MEFISTO I RIEFENSTAHL – ŻYWOTY RÓWNOLEGŁE?

Artyści na usługach zbrodniczego systemu. Czy można sztukę odseparować od polityki? (Kadr z filmu Istvána Szabó „Mefisto” – adaptacji powieści Klausa Manna pod tym samym tytułem.)

*  * *
Każdy człowiek ma swojego Mefista.
Wewnętrzny głos, który podszeptuje mu wybór Zła – najczęściej pod przybraniem Dobra. Choć niekoniecznie… bywa i tak, że ktoś, mając nawet świadomość tego, że zaprzedaje się Złu, wybiera to w zamian za korzyści, jakie dzięki temu mogą spłynąć na niego tu i teraz, czyli na scenie życia naszego powszedniego, w sztuce, do której główne wątki snuje zazwyczaj ktoś inny, a tło stanowią dekoracje epoki. Dzięki temu nawet statysta może czasem zagrać jedną z głównych ról. Ale nie może się wtedy łudzić, że zwolniony zostanie z cenzury, jaką jemu i całej tej tragi-farsie w jakiej bierze udział, wystawi zmieniający się czas i ludzie.
Dobro, Zło… i to pisane z dużej litery! Każdy szanujący się postmodernista może w tym momencie ziewnąć. I trudno się temu dziwić – tak zdewaluowały się wszystkie te nasze moralizatorskie ględzenia, które zwykle psu na buty się zdają, kiedy przychodzi do konfrontacji morałów-ideałów z konkretem sytuacji i okoliczności, czyli, mówiąc po prostu – z życiem.
Porzucając więc ową patetyczną retorykę i teatr, zajmijmy się dwoma przypadkami, które mimo pretensji do związku z  motywem faustowskim, ujawniają dość prozaiczną (by nie napisać pospolitą) ludzką skłonność do konformizmu i powiązanego z nim oportunizmu. Tyle że przybraną tu dla niepoznaki w artystowskie szatki, łudzącą się nobilitacją, jaką rzekomo daje przynależność do świata kultury i sztuki.

Mefisto i Leni – na ile podobni, na ile różni?

Dwa przypadki – dwoje ludzi. Dwie postaci, z których jedna jest fikcyjna, druga zaś jak najbardziej prawdziwa (choć ta fikcyjna zdaje się czasem być bardziej prawdziwą, a ta prawdziwa – fikcyjną). Chodzi o bohatera filmu Istvána Szabó „Mefisto” oraz o jedną z najsłynniejszych reżyserek kina XX wieku – Leni Riefenstahl. Oboje uznani zostali za tych, co zaprzedali duszę Diabłu (jakim niewątpliwie był niemiecki faszyzm), by zrobić karierę, mamiąc się przy tym, że nie jest to służba Lucyferowi, a Sztuce.
*  *  *
Bomba wybuchła kilka lat temu, kiedy okazało się, że Szabó, jeden z najbardziej uznanych reżyserów europejskich ostatnich lat, był w latach 50-tych agentem służb specjalnych węgierskiego komunistycznego reżimu Kadara (zachowało się blisko pól setki pisanych przez niego „raportów”, w których donosił on na swoich kolegów). W tym momencie wielu z admiratorów reżysera wróciło pamięcią do jego najsłynniejszego filmu „Mefisto”, adaptacji głośnej swego czasu powieści Klausa Manna, opartej na życiorysie autentycznej postaci, jaką był Gustav Gründgens, najbardziej prominentny aktor (i zarazem dyrektor Teatru Państwowego) nie tylko III Rzeszy, ale i powojennych Niemiec. (Nota bene, jego kreację Mefista z 1955 r. uważa się za najwybitniejszą w dziejach teatru.) Sława Gründgensa polegała również na tym, że był on dla wielu – głównie dzięki książce Manna – synonimem człowieka, który by dopiąć swych ambicji, poświęca własne sumienie, oddając się służbie zbrodniczego w swej istocie systemu.
W takim oto świetle obraz Istvána Szabó nabrał nowych odcieni i jeszcze głębszych tonów – okazało się, że rozterki Mefista mogły nie być obce także samemu jego twórcy.
Mimo, że film Szabó pamiętałem dość dobrze (dwadzieścia kilka lat temu zrobił on na mnie, jako na młodym jeszcze wówczas człowieku, ogromne wrażenie), parę dni temu obejrzałem go ponownie. Bodźcem do tego okazała się dla mnie dyskusja, jaka wywiązała się pod moim ostatnim wpisem „Winni czy niewinni”, gdzie rozważana była kwestia odpowiedzialności twórcy za swoje dzieło (w kontekście kolaboracji takich nietuzinkowych artystów, jak np. Ernst Jünger, Ezra Pound, Ferdinand Céline i Leni Riefenstahl z faszystami). Sporo miejsca poświęciliśmy tam zwłaszcza tej ostatniej.

Gustav Gründgens w jednej ze swoich szekspirowskich ról

Uderzyły mnie wówczas pewne analogie i porównania, a wszystko to spowodowało, że zacząłem zastanawiać się nad równoległością żywotów Leni i Mefista (a właściwie Hendrika Hoefgena, głównego bohatera filmu Szabó, wzorowanego na postaci Gründgensa) – nad tym, co ich łączyło, a co dzieliło, do czego dążyli, jak się samooszukiwali, na ile byli świadomi istoty i prawdziwego charakteru sił jakim zaczęli się wysługiwać. Dla mnie był to jeszcze jeden asumpt do nieustającego zainteresowania źródłami cywilizacyjnej katastrofy, jaką okazały się systemy totalitarne Europy XX wieku i spowodowane przezeń masowe ludobójstwa.
Aby więc tej komparatystyce Leni i Mefista podołać, przyjrzałem się także bliżej samej Riefenstahl, która zawsze mnie intrygowała, ale informacje o niej docierały do mnie zwykle „z drugiej ręki”, przefiltrowane już zazwyczaj przez sympatie (lub antypatie) tych, którzy o tej nader kontrowersyjnej postaci się wypowiadali.
Zależało mi zwłaszcza na spojrzeniu „świeżym” i „nieuprzedzonym” okiem na jej najsłynniejsze dzieło, jakim był „Triumf woli”, które dotychczas znałem jedynie z fragmentów i opinii niektórych krytyków kina. Tak oto doszło do tego, że zapoznałem się nie tylko z kompletnym „Triumfem woli”, ale i z pozostałymi filmami dokumentalnymi Leni, (których nota bene zbyt wiele nie ma, raptem… 4 lub 5), jak również z ponad 3-godzinnym filmem dokumentalnym poświęcony reżyserce („The Wonderful, Horrible Life of Leni Riefenstahl”). Przejrzałem także inne materiały na jej temat, m.in. głośny esej Susan Sontag pt. „The Fascinating Fascism” opublikowany przed wieloma już laty w „The New York Review of Books”.
I cóż się okazało? Otóż choćby to, że moje dotychczasowe wyobrażenia na ten temat muszę poddać dość ostrej rewizji: bowiem obraz Leni Riefenstahl, jaki się z tego wszystkiego wyłonił, dość mocno z nimi kolidował.
*   *   *
Jaka cecha łącząca obie te postaci uderzyła mnie najbardziej?
Bez wątpienia niepohamowana ambicja, która u obojga z nich nabrała znamion obsesji, dzięki której zaczęli oni tracić kontakt z rzeczywistością. Oboje bowiem poddali się iluzji – z jednej strony okłamując samych siebie, że tak naprawdę służą sztuce i pięknu; z drugiej zaś – że to co dzieje się wokół za sprawą ich panów i sponsorów, tak naprawdę nie dotyczy ich samych.
Co zaś różniło?
Nazwałbym to… strukturą charakteru: Leni sprawiała wrażenie monolitu, Hendrik pełen był rys i pęknięć (w pierwszej chwili pomyślałem, że w porównaniu z Leni był po prostu człowiekiem słabym, ale to nieprawda: oboje byli ludźmi o silnej osobowości, być może właśnie za sprawą obsesji, której ulegli).
Co jednak najmocniej mnie uderzyło?
To, że – wbrew moim dotychczasowym skłonnościom – Hendrik wydał mi się postacią bardziej ludzką, powiedziałbym nawet – choć pewnie zabrzmi to dwuznacznie – sympatyczną, w przeciwieństwie do Leni, która jednak wszelką moją sympatię utraciła. Zdałem sobie sprawę, że właściwie podziw, jaki dla niej do tej pory miałem, był odbiciem podziwu, jaki dość bezmyślnie powielany jest w setkach publikacji na jej temat.

Leni Riefenstahl – dla Hitlera była ideałem aryjskiej kobiety

*
Trochę mi jest za to wstyd, bo nagle dotarło do mnie, że to, co było źródłem tego podziwu, ma zdecydowanie atawistyczny charakter: Leni to uosobienie heroicznej superwoman, pięknej, silnej, zdrowej, mitycznej samicy – archetypu, do którego podświadomie lgnie… nie tylko wielu mężczyzn, ale i kobiet. (Teraz widzę, że dokładnie to samo było źródłem atrakcji, jaką do Leni odczuwał Hitler, która była w jego oczach uosobieniem aryjskiego ideału kobiety.)
Jednak co w tym wszystkim okazało się być najważniejsze?
Otóż uświadomiłem sobie z całą oczywistością to, że nazwanie Leni Riefenstahl „największą dokumentalistkę w dziejach kina” jest nie tyle kolosalnym nieporozumieniem, co skandalem. Jeśli już uznać „Triumf woli” za arcydzieło (a powtarzają to wszyscy jak papugi), to jest to arcydzieło pustoty i nikczemności (innymi słowy: trudno w historii kina znaleźć dzieło równie bezrefleksyjne i haniebne).
*  *  *
Pamiętajmy, że Mefisto w przypowieści o doktorze Fauście był nie tyle samym diabłem wcielonym, co posłannikiem Piekieł, a konkretnie, jego szefa – Lucyfera. To Faust zaprzedawał duszę diabłu w zamian za władzę, wiedzę i przyjemności życia.
Biorąc to pod uwagę, Faustem bardziej była Leni, a nie Hendrik. Z tym, że zdobyła ona dzięki paktowi z Lucyferem (Hitlerem) władzę i przyjemności (środki zabezpieczające jej egzystencję i oddanie swojej sztuce) – ale raczej nie wiedzę, a tym bardziej mądrość. Hendrik na zawsze pozostał „pośrodku” – rozdarty między udręką a ekstazą, między poczuciem mocy a zupełną bezsiłą, spełniony i niespełniony zarazem. Dzięki temu jest postacią bardziej złożoną, głębszą i pełniejszą, niż Leni; bardziej też tragiczną, choć – w rzeczywistości – to tej ostatniej podwinęła się noga, a  nie Hendrikowi -Gründgensowi.
Hendrik Hoefgen zostaje Mefistem jakby na ironię – rozdarty, niepewny i rozedrgany; Leni jest silna i skupiona, ale nazbyt zamknięta w swojej obsesji, by stać się świadomą wysłanniczką (posłanką, rzeczniczką) hitlerowskiego piekła.

Gigantomania i patos – dwie zasadnicze cechy faszystowskiej estetyki (Leni pod germańskim orłem)

Kto był większym artystą?
Należy przyznać, że oboje sprawiali wrażenie, iż całym swoim jestestwem oddają się sztuce, ale dla mnie większym artystą był Hendrik. Riefenstahl była wielka swoją pasją, wytrwałością, pracowitością i silną wolą, tyle że ostateczny, artystyczny efekt jej pracy został pochłonięty przez potwora ideologii, legł w cieniu propagandy i partii, której tak spektakularnie uległa. Riefenstahl została porwana przez ducha (a raczej upiora) czasu, natomiast prawdziwy geniusz temu nie ulega – on raczej tego ducha czasu kreuje. Bardziej już niezależny pod tym względem był Hendrik – jego szekspirowskie aspiracje i osiągnięcia miały bardziej uniwersalny charakter, nie poddając się bankructwu i doraźności swojej epoki.
*  *  *
Niestety (a może jednak „stety”?) nie byłem świadkiem osiągnięć, sztuki i artyzmu Gustava Gründgensa. W filmie Szabó mogę podziwiać kunszt i fantastyczną kreację Klausa Marii Brandauera – a za jego pośrednictwem mistrzostwo ekranowego Mefista, ale koniec końców wszystko to jest gra i fikcja – nie wiadomo w jakim stopniu odzwierciedlająca talent pierwowzoru, którym był Gründgens. Natomiast efekt Pracy Leni Riefenstahl widoczny jest wszem i wobec, rzec można – czarno na białym.
Zasiadłem więc przed ekranem monitora, otworzyłem plik z „Triumfem woli”, kliknąłem „Play” i co zobaczyłem?
Coś niesłychanie interesującego, tyle że… interesującego inaczej.

„Triumf woli” to bardziej kreacja hitlerowskiego mitu niż dokument

*
Przede wszystkim to, że „Triumf woli” wcale – w swojej najgłębszej istocie – dokumentem nie jest. Jest on natomiast potężną i niesłychanie efektywną kreacją fikcji, której dominującą siłą napędową jest mit Mesjasza i Wybawcy, jakim już wówczas jawił się Leni Riefenstahl Hitler.
W tym świetle twierdzenie, że Riefenstahl tylko „dokumentowała” pewien historyczny moment, jest totalnym nieporozumieniem. Ona była jedną z najbardziej efektywnych kreatorek tego momentu (w tym konkretnym przypadku – do spółki z architektem III Rzeszy, Speerem, któremu cały ten bombastyczny teatr zjazdu nazistów w Norymberce pomogła zainscenizować i wyreżyserować).
„Triumf woli” jest dokumentem o tyle, że rejestruje (w sensie fizycznym) fakty, które w rzeczywistości miały miejsce. Np. przemówienia nazistowskich prominentów, militaryzm (i para-militaryzm) ruchu narodowych socjalistów, konkretnych ludzi i konkretne sceny historii… – i właśnie w tym sensie film jest czymś niesłychanie interesującym.
A co z samą estetyką obrazu? (Tutaj należy zwrócić uwagę, że właśnie za ów – domniemany lub prawdziwy – „artyzm” obwołano Riefenstahl geniuszem kina.)
Nie wątpię, że obrazy „wygenerowane” przez Riefenstahl mogą – nawet i dzisiaj – robić kolosalne wrażenie. Ich hipnotyczny wręcz potencjał jest niezaprzeczalny. Także od strony technicznej (i innowacyjnej) film jest niewątpliwym majstersztykiem. Wszystkie te elementy decydują o tym, że Riefenstahl uznano za „wielką” artystkę.
Tylko czy dzieło sztuki można rozważać w jego oderwaniu od treści? Czy można się zachwycać formą ignorując jej (myślową, aksjologiczną, ideową, intencjonalną) zawartość? Czy ten zachwyt nad czystą estetyką nie powoduje tego, że dzieło sztuki staje się czymś… nieludzkim? Czyli: czy można tak – bezkarnie i bez konsekwencji – zastąpić etykę estetyką?
Ale… nawet jeśli spojrzymy na ten film od strony czysto estetycznej (tzn. weźmiemy pod uwagę jego „artyzm”), to przecież nie może to zwolnić go od ewentualnych zarzutów.
A moje są następujące: obsesyjna repetycja (powielanie) tych samych elementów, dłużące się ujęcia, sztuczność, teatralność, manipulacja, czy wreszcie… nieznośny patos tego wszystkiego, gigantomania na niespotykaną dotychczas skalę, poddanie się topornej (przecież), megalomańskiej i przesiąkniętej ideologią estetyce, która stała się znakiem firmowym faszystowskiej sztuki.
Czy zachwycając się „Triumfem woli” nie zachwycamy się aby przypadkiem tym samym, czym zachwycili się naziści?
*  *  *

Fascynacja Führerem zaczęła się dla Riefenstahl od zachwytu nad „Mein Kampf”

To, że Leni Riefenstahl jest osobą z krwi i kości, która uwikłała się w fascynację dla sił, jakie w końcu położyły trupem dziesiątki milionów ludzi i obróciły w perzynę pół Europy, przysłania nieco drugiego „bohatera” naszych rozważań – Mefista-Gründgensa. Zostawmy go więc w tym cieniu i zwróćmy jeszcze uwagę na jedną, nieuniknioną przy tym temacie kwestię „winy” tej artystki.
Ona sama, konsekwentnie, do końca swojego długiego (bo ponad 100-letniego) życia, wypierała się zdecydowanie jakiejkolwiek winy („Za co mnie można winić?” „Co ja takiego zrobiłam?” „Ja się oddałam tylko sztuce”. „Przecież należy oddzielać politykę od sztuki!”… takie i podobne stwierdzenia po stokroć wychodziły z jej ust.
Kiedy teraz oglądałem materiały związane z Leni Riefenstahl, przytłoczyły mnie jej kłamstwa. Kłamała, kłamała, ciągle kłamała… i to w najbardziej istotnych kwestiach. Zacierała ślady, wypierała się, grała komedię zupełnej ignorantki… mało tego – sama zrobiła z siebie ofiarę przeszłości.
Kłamała, że nigdy nie zrobiła filmu gloryfikującego Wehrmacht (dopóki nie odnaleziono go 30 lat po wojnie). Kłamała, że Goebbels jej nienawidził i że bez przerwy rzucał jej kłody pod nogi. Kłamała, że nic nie wiedziała o obozach koncentracyjnych. Kłamała, że dystansowała się do faszystowskiej ideologii i że nic nie miała z nią nic wspólnego (a to właśnie jej zachwyt nad „Mein Kampf” Hitlera spowodował, że napisała do niego list i zaoferowała mu swoje usługi). Kłamała, że nie „używała” do realizacji jednego ze swoich filmów Cyganów, „wypożyczonych” z obozu, gdzie czekali na transport do Auschwitz. Tę litanię kłamstw można ciągnąć dalej, tak jak i dowody, które te jej kłamstwa demaskują, tyle że nie chcę, aby ten tekst upodobnił się do jakiegoś (sądowego) aktu oskarżenia.
Gwoli ścisłości, należy tu, tak á propos dodać, że sąd jaki odbył się po wojnie nad Riefenstahl „oczyścił” ją z zarzutów „aktywnego” wspierania nazistów, uznając ją zaledwie za „sympatyzującą” z reżimem. (Jednakże jeszcze wtedy nie wiedziano o wielu faktach, które dopiero ujrzały światło dzienne wiele lat później, kiedy to otwarto radzieckie archiwa.)

Wrzesień 1939 r. Umundurowana i uzbrojona Leni wyrusza na front by za pomocą kamery dokumentować początki aryjskiego podboju świata

Teraz, kiedy wiem o Leni Riefenstahl nieporównanie więcej, niż dotychczas, zdumiewa mnie, ale także – nie będę tego krył – do pewnego stopnia oburza i niepokoi jej renesans jako „wielkiej artystki kina”, „najlepszej dokumentalistki wszechczasów” – co jest efektem nie tylko procesu wybielania tej kobiety i „przebaczania”, ale i zwykłej bezmyślności, tudzież zbiorowej amnezji.
Leni Riefenstahl chciała najwidoczniej, byśmy uwierzyli w jej ignorancję i polityczną „ślepotę”. Jednym słowem – robiła z siebie (przepraszam za ten kolokwializm) idiotkę. Wszak wszystko wskazuje na to, że idiotką jednak nie była. Była natomiast wyrachowaną, pochłoniętą przez ambicję i „artystyczną” obsesję, nieprzeciętnie utalentowaną indywidualistką, pełną wigoru i życiowej energii piękną (jeśli chodzi o aparycję) kobietą, która zatraciła zwykły, ludzki zmysł humanistycznej przyzwoitości. Bez wątpienia uległa zafascynowaniu totalitarną ideologią, której pozostawała tak naprawdę wierna aż do momentu, kiedy klęska Hitlera stała się nieunikniona, czyli właściwie do samego końca wojny.
Nie przekonują mnie zupełnie argumenty, że wówczas, kiedy kręciła swoje słynne dokumenty w hitlerowskich Niemczech, nie wiedziano jeszcze o tym, co przyniosą rządy nazistów. Doprawdy!?
„Triumf woli” Riefenstahl realizowała dosłownie w kilka miesięcy po „Nocy długich noży”, kiedy to Hitler i jego partyjni poplecznicy zamordowali kilkaset swoich – domniemanych i rzeczywistych – „przeciwników” (na czele z głównym rywalem Hitlera, Röhmem). Tylko głuchy, ślepy i pozbawiony przytomności człowiek mógł tego nie wiedzieć. Riefenstahl wiedziała o tym doskonale, co nie przeszkodziło jej wcale z mordercy i kryminalisty (jakim de facto był już wówczas Hitler), zrobić heroicznego pół-boga, Wyzwoliciela i Zbawcę najlepszego (i najczystszego rasowo) narodu na świecie.
*  *  *


*

RASKOLNIKOW TO JA

Na ile bohaterowie literaccy mogą być utożsamiani z autorem, który tę literaturę tworzy? Oto pytanie, które mnie czasami nurtuje. Jest oczywiste, że oświadczenia Flauberta, iż sam jest panią Bovary („Madame Bovary, c’est moi”), nie należy brać dosłownie – jest to bowiem rodzaj paraboli wskazującej na to, że ta postać zrodziła się w nim samym – w jego głowie, sercu, wyobraźni… stając się niejako bardziej częścią samego pisarza, niż nim samym. W rzeczywistości, mylenie literackiego podmiotu z przedmiotem jest zazwyczaj pewną (nad)interpretacyjną naiwnością, zbyt daleko idącym uproszczeniem, a czasem nawet niesprawiedliwością, jaką się wyrządza autorowi, posądzając go o bezeceństwa, których dopuszczają się wykreowani przez niego bohaterowie.
Czyż można np. oskarżać Nabokova o pedofilię tylko dlatego że stworzył najbardziej kompleksową powieść świata o lolityźmie? Czy można osądzać Dostojewskiego i przypisywać mu jakieś mordercze instynkty tylko dlatego, że jest autorem jednego z najbardziej przejmujących studiów mordu, ukazując wstrząsającą anatomię zabójstwa w swoich „Braciach Karamazow” czy „Zbrodni i karze”? Oczywiście, że nie! Ale na rzeczy już będzie rozliczanie autora ze sposobu, w jaki widzi świat; z barw, jakimi go maluje; z sądów, jakim on poddaje ludzi; z pesymizmu, jaki sączy w czytelnika (lub z optymizmu, którym tego czytelnika podnosi na duchu)… Bo tym wszystkim właśnie jest on naprawdę.

Ten oto niewinny przypis do tekstu o „Nieznośnej lekkości bytu” Kundery stał się zarzewiem mojej dyskusji z Telemachem, poruszającej tematy na tyle wg mnie istotne, że zdecydowałem się ją tutaj przytoczyć, aby uchronić niejako od totalnego zagubienia w przepastnej otchłani wirtualnej sieci.

• TELEMACH: „Na ile bohaterowie literaccy mogą być utożsamiani z autorem(…)”?
Mogą? Forma bezosobowa sprawia, że gubimy istotę problemu. Sądzę. Doszukiwanie się autora w dziele jest – jak sądzę – poza rozrywką poniektórych krytyków w zasadzie domeną autorów niespełnionych. Ile Rastignaca jest w Balzacu? Myślę że konsumenta Komedii Ludzkiej to raczej nie zajmowało. Trudno wyobrażalne. Ale może się mylę.

LA: Telemachu, pamiętasz nasz „bój” o Św. Pawła w kontekście jego „Hymnu do Miłości”? Czy naprawdę sądzisz, że komukolwiek czytającemu dziś, dajmy na to, „Wspomnienia z domu umarłych” albo „Poza dobrem i złem” obojętna być może osoba autora? (W tym wypadku – wybacz, że to dodam – Dostojewskiego i Nietzschego.) Trudno mi to sobie wyobrazić.
Poza tym, nie uważam się wcale ani za „poniektórego krytyka” ani za „niespełnionego autora”, a zwykle jestem zainteresowany osobą pisarza, którego książkę czytam, oraz tym, ile jest „z niego w dziele”. Co w tym dziwnego? Myślę, że podobnie zainteresowanych jest tysiące zwykłych czytelników, (którzy nie są ani jednym, ani drugim).
Oczywiście spotkałem także wielu autorów spełnionych, których również to interesuje: choćby samego Kunderę (nie tak dawno przeczytałem eseje Kundery o Kafce i jego twórczości), choćby Miłosza (jego studium o Oskarze Miłoszu, Svedenborgu – poprzez ich dzieła…), choćby Ernesto Sabato (prace o twórczości Borgesa, Sartre’a, Flauberta… w ścisłym kontekście z osobą autora)… etc.
Przykłady mógłbym mnożyć.

więcej….

Ciąg dalszy dyskusji TUTAJ .

ZAPISKI PROWINCJUSZA (rzecz o „Młodości” J. M. Coetzeego)

Wymowny jest już sam podtytuł tej – mającej wyraźnie autobiograficzny charakter – powieści Coetzeego: „Sceny z prowincjonalnego życia”. Mimo, że autor opisuje swoje młode lata upływające mu w metropolitarnym Londynie, (który prowincją raczej nie jest, a wręcz przeciwnie – jest miastem kulturowej awangardy) to jednak jego życie w tym miejscu nadal nacechowane jest pewnym prowincjonalizmem, jaki przywlókł on ze sobą z peryferyjnej Republiki Południowej Afryki. Być może właśnie to stanowi główne wytłumaczenie jego alienacji. Ale chyba nie tylko: młody Coetzee zdaje się być wyobcowany ze świata z powodu pewnej psychicznej skazy wewnętrznej, a wyrażając się ściślej – wskutek swego rodzaju intelektualno-emocjonalnego autyzmu uniemożliwiającego mu wejście w pełniejsze i głębsze relacje z innymi ludźmi.

Na ile do owej alienacji przyczynił się południowo-afrykański zaścianek, a na ile charakter samego autora? – to pozostaje kwestią otwartą i niewymierną. Natomiast pewne jest to, że właśnie poczucie wyobcowania stanowi rdzeń „Młodości” Coetzeego, czy też raczej duchowe jądro, nie tyle puste, co zaciemnione – zanurzone w chłodnej i mglistej londyńskiej rzeczywistości, w atmosferze żegnania się z młodością.

Powieść Coetzeego nazwana została także „dziennikiem intymnym” i rzeczywiście „Młodość” takie wrażenie sprawia: szczerość autora tych zapisków wydaje się być daleko posunięta a ekshibicjonizm ów nie ogranicza się jedynie do obnażenia niezbyt porywającego (by nie napisać – żałosnego) życia erotycznego protagonisty, ale i bez ogródek ujawnia rozedrganą, niezdecydowaną i bezkształtną niedojrzałość wewnętrzną młodzieńca, który rości sobie pretensje do tego, by zostać artystą i poetą.

Coetzee (rys. J. Ciardiello)

Kiedy zakończyłem lekturę książki, zadałem sobie (być może zupełnie niepotrzebnie) pytanie: czy owa otwartość autora, który przedstawia siebie w tak niekorzystnym świetle, nie jest aby pewną kokieterią pisarza, za którym stoi już niebagatelny literacki sukces? Czyli pisanie o swojej „nieopierzoności” i artystycznym nieudacznictwie z pozycji twórcy usadowionego już mocno na twardym gruncie własnej dojrzałości i solidności.

Zresztą, osądźmy sami. Oto kilka fragmentów prozy Coetzeego.

O szczerości pisze on np. tak: „A swoją drogą szczerość do bólu to sztuczka, której nietrudno się nauczyć. Wręcz przeciwnie: to najłatwiejsza rzecz na świecie. Tak jak jadowitej ropusze nie szkodzi własny jad, tak i człowiek w wkrótce porasta grubą skórą, która broni go przed własną szczerością”.

O dylemacie, czy lepiej jest obrać słuszną drogę pozostając dobrym człowiekiem, czy też nie – i wtedy mieć szansę na zostanie dobrym poetą: „Kiedy próbuje wyobrazić sobie poezję inspirowaną niezłomnie słusznym postępowaniem, widzi jedynie bezbarwną pustkę. Słuszność jest nudna. Znalazł się więc w impasie: woli być złym człowiekiem, niż nudziarzem (…).”

O swoim udziale w nudzie: „Zabija czas, usiłuje zabić niedzielę, żeby szybciej nastał poniedziałek, bo wtedy będzie można znaleźć ulgę w pracy. Ale w ogólniejszym sensie praca także jest sposobem zabijania czasu. Odkąd zszedł na ląd w Southampton, nic nie robi tylko zabija czas, czekając aż nadejdzie jego przeznaczenie.”

O własnej niemocy twórczej: „Nienawidzi tych konfrontacji z pustą kartką, nienawidzi tak bardzo, że zaczyna ich unikać. Nie potrafi udźwignąć brzemienia rozpaczy, która przytłacza go pod koniec każdej z tych bezowocnych sesji, nie potrafi znieść świadomości, że znowu nie podołał.”

I wreszcie coś, co można potraktować jako swego rodzaju konkluzję: „Doskonale wie, że jego niepowodzenia w rolach pisarza i kochanka ściśle się ze sobą wiążą, właściwie można je sprowadzić do jednego (…). Jeśli samowolnie się nie zmobilizuje do działania, nic nie wydarzy się ani w miłości, ani w sztuce. Lecz on nie dowierza woli. Tak jak nie może samą jej siłą zmusić się do pisania, lecz musi czekać aż pomoże mu jakaś zewnętrzna moc, którą nazywano niegdyś muzą, tak też nie może po prostu siłą woli nakłonić się do tego, żeby zaczepić kobietę, nie otrzymawszy wcześniej znaku (…), że to właśnie ona jest mu przeznaczona (…). Można to też powiedzieć brutalnie, a prawdę rzekłszy, na setki rozmaitych sposobów: mógłby je wyliczać do końca życia. Ale najbrutalniejsza wersja stwierdza, że on się po prostu boi: pisania, kobiet.”

„Ale najbrutalniejsza wersja stwierdza, że on się po prostu boi: pisania, kobiet” (J. M. Coetzee przy pracy. Photo: M. Pelletier)

Czy to, że człowiek piszący te słowa jest już spełnionym pisarzem o światowej sławie i Noblistą, zdobywcą najcenniejszych literackich trofeów, nie rzuca na te jego wyznania innego, specyficznego światła? Czyż nie sugeruje, że mimo wszystko obawy tego artystowskiego aspiranta były płonne, bo w końcu stał się on par excellence artystą pióra, wybitnym pisarzem? A może to samo można odnieść do jego męskiej kariery w roli kochanka i zdobywcy kobiet?

Zdaję sobie sprawę, iż rozpatrując podobne dylematy wchodzi się zbyt głęboko w newralgicznie wewnętrzną sferę Coetzeego jako osoby prywatnej, niemniej jednak prowokuje do tego sam charakter owego – jak się rzekło – „dziennika intymnego”, którego konfesyjna otwartość jest przecież dość oczywista, by nie napisać – ostentacyjna.

Ale chyba właśnie na tym zasadza się jego największa wartość, dzięki czemu możemy mieć wgląd we wnętrze inteligentnego i wrażliwego młodego człowieka poszukującego swojej drogi i miejsca w świecie, który wydaje mu się obcy, zimny i obojętny, a jednak na tyle fascynujący i pojemny, by się w nim zagłębić z całym swym cierpieniem i nadzieją, z wszystkimi lękami i pragnieniami – znajdując tam wreszcie własne przeznaczenie, los i spełnienie.

*  *  *

TEN NIEZNOŚNY KUNDERA

pasekszary

Różne myśli przelatywały mi przez głowę kiedy czytałem „Nieznośną lekkość bytu” Kundery.
Nie wyobrażam sobie zachwytu nad tą książką nie tylko dlatego, że jest bezbrzeżnie smutna (gdybym napisał smętna, to byłaby to już chyba jej dyskredytacja, a tego robić nie chcę, bo jednak ta literatura ma swoją niewątpliwą wartość… jak wszystko co dotyczy autentycznego ludzkiego doświadczenia – a za takie uważam refleksje, odczucia i emocje Kundery, które przyczyniły się do powstania tej książki).


kundera.wlZwróciłem uwagę na jego prozę bynajmniej nie dlatego, że kiedyś była wielka moda na Kunderę, a sama „Nieznośna lekkość bytu” została sfilmowana (i to całkiem nieźle), a nawet stała się czymś w rodzaju powieści kultowej.
Otóż w jednej z polskich księgarń przeczytałem parę jej ustępów i … zaintrygowały mnie one – zwłaszcza te owiane erotyczną atmosferą, z której wyzierała jakaś fatalistyczna melancholia męskiego pożądania związana z przemijalnością wszystkich rzeczy i uczuć.

Kundera kilkakrotnie zastrzega się, by jego bohaterów nie utożsamiać z nim samym. Dzieje się to zwłaszcza w momentach, kiedy te postacie robią jakieś świństwo. Ja mu jednak nie wierzę – Tomasz (główny bohater „Lekkości” ) to – jednak, mimo wszystko – on. (Swego czasu Gustaw Flaubert wydał wszystkich pisarzy stwierdzeniem „Pani Bovary to ja” ).
Pisarz oczywiście nie musi postępować w swoim życiu jak postacie, które wymyśla, czy opisywać swoje własne postępki i doświadczenia, ale jego twórczość jest odbiciem jego własnej wizji świata i stosunku do elementarnych doświadczeń człowieka, takich jak miłość, agresja, ból, seks, nienawiść, śmierć… (Zresztą żaden człowiek nie może przed tym uciec – bo oznaczałoby próbę ucieczki od samego siebie – od swojego charakteru, temperamentu… od samej osobowości i tożsamości wreszcie… A jest to niemożliwe bez utraty własnego człowieczeństwa, bowiem jedyną taką ucieczką jest ucieczka w obłęd.)¹

Tak więc „Nieznośna lekkość bytu” wypełniona jest po brzegi Kunderą; innymi słowy – bohaterowie tej książki sa skazani na życie w świecie, który jest światem samego pisarza. Myśląc o tym, o wiele łatwiej było mi strawić ów fatalizm i beznadzieję, jaka mnie w tej książce uderzyła.
Kundera nie wierzy np. w spełnioną miłość – ja wierzę; Kundera nie wierzy w szlachetność, dobro, wierność… ja mimo wszystko w to wierzę (chociaż sam nie uważam się za jakiegoś szczególnie szlachetnego, dobrego i wiernego człowieka); Kundera nie wyraża zgody na byt – ja byt zaakceptowałem; Kundera dał się usunąć w cień melancholii i smutku – ja uważam za wspaniałe to, że człowiek dysponuje czymś takim jak żart, humor, ironia a nawet kpina, bo bez tego życie byłoby nie do zniesienia. (Ile w tym wszystkim mojej naiwności, a ile nadziei?)
Dlatego też zbytnio się nie przejąłem tym, co napisał Kundera – od pewnego momentu lektury nabrałem bowiem do niej dystansu, który właśnie owo przejęcie mocno redukuje.

Jednakże czasu poświęconego tej książce nie uważam za czas stracony. Pewne jej fragmenty uznałbym wręcz za wizjonerskie. Nie brak też w „Nieznośnej lekkości bytu” aforyzmu, erudycji, błyskotliwości…  To proza intrygująca – miejscami wręcz pasjonująca a także zmuszająca do refleksji. Napięcie jakie emanuje czasem z niektórych jej stronic jest wprost nieznośne.
No i jest jeszcze seksualizm, a raczej erotyzm, który obok zwątpienia w akceptację bytu (czyli innymi słowy – w życie), widzę jako rdzeń całej tej powieści.
Ale to już inna para kaloszy – temat szeroki, niczym rzeka naszych mniej lub bardziej mrocznych przedmiotów pożądania….

*  *  *

Przypis

¹Na ile bohaterowie literaccy mogą być utożsamiani z autorem, który tę literaturę tworzy? Oto pytanie, które mnie czasami nurtuje. Jest oczywiste, że oświadczenia Flauberta, iż sam jest panią Bovary, nie należy brać dosłownie – jest to bowiem bardziej parabola wskazująca na to, że Pani Bovary zrodziła się w nim samym – w jego głowie, sercu, wyobraźni… stając się niejako bardziej częścią samego pisarza, niż nim samym. W rzeczywistości, mylenie literackiego podmiotu z przedmiotem jest pewną (nad)interpretacyjną naiwnością, zbyt daleko idącym uproszczeniem, a czasem nawet niesprawiedliwością, jaką się wyrządza autorowi, posądzając go o bezeceństwa, których dopuszczają się wykreowani przez niego bohaterowie. Czyż można np. oskarżać Nabokova o pedofilię tylko dlatego że stworzył najbardziej kompleksową powieść świata o lolityzmie? Czy można osądzać Dostojewskiego i przypisywać mu jakieś mordercze instynkty tylko dlatego, że stworzył jedno z najbardziej przejmujących studiów mordu, ukazując wstrząsającą anatomię zabójstwa w swoich „Braciach Karamazow” czy „Zbrodni i karze” ? Oczywiście, że nie! Ale na rzeczy już będzie rozliczanie autora ze sposobu, w jaki widzi świat; z barw, jakimi go maluje; z sądów, jakim on poddaje ludzi; z pesymizmu, jaki sączy w czytelnika (lub z optymizmu, którym czytelnika podnosi na duchu)… Bo tym wszystkim właśnie jest on naprawdę.

*pasekszary