ze znaczenie głębszych powodów.
Tradycyjny racjonalizm opiera się na wadliwym rozpoznaniu natury związków, w jakie mit wchodzi z innymi formami myślenia. Formy te (religia, ideologia, doktryny prawne i polityczne, utopia, magia, okultyzm, metafizyka, nauka) wprawdzie wykraczają poza mit, ale stale pozostają w orbicie jego oddziaływań. Mit przenika je od wewnątrz i współkształtuje. Poddany krytyce pozornie znika, by wrócić w odmienionej szacie słów i obrazów symbolizujących sens wymykający się empirycznym testom i sprawdzianom. Myślenie mityczne nadal żyje, choć zwykle w ukryciu. Bywa jednak, że wypływa na powierzchnię, by objawiać swe istnienie w świeckich rytuałach i dążeniach, których nie sposób wyjaśnić, jeśli się przyjmuje, iż człowiek jest istotą w pełni racjonalną.

Autorem powyższych słów jest Janusz Jusiak (“Nauka, metafizyka, mit” UMCS). Bardzo polecam pracę tego pana. Jest to moim zdaniem znakomite naukowe opracowanie zajmujące się mitem – jego istotą, pojęciem i znaczeniem.

IWONA: Logosie, rozumiem co Ty i Janusz Jusiak macie do powiedzenia. Są to pewne założenia, które reprezentujecie, i pewne poglądy które wyrażacie. Chętnie poczytałabym tekst filozoficzny jakiegoś neurobiologa, o ile taki istnieje :)
Oczywiście, że człowiek nie jest istotą racjonalną tylko i wyłącznie, i generuje czynności/uczucia/poglądy irracjonalne, mityczne, bajkowe. Oświecenie było racjonalizmem wykluczającym owe założenie. Stąd wiele pomyłek. Dział nauki zajmujący się ludzką psyche, w połączeniu z neurologicznym podłożem jest domeną niedawnych czasów. Rozum to wytwór biologii. Nauka nie wyklucza mitów, jako przejawu biologizmu człowieka, ale ich nie generuje. Nie ma mitów w nauce – są fakty, nauka jest formą do sprawdzenia. Wielokrotnego. Wciąż idziemy do przodu, i wciąż irracjonalizm istnieje. Tego wykluczyć nie można, bo taki jest człowiek. I taka jest jego biologia. Nauka też nie ogłasza zwycięstwa umysłu nad uczuciami, bo te uczucia już są o wiele bardziej sprawdzone i zbadane – w sposób naukowy właśnie. Nauka coraz bardziej rozumie te uczucia, i zna coraz lepiej biologiczne ich podstawy. I nie jest to forma zwycięstwa jednego nad drugim.
I jak słusznie napisałeś – ja uważam, że świat poznaje się przez naukę. Nie przez bajki i mity. Rozumiem Twoje pojmowanie, jednak się z nim nie zgadzam. Naukę tworzą ludzie, wiec na pewno ich irracjonalizm ma swoje piętno także i w nauce, jednak nauka, sama w sobie, z mitem niewiele ma wspólnego.

LOGOS AMICUS: Muszę przyznać Iwona, że podoba mi się Twój komentarz. Jest wyjątkowo :) przejrzyście, jasno, składnie i konkretnie wyrażony. Dzięki niemu można dobrze zrozumieć Twój punkt widzenia – użyłaś mocnych i istotnych argumentów. Patrzymy jednak z odmiennej perspektywy. Ty – z pozycji stricte materialistycznej, biologistycznej. Ja natomiast się za materialistę nie uważam, tzn. nie sprowadzam wszystkich aspektów “człowieczeństwa” do biologii, fizjologii, mechanistycznego funkcjonowania ludzkiego organizmu. Zresztą, od myślenia stricte materialistycznego (a nawet empirycznego, opartego tylko na przesłankach kartezjańskich) już dawno się w epistemologii odeszło. Oświecenie też zaprowadziło człowieka w kilka ślepych uliczek (pułapek) – czyli bezgraniczne zawierzenie Rozumowi także mocno się skompromitowało (i jeśli dobrze się temu przyjrzymy, to możemy dojść do wniosku, że racjonalizm odegrał również niepoślednią rolę w tworzeniu systemów totalitarnych, ludobójczych). Zasadnicza różnica między naszymi stanowiskami polega na tym, że Ty uważasz, iż w sposób “naukowy” można wszystko wyjaśnić.
Ja tak nie uważam.
Uważam, że są granice, poza które nie może sięgnąć stworzona przez ludzką cywilizację nauka. A to wynika z mojego przekonania o ograniczoności ludzkiej percepcji, o ludzkiej niemożności objęcia tego wszystkiego “co jest” rozumem – Po prostu nie wierzę w to, że człowiek, dysponując dostępnymi sobie środkami i możliwościami, wszystko może poznać i zrozumieć. (Innymi słowy: uważam, iż są takie obszary, gdzie nauka nigdy nie będzie mogła dotrzeć, a tym samym umożliwić nam ich poznanie.)
Chciałbym Ci polecić (moim zdaniem znakomitą) książkę “Punkt zwrotny”, której autorem jest amerykański fizyk jądrowy Fritjof Capra. Rozprawia się on tam właśnie z naszym mitem naukowej, (ściśle “materialistycznej” i racjonalistycznej) wszechmocy.
I jeszcze coś: to, co jest rdzeniem kultury (w każdej cywilizacji) można właśnie poznać badające jej mity.

IWONA: Wydaje mi się, że to co piszesz wynika właśnie z “Po prostu nie wierzę/wierzę” – ja od wiary się odcinam. Albo się wie, albo nie wie – i to że się nie wie, też powinno się wiedzieć. Żeby się nie powtarzać, bo w zasadzie nic nowego bym nie wniosła – pozdrawiam serdecznie. Może jak będę miała więcej czasu od tych przyziemnych, i racjonalnych aspektów życia, to się porozglądam za filozoficznym podejściem neurobiologa. Bo aż się boję napisać, iż nie wierzę, że taki istnieje :)

LOGOS AMICUS: No dobrze, mówię po prostu: nie wiem ;)  Bo rzeczywiście ten, co nie wie i wie, że nie wie, wie więcej od tego, co wie i nie wie, że wie ;)

SARNA: Tak więc dotknęliśmy problemu mitu o micie. Jest rzeczą delikatnie mówiąc naganną, celowe fałszowanie historii, faktów. Ale z drugiej strony, zważywszy na naszą jakże ludzką naturę ze skłonnością do słabości, pychy, chęci panowania, jest to również zrozumiałe (choć nie dla wszystkich do przyjęcia i chwała im za to).
Natomiast mity rozumiane jako wierzenia, legendy, dzieje bogów i herosów są piękne. I choć zdajemy sobie sprawę, że są one tylko hipotetyczne lub zupełnie zmyślone, to się na nie nie obrażamy. Przecież wiemy, że ich istotą nie jest kłamstwo dla kłamstwa. Lubimy ten świat ułudy, tajemnicy, fantazji, czasami nadziei. W skrytości ducha każdy z nas kiedyś zamarzył o przeżyciu magicznej “godziny pąsowej róży”.
Życie bez mitów byłoby jak piękny, sztuczny kwiat bez zapachu, jak motyl nocny bez tęczy barw, jak przekłuty balon – bez wdzięku, bez tajemnicy, mniej fascynujące. To tak jakby nam przyszło całe życie przeżyć w inkubatorze. Unikniemy infekcji, będziemy żyli zdrowo, bez fizycznego cierpienia, tylko czy będzie to pełnia życia?

JERZY SZTAUDYNGER (in absentia):

“Niedowiarkom ręczę,
że jednak można
oprzeć się o tęczę”

.Pieter Bruegel (starszy) - Pejzaż z upadkiem Ikara

.

KARTKA Z PODRÓŻY: Bardzo pięknie pan zakończył rozważania – “Jestem skłonny widzieć ją (kreację mitu i jego mocy) jako wielką (często wspaniałą) siłę ludzkiej wyobraźni. Jest ona wyrazem naszego pragnienia zadomowienia się w świecie… jak również pomaga nam z tym światem się zmagać.” Trudno coś więcej dodać.
Z wiekiem, który często budzi lęk i samotność, zacząłem przywiązywać wagę do wzmocnienia się za pomocą wyobraźni czyli wyboru między innymi mitu dającego siłę w zmaganiach z rzeczywistością. Taki system wartości, wyobrażeń znalazłem i pozwoliło mi to zmienić życie. W końcu poczułem swoją wartość a to tylko dzięki dobremu wyborowi i próbom, które dzięki moim wyobrażeniom (mit) przeszedłem. Lżej mi znosić samotność – właściwie jest mi z nią dobrze – i znikła większość lęków. Mit mi po prostu pomógł w wymiarze egzystencjalnym.
Pozdrawiam

LOGOS AMICUS: Dziękuję za ten bardzo osobisty komentarz. Zdarza się przy tym okazja, by powitać Cię na moich “łamach”. O Twojej wędrówce po Europie (głównie po Hiszpanii) wiem, gdyż czytałem fragmenty Twoich wspomnień (czy też raczej relacji z podróży). PS. Tytułowanie mnie “panem” wydaje mi się tutaj zbyteczne :)

BEATRIX: “Jestem skłonny widzieć ją jako wielką (często wspaniałą) siłę ludzkiej wyobraźni. Jest ona wyrazem naszego pragnienia zadomowienia się w świecie… jak również pomaga nam z tym światem się zmagać.” Gdybyś mógł, Logosie, podaj przykłady mitów stanowiących o sile wyobraźni ludzkiej (bo mnie się zdaje, że jest dokładanie na odwrót i że mity wyobraźnię ograniczają) oraz mitu, który pozwala Ci się zmagać ze światem (bo mnie się zdaje, że mity prowadza w ślepą uliczkę niewiedzy oraz pozwalają tkwić w złudzeniach, co ze zmaganiem się, moim zdaniem, niewiele ma wspólnego). Może byłoby mi łatwiej zrozumieć Twój punkt widzenia, a chciałabym. Ukłony.

LOGOS AMICUS: A choćby “Iliada” i “Odyseja”, a choćby mity greckie… nie wspominając o mitologiach, które są udziałem dosłownie wszystkich kultur świata. Mity są również nieodłączną (a może i radykalną) częścią każdej religii, (o której przecież nie można powiedzieć, że nie pomaga ludziom zmagać się ze światem).
Nie wydaje mi się, że mity prowadzą w “ślepą uliczkę niewiedzy”. Często są jakby punktem wyjścia, a już na pewno uznać je można – w pewnym sensie – za punkty orientacyjne w “przestrzeni” ludzkich wartości, wyborów i zachowań (indywidualnych i społecznych). Zresztą, wydaje mi się, że zarówno w moim wpisie, jak i w powyższej dyskusji wykazałem dlaczego uważam mit za coś konstruktywnego i wręcz niezbędnego w procesach kulturotwórczych.
Wydaje mi się, że Ty bierzesz pod uwagę tylko jakiś jeden rodzaj mitów (może kojarzysz je bardziej ze stereotypem, przesądem, uprzedzeniem, “zakłamaniem”, fałszem, jakąś “zmyłką”… etc. – a może po prostu jesteś wrogo nastawiona do religii, i głównie ją masz na uwadze?). Ja natomiast namawiam do szerszego spojrzenia na mit. Zgodziłbym się, że tworzenie mitów często wynika z niewiedzy, a raczej z ludzkiej niemożności poznania wszystkiego “co jest” i ogarnięcia całości otaczającego nas świata – zrozumienia wszystkich jego aspektów (w tym i naszej w nim egzystencji). I tak, tak… mity często “pozwalają tkwić w złudzeniach” (zauważ jednak, że często tzw. “złudzenie” trudno odróżnić od nadziei, a ta nie ma już tak jednoznacznie pejoratywnego wydźwięku.)
Ja wyraźnie napisałem, że nie zawsze (i nie każdy) mit jest czymś konstruktywnym, pozytywnym, dobrym… Mógłbym przecież wymienić znacznie więcej negatywnych aspektów naszej ludzkiej skłonności do mitologizacji.
Zależy mi jednak na bardziej kompleksowym spojrzeniu na mit.

HIRUNDO: Logosie, Twoja wizja mitu jest bardzo szeroka i dryfuje ku współczesności. A czy my, dzisiejsi, dosyć się pochylamy nad mitami np. greckimi? Ich uniwersalna głębia jest niezmierzona i… zaskakująca (to nie jest takie oczywiste dla wielu). Wobec tego ogromnego potencjału ja nie odczuwam potrzeby posiadania mitów bliższych współczesności, które nie wiadomo, czy nie ulegną zdegradowaniu. A przecież tak się działo z wieloma.
MIT jest mocą samą w sobie i należy odkrywać jego pokłady. Z mozołem. Owidiuszowi zapewniło to nieśmiertelność.

JULA: Wiem, że kiedyś swój wpis poświęciłeś Stefanowi Chwinowi i jego „Dziennikowi dla dorosłych”. Oto kilka cytatów z tej książki:

U nas Różewicz niewiarę przedstawia jako bolesną ranę po „Bogu, który odszedł”. „Kto nie wierzy, na pewno cierpi z powodu niewiary” – przekonywał mnie niedawno ksiądz N.
I wiem, że choćbym nie wiem jak się starał, nigdy nie stanę się prawdziwym ateistą.
Żadnych szans. Po prostu nie jestem w stanie nie Wierzyc w Boga, Los czy Obecność , która w tajemniczy sposób kieruje światem. Rodzice i księża rozpalonym żelazem wypalili mi w mózgu ideę Stwórcy i ona w moim mózgu pozostanie do końca moich dni.
Ja mogę się z ludźmi spierać o to, jaki Bóg jest , ale nie to , czy jest.
(…)
Pochodzą ze starych rodzin niemieckich , w których „te sprawy” już w dziewiętnastym wieku załatwiono raz na zawsze.
A tu, w tych ludziach z Dusseldorfu, ateizm spokojny, naturalny, nieteoretyczny, nie wyrozumowany, łagodny, zwyczajny , nienapięty, niefrustrujący, wyssany z mlekiem matki. Żadna tam rana w sercu. Boga nie ma i tyle. …
Żadnego poczucia gorszości. Ich ateizm nie wyrósł z żadnej walki z bogiem, czy ludźmi wierzącymi w Boga. Oni po prostu nigdy w żadnego Boga nie wierzyli, więc nawet nie wiedza , co to znaczy wierzyć. . . Żadnego łaknienia Absolutu.
– Nie czujecie się ubożsi od wierzących? – pytam. – Nie, skądże – Czujemy się normalnie.
Najpierw człowiek żyje , potem umiera i koniec. Po śmierci nie ma nic. Cóż w tym zresztą strasznego? Z pewnością śmierć nie jest rzeczą przyjemna , ale tak już jest i tyle.
(…)

Ja miałam to szczęście, że dzięki moim rodzicom Kościół Katolicki nie zatruł moją duszę „błogosławioną trucizną wiary” … i bardzo im jestem za to wdzięczna. Natomiast w dzieciństwie namiętnie czytałam bajki, baśnie i książki dla dzieci, które sobie sama wybierałam z półek szkolnej i dzielnicowej biblioteki. I to nie wszystkie – ja wybierałam te łagodniejsze.
Każda religia to zbór legend, mitów, jakichś historii, opowiadań umiejętnie spisanych i ułożonych. Tak było i w starożytności i tak jest obecnie. Problem polega na tym, by ci którzy je tworzą umieli odpowiednio dopasowywać do otaczającej nas rzeczywistości, by z nią współgrały. Bo jeżeli nie będą dopasowane, to ludzie uciekną w inne „mity”. Bo jesteśmy dziećmi do końca naszych dni i uwielbiamy „bajki”.
Ja i moi znajomi nie potrzebujemy już takich rytuałów przy pogrzebie. Wystarczy piękny wiersz (wybrany za życia) i rozwianie popiołów w gronie samych bliskich bez zbędnych gapiów.

HIRUNDO: Głębokie i refleksyjne zakorzenienie w mitach nadało uniwersalną, potężną i niewyczerpaną siłę dziełom Homera, Ajschylosa, Eurypidesa, Sofoklesa… (z etc. raczej ostrożnie). Wydaje mi się, że tacy WIELCY jak Leonardo da Vinci czy Michał Anioł wybrali sztuki plastyczne, czując, że w słowach nie dorównają Mistrzom. Zastanówmy się, kto dorównał?
Ty Logosie masz przemyślany temat, pomóż mi proszę.
Bardzo cenię mity greckie (one tu najlepiej nadają się jako przykład, choć nie jedyne mają tę głębię, której poszukujemy jak ślepcy, po omacku). Camus, rozmyślając o mitach, odkrył inny aspekt “syzyfowej pracy”. Z tegoż motto dla Twoich zachęt do myślenia: “Po to są mity, by ożywiała je wyobraźnia”.
Logosie, czytając informacje o ateizmie Niemców, które zamieściła Jula, poczułam chłód na plecach. To bardzo ponura wizja, taka czcza “normalność”. W tym momencie na myśl mi przychodzi Bruno Bettelheim i Jego “Cudowne i pożyteczne – o znaczeniach i wartościach baśni”, i to, niestety, nie tych łagodniejszych. Tam zarysowują się zależności między istotnością baśni i mitu a nurkowaniem w barbarzyństwo (co Niemcom przecież się zdarzało). Czy to była manifestacja “normalności” wyniesionej z XIX w., czy bezbronności wobec mitu III Rzeszy. Bezbronności człowieka “bez-dusznego” (?)

LOGOS AMICUS: Niestety, akurat tutaj wizja pana Chwina (w cytatach powyżej) jest cokolwiek… literacka. On przedstawia “świat” ateistów jako taki wyidealizowany bezbożny “Eden”, a czegoś takiego przecież, tak naprawdę, nie ma. Tym samym kreuje Chwin mit, od którego też poczułem chłód (a taki “ziąb” czuję niemal zawsze, kiedy stykam się z ateistyczną czy też nihilistyczną propagandą). Mitem założycielskim III Rzeszy była ogłoszona w XIX wieku “śmierć Boga”, i uznanie człowieka (wraz z Naturą) za jedynego twórcę Wielkości (zwłaszcza w obrębie “nadludzkiej”, wspaniałej rasy aryjskiej i germańskiej kultury). W tym kontekście ów słynny napis na żołnierskich pasach “Gott mit Uns” był jedynie jakimś anachronizmem. Może to się nie mieści w głowie, ale nawet z tym swoim arsenałem staro-germańskiej mitologii, cała ta faszystowska machina była w swej istocie przeraźliwie… racjonalna.

HOKO: „Może to się nie mieści w głowie, ale nawet z tym swoim arsenałem staro-germańskiej mitologii, cała ta faszystowska machina była w swej istocie przeraźliwie… racjonalna”. A co niby racjonalnego było w antysemityzmie (który też przyczynił się do klęski Rzeszy, bo gdyby niemieccy naukowcy żydowskiego pochodzenia zostali, a nie wyemigrowali do Stanów, to prawdopodobnie właśnie Niemcy jako pierwsi skonstruowaliby bombę atomową)? Co racjonalnego było w słuchaniu czubka, jakim był Hitler, przez niemieckie społeczeństwo? Za tym wszystkim stały właśnie najprzeróżniejsze mity – ideologie, sprawnie dozowane przez faszystowską propagandę. A nawet w zakresie czysto instrumentalnym ten racjonalizm był pozorny, machina, raz poruszona, szła już potem na ślepo siłą bezwładu – była tak “racjonalna”, że w obliczu klęski kazała niszczyć własny naród. “Racjonalność” faszyzmu to nic więcej niż kolejny mit, slogan służący zaklinaniu poszarpanej i skomplikowanej rzeczywistości.

LOGOS AMICUS: Hoko, słuszne uwagi czynisz. Moim zdaniem to był jednak racjonalizm, tyle że specyficzny – (jak się okazało) idiotyczny i zbrodniczy – w swoim mechanizmie podporządkowany pewnej fanatycznej ideologii.
Np. wybór sposobu “ostatecznego rozwiązania” (obozy masowej zagłady) wynikał z racjonalizmu (wymogu poradzenia sobie praktycznego z problemem czysto technicznym eliminacji pewnej grupy społecznej) działania państwa (już) nowoczesnego. Oczy na to otwarł mi Zygmunt Bauman swoją książką “Zagłada i nowoczesność”.
Oczywiście, że zawsze na to patrzyłem jako na nazistowski obłęd… ale właśnie dla tego szaleństwa taka oto była (“racjonalna”) metoda. Długo by zresztą o tym pisać.
PS. Oczywiście, że Hitlera trudno nie uznać za paranoika, a mit, jakiego stał się on uosobieniem – za spiritus movens szaleństwa III Rzeszy i źródło poparcia ze strony praktycznie całego niemieckiego społeczeństwa. Ale zważ na to, że za jego rządów gospodarka niemiecka dokonała skoku, jaki na tamte czasy był bez precedensu (i uzyskano to stosując środki jak najbardziej racjonalne.)

TAMARYSZEK: Ależ temat!
Przeciwstawianie mitu prawdzie jest mylące. Miałoby sens tylko wówczas, gdyby prawdę ograniczyć do racjonalnego osądu a mit do mitomańskiej kreacji.
Trzeba podążać za światłem rozumu i raczej wystrzegać się mitów-stereotypów. Ale rzecz sięga głębiej (i tak to przedstawiasz). Mity karmią nam duszę – nie mamią, lecz odżywiają, są życiodajne.
Prawda (ta racjonalna) czasami ogłupia i zawęża horyzont. To jak blask, który zaciemnia (kto to powiedział?). Wpisuję te słowa jako przyczynek do całości, bo w dyskusję wejść nie umiem. Zbyt szeroki temat. Ująłeś go – jak zwykle – od początku zakładając ambiwalencję, niejednoznaczność. Możliwe, że aby zrobić w tej debacie krok naprzód, trzeba by mozolnie uściślać pojęcia.
Bardzo się zgadzam: “mit może wyzwalać, ale i zniewolić”. Jedno i drugie, czasem równocześnie. Swoją drogą – nie mam natury burzyciela mitów. Omijam te, z którymi mi nie po drodze. Nie niszczę.

Teraz myślę, że można to było odczytać dwojako, ale mnie uderzyło świadome łączenie mitu z własną egzystencją. Po prostu – jeśli mówić o micie, to najciekawiej ze środka własnego życia. Na podstawie własnego głodu i potrzeby mitu. Jednak słowa są zwodnicze – tu: nie mylić mitu z jakąś półprawdą, uproszczeniem itp. Właśnie wróciłam ze spotkania z Chwinem i Tomaszem Polakiem (dawniej: ks.Tomasz Węcławski) – jestem oszołomiona. Zbyt gęste, by tu streszczać, ale uderzyła mnie przestroga przed językiem religijnym, który nie wyrasta z konkretnego doświadczenia. Jakby wszelkiej nadziei trzeba było szukać TU, nie TAM. Bo gdy mówimy na poziomie uogólnień, to rozmijamy się z życiem.
Chyba trudno mi się wypowiedzieć… No, pozdrawiam. PS. Zainteresował mnie komentarz Kartki z podróży.

LOGOS AMICUS: No właśnie: ani prawdy nie można ograniczać do “racjonalnego osądu”, ani też mitu – do “mitomańskiej kreacji”.
Świetna uwaga!
PS. Bardzo byłbym ciekaw Twoich wrażeń ze spotkania z Chwinem. Podejrzewam, że atmosfera ostatnich tygodni (rozmowa miała miejsce wkrótce po katastrofie smoleńskiej – przyp. stb) nadała mu specyficznego charakteru i znacznej ostrości. Chwin ma raczej tendencję, by się z mitami rozprawiać, zwłaszcza na tym poziomie “konkretnego doświadczenia”, a nie oderwanych od rzeczywistego życia uogólnień. No i już widzę te jego “przestrogi przed językiem religijnym”, wygłaszane zwłaszcza u boku byłego księdza ;)

TAMARYSZEK: Logosie, nie wiem, czy znajdę sposób, by się tym podzielić. Czuję się zmotywowana, ale temat trudny i łatwo poprzekręcać czyjeś intencje. Krótko: temat spotkania – wobec zła. Chwin obracał na nice Dekalog, węsząc wszędzie niejednoznaczności i mówił z pozycji kogoś, kto pyta. Tomasz Polak (Węcławski – mnie on fascynuje od lat!) mówił intelektualnie, odważnie, pod prąd. Do niedawna autorytet katolickiej chrystologii, teraz: ktoś, kto mówi, że język religijny jest hipostazą, nadbudową – niekoniecznie wobec pierwowzoru (Jezus CHrystus) uczciwą. Gdy mówił o nicości przeszły mnie dreszcze. Spotkanie nagrywano, jak wytropię zapis, dam znak.

KARTKA Z PODRÓŻY: Witaj Tamaryszku. Można o mitach mówić z pozycji erudyty, naukowca, księdza, pisarza – z pozycji człowieka znającego mity, żonglującego mitami. No ale najistotniejsze jest doświadczenie. W komentarzu, który Cię zainteresował piszę właśnie o doświadczeniu. Myślę, że do przeczołgania się jakoś przez życie mit nie jest potrzebny. Proste umiejętności we współczesnej cywilizacji – na dokładkę dla naszej wygody nie skłaniającej do egzystencjalnej refleksji – wystarczają by przetrwać. No ale czasem człowiek czuje niedosyt, nudę, lęk, poczucie bezsensu życia. I wtedy sięga się po mit i jego metafizykę. A raczej wyłuskuje z siebie ukrytą głęboko potrzebę i wybiera coś dla siebie z tych obrazów, legend, baśni, które go otaczają albo śpią w nim czekając na rozbudzenie. Coś, co czyni jego życie sensowniejszym, bogatszym – co go satysfakcjonuje, wzmacnia, daje siłę i odwagę. No i doświadcza tego, jeśli swój wybór traktuje poważnie (odważnie). Jeśli nie czyni prób, jest po prostu mitomanem.
W moim pojęciu mit – czyli jakaś historia, w którą się wpasowujemy, przyjmujemy za swoją, identyfikujemy się z nią – tłumaczy życie i pozwala szukać swojej drogi. To jest piękne, bo to jest wolność. Mało – wolność w moim pojęciu samodzielnie kreowana. Często buntownicza, bo wbrew potęgom mitotwórczym – państwu, kościołowi, społecznościom czy obyczajom. No ale mitu trzeba doświadczyć, żyć zgodnie z jego logiką. Tylko wtedy nadaje on jakiś sens życiu. Piszesz, że w trakcie dyskusji przestrzegano przed “przed językiem religijnym, który nie wyrasta z konkretnego doświadczenia”. To mnie rozbawiło bo instytucja, która żyje z kontroli mitów, wyraźnie przestrzega przed samodzielnym wyborem mitów. Woli by ludzie mówili językiem religijnym nie doświadczając – jak mitomani. Albo doświadczając tylko pod ich kuratelą. W Hiszpanii spotykałem polskich katolików, którzy byli zagubieni na tych spieczonych słońcem polach bo nie mieli asysty kościelnej. Ich własna wolność czyli swoboda (możliwość) doświadczenia ich niepokoiła.

TAMARYSZEK: Karteczko, to jest bardzo ładnie powiedziane i ja umiem tylko (niczym Puchatek lub Prosiaczek) dodać: Yhmmm :)

KARTKA Z PODRÓŻY: Mam dystans do mitów klejących społeczność – właściwie głęboką nieufność. Dla mnie mit ma wartość tylko w sensie wzmocnienia jednostki, nadania sensu życiu. Mit ma dla mnie indywidualistyczny wymiar jak wiara w Boga poza wspólnotami wiernych – samotna. Mity scalające społeczność dramatycznie ujawniają się w momentach zagrożeń – dlatego to jest tak niepokojące współcześnie w Polsce. To jest chore, bo realnie, jak nigdy, jest mało zagrożeń.
Nie potrafię zrozumieć genezy poddawania się kolektywie wyznawanym mitom na dokładkę w dziedzinach tak trywialnych jak polityka.
Do polityki wystarcza znajomość zbiór reguł i odrobina talentu – jak do gotowania. Po co nadawać jej jakiś wzniosły wymiar? Chyba, że ludzie są bezradni wobec rzeczywistości i nie potrafiąc wybrać własnego systemu wartości i wyobrażeń (mit) – i poddają się kolektywnemu. Lęk pcha ich w niewolę mitów stadnych. Tylko dlaczego dzieje się to w spokojnych czasach w cywilizowanej Europie?

LOGOS AMICUS: Kartko, zważ, że dla człowieka, który “podłącza się” niejako do mitu “klejącego społeczność”, ten mit nabiera znaczenia indywidualnego, osobowego… staje się doświadczeniem wewnętrznym, czyli ma dla niego takie samo znaczenie, jak dla Ciebie Twój mit “prywatny” – umacnia nie tylko poczucie solidarności, wspólnoty, ale jednocześnie wzmacnia też i samą “jednostkę”, czyli kogoś, kto w tym procesie bierze udział. (Człowiek, jak by na to nie patrzeć, jest przede wszystkim stworzeniem stadnym.)
Ty patrzysz na to wszystko z pozycji outsidera, więc łatwo Ci jest zachować dystans do tych wszystkich “stadnych” zachowań. Jeśli jednak uzurpujesz sobie takie prawo (do kreowania własnego mitu, który Cię wzmacnia) to dlaczego odmawiać tego samego grupie, zbiorowości?
Trudny temat, prawda? Absolutnie zgadzam się z Tobą, że nie jest dobrze, kiedy mity zawłaszczają np. sferą polityki, również tej międzynarodowej (głównie pod postacią stereotypów, ksenofobii i uprzedzeń).
Ale czy ostatnio mieliśmy w kraju do czynienia bardziej z mitami, czy jednak z polityką i społecznymi tarciami?
Dzisiaj obejrzałem film TVP, (którego autorem jest m.in. red. Pospieszalski) pt. “Solidarni 2010″ . Są to nagrane rozmowy, jakie zebrano wśród tłumów zgromadzonych podczas żałoby po tragedii w Smoleńsku, na warszawskim Placu Piłsudskiego i Krakowskim Przedmieściu. Niestety, sposób doboru tych wypowiedzi jest według mnie… bardzo tendencyjny.
Ja tam (w tym filmie) nie widziałem żadnej żałoby (ani nawet doświadczenia religijnego), żadnego modlitewnego czy psychicznego skupienia, tylko jeden wielki (a na dodatek monotonny) monolog polityczny (oraz atak) – i to po jednej słusznej linii partyjnej (pro-pisowskiej).
Mocno obawiam się o ten polski “pluralizm”, szacunek dla obiektywizmu, otwarcie na świat i Europę, uznanie czyjejś odmienności i prawa do swobodnego głoszenia własnych poglądów. Ja tam się spotkałem nie tyle z kreacją mitu, co z “trywialnym” zwieraniem szeregów oraz tworzeniem i wzmacnianiem własnego politycznego frontu. )Nie wiem, może się mylę – ale to dopiero przyszłość pokaże.)

KARTKA Z PODRÓŻY: Trafnie wyczułeś, że mój opór wobec mitów scalających społeczność dotyczy Polski i jej “mitologicznych” podstaw. Szukanie indywidualnych wyobrażeń, egzystencjalnego systemu wartości poza tutejszym – narodowym czy społecznym – jest więc próbą oddzielenia się od niego, bo uważam, że mi szkodzi. Nie muszę w tym uczestniczyć, aby odczuwać elementarną solidarność czy wspólnotę z nimi. Ale nie potrzebuję ogrzewać się ich ciepłem czy zbijać się z nimi w masy gdy mnie trapi lęk. Lepiej uporać się z poczuciem lęku samemu, bo te masy i tak mi w niczym nie pomogą. Tak naprawdę nigdy nie były i nie są mi potrzebne do zachowania poczucia egzystencjalnego bezpieczeństwa. Wręcz przeciwnie – ich kolektywne, neurotyczne rozedrganie trapiło mnie przez lata. Chyba jestem renegatem, bo zawsze czułem się z nimi obco i napawali mnie lękiem w trakcie tych zborowych emocji scalających.
I nie odmawiam im prawa do klejenia swej społeczności mitami nawet jeśli stawia mnie to na pozycji, jak piszesz, outsidera. Właśnie ta pozycja pozwala mi w miarę spokojnie patrzeć na ich szaleństwo. Po prostu takiego dokonałem wyboru – dzięki temu nie tonę z nimi. Filmu nie oglądałem, ale o nim czytałem i myślę, że to nic nowego. Takie opinie wyłapuję na co dzień rozmawiając z ludźmi. Pospieszalski jest bezwzględny – to fanatyk nie mający hamulców, nie przestrzegający granic więc podał dawkę nienawiści w pigułce. To co się rozmywa na ulicach i dociera do uszu od czasu do czasu, Pospieszalski podał jako żrący ekstrakt. Ale dla tych – zgromadzonych na żałobie – ludzi to jest moim zdaniem właśnie tworzenie mitu – ten żrący ekstrakt jest na miarę ich wyobrażeń.
Z Twojej perspektywy to wygląda na trywialne zwieranie szeregów ale z ich perspektywy to klejenie z jakiś elementów, strzępów wizji świata, czyli mitu. Szukają swojej drogi. Dziś słuchałem historii o fladze z orłem z tego nieszczęsnego samolotu, którą podobno nieznany Rosjanin wygrzebał z głębokiego błota czystą i nienaruszoną. Po czym bojąc się swoich władz potajemnie przekazał naszym władzom. I przypomniała mi się historia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, której nie imały się żadne ciosy. Babcia mi o tym w dzieciństwie opowiadała i siedzi ta historia we mnie. Taką właśnie historię flagi ludziom podano odwołując się do religijno-narodowego mitu.
Masz rację, że to jest niebezpieczne, bo polityka dotyka w tej chwili bardzo intymnych ludzkich spraw – dociera do podświadomości nawet. Obawiam się też, że nad tym nikt już nie czuwa – że to się toczy żywiołowo.

LOGOS AMICUS: Bardzo dobrze rozumiem Twoją niechęć do “zbijania się w masy”, a zwłaszcza do podzielania jej zbiorowych mitów, nawet jeśli owe “masy” nazwiemy bardziej po ludzku społeczeństwem, albo też, socjotechnicznie – tłumem ;)
Także i ja sam, często miałem poczucie, że stoję gdzieś obok głównego nurtu, który porywał “masy”. Tak więc, jeśli użyłem określenia “outsider”, to nie miałem na myśli niczego pejoratywnego (bo to tak, jakbym nie rozumiał własnej postawy :) ) No a teraz?… zobaczymy co też ten “żywioł” przyniesie. Pewnie nic dobrego… jak to zwykle z żywiołami bywa (oby tylko jakiejś większej klęski nie było). Nie przeczę (świadczą zresztą o tym zarówno mój wpis, jak i wypowiedzi powyżej), że mam niejakie poważanie i zrozumienie dla tej ludzkiej potrzeby mitologizacyjnej (czy też podpierania się mitem), lecz nie pozbawione to jest jednak krytycyzmu. I muszę przyznać, że im bliżej współczesności, tym bardziej ten mój krytycyzm wzrasta. Może zaczynam uważać, że lepiej byłoby, aby pewien rodzaj mitów był już tylko jakąś pieśnią przeszłości?

HIRUNDO: Dzięki Państwa dyskusji pojęcie mitu nabiera dla mnie nowych właściwości – których dotąd nie byłam skłonna (lub zmuszona? – zachęcona?) rozważać. Temat nie jest mi obojętny, wręcz przeciwnie. Jednak dotąd mity interesowały mnie jako odwieczne źródło wiedzy o nas samych poprzez najodleglejszą przeszłość. Gdy rozważam moje poglądy pod wpływem argumentów, jakie się tu pojawiają, przychodzi mi na myśl, że żyjąc niemal od zawsze “odwrócona plecami” do narodowej wspólnoty, mam ogromny, egzystencjalny, lęk wobec naszych mitów wspólnotowych. Kartka z podróży z wielką wrażliwością refleksje o tym właśnie zwierzył. Odczuwam jedność z takimi poglądami.
Programów Jana Pospieszalskiego nie oglądam, a jeśli jednak się zdarzy, to niepokoją mnie one bardzo.
W obrębie naszej wspólnoty pojęcie outsider jest dla mnie pożądanym komplementem. Codziennie boleśnie odczuwam samotność w swojskim tłumie, ale bywa, że jest ona źródłem mojej wewnętrznej siły – jednak bywa. Ponieważ temat mitu w wyznaczonym przez Ciebie, Logosie, zakresie dopiero się dla mnie otwiera, chcę donieść, że natknęłam się na artykuł Zenona Waldemara Dudka “Cień” – o współczesnej niezbędności archetypu. Przypuszczam, że kilka dni temu nie zwróciłby on mojej uwagi tak wyraźnie.

JOLANTA: Nie podchodziłabym do mitów na zasadzie całkowitej negacji. Myślę, że jest różnica między mitem, który jest próbą wyrażenia archetypów kulturowych i społecznych – a one wydają się ponadczasowe – a stereotypem, schematem. Mit, tak jak zobrazował to choćby Camus w “Micie Syzyfa” czy Grudziński w opowiadaniu “Wieża” – czy też jak zostało to kapitalnie zilustrowane za pomocą metafory platońskiej jaskini, pozwala człowiekowi zrozumieć siebie, zastanowić się nad mechanizmami, jakie determinują egzystencję człowieka (doskonale dramatyzm i jednocześnie siłę człowieka pokazał Camus właśnie w “Micie Syzyfa”), życie społeczne i kulturę. Mity są nie tylko tworzywem kultury, lecz służą także do jej interpretacji. Sądzę, że w mitach (archetypach) drzemie ogromny potencjał, inspiracja – nie wyobrażam sobie świata bez funkcjonowania w nim mitów i bez ich ciągłości. Człowiek odarty z wrażliwości i myślenia mitycznego – mam takie wrażenie – straciłby coś ze swego człowieczeństwa. Tak jak zostało to pokazane w “Nowym wspaniałym świecie” Huxley’a.
Mity wyzwalają w człowieku zdolność do doświadczania przeżyć metafizycznych. Paradoksalnie, myślenie mityczne i wrażliwość na mity dają człowiekowi wolność – którą rozumiem jako zdolność do głębszej refleksji, świadomość, umiejętność zdystansowania się do tego, co materialne, ulotne, iluzoryczne. Przecież miłość też można potraktować jako mit. Przyjaźń też można potraktować jako mit. Czy moje życie bez tych mitów byłoby pełniejsze? Można przecież powiedzieć, że miłość to tylko chemia, że przyjaźń to tylko łańcuch reakcji pewnych procesów o charakterze chemicznym i społecznym. Nie identyfikowałabym z mitem stereotypu. Stereotyp zniewala. Upraszcza. Spłyca. Czyni z nas niewolników. Mity wymagają głębokiej refleksji, stereotyp zaś działa jak zatrzask, człowiek nieświadomy poddaje mu się automatycznie. Świetnie pokazał to Gombrowicz w “Ferdydurke”. Gombrowicz pojmował całą kulturę jako formę, która zniewala człowieka, unieszczęśliwia go, z której nie można się wyrwać, bo uwalniając się z jednej formy, automatycznie wpadamy w drugą formę.
Nie utożsamiam się do końca z Gombrowiczowską wizją człowieka jako tragicznej ofiary kultury i kultury jako siły destrukcyjnej, wobec której człowiek czuje się bezradny jak wobec najpotężniejszego żywiołu. Chyba nie jestem takim cynikiem jak on. Był mistrzem demaskatorem, wykpiwając zwłaszcza mitologię narodową, drwiąc z narodowych świętości i spuścizny romantycznej. Zastanawiam się, co powiedziałby, gdyby mógł obserwować to, co się działo podczas niedawnej żałoby.
Nie da się jednak zaprzeczyć, że mity są tworzywem kultury, niezależnie od tego, czy je tworzymy, czy poddajemy dekonstrukcji. Wydaje mi się, że gdyby człowiek całkowicie odrzucił zdolność do myślenia mitycznego, byłby outsiderem, żyłby w pustce, stałby się albo zwierzęciem, albo maszyną. Czy byłby szczęśliwszy? Ponoć świadomość czyni nas głupcami. Dlatego nie do końca identyfikuję się z poglądami Gombrowicza. Z drugiej strony umiejętność manipulowania masami poprzez operowanie myśleniem mitotwórczym jest – jak pokazuje historia – pułapką, w którą wpada ludzkość.

LOGOS AMICUS: Jolanto, warto było przeczytać Twój komentarz kilka razy. Bynajmniej nie dlatego, że taki on zawikłany ;), ale wręcz przeciwnie – moim zdaniem świetnie oddaje on pewne właściwości (zastosowania, role, rodzaje…) mitu. Podoba mi się również literacka forma tego komentarza – widać, że stworzona przez humanistę par excellence :)
Jaka jest zasadnicza różnica między stereotypem a mitem?
Otóż wydaje mi się, że mit jest wyrazem… pełnego wyobraźni mentalnego wysiłku, stereotyp zaś wprost przeciwnie: świadczy o umysłowym lenistwie i uległości wobec myślowych (tu: raczej jednak bezmyślnych) schematów.
Hirundo, nie sądzę, że w obrębie jakiejkolwiek wspólnoty pojęcie “outsider” byłoby pożądanym komplementem. Częściej wiązane jest to z jakimś ostracyzmem, wykluczeniem, niedopasowaniem… a to ma raczej wydźwięk pejoratywny.
Jeśli “codziennie boleśnie odczuwasz samotność w swojskim tłumie”, to jednak ten tłum nie jest dla ciebie swojski. (Tu rodzi się w mojej głowie coś w rodzaju aforyzmu: “zwłaszcza wśród swoich człowiek może się poczuć naprawdę nieswojo” :) I może jeszcze jedna uwaga: nie jest dobrze nie odczuwać z ludźmi jakiejkolwiek solidarności – i niekoniecznie musi być ona związana z mitem, (któremu jakaś zbiorowość ludzka się poddaje). PS. Ten artykuł, o którym wspominasz pisał Jungista, prawda? Ciekaw jestem, jak też on widzi owe “archetypy” współcześnie (czy aby nie są one kolejnym mitem?) Ciekawa sprawa, bo sam Jung rozdzielał pojęcia “mit” i “archetyp”, (choć chyba jednak nigdy nie zdołałem się do jego koncepcji  przekonać).

MAGAMARA: Logosie po przeczytaniu tej notki, chciałam zapytać przede wszystkim: jak rozumiesz mit? Dla mnie mit jest sposobem na opowiedzenie o złożoności świata, o naszych najgłębszych pragnieniach i lękach. Jest też sposobem na to, by zrozumieć albo po prostu przedstawić, czym jest los i jak w to uwikłany jest człowiek. Piszesz: “Jestem przekonany, że niekiedy warto zostawić mit w spokoju i go nie niszczyć…
Zwłaszcza jeśli nie ma się niczego, aby ten mit zastąpić.”
Czy masz na myśli rzeczywiście mit czy po prostu pewne wierzenie czy stereotyp?

LOGOS AMICUS: Jak rozumiem mit? Na pewno szerzej, niż jest to podawane w formie słownikowej, “wikipedialnej” :) Spróbuję ustalić tutaj taką moją prywatną definicję mitu, zastrzegając się, że nie ma ona pretensji do tego aby być definicją naukową, ani też uniwersalną. Tak więc według mnie mit jest pewną konstrukcją myślową, dzięki której człowiek (dysponując swoimi ograniczonymi możliwościami poznawczymi, doświadczalnymi, intelektualnymi…) próbuje zrozumieć (przedstawić, opisać) jaka jest jego rola w świecie, czym jest los, w który został on uwikłany.  Mit pozwala wyrazić nasze najgłębsze pragnienia, oswoić i zneutralizować lęk, nadać sens egzystencji w świecie, któremu rozum i racjonalizm nie jest w stanie sensu nadać. Mit próbuje też uprościć wielką złożoność świata, który nas otacza; umożliwia odnalezienie w nim jakichś punktów orientacyjnych – ustala pewne punkty odniesienia, jak również usiłuje “uwspólnić” nasze międzyludzkie doświadczenia egzystencjalne… Daje wskazówki jak mamy się zachować, co wybierać… Owiewa też poetycką aurą to, co bez tej otoczki mogłoby się nam wydać zbyt surową, krwistą tkanką nieludzkiej, bezwzględnej i ślepej Natury.
I jeszcze jedno: mit w zasadzie opiera się dychotomii “prawda – fałsz”, bo funkcjonuje na innym poziomie świadomości niż “zero-jedynkowe” metody weryfikacji.
Myślę, że ta definicja jest na tyle pojemna, że może objąć wszystkie te podstawowe pojęcia mitu.
“Jestem przekonany, że niekiedy warto zostawić mit w spokoju i go nie niszczyć… Zwłaszcza jeśli nie ma się niczego, aby ten mit zastąpić.” Pisząc to rzeczywiście miałem głównie na myśli wierzenia, a wyrażając się wprost: religię.
Stereotypów zaś bardzo nie lubię.

JOLANTA: Logosie, dziękuję za wyrozumiałość. Ależ namotałam. Temat jest tak rozległy, a nici myślowych tak wiele, że nie sposób ich wszystkich natychmiast ogarnąć i zsyntetyzować w spontanicznym komentarzu. Ale to, co chciałam wyrazić, świetnie ujęła magamara. Mogę też powołać się na wiersz Miłosza “Te korytarze” (odczytuję go jako poetycką definicję mitu), słowo poetyckie potrafi lepiej wyrazić to, co pomyśli moja głowa.

Czesław Miłosz, „Te korytarze”

Te korytarze, którymi idę przy blasku pochodni
Słysząc, jak woda kapie na strzaskane płyty.
W głąb, w głąb góry. W niszach popiersia przyjaciół.
Oczy ich marmurowe, tylko światło i cień
Kładą krótko na twarzach cierpki grymas życia.
Tak, coraz dalej, labiryntem w ciemne wnętrze,
Bez koboldów, z echem własnych kroków.
Aż u wejścia, które zamknięte głazem lawiny będzie zapomniane,
W jodłowym lesie nad spadającym z lodowca potokiem,
Łania urodzi cętkowanego jelonka i powietrze rozwinie
Swoje piękne liściaste spirale innym oczom, jak mnie kiedyś.
I odkryta będzie na nowo każda radość poranka,
Każdy smak jabłka zerwanego w wysokim sadzie.
Więc nie mogę być spokojny o to, co kochałem.
Ziemia poniesie akwedukty, amfory, świeczniki mosiężne.
A kiedy któregoś dnia psy goniące niedźwiedzia
Wpadną w skalną szczelinę i ludzie dalekich pokoleń
Odczytają na ścianach kanciaste nasze litery –
Zdziwią się, że z tego, co ich cieszyło, znaliśmy tak wiele,
Choć nasz daremny pałac znaczy już tak mało.

z tomu „GUCIO ZACZAROWANY” (1965)

GRZEŚ: Mam wrażenie, że źle jest jeśli mity są tylko jednostronne i że – tak ujmę to niezgrabnie – nie ma konkurencji między mitami. Wtedy może być groźnie, np. gdy świadomość społeczną zawłaszczą mity tylko nacjonalistyczne. (Choćby przykład nazistowskich Niemiec, gdzie mity i mitologia czy podbudowa ideologiczna były niesłychanie istotne). Mity mają swoją siłę, co jednocześnie może być pozytywne i negatywne.

LOGOS AMICUS: Tak, masz rację, Grzesiu – mity muszą się ze sobą “ścierać”. Podobnie jak “ściera” się z mitami rzeczywistość. Na dobre i na złe.

HIRUNDO: Mity rozważam w perspektywie Jolanty – świetny wywód – no właśnie, ale jednak wywód. Pojawia mi się myśl, że podchodzimy do mitu jako do “tworzywa”, z którego możemy tworzyć kulturę. Intuicyjnie czuję fałsz w takim podejściu – mit jest nieodrodny od sacrum. Z tej potrzeby i z tej pokory wyrasta. (Nie sądzę, by NASI pradziejowi przodkowie byli “twórcami” mitów, stąd mit nigdy nie jest lokowany wśród gatunków literackich, co oczywiste.)
Mity jawiły się w ludzkich głowach wraz z podnoszeniem do pozycji Homo sapiens, jako jedyna projekcja rozbudzającego się umysłu zderzonego z naprawdę groźnymi siłami przyrody, które były dane jako jedyne, nieodwołalne i bezalternatywne otoczenie. To wówczas człowiek stawiał sobie PYTANIA i z drżeniem starał się odpowiedzieć – odpowiadał w imieniu swoim, swojej kobiety i dzieci, rodu, plemienia. Nie przeczuł, biedaczysko, że także w naszym – zagubionych kontestatorów. I gdy w jego głowie jawił się Sprawca wszelkich naturalnych turbulencji (trzęsienia ziemi, potopy, gradobicia, burze, susze, pomór stad, śmierć bliskich) to przede wszystkim szukał sposobu, by tego Sprawcę sobie zjednać. Stąd rytuały i ofiary przebłagalne. I ta szczerość oddania się woli owego Wymyślonego, którego potocznie nazywamy Bogiem (właściwie za nas określono, my w to musimy wpasować nasze sceptyczne myślenie). Jako ci współcześni ludzie dociekający odłożyliśmy myślenie magiczne na najwyższe półki naszych przepastnych bibliotek i tam sobie bezużytecznie czeka, aż nasycimy się koncepcjami, kulturą, cywilizacją i… wreszcie zaczniemy zadawać pytanie “ale o CO chodzi?”. Odrzucając (z różnych powodów) SACRUM zogniskowane w religii (“bo nam ksiądz nie odpowiada”), w mitologii (“bo to jakieś stare baśnie” [bajka nie jest tym samym]), zaczynamy jednak lgnąć do takich miejsc jak Wizja Lokalna, by odnaleźć wspólnotę w bezradności odpowiadania na to proste pytanie “ale o CO naprawdę chodzi?”
Nie czuję takiej siły w sobie, by zacząć proces mitotwórczy od nowa, by wytyczać AZYMUT – zresztą gotowców moc (i nie mam na myśli wykluwania się mitu(?) zmarłego prezydenta). Proszę zauważ, Logosie, jak żarliwie buntowali się przeciw Bogu np. Mickiewicz w Improwizacji lub Kasprowicz w Hymnach. Skąd taka swada? Oni “kłócili” się ze znanym sobie Stwórcą – wyrośli w religii i doskonale znali katolicki mit – stąd ich merytoryczne argumenty. Oni bluźnili przeciw Bogu, a dziś większość jest w stanie jedynie bluzgać. To NAM doskwiera (ten niski poziom, zwany z dawna profanum) i dlatego myśli nasze krążą wokół mitów, gdy racjonalizm w przewadze ma moc dręczącą, a ukojenia nie zapewnia. “Na początku świata cała ziemia z wyjątkiem jednej małej wysepki była schowana pod powierzchnią wody. Na malutkiej wysepce żył jeden człowiek, jedna kaczka i jedno małe zwierzątko podobne do kuny. Człowiek żyjący na nikłym płachetku ziemi czuł się bardzo samotny. Polecił kaczce, by zbadała głębokość wody, kaczka jednak, zaledwie zanurzyła pióra, wypłynęła na powierzchnię. Wtedy małe zwierzątko odważnie ruszyło w głębiny, dotarło do dna i przyniosło w pyszczku trochę mułu. Nurkowało potem tyle razy, by powstał wielki obszar ziemi”, by ludzie mogli rozłożyć swoje laptopy i… :)

LOGOS AMICUS: Wydaje mi się, że mit jest nieodrodny od sacrum, ale tylko w kontekście religijnym. Lecz religia nie jest mitem. Ona się mitem posługuje – jest on niejako jej narzędziem. Czy mit jest kreowany świadomie? I tak i nie. Tak, bo trzeba go ubrać w jakąś formę, a to jest proces twórczy na poziomie świadomym. Nie, bo prawdziwy mit (tzn. taki, który nabiera wartości społecznej, kulturowej, historycznej… i staje się „żywy” wśród ludzi) odnosi się do tego, co przynależy nieświadomości zbiorowej (niekoniecznie tej, o jakiej mówił Jung.)
Słusznie też zwróciłaś uwagę na „odmitologizowywanie” naszej świadomości kulturowej, próbę rugowania mitu z życia społeczeństw, przez co jednak nasza kultura ulega pewnemu wyjałowieniu i jednak wulgaryzacji – o wygaszaniu tzw. uczuć metafizycznych nie wspominając. Ale ta racjonalizacja jest dość pozorna, bo robimy przy tym całą masę głupstw: niepohamowany i niezaspokojony konsumpcjonizm, kult pieniądza i zysku za wszelką cenę, instrumentalizacja człowieka, scientyzm…) To w sumie też są mity, tyle że właśnie płytkie, koniunkturalne, materialistyczne. Obawiam się, że nie jesteśmy już w stanie stworzyć takiego mitu, który miałby jakość i moc, jaką posiadały mity dawne, które konstytuowały całe kultury i cywilizacje.
Legenda o laptopie przednia ;)

greydot

DOPISEK PO LATACH: Tak sobie czytam teraz z ciekawością tę rozmowę i dochodzę do wniosku, że nic się w niej zdezaktualizowało – mimo, że prowadzona była w momencie dla Polski wyjątkowym, a mianowicie tuż po katastrofie smoleńskiej, co przydawało jej pewnej ostrości i szczególnego wyczulenia na rzeczy zakryte, niepewne, tylko przeczuwane… Jest w niej kilka moim zdaniem świetnych wypowiedzi – i bynajmniej nie mam tu na myśli swoich własnych komentarzy ;) Warto je przeczytać ze szczególna uwagą – nie tylko bowiem zawierają w sobie bardzo nośną i istotną treść, ale też i pod względem formy są wyjątkowe, sugestywne i napisane niezwykle zgrabną polszczyzną. Pod ich powierzchnią wyczuć można zaangażowanie nie tylko intelektualne, ale i emocjonalne rozmówców: okazało się że temat mitu nie jest obcy i obojętny ludziom myślącym i czującym – stąd choćby obszerność tej rozmowy. Mimo, że cała konwersacja była prowadzona bardziej na poziomie amatorskim, niż akademickim, to jednak jej wartość jest nie do przecenienia, bo daje świadectwo tego, jak mit pojmują i odbierają „zwykli”, ale zainteresowani kulturą ludzie. A jestem skłonny takie wypowiedzi uważać za bardziej cenne od tych, które cechuje hermetyczność, często niezrozumiała laikom  „naukowość” dyskursu akademickiego. Trudno też nie docenić faktu, iż tak wiele osób wzięło w niej udział, poświęcając sporo własnego czasu i uwagi, angażując się w wymianę myśli z innymi. Naprawdę szkoda byłoby, aby to wszystko zaginęło teraz w przepastnych czeluściach wirtualnej sieci – bez żadnego pożytku dla tych, którym sprawy, nie tylko naszej kultury, ale i świata, w którym żyjemy, nie są obojętne. To dlatego postanowiłem ten materiał wydobyć z uśpienia, ocalić od zapomnienie – zredagować i opublikować w nowej formie – mając przy tym nadzieję, że nie będzie to zabieg jałowy i znajdą się czytelnicy, którzy dostrzegą i docenią jego wartość – przede wszystkim dla siebie samych.

.

.

TYBET – KLASZTOR SAMJE

Mnisi modlą się w klasztorze Samje

*

1.

Tybet bez klasztorów nie byłby Tybetem. Dlatego też Chińczycy, okupując ten kraj od ponad pół wieku, zrównali z ziemią kilka tysięcy klasztorów i miejsc kultu. Religia, według słów Wielkiego Sternika Mao, była trucizną i nie mieściła się w komunistycznej wizji społecznego porządku opartego na materialistycznym dialektyzmie Marksa i Engelsa, w którym nie było miejsca dla tego „opium dla mas”.
Nie zauważono nawet, że jedno „opium” zamieniono na inne – tym razem utopijnej fantasmagorii powszechnej równości i dyktatury proletariatu, która stała się niczym innym, jak dyktaturą jednej partii, a konkretnie – dość małej grupy samozwańczych, opętanych ideologią, uzurpatorów. Ale to temat do innych rozważań. Wróćmy więc do klasztoru.

2.

Klasztor… Wobec klasztoru moje uczucia zawsze były ambiwalentne.
Z jednej strony bowiem pociągał mnie mistycyzm jaki emanuje z monastycznych cel i krużganków, pewna ekskluzywność związana z rozkwitającym niekiedy wśród klasztornych murów arystokratyzmem ducha; z drugiej zaś odstręczał swoją klaustrofobiczną atmosferą rezygnacji z prawdziwego, poddanego zmysłom i spontanicznego życia – zamknięciem się, odsunięciem i separacją od świeckiego świata zwykłych śmiertelników.
To właśnie w klasztornej celi rodzą się intrygujące skądinąd paradoksy: zamknięcie, o którym mówi się że jest zyskaniem wolności;  skrajny egotyzm, o którym mówi się, że jest ostatecznym zerwaniem z własnym ego (bo odrzuceniem samego siebie).
Lecz do klasztoru i mnichów dwoisty stosunek ma większość z nas. Bo przecież klękamy przed świętym Franciszkiem, szanujemy benedyktyńską cierpliwość, z uwagą potrafimy czytać Mertona, delektujemy się dobrociami wymyślonymi przez rozmyślnych braciszków, ale i naśmiewamy z karykaturalnego świata próżniactwa, opilstwa i obżarstwa (Monachomachia), a kiedy słyszymy, jak Ofelii mówi się, by szła do klasztoru, to potrafimy jej współczuć, bo wiemy jaki straszny jest to dla niej wyrok (choć dzięki niemu nie będzie musiała „płodzić grzeszników” – zamiast cielesnemu kochankowi, oddając się bezkrwistemu Bogu).

Wnętrze Samje: czy klasztorne mury stanowią granicę między sacrum a profanum? (Kliknij raz i kliknij ponownie by zobaczyć zdjęcie w pełnym rozmiarze)

3.

Jak by nie patrzeć na klasztor, zawsze jest to dla nas miejsce niezwykłe a przekraczając jego mury odnosimy wrażenie przekraczania jakiejś niewidocznej granicy sacrum i profanum, odgradzającej zwyczajny świat wypełniony prozą od świata mistycznego i pełnego tajemnic.
Na ile jednak jest to doświadczenie powierzchowne, a na ile głębokie – pozostaje sprawą indywidualną, zależną od konkretnego człowieka.
Wydaje się, że decydujące znaczenie ma w tym wszystkim nasze zaplecze kulturowe i stopień „uduchowienia” – religia w jakiej się wychowaliśmy, zdobyta przez nas wiedza i wyrobiony światopogląd, stosunek do poszczególnych kultur i religii, wiara w Boga, agnostycyzm lub ateizm…
Klasztor jest więc pewną wydzieloną z naszego (widzialnego i niewidzialnego) świata przestrzenią, w której szuka się  metafizycznego klucza, gdzie spełnia się rytuał ludzkiej tęsknoty za wyzwoleniem i transgresją – za obcowaniem i połączeniem się z czymś Wyższym, Absolutnym i Doskonałym.

4.

Nie ukrywam, że kiedy wyłoniła się przed nami możliwość zwiedzenia klasztoru Samje, ogarnęło mnie uczucie podekscytowania. To przecież jedno z najświętszych miejsc Tybetu – najstarszy buddyjski klasztor tej ziemi, będący jednym z najważniejszych ośrodków buddyzmu tybetańskiego od ponad tysiąca lat.
Wyjechaliśmy z Pemą – naszym tybetańskim przewodnikiem i tłumaczem – wcześnie rano z Tsetang. Czekała nas ponad godzinna przeprawa promem przez rozlewiska Tsangpo (Brahmaputry), a później jeszcze kilka kwadransów „tłuczenia się” mocno zużytym vanem po pełnej dołów i wertepów piaszczystej drodze, którą po bokach znaczyły liczne, ozdobione kolorowymi chorągiewkami, czorteny. Wreszcie poczułem się jak w „prawdziwym” Tybecie, wolnym od chińskiego, równego i gładkiego asfaltu lhasańskiej drogi, tudzież chińskich szyldów oraz miejskiego – komercyjnego i prozaicznego – zgiełku Tsetang. W głowie ciągle czułem lekki ucisk spowodowany niedoborem tlenu, myśli biegnące ku celowi naszej podróży, kurz drapiący w gardle, ale także znacznie przy tym wyostrzoną uwagę, która sprawiała, że otaczający nas górsko-pustynny pejzaż wydał mi się jeszcze bardziej odrealniony i nierzeczywisty…
Wkrótce z daleka wyłonił się wysoki mur otaczający klasztorny kompleks. Stanęliśmy pod ogromną bramą, nad którą powiewały ozdobione symbolem wieczności jurtowe płachty. Na złoconych gzymsach klasztornej pagody tańczyło tybetańskie słońce…
Byliśmy w miejscu, gdzie wielki Guru Rinpocze (Padmasambhava) pokonał przed wiekami lokalne demony i nakazał im służyć nowej mądrości przyniesionej przez wtajemniczonych z drugiej strony Himalajów. A była to oczywiście mądrość i droga samego Buddy Śakjamuniego.

Sacrum i decorum klasztoru Samje - estetyka i malowniczy wystrój w służbie mistyki i ezoteryki (kliknij raz a potem jeszcze raz by zobaczyć zdjęcie w pełnym rozmiarze)

5.

Mój pierwszy tybetański klasztor. Co czeka na mnie w jego wnętrzu?
Przy wejściu siedzą dwie kobiety z dziećmi. Z ciemności wychodzi mnich z kanką pełną herbaty – zapewne słonej i tłustej – ten smak jest mi już znany z drogi do Tsetang. Nalewa ją do naczyń, które podsuwają mu kobiety. Płyn może wydawać się wstrętny w smaku, ale jest za to pożywny, idealnie przystosowany do panujących tu warunków.
Wchodzimy na skąpany w słońcu klasztorny dziedziniec. W zacienionych krużgankach obracają się modlitewne bębny poruszane rękami przechodzących obok pielgrzymów. Widać, że ludzie ci przybyli z daleka – i  raczej z biednych rejonów kraju. Twarze pobrużdżone zmarszczkami, skóra spalona słońcem, brudne, splamione, wyświechtane ubranie… Jedni wydają się być nieobecni duchem, inni ciekawie wpatrują się w nasze białe (jeszcze) twarze. Przypomina to zderzenie się dwóch różnych światów, których punktem stycznym stają się na moment oczy – spojrzenie szukające w drugim człowieku kogoś podobnego do siebie samego, mimo że na pozór zupełnie innego.

Roztopione masło z jaka podtrzymuje wieczny ogień

Pema mówi, że mamy szczęście, bo właśnie dzisiaj wszyscy mnisi zbierają się w Utse, czyli w centralnej świątyni, by wspólnie odprawić modły – a zdarza się to (ponoć) tylko cztery razy w miesiącu. Rzeczywiście – z głębi klasztoru zaczynają dobiegać jakieś dziwne dźwięki. Coś jakby chóralne mruczenie, pohukiwanie i łkania wydawane bardzo niskimi męskimi głosami. Wychylam głowę zza ciężkiej kotary a przede mną wyłania się jeden z najbardziej niezwykłych widoków jaki dane mi było zobaczyć w życiu: dziesiątki ubranych w czerwone szaty mnichów, siedzących w pozycji lotosu i recytujących sutry z rozłożonych przed każdym z nich ksiąg. Co jakiś czas kilku z nich chwyta za przypominające surmy trąby i dmie w nie wydobywając z ich wnętrza jeden przejmujący ton; to znów w ruch idą pałeczki, gongi, oboje, dzwonki, talerze i bębny; chór wydobywa z siebie coraz donośniejsze głosy, a cały klasztor wydaje się wibrować od rozedrganych w powietrzu cząstek pobudzonych przez całą tę rozmodloną, rozśpiewaną i rozegraną gromadę ludzkich stworzeń, chcących przeniknąć tajemnicę sansary, bytu i wszechświata. Przypomniały mi się słowa lamy Govindy:  „Dźwięki [muzyki tybetańskiej] wydają się wyłaniać z otchłani ziemi czy głębi przestrzeni, a podobne dudnieniu grzmotu mantryczne głosy natury, swymi twórczymi drganiami symbolizują uniwersalne źródło wszechrzeczy”.

Pomieszczenie, w którym modlą się mnisi jest bardzo wysokie. Panuje w nim lekki mrok, lecz przez położone w górze wąskie okna wpada światło, które natrafiając na swojej drodze na dym z kadzidlanych mis, tworzy niesamowite smugi, wypełniające całą świątynię nieziemską zupełnie aurą. Migocze to tysiącami kolorów, bo ściany i ołtarze pokryte są gęstą plątaniną różnobarwnych tkanin, chust, szarf, chorągiewek, proporców…
Przyznam się, że nie spodziewałem się zastać w klasztorze takiej rozbuchanej orgii światła i dźwięków.
Nastawiam swojego Nikona na najwyższą czułość i robię zdjęcia z nadzieją, że utrwali się na nich choć odrobina tej niezwykłości.

Modły w Utse - głównej świątyni klasztoru Samje, miejscu modłów i zgromadzeń wszystkich mnichów.

6.

W klasztorze są tylko mnisi, pielgrzymi i my. Wszędzie czuć zapach palonego tłuszczu – ale nie jest to nieprzyjemna woń spalenizny, być może dlatego, że miesza się ze słodkawą wonią kadzidlanego dymu. W wielkich kadziach wypełnionych po brzegi stopionym masłem z jaka pływają małe, palące się znicze. Pomarańczowo-żółte płomyki rozświetlają twarze kobiet i mężczyzn dolewających łoju ze specjalnych, przypominających czajniki, naczyń. Przed jednym z ołtarzy stoi, niczym na straży wiecznego ognia, przystrojony w wielką, żółtą – przypominającą pióropusz-  czapą mnich, trzymając dzban pełen stopionego tłuszczu.

Pema szeptem mówi nam o tym, czego jesteśmy świadkami, pokazuje i nazywa spowite w kolorowe szaty złote posążki upamiętniające znaczące postacie z historii klasztoru (w ustronnej części świątyni zauważam posążki w akcie kopulacji – część religijnej tradycji buddyzmu tybetańskiego miała orgiastyczny charakter); w głównej świątyni Utse napotykamy olbrzymie posągi bóstw i demonów o budzących grozę obliczach, otoczone jednak całymi stosami kwiatów, (zapewne w podzięce za sprawowaną przez nich opiekę nad klasztorem i jego mieszkańcami). Wiele ścian pokrywają freski z wymalowanymi nań scenami ukazującymi dzieje tybetańskich joginów, wielkich myślicieli i władców – ikonografia przyprawiająca niewtajemniczonego profana i dyletanta o lekki zawrót głowy. Podobnie jak relikwie, których pełne są gabloty i szuflady jednej z komnat, bodajże sypialni Dalaj Lamy.

Młody buddyjski mnich z zakonu Żółtych Czapek dolewa roztopionego masła jaka do wiecznie płonących zniczy.

Klasztor pochodzi z drugiej połowy VIII wieku. Wiem, że w ciągu tego czasu kilkakrotnie był palony lub burzony – ostatnio, nie tak dawno, bo podczas chińskiego szaleństwa rewolucji tzw. „kulturalnej”, jakieś 40 lat temu. I za każdym razem go odbudowywano. Trudno mi jednak odróżnić starodawne autentyczne elementy, przedmioty i rekwizyty antyczne od tych nowych i zrekonstruowanych – wszystko wydaje się być pokryte wiekową patyną czasu, tkwić w tym miejscu „od zawsze”. Rzeczywiście jestem skłonny uwierzyć, że to właśnie te dziedzińce i krużganki, te pokoje i ich ściany, te a nie inne posągi Buddy i lamów były świadkami słynnej Wielkiej Dysputy jaka miała miejsce właśnie tutaj, w Samje, między wybitnym uczonym indyjskim Kamalasilem a wielce uczonym Chińczykiem He Szangiem wkrótce po założeniu klasztoru przez króla Trisonga Detsena. Był to pojedynek, który przyniósł zwycięstwo indyjskiej koncepcji buddyjskiej nad naukami buddyzmu w wydaniu chińskim, dzięki czemu praktyki tantryczne (zwane wadżrajaną) – zaszczepione tu przez nauczycieli z Indii i Kaszmiru – stały się z czasem esencją buddyzmu wyznawanego przez Tybetańczyków.

Główna budowla klasztorna ma trzy piętra, a każde wybudowane jest w innym architektonicznym stylu: wygląd pierwszego jest charakterystyczny dla Tybetu, drugie dla świątyni hinduskiej, natomiast trzecie to odwołanie się do wzorów architektury chińskiej. Niby przesyt i przesada ale cały ten eklektyczny kompleks tworzy jednak dość harmonijną całość.

Z najwyższego tarasu świątyni rozglądam się po okolicy. Stąd widać już doskonale cały klasztorny mur, który jest niczym innym jak obrzeżem gigantycznej mandali, na planie której zbudowane jest Samje (pierwowzorem był klasztor Odantapuri w indyjskim Bikharze); cztery bramy, odpowiadające czterem kardynalnym stronom świata oraz cztery olbrzymie stupy, psujące jednak swoimi odpustowymi kolorami spójny autentyzm całości. Za murem widzę ulice i domy przyklasztornej osady, w kilku miejscach dają się zauważyć chińskie dźwigi – nie jestem jednak pewien czy te place budowy to rekonstrukcja zabytków po ich barbarzyńskim zniszczeniu, czy też konstrukcja bardziej nowoczesnej infrastruktury, będąca niczym innym jak umacnianiem chińskiego porządku i administracji.
Jednak największą moją uwagę skupia majaczące w oddali wzgórze. W pierwszej chwili myślałem, że na jego zbocze wylał ktoś hektolitry różnokolorowej farby, jednak już za moment zrozumiałem co jest powodem owej tęczowej aparycji: oczywiście tysiące modlitewnych chorągiewek, które zanieśli tam i złożyli pobożni tybetańscy pielgrzymi, by wiatr rozesłał ich modlitwy nie tylko nad Doliną Jarlungu, ale i dalej – na całą Tybetańską Wyżynę i poza najwyższe góry świata, jako znak jedności i współczucia dla wszystkich żyjących istot.
Patrzyłem na Hepori – jedną ze świętych gór Tybetu.

7.

Rezygnując z posiłku w przyklasztornej stołówce, postanowiłem dotrzeć na szczyt Hepori. Pema, słysząc o moim pomyśle, odparł, że ma nadzieję, iż wiem co robię, bo tak wielki fizyczny wysiłek przed końcem wysokościowej aklimatyzacji, może się zakończyć… (tu się lekko żachnął)… wypluciem własnych płuc (tak jakby można było wypluć płuca cudze ;) )
Powiedziałem, żeby się nie martwił i żeby zachował dla mnie kawałek steka z jaka, który właśnie zaczęto nam przyrządzać w mnisiej garkuchni.
Chcąc dotrzeć w pobliże wzgórza musiałem przejść przez całą wioskę i odnaleźć drogę do początku ścieżki prowadzącej na szczyt. Nie było to trudne, bo osada miała właściwie jedną, liczącą niespełna pół kilometra ulicę, a na jej końcu zauważyłem coś, co instynktownie odebrałem jako drogowskaz. Był to dym unoszący się nad przypominającym mały czorten paleniskiem. Doglądała go ubrana w czerń kobieta, która na mój widok uśmiechnęła się i pokazała miejsce, gdzie zaczynał się szlak.
Byłem gotowy do wyplucia płuc.
Wybrałem jedną z wielu ścieżek. Biegła ona łagodnym grzbietem, obok wielkiej śnieżnobiałej stupy ze złotym szpicem, do której doczepiono całe mnóstwo kolorowych chorągiewek modlitewnych. Te zresztą były wszędzie i musiałem uważać, by po nich nie deptać, co, jak mi się wydawało, byłoby czymś niestosownym.

Mnich strażnik na szczycie Hepori - jednej ze świętych gór Tybetu (kliknij dwukrotnie by zobaczyć zdjęcie w pełnym wymiarze)

Niestety, łagodny grzbiet szybko się skończył a jego miejsce zajęło strome podejście, które uznałem za pierwsze poważniejsze wyzwanie na moim szlaku prowadzącym na szczyt Świętej Góry. I w tym momencie poczułem nagły przypływ mocy (no, no… proszę się nie śmiać – chodzi o siłę, którą często można poczuć w górach na dużej wysokości, kiedy nagle organizm przestawia się na inny poziom przemiany materii, doprodukowując sobie czerwone ciałka krwi, zdolne transportować większą ilość tlenowych drobin do spalania w mitochondriach i wyzwalania tym samym większej ilości energii… ekhm…)

Mantra Om Mani Pe Me Hum na głazach wzgórza Hepori

Szybko wychodziłem coraz wyżej i wyżej. Im bliżej było szczytu, tym więcej otaczało mnie głazów z wypisanymi na nich sylabami kanonicznej dla wszystkich buddystów mantry Om Mani Pe Me Hum („Pozdrowiony niech będzie klejnot w lotosie”). Góra wydawała się tonąć w morzu kolorowych szmatek – w prześwitach między zwisającymi chorągiewkami dostrzegłem wybudowaną na szczycie Hepori kapliczkę, a obok niej maleńką z tej odległości, ludzką sylwetkę. Kiedy podszedłem bliżej, zobaczyłem siedzącego na skale, ubranego w czerwone szaty człowieka. Czytał książkę, lecz jego twarzy nie mogłem dojrzeć – skrywała się za tanim chińskim (a ściślej: wyprodukowanym w Chinach) kapeluszem. Powiedziałem coś do niego na przywitanie – już nie pamiętam w jakim języku, bo wydało mi się to wówczas zupełnie obojętne. Na co on podniósł znad książki wzrok i wtedy mogłem zobaczyć jego piękne oczy. Do dzisiaj nie wiem, czy była to kobieta, czy też mężczyzna… ale jakież to może mieć teraz znaczenie – skoro żadnego znaczenia nie miało już wówczas?

Muszę się przyznać, że kiedy stanąłem na szczycie Hepori, odczułem coś w rodzaju euforii. Z jednej strony roztaczał się przede mną widok na całą Dolinę Jarlungu zwieńczoną w oddali ośnieżonymi górami; z drugiej zaś, w dole, widziałem jak na dłoni mandalę klasztoru Samje, skąd nie tak dawno wyruszyłem na zdobycie Świętej Góry. Czułem ją teraz mocno pod swoimi stopami a myśli zdawały się ulatywać z mojej głowy i szybować na wietrze wraz ze słowami zaklęcia i pozdrowienia dla wszystkich ludzi i całego świata: Om Mani Pe Me Hum, Om Mani Pe Me Hum…

*  *  *

Klasztor Samje widziany ze szczytu świętego wzgórza Hepori

*

PS. Tak sobie czytam teraz te zapiski z mojej wizyty w klasztorze Samje, (których zarys powstał jeszcze podczas mojej azjatyckiej podróży do Chin i Tybetu) i dopada mnie pewne zwątpienie: przecież nie oddają one nawet małej części tego, co przeżywałem odwiedzając to miejsce (dotyczy to również innych miejsc, które widziałem w Tybecie, o Chinach nie wspominając). Każda bowiem minuta na obcej i nieznanej ziemi dostarcza taką moc przeróżnych bodźców, wrażeń, impulsów, myśli, informacji i odczuć, że nie sposób ogarnąć ich wszystkich, a same słowa ukazują ledwie czubek lodowej góry, mogąc sprawdić wrażenie jakiegoś wybiórczego (z konieczności) i powierzchownego szkicu. Mam jednak nadzieję, że udało mi się przekazać choćby i to – mały wybór impresji, dotknięcie prawdy, niewielką lecz istotną cząstkę krainy, która na dobre rozgościła się ostatnio w mojej świadomości i pamięci.

*  *  *

 Zdjęcia z klasztoru Samje obejrzeć można TUTAJ – na stronie ŚWIATOWIDA.

Kolorowe i mistyczne wnętrze Samje - najstarszego buddyjskiego klasztoru w Tybecie

© ZDJĘCIA WŁASNE 

TAŃCZĄCY FILOZOF

Picasso, "La Danse des Faunes"

*

Radość tańca, cielesnej ekspresji…
Uczucie bliskie ekstazy, kiedy człowiek rozprasza nagromadzoną w nim energię i ma poczucie totalnej kontroli nad swoim ciałem.
Wszelkim egzystencjalnym lękom, melancholii i ciemnym filozofiom można przeciwstawić coś tak banalnego jak rockandrollowy szał, zwykły brake-dance czy też frenetyczną uciechę twista – ów moment, który znosi konieczność refleksji.
Jest tylko spazm radości, witalna werwa.
Ale to dreszcz i wesele nieznane żadnym Pascalom, Heglom, Kantom, Marksom, Heideggerom i Sartre’om.
Tam gdzie tryska życie, wystarczy pić go duszkiem.
Melancholia podsuwa nam tylko naparstek.

*  *  *

Zdania te napisałem ładnych parę lat temu i prawie o nich zapomniałem, kiedy oto nagle, sięgnąwszy po Nietzschego, natrafiłem na fragment, który mi je przypomniał: „Stracony niech będzie dla nas każdy dzień, w którym się bodaj raz nie zatańczyło”.
Te słowa z „Tako rzecze Zaratustra” mnie uderzyły, ale nie zdziwiły, bo przecież wiedziałem o gloryfikacji przez Nietzschego dionizyjskiego upojenia życiem.
Taniec boga świata Śiwy wykonuje sam Zaratustra, kiedy udaje mu się – jak pisze Rudiger Safranski w „Biografii myśli” filozofa – „przeniknąć tajemnicę gry jako podstawy bytu”.
Na krótko przed załamaniem, które przerwało (znane nam, dyskursywne) myślenie Nietzschego na zawsze (mimo że żył on jeszcze później przez 10 lat), kobieta, która wynajmowała mu pokój, słysząc śpiew profesora, tudzież inne dziwne dźwięki dobiegające zza ściany, zajrzała przez dziurkę od klucza i ujrzała, jak na środku pokoju… tańczy nagi Nietzsche.

*  *  *

Niedawno też, przez parę tygodni, towarzyszył mi także Pascal – poprzez swoje  „Myśli” i „Prowincjałki”, jak również dzięki biografii (znakomicie napisanej przez Jacquesa Attali).
Z jakże innej pozycji patrzył na świat (Kosmos i Boga) schorowany, wątły fizycznie i melancholijny do szpiku kości Błażej. Doprawdy trudno mi jest wyobrazić sobie tego filozofa w tanecznych pląsach.
Czy zagłębiając się w słowach i refleksjach Pascala odczuwałem coś w rodzaju wstydu za tę powyższą apoteozę (wydawać by się mogło przyziemnej) tanecznej euforii i gloryfikację élan vital? Chyba tak, ale problem pozostał: na ile charakter a nawet kondycja psycho-fizyczna filozofa wpływa na kreowany przez niego system? A jeśli dzieje się to w znacznym stopniu, to czy owo subiektywne „skażenie” nie znosi obiektywizmu tego systemu, indywidualizując go, a tym samym relatywizując? Ergo: czy możemy się na nim opierać w oderwaniu od biografii i cech osobowych jego twórcy?
Innymi słowy, czy np. ból zęba albo zwykłe zaparcie nie zmienia (czasem radykalnie) naszego oglądu świata i sądu o nim?
Oczywiście, że to co przed chwilą napisałem jest (celowo) trywialne. Lecz dotyka jednak czegoś istotnego i być może lepiej uświadamia nam kwestię niemożności oderwania się z myśleniem od naszego „tu i teraz”, od stanu w jakim znajduje się aktualnie nasz mózg i ciało. W tym kontekście przyjęcie jakiegokolwiek systemu stworzonego przez człowieka jako „jedynie prawdziwego”, niewątpliwego, ostatecznego… może się łączyć nie tylko z ludzką pychą ale i wydawać się śmieszne (w najlepszym zaś przypadku desperackie w obliczu zderzenia się z niemożnością poznania, którą człowiek zazwyczaj stara się przezwyciężyć imaginacją, mitem, wiarą…).

Zdaję sobie sprawę, że przeciwstawienie hedonistycznego impulsu bachanalii (z jednej strony) głębokiej refleksji o fundamentalnym znaczeniu egzystencjalnym (z drugiej) jest konfrontacją rzeczy niewspółmiernych, ale czy przez to usprawiedliwione jest ignorowanie owego impulsu i wrażenia chwili?
Dodajmy, że chodzi o chwile, o których przecież niekiedy mówi się, że stanowią najbardziej istotne momenty naszego życia („dla takich chwil warto żyć”).

Wyłania się przy tym również pytanie, czy powyższa opozycja nie jest aby zwykłym przeciwstawieniem optymizmu pesymizmowi? Wydaje się jednak, że nie, choć system Pascala uważa się za system na wskroś pesymistyczny.
Ale czy jedna (radosna) chwila może odpowiadać za przyjęcie (stworzenie) systemu na wskroś optymistycznego – tak jak jedna iluminacja (psychiczny wstrząs, osobista tragedia) potrafi zdeterminować światopogląd człowieka, który jej doświadczył?

Myśli Pascala są przejmujące, jego przenikliwość i wnikliwość miejscami porażająca. Podobnie sugestywność i mistrzostwo władania słowem. Jednak, kiedy czytam jego teksty, coś powstrzymuje mnie przed zupełnym zanurzeniem się w tym jego świecie – przed całkowitą akceptacją Pascalowej wizji. Może odpowiedzialny jest za to ów „metafizyczny skok”, jakiego dokonał filozof, rezygnując z racji (w tym i z logiki) podsuwanych mu przez jego genialny bez wątpienia umysł i poddając się radykalnie i  bezwarunkowo Pismu Św.  i Bogu… na dodatek tylko temu „jedynie prawdziwemu” Bogu chrześcijan?
A może również i to, że nie był on w stanie zabawić się z ludźmi na zwykłej wiejskiej zabawie, pobiesiadować z nimi przy dobrym winie i jadle, albo też z całego serca się uśmiać? ;)

*  *  *

JAK SIĘ WIDZĄ, TAK SIĘ MALUJĄ – AUTOPORTRET W MALARSTWIE

*

*

1.

Na ile nasza skóra jest zrośnięta z naszą tożsamością?
Kim byśmy się stali gdyby przeszczepiono nam twarz innego człowieka? (O ile dobrze sobie przypominam, podobnej operacji dokonano niedawno we Francji… lecz chodziło chyba tylko o nos i podbródek).

Nasze przywiązanie do zewnętrznej powłoki jest totalne. Wręcz utożsamiamy z nią całe nasze jestestwo. Stąd niewątpliwy szok jaki wywołałaby podobna transformacja, gdybyśmy nagle obudzili się z inną twarzą.
Czy możemy sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby ludzie mogli zmieniać twarze jak rękawiczki?
Jaki to miałoby wpływ na ich osobowość? Na międzyludzkie relacje?
Trudno byłoby uniknąć dezorientacji związanej z rozchwianiem się tożsamości, jakie niewątpliwie by to za sobą pociągnęło.

* * *
Bez wstrząsu możemy akceptować tylko te zmiany w naszej aparycji (sylwetka, twarz), do których przyzwyczajamy się stopniowo. Wtedy nasza psychika może nadążyć za zmieniającą się fizycznością ciała – mamy czas na przebudowanie naszej, sprzężonej niejako z wiekiem, tożsamości.
Wyobraźmy sobie jednak, że idziemy spać z obliczem 20-latka, a kiedy się budzimy następnego dnia rano, w lustrze widzimy twarz 80-letniego człowieka.
Powodem doświadczonego przez nas wówczas horrendum nie byłby stracony czas, a zmiana, jakiej uległoby nasze oblicze i ciało.
Całe nasze życie przygotowuje nas do tej przemiany. Każda zmarszczka na naszym czole ma swoje miejsce w harmonogramie naszego trwania i przemijania.

* * *
Twarz dziecka jest obietnicą, nadzieją, prawdą, szczerością, spontanicznością, zapowiedzią nowego życia… Dlatego wzbudza w nas przeważnie pozytywne uczucia – często czułość, a nawet radość. Nie ma jeszcze na niej znamion mijającego czasu. Zmiany bardziej przypominają rozkwitanie.

Twarz wieku dojrzałego jest chyba najbliższa temu naszemu kardynalnemu „Ja” – naszej pełnej tożsamości, istotności, w pełni ukształtowanej już osobowości. Z satysfakcją jeszcze spoglądamy w lustro – jesteśmy w pełni sił, świat ciągle należy do nas.

Starość patrzy już na siebie częściej z melancholią, lecz słabnięcie sił życiowych może rekompensować sobie własną mądrością, doświadczeniem, a jeśli ma się za sobą udane życie – poczuciem spełnienia.
Czas jednak dokonuje gwałtu na naszych ciałach – skóra wiotczeje, marszczy się, zanikają mięśnie, kości stają się kruche; ciało człowieka jakby rozpada się za życia – przychodzi niedołężność, drżenie, zmęczenie…

Kiedy byłem dzieckiem, stare twarze wydawały mi się brzydkie, patrzyłem na nie tak, jakby należały do ludzi innego rodzaju – z jakiegoś innego świata.
Teraz jednak widzę je inaczej. Bardzo często wydają mi się piękne, mimo zmarszczek i deformacji… Mam wrażenie, iż w tych twarzach jakby zwielokrotnia się człowieczeństwo, coś się intensyfikuje, dopełnia się ludzka kondycja.

* * *
Obserwuję dziwne i zastanawiające zjawisko: otacza mnie coraz więcej młodszych ode mnie ludzi ;)

* * *

2.

Witkacy - demoniczne spojrzenie metafizyczne?

*

Przeglądam właśnie galerię autoportretów malarzy bardziej lub mniej znanych, którzy na przestrzeni wieków utrwalali na płótnie obraz samego siebie.
Co za fascynujące bogactwo interpretacji własnego ego!

W tych wizerunkach nawet to, co na pierwszy rzut oka wydaje się być negacją, zyskuje jakąś wielką moc afirmacji.

Patrząc na te obrazy, przypomina mi się zdanie, jakie znajdujemy w jednej ze sztuk Szekspira: „Jesteśmy z takiej samej materii, z jakiej zbudowane są sny”. Wydawać by się zatem mogło, że nawet najbardziej realistyczny portret człowieka jest ledwie widmowym odbiciem prawdziwej osoby z krwi i kości.
Ale czymże są teraz nasze wyobrażenia o tym, jak wyglądali Da Vinci, Rembrandt, Rafael, Tycjan, Rubens… jak nie obrazem jaki utrwalili oni w swoich autoportretach?
Co bowiem zostało z ich cielesnej powłoki?

Oszołomić nas może różnorodność z jaką w malarstwie przedstawia się ludzką postać. Malarz, w chwili kiedy staje przy sztalugach, ma przed sobą nieskończone pole możliwości. Również wtedy, kiedy maluje samego siebie. Aż dziw bierze, że taka świadomość nie jest paraliżująca.
Wbrew obiegowej opinii o próżności artystów, większość z tych autoportretów przedstawia obraz dość brutalny – widzimy na nich człowieka z całą jego fizyczną przypadłością, często nawet podkreśloną.
Emfaza własnej ułomności…
Czym ją można tłumaczyć? Gorzkim buntem przeciw zamknięciu w klatce ciała, w którą nas wepchnięto? Melancholijnym jękiem wobec przemijania cielesnej urody? Manifestacją wewnętrznych demonów artysty?

* * *
Są również autoportrety pełne narcyzmu – bardziej lub mniej niewinnego. Wtedy ktoś się maluje tak, jak chce, aby go widzieli inni – co nie zawsze jest jednoznaczne z upiększaniem, czy też idealizowaniem samego siebie, choć najczęściej narcyz widzi siebie piękniejszego, niż jest w rzeczywistości.

Leonardo da Vinci

Piękne twarze nie potrzebują jednak autoafirmacji. Kiedy mamy do czynienia z rzeczywiście piękną fizis przeniesioną wiernie na płótno, nie czujemy w tym narcyzmu. Leonardo da Vinci naszkicował własną twarz kiedy był już starcem, ale nawet w takim wizerunku uderza nas szlachetność rysów, która nie wymaga żadnej idealizacji.

Albrecht Dürer  przedstawiał siebie jako dandysa (autoportret, który wisi teraz w Prado, jest jednym z najwspanialszych tego rodzaju płócien w dziejach europejskiego malarstwa). Choć niezwykle przystojny, podkreślał swoją urodę strojąc się w piórka modnisia. Ale stworzył też Dürer  autoportret wręcz szokujący: zakreślony czarnym tuszem akt, z którego bije nagi naturalizm z siłą, na jaką trzeba było czekać w europejskiej sztuce ponad 400 lat – aż do ostrych i brutalnych w swym drapieżnym ekshibicjonizmie aktów Egona Schiele. (Swoją drogą warto się zastanowić: dlaczego męskie genitalia wydaja się tak dramatyczne?)

* * *
Rembrandt namalował ponad 200 obrazów, na których rejestrował swoją zmieniającą się z wiekiem twarz – od pełnego obietnic młodzieńca, przez hedonistycznego bon vivanta, po sponiewieranego życiem starca. Wydaje się, że najważniejsza była dla niego prawda. Stąd ich wielki autentyzm.

Najbardziej rozpaczliwe podobizny samego siebie zostawił nam Vincent Van Gogh. Te jego niebiesko-zielone oblicza ze schwytanym weń koszmarem obłędu i cierpienia prześladują nas tym bardziej, że jest to malarstwo, które zrywa z całą swoją dotychczasową obrazkową tradycją.
Portrety Van Gogha przestają być malunkami, które po prostu kogoś (lub coś) przedstawia a są bardziej piętnem, jakie wyciska na płótnie żywa postać – czujący człowiek.

* * *
W naprawdę dobrym portrecie najważniejszy jest człowiek a nie estetyka. Sprawą drugorzędną są użyte środki – cały ten plastyczny sztafaż.
Bardziej niż styl, liczy się ludzka treść.

*  * *
Wydaje się, że nasze JA wyziera głównie z naszych oczu. To dlatego, chcąc ukryć czyjąś tożsamość na zdjęciu, zasłania się tej postaci oczy czarnym paskiem lub „rozmywa” w tym miejscu obraz.
Trudno doprawdy znaleźć autoportret, na którym nie byłyby widoczne oczy malarza. Note bene, zazwyczaj patrzą one na nas, przez co konfrontacja między patrzącym a oglądanym się potęguje. (Bowiem całe malarstwo jest, według mnie, jedną wielką konfrontacją między malarzem a odbiorcą.)

Autoportret zaś, to dodatkowo konfrontacja artysty z samym sobą.

* * *
A jednak moja twarz – to nie jestem JA. To, kim jestem, tak naprawdę skrywa się za moją twarzą, która jest dla mnie zaledwie środkiem…  zarówno ekspresji samego siebie, jak i porozumienia z Tobą.

Czy ktoś, tworząc autoportret, pragnie wyrazić siebie, czy też raczej chce z samym sobą się porozumieć? A może chce porozumieć się z nami?
Fakt, że w te relacje zamieszany jest jeszcze widz, czyli ktoś postronny, czyni z autoportretu coś niezwykle intensywnego i szczególnego.

* * *
Fenomen autoportretu polega jeszcze na czymś innym, a mianowicie na możliwości zdystansowania się do samego siebie.
Patrzcie: oto ja a jednak nie ja. Widzicie? Ja to wyrzuciłem z siebie!
Ile mnie jeszcze w tym zostało?
Możecie traktować tę podobiznę jak lalkę voodoo, ale i tak mnie nie dotkniecie!
Ja to sprawiłem – pozbyłem się obrazu samego siebie.
Czyż nie mam władzy nad samym sobą?

Albo: nie mogę się tego pozbyć. To „coś” – ten „ktoś” mną zawładnął. Jestem schwytany w takiej oto klatce – pułapce z ciała, życia, charakteru i okoliczności!
Cóż mnie może obchodzić to, czy się wam ona spodoba, czy też wyda się odrażająca!? A nawet jeśliby mnie obchodziło, to jakie to miałoby znaczenie?
Przeznaczenie jest jedno. Zmieniający się obraz nas samych.

Ecce Homo.

* * *

Albrecht Dürer

*

Rembrandt

*

Van Gogh

*

Egon Schiele

*

Élisabeth-Louise Vigée Le Brun

*

Jenny Saville

*

Jacek Malczewski

Ilustracje: U góry (pod tytułem) – fragment obwoluty książki „500 Self-Portraits” (wyboru obrazów dokonał Julian Bell) oraz, poniżej artykułu – pary autoportretów (kompliacja autorska) odnalezionych w zasobach internetowych i własnych.

 Kolekcję najsłynniejszych autoportretów w historii malarstwa obejrzeć można TUTAJ.

CUDOWNA PRZYGODA

 

* * *
Próbuję po swojemu demontować tę wielką machinę rzeczywistości, która mnie otacza; przejrzeć na wskroś ową gigantyczną konstrukcję, przyglądnąć się z bliska jej poszczególnym elementom…
A mimo to nie opuszcza mnie wrażenie, jakbym podglądał świat przez dziurkę od klucza.
I chyba tak powinno być, i chyba tak jest dobrze. Bowiem nie wiem czy zniósłbym ten widok, gdyby nagle drzwi otwarły się przede mną na oścież.

* * *
Czyż nie jest naszą największą mądrością – mądrością człowieka – właśnie świadomość własnej niewiedzy i zdolność do ciągłego poddawania w wątpliwość tego, co już „wiemy”?
Wydaje mi się, że tylko dzięki temu może istnieć postęp w ludzkiej kulturze – w naszym poznaniu i myśleniu…

* * *
Nie jesteśmy w stanie ogarnąć całego świata zewnętrznego.
Za pomocą naszych niedoskonałych i mocno ograniczonych receptorów (zmysłów, umysłów – dostępnych nam instrumentów poznania) tworzymy nasz mały, wyodrębniony po ludzku świat, bardziej lub mniej adekwatny do tego, co istnieje (niezależnie) poza nami. Stąd to nasze częste poczucie, że żyjemy w świecie iluzji, snu, marzenia – w szklanych cieplarniach, pod jakimś kloszem, w zamkach na piasku…
Ale cóż nam innego pozostaje?
Ktoś może powiedzieć: „Inaczej się nie da.”
Musimy więc – chcąc nie chcąc – przyjąć konwencję, wziąć udział w grze, posługiwać się tylko takimi narzędziami, które są nam dostępne – np. językiem, który stworzyliśmy… Inaczej się nie da.

Tak naprawdę niczego nie możemy być pewni. Jednak z taką świadomością życie jest niemożliwe – musimy więc uchwycić się czegoś. Stąd religia, normy, prawo, zasady, wartości, nadzieja, cała kultura wreszcie…
W dostępny nam sposób wypełniamy przestrzeń naszego świata – nie można bowiem żyć w próżni.

Kiedy więc – odrzucając choćby samobójstwo – decydujemy się na życie, to nie ma innej drogi, jak poddać się pewnym paradygmatom (które są częścią tworzonej przez nas kultury). Bez nich niczego byśmy się nie nauczyli, niczego nie pojęli, z nikim nie mogli się porozumieć… Istnienie naszego świata bez tych paradygmatów byłoby niemożliwe – tak jak np. mowa nie mogłaby istnieć bez języka.

Musimy budować nasz świat archetypów, mitów i symboli… próbując przy tym dotknąć tego świata zewnętrznego, zbliżyć się do innych ludzi, zrozumieć to, co możemy zrozumieć.
W przeciwnym razie będziemy mieli poczucie życia w próżni właśnie – w jakimś nadmuchanym balonie tymczasowej bytności, spowici oparami absurdu, nicości a może i rozpaczy.

* * *
Mimo wszystko uważam życie za cudowną przygodę, która nam się przydarza w tym niepojętym dla nas i nieodgadnionym Wszechświecie.
Na przekór wszechobecnemu cierpieniu i niepojętności.

* * *